Zemsta - Jacek Ostrowski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wszyst­kie po­sta­cie wy­mie­nionew tej książce są wy­my­ślone przez au­tora,a ich ewen­tu­alne po­do­bień­stwo do ko­go­kol­wiekjest zu­peł­nie przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone.

.

Zuza otwo­rzyła oczy. Na­tych­miast za­uwa­żyła sto­jak z kro­plówką, usły­szała też wciąż po­wta­rza­jący się dźwięk - pik, pik, pik.

Po­woli prze­krę­ciła głowę. Już wie­działa, gdzie jest. To był szpi­tal. Za cho­lerę nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, jak się tu zna­la­zła. Co ona tu ro­biła? Je­dyne, co pa­mię­tała, to to, że le­ciała sa­mo­lo­tem, cała reszta sta­no­wiła jedną wielką białą plamę. Na­gle ktoś w bia­łym far­tu­chu na­chy­lił się nad nią. To był męż­czy­zna ze ste­to­sko­pem na szyi, uśmie­chał się do niej przy­ja­ciel­sko. Nie znała go.

- Frau Ban­dur­ski?

Frau Ban­dur­ski? Kurwa mać, co on gada? Chciała za­pro­te­sto­wać, po­wie­dzieć, że na­zywa się Le­wan­dow­ska, ale unie­moż­li­wiła jej to rurka umiesz­czona w ustach. Je­dy­nie prze­cząco po­krę­ciła głową.

- Spo­koj­nie, Frau Ban­dur­ski, pro­szę te­raz wy­po­czy­wać.

Ten ktoś mó­wił po pol­sku, ale z dziw­nym ak­cen­tem. Gdzieś z tyłu, za głową, sły­szała inne głosy, ale to był ję­zyk nie­miecki. Nie­wiele z tego zro­zu­miała. Chyba mó­wili o niej, że miała wiel­kie szczę­ście, ale o co im cho­dziło? Nie miała zie­lo­nego po­ję­cia.

Na­gle po­czuła sen­ność, po­wieki jej opa­dły i za­snęła.

Obu­dziło ją de­li­katne szar­pa­nie za ra­mię. To ten sam męż­czy­zna, co wcze­śniej.

- Frau Ban­dur­ski, mu­simy prze­wieźć pa­nią na ba­da­nia. Pro­szę się obu­dzić.

Nie miała już rurki w ustach, wresz­cie mo­gła mó­wić swo­bod­nie.

- Za­szła po­myłka. Nie je­stem żadna Frau Ban­dur­ski, na­zy­wam się Zu­zanna Le­wan­dow­ska - wy­szep­tała z tru­dem.

- Nie­moż­liwe - zdzi­wił się męż­czy­zna. - Ja tu mam w pa­pie­rach wła­śnie to na­zwi­sko.

- A w ogóle, to gdzie je­stem? Pana też nie znam.

- Na­zy­wam się Ar­nold Stock, je­stem le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym, opie­kuję się pa­nią. Je­stem pani ro­da­kiem, miesz­ka­łem w Pol­sce do sześć­dzie­sią­tego ósmego roku, ale ko­mu­ni­ści wy­rzu­cili całą na­szą ro­dzinę.

- Z ra­cji na­zwi­ska po­win­nam pana po­lu­bić.

- Zna pani jesz­cze ko­goś o ta­kim na­zwi­sku? - za­in­te­re­so­wał się.

- Nie­zu­peł­nie. Czemu je­stem w szpi­talu? Co się stało? Mam w gło­wie pustkę. Pro­szę mi po­wie­dzieć.

- Była ka­ta­strofa lot­ni­cza. Miała pani sporo szczę­ścia, bo jako jedna z nie­licz­nych prze­żyła. Wielu pa­sa­że­rów zgi­nęło, kil­koro jest ran­nych, w tym dwie osoby ciężko. Wszyst­kim oca­la­łym ro­bimy kom­plek­sowe ba­da­nia, ta­kie mamy od­górne za­le­ce­nia, i dla­tego te­raz prze­wie­ziemy pa­nią na gi­ne­ko­lo­gię, a póź­niej na kar­dio­lo­gię.

- A po co? Czuję się do­brze.

Spró­bo­wała się po­ru­szyć. Chciała spraw­dzić, czy wszystko w po­rządku, czy nie jest po­ła­mana, czy nie ma za­ło­żo­nego gipsu. Unio­sła de­li­kat­nie lewą nogę, póź­niej prawą, na­stęp­nie ręce. Nic nie wy­czuła, a więc nic jej nie trzy­mało w łóżku. Chciała się pod­nieść, usiąść, ale le­karz chwy­cił ją za ra­mię i tym sa­mym za­sto­po­wał.

- Pro­szę spo­koj­nie le­żeć. Mam dla pani do­brą wia­do­mość, pani mąż też prze­żył.

O czym ten fa­cet gada? To chyba ja­kiś kiep­ski żart, a może kosz­marny sen. Pew­nie za­raz się obu­dzi i wszystko wróci do normy.

- Herr Ban­dur­ski czuje się do­brze. Ma tylko stłu­cze­nie ręki i wstrząs mó­zgu. Szczę­ściarz. Wyj­dzie z tego.

- Kurwa mać! - wrza­snęła. - Nie je­stem żadna Ban­dur­ska! Ile razy mam to po­wta­rzać? Na­zy­wam się Le­wan­dow­ska, nie mam męża i ni­gdy go nie mia­łam! Pro­szę na­tych­miast spro­sto­wać tę po­myłkę.

- Pro­szę się uspo­koić! To tylko szok po wy­padku, chwi­lowa po­ura­zowa amne­zja. Za kilka dni wróci pani pa­mięć. Pew­nie Le­wan­dow­ska to pani pa­nień­skie na­zwi­sko. Zresztą, za­raz tu przy­wiozą pani mał­żonka na kon­fron­ta­cję i wszystko bę­dzie ja­sne.

- Kurwa mać, co to za gierki? Już jest wszystko ja­sne! - ryk­nęła. - Ow­szem, sporo nie pa­mię­tam, ale, do cho­lery, wiem, kim je­stem. Nie je­stem mę­żatką, bo ni­gdy na tyle nie zwa­rio­wa­łam, żeby wyjść za mąż, i nie mam po­ję­cia, co tu ro­bię. A w ogóle to jaka ka­ta­strofa lot­ni­cza? Cho­lera, nie wiem, o czym pan mówi. Co wy mi tu za kit wci­ska­cie? Nie sły­sza­łam, żeby kie­dy­kol­wiek ktoś prze­żył ka­ta­strofę lot­ni­czą!

- Ma pani ra­cję, to cud, że pani żyje.

- Gdzie ja je­stem? Wciąż na Ku­bie?

- Nie, skądże, jest pani w Ber­li­nie.

- Co pan opo­wiada? Co ja tu, do cho­lery, ro­bię? Prze­cież le­cie­li­śmy do War­szawy. Ber­lin to chyba nie po dro­dze?

- Ow­szem, ale do­szło do po­rwa­nia i tu wy­lą­do­wał pani sa­mo­lot, a póź­niej na jego po­kła­dzie do­szło do wiel­kiej eks­plo­zji.

- Czyli fak­tycz­nie się roz­bi­li­śmy?

- Nie­zu­peł­nie. W me­diach mó­wią, że to była bomba. Ktoś ją od­pa­lił w środku sa­mo­lotu.

- Co? Za­mach ter­ro­ry­styczny? - wy­du­kała Zuza. - To nie­moż­liwe. Kto mógłby być tak po­pier­do­lony, żeby coś ta­kiego zro­bić?

- Nic wię­cej nie wiem. Za drzwiami stoi po­li­cjant i ma do pani kilka py­tań. On też zna ję­zyk pol­ski. Za­raz tu wej­dzie. Może od niego się pani coś wię­cej do­wie?

- A po co on? Ja nic nie pa­mię­tam, więc nic wam nie po­mogę.

- Nie­stety, musi pani z nim po­roz­ma­wiać, bo we­dług władz to wła­śnie pani mąż po­rwał sa­mo­lot. Po­dej­rze­wają, że on jest sprawcą tego za­ma­chu.

- Kurwa mać! Jaki mąż!? Ile razy mam po­wta­rzać, że je­stem panną? W co wy mnie wkrę­ca­cie? Mam tego dość! - Zuza cała w ner­wach po­de­rwała się z łóżka. - Czy pan jest idiotą? Nie na­zy­wam się Ban­dur­ska i nie mam żad­nego męża. Je­stem Zu­zanna Le­wan­dow­ska i je­stem ad­wo­ka­tem z Płocka. Po tylu tłu­ma­cze­niach to na­wet mój pies by to zro­zu­miał, tylko nie wy. Gdzie moja to­rebka? Tam jest mój pasz­port. Mo­że­cie to spraw­dzić.

Na salę wszedł wy­soki ru­do­włosy męż­czy­zna w po­li­cyj­nym mun­du­rze. Chyba usły­szał jej ostat­nie słowa.

- Gu­ten Tag! My al­les spraw­dzimy, ale to po­trwa, bo Ihre do­ku­menty spło­nęły, tak jak zresztą al­les pa­sa­że­rów. Je­stem po­rucz­nik Mil­ler. Me­ine Mut­ter być z Pol­ski. Upar­cie mó­wią Sie, że na­zy­wać się Le­wan­dow­ski? Ja?

- Ile razy mam to po­wta­rzać? Tak, na­zy­wam się Zu­zanna Le­wan­dow­ska - wark­nęła, zde­ner­wo­wana, z na­ci­skiem na koń­cowe a.

- Ke­ine Sorge, nie po­trzeba de­ner­wo­wać. Je­śli nie współ­dzia­łać Sie z mąż, to nie mieć się czego bać.

- Kurwa mać! Już nie mam siły tego wam wciąż tłu­ma­czyć. Ga­dam jak ze ścianą.

- To nie le­cieć Sie z mąż? To w ta­kim ra­zie z kim?

- Le­cia­łam z pa­pugą, wielką czer­woną arą. Wie­cie, jak wy­gląda taka pa­puga? To taki wielki ko­lo­rowy ptak, który bar­dzo brzydko się wy­sła­wia. Dużo go­rzej niż ja.

- To ta pa­puga ge­hört Ih­nen? - Po­li­cjant po­woli po­krę­cił głową. - Oj, nie­do­brze być, ganz schlecht.

- Co znów nie­do­brze? Gdzie jest moja pa­puga? Co się z nią stało? Ga­daj pan, i to już. Co się stało ze Zgagą?

- Ke­ine Angst, żyje, ale zdą­żyła hier już po­peł­nić viele prze­stęp­stwa, i to bar­dzo po­ważne.

Sły­sząc to, Zuza par­sk­nęła śmie­chem.

- Aresz­to­wa­li­ście ją? Za­ku­li­ście ją w kaj­dany? Wi­dzę, że nie­duża jest róż­nica mię­dzy po­li­cją a mi­li­cją, tacy sami dur­nie.

- Bitte nie śmiać. Pa­puga nam uciec. Jed­nak to, co wy­krzy­ki­wać na mie­ście, jest w Ber­li­nie Za­chod­nim, tak jak i w Re­pu­blice Fe­de­ral­nej Nie­miec, su­rowo ver­bo­ten.

- Wiem, że jest nie­obli­czalna. A co ona znów wy­my­śliła? - spy­tała Zuza, z tru­dem ha­mu­jąc we­so­łość.

- Fliegt po mie­ście i krzy­czeć: Heil Hi­tler! Heil Hi­tler!

- Skąd ona to zna? - wy­du­kała, za­sko­czona. - Zdolna jest jak mało która, ale ja jej cze­goś ta­kiego nie uczy­łam. Mu­siała to zła­pać gdzieś na mie­ście. Ni­gdy nie po­pie­ra­łam na­zi­zmu. W to mnie nie wkrę­ci­cie, nie ma mowy.

- Może mąż na­uczyć? On zu­fäl­lig nie Neo­nazi?

- Kurwa mać! Dość tego! Nie mam męża i nie mia­łam. U nas na­zywa się taką osobę starą panną, a u was Jung­fer. Ro­zu­miesz? Ja je­stem Jung­fer! Fersz­te­jesz? Ich bin Jung­fer! Fersz­te­jesz?

- No tak, w każ­dym ra­zie tak Sie twier­dzić. Już to za­no­to­wać. Za mo­ment wszystko być ja­sne, już hier­her wieźć Ih­ren m... - Po­li­cjant prze­rwał w pół słowa i za­raz się po­pra­wił: - Herr Ban­dur­ski.

Drzwi zo­stały otwarte z hu­kiem i w progu po­ja­wił się męż­czy­zna wie­ziony na wózku in­wa­lidz­kim po­py­cha­nym z mo­zo­łem przez in­nego po­li­cjanta w mun­du­rze. Zuza, mimo czę­ściowo za­ban­da­żo­wa­nej głowy pa­cjenta, od razu po­znała Ma­riań­skiego. Wy­glą­dał źle, ręka na tem­blaku, druga w pla­strach. Jedną dło­nią był przy­kuty do po­rę­czy wózka.

- Po­znają go Sie?

- Oczy­wi­ście - po­czuła wielką ulgę - ale to nie jest ża­den Ban­dur­ski, tylko Ma­riań­ski, mi­li­cjant. My­śle­li­ście, że to mój mąż? Czy was zu­peł­nie po­je­bało? Czy wy­glą­dam na żonę ta­kiego in­dy­wi­duum? Za kogo wy mnie ma­cie? Nie po­wie­dział wam, kim jest?

- Nein - od­parł po­li­cjant z wy­raź­nym za­kło­po­ta­niem. - Ma ranę w ustach i przez to nie może spre­chen. Ręka ka­putt, to nie może tego na­pi­sać.

- Na­wet gdyby miał sprawną, to i tak by­ście tego nie zro­zu­mieli. Z niego jest praw­dziwy mistrz or­to­gra­fii - za­drwiła Zuza.

Ka­pi­tan po­ru­szył się ner­wowo na wózku i coś za­beł­ko­tał. Po­li­cjant zwró­cił się w jego stronę.

- Czy ta Dame to Frau Ban­dur­ski?

Ma­riań­ski po­krę­cił prze­cząco głową.

- Czy znają Sie Herr Ban­dur­ski? - Tym ra­zem po­li­cjant zwró­cił się do Zuzy.

- O tyle o ile. By­li­śmy na tej sa­mej wy­cieczce, a póź­niej le­cie­li­śmy tym sa­mym sa­mo­lo­tem. Był z żoną i córką. Mam na­dzieję, że one żyją.

- Spraw­dzamy al­les, ale kil­ka­na­ście osób prze­żyć, więc jest Hof­f­nung, po wa­szemu na­dzieja.

Wła­śnie usta­lamy wszyst­kich per­so­na­lia. Prze­pra­szamy za po­myłka.

Wy­pchnięto z sali wó­zek z Ma­riań­skim i za­raz po tym wy­szedł po­li­cjant. Zuza zo­stała sama.

My­śli sza­lały jej w gło­wie. To wszystko było straszne, tyle ofiar, a jej znów się udało, bo żyła. Wi­docz­nie jesz­cze nie przy­szedł na nią czas. Sta­rała się za wszelką cenę przy­po­mnieć so­bie szcze­góły lotu, ale wciąż zde­rzała się ze ścianą. Jedna wielka biała plama i nic poza tym.

Znów drzwi się otwo­rzyły, ale tym ra­zem po­ja­wił się dok­tor Stock.

- Te­raz prze­wo­zimy pa­nią na gi­ne­ko­lo­gię.

- Wciąż nie ro­zu­miem czemu. Czuję się do­brze. To chyba prze­sada?

- Spo­koj­nie, to tylko pod­sta­wowe ba­da­nia. Bądź co bądź jest pani ofiarą ataku ter­ro­ry­stycz­nego, bo nic, na­wet chęć ucieczki z ko­mu­ni­zmu, w ża­den spo­sób nie tłu­ma­czy sprawcy.

PŁOCK

Wia­do­mość o ka­ta­stro­fie sa­mo­lotu roz­nio­sła się po Pol­sce lo­tem bły­ska­wicy, tak jak po Płocku in­for­ma­cja, że na jego po­kła­dzie byli Zuza Le­wan­dow­ska i ka­pi­tan Ma­riań­ski. Wszy­scy z nie­cier­pli­wo­ścią i w na­pię­ciu ocze­ki­wali ko­mu­ni­katu z li­stą ofiar. Pro­boszcz z fary jesz­cze tego sa­mego dnia wie­czo­rem od­pra­wił spe­cjalną mszę w in­ten­cji po­wrotu Zuzy, a po jej za­koń­cze­niu w dro­dze na ple­ba­nię zaj­rzał do ga­rażu i przez chwilę gła­skał piesz­czo­tli­wie ka­ro­se­rię mer­ce­desa. Być może jesz­cze nie wszystko stra­cone, po­my­ślał i za­raz po­tem zro­bił znak krzyża, w ten spo­sób od­ga­nia­jąc od sie­bie grzeszne my­śli. Wró­ciw­szy na ple­ba­nię, wy­jął z szafy bu­telkę wódki żyt­niej i kie­li­szek, po­sa­dził Wrzoda na stole, po czym sam przy nim usiadł. Na­lał so­bie i wy­pił. Na­wet się nie skrzy­wił. No cóż, lata prak­tyki. I znów na­lał, i znów wy­pił. Zer­k­nął na kota, który sie­dział, wpa­trzony w niego, ze zje­żo­nym grzbie­tem i sy­czał ni­czym wąż.

- Te­raz wy­piję za twoją pa­nią. Za jej szczę­śliwy po­wrót. Je­steś ta­kim su­kin­sy­nem, że waż­niej­sze jest dla mnie po­zby­cie się cie­bie na amen ani­żeli chęć po­sia­da­nia tego mer­ce­desa.

Wrzód na to miauk­nął i po­spiesz­nie ewa­ku­ował się na pod­łogę. I słusz­nie, bo po wy­pi­ciu kilku kie­lisz­ków w pro­bosz­czu bu­dziły się zbrod­ni­cze de­mony, a to mo­gło się dla kota skoń­czyć źle.

W kan­ce­la­rii przez cały dzień i do późna w nocy czu­wali No­wak z Ko­wal­skim i Jolką, w na­pię­ciu wsłu­chu­jąc się w ra­diowe wia­do­mo­ści. Jed­nak nie usły­szeli tego, co chcieli, bo na­zwi­ska ofiar wciąż były usta­lane. Za szczę­śliwy po­wrót Zuzy do domu wy­pili bu­telkę brandy, ale czy to po­może? Tego wciąż nie wie­dzieli. W końcu po wielu go­dzi­nach bez­owoc­nego na­słu­chi­wa­nia Ra­dia Wolna Eu­ropa i BBC ro­ze­szli się do do­mów.

Rano już skoro świt przed kio­skami Ru­chu usta­wiły się za­krę­cone ko­lejki płoc­czan, cze­ka­jąc na do­stawę prasy. W Ko­men­dzie Wo­je­wódz­kiej też pa­no­wała ner­wowa at­mos­fera. Puł­kow­nik Ko­zioł we­zwał do sie­bie cho­rą­żego Sa­sina.

- Słu­chaj­cie, znów jest pro­blem z tym Ma­riań­skim. Chyba o tym sły­sze­li­ście?

Pod­ko­mendny spoj­rzał py­ta­jąco na zwierzch­nika.

- O czym mie­li­śmy sły­szeć, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku?

- Kurwa mać, jak to o czym? Ga­zet nie czy­tu­je­cie? Dzien­nika te­le­wi­zyj­nego nie oglą­da­cie? I wy chce­cie awan­so­wać? Wy­bij­cie to so­bie z głowy, i to raz na za­wsze. Dru­giego Ma­riań­skiego mi­li­cja oby­wa­tel­ska nie wy­ho­duje i ba­sta. Wy­star­czy nam je­den idiota w stop­niu ofi­cer­skim.

- Oglą­damy, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku, ale tam nic nie było o ka­pi­ta­nie - od­parł Sa­sin, mocno wy­stra­szony obiet­ni­cami szefa.

- Bo nie ma jesz­cze li­sty pa­sa­że­rów, ale my wiemy, że Ma­riań­ski le­ciał tym sa­mo­lo­tem tak jak ta Le­wan­dow­ska. Ro­zu­mie­cie?

- Tak jest, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku. Wszystko ro­zu­miemy.

Ko­zioł spoj­rzał na niego uważ­nie.

- Co ro­zu­mie­cie? Mów­cie!

- No, że... - za­czął du­kać cho­rąży - ka­pi­tan Ma­riań­ski le­ciał sa­mo­lo­tem ra­zem z tą Le­wan­dow­ską.

- I to wszystko?

- A co jesz­cze? - wy­szep­tał Sa­sin, pa­trząc ze stra­chem na puł­kow­nika.

- To jesz­cze, de­bilu, że ten sa­mo­lot zo­stał po­rwany i póź­niej się roz­pier­do­lił na lot­ni­sku w Ber­li­nie Za­chod­nim. Gówno z niego zo­stało, ale po­dobno kilka osób prze­żyło.

- A, to ten sa­mo­lot. Nie wie­dzie­li­śmy.

Tego już było za wiele. Ko­zioł po­de­rwał się z fo­tela i wy­cią­gnął rękę przed sie­bie, wska­zu­jąc pal­cem drzwi.

- Idź­cie do dia­bła. Precz mi z oczu! Wy­no­cha!

- Tak jest, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku!

Sa­sin po­spiesz­nie wy­szedł, a Ko­zioł chwy­cił za słu­chawkę.

- Sie­raw­ski do mnie, i to mi­giem!

W chwilę po­tem sier­żant prę­żył przed puł­kow­ni­kiem pierś.

- Mel­duję się na roz­kaz.

- Po­wiedz­cie mi, co się stało z tą ta­blicą pa­miąt­kową?

- Z jaką ta­blicą, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku?

- No, z tą z tym pa­ja­cem, Ma­riań­skim. Wy­rzu­ci­li­ście ją na śmiet­nik czy po­nie­wiera się gdzieś w ko­men­dzie?

- Nie wiemy, ale za­raz spraw­dzimy.

- Zrób­cie to, bo je­śli tego sta­rego chuja wy­sa­dzono w po­wie­trze, to trzeba ją znów wmu­ro­wać i wy­pra­wić te wszyst­kie szopki co po­przed­nio, ra­zem z po­grze­bem.

- A je­śli znów cu­dow­nie ożyje?

- Kurwa mać, co wy, Sie­raw­ski, wy­ga­du­je­cie? Po­noć je­ste­ście nie­wie­rzący?

- Tak jest, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku mel­du­jemy, że nie wie­rzymy.

- To czemu pier­do­li­cie o ja­kichś cu­dach? Nie ma cze­goś ta­kiego, zro­zu­miano?

- Tak jest, to­wa­rzy­szu puł­kow­niku, cu­dów nie ma.

- I tak ma­cie mó­wić, a te­raz od­ma­sze­ro­wać!

Sier­żant opu­ścił ga­bi­net. Za­dzwo­nił te­le­fon.

- Słu­cham.

- Tu ge­ne­rał Mio­du­ski z Ko­mendy Głów­nej. Do­szły do nas słu­chy, że wasz ofi­cer wy­pier­do­lił na Za­chód. Czy to prawda?

Ko­zioł rap­tow­nie wstał z fo­tela i wy­prę­żył się jak struna.

- My nic o tym nie wiemy, to­wa­rzy­szu ge­ne­rale.

- Kurwa mać! Czego nie wie­cie? Nie wie­cie, że ten Ma­riań­ski u was słu­żył? Ma­cie aż taki bur­del na ko­men­dzie? Już dawno mi mó­wili, że wy nie pa­nu­je­cie nad tym wszyst­kim. Chyba już ma­cie taki wiek, żeby wy­pier­da­lać na eme­ry­turę? Mamy ra­cję?

Ręka puł­kow­nika trzy­ma­jąca słu­chawkę za­częła de­li­kat­nie drżeć, twarz po­kryła się bla­do­ścią, a czoło kro­pel­kami potu.

- Tak jest, ale da­lej chcemy słu­żyć Par­tii, to­wa­rzy­szu ge­ne­rale. Mel­duję, że ka­pi­tan Ma­riań­ski wy­peł­niał tajną mi­sję i nie wie­rzymy w to, że uciekł na Za­chód. Po­dej­rze­wamy, że jest jedną z ofiar.

- Oby tak było, bo ina­czej nie chcie­li­by­śmy być w wa­szej skó­rze.

Ko­zioł chciał coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale usły­szał trzask od­kła­da­nej słu­chawki.

Opadł na fo­tel i wsparł głowę na rę­kach.

- Ma­riań­ski, ty nie ży­jesz, su­kin­synu, nie za­wiedź mnie - szep­nął.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki