Prolog
- Mam trupa!
Patrycja Wojdarek popatrzyła z niedowierzaniem na leżący przed nią
smartfon, z którego głośnika chwilę wcześniej wydobył się ów równie
lakoniczny, co szokujący komunikat, i przez moment zastanawiała się, czy
oby w wyniku dramatów i wstrząsów, jakie ostatnio przeżyła, nie zaczęła
cierpieć na omamy słuchowe.
- Co masz?! - zapytała z niedowierzaniem.
- Trupa - powtórzył głośnik wyraźnie zdenerwowanym głosem jej serdecznej
przyjaciółki, Marzeny Oliwiak.
- Jakiego trupa?
Głośnik przez chwilę milczał.
- Nieżywego - poinformował ją wreszcie grobowym tonem.
Patrycja przewróciła oczami.
- Rozumiem, że nie tańczącego czardasza - rzekła z westchnieniem. -
Pytam czyjego...
- Dlaczego czardasza? - usłyszała w odpowiedzi.
- Nie wiem. Może być polkę albo kankana, wszystko jedno - wyjaśniła,
odmawiając w duchu modlitwę do świętej Anny, patronki ludzi cierpliwych.
- Chodzi mi o to, że trupy z reguły bywają nieżywe i w związku z tym
mało ruchliwe. Pytam, czyj to trup! I gdzie go masz?
- W kuchni. Tadzia - odpowiedziała Marzena, wydając po tym słowie dziwny
odgłos, co Patrycja uznała za szczękanie zębami. Nie miała jednak czasu
na rozstrzyganie tego, czy dokonała poprawnej identyfikacji dźwięku, bo
wypowiedziane przez jej przyjaciółkę imię sprawiło, że poczuła, jak robi
jej się miękko w tak zwanym dołku.
- Jak to?! - jęknęła rozpaczliwie. - Jesteś pewna?
- Chyba potrafię rozpoznać kogoś, z kim przeżyłam ostatnie
dziewiętnaście lat. - W głosie Marzeny słychać było lekką urazę.
- Ale co się stało? - Patrycja nagle poczuła, że po plecach przelatuje
jej nieprzyjemny zimny dreszcz. - Zabiłaś go?!
- Że co? - zaciekawiła się Marzena nieco nieprzytomnie.
- Zabiłaś Tadzia? - powtórzyła Patrycja, rozglądając się po toaletce w poszukiwaniu proszków na uspokojenie. Co jak co, ale akurat one zawsze
walały się po jej pokoju w ilościach bez mała hurtowych. Zgodnie jednak
z zasadą, że w sytuacjach kryzysowych zawsze można liczyć na złośliwość
przedmiotów martwych, teraz też magicznie się zdematerializowały.
Zresztą w tym kontekście słowo "martwe" brzmiało mocno ironicznie. -
Boszzzz... Wydawało mi się, że omówiłyśmy nasz plan bardzo szczegółowo!
Trzeba było powiedzieć, jeśli czegoś z niego nie zrozumiałaś!
- Chyba oszalałaś! - oburzyła się Marzena. - Wszystko zrozumiałam.
- To dlaczego go zabiłaś?! - zdumiała się Patrycja.
- W tym właśnie rzecz, że go nie zabiłam!
- To co? Zrobił ci przysługę i umarł sam z siebie?
- Też nie - rozwiała jej nadzieję Marzena. - Ktoś go wykończył. Nożem.
Ozdobnym. Z naszej kuchni. To znaczy chyba z naszej, bo go nie ma w tym
takim do wkładania. Pieńku.
- Jakim znowu pieńku?!
- Z dziurami! Drewnianym. I to największym!
Patrycja poczuła, że znowu przestaje nadążać.
- Co ty ględzisz?! - zapytała, usiłując wymazać sprzed oczu scenę, w której doskonale jej znany mąż przyjaciółki zostaje za pomocą ogromnego
topora pozbawiony głowy, położonej uprzednio na pieńku wielkości co
najmniej cokołu pomnika Adama Mickiewicza na stołecznym Krakowskim
Przedmieściu. -
Mów logicznie!
- No przecież mówię! - zdenerwowała się Marzena. - Tadzio leży w kuchni.
Przy wyspie. Ma wbity
w serce nóż, wzięty z tego czegoś drewnianego, w czym trzymamy cały ich
komplet. Jestem zdenerwowana i nie pamiętam, jak to się nazywa. Zresztą
nawet gdybym nie była zdenerwowana, to też bym chyba nie wiedziała.
- Stojak? - podpowiedziała niepewnie Patrycja. - Zresztą to teraz
najmniej ważne! I co? To nie ty go załatwiłaś?
- Aż tak to jeszcze nie zgłupiałam - poinformowała ją Marzena. - To, że
go nienawidzę, nie oznacza, że mu źle życzę. To znaczy, chyba powinnam
to powiedzieć w czasie przeszłym... Cholera... - W głośniku rozległo się
chlipnięcie.
Do Patrycji dopiero teraz, z lekkim opóźnieniem, dotarło, co właściwie
oznacza makabryczne odkrycie jej przyjaciółki i jakie mogą być jego
konsekwencje.
- Matko Pańska! - Bez mała krzyknęła, zrywając się z fotela. - Nie rób
nic! Czekaj! Już wsiadam do samochodu i jadę do ciebie!
- Mam nie wzywać policji? - zdziwiła się Marzena.
- Ani się waż! - zakazała stanowczo Patrycja. - Zgarnę po drodze do
ciebie Karolę i na miejscu zastanowimy się, co robić. Jak ty się w ogóle
trzymasz?
- Zważywszy na warunki, całkiem nieźle - zapewniła ją Marzena. - Ale...
Jesteś pewna, że mam nie dzwonić na policję?
- Absolutnie! - potwierdziła Patrycja. - Zaraz u ciebie będziemy i we
trzy naradzimy się, jak z tego wybrnąć! - Przerwała połączenie i kilka
sekund później wybrała inny numer spośród kontaktów: - Karola? Dzwoniła
Marzena i powiedziała, że właśnie znalazła w swojej kuchni zwłoki
Tadeusza. Ktoś go zamordował. Wbił mu nóż w serce. Co...? Nie, nie jestem
pijana! Przysięgam, że mówię prawdę! Musimy do niej jechać i naradzić
się, jak teraz postąpić. Zaraz po ciebie podjadę, powinnam być za jakiś
kwadrans. Czekaj na mnie już przy furtce. Cholera, zakładałam, że nasze
plany mogą się skomplikować, ale nigdy bym nie przypuszczała, że aż tak
bardzo...
Rozdział I
Dwa tygodnie wcześniej
Patrycja przekroczyła próg swojej willi i z ulgą pozbyła się zawieszonej
na ramieniu torby wielkości bez mała worka na zwłoki, pyrgając ją
niecierpliwym gestem na podłogę. Po chwili obok niej wylądowało też
futro. A właściwie coś, co miało je udawać, bo Wojdarek wolała nosić
sztuczne, odkąd dwa lata wcześniej aktywistki ekologiczne oblały jej
odzienie wierzchnie czerwoną farbą, a jedna z nich wydała przy tym
krwiożerczy okrzyk: "Morderczyni!", i to z taką nienawiścią, jakby
Patrycja miała na sobie futro uszyte ze skóry jej dziecka, z której w dodatku sama je obdarła. I choć kilka ekspiacyjnych wywiadów o jej
miłości do wszystkich zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem fretek i szynszyli, oraz koncert charytatywny na rzecz schroniska dla czworonogów
złagodziły nieco gniew publiczności, to Patrycja i tak nie chciała się
już więcej narażać.
- Hej, jesteś?! - zawołała w mrok, w którym tonęło jej domostwo z wyjątkiem holu, gdzie właśnie stała. - Wróciłam! Pełen sukces! Jak
zawsze! Kotku?!
Ku jej zdziwieniu z ciemności nie dobiegła żadna odpowiedź. Zaskoczona
Patrycja zrobiła kilka kroków i nacisnęła kontakt, sprawiając, że główny
salon jej luksusowej willi, ze względu na swoją wielkość tytułowany
przez jej znajomych Stadionem Narodowym, rozbłysnął światłem
niedorzecznie gigantycznego kryształowego żyrandola, który, gdyby zostać
przy sportowych skojarzeniach, w razie urwania się bez problemu zabiłby
całą reprezentację Polski w piłce nożnej łącznie z trenerem i jego
asystentem. Oczywiście gdyby tylko pod nim stali.
Sam salon, mimo rozmiarów spokojnie pozwalających na umieszczenie tu
magazynu IKEA, był dość skromnie umeblowany. Stały tu jedynie
biblioteczka, mahoniowy stół, ze względu na długość nasuwający nachalne
skojarzenia z wybiegiem dla modelek, stanowiące z nim komplet krzesła
oraz kilka wysokich świeczników. Ów skąpy wystrój pozwolił Patrycji
błyskawicznie zorientować się, że wbrew jej nadziejom w pomieszczeniu
tym nie czeka na nią żadna niespodzianka. Dziwne...
Weszła do salonu, zatrzymała się przy stole, potoczyła wzrokiem dokoła i nagle szeroko się uśmiechnęła! Jasne! Jakaż była głupia! Oczywiście, że
wszyscy czekają na zewnątrz, w ogrodzie! Przecież kwiecień w tym roku
okazał się wyjątkowo ciepły i można było spokojnie się bawić na świeżym
powietrzu nawet i przez całą noc. Cudownie!
Wojdarek przeszła do drzwi balkonowych, przez chwilę przygotowywała się
w duchu na okrzyki, które zaraz dobiegną jej uszu, po czym szarpnęła za
klamkę. Na zewnątrz panowały ciemność i cisza równie grobowe, jak
uprzednio w salonie. Patrycja wytrzeszczyła oczy, ale nie dostrzegła
niczego, co wskazywałoby, że za moment jej ogród rozświetlą kolorowe
światła, w których zobaczy swoich przyjaciół i bliskich, uginające się
od potraw stoły, wielki tort urodzinowy oraz kelnerów w smokingach
serwujących drinki. Ostrożnie i wciąż z nadzieją zrobiła kolejny krok i wyszła na zewnątrz. Dopiero kiedy uświadomiła sobie, że tym sposobem
wdepnęła w kałużę i właśnie rujnuje sobie dopiero co kupione szpilki od
Louboutina, w jej głowie pojawiło się nieco przerażające przypuszczenie,
że być może nie ma co liczyć na urodzinowe przyjęcie niespodziankę.
Nadal jednak nie za bardzo chciało się jej w to wierzyć. Przecież Kamil
doskonale wiedział, jak bardzo kochała takie imprezy! Zwłaszcza jeśli
sama grała w nich główną rolę. Poza tym brak party nie tłumaczył nijak
nieobecności w domu jej męża. Chyba że...
Na twarzy Patrycji znów pojawił się uśmieszek, tym razem nieco
dwuznaczny. Ich życie intymne należało od wielu miesięcy do kategorii
"nieobecne nieusprawiedliwione" i w czasie ostatnich awantur, do jakich
dochodziło między nią a Kamilem, kilka razy wykrzyczała mu, że powinien
przestudiować sobie Kamasutrę, aby wiedzieć, co właściwie między nimi
jest nie tak i czego brakuje jej w życiu. Być może wreszcie postanowił
się zastosować do tej rady i teraz czeka na nią w sypialni oświetlonej
jedynie światłem świec, w łóżku, na którym rozrzucił płatki kwiatów, i do tego wszystkiego z różą w zębach. Ową wizję psuła jej jedynie
świadomość, że jak dotąd najbardziej romantycznym gestem Kamila
dotyczącym sypialni było podarowanie jej na Gwiazdkę różowej pościeli.
Patrycja zdążyła się nawet ucieszyć z tego podarunku, po czym ich pomoc
domowa pościeliła łóżko i okazało się, że na środku kołdry widnieje
podobizna świnki Peppy, w dodatku z angielskim napisem: "Śpij dobrze,
tłuścioszku!". Ciche dni po tym incydencie trwały między nią a Kamilem
aż do samego sylwestra.
Patrycja zamknęła drzwi balkonowe, wróciła do holu, zgasiła światło w salonie i włączyła to nad schodami. Jej willa miała co prawda cztery
poziomy, ale jedynie z parteru i piętra korzystano na co dzień. W piwnicy znajdowały się pomieszczenia gospodarcze oraz wielka sala, w której jej niegdyś ukochany małżonek urządził sobie kino domowe. Strych
zaś został zamieniony w ich wspólne studio nagraniowe, w którym od
kilkunastu lat rodziły się kolejne bestsellerowe płyty Wojdarek. Bo
niezależnie od tego, jak bardzo przez ten czas nie rozlazłoby się w szwach ich życie miłosne, nadal stanowili znakomity, inspirujący się
wzajemnie i zgrany duet kompozytorsko-wokalny. Kamil słynął w branży
jako król Midas, tyle że w przeciwieństwie do swojego frygijskiego
poprzednika zamiast w złoto zamieniał wszystko, czego się tknął, w przebój i hit sprzedaży, a Patrycja zyskiwała miłość fanów i uznanie
krytyków swoim czterooktawowym, charakterystycznym głosem, estradową
charyzmą i, nie ma co się oszukiwać, seksownym wizerunkiem. Co ciekawe,
im gorzej układało im się prywatnie, tym bardziej spektakularnie
rozwijała się ich kariera. Ot, złośliwość losu, który, jak wiadomo, lubi
udowadniać, że w życiu nie można mieć wszystkiego. Być może jednak teraz
się nad nimi wreszcie ulitował. W końcu ostatnio Kamil sprawiał wrażenie
mniej znudzonego swoją pozamuzyczną egzystencją, zaczął nawet odrobinę
dbać o swój wygląd, przypomniał sobie po paru latach, w której
szufladzie leży grzebień oraz do czego służy trymer, i w związku z tym
przestał jej się kojarzyć z Einsteinem, w którego trafił piorun. Ba!
Nawet trochę schudł, wyprzystojniał i tym samym przypomniał jej, że
kilkanaście lat temu, kiedy się ze sobą związali, zauroczył ją nie tylko
swoim talentem, ale i powierzchownością. Doprawdy, trudno było o tym
pamiętać, kiedy prezentował się niczym nadużywający denaturatu, stary,
zużyty żul spod śmietnika.
Wojdarek powoli weszła po schodach. Piętro też tonęło w ciemnościach.
Drzwi do sypialni były jednak zamknięte, co dawało nadzieję, że jej
ślubny właśnie tam na nią czeka. Patrycję co prawda nieco rozpraszał
fakt, że zamiast Kamila wyobraźnia podsuwa jej obraz leżącego na łożu
Chrisa Evansa, jej ideału męskiego seksapilu, ale postanowiła się tym
nie przejmować. Po takim czasie erotycznej posuchy w pościeli mógłby na
nią czekać równie dobrze karzełek z Gry o tron, a i tak, gdyby tylko
wiedział, co z nią robić, z miejsca by mu uległa. Delikatnie otworzyła
drzwi i poczuła, że jej rozczarowanie sięgnęło zenitu. W pokoju było
ciemno i zimno tudzież nic ani nikt tu na nią nie czekał. Żadnych świec,
żadnych róż i żadnego, kuźwa, nawet najmniejszego karzełka!
Patrycja gniewnie pstryknęła kontaktem, po czym usiadła na zaścielonym
starannie łóżku, bezradnie wpatrując się w stojące w rogu pomieszczenia
lustro. Po chwili dostrzegła w nim dziwny element, a mianowicie odbicie
białej koperty leżącej na nocnym stoliku, opartej o zdobną, złotą
lampkę. Odwróciła się i sięgnęła po nią, po czym wyjęła z niej niewielką
kartkę z kilkoma wydrukowanymi zdaniami. Przebiegła je wzrokiem raz, a potem natychmiast drugi, po czym zastanowiła się, czy oby do drinka,
który wypiła po koncercie, nie dodano jej jakichś psychotropów. Treść
uwieczniona na kartce nijak nie mogła bowiem być prawdą! Bo jeśliby
była, oznaczałoby to, że świat zwariował. Ewentualnie, że ona sama
postradała zmysły, i to dokumentnie. Nie mogąc pozbyć się wrażenia, że
serce powoli przemieszcza jej się w stronę przełyku i wali tak mocno,
jakby właśnie przebiegła maraton, Patrycja po raz trzeci, nieco już
wolniej, przeczytała list pozostawiony przez męża. Kiedy skończyła,
wypuściła kartkę z rąk i czując, jak wszystkie funkcje życiowe w niej
słabną, a nawet wręcz zamierają, zmieniła pozycję z siedzącej na leżącą.
Przez chwilę wpatrywała się w ozdobny baldachim nad łóżkiem. Kiedy
jednak zaczął on wirować niczym targany huraganem, nieco się
przestraszyła, bo przypomniała sobie fragment jakiegoś artykułu w Internecie głoszącego, że oczopląs może być pierwszym objawem udaru albo
apopleksji. Czym prędzej wróciła do poprzedniej pozycji. Ku jej uldze
widok przed oczami błyskawicznie się ustabilizował. Patrycja odetchnęła
i nagle poczuła, że zbiera w niej złość. Co tu się właściwie wydarzyło?!
Zamiast czekać na nią z urodzinowym przyjęciem niespodzianką,
ewentualnie zafundować jej w prezencie rozkoszne chwile t?te-a-t?te,
ten niemyty żłób zostawia jej list z zapowiedzią rozwodu! I jeszcze śmie
sugerować, że to ona jest winna rozpadowi ich małżeństwa?! A jakby tego
mało, prosi ją o "zachowanie rozsądku" i przeprowadzenie całej sprawy
tak, aby "uniknąć niepotrzebnego rozgłosu w mediach". Już ona mu pokaże
"niepotrzebny rozgłos"! Co za drań w piszczel kopany! O, tak dobrze to
mu nie będzie...!
Doprowadziwszy się w mgnieniu oka do furii, Patrycja otworzyła swoją
maleńką torebkę-puzderko i wyciągnęła z niej telefon. Bez namysłu
wybrała numer męża, po czym, czując narastającą chęć mordu, przeczekała
kilkanaście sygnałów.
- Słucham... - Kamil odezwał się dokładnie w tym momencie, kiedy już miała
się rozłączyć i rzucić smartfonem w lustro, co niewątpliwie pozwoliłoby
jej rozładować nieco wściekłość. Rzucanie rozmaitymi przedmiotami zawsze
koiło jej nerwy. Wiedzieli o tym wszyscy, na czele z organizatorami jej
koncertów. Jeden z nich umieścił nawet kiedyś w jej garderobie całą
odziedziczoną po prababci i mocno nadwerężoną zębem czasu porcelanową
zastawę w nadziei, że kiedy Wojdarek potłucze mu ją na drobny mak, to ją
potem wykorzysta jako element dekoracyjny w elewacji domu, bo sam jakoś
nie miał serca zniszczyć tego bądź co bądź spadku po przodkach.
- Właśnie przeczytałam te wypociny, które mi zostawiłeś w sypialni. -
Patrycja darowała sobie jakieś dyplomatyczne wstępy. - To jakiś dowcip?
- Nie...
- I naprawdę myślisz to, co tam napisałeś?!
- Tak.
- Chcesz się ze mną rozstać?!
- Tak.
Jej mąż słynął z lakoniczności i w dziewięciu przypadkach na dziesięć
Patrycji bardzo to odpowiadało. Teraz jednak nastąpił przypadek numer
dziesięć i poczuła się wkurzona.
- Właściwie dlaczego?!
- Przecież napisałem...
- Super! Jeśli uważasz, że po osiemnastu latach związku można kogoś
porzucić i jako powód podać: "Nie mogę już dłużej z tobą wytrzymać", to
chcę cię uprzedzić, że zanim się rozwiedziemy, zamierzam odwiedzić
wszystkie możliwe stacje telewizyjne, od Tele-Polu począwszy, a na
osiedlowych kablówkach w Pcimiu Dolnym skończywszy, żeby wszyscy się
dowiedzieli, jakim jesteś zdradliwym, dwulicowym szczurem! I już dzwonię
do "Vivy!", żeby umówić się na wywiad. Zdążyłam nawet wymyślić hasło na
okładkę. "Uciekłam z piekła!".
- Z jakiego znowu piekła?!
- Które mi zafundowałeś! Mąż tyran! - wyjaśniła Patrycja złośliwym
tonem. - A poza tym także alkoholik, narkoman, dziwkarz oraz damski
bokser.
I biseksualista! Zamykam oczy i widzę sesję przy jakiejś przydrożnej
starej kapliczce, gdzie modlę się w podzięce za to, że wreszcie
skończyła się moja gehenna i nieustanne tortury. Będzie okazja, żeby
wydębić nową suknię od Violi Piekut. No i jak ci się to podoba?!
- Przede wszystkim proszę cię, uspokój się. - Wbrew jej oczekiwaniom
Kamil nie brzmiał na specjalnie przestraszonego. - Jesteśmy dorośli. Na
pewno dogadamy się w cywilizowany sposób...
- Wydaje mi się, że ty już się dogadałeś - warknęła Patrycja. - Sam ze
sobą! Bądź pewny, że ze mną tak łatwo ci nie pójdzie!
- Dobrze wiesz, że od dłuższego czasu nie układało nam się tak, jak
powinno było. - Głos męża brzmiał spokojnie, w czym nie było w sumie nic
dziwnego, zważywszy, że Kamil był idealną ilustracją określenia
"flegmatyk" i odkąd go poznała, okazał emocje tylko raz, a mianowicie
wtedy, kiedy ich pomoc domowa przez przypadek wyrzuciła mu pudełko ze
starymi, nieużywanymi od lat i potrzebnymi mu nie wiadomo do czego
kablami. A i wtedy skończyło się jedynie na wypowiedzianym nieco
głośniejszym tonem poleceniu, aby nigdy więcej tego nie robiła. Nawet,
kiedy jego żona znajdowała się na porodówce, czekający na szpitalnym
korytarzu Kamil zachowywał zimną krew, i to do tego stopnia, że kiedy na
świecie pojawiła się ich córka, pielęgniarka musiała przerwać mu słodką
drzemkę. Oczywiście nie trzeba dodawać, że to właśnie ów spokój irytował
Patrycję najbardziej, szczególnie w czasie ich sprzeczek, kiedy to w odpowiedzi na swoje gniewne krzyki musiała wysłuchiwać wypowiadanych
monotonnym głosem logicznych argumentów udowadniających jej, że się
myli. Fakt, że z reguły małżonek miał rację, wkurzał ją do tego stopnia,
że ostatnimi czasy na wszystkie jego uczone wywody reagowała słowami:
"Dupa, dupa, dupa!", mając przy tym pełną świadomość, że zachowuje się
tak, jakby cofnęła się do podstawówki. Nawet jednak to nie wydawało jej
się podstawą do uznania ich związku za nieszczęśliwy. Coś stanowczo w tym wszystkim nie grało...
- No właśnie nie wiem! - odpowiedziała, wracając do normalnego tonu. -
Mieliśmy dla siebie mniej czasu, jak zawsze kiedy jeździłam w trasy, ale
to jeszcze nie powód, żeby się rozstawać.
- Chcesz mi powiedzieć, że naprawdę czułaś się ostatnimi laty
szczęśliwa? - W głosie Kamila zabrzmiał delikatny akcent zdziwienia. -
Nie zauważyłaś, że już prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiamy i że poza
kwestiami dotyczącymi twoich nowych piosenek czy koncertów nie mamy
sobie nic do przekazania?
- Niby jak mieliśmy sobie coś przekazywać, skoro na zmianę siedziałeś
albo w studiu, albo w tej kanciapie w piwnicy i oglądałeś jakieś
nudziarstwa? - zirytowała się Patrycja. - Za każdym razem, kiedy
wchodziłam do jednego albo drugiego, słyszałam, że jesteś zajęty i nie
należy ci przeszkadzać. A teraz nagle dowiaduję się, że powinnam była
wdzierać się tam na siłę z listą
tematów do dyskusji. I chyba jeszcze ze sznurkiem, żeby przywiązać cię
do fotela, i z batem, żeby przemocą zmusić do konwersacji! Czy ty jesteś
normalny?!
- No widzisz... Dla ciebie to były nudziarstwa, dla mnie arcydzieła... Nawet
tego nie umiałaś ze mną dzielić.
Patrycja poczuła, że zaczyna jej się robić ciasno w głowie, i zaniepokoiła się, że za moment naprawdę trafi ją apopleksja.
- Czy ty mi właśnie mówisz, że nasze małżeństwo zrujnował fakt, że nie
zachwycał mnie złoty robocik popierdalający przez godzinę po pustyni?! -
krzyknęła z furią. - Albo ten stworek przypominający marszałka sejmu?
Jak mu tam było? Gołąb?
- Gollum - sprostował Kamil. - No widzisz, dla ciebie Gwiezdne wojny,
Władca Pierścieni i wszystkie inne filmy fantasy to były nudziarstwa,
a dla mnie ucieczka od naszych problemów.
- Jakich znowu problemów?! - zdumiała się Patrycja, zapomniawszy mu
wytknąć, że swego czasu zmusił ją do obejrzenia wszystkich sezonów Gry
o tron, który to czyn jej zdaniem był sprzeczny z konwencją genewską. -
Nigdy nawet się nie zająknąłeś, że masz jakieś problemy. Zwłaszcza ze
mną!
- Liczyłem na to, że sama to wyczujesz - poinformował ją Kamil. - W końcu zawsze tyle mówisz o swojej intuicji...
- Poczekaj no, mój drogi... - Patrycja uświadomiła sobie, że całą tą mocno
idiotyczną konwersacją próbuje zagłuszyć sygnał alarmowy, który zaczął
jej dźwięczeć w głowie, kiedy tylko zapoznała się z treścią mężowskiego
listu. - Kim ona jest?!
- Kto?
- Ona - powtórzyła z naciskiem. - Ta, która w przeciwieństwie do mnie
tak doskonale cię rozumie, ogląda z tobą tych wszystkich brodatych
krasnali uganiających się z toporkiem za jakimś cholernym pierścionkiem
i zabawia cię konwersacją na każdy temat, jakby była jakąś ożywioną,
kurwa, Siri!
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz...
Patrycja musiałaby kompletnie nie znać męża, żeby nie wyczuć w jego
słowach fałszu.
- Kamil! - powoli traciła cierpliwość. - Doskonale
wiesz, że lepiej będzie, jeśli sam się przyznasz, niż
jeśli dowiem się o tym od kogoś innego. I zdajesz sobie sprawę z tego,
że jeśli kwestia naszego rozwodu stanie się głośna, a uwierz mi, że
zamierzam ją roztrąbić na cały kraj, to będziesz miał na karku więcej
paparazzich niż Doda i Cichopek razem wzięte!
W słuchawce przez chwilę panowało milczenie.
- Uznaj to za mój prezent urodzinowy - podsunęła Patrycja.
- Jaki pre... - zdziwił się Kamil, po czym najwyraźniej uświadomił sobie,
jakie udało mu się popełnić faux pas, bo aż go zatchnęło. - Ja...
Naprawdę... Nie wiem, jak mam cię przepraszać...
- Najlepiej w ogóle - poradziła mu Patrycja. - Cokolwiek byś powiedział,
nic to już nie zmieni. Cokolwiek, oczywiście, poza informacją, kim jest
ta, dla której mnie porzuciłeś. To co prawda też nic nie zmieni, ale
przynajmniej zaspokoi moją ciekawość. W końcu coś mi się od życia
należy. A ty będziesz miał to z głowy. Więc...?
- Obiecaj, że nie będziesz krzyczeć - poprosił Kamil.
Patrycja poczuła ukłucie w okolicach serca.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że to właśnie... ona!
Milczenie w słuchawce było aż nadto wymowne.
- W takim razie... - Patrycja miała wrażenie, że jej głos brzmi trochę
tak, jakby należał do kogoś innego. - Mogę ci obiecać, że jeśli po
śmierci trafisz do piekła, to i tak będzie ci się ono wydawało salonem
spa w porównaniu z tym, co zamierzam ci zgotować na ziemi. I na twoim
miejscu od razu zaczęłabym się oswajać z tą myślą!
* * *
Trzy dni później
- Matka, ale inba! - Beniamin Zarzycki potężnym rzutem posłał plecak
przez cały korytarz do swojego pokoju, jedynie szczęśliwym trafem nic po
drodze z niczego nie zrzucając ani nie trafiając w wylegującego się na
jego łóżku czarnego kota obdarzonego w pełni odpowiadającym jego
charakterowi imieniem Lucyfer. - Wrzuciłbym coś na ząb! Jest jakieś
papu?
- Gdybyś mnie uprzedził, że będziesz wcześniej - Karolina Zarzycka
popatrzyła na swoją latorośl z wyrzutem - tobym z rana coś naszykowała.
A tak to musisz poczekać. Ja też dopiero co wróciłam ze szkoły. Zdążyłam
ledwo co zetrzeć ziemniaki na placki. Zaraz zacznę smażyć. Będą z gulaszem. Za jakieś dziesięć, piętnaście minut.
- Jasne, jasne. - Najmłodszy przedstawiciel familii słynął z łagodnego
charakteru tudzież umiejętności szybkiego przystosowania się do każdej
sytuacji. -
Nie ma sprawy. Na placki i gulasz mógłbym poczekać nawet dłużej. Robią
wrażenie! Mogę ci w czymś
pomóc?
- Już starłam ziemniaki, więc nie - odpowiedziała Karolina, wlewając
olej na patelnię. - Choć właściwie możesz. Wyjaśnij mi, co znaczy to
słowo, którego użyłeś. Bo słyszę je od moich uczniów non stop i nie za
bardzo wiem, co oznacza. Iiii, coś tam...
- Inba? - zdziwił się Beniamin. - Myślałem, że wszyscy je znają. Afera!
- Aha, może zapamiętam. - Karolina w duchu odmówiła krótką modlitwę w intencji tego, aby zdążyć przejść na emeryturę, zanim przestanie już do
końca rozumieć język polski w wydaniu nastolatków. - Choć już nie
pamiętam tych słów, które wyjaśniłeś mi wczoraj. Co to było?
- Cringe - przypomniał cierpliwie jej syn - czyli przypał. I odklejka,
czyli oderwanie od rzeczywistości.
- No tak, faktycznie... - Karolina darowała sobie uwagę, że wyjaśnienie
jednego tajemniczego określenia drugim, równie dla niej enigmatycznym,
jak w przypadku pary "cringe-przypał", nie tłumaczy jej wiele, tym
bardziej że to ostatnie kojarzy jej się jedynie z czymś, co za chwilę
mogło spotkać placki ziemniaczane. Już i tak miała wrażenie, że jej
dziecię traktuje ją ostatnio tak, jakby była rówieśniczką Edyty Górniak.
To znaczy, miała cztery tysiące lat. - No i co z tą inbą?
- A, już ci mówię. - Beniamin podszedł do lodówki, wyjął z niej parówkę,
po czym w mgnieniu oka ją pochłonął. Karolina znała syna na tyle dobrze,
aby wiedzieć, że parówki traktuje on jako coś w rodzaju przystawki, i to
w dodatku przed każdym z trzech głównych posiłków. Czasem miała
podejrzenie, że jest od nich uzależniony i że gdyby kiedyś owego
dyskusyjnego rarytasu zabrakło w sklepach, musiałaby oddać swoją
pociechę do Monaru na odwyk. - Zwolnili nas dzisiaj z budy, bo mieliśmy
mieć sprawdzian z chemii, ale Wiolka, która się nie przygotowała, wzięła
butelkę do podlewania kwiatków i zaczęła udawać, że odeszły jej wody i ma poród. No i stara od chemii, zamiast odesłać ją do dyra albo
higienistki, wyszła na korytarz i wezwała karetkę.
- Co ty znowu bredzisz? - Karolina popatrzyła na niego z wyrzutem. -
Jaki poród?
- Przedwczesny. - Beniamin usiadł przy stole i wyciągnął nogi na drugim
krześle. Tylko zaskoczenie treścią wypowiedzianej przez niego informacji
sprawiło, że Karolina nie kazała mu natychmiast zmienić pozycji. - Znasz
Wiolkę. Ma taki bebzol, że nie sposób na poczekaniu rozstrzygnąć, czy
faktycznie nie jest w ciąży. Poza tym była bardzo przekonująca. Aż do
czasu, kiedy usłyszała sygnał pogotowia. Bo przyjechali do niej z honorami, wyło, że fest! Drama zrobiła się taka, że aż dyra wynieśli na
noszach, bo przyleciał i zaczął się chwytać za serce, a potem spalił
buraka na fejsie i ci z karetki myśleli, że ma udar i wykorkuje.
Wrzeszczał, że go wykończymy szybciej niż te wszystkie walnięte
kuratorki, które minister zsyła mu na głowę niczym plagi egipskie, że
gdyby wiedział, co go czeka, toby został policjantem, a nie
nauczycielem, bo przynajmniej byłby już na emeryturze, że jeszcze jeden
taki numer, a sam podłoży bombę pod szkołę, żeby wreszcie mieć święty
spokój, i takie tam różne. Myślę, że jeśli nawet nie kopnie w kalendarz
na zawał, to go zamkną w psychiatryku. I wtedy będziesz mogła startować
w konkursie na nową dyrektorkę.
- Dziękuję, nie skorzystam. - Karolina zbyt dobrze znała szalone pomysły
swoich uczniów, aby kwestionować prawdziwość synowskiej relacji. W końcu
nie dawniej jak poprzedniego dnia wzięty przez nią do odpowiedzi gagatek
oświadczył, że miał w nocy atak nerwowy, w którego wyniku doznał amnezji
i nie potrafi sobie przypomnieć imion synów Bolesława Krzywoustego, a drugi na pytanie o konsekwencje rozbicia dzielnicowego odpowiedział
filozoficznie: "Myśli pani profesor, że mi się ta wiedza naprawdę do
czegoś w życiu przyda?". - No, mów! Co było dalej?
- Nic. - Beniamin wzruszył ramionami. - Dyra zabrała karetka, Wiolę
odesłali do domu po starych, żeby im pani wicedyrektor wytłumaczyła, że
wychowali psychicznie chorą córkę i powinni całą rodziną iść na terapię
albo do wariatkowa, a nas zwolnili do domu, bo nikt nie miał już głowy
do lekcji.
- Cudownie. - Karolina skrzywiła się z dezaprobatą. - Macie coraz
głupsze pomysły. A matura za pasem!
- Przecież nikt jej nie będzie zdawał z chemii! - prychnął Beniamin,
sięgając po leżący na stole magazyn "Koktajl" i oglądając jego okładkę z lekkim zdziwieniem. - Czytasz ten badziew?!
- Zwariowałeś?! - Karolina popatrzyła na niego z politowaniem. - Nowa
pacjentka twojego szanownego ojca poprosiła, żeby ją jak najbardziej
upodobnił do jakiejś tam aktorki, więc kupił to, żeby na nią popatrzeć.
Jest na okładce.
- Naprawdę ktoś chce wyglądać jak ta lambadziara? - zaciekawił się
Beniamin. - Przecież ona jest z kategorii: "wyjdź czym prędzej i zamknij
za sobą drzwi".
- Bendżi! - oburzyła się Karolina, z irytacji wylewając na patelnię od
razu całą chochlę masy ziemniaczanej i tworząc tym samym placka giganta.
- Nie wolno tak mówić o kobietach! I przy okazji popatrz, co narobiłeś!
- Co narobiłem? - Jej syn spojrzał na patelnię i wyraźnie się ucieszył.
- Będzie dla mnie! Co robisz dramę?! Zamiast kilku placków z gulaszem
będzie jeden duży po węgiersku. Pomyśl, że robiąc go, przez przypadek
awansowałaś do wyższej ligi kucharskiej. Obok Gessler i Makłowicza.
Kongratulejszyn! A co do tej aktorki... No weź i na nią popatrz! Wygląda
jak blachara.
- Stanowczo nie pozwalam ci używać tak haniebnych określeń w stosunku do
kobiet! - rzekła karcąco Karolina. - Przynajmniej w mojej obecności.
- Czyli za plecami mogę? - upewnił się Beniamin, a napotkawszy gniewne
spojrzenie rodzicielki, wzruszył ramionami. - Już dobrze, dobrze. Będę
milczał jak grób. Choć uważam, że popisujesz się właśnie hipokryzją.
Sama też oceniasz ludzi po wyglądzie...
- Niby kogo?! - obruszyła się Karolina.
- Choćby dziewczyny, które czasem do mnie przychodzą. - Beniamin
popatrzył na nią ironicznie.
- Które?!
- Na przykład Elwirę...
Karolina przez chwilę pogrzebała w pamięci, ale nijak nie potrafiła
znaleźć tam nikogo, kogo twarz dałoby się dopasować do tego imienia.
- Nie pamiętam.
- Kiedy wyszła, zapytałaś, kto ją wypuścił z Alcatraz...
Pamięć z miejsca podsunęła Karolinie odpowiedni kadr.
- Przecież ona była cała wytatuowana! - wykrzyknęła ze zgrozą.
- No i co z tego?
- Niekoniecznie chciałabym, żeby mój ewentualny wnuczek zamiast do
kościoła na chrzest został zabrany do tatuatora, a wnuczka już na
oddziale położniczym przypominała Agnieszkę Chylińską - zauważyła
Karolina.
Syn zmierzył ją złośliwym wzrokiem.
- Ustalmy może, że nie przyprowadzam tutaj lasek, żeby je taśmowo
zapładniać, okej? - rzekł z przekąsem, po czym wrócił do gazety. - Też
masz pomysły. No to zobaczmy, o czym tu jeszcze piszą. O, Kurzopki.
- Kto?
- Kurzajewski i Cichopek - wyjaśnił Beniamin. - Jest artykuł o ich
chuciach. Niby wiem, że w podeszłym wieku też można się seksić, ale
jakoś mnie to zniesmacza.
Karolina, która była rówieśniczką aktorki i bardzo ją lubiła, ostatkiem
sił powstrzymała się, żeby nie przyłożyć swojej pociesze chochlą po
głowie.
- Co tam dalej... - Beniamin wertował z zapałem strony "Koktajlu". -
"Julia Wieniawa, pora na zmianę". Ciekawe... Weźmie się wreszcie za jakąś
pracę?
A, nie. Ma dość celebryckiego życia. To tak, jakby karp miał dosyć wody.
O! "Rozenek-Majdan zagra w trzecim filmie". Dwa pierwsze były chyba w czasach kina niemego, bo inaczej nikt by tego nie przeżył, a nie
czytałem nigdy o zbiorowych zgonach w kinach.
- Jesteś... - zaczęła Karolina, ale chłopak machnął lekceważąco ręką.
- Wiem, paskudny z charakteru - dokończył spokojnie. - Winię za to
rodziców. Genotyp, sama rozumiesz! No dobrze, jedźmy dalej. "Rodowicz
wspiera węgiel". Hm... W sensie wydobycie? A nie, Roksanę. Nuuuuda.
"Patrycja Wojdarek oskarża męża o zdrady, przemoc domową i alkoholizm".
Dobrze, że przy okazji jeszcze nie o kanibalizm!
- Poczekaj, poczekaj! - Karolina odwróciła się gwałtownie. - Wojdarek?!
- No... A co? Coś nie tak? - Beniamin popatrzył na nią pytająco, po czym
nagle na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmieszek. - Nie mów, że
spałaś z jej mężem!
- Nie wydurniaj się!
- Nie, nie! Lepiej mi to od razu powiedz, żebym potem nie przeżył
traumy, jak cię zobaczę na okładce "Koktajlu" z podpisem: "Oto kochanka
Wojdarka. Jest starsza od Rodowicz. I węgla!".
- Nie mam do ciebie siły! - westchnęła Karolina, po czym przerzuciła z patelni na talerz placek gigant, nałożyła na niego gulasz, obok położyła
ogórek kiszony i postawiła posiłek przed zachwyconym synem. - Smacznego!
- Dzięki. - Beniamin zaczął pałaszować danie z takim zapałem, jakby nie
jadł co najmniej od tygodnia. -
No to co z tą Wojdarek?
- Chodziłyśmy razem do liceum - poinformowała Karolina, lekko się
zamyślając. - W tamtych czasach byłyśmy nierozłączne. Ona, ja i Marzenka
Grzelak. Patrycja nosiła wtedy jeszcze nazwisko Wujec. Spędzałyśmy razem
czas nie tylko w szkole, ale i po lekcjach. Jeździłyśmy na wspólne
wakacje. Pocieszałyśmy się, gdy miałyśmy problemy z chłopakami...
- Rmmmntcznie. - Beniamin wymówił to słowo niezbyt wyraźnie, bo akurat
przeżuwał mięso z gulaszu. - I co się stało, że przestałyście się
kumplować?
- Życie się stało - wyjaśniła filozoficznie Karolina. -
Na studiach jeszcze umawiałyśmy się na jakieś tam kawy, kolacje, a potem
każda z nas poszła w swoją stronę. Przede wszystkim Patka. Nagrała kilka
piosenek, pojechała na festiwal do Opola, zdobyła jakąś nagrodę, poznała
swojego męża, który już wtedy miał opinię geniusza muzycznego i na
koncie jakieś tam wyróżnienia. Zaczęli razem pracować. Została gwiazdą.
Zawsze o tym marzyła. Marzenka też jest artystką. To znaczy, była.
Rzeźbiła, malowała... Miała nawet wystawę w Zachęcie. Potem wyszła za mąż
i jej... ślubny... zakazał jej pracować.
- Jak to zakazał? - zdziwił się szczerze Beniamin.
- Normalnie. Po ślubie zażądał, żeby zajmowała się tylko domem.
- Hejże! - Beniamin wyglądał na zszokowanego. - Przecież to Polska, a nie Pakistan!
- Akurat jej mąż uważa pewnie Pakistan za raj na ziemi. Przynajmniej w kwestiach obyczajowych - skwitowała sarkastycznie Karolina.
- Jak to?!
- Jej mężem jest Tadeusz Oliwiak...
- Ten Tadeusz Oliwiak?!
- Niestety...
Beniamin kiwnął głową i wydał z siebie pełen zrozumienia przeciągły
gwizd.
- Kapewu - rzekł z wyraźnym współczuciem. - Wszystko jasne!
Mąż szkolnej koleżanki Karoliny od kilkunastu lat zasiadał w ławach
sejmowych i przez ten czas zasłynął z tak zbzikowanych pomysłów jak
powrót do podziału szkół na męskie i żeńskie, bo koedukacja jego zdaniem
prowadziła do demoralizacji, zakaz przyjmowania kobiet na studia, bo
jego zdaniem jedynym zajęciem przedstawicielek płci pięknej powinno być
rodzenie dzieci tudzież "dbanie o nieustanne podsycanie ogniska
domowego", a ostatnio także składany co rusz do laski marszałkowskiej
projekt całkowitego zakazu rozwodów. O takich drobiazgach jak karanie za
stosowanie antykoncepcji, zniesienie penalizacji wobec damskich bokserów
czy wtrącanie do lochów, i to najlepiej dożywotnio, wszystkich
feministek już nawet nie warto było wspominać.
Ze względu na swoje poglądy Oliwiak tytułowany był przez większość
mediów a to "oszołomem", a to "dziadersem". Jedna z gazet zorganizowała
nawet kiedyś zbiórkę na jego leczenie psychiatryczne, ostatecznie
przeznaczając zebrany błyskawicznie milion złotych na wsparcie Fundacji
Feminoteka. Mimo dość powszechnego przekonania, że panu posłowi - jak to
się kiedyś wyraził Beniamin, oglądając jego wystąpienie w telewizji -
"odjechał peron", Oliwiak co cztery lata dostawał się do parlamentu
wspierany głosami podobnych sobie mizoginów, a w niektórych kręgach był
uznawany za autorytet w kwestiach moralno-obyczajowych.
- Marzenka nosi więc teraz nazwisko męża i zgodnie z jego światopoglądem
nosa nie wyściubia poza ich dom - podsumowała Karolina.
- Smutne - westchnął Beniamin. - Dobrze, że tata nie ma takich
dziwacznych odchyłów...
"Ma inne", pomyślała Karolina, ale postanowiła nie wypowiadać tej
refleksji głośno, a słowa syna skwitować jedynie uśmiechem. Doskonale
wiedziała bowiem, że Beniamin idealizuje ojca, jak tylko może, i w sumie
nie miała nic przeciw temu. To dobrze, że chłopak ma wzór. Z dwojga
złego lepiej, żeby brał przykład z taty niż z któregokolwiek ze swoich
rówieśników.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki