2. Chełmice, 1931
Hanna Lewin stała przed ogromnym lustrem w pracowni krawieckiej Rosińskich i wpatrywała się z zachwytem w swoje odbicie. Nowa sukienka była doskonała. Podkreślała jej wąską kibić, a lekko rozkloszowany dół dodawał chłopięcym biodrom krągłości. To była jej pierwsza nowa sukienka od pięciu lat. Gdy Hanka stała się już dojrzałą dziewczyną, donaszała ubrania po swojej matce. Były one nieco za luźne na wiotką Hankę, często pocerowane i sprane, ale Lewinowie byli biedni. Nowa suknia, płaszcz czy spodnie dla Emila to był wydatek, na który rodzina mogła sobie pozwolić sporadycznie. Teraz jednak, gdy Hanka przekroczyła dwudziesty rok, a na horyzoncie nie było widać żadnego pretendenta do jej ręki, Anna Lewinowa postanowiła zainwestować w córkę i uszyć jej u krawca Rosińskiego nową sukienkę.
- Myślisz, że w czwartek Jakub mnie zobaczy w nowej sukni? - zapytała siedzącą na taborecie Alicję Rosińską.
Mimo że między dziewczętami było kilka lat różnicy, rozumiały się doskonale. Alicja, jak na szesnastoletnią dziewczynę, była dojrzała, dorodna i ta różnica wieku była prawie niedostrzegalna.
- Żydzi nie obchodzą Bożego Ciała - zaśmiała się Alicja. - Ale Jakub pewnie będzie wyglądał przez okno, żeby w procesji ciebie wypatrzyć.
- Naprawdę myślisz, że mu się podobam? - zapytała ponownie nieco zatroskana Hanka.
- Pewnie, że się podobasz, tylko Moselowie mu zabraniają się z tobą zadawać, bo oni tylko starozakonnych uznają - mruknęła Hanka. - Jejku, jakie to romantyczne. Wszyscy są przeciwko wam, a wy i tak na przekór rodzinie kochacie się.
Hanka Lewin zarumieniła się.
- To nie jest tak, jak mówisz, niestety. Jakub jest bardzo, jak by to powiedzieć, nieśmiały. Nigdy nie przyznał się, że jest we mnie zakochany. Tylko tak pięknie patrzy tymi swoimi wielkimi, ciemnymi oczami... Zdaje mi się jednak, że on na wszystkie tak patrzy - powiedziała Hanka.
Chciała, żeby przyjaciółka zaprzeczyła. Potrzebowała słuchać, że Jakub Mosel za nią szaleje, a jedynie sprzeciw rodziców powstrzymuje go przed wyznaniem swoich uczuć i poczynieniem odpowiednich kroków, żeby ją poślubić.
- Na mnie tak nie zerka, Hanka. Mówię ci, jak tu siedzę, i żebym miała jutra nie dożyć. - Alicja zaczęła uderzać się dłonią w pierś.
- No, a ten twój? - zapytała Hanka niepewnie.
Alicja machnęła ręką.
- Jaki on mój... On tylko za Adrianną Daleszyńską wzdycha. Tak jak i twój brat. Gdzie mi myśleć, że on, panicz z Chełmickich, zechce na mnie wzrok zawiesić.
- Czytałaś Mniszkównę. Ileż to razy bogaci panowie do biednych dziewcząt się umizgiwali. Ta Adrianna to nic niewarta, z całego majątku tylko nazwisko jej pozostało, to się za bogatymi rozgląda. Słyszałam, że jej ojciec cały dobytek przegrał w karty, tonie w długach, a swoją córkę niczym kurtyzanę wozi po majątkach, co by ją sprzedać najbogatszemu. Piękna to może i ona jest, ale Julian na głupiego nie wygląda i szybko się na niej pozna. Za młody jest na żeniaczkę, a przez kilka lat wszystko się może zmienić - pocieszała przyjaciółkę Hanka.
Tak naprawdę obie żyły złudzeniami i marzeniami właściwymi swojemu wiekowi. Nie istniały bariery nie do pokonania, aby zdobyć miłość, a młodzi mężczyźni, w których się kochały, byli idealni. Konkurentki zaś dzieliły się na piękne i głupie lub mądre i szpetne. Przeszkody stanowiły czynniki zewnętrzne, takie jak inna wiara czy status materialny, ale przecież, gdy ma się lat szesnaście czy dwadzieścia, nie były one nie do przebrnięcia. Krygowały się jednak przed sobą, aby wzajemnie się wspierać i snuć opowieści, które miały nikłe szanse, aby się ziścić.
***
Hanka trzymała w dłoniach sukienkę zawiniętą w szary papier przewiązany sznurkiem i z dumą wracała ocienioną aleją do domu. Dwa razy zatrzymywały się wozy ze wsi, żeby ją podwieźć, ale odmawiała, chcąc tanecznym krokiem przemierzyć drogę i snuć marzenia o Jakubie Moselu. Mogła także śpiewać pełną piersią miłosne piosenki, głosem nieco chrapliwym, ale tak pięknym, że zdawało się, iż milkną ptaki, gdy wydobywa z gardła dźwięki.
Po chwili kolejny pojazd zatrzymał się przy idącej Hance. Ale nie była to wiejska furmanka, a wóz Chełmickich. Antoni nie mógł przekonać się do automobili i mimo że posiadał dwa, wolał tradycyjne pojazdy zaopatrzone w dorodne rumaki. Samochodem wyruszał jedynie do Warszawy albo Poznania, żeby zaimponować swoim partnerom w interesach, ale podczas podróży przeżywał prawdziwe katusze. Wciąż mu się zdawało, że to żelastwo rozpadnie się za chwilę na kawałki albo wybuchnie niczym granat na bitewnym polu. Po swojej okolicy jeździł albo eleganckim powozem, albo wierzchem, samochody pozostawiając na specjalne okazje. Niektórzy posądzali go o skąpstwo i zbytnią oszczędność w eksploatacji aut, ale ludzkim gadaniem od dawna się nie przejmował.
- Dzień dobry, Hanka! - wykrzyknął i przesunął palcem po wąsie. - Pięknie śpiewasz.
- Dzień dobry. - Dygnęła niczym pensjonarka, komplement ignorując ze zwykłej skromności.
- W sobotę wydajemy z żoną przyjęcie. Nie zechciałabyś zaśpiewać? Jak nie masz ładnej sukienki, to ci kupię.
- Mam sukienkę! - krzyknęła entuzjastycznie i pomachała szarym pakunkiem. Po chwili dodała: - A co mi tam, pewnie, że mogę zaśpiewać.
- To przyjdź do nas w sobotę o szóstej - odpowiedział Chełmicki i ruszył aleją w stronę majątku.
"Jaki radosny i szczęśliwy dzień - pomyślała Hanka. - Mam nową sukienkę, a w sobotę zaśpiewam na przyjęciu, gdzie będą sami wielcy państwo".
***
W tym samym czasie, gdy podekscytowana Hanka wracała do domu z nową sukienką, jej przyjaciółka, Alicja Rosińska, również szykowała się do wyjścia. Powód nie był szczególny, ale dla szesnastoletniej dziewczyny - nader ważny. Jej dziadek, miejscowy krawiec, od czasu do czasu szył dla rodziny Chełmickich. Nie były to suknie dla pani domu ani fraki dla właściciela ziemskiego, ale fartuchy dla kucharek i mundurki dla pokojówek, a niekiedy zasłony czy pościel. Nic szykownego i wytwornego. Państwo Chełmiccy najczęściej korzystali z usług znanych warszawskich krawców albo nabywali dla siebie garderobę w Paryżu czy Berlinie. Dla Bronisława Rosińskiego byli jednak ważnymi klientami i zamawiane wyroby dostarczał do dworku osobiście, a później korzystając z pomocy wnuczki. Była to dla niego ogromna udręka, bo do domu Chełmickich było sześć kilometrów. Alicja zaś czekała na te wyjścia z podnieceniem, ponieważ zauroczona była synem Antoniego Chełmickiego, Julianem. Przemierzając kilkukilometrową drogę, wciąż wymyślała rozmaite wróżby, czy spotka młodzieńca. Zrywała gałązki akacji, bezlitośnie ogołacając je z liści i szepcząc cichutko: "będzie, nie będzie". Innym razem wypatrywała czarnego kota albo zrywała dmuchawce i chuchając co sił w płucach, próbowała pozbawić je wszystkich pręcików, wszak tylko wówczas wróżba była pomyślna. Tym razem również była pełna nadziei. Włożyła swoją najlepszą sukienkę, wzięła w dłonie ciężki pakunek i ruszyła w stronę dworku.
Dziadek uszył dla niej prawdziwe dzieło sztuki. Mimo całej sympatii do Hanki Lewin, jej sukienka było o niebo piękniejsza. Kolor bladego różu podkreślał jej śniadą cerę, którą Bóg raczy wiedzieć po kim odziedziczyła, a biały satynowy kołnierzyk nadawał jej cech dobrze urodzonej panny. Jedynie pantofle były stare, brzydkie i nieco sfatygowane. Alicja miała jednak nadzieję, że Julian nie zwróci na nie uwagi.
Był taki przystojny... Mimo że, podobnie jak ona, skończył szesnaście lat, emanował męskością i dystynkcją. Ona również starała się być damą, ale w otoczeniu figlarnej babki i nieco zagubionej matki jej starania ograniczały się jedynie do poprawnej polszczyzny, znajomości angielskiego i umiejętności prawidłowego posługiwania się sztućcami.
Po godzinie marszu dotarła do bogato zdobionej bramy. Była otwarta, bo najwyraźniej gospodarze na kogoś czekali i chcieli, aby ów gość poczuł, że jest mile widziany w ich progach. Wzdłuż alei prowadzącej do dworku pyszniły się idealnie przycięte bukszpany i okazałe jałowce w różnych odcieniach, począwszy od tradycyjnej zieleni, a na przygaszonej żółci kończąc. Zaraz przy bramie można było dostrzec piaszczystą aleję biegnącą wzdłuż krzewów dzikiej róży i tamaryszku. Alicja wiedziała, że dróżka wiedzie do nowoczesnych stajni i padoku dla luksusowych i drogocennych rumaków Antoniego Chełmickiego. Nie to jednak było dla Alicji ważne, ale fakt, że często z tej alejki wyłaniał się Julian. Wysoki chłopak o oczach ciemnoniebieskich niczym niebo przed burzą i włosach w kolorze dojrzałego żyta. Tym razem jednak droga była pusta. Alicja z drżącym sercem podążyła dalej, zastanawiając się, czy Julian w ogóle przyjechał. Uczył się w Warszawie i większość czasu spędzał właśnie tam, ale miała nadzieję, że zarówno święto Bożego Ciała, jak i urodziny ojca przywiodą go do rodzinnego domu.
Na prostokątnym dziedzińcu dworku stały samochody i dorożki. Auta nie należały do gospodarza, on bowiem stawiał swoje w garażach na tyłach posesji i korzystał z nich rzadko, nazywając publicznie "dziełem szatana". Natomiast bryczka niewątpliwie była Chełmickich, bo Alicja rozpoznała stangreta, starego Majkowskiego, który z pietyzmem szczotkował sierść konia. Alicji niekiedy się zdawało, że w majątku Chełmickich konie są najważniejszymi mieszkańcami, ponieważ Antoni niemal bez przerwy o nich rozprawiał, dbał o nie nieustannie i chwalił się nimi każdemu, kogo spotkał. I nie tylko tymi najdroższymi, stanowiącymi obiekty westchnień rasowych koniarzy, ale również tymi służącymi mu do pracy i podróżowania bryczkami. Być może to właśnie miłość do koni sprawiła, że na pojazdy mechaniczne stary Chełmicki patrzył z niechęcią.
Alicja pozdrowiła stangreta i udała się na tyły domu, gdzie znajdowało się wejście kuchenne. Kiedy minęła rabatę karminowych róż, usłyszała śmiech dobiegający przez otwarte okna biblioteki, cichą muzykę i z patefonu śpiew największej diwy - Hanki Ordonówny. Z zazdrością patrzyła na rzeźbione dębowe drzwi wejściowe, za którymi zaczynał się inny świat. Dom Chełmickich nie był ani zamkiem, ani okazałym pałacem, ale niekiedy Alicji zdawało się, że ludzie przekraczający jego próg wiodą królewskie życie, nieskalane troskami o dobra doczesne. Jednocześnie uważała, że cena, jaką się płaci za to bogate życie, jest wysoka. Jej dzieciństwo to były przygody, podrapane kolana i brudne sukieneczki. Śniadanie stanowił kubek mleka i bułka maślana, który to posiłek spożywała na stojąco, w pośpiechu, bo pod lasem już czekały dzieci i zabawa. Niekiedy jeszcze ze śladami mleka pod nosem i niedomytymi poprzedniego dnia nogami wybiegała do świata, który był tajemniczy, niezbadany, ale pełny śmiechu i radości. Bawiła się z Lewinami, Moselami i Kaweckimi. Dzieci chłopów, sklepikarzy i niższych urzędników. A że do wsi były trzy kilometry, spotykali się w połowie drogi. Nie musieli się umawiać na godziny, niczego ustalać, zawsze ktoś był. Później, gdy byli starsi, dzieci chłopów musiały pomagać przy żniwach i inwentarzu, ale po spełnionych obowiązkach biegły co sił w nogach, jedząc po drodze chleb ze smalcem i wołając z pełną buzią: "Poczekajcie na nas".
Niekiedy, idąc drogą prowadzącą do wsi, a dalej do majątku Chełmickich, Alicja widywała młodego chłopaka, ubranego, jakby na mszę jechał, w towarzystwie drobnej i bladej matki albo grubego ojca z wąsem niczym Piłsudski. Julian patrzył na dzieci, pozdrawiał, machając dłonią, i z nostalgią odwracał w ich kierunku głowę, jakby chciał zrzucić elegancki mundurek i śnieżnobiałe skarpety, i pobiec naprzeciw przygodzie, gdy kradnie się jabłka z sadów, pije wodę ze strumienia i buduje szałasy ze świerkowych gałęzi. Alicja myślała wtedy, że wcale mu nie zazdrości takiego nudnego dzieciństwa, jak również tego, że musiał wyjechać do gimnazjum w Warszawie i mieszkać w domu Ireny Wigoniowej, nadętej damy, dla której czas zatrzymał się w XIX wieku. Te dziecięce myśli Alicji wcale nie odbiegały od rzeczywistości.
***
Julian Antoni Chełmicki nie uważał, że wygrał los na loterii, rodząc się jako pierwszy i jedyny syn najbogatszego człowieka w okolicy. Zamknięty w ogromnym domu, niczym w złotej klatce, miał nikły kontakt z okolicznymi rówieśnikami. Jego towarzystwo od najmłodszych lat musiało być wyszukane, dopasowane do poziomu życia, jakie wiódł, i było przeraźliwie nudne. Lekcje języków, jazdy konnej i coraz modniejszego tenisa nie mogły zastąpić igraszek na bagnach, grania w "zośkę" czy łapania szczurów. Jadał przy stole, używając eleganckich srebrnych sztućców, zamiast chwytać pajdę chleba brudnymi rękami i biec przed siebie, dopóki starczy sił.
Wyjazd do gimnazjum niewiele zmienił jego sytuację. Ojciec nie zgodził się, żeby jego oczko w głowie zamieszkało w bursie, i opiekę nad jego wychowaniem w tym czasie powierzył swojej starszej siostrze, którą niekiedy Julian nazywał "starą wiedźmą". Korzystał z każdej okazji, żeby wyrwać się do domu, bo chociaż nie było tam idealnie, w porównaniu z życiem pod kuratelą ciotki Chełmice wydawały się rajem.
Wracał właśnie z garaży ojca i dostrzegł idącą z ogromnym pakunkiem Alicję Rosińską. Lubił ją, chociaż była typową chłopczycą. Mimo ładnych sukienek, szytych przez jej dziadka, i misternie uplecionych warkoczy Alicja kojarzyła mu się z łobuzerstwem, ciętym językiem i dowcipami, czyli tym wszystkim, co stanowiło dla niego obiekt westchnień i tęsknot.
- Dzień dobry, panno Alicjo! - krzyknął ze śmiechem. - Pomogę ci z tymi pakunkami.
- Są ciężkie, a panicz nie wygląda mi na herosa - zażartowała Alicja i za chwilę pożałowała tego. Miała zachowywać się jak prawdziwa dama, jedna z tych, które oblewają się rumieńcem, gdy wybranek serca spojrzy w ich stronę.
- Ale złośliwa jesteś. - Julian zmrużył oczy w udawanej złości. - To może się zmierzymy, kto silniejszy.
- Będziemy pchali samochody czy młócili żyto na czas? - zapytała i wyciągnęła pakunek w stronę Juliana. - Proszę, możesz poćwiczyć tężyznę.
Weszli do chłodnej sieni, a potem do przestronnej kuchni, gdzie gruba kucharka układała talerze w kredensie.
- O... w końcu jesteś - mruknęła nieżyczliwie, patrząc badawczo zarówno na nią, jak i na wchodzącego Juliana.
- Miałam przyjść o czwartej - odpowiedziała Alicja i zerknęła na wiszący nad drzwiami zegar. - A jest za pięć czwarta.
- Nie bądź taka mądralińska i pyskata do starszych, bo dziadkowi się poskarżę - warknęła kucharka.
Alicja wzruszyła ramionami i bez słowa wyszła z kuchni. Julian także się nie odzywał, dopóki nie znaleźli się na dziedzińcu.
- Przepraszam za Ludmiłę. Prawdziwa z niej zrzęda - powiedział cicho.
- Nie musisz przepraszać za kogoś. - Roześmiała się. - Nic sobie nie robię z jej gderania. Kto by się przejmował takimi babami, które ciągle mają nos na kwintę i są wiecznie niezadowolone.
- Uwierz, widzę takie obrazki nader często i zastanawiam się, czy Ludmiła nie dodaje dziegciu do posiłków - odpowiedział Julian. - Moja ciotka z Warszawy to też kawał gangreny, trudno z nią wytrzymać, ale za rok matura i wyfruwam z tego gniazda osy.
- I co będziesz robił? - zapytała z trwogą Alicja.
Chełmiccy byli bogaci, Julian mógł wyjechać na studia nie tylko do Warszawy lub Lwowa, ale do Paryża, Mediolanu czy Londynu.
- Mam zamiar zrobić karierę w wojsku i pójść do szkoły podchorążych, ale na razie mój ojciec nie chce o tym słyszeć i pcha mnie w kierunku ekonomii, a ta dziedzina mnie odstręcza. - Uśmiechnął się smutno.
- Rozumiem cię, ja skończyłam powszechniak i dziadek uczy mnie krawiectwa. A ja to bym chciała tańczyć. Umiem stepować, jestem wysportowana i aż mnie tyłek parzy, jak przy maszynie dłużej niż godzinę siedzę. Marzy mi się szkoła tańca, u Tacjanny Wysockiej, ale nie wiem, czy przekonam dziadka i mamę, bo babcia Alutka jest za mną całym sercem i nawet języków mnie uczy, gdybym miała międzynarodową karierę zrobić. Babka ma do nich talent, jeździła trochę po Europie, to się wyuczyła.
- Tancerka? To nie jest dobre zajęcie dla kobiety... - odpowiedział Julian, marszcząc czoło. Po chwili jednak zreflektował się, że może tym sprawić przykrość Alicji i powiedział: - To pokaż, co potrafisz.
- Zwariowałeś? Tutaj? - zapytała z lekkim przerażeniem Alicja.
- Na tarasie, za domem. Nikt nie będzie patrzył.
- Bez muzyki?
- Zanucę ci. - Roześmiał się.
- Wariat. - Odwzajemniła uśmiech.
I wtedy Julian dodał coś, co zmroziło Alicję.
- Moja Adrianna też pięknie tańczy.
Julian nie chciał zranić Alicji, nie miał pojęcia o jej uczuciach. Odnosił się do niej jak do koleżanki, zazdrościł jej pewności siebie i ciętego języka, a przede wszystkim sądził, że i ona w podobny sposób traktuje ich luźną znajomość. Widywali się rzadko, od czasu do czasu porozmawiali w żartobliwy sposób. Alicja nie wdzięczyła się jak inne dziewczęta i nie udawała damy. Była po prostu fajnym kompanem i odskocznią od nadętego towarzystwa.
Tymczasem dla Alicji słowa Juliana były niczym kubeł zimnej wody. Pożegnała się pośpiesznie, zrzucając to na karb obowiązków w zakładzie dziadka, i ruszyła, zdruzgotana, ku kutej bramie. Jej marzenia o Julianie legły w gruzach. Póki niewypowiedziane są niektóre słowa, można mieć złudzenia, wymyślać historie, żywić się nadzieją. Ale Julian jednym zdaniem zburzył ten wyimaginowany świat. I nie chodziło nawet o treść, ale o ten błysk w jego oczach, gdy wypowiadał imię tej dziewczyny, znienawidzonej Adrianny Daleszyńskiej, dla której młodzi chłopcy tracili głowę. Julian również i w tym wyścigu po jej serce, a pewnie za kilka lat i po jej rękę, był zdecydowanym faworytem. Bogaty, wykształcony i piękny. I cóż z tego, że Adrianna była pustą lalką, jak to szeptały sobie z Hanką, kiedy potrafiła oczarowywać w sposób, w jaki ona nigdy nie umiała. A przecież ona, Ala, była ładna, miała jasne włosy, ciemną cerę i duże zielone oczy. Co było z nią nie tak, że Julian patrzył na nią jak na kumpla, a nie jak na dziewczynę? Nie była bogata jak on ani nie posiadała manier damy, ale nosiła piękne sukienki uszyte przez dziadka i nie była głupia, mimo marnej edukacji szkolnej. Postanowiła, że pewnego dnia Julian dostrzeże w niej kobietę, choćby miała na to czekać wiele lat. Udowodni mu, że bycie zadziorą nie pozbawia jej dziewczęcości, a bezpośredniość jest zaletą, a nie wadą.
Przepełniona żalem i złością, dotarła do domu i nawet nie zaglądając do pracowni dziadka, rzuciła się na łóżko, tłumacząc zaskoczonej matce i babci, że dopadła ją comiesięczna dolegliwość. Wpatrywała się w obraz Matki Boskiej, wiszący nad łóżkiem, i połykała łzy, przeklinając swój los. Najbardziej bolało ją to, że Julian Chełmicki nie widział w niej dziewczyny, ale sympatycznego kumpla, który dawką sarkazmu wywoływał uśmiech na jego twarzy.
Po kilku godzinach tępego patrzenia w jeden punkt, gdy niemal fizyczny ból odbierał jej oddech, nadeszła chwila złości. Na świat, w którym nie mogła realizować swoich marzeń. Była zakochana bez wzajemności, tańczyć mogła jedynie w samotności albo na nielicznych zabawach uświetniających ważne wydarzenia w miasteczku. Musiała uczyć się zawodu krawieckiego, do którego czuła żywiołową niechęć, i patrzyć na smutną twarz swojej rodzicielki, jak gdyby ta straciła złudzenia i pogodziła się z losem pogardzanej panny z dzieckiem. Jedynie babka Alutka, jej imienniczka, dodawała otoczeniu jaśniejszych barw, tryskając humorem i kpiąc z życia niczym komicy opowiadający pikantne dowcipy. Żądna przygód, bywała i w Wilnie, i w Berlinie, szukała swojego miejsca na ziemi, niestrudzenie podążając za marzeniami, radosnym życiem i tym, co kochała najbardziej...
Alutka chciała zostać sławną projektantką mody, a dziadek Bronek miał być jej kluczem do sukcesu. Realizował jej pomysły, szyjąc dziwaczne suknie i spodnie dla kobiet, które z trudem przedzierały się na salony. Były uznawane za symbol chorego feminizmu, a kobiety, które w swojej zaciętości i odwadze usiłowały je nosić, wypraszano z kościołów, a na snobistycznych salonach stanowiły obiekt wszelkiej maści plotek i kpin. Inne projekty zaś oferowały paniom tańszą wersję sukienek kabaretowych, z mocno wyciętymi dekoltami i wykończonych frędzlami, które pobudzały męską wyobraźnię, rozpalały zmysły i cieszyły się powodzeniem jedynie wśród prostytutek. Gdy w końcu prototypy kreacji zalegały w garderobie, a Rosińscy spłukali się niemal do zera, dziadek Bronisław postanowił zaprotestować. Grożąc rozwodem i odebraniem prawa do opieki nad Michaliną, ich jedyną córką, wywiózł Alutkę na prowincję i założył mały zakład krawiecki, budząc niechęć starozakonnych, którzy opanowali w miasteczku wszelkie gałęzie usług. W proteście Alutka nigdy więcej nie zaprojektowała żadnej sukni, ku ogromnej uldze małżonka, wszak owe twory wyobraźni niesfornej żony mogłyby wywołać niemałą konsternację w tym konserwatywnym, małomiasteczkowym społeczeństwie.
Alicja Rosińska jednak nie zgorzkniała i nie wyżywała się na mężu za brak wiary w jej talent, ale pogodziła się z losem, usiłując jedynie urozmaicić swoje życie dowcipami, głośnym śmiechem i poglądami, które wprawiały w osłupienie niejedną osobę zamieszkującą Chełmice.
Jej wnuczka, leżąc w pokoju, przestała rozmyślać o pięknym Julianie, bez pamięci zakochanym w równie pięknej Adriannie Daleszyńskiej, i zaczęła rozważać burzliwe życie swojej babki. Cóż z tego, że nie udało jej się zostać sławną kreatorką mody i wylądowała w brzydkiej, nieciekawej mieścinie, gdzie jedyną atrakcją były krążące o Chełmickich plotki? Ale zawalczyła o swoje marzenia, spróbowała robić w życiu to, co kochała, a oprócz tego zdobyła serce dziadka, którego jedynie troska o jedynaczkę zatrzymała przed utratą wszystkiego, co miał, byle jego krnąbrna, ale pełna wdzięku żona była zadowolona.
A gdyby tak została tancerką? Poruszałaby się pięknie, emanowała seksapilem, nosiła frywolne sukienki i mówiła niskim, chrapliwym głosem. Mężczyźni tracili głowy dla takich kobiet. Może nie były one najlepszym materiałem na żony, ale rozpalały zmysły, pobudzały fantazję i były niczym piękne anioły dane jedynie na chwilę, by uszczęśliwiać swoim widokiem rozmarzonych mężczyzn. Gdyby taką nową Alicję zobaczył za kilka lat Julian, czy również oszalałby, jak inni? A ona wówczas, rozpieszczona powodzeniem, dawałaby mu prztyczki w nos, uwodząc, a jednocześnie zwodząc obietnicą romansu? Kucharki i pokojówki, te które nabyły umiejętność czytania, zachwycały się romansami przystojnych, bogatych mężczyzn i ubogich, skromnych guwernantek, ale ona wiedziała, jaka była prawda. Ta płeć zdecydowanie wolała obdarzone seksapilem diwy w mocnym makijażu i w błyszczących sukniach, które oślepiały zbyt dużą ilością brokatu. Tak, mężczyźni kochali takie kobiety jak Hanka Ordonówna, Pola Negri czy ekscentryczna Tamara Łempicka. Ordonka też zaczynała jako tancerka, Mata Hari swoim tańcem uwiodła najważniejszych ludzi polityki, dlaczego ona miałaby nie spróbować? Była ładniejsza niż Ordonka, smuklejsza niż Mata Hari i poruszała się lepiej niż Helena Grossówna. Tak, mogłaby spróbować, ale jak? Musiałaby wyjechać, znaleźć mieszkanie i pracę, pójść do szkoły tańca, a na to wszystko potrzebne były pieniądze. Tymczasem ona nie miała żadnych. I mimo że w okolicy uchodziła za hardą i wygadaną dziewczynę, brakowało jej także odwagi, by rzucić się w wir wielkiego miasta, postawić wszystko na jedną kartę, niczym szuler oddający ostatnią monetę w nadziei na wielką wygraną.
Nie jedząc kolacji, nie czytając ani nie schodząc do pracowni dziadka, usnęła, skulona w kłębek, przykryta przez matkę jedynie narzutą, by uciec przed światem, który zdawał się nie być jej światem. A jedyny promyk, który rozjaśniał jej monotonne życie, właśnie zgasł, obdzierając jednym zdaniem ze złudzeń, którymi karmiła się, odkąd skończyła trzynaście lat.
***
Ten dzień dla jej przyjaciółki, Hanki Lewin, zapowiadał się daleko przyjemniej. Czar jednak prysł, gdy zbliżała się do rodzinnej chałupy. Jej matka siedziała na ławce przed domem, bledsza niż zwykle, i lekko pokasływała, z trudem łapiąc powietrze. W dłoni trzymała tamborek, a na sukience leżał motek czerwonej muliny. Wyglądała, jakby nie miała siły nawlec igły i przeciągnąć nici po zarysie maków namalowanych miękkim ołówkiem na grubym płótnie. A może cierpiała, słysząc dźwięki awantury dobiegającej z domu. Nie chciała kolejny raz patrzyć, jak jej ukochany synek Emil dostaje dyscypliną, jaką jej mąż wykonał z równym pietyzmem, co kosze, które sprzedawała co wtorek i piątek na targu.
Tym razem Emil okradł z miedziaków glinianego aniołka w kościele, gdzie parafianie wrzucali drobne przeznaczone na nową chrzcielnicę. Organista, gdy przyłapał Emila na tym niecnym czynie, od razu powiadomił starego Lewina, wierzył bowiem, że ojcowskie cięgi sprawdzą się daleko lepiej niż policyjna koza.
- Ty gnoju, złodziejskie nasienie. Żebym ja w domu złodzieja trzymał, co nawet świętego miejsca uszanować nie może! Oduczę cię kraść, ty parszywy hultaju. Łapy siekierą prędzej poucinam niż złodzieja wychowam! - krzyczał Ignacy Lewin, okładając syna, gdzie popadnie.
- Nie chcę żyć w nędzy! - ze łzami w oczach odszczekiwał się Emil. - Nie chcę chodzić w za krótkich portkach i dziurawych butach! Lej mnie, a i tak do bogactwa dojdę, jak nie pracą, to złodziejstwem!
Po tych słowach Ignacy zaczął bić Emila jeszcze mocniej. Miał problem z trafianiem, bo sprawny i młody syn odskakiwał co chwilę od ojca kaleki, gdy nie mógł znieść bólu razów zadawanych splecionymi wierzbowymi witkami.
Gdy stary Lewin opadł z sił, odłożył ze złością dyscyplinę i przetarł zroszone czoło. Miał nadzieję, że tym razem na dłużej wybije chłopakowi z głowy takie haniebne pomysły.
Hanka, podobnie jak matka, stała przed chałupą i czekała na zakończenie owej lekcji wychowawczej, której jej ojciec nader często lubił udzielać. Ona też kilka razy miała okazję zmierzyć się z bólem, jaki wywoływały witki, i te wspomnienia sprawiały, że wszelkie poczynania mogące rozzłościć ojca omijała szerokim łukiem.
Gdy krzyki umilkły, drzwi chałupy otworzyły się i stanął w nich Emil. Chłopak miał oczy wypełnione łzami i czerwone pręgi na rękach, szyi, a nawet twarzy. Popatrzył ze złością na bladą, zatrwożoną matkę i wysyczał:
- Nienawidzę was! Nienawidzę was wszystkich!
Po chwili podciągnął opadające, wypłowiałe spodnie, poprawił rozchełstaną koszulę i pobiegł łąką w stronę miasteczka. Gdy dom zniknął mu z oczu, zwolnił. Czuł łaskotanie traw, słyszał skrzeczenie żab i przeklinał ojca. Nie tylko za to, że kolejny raz go sprał, ale dlatego, że godził się na taką żałosną egzystencję, wmawiając dorastającemu synowi, że jedynie praca przez kilkanaście godzin dziennie da im odzienie, strawę i dach nad głową.
"Gówno prawda" - myślał z goryczą Emil.
Tacy Chełmiccy, na przykład, nic nie robili, a stać ich było nawet na samochód. Jego rówieśnik, Julian, nie doił krów, on jeździł konno. Nie chodził w przykrótkich, połatanych spodniach, tylko w marynarkach szytych na miarę i posiadał chyba z pięć par butów. A on, mając ojca kalekę, od najmłodszych lat chodził w pole i miał tyle pieniędzy, ile udało mu się ukraść. Tyle że nie było komu. Chełmiccy, najbogatsi w okolicy, najczęściej nosili swoje eleganckie pugilaresy w wewnętrznych kieszeniach płaszczy i marynarek, a żydowskie banknoty śmierdziały czosnkiem i cebulą.
Nagle zatrzymał się, bo zobaczył w oddali jadącą bryczkę Chełmickich, a w niej najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widział, Adriannę Daleszyńską. Dziewczyna miała jasne włosy, ułożone w starannie wykonane fale, błękitne, błyszczące oczy i duże usta wydęte w grymas, niczym mała dziewczynka, którą zmuszano do zjedzenia owsianki.
Kiedyś spotkał ją na stacji, gdy czekała na pociąg jadący w kierunku Warszawy. Stał tak blisko, że czuł jej zapach. Delikatną woń kwiatów zmieszaną z zapachem landrynek. Miała drobne, białe dłonie, którymi bezskutecznie usiłowała otworzyć niesforną parasolkę. Zaproponował jej wówczas pomoc. Skinęła głową, wydęła usta i wręczyła ją Emilowi. Bez trudu poradził sobie z jej otwarciem i wtedy Adrianna obdarowała go uśmiechem. Jej błękitne oczy zamieniły się w szparki, jakby nie mogły pomieścić na drobnej twarzy ogromnych ust wyginających się w uśmiechu.
Od tej chwili Emil Lewin nie mógł myśleć o niczym innym. Był zaczarowany. Znał wiele ładnych dziewcząt, widywał je w kościele i na targu, ale żadna nie była w stanie równać się z tym anielskim stworzeniem. Adrianna bywała często w Chełmicach, bo jej rodzice przyjaźnili się z Chełmickimi, i gdy tylko Emil dostrzegał jej obecność, chodził za nią niczym pies przybłęda, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Byle tylko powiodła po nim wzrokiem albo uśmiechnęła się jak wtedy, gdy otworzył jej parasolkę, ale ona zdawała się kompletnie ignorować chłopca, który miał za krótkie spodnie i zniszczone ciężką pracą dłonie. Niekiedy ocierał się o nią, niby przypadkiem, by poczuć znowu zapach landrynek i snuć młodzieńcze fantazje, które w połączeniu z szalejącymi hormonami były coraz śmielsze. Cóż jednak mógł jej zaoferować? Objazdowe kino, gdzie jadło się podłą kiełbasę z chlebem i popijało piwem? Romantyczne spacery w dziurawych butach i smród obory? Adrianna była wielką damą o nieskazitelnym wyglądzie, manierach księżniczki i pięknym zapachu, od którego kręciło się w głowie.
Gdy bryczka znalazła się w jego pobliżu, spostrzegł naburmuszoną minę swojej faworytki. Po ostatnich deszczach koleiny wypełniły się wodą i koła rozbryzgiwały błoto, nie omijając pasażerki. Z pewnością była zdegustowana faktem, że Chełmicki wysłał na stację bryczkę, zamiast samochodu, który był szczytem luksusu i automatycznie kwalifikował podróżujących nim ludzi do elity społecznej. Emil Lewin nie zdążył pomyśleć, co dokładnie spowodowało grymas na twarzy jego wybranki, bo nagle wóz zachybotał się niebezpiecznie i przechylony, utknął w bagnistej kałuży.
Emil nie zastanawiał się, czy pręgi z jego ciała zniknęły i czy piękna Adrianna zwróci na nie uwagę, tylko rzucił się do bryczki, aby pomóc stangretowi wyciągnąć ją z zapadliny. Panna Daleszyńska piszczała co chwilę, okazując jednocześnie strach, jak i niezadowolenie. Gdy jednak udało się zażegnać kryzys i bryczka stanęła w pionie, twarz Adrianny wypogodniała.
- Gdyby nie pan, taplałabym się w kałuży niczym kaczka w stawie. Dziękuję - mruknęła i popatrzyła na Emila.
Mimo że zdawał sobie sprawę z przepaści, jaka ich dzieli, postanowił zaryzykować. W końcu uchodził we wsi za przystojniaka i niejedna panna się do niego umizgiwała.
- A czy w ramach wdzięczności, dałaby się pani zaprosić na lody jutro po procesji? - zapytał hardo.
- To najlepszy żart, jaki usłyszałam w tym tygodniu. - Roześmiała się głośno, z nutką szyderstwa. - Panie Majkowski, ruszamy, na co pan czeka? Aż ten wiejski chłopaczek pomyśli, że mogłabym być nim zainteresowana?
Bryczka odjechała, a panna Daleszyńska nawet nie spojrzała na swojego wybawiciela.
Ten policzek był gorszy niż półgodzinne cięgi ojca. Emil nie zdziwiłby się, gdyby odmówiła, ale mogła to zrobić jak prawdziwa dama. "Wiejski chłopaczek" - myślał z goryczą i kolejny raz tego dnia jego oczy wypełniły się łzami.
- A czego mi brakuje? - pytał siebie i w końcu sam sobie odpowiedział: - Wszystkiego...
***
Święto Bożego Ciała, podobnie jak pasterka, gromadziło tłumy. Każdy mieszkaniec chrześcijańskiej części społeczeństwa stawiał się tego dnia przed kościołem parafialnym, odziany w najlepsze, jakie miał, ubrania, i obserwował zbierających się ludzi. Ci bardziej oddani Kościołowi z dumą naciągali białe rękawiczki i przepasywali się szarfami, by nieść w procesji krucyfiksy, sztandary i inne elementy stanowiące nieodzowny element każdej procesji.
Okna domów ozdabiano obrazami świętych oraz szarfami i kwiatami. Szczególnie strojnie wyglądało to na ulicach, wzdłuż których kroczyła procesja i poustawiane były ołtarze. Najczęściej ich tło stanowiły kolorowe, ozdobne dywany, do których przyszywano pąki kwiatów i mocowano obrazki lub makatki przedstawiające sceny z życia chrześcijan. Śnieżnobiałe obrusy przykrywające ołtarze usłane były płatkami świeżych kwiatów, a w trawniki i rabaty wkopywano młode brzózki, które po każdej procesji kończyły swój żywot w paleniskach i piecach. Owe ołtarze, nieco jarmarczne i pstrokate, stanowiły często tło dla rodzinnych fotografii, gdzie obok członków rodu przystawali księża ściskający w dłoni brewiarze. Czarno-białe zdjęcia, choć nie ukazywały pełnej krasy ołtarzy, były ważną pamiątką, którą wklejano na pierwszej stronie albumów albo wkładano do ramek i wieszano na ścianach, obok krucyfiksów i obrazów Matki Boskiej.
Nawet Żydzi, którzy tego święta nie obchodzili, wylegali na ulicę, żeby podziwiać uczestników tej kolorowej ceremonii. Był to również ten moment, kiedy mogli spotkać swoich znajomych i po procesji uczestniczyć w lokalnym festynie. W ten dzień rozstawiano karuzelę, zapraszano klaunów, a niekiedy magików i innych dziwacznych osobników, wzbudzając ciekawość mieszkańców, którzy na co dzień nie mieli zbyt wielu rozrywek. Młodzi mężczyźni, zbyt nieśmiali lub zbyt szarmanccy, mogli tego dnia zaproponować swoim wybrankom watę cukrową, lody albo jedną z tandetnych, ale tanich ozdób, których pełno było na licznych straganach. Proboszcz nie pochwalał tych zabaw wieńczących Boże Ciało, bo handlowanie w takie wielkie święto było dla niego świętokradztwem. Na jarmark nie przychodzili także Chełmiccy, urządzając przyjęcia w swoim przepastnym domu, będące niejako otwarciem sezonu letniego. Tego roku okazja była podwójna, bo święto zbiegło się z urodzinami Antoniego Chełmickiego.
Dla niektórych uczestników obchodów święta Bożego Ciała był to wyjątkowo trudny dzień. Emil Lewin kroczył w tłumie z miną zbrodniarza, złorzecząc rodzicom, światu i Bogu, któremu przyszedł oddać hołd. Rozglądał się co kilka minut, szukając wzrokiem kolejnej sprawczyni swojego upodlenia, Adrianny Daleszyńskiej. Dostrzegł ją w końcu, idącą z matką i ojcem, w małym, letnim kapelusiku, spod którego wystawały kosmyki jasnych włosów. Jak zazwyczaj miała ten sam wyraz twarzy, nieco naburmuszony i trochę melancholijny.
Emilem targały dziwne uczucia. Z jednej strony wciąż uważał, że jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką spotkał, i wiele by dał, żeby obdarzyła go łaskawszym spojrzeniem czy gestem, z drugiej - nienawidził jej za to, w jaki sposób go potraktowała. Z pogardą i szyderczym uśmiechem. Jak gdyby był śmieciem leżącym na drodze. Wiejskim głupkiem nadającym się jedynie do wypychania bryczki z błota. Czy nie był wart szacunku i życzliwego słowa?
Snuł w myślach wizję upadku pięknej Adrianny. Oto on nagle staje się bogaty i elegancki, a ona łasi się do niego, niczym kotka spragniona pieszczot swego pana. Tymczasem on wykorzystuje ją w najbardziej brutalny sposób, zrywając z niej jedwabne pończochy i zamieniając w strzępy elegancką sukienkę. I gdy ona stoi już w samej bieliźnie, delikatnej i przyozdobionej koronkami, jak jedna z tych bezwstydnych kobiet na zdjęciach, które kiedyś pokazał mu Kawecki, on wymierza jej siarczysty policzek, rzuca niczym szmacianą lalkę na łóżko i spełnia swoje najbardziej ordynarne zachcianki. A kiedy da już upust swojej żądzy, gdy ujrzy jej oddanie - złapie za włosy i wyrzuci za drzwi. Nagą, sponiewieraną i obdartą z godności, aby poczuła to, co on poprzedniego dnia, gdy wyśmiała jego zaloty.
Im dłużej trwała procesja, a ludzie coraz głośniej śpiewali pieśni, w jego wyobraźni Adrianna Daleszyńska była poddawana coraz wymyślniejszym torturom psychicznym. Nie zastanawiał się, że ani czas, ani miejsce nie jest odpowiednie na oddawanie się podobnym myślom, ale czuł się tak bardzo poniżony, że nic nie było w stanie zmienić jego nastawienia.
W przeciwieństwie do Emila Lewina Alicja Rosińska nie była żądna zemsty. Jej twarz wyrażała przygnębienie i jakąś nieuchwytną złość na siebie. Nie miała żalu do Juliana, że wolał piękną Adriannę - której już sam ubiór tego dnia krzyczał: "jestem kimś lepszym" - ale do świata, gdzie szczytem marzeń był przystojny i bogaty mąż. Zresztą, mój Boże, a co ona zrobiła, chcąc zwrócić jego uwagę na siebie? Paplała głupoty, chwaliła się rozbitym kolanem i dokuczała mu, że jest wymuskanym, delikatnym kawalerem wychowanym pod kloszem nadopiekuńczej matki i nadętego ojca. Podobnie jednak jak Emil Lewin, wypatrywała swojego faworyta, by wmawiać sobie, że wcale nie jest ani taki przystojny, ani taki elegancki, jak dotychczas jej się zdawało.
Po chwili przez tłum przedarła się jej przyjaciółka, Hanka.
- Rozmawiałam z Jakubem - wyszeptała jej do ucha, podekscytowana.
- I co? - zapytała z udawaną ciekawością, bo wciąż zbyt mocno była zajęta swoim złamanym sercem.
- No patrzył na mnie jak ja na kremówki w cukierni Rotfeldów. - Uśmiechnęła się promiennie.
- Ale zadeklarował się jakoś? Zaproponował spacer nad staw albo watę cukrową na festynie? - zapytała chłodno Alicja.
- Nie... No wiesz, on jest taki nieśmiały - bąknęła Hanka, zdziwiona nieco oziębłym tonem przyjaciółki.
- Zapomnij o nim, Hanka. Szkoda życia. Od patrzenia to się za mąż nie wychodzi. Zwykła pierdoła, którego matka ożeni z kim zechce, bo on nie będzie miał śmiałości, żeby sam sobie żonkę wybrać - warknęła Alicja.
- Dlaczego tak mówisz? - zapytała ze smutkiem Hanka.
- Bo lata ci lecą, a Mosel jak się gapił, tak gapi nadal i nic ci z tego nie przychodzi.
Alicja raniła słowami przyjaciółkę. Nie robiła tego celowo, ale uważała, że ich młodzieńcze mrzonki o idealnych chłopcach powinny odejść w zapomnienie. Hanka była od niej starsza, ale jej naiwność wciąż była porażająca. Uznała więc, że im szybciej przyjaciółka pójdzie po rozum do głowy, tym dla niej lepiej.
Do rozmawiających cichym głosem dziewcząt podeszła Anna Lewin, matka Hanki. Procesja dobiegła końca i ludzie zbierali się w grupkach, by w końcu swobodnie porozmawiać, zamiast szeptać do ucha, a niektórzy rozglądali się dookoła, jakby zastanawiali się, jak zakończyć ten piękny, słoneczny i wolny od pracy dzień.
- Chodź, Hanka. - Matka szarpnęła córkę za rękę, kiwając zaledwie głową na znak powitania.
Anna Lewin nie lubiła Alicji, bo uważała, że taka gówniara nie powinna być przyjaciółką jej córki, a poza tym według niej dziewczyna miała zadatki na upodobnienie się do swojej babki, skandalistki o tym samym imieniu, co jej wnuczka.
- Pogadam jeszcze trochę z Alicją i dogonię was - powiedziała Hanka.
Wiedziała, że dzisiejsze atrakcje nie są dla nich, bo w domu czekał ojciec, który ze zrozumiałych względów nie mógł uczestniczyć w procesji. Mieszkańcy chcieli zorganizować dla niego wózek inwalidzki, ale nie odebrał tego jako aktu życzliwości, lecz jako objaw litości i współczucia dla kaleki i rogacza.
- Nie, Hanka. Mamy iść z wizytą do Koniuszków - powiedziała spokojnie Anna.
- Po co? - odburknęła jej Hanka, bo dobrze wiedziała, o co chodzi matce.
Koniuszkowie, właściciele niewielkiego gospodarstwa oddalonego niecały kilometr od Lewinów, mieli syna, którego koniecznie chcieli ożenić. A ponieważ Stefana Koniuszkę zajmowało jedynie picie piwa i gorzałki, stara Koniuszkowa postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i wyswatać pierworodnego.
Ciągle podchmielony Stefan o słoniowatych nogach i nieświeżym oddechu nie był szczytem marzeń Anny Lewin o dorodnym zięciu, ale Koniuszkowie mieli większe gospodarstwo, kilka krów więcej i lubili Hankę, która była zawsze uczynna i grzeczna.
- Czas chyba pomyśleć o jakichś zrękowinach - stanowczo odpowiedziała Anna Lewin.
Póki swaty kończyły się na dziwnych uśmiechach i towarzyskich komentarzach, Hanka ignorowała je. Nawet przez chwilę nie pomyślała, że mogłaby zostać żoną Stefana. Nawet go nie lubiła, bo był obcesowy, głupi i wiecznie niedomyty.
- Nie ma mowy, mamo!
- Poskarżę się ojcu - wycedziła matka.
- Możesz się poskarżyć nawet samemu proboszczowi. Nie wyjdę za niego, choćbym miała starą panną zostać, choćbym miała się pod lokomotywę rzucić - prawie wyłkała.
- Głupia jesteś, Hanka. Wciąż wzdychasz do tego pejsaka, Mosela. I co, myślisz, że stary pozwoli Jakubowi na ożenek z tobą? - Lewinowa pogardliwie wydęła wargi i dodała: - Lepiej się szybko namyślaj, bo Stefek wiecznie czekać nie będzie, a ty skończysz jak Bolkowa, co na stare lata z tego staropanieństwa zwariowała i teraz majtki nad stawem młodym chłopakom pokazuje.
- Wolę pokazywać majtki obcym niż temu pijaczynie bez charakteru - odcięła się Hanka. - Zresztą dzisiaj do Chełmickich idę.
- Po co tam leziesz? - Twarz Lewinowej spochmurniała jeszcze bardziej. - Podobno tam roboty dla ciebie nie ma.
- Śpiewać będę na przyjęciu - z dumą odpowiedziała Hanka.
- Zapłacą ci chociaż? - zaciekawiła się matka.
- Nie wiem... - bąknęła, zmieszana. - Nie pytałam o pieniądze.
- Oczywiście! Jak jesteś na naszym utrzymaniu, to cię takie sprawy nie zajmują - złośliwie odpowiedziała Lewinowa i zakasłała.
Widząc jednak, że nic tymczasem nie wskóra, odeszła bez słowa. Mimo niechęci Hanki do poczynań matki martwiła się o nią. Anna Lewinowa kaszlała coraz mocniej i częściej, z trudem znosiła wszelki wysiłek, a jej niegdyś rumiana twarz nabrała woskowego kolorytu. Wraz z ojcem usiłowali namówić ją na wizytę u doktora, ale Lewinowa zbywała ich machnięciem ręki i tekstem: "Samo przyszło, samo pójdzie". Początkowo również tak uważali, uznając, że to najnormalniejsze przeziębienie, ale czas mijał, a uporczywy kaszel, niestety, nie.
- Naprawdę będziesz śpiewać u Chełmickich? - zapytała z ekscytacją i jednocześnie niedowierzaniem Alicja. - Czy nabujałaś matce, żeby cię do Stefka nie ciągnęła?
- Naprawdę. Antoni Chełmicki poprosił, żebym zaśpiewała na przyjęciu. Mają nawet fortepian i ktoś z rodziny będzie mi przygrywał - z dumą odpowiedziała Hanka.
- Zazdroszczę ci - westchnęła Alicja i roześmiała się. - A tancerki nie potrzebują?
- Nie mają takiego dużego salonu. - Hanka również się roześmiała i dodała: - Ale byłabyś blisko Juliana...
- Zapomnij o Julianie - stanowczo odpowiedziała Alicja. - On jest beznadziejnie zakochany. Niestety, nie we mnie, tylko w Adriannie Daleszyńskiej...
- Przykro mi - mruknęła niepewnie Hanka.
Postanowiła tym razem nie pocieszać przyjaciółki, bo wiedziała, że jeśli Alicja wypowiedziała te słowa z taką pewnością w głosie, to musiała w jakiś drastyczny sposób nabrać podobnego przekonania.
***
Julian Chełmicki przemierzał wolno alejkę parku okalającego jego rodzinny dom. Obok niego szła Adrianna Daleszyńska. Podobała mu się i cieszył się, że kojarzono ją jako jego partię, a w przyszłości żonę. Nie mówili zbyt dużo, ale to nie miało dla Juliana znaczenia. Wciąż zastanawiał się nad tym, jak wygląda drobne ciało Adrianny pod elegancką sukienką. Pozwalała mu na niezbyt wiele. Dotknięcie dłoni, muśnięcie warg, od czasu do czasu czuły uścisk to był ich cały kontakt fizyczny. Tymczasem koledzy w szkole opowiadali niestworzone historie o swoich podbojach. Widywał też fotografie roznegliżowanych dam, bezwstydnie pokazujących ramiona, uda, a nawet gołe piersi. Te czarno-białe zdjęcia, nieco już sfatygowane i nadgryzione zębem czasu, krążyły po Chełmicach wśród młodych chłopaków. Za dwa grosze każdy mógł popatrzyć na wyuzdane kobiety w mocnym makijażu, niemal cyrkowym, owinięte jedynie boa albo w barchanowych majtkach zakończonych koronką. Niektóre z nich były kompletnie nagie, leżały na zmierzwionej pościeli albo atłasowych narzutach i rozpalały chłopięce żądze. Kiedyś i jego zagadnęli, czy nie chciałby wyasygnować pięciu groszy na obejrzenie frywolnych obrazków. Wiadomo, dla niego stawka była większa, ale stać go było, żeby wydać równowartość pół litra mleka, aby sprawdzić, o czym szeptano w miasteczku. Oczywiście, po obejrzeniu udawał znudzonego i zawiedzionego, ale w duchu musiał przyznać, że owe erotyczne fotografie pobudziły jego zmysły. Nagie kobiety nie mogły się jednak równać z jego piękną Adrianną, która dumnie szła przy jego boku, ale cóż z tego, skoro te części jej ciała, które chciał oglądać, były poza zasięgiem jego wzroku.
- Co sądzisz o moich przyjaciołach, Adrianno? - zagadnął, by odpędzić myśli od pokus, które oferowała jego towarzyszka.
- Walter von Lossow robi bardzo dobre wrażenie, jest prawdziwym dżentelmenem i inteligentnym młodym człowiekiem, ale Igor Łyszkin ma zadatki na bolszewika - odpowiedziała. - Patrzy na wszystkich jak jakiś barbarzyńca.
Julian uśmiechnął się pod nosem. Dla Adrianny każdy Rosjanin był bolszewikiem, a każdy bolszewik barbarzyńcą. W istocie Igor nie poszedł w ślady ojca i z pogardą patrzył na właścicieli ziemskich, przemysłowców i innych wyzyskiwaczy klasy robotniczej. Był jednak dobrze wykształconym człowiekiem, studiującym w Wojskowej Akademii Inżynieryjnej w Leningradzie. Ku rozpaczy ojca, bo była to typowa szkoła mająca umacniać Armię Czerwoną i nowy system Związku Radzieckiego. Igor jednak uparł się i pragnął wrócić do kraju przodków, gdzie szalały idee bolszewizmu, zarażając młodych ludzi niczym czarną ospą. Tymczasem stary Łyszkin wciąż mieszkał w Polsce, gdzie w czasie zaborów prowadził rozliczne interesy, mimo wysokich apanaży wojskowych. Pomógł mu w tym ożenek z polską szlachcianką, Marią Dybowską. Jako biznesmen i żołnierz armii carskiej ze smutkiem patrzył na rewolucyjne przemiany w swoim kraju i dziękował Bogu za zesłanie mu żony mieszkającej w kraju rządzonym przez piłsudczyków. Chociaż było to wielce niepatriotyczne, gdy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, trzymał stronę Polaków, bo najbardziej przerażały go rządy czerwonych potworów. Nie mógł jednak nic poradzić na to, gdy jego syn wygłaszał poglądy niczym zagorzały komunista. Woził go więc po świecie i po domach zamożnych znajomych, zapoznawał z najpiękniejszymi dziewczętami z porządnych domów w nadziei, że dostatnie życie i blichtr wielkiego świata zawrócą go z drogi, na którą chciał wejść.
Igor poddawał się zabiegom ojca, ale gdy tylko wracał do Leningradu, wsiąkał w nowy system, który mamił ludzi równością społeczną i sprawiedliwością dziejową. Uczestniczył w zebraniach Komsomołu i wyjeżdżał na Wielkie Budowy Socjalizmu, między innymi do Magnitogorska, gdzie z podobnymi do niego zapaleńcami budował nowy kraj. Nowoczesny, silny i mogący stanowić przykład, że rozwój przemysłu czy komunikacji może odbywać się bez kapitału prywatnego, a wszystko stanowić wspólną własność. Z niesmakiem odnosił się do nadętych przyjaciół ojca, którzy kupowali co pół roku nowy model samochodu albo kolejną posiadłość, gdy tymczasem ludzie u nich pracujący nie umieli czytać i pisać, bo ich rodziców nie było stać, by wysyłać dzieci do szkół. Nie mógł zrozumieć tych podziałów społecznych, gdzie jeden cierpi z obżarstwa albo wyrzuca wiktuały, gdy tymczasem inny choruje na szkorbut i gruźlicę z powodu niedożywienia i kiepskich warunków bytowych. Kochał jednak rodziców i nie stał się ich wrogiem, bo wybrali inną drogę i odmienny system wartości. Lubił też niektórych ich znajomych i nie ział nienawiścią do obcych, ale gdy słyszał napuszone rozmowy o kolejnym interesie albo o zbytkach, które nikomu do niczego nie były potrzebne, zaciskał zęby i odchodził, samotnie paląc papierosy albo popijając herbatę, która, chociaż dobra, nie mogła równać się z tą rosyjską, zaparzaną w samowarze przez jego babkę.
Z młodych osób przebywających w majątku Chełmickich Igora najbardziej irytowała niejaka panna Adrianna. Nadęta do granic możliwości dama, która uważała, że uroda i nazwisko są wystarczającymi powodami do prowadzenia próżniaczego trybu życia, kosztem chłopstwa i biedoty. Gdy dawała moniaka żebrakowi, robiła przy tym minę, jakby była królową świata, która w swojej łaskawości i przypływie dobrego humoru obdarowuje jałmużną głupich poddanych.
Jeśli chodzi o Chełmickich i ich towarzystwo, Igor tolerował jedynie młodego Juliana, który zdawał się zdystansowany zarówno do siebie, jak i do otaczającego go bogactwa. Lubił sypać niczym z rękawa dowcipami, łowić ryby ze starej łódki i opowiadać o kobiecych piersiach. Sprawy zakupów kolejnych koni czy antyków w ogóle go nie obchodziły. Lubił też von Lossowa, który kochał po prostu dobrą zabawę i zdawał się nie przejmować kompletnie niczym.
Na tematy polityczne zaś w domu Chełmickich się nie rozmawiało wcale, gdyż zaproszeni goście pochodzili z innych krajów. Mieszane towarzystwo Niemców, Francuzów, Anglików czy Rosjan miało podkreślać kosmopolityczny charakter spotkań, a z uwagi na wciąż napiętą sytuację w Europie starano się pewne kwestie omijać szerokim łukiem. Polska stawała się coraz silniejszym krajem, nadrabiając straty wynikające z grabieży zaborców, pierwsza euforia z odzyskania niepodległości minęła i Polacy chcieli się bawić, rozwijać biznes, a nie zajmować się kontrowersyjnymi sprawami Europy i awanturami w polskim sejmie. Pragnęli bez kompleksów być na równi z tymi, którzy niepodległości nigdy nie stracili, a jeśli przeżywali kryzysy, to na własne życzenie. Nie było sensu już rozpamiętywać, że przez odchodzących zaborców Polska została ogołocona niemal ze wszystkiego. Wbrew pozorom działania typowo wojenne stanowiły jedynie pięć procent wszystkich strat. Teraz jednak kraj kwitł, rozwijał się, w stolicy królowały kabarety i kawiarnie artystyczne, kręcono lekkie komedie. Kobiety żywiej interesowały się modą i premierami kinowymi, zaś mężczyźni woleli spędzać czas na dancingach i wyścigach konnych, będących właściwie sportem narodowym.
Antoni Chełmicki wpisał się w ten nurt, rozwijając swoje interesy nie tylko w kraju, ale także za granicą. Nie miał żadnych szczególnych uprzedzeń, chciał tylko zarabiać pieniądze. Korzystał ze swojego statusu materialnego, nabywając eleganckie i modne przedmioty, podróżując po świecie i inwestując w edukację swojego jedynego syna. Rzadko rozprawiał o polityce, a jeśli to czynił, rozważał owe fakty poprzez pryzmat gospodarki i rynkowych trendów. Miał nadzieję, że Julian połknie bakcyla i będzie w przyszłości równie skutecznie pomnażał rodzinny majątek.
W przeciwieństwie do Igora Łyszkina młody von Lossow był przedstawicielem nowoczesnej młodzieży zachodnioeuropejskiej. Wychowany w Wielkopolsce, w ogromnym majątku ziemskim, uznawał wojny i swary polityczne za niepotrzebne i bezsensowne. Sądził, że szczęśliwy naród to zamożny naród i jedynie rozwój gospodarczy gwarantuje stabilność państwa i zadowolenie społeczne. Według niego Niemcy zawdzięczały Hitlerowi bardzo wiele, ale jego dyktatorskie zapędy, ksenofobię i nacjonalizm uważał za równię pochyłą, która może się zakończyć kolejną wojną. A to była ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała Europa. Było tyle krajów do podbicia, nieznanych terenów w wielu zakątkach świata, pełnych bogactw naturalnych i na wpół dzikich ludzi, którzy nie wiedzieli, jak je wykorzystać. Jak niegdyś Wielka Brytania, Niemcy również mogłyby poszukać szczęścia na rubieżach Afryki czy Dalekiego Wschodu, zamiast wymachiwać palcem sąsiadom. Dlatego Walter studiował w Paryżu, mieście frywolnym i otwartym, gdzie rozwijała się kultura i sztuka, a nie nacjonalistyczne manifesty. Lubił też bywać w Chełmicach, gdzie myślano podobnie, a młodzież stawiała raczej na dobrą zabawę aniżeli dyskusje światopoglądowe.
Julian i Adrianna powrócili do dworku, bo zbliżała się pora kolacji. Była to również główna uroczystość tego dnia, będąca jednocześnie przyjęciem urodzinowym starego Chełmickiego. Służba uwijała się wokół ogromnego, długiego stołu, szczękając sztućcami, dźwięcząc kieliszkami i stukając porcelanową zastawą z monogramami rodowymi.
Goście siedzieli w rattanowych fotelach na tarasie albo przechadzali się po ogrodzie w pobliżu domu, czekając na dźwięk kryształowego dzwoneczka, którym to zapraszano do stołu. Zapachy dochodzące z kuchni i odgłosy dobiegające z jadalni, która szerokimi drzwiami połączona była z obszernym salonem, sprawiły, że gościom zbierała się w ustach ślina, a brzuchy bulgotały niespokojnie, jak gdyby domagały się spożycia tych rarytasów, które przygotowywała od rana Ludmiła. Marynowane ziołami mięsa, rosół z tłustej kury, pieczone kurczaki i tłuczone ziemniaki były świetnym podłożem pod wypijane przy stole trunki. Zwieńczeniem kolacji miał być ogromny, piętrowy tort z maślanym kremem i napisem "100 lat". Okazjonalny napis był neutralny z uwagi na kompleks jubilata, który wciąż miał żelazną kondycję, cieszył się dobrym zdrowiem, lubił otaczać się młodymi kobietami i nieco wstydził się swojego zaawansowanego wieku.
***
Gdy w dworku szykowano przyjęcie, kilka kilometrów dalej, w domu Lewinów, Hanka upinała elegancki kok. Najchętniej wycisnęłaby modne fale, ale nie miała żelazka do włosów ani specjalnych klipsów, które kobiety zakładały na noc, na mokre jeszcze pasma. Spały następnie w tych metalowych hełmach, które przy każdym poruszeniu wbijały się w ich głowy, powodując dyskomfort i bolesny ucisk. Hanka także byłaby gotowa na takie poświęcenie, ale, niestety, nie posiadała klipsów. Siedziała więc przed toaletką z potrójnym lustrem, która oprócz rzeźbionej komody była najbardziej luksusowym meblem w ich domu, i misternie układała włosy. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć jeszcze jeden przyrząd, ale było to coś tak niesamowitego i niedawno opatentowanego, że jego sława nie dotarła nawet do Warszawy. Przeczytała w gazecie o zalotce do rzęs, która niesamowicie je podkręcała i nadawała oczom łabędziego wdzięku. "Pomysłodawca, William McDonell, musiał po prostu kochać kobiety" - pomyślała z westchnieniem Hanka, która nie posiadała w swoich zasobach nawet pudru. Jedynym jej kosmetykiem była stara szminka po matce, która była tak zużyta, że jej resztki Hanka musiała wydłubywać zapałką.
Po skończeniu fryzury pomalowała usta i uszczypnęła się kilka razy w policzki, aby nabrały rumianych barw. Tak przygotowana wyszła z pokoju do kuchni, gdzie przebywali wszyscy. Ojciec palił papierosa, matka tłukła ziemniaki w żeliwnym saganie, a Emil leżał na kozetce, wpatrzony w obraz świętej Rity, upstrzony czarnymi kropkami owadzich odchodów. Czekał na kolację i próbował oszukiwać żołądek, który domagał się strawy. W tak wielkie święto matka ucięła kawał słoniny i usmażyła skwarki jako omastę. Ich zapach roznosił się po chałupie, potęgując głód. Jeszcze kilka dni temu Emil planował, że po kolacji pójdzie do Chełmic na piwo i tańce, ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie miał na nic ochoty.
- A co żeś się tak wystroiła jak dziedziczka? - zapytał złośliwie brat, widząc stojącą w drzwiach kuchni Hankę.
- Do dworu idzie śpiewać staremu Chełmickiemu - mruknął Ignacy. - Za wysokie progi na twoje nogi, Hanka. Lepiej zakręć się porządnie koło Stefka, zanim inna go do ołtarza zaciągnie.
- Przecież ona do tego pejsaka wzdycha - ze wzgardą powiedział Emil.
- On nie dla niej - krótko podsumowała matka, żeby zakończyć temat.
- Prędzej bym zabił, niż bym jej rękę Żydowi oddał - warknął Ignacy. - Ma pójść za Stefka, bo lepszej partii nie znajdzie w okolicy.
- Nie wyjdę za Koniuszkę - stanowczo odpowiedziała Hanka. - Nawet gdybyś miał mnie zabić.
- Tyś chyba dawno mojej dyscypliny nie wąchała. Powiadam ci, jak za pejsatego zechcesz wyjść, z domu wypędzę i jeszcze psami poszczuję.
- On i tak jej nie chce. Cebulak ożeni się z cebulakową - złośliwie dodał Emil.
Hanka ze złością popatrzyła na brata.
- A ty myślisz, że ta twoja panna Adrianna to ciebie chce? Może i nie Żydówka, a i tak na ciebie nawet nie spojrzy, tylko za Julianem wodzi oczami - odcięła się.
- Lepiej kosza od panny Daleszyńskiej dostać niż od pejsaka Mosela. - Emil nie był dłużny siostrze.
- Przestańcie się kłócić. Na swary się wam zebrało. Ty, Emil, masz czas na żeniaczkę, a Hanka wyjdzie za Koniuszkę. Zrękowiny w przyszłym tygodniu i nie ma co gadać. Jakieś miłości sobie powymyślali! Za dużo teraz w tym kinie głupot pokazują, a tu trzeba przeżyć, najeść się do syta i mieć dach nad głową - mruknęła Anna Lewinowa.
- Muszę już iść, spóźnię się na występ u Chełmickich, a to przecież nie wypada - powiedziała po cichu Hanka, nie chcąc kontynuować tematu.
Opuściła dom i ruszyła Wierzbową Drogą, jak ją nazywali chełmiczanie, do majątku. Zastanawiała się, co zrobi, gdy nadejdzie dzień, kiedy matka siłą ją zaciągnie do Stefana. Mógł jej Jakub nie chcieć, ale małżeństwo z Koniuszką wydawało się końcem świata. To byłby dzień, gdy wszystkie marzenia musiałaby wyrzucić na śmietnik.
Pogrążona w myślach, nie zorientowała się nawet, kiedy dotarła do dworku, skąd dobiegały muzyka, śmiechy i głośne rozmowy. Zapukała do głównych drzwi, uznając, że nie jest na służbie, żeby dobijać się do kuchennego wejścia. Lokaj bez żadnych grymasów wpuścił ją do środka i Hanka Lewin znalazła się w salonie Chełmickich. Na jej widok głosy zamilkły i wszyscy przypatrywali się jej, nie wiedząc, skąd przyszła i kim jest. Antoni Chełmicki wstał od stołu i podszedł do Hanki.
- A to nasz lokalny talent. Posłuchajcie tylko, jak śpiewa. Ordonka mogłaby się zawstydzić. Heleno... - Antoni zwrócił się do jednej z kobiet. - ...siadaj do fortepianu.
Helena Ducret była ekscentryczną kobietą, która kilka lat temu powróciła z Paryża po nieudanym małżeństwie z równie ekscentrycznym pieśniarzem. Z tego wielkiego i pięknego miasta przywiozła francuskie nazwisko, kilka ekstrawaganckich sukien i skandaliczne obyczaje. Była ciekawą osobowością, którą Antoni ściągał z Warszawy, by swoimi postępowymi, jak na owe czasy, poglądami urozmaicała przyjęcia i spotkania. Krążyły plotki o jej licznych kochankach, wyuzdanych stosunkach z kobietami i kawiarnianym życiu w stolicy. Musiało coś być na rzeczy, bo Helena nie pracowała, z Francji powróciła spłukana bardziej niż kurz z tarasu w Chełmicach, a jednak stać ją było na ciągłe podróże po Europie, sobolowe futro i siedmiopokojowe mieszkanie w warszawskiej kamienicy przy Wspólnej.
- Co byś chciała zaśpiewać? - zapytała Helena, gdy przeszły do części salonu, w której stał fortepian.
- Rozkwitają pąki białych róż... - powiedziała niepewnie Hanka.
- O, mój Boże, to takie niedzisiejsze. - Helena roześmiała się cicho. - Może Uliczkę w Barcelonie? To teraz największy przebój Ordonki. Znasz?
- Kto by nie znał? - Uśmiechnęła się.
Lubiła piosenki Hanki Ordonówny, sądząc, że posiadanie takiego samego imienia może stanowić rodzaj memento, nawet jeśli owo było jedynie pseudonimem artystycznym słynnej diwy.
Po krótkiej rozmowie Helena Ducret zasiadła do fortepianu, a Hanka kolejny raz uszczypnęła się w policzki, chcąc sobie dodać kolorków. Zaczęła śpiewać. Goście patrzyli z zachwytem na Hankę i wsłuchiwali się w jej nieco chrapliwy, ale czysty i dźwięczny głos. Po piosenkach Ordonki przyszedł czas na kolejne szlagiery, po których w salonie Chełmickich rozbrzmiewały oklaski, a goście chcieli słuchać więcej i więcej. Wciąż rzucano propozycje kolejnych utworów, które Hanka wykonywała z entuzjazmem, niekiedy a cappella, gdyż Helena Ducret nie potrafiła ich zagrać.
Tylko jeden człowiek obecny na przyjęciu nie rzucał pomysłów dotyczących kolejnych piosenek. Siedział wpatrzony w Hankę i pierwszy raz w życiu poczuł przyśpieszone bicie serca. Nie wiedział, czy sprawił to jej głos, czy jasne oczy otoczone ciemnymi rzęsami i idealnymi łukami brwi. A może to były drobne usta układające się w kształt serca, gdy śpiewała. Zastanawiał się, kim była owa dziewczyna w skromnej, ale ładnej sukience, sfatygowanych pantoflach, białych skarpetkach i z kwiatkiem rumianku wetkniętym w upięty kok. Igor Łyszkin na kilka godzin przestał myśleć o bogatych dziedzicach i ubogich chłopach, o nowych inwestycjach, które budowali młodzi, dzielni komsomolcy, ale wpatrywał się w Hankę i słuchał jej jak zahipnotyzowany. Musiała być dziewczyną z nizin, jedną z tych, których talent zniknie wśród łanów zbóż i szumu lasów, bo są zbyt ubogie, by zainwestować w rozwijanie swoich umiejętności i jedynie łaska jakiegoś bogacza sprawi, że ktokolwiek inny będzie mógł usłyszeć jej piękny głos. Prezentowana niczym mała małpka w cyrku, odejdzie w zapomnienie w kolejnym sezonie, bo pojawi się inny ciekawy okaz.
Gdy Hanka skończyła swój recital, Helena Ducret wyszła z nią do ogrodu i zagadnęła:
- Masz wielki talent, moja droga. Szkoda, żebyś się marnowała na prowincji. Znam w Warszawie wiele wpływowych osób, bywam w słynnych kawiarniach i kabaretach, mogłabym ci ułatwić start w stolicy. Przyjedź do mnie, do Warszawy, skontaktuję cię z niejakim Baroczym, impresariem wielu wschodzących gwiazdek. Pomaga im w angażach, załatwia mieszkania i ułatwia stosunki z ważnymi ludźmi. Nie zawsze jest lekko i nie mogę ci obiecać, że będziesz drugą Ordonką czy Zimińską, ale może warto spróbować? Cóż cię tu czeka, moja droga?
Po chwili ktoś przywołał Helenę. Odwróciła się jeszcze do Hanki i wręczyła jej bilecik wizytowy, po czym poklepała delikatnie po ramieniu.
- Muszę wracać do towarzystwa, bo już mnie atakują, że ich zaniedbuję, ale ty, moja droga, poważnie rozważ moją propozycję.
Piękna Helena Ducret odeszła w stronę stojącej nieopodal grupki osób, w jedwabnej sukni, ponętnie kręcąc biodrami i śmiejąc się gardłowym głosem. Hanka została sama i przez chwilę patrzyła na białą wizytówkę ze złotymi literkami. Miała zamiar dokończyć wręczony jej przez kelnera kieliszek szampana i opuścić dom w Chełmicach. Wiedziała, że tej nocy nie zmruży oka, zastanawiając się nad czekającą ją karierą albo upadkiem. Słyszała wiele ponurych opowieści o prostych wiejskich dziewczynach, które w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdżały do Wilna czy Warszawy, by potem kończyć na ulicy. Wyklęte przez rodzinę, zhańbione przez licznych kochanków, nie miały gdzie się podziać, gdy mijała uroda i te kilka chwil chwały, dzięki którym zabłysnęły jasnym, chociaż szybko wygasłym światłem. Z drugiej strony przyszłość w Chełmicach była równie niepewna. Jakub Mosel miał małe szanse, żeby zostać jej mężem, a Stefan Koniuszko nie był w stanie go zastąpić. Jakie życie czekałoby ją przy boku mężczyzny, do którego nie czuła nawet szacunku. Jej matka wiodła teraz życie z kaleką i osobnikiem gwałtownym, a niekiedy zgorzkniałym, ale ojciec był niegdyś przystojnym, jurnym mężczyzną o dobrym sercu i Anna Sobala chociaż przez kilka lat mogła poczuć smak prawdziwej miłości. Tymczasem Stefan nie miał w sobie niczego, co mogłoby nawet na chwilę ją zauroczyć.
Jej rozważania przerwał nieznajomy.
- Dzień dobry - powiedział dość ładną polszczyzną. - Piękny występ. Nazywam się Igor Łyszkin.
- Hanna Lewin. - Uśmiechnęła się nieznacznie i wyciągnęła w kierunku Igora drobną dłoń, po czym dodała: - Bardzo panu dziękuję.
- Nie mów do mnie "pan". - Roześmiał się - W Związku Radzieckim już nikt tak nie mówi.
- Jest pan bolszewikiem? - z przestrachem zapytała Hanka.
- Wy, Polacy, uważacie nas za prostaków i barbarzyńców. Jak widać, w towarzystwie też umiemy się zachować - mruknął, nieco sarkastycznie, Łyszkin. - Niech się pani nie obawia, nie jestem sowieckim szpiegiem. Przyciągnął mnie tu ojciec, który, niestety, opowiada się po stronie burżuazji. Ale to jednak ojciec i nie mogę nic poradzić, że wybrał drogę kapitalizmu i nierówności społecznych.
- Nie znam się na polityce - bąknęła Hanka.
- A szkoda, bo kobiety w proletariacie są na równi z mężczyznami. Nie ma biednych i bogatych, wszyscy żyją tak samo i jeśli cokolwiek robią, czynią to dla wspólnego dobra. Dlaczego Chełmiccy żyją otoczeni luksusami, a ciebie zapewne nawet nie stać na nowe buty? To niesprawiedliwe - odpowiedział Igor.
Hanka zmieszała się nieco, spuszczając wzrok na swoje zniszczone pantofle, które tak bardzo chciała ukryć przed ludźmi.
- Przepraszam. Nie chciałem cię urazić. Nie musisz się wstydzić - zreflektował się młody Łyszkin. Zdał sobie sprawę, że dla młodych dziewcząt to wciąż musiał być problem: strój, sposób wysławiania, różnice w edukacji. Hanna Lewin zapewne miała kompleksy w stosunku do bogatego towarzystwa.
- Nie mam się czego wstydzić! - wybuchła. - Nie kradnę, nie zabijam i nie cudzołożę.
Igor Łyszkin pomyślał, że nie udał mu się ten pierwszy w życiu podryw. Wyrzucał sobie, że kolejny raz wychylił się ze swoimi poglądami. A przecież akurat tym razem chciał dodać otuchy tej młodej kobiecie, która musiała się czuć niczym uboga krewna na przyjęciu wydawanym przez bogatą familię. Zaproponował, że odprowadzi ją do domu, ale odmówiła. Grzecznie, ale wystarczająco stanowczo, żeby ostudzić jego zapędy.
Wyszła z domu Chełmickich żegnana niczym objawienie i szczęśliwa ruszyła w stronę domu. Było dość późno, rodzice zapewne już spali, ale postanowiła, że jeszcze tam nie wróci. Skierowała się w stronę Chełmic i domu swojej przyjaciółki, Alicji. Chciała porady, co dalej powinna zrobić ze swoim życiem, a przede wszystkim miała ochotę opowiedzieć komuś o tym ekscytującym wieczorze.
Tymczasem w domu Chełmickich odbywały się tańce, piło się więcej alkoholu niż zazwyczaj i panowała frywolna atmosfera, uświetniana opowieściami Heleny Ducret o mrocznej bohemie artystycznego Paryża. Julian przytulał w tańcu Adriannę, chcąc poczuć miękkość jej piersi, Walter von Lossow przygrywał na fortepianie, myląc się co kawałek, a Igor Łyszkin siedział posępny w rattanowym fotelu na tarasie i pił wódkę. Im bardziej szumiało mu w głowie, tym większą czuł wściekłość na siebie za niewykorzystanie szansy, jaką było nawiązanie znajomości z Hanką Lewin. Już teraz nie będzie miał okazji, żeby ją spotkać, a za nic w świecie nie pozwoli się zaciągnąć do kościoła, gdzie modlono się do ścian i obrazów.
Nagle Igor usłyszał śmiechy i rozmowę kilku osób. Pewnie nie zwróciłby uwagi na kolejne opowieści z bujnego życia bogatej dziwki, jaką niewątpliwie była Helena Ducret, gdyby nie usłyszał imienia, które tego wieczoru wryło mu się w serce.
- Mam nadzieję, że ta dziewczyna pójdzie po rozum do głowy i nie zostanie na tej swojej wsi. Jest ładna, ma talent, w Warszawie albo Wilnie miałaby szansę na karierę.
- Nie jest wykształcona, nie ma obycia, obawiam się, że skończy jako fordanserka i śpiewaczka do kotleta, uwodzona przez znudzonych urzędników średniego szczebla - odpowiedział Helenie stary Chełmicki.
- No tak, wiele z tych gwiazdek spotyka właśnie taki los, ale wprowadzę ją do towarzystwa i może trafi jej się jakiś bogaty protektor. - Helena znowu się roześmiała, co miało niewątpliwie oznaczać, że ów protektor po prostu zostanie jej kochankiem.
Łyszkinowi zrobiło się przykro. Ta Helena była niczym sutener sprowadzający świeży towar do Warszawy, aby jej rozpróżniaczeni znajomi mogli mieć kolejną zabawkę. Chociaż gdyby udało się skusić Hankę na wyjazd do metropolii, wtedy i on miałby szansę zostać jej kochankiem. Był przystojny i miał bogatego ojca. A w Warszawie także potrzebowano ludzi szerzących idee, w które on tak bardzo wierzył. Mieli swoje przyczółki wśród polskich komunistów, a on dość dobrze władał językiem polskim.
Coraz bardziej pijany odpływał w otchłań marzeń o kobiecie, która jeszcze niedawno stała przy fortepianie i śpiewała. Był przekonany, że jeszcze kiedyś się spotkają.
- Łyszkin, stary druhu, chyba już całkiem omamił cię komunizm i przestałeś nas lubić. - Poczuł dłoń Juliana Chełmickiego na swoim ramieniu.
- Nie, Julianie, po prostu wypiłem za dużo i wietrzę umysł - odpowiedział zmieszany Igor.
- Może odprowadzę cię do pokoju i prześpisz się nieco? - zaproponował.
- My, Rosjanie, mamy mocne głowy do picia. Aż tak ze mną źle nie jest, żebym nie miał trafić do pokoju... - wybąkał. - Wracaj do swojej uroczej partnerki.
Julian przysiadł na oparciu fotela i powiedział cicho:
- Jest przepiękna, prawda?
- Tak... - przeciągnął sylabę Łyszkin. - Piękna i pusta, niczym porcelanowa lalka w waszej serwantce.
- W istocie, za dużo wypiłeś, Łyszkin - powiedział zdegustowany opinią kolegi Julian i wstał gwałtownie.
Igor pociągnął go za rękaw.
- Przepraszam, druhu. Ale lubię cię i nie chciałbym, żebyś pewnego dnia się obudził z poczuciem, że zmarnowałeś życie przez kobietę, która nie jest tego warta. No, ale nie moja sprawa - dodał ugodowo. - Jeśli tobie odpowiada panna Daleszyńska, kibicuję ci całym sercem.
Julian jednak był zły na kolegę i nic nie było w stanie go udobruchać. Adrianna miała nie tylko piękną twarz, ale i usposobienie anioła. Cóż z tego, że rzadko się odzywała albo oceniała ludzi na podstawie krążących stereotypów? Zapewne to jej skromność nakazywała jej powściągliwość w wypowiedziach, co było, zdaniem Juliana, bardziej frapujące niż na przykład gadatliwość i postępowość takiej Heleny Ducret.
***
Hanka Lewin dotarła do miasteczka, gdy zapadł zmierzch. Czerwcowe noce były krótkie i dlatego pomyślała, że musi być już po dziesiątej. Stanęła przed kamienicą Rosińskich i zadarła głowę. Tak jak się spodziewała, w oknach było już ciemno, a dźwięki dochodzące z festynu - ciche i spokojne, co oznaczało, że teraz trwa tylko zabawa taneczna. Wiedziała, że zarówno matka Alicji, jak i ona sama nie bawią na imprezie, więc podniosła z ulicy kamyk i rzuciła w narożne okno mieszkania. Pod nim właśnie stało łóżko jej przyjaciółki. Najwyraźniej Alicja nie spała, bo niemal natychmiast Hanka usłyszała skrzypienie otwieranego okna.
- Kto tam, u licha? - zapytała poirytowana Alicja.
- To ja, Hanka. Od Chełmickich wracam i muszę z tobą porozmawiać - odpowiedziała ściszonym głosem.
- Wszyscy już śpią. Poczekaj, wezmę klucze od zakładu i tam pogadamy - równie cicho odpowiedziała Alicja.
Po chwili weszły do pomieszczenia, zapaliły lampę i usiadły na twardych krzesłach, otoczone manekinami, skrawkami materiałów i porozwieszanymi wokół prawie gotowymi sukienkami. Hanka opowiedziała o propozycji Heleny Ducret. Alicja pomyślała przez chwilę i westchnęła:
- Jedź, Hanka. Tutaj nic cię nie czeka, oprócz zapijaczonego Stefka Koniuszki. Tam przynajmniej będziesz miała szansę i zobaczysz trochę wielkiego świata. Gdyby mnie coś takiego zaproponowano, nie wahałabym się ani minuty.
- Boję się - wyszeptała.
- A nie będziesz się bała ze Stefkiem do wyrka pójść?
- Nie mów mi nawet o tym... Nie wyjdę za niego za żadne skarby świata. - Hanka wzdrygnęła się.
- No to, kochana, pakuj walizkę i jedź do Warszawy. Nie masz wyjścia - złowróżbnie zakończyła Alicja.
Hanka wróciła do domu. Wszyscy już spali, więc tego wieczoru obyło się bez krzyków i awantur. Nazajutrz natomiast inne wydarzenie zdominowało życie Hanki. Jej matka zaniemogła zupełnie. Leżała w łóżku, mokra od potu, i wycierała z ust krwawą plwocinę. Przybyły lekarz nie miał dobrych wieści. Gruźlica najpewniej była już tak zaawansowana, że należało spodziewać się najgorszego. Gdy opuścił ich domostwo, a wyczerpana matka zasnęła, ojciec zrobił naradę w kuchni.
- Matce potrzeba dobrze zjeść, a i lekarstwa tanie nie są. Wszystko, co mamy, musimy wydawać na Ankę, bo inaczej źle z nią będzie. Tobie, Hanka, trzeba za mąż jak najprędzej pójść, a ty, Emil, musisz iść do dworu i o robotę Chełmickiego przebłagiwać. Niech chociaż ze dwadzieścia złotych tygodniówki da. Ja przypiszę Hance dwie morgi z tego pola pod lasem jako posag i niech za Stefana idzie - zawyrokował ojciec.
Hanka poczuła, jakby właśnie ziemia się rozstąpiła, a ona wpadła w jej otchłań. Piękne fantazje o karierze pieśniarki właśnie rozpłynęły się we mgle. Najgorszy scenariusz, jaki mogła sobie wyobrazić, właśnie zaczął się realizować. Małżeństwo z odpychającym Koniuszką, umierająca matka i ojciec kaleka. I brat, który tylko szukał sposobności, żeby wyrwać się z domu i robić wszystko, byle nie wiązało się to z ciężką pracą. Poczuła się tak, jakby nagle ogromny ciężar spadł na jej ramiona, niwecząc plany i niszcząc marzenia.
Gdy Anna Lewin obudziła się po krótkiej drzemce, zawołała do siebie Emila.
- Emilek - powiedziała słabym głosem - jak Hanka z ojcem pójdą w pole, przyjdź do mnie. Muszę ci coś powiedzieć.
Tak też uczynił. Gdy tylko pozostali mieszkańcy opuścili dom i wyruszyli w pole, wziął taboret z kuchni i przycupnął przy matce. Wolał być przy niej niż na rozgrzanym od słońca polu, poza tym uważał, że matka jest jedyną osobą na tym podłym świecie, która go kocha. Jego, właśnie jego. Drobnego złodziejaszka i obiboka. Nie wyobrażał sobie, że może jej nagle zabraknąć. Przeczuwał, że gdy odejdzie, ojciec któregoś dnia go zatłucze na śmierć albo on zabije ojca. Nie żywił bowiem do niego żadnych ciepłych uczuć. Miał wrażenie, że stary Lewin nienawidzi go, bo syn nie chce być taki jak on. Emil pragnął od życia czegoś więcej niż strawa dwa razy dziennie i praca od rana do wieczora.
- Emilek... - zaczęła cicho Anna. - Jak twój ojciec był w Legionach, ja pracowałam u Chełmickiego. Prałam mu odzież, krochmaliłam i maglowałam. Pewnego dnia przyszedł do mnie, do pralni, i powiedział, że jestem bardzo piękna. Wiesz, byłam kiedyś ładna...
- Wiem, mamo. Wszyscy w Chełmicach mówią, że ładniejszej dziewuchy w całej okolicy nie było - wydukał, połykając łzy, bo z urody jego matki nie pozostało nic, a choroba wyniszczyła ją jeszcze bardziej niż ciężka praca.
- Powiedział, że zakochał się we mnie i że da mi wszystko, co dusza zapragnie... - Anna Sobala męczyła się nawet mówiąc.
Emil milczał, czekając, aż matka odpocznie i skończy swoją opowieść.
- Niewiele mi dał... Tylko z dworu wygonił. Jedyne, co mi po nim zostało, to ty. Więc teraz myślę, że dał mi wiele. Emilek, tyś nie syn Lewina, tylko hrabiego Chełmickiego. W tobie płynie lepsza krew i zasługujesz na coś więcej niż takie podłe życie. Gdym mu o tym powiedziała, wyparł się ciebie, ale dał mi trochę pieniędzy. Kupiłam za to parę sztuk złota i dobrzem zrobiła, bo przyszedł czas, że mogłabym sobie za te pieniądze jedynie bochenek chleba kupić. Jak umrę, a to pewnie niedługo nastanie, idź do ziemianki i znajdź kamień. Jeden duży tam leży, nie kazałam go ruszać Hance, a Ignaś, jak wrócił bez nóg z wojny, i tak tam nie schodził. Pod kamieniem znajdziesz woreczek ze świecidełkami. Dużo tego nie ma, ale należy ci się po prawowitym ojcu. Zrobisz z tym, co zechcesz.
Emilowi odpłynęła krew z twarzy, gdy usłyszał, że nie jest Lewinowym synem, ale bogacza i szlachcica, Antoniego Chełmickiego. On był jego synem i Julian również, ale to ten drugi się kształcił w Warszawie, na koniach arabach wierzchem jeździł i spotykał się z jego miłością, Adrianną Daleszyńską. Nie był jednak zły, jakby można było przypuszczać, ale dumny, że ma krew szlachecką. Poczuł jeszcze większą pogardę do człowieka, który go wychowywał rózgami i wyzwiskami. Bardziej niż kiedykolwiek przedtem poczuł do ojca niechęć i zrozumiał, skąd u niego tęsknota za życiem lepszym niż to, które dotychczas było jego udziałem. Zawsze czuł przecież podskórnie, że stworzony jest do innego świata.
Wyszedł do kuchni i wyjął z kieszeni kapoty papierosa. Zapalił i zaciągnął się dymem. Nie miał najmniejszego zamiaru iść w pole. Ani teraz, ani kiedykolwiek. Zamierzał natomiast pójść do starego Chełmickiego i upomnieć się o miejsce w jego życiu, należne mu jako synowi.
Tak Emil dotrwał do południa, ocierając czoło matce i pojąc ją ziołami, które miały wzmocnić jej organizm. Czuł jednak, podobnie jak i ona, że koniec jej życia jest bliski.
Ojciec powrócił z pola dość szybko, bo i tak nie mógł pracować. Chciał jedynie wskazać miejsce, gdzie Hanka miała skosić siano. Był wściekły, że chłopak nie dołączył do nich, by pomóc siostrze.
- Czemuś, łajzo, nie przylazł na pole robić? - zapytał ostro i sięgnął po wiszącą na zardzewiałym gwoździu dyscyplinę.
- Nie waż się mnie tknąć, parszywy kuternogo - wysyczał młody Lewin.
Twarz Ignacego poczerwieniała ze złości.
- Ty mi nie będziesz, gówniarzu, mówić, co mam robić i jak chować swojego syna! - warknął rozwścieczony Lewin i znowu próbował sięgnąć do gwoździa.
- Rzecz w tym, kaleko, że nie jesteś moim ojcem i nigdy nim nie byłeś. - Emil odepchnął z impetem Ignacego.
- Tak, bękarcie, nie jesteś, ale dałem ci dach nad głową i jedzenie, więc musisz robić, co ci nakazuję - warknął stary Lewin i kolejny raz próbował dosięgnąć dyscypliny.
- Tak? A chcesz zobaczyć, jak ci za to podziękuję? Za te wszystkie wyzwiska i cięgi, którymi mnie raczyłeś przez te wszystkie lata? Za upadlanie mnie każdego dnia i wychwalanie Hanki? - Emil podszedł do kaleki i kopnął w jedną z drewnianych kul, która z hukiem gruchnęła o podłogę.
Ignacy zachwiał się, ale nie upadł, podpierając się z całych sił drugą kulą. Miał w oczach przerażenie. Emil był zdrowy, młody i silny, i właśnie dowiedział się, że mężczyzna, który okładał go rózgą i wyzywał od świniopasów, głupków i śmierdzących łajnem leni, nie jest jego prawowitym ojcem.
Emila już nie dało się zatrzymać. Z całej siły popchnął Ignacego na żeliwną kuchenkę i usłyszał, jak ten uderza głową o jej rant. Stary Lewin osunął się na podłogę, przewracając cynowe wiadro z wodą i drewniany taboret. Z tyłu jego głowy zaczęła sączyć się krew i mieszając się z wylaną wodą, utworzyła na drewnianych deskach podłogi czerwoną kałużę.
Emil odwrócił się i zobaczył w drzwiach pokoju zapłakaną matkę opierającą się o framugę drzwi i z trudem stojącą na nogach.
- Emilek, synku, coś ty zrobił? Coś ty zrobił? - wyłkała.
***
Pogrzeb starego Lewina odbył się na przykościelnym cmentarzu w otoczeniu kapłana, rodziny, kilku znajomych i lokalnych płaczek. Anna Lewin, z domu Sobala, stała podtrzymywana przez zapłakaną córkę i silnego syna. Była blada, chwiała się na nogach i z trudem łapała powietrze.
Emil Lewin nie poniósł kary za zabójstwo swojego ojca, bo Anna nie zdradziła nikomu, czego była świadkiem. Nie chciała, aby jej ukochany syn resztę życia spędził w więzieniu. Powiedzieli wszystkim, że stary uległ wypadkowi, przewracając się i niefortunnie uderzając w żeliwną kuchnię. Nikt nie negował tej wersji, w końcu Ignacy był kaleką, a nikomu nie przyszło do głowy, że do jego śmierci mógł przyczynić się chłopak, którego co prawda nie spłodził, ale wychował jak własnego. Nawet Hanka nie znała prawdy. Śmierć ojca była dla niej szokiem, ale odwlekła na pewien czas jej matrymonialne plany i na czas żałoby powstrzymywała nieco zapędy Koniuszków.
Kilka tygodni później młodzi Lewinowie pożegnali także matkę, która tajemnicę śmierci Ignacego Lewina zabrała ze sobą do grobu. Tym razem jednak to Emil szlochał na pogrzebie, wściekły na starego Chełmickiego, że nawet w ciężkiej chorobie matki, o której szeptało całe miasteczko, nie zaproponował pomocy.
Tuż po pogrzebie, gdy rana po śmierci matki była jeszcze świeża, udał się do majątku Chełmickich. Przy bramie natknął się na elegancko ubranego Juliana, który prowadził po piaszczystej alejce konia do stajni.
- Dzień dobry - powiedział Emil. - Czy twój ojciec jest w domu?
- Witaj, Lewin - odpowiedział mu Julian. - Tak. Jest u siebie, w bibliotece.
Nie zapytał, po co Emil chce się spotkać z ojcem, ani też szczególnie nie zdziwił. Bardzo często młodzi chłopcy z okolicy przychodzili do starego Chełmickiego prosić o pracę albo jałmużnę.
- Przykro mi z powodu śmierci rodziców - ze współczuciem dodał Julian. - To ogromna strata dla ciebie i Hanki.
- Cóż robić... - westchnął Emil. - Tak widać Bóg chciał.
Pożegnał się kurtuazyjnie ze swoim przyrodnim bratem i ruszył w stronę domu. Powinien żywić do niego jakieś cieplejsze uczucia, bo płynęła w nich krew ich wspólnego ojca, ale w tym momencie czuł jedynie zawiść. To Julian dostał wszystko, a on jedynie zmarnowane dzieciństwo i kilka świecidełek ukrytych pod kamieniem w ziemiance. Ale teraz nadszedł czas wyrównania niesprawiedliwości i miał nadzieję, że Antoni Chełmicki postara się nadrobić stracony czas.
- Mogę wejść i z panem porozmawiać? - Emil grzecznie zapytał Chełmickiego, gdy kamerdyner zaprowadził go do biblioteki.
- Tak, proszę, wejdź - mruknął Antoni, po czym dodał to samo, co kilka minut wcześniej jego syn, Julian: - Przykro mi z powodu śmierci twojej matki i ojca. To byli porządni ludzie, uczciwi i pracowici. Jak mogę ci pomóc po tej głębokiej stracie?
- Obaj wiemy, że Ignacy Lewin nie był moim ojcem - powiedział spokojnie Emil.
- Nie pleć głupstw i nie powtarzaj plotek - obruszył się Chełmicki.
- I tylko tyle masz mi do powiedzenia... ojcze? - wycedził Emil.
- Nie jestem twoim ojcem, nie wierz we wszystko, co mówią - wydukał, lekko zmieszany.
- Nie wierzę ludziom... Ale swojej matce chyba mogę?
- Czego chcesz? - warknął zniecierpliwiony Chełmicki.
- Jak to czego? Tego, co należne twojemu synowi.
- Mój syn ma na imię Julian i otrzymał wszystko, co mu należne z racji urodzenia! - Stary Chełmicki stracił cierpliwość.
- Nie dam się tak łatwo spławić... tato - odpowiedział z ironią Emil. - Chyba coś mi się należy za życie w nędzy i upokorzenia, jakie mnie spotkały?
- Ty wstrętny naciągaczu... - wysyczał. - Wynoś się z mojego domu i więcej się tu nie pokazuj, bo cię psami poszczuję. Chciałem ci jakoś pomóc, bo straciłeś rodziców, a twój ojciec był bohaterem wojennym, ale widzę, że ty jesteś małym, nędznym skurczybykiem. Nie raz Ignacy się skarżył, że mu sprawiasz kłopoty, ale to, co robisz w tej chwili, obraża pamięć o nim. Wstydu nie masz, gnojku! - warknął rozwścieczony już Antoni.
- A ty, masz wstyd? Moja matka zdychała w norze, pozbawiona dobrych leków i porządnego jedzenia. Ale jak sypiałeś z nią, mówiłeś, jaka jest piękna i że zasłużyła na lepsze życie niż u boku takiego prostego osiłka jak Lewin. I teraz, gdy umarł ostatni świadek twojego romansu, ty chcesz mnie pouczać?
Chełmicki wyciągnął z kieszeni portfel i drżącymi dłońmi zaczął wyciągać z niego banknoty. Zrobił z nich zwitek i podał Emilowi.
- Masz i się wynoś - niemal wyszeptał.
Emil Lewin wziął do ręki pieniądze, popatrzył na nie i mocno ścisnął w dużej, silnej dłoni. Zgnieciony plik rzucił Chełmickiemu po nogi i ze łzami w oczach powiedział:
- Niczego od ciebie już nie chcę. Do wszystkiego dojdę sam, a wiedz, że kiedyś wyrwę się z tego grajdoła i będę kimś. I wtedy strzeż się, bo zniszczę wszystko, co stworzysz. Wciągnę ciebie i twojego synalka na dno. Na samiutkie dno. I bądź pewien, że kiedyś ten dzień nadejdzie. Dzień zapłaty, tato...
Opuścił bibliotekę ojca i ruszył przed siebie. Gdzieś w oddali słyszał głos Juliana i pytanie, czy załatwił z ojcem, co chciał, ale Emil nie odpowiedział. Minął bramę i dławiąc w sobie kolejne upokorzenie, ruszył przed siebie. Właśnie sobie coś postanowił i to dodawało mu siły. Przysiągł sobie, że Chełmiccy zapłacą mu za wszystko, i pewnego dnia to młody, dumny Julian będzie prosił go o pomoc i zostanie upokorzony tak, jak on dzisiaj. Wiedział jednak, że zostając na ojcowiźnie, której połowa i tak należała do Hanki, i z kilkoma sztukami złota, niczego nie osiągnie i do niczego nie dojdzie. A jeśli zacznie kraść, mieszkańcy go wydadzą władzy, bo już nie będą mogli liczyć na reakcję uczciwego Ignacego Lewina.
Emil Lewin nie chciał egzystować w nędzy, jak jego przybrany ojciec i matka. Nienawidził swojego życia, bo widział, że można patrzyć na świat innymi oczami i opływać w dostatek. Tylko głupiec mógł godzić się na swoje smutne położenie, czerpiąc uciechę z pełnego żołądka i upicia się od czasu do czasu samogonem. Nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że ci ludzie, którzy wiodą swój prosty i nędzny żywot, mogliby kiedykolwiek powiedzieć o sobie, że są szczęśliwi. On w każdym razie nie byłby w stanie czuć radości z posiadania suchego chleba, gdy byli tacy, którzy zajadali się kawiorem. Jak na przykład jego prawdziwi ojciec i brat. Nie rozumiał takiej niesprawiedliwości losu, który rozdawał jednym same asy, a innym tylko blotki. W Boga wierzyć już przestał, przecież gdyby istniał, świat byłby urządzony inaczej.
***
Hanka siedziała u Rosińskich i łkała.
- Będę za tobą tęsknić, Alicjo. Sama tam pojadę i jak kołek w płocie będę.
Nic jej nie trzymało w Chełmicach, ale to było miejsce, które znała. Wiedziała, na kogo może liczyć, z kim porozmawiać. Tutaj pozostawał również Jakub, ale jego szkoda jej było najmniej. Informację o jej wyjeździe skwitował jedynie wzruszeniem ramion.
- A ja ci zazdroszczę, że się stąd wyrwiesz. Chełmice to zawsze będzie prowincja, mów, co chcesz - westchnęła Alicja i nałożyła na talerzyk przyjaciółki kolejną porcję drożdżowego ciasta.
- Ale tutaj, gdy się budzisz rano, wiesz, co cię czeka...
Hanka miała wciąż wątpliwości, klamka jednak zapadła. Chałupę i ziemię odsprzedali Koniuszkom i podzielili się po połowie z Emilem. On także nie zamierzał tu zostać. Wybierał się do jakiegoś wielkiego miasta, ale mimo że Hanka była jego siostrą, nawet jej nie chciał zdradzić, gdzie postanowił rozpocząć nowe życie.
- No właśnie... - mruknęła Alicja. - Wiem. I to, co wiem, wcale mi się nie podoba.
- Pójdę już, moja droga przyjaciółko. Jutro o szóstej mam pociąg do Warszawy. - Hanka wstała z krzesła i sięgnęła po ostatni kawałek ciasta.
Gdy Lewinówna opuściła mieszkanko Rosińskich, Alicja zaczęła zbierać ze stołu filiżanki po herbacie i talerzyki. Babcia Alutka podniosła się z fotela, w którym czytała gazetę, podeszła do wnuczki i powiedziała:
- Zostaw to. Michalina pozmywa, a ty chodź ze mną na spacer nad stawy.
Alicja odstawiła talerze do zlewu, wzięła z szafki kapelusik i już była gotowa do wyjścia. Alutka wiedziała, że jej wnuczka bardzo przeżywa rozstanie ze starszą przyjaciółką. Gdy dotarły nad staw i przysiadły na jednej z ławek, babka odezwała się:
- Mam odłożone tysiąc złotych. W Warszawie to nie będzie kwota, która ci pozwoli na luksusy, ale dopóki nie znajdziesz jakiejś pracy, wystarczy na czesne u Tacjanny i wynajęcie jakiejś klitki. Potem albo wrócisz, albo się usamodzielnisz i spełnisz swoje marzenia. Samej to bym cię nie puściła, ale będziesz miała Hankę i we dwie, kto wie, może zawojujecie świat.
Alicja wzdrygnęła się.
- Mama i dziadek nigdy się na to nie zgodzą. Szkoda nawet pytać.
- Dziadek i matka nie przeżyją za ciebie życia. Za chwilę będziesz dorosła i co? Zostaniesz krawcową? Przecież tego nienawidzisz. Wyjdziesz za jakiegoś nudnego urzędnika? Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, Chełmicki nie dla ciebie.
Alicja popatrzyła ze zdziwieniem na babkę, ale ta uśmiechnęła się jedynie i dodała:
- Myślałaś, że nie wiem? Może jestem już stara, ale nie ślepa i nie głucha. Dziadkowi i matce nic nie powiemy. Wyjedziesz jutro z Hanką, a ja z nimi sama załatwię. Tylko jak już się trochę urządzisz, list przyślij. Z czasem dziadek przestanie sarkać, a Michalina zawsze marzyła o innym życiu dla ciebie, tylko rozstać się z tobą nie chciała. Musi jednak wypuścić cię z gniazda, jeśli chce, żebyś była od niej szczęśliwsza.
Przez chwilę milczały. Alicja zaczęła cicho chlipać.
- Jesteś kochana, babciu - wyłkała.
***
W najlepszych sukienkach stały we dwie z Hanką na stacji i wypatrywały lokomotywy. Pociąg, który miał nadjechać, był symbolem rozpoczęcia nowego życia, a stojące obok walizki - wkraczaniem w wiek dorosłości. Czekał na nie tajemniczy, nieznany świat. Obie czuły zarówno lęk, jak i ekscytację. Oto prowincjuszki mają zamiar zrobić karierę w stolicy i albo im się to uda, albo wrócą pokonane. Miały jednak siebie i to dawało im nadzieję, że nie zginą w Warszawie i nie będą musiały żyć na prowincji. Hanka właściwie nie miała wyjścia. Została sama, bez domu, ziemi i z niewielkim plikiem banknotów. Alicja zaś szukała motywacji i siły, żeby opuścić Chełmice i spróbować innego życia. A najbardziej chciała uciec od swoich uczuć, jakimi darzyła Juliana Chełmickiego. Miała nadzieję, że będąc daleko, w nowym miejscu, świecie tysiąca perspektyw, i w tłumie ludzi, ostudzi swoje zranione serce albo spotka na swojej drodze nową miłość, która pozwoli jej uwierzyć w siebie i własne możliwości.