Prolog
Wyglądał jak tancerz breakdance.
Przynajmniej tak wydawało się dziesięcioletniemu chłopcu, który przyglądał się dziwnym ruchom mężczyzny. Ten początkowo stał spokojnie, opierając się o ogrodzenie pomnika Neptuna, i patrząc w niewiadomym kierunku, palił papierosa. Nawet nie zwracał uwagi na krople wody z fontanny spadające na jego płaszcz.
Nagle ugięły się pod nim kolana, zrobił kilka niezdarnych kroków w stronę chłopca, złapał się za brzuch, po czym gwałtownie wychylił się do przodu. Głowa opadła mu na pierś, a kapelusz z szerokim rondem potoczył się po Długim Targu. Mężczyzna przez kilka sekund trwał jeszcze w pozycji stojącej, a jego ciałem wstrząsały dreszcze. Wreszcie osunął się na ziemię, jego głowa uderzyła o bruk, lekko podskoczyła i opadła, by się już więcej nie poruszyć.
Chłopiec wrzasnął na cały głos. Wszyscy, którzy o dziesiątej wieczorem przechadzali się po jednym z najpiękniejszych rynków Europy, zatrzymali się, szukając wzrokiem przyczyny histerii.
Spod leżącego ciała wypłynęła struga krwi, szybko zamieniając się w makabryczną kałużę.
Ojciec chłopca wybiegł z pobliskiego sklepu nocnego, zasłonił małemu oczy i przytulił go do siebie.
Nie było mowy o żadnej artystycznej prowokacji czy o spektaklu teatru ulicznego - nieznajomy był martwy.
Najpierw przy jego zwłokach pojawiła się dwójka strażników miejskich, a chwilę potem, z pobliskiego komisariatu przy Piwnej, przybiegło dwóch policjantów.
Nikt nie usłyszał odgłosu zamykanego okna na drugim piętrze w kamienicy Schumannów - cichym hotelu, ulubionym przez emerytowanych Niemców, przybywających z sentymentalną wizytą do miasta nad Motławą...
* * * * *
- Dwa strzały w korpus, bingo: jedna z kul trafiła w serce - podinspektor Jerzy Grodzicki z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku pokiwał głową z uznaniem dla zabójcy.
Trzymał w ręku raport dotyczący sekcji zwłok mężczyzny, zastrzelonego dwa dni wcześniej na Długim Targu. Wręczył mu go przed chwilą podkomisarz Dominik Szczepanowski, który - z braku bardziej odpowiednich czy raczej doświadczonych funkcjonariuszy, oddelegowanych do innych spraw - zajmował się tajemniczym morderstwem pod pomnikiem Neptuna.
- Ależ sobie wybrał lokalizację... W samym centrum starówki, w najbardziej popularnym miejscu Gdańska - wymamrotał Grodzicki, wodząc wzrokiem po kolejnych wierszach raportu.
- To wygląda na jakąś demonstrację - nieśmiało wtrącił Szczepanowski, któremu marzyło się jakieś naprawdę duże śledztwo - znacznie większego kalibru niż te, z którymi dotychczas miał do czynienia. Niedawno udało mu się doprowadzić przed oblicze prokuratora dwudziestolatka, który wbił nóż w ramię swego kolegi w jednej z gdańskich dyskotek.
Ale kilka miesięcy wcześniej był o krok od prawdziwego śledztwa. Niestety, krok wielomilowy - pracował w jednym z gdańskich komisariatów i nie mógł liczyć na to, że dostanie sprawę tajemniczego morderstwa na Mariackiej. Ale to on, wraz z kolegą, jako pierwsi przedstawiciele policji, pojawili się pod Bazyliką Mariacką przy zastrzelonym mężczyźnie. Płatny zabójca wpakował kulę w oko denata, po czym wsunął do jego marynarki dziwny trop - kopernikański układ planet układu słonecznego. Ten pierwszy bliski kontakt z ludzkimi zwłokami uświadomił Szczepanowskiemu, że droga do wydziału zabójstw (o którym skrycie marzył), łatwa nie będzie.
Od razu było jasne, że śledztwo przejmie ktoś z Komendy Wojewódzkiej, a w końcu trafi ono do Warszawy.
Szczepanowski miał tylko satysfakcję, że zagadka tej zbrodni nie została rozwikłana przez doświadczonych funkcjonariuszy. Centralne Biuro Śledcze - i bardzo dobrze! - nie miało szansy wykazać się swą sprawnością. Sprawiedliwość wymierzył przyjaciel denata, Łukasz Dybowski, historyk i wydawca powieści sensacyjnych.
Morderstwo na Długim Targu dziwnie przypominało tamtą sprawę...
Komisarz, dobiegający trzydziestki, miał poczucie, że już dojrzał do poważniejszych wyzwań. Zbrodnia pod posągiem boga mórz wydawała się odpowiednim.
- Demonstrację? Co masz na myśli? - Grodzicki, który przekroczył pięćdziesiątkę, wiedział, że nawet najbardziej sensacyjne, skomplikowane sprawy w końcu okazują się banalne.
- Ktoś chciał pokazać, że niczego się nie boi, bo i tak jest poza zasięgiem organów ścigania. Poza tym zapewnił swemu dziełu wielki rozgłos - nasze lokalne gazety nie zajmują się niczym innym. Ludzie boją się pokazać na Starym Mieście. To może być naprawdę trudne śledztwo.
- Może masz rację, może nie. To się okaże - rzucił sentencjonalnie przełożony Szczepanowskiego i nagle wybałuszył oczy: - O co chodzi z tą rtęcią?
- No właśnie, to też jest bardzo dziwne.
- Piszą, że w ciele denata odnaleziono ślady rtęci.
- A nie mówiłem, że mamy do czynienia ze szczególnym przypadkiem? Proszę czytać dalej - podkomisarz entuzjastycznie zacisnął pięści i wbił wzrok w podinspektora, oczekując, że ten przyzna mu rację.
- Prawdopodobnie... Jezu, to przecież jakieś brednie. Prawdopodobnie mamy do czynienia z nabojami rtęciowymi. Przecież coś takiego nie istnieje!
- Jest pan pewien?
Grodzickiego, pasjonata broni strzeleckiej, nie łatwo było zagiąć w tym temacie. Odparł głosem nieznoszącym sprzeciwu: - Fakt, w Związku Radzieckim ponoć pracowano nad taką bronią, ale nie ma dowodów, że kiedykolwiek została użyta. Myślę, że rtęć nie spełniła pokładanych w niej nadziei - są lepsze sposoby, aby uczynić nabój skutecznym i bardziej toksycznym.
- Ma pan rację, ale skoro prowadzono prace nad nabojami rtęciowymi, to na pewno jakaś ich liczba została wyprodukowana.
- Ależ to było kilkadziesiąt lat temu! Myślisz, że można je kupić w sklepie? Naczytałeś się głupich książek - o ile mnie pamięć nie zawodzi, naboje kropelkowo-rtęciowe występują w Dniu Szakala. Pisarzowi wolno popełnić największą głupotę - nikt go z tego nie rozlicza. W rzeczywistości te naboje są jedynie mitem dla maniaków oraz twórców gier komputerowych.
- To co robi rtęć w ciele tego faceta?
- Nie mam pojęcia.
- Miał pod pachą rtęciowy termometr? Mierzył sobie gorączkę? Obaj wiemy, że to niemożliwe.
Grodzicki położył raport na biurku, wstał z fotela i zaczął krążyć po pokoju.
- Nie ma rzeczy niemożliwych - powiedział bardziej do siebie niż do swojego podwładnego, po czym spytał: - A przede wszystkim, co o nim wiemy?
Szczepanowski rozłożył bezradnie ręce i pokręcił głową:
- Właściwie nic.
* * * * *
Był środek nocy, gdy fuga d-moll Bacha obudziła Dybowskiego.
Zerwał się na równe nogi, a na jego czole wystąpiły kropelki potu. Dziesięć miesięcy wcześniej nocny telefon zwiastował koszmar - wydawca obawiał się, że i tym razem dzwoni Stefano Parezzo. Przecież Włochowi udało się zbiec i nadal był bezkarny. Bezkarny i śmiertelnie niebezpieczny. Wprawdzie jego serbski egzekutor rozstał się z tym światem, ale armia płatnych morderców jest nieograniczona.
Intuicja nie zawiodła Dybowskiego, dzwonił Parezzo, choć na ekranie wyświetlił się komunikat: numer nieznany.
- Przepraszam, jeśli obudziłem. Przeważnie dzwonię nie w porę, ale tam, gdzie jestem, świeci słońce - powiedział rubasznym, niemal wesołym tonem.
- Czego chcesz? - szepnął wydawca.
- Kontynuowania współpracy. Tak nam dobrze szło, a tu nagle pojawiły się nieprzewidziane kłopoty - odparł Włoch.
- Bydlaku...
- Ejże, co za słownictwo! Ludzie na pewnym poziomie nie obrażają w tak prostacki sposób - w głosie Parezzo nie było złości, a raczej skłonność do wycieczek pedagogicznych.
Dybowski zignorował tę cyniczną uwagę:
- Myślisz, że skoro uciekłeś, ominie cię sprawiedliwość?
- Ależ to ja jestem sprawiedliwość, alfa i omega. A na pewno alfa i romeo - zaśmiał się Parezzo ze swego dość oklepanego żartu, po czym powiedział o wiele poważniejszym głosem: - Twój przyjaciel nie żyje, mój przyjaciel nie żyje...
- Ty nie masz przyjaciół - prychnął Dybowski, ale Parezzo mówił dalej: - Powiedzmy, że jesteśmy kwita. Moi zleceniodawcy nadal są zainteresowani interesami z tobą. Albo inaczej: chcą, abyś odegrał w nich pewną rolę. Naturalnie, za przyzwoite wynagrodzenie.
- Nie boisz się, że jesteś na podsłuchu? Że policja zaraz cię namierzy? - spytał drżącym głosem Dybowski.
- Bardzo się boję - odparł Włoch i parsknął śmiechem. - Czy ty naprawdę wierzysz w to, że ja ten telefon będę miał przy sobie po zakończeniu naszej rozmowy? Zaraz go wrzucę do Tybru...
- Przecież we Włoszech jest teraz noc, a ty mówiłeś, że świeci słońce.
- Co za analityczny umysł, co za refleks! Brawo, nie dałeś się oszukać. A zatem wrzucę telefon do rzeki, którą umownie określam mianem Tybru, i pójdę do kawiarni na diabelnie mocne espresso.
- Czego jeszcze chcesz, palancie?
Włoch przez chwilę nie odpowiadał, a jedynie ciężko oddychał. Po chwili wyznał:
- Męczą mnie te spacery... Starość nie radość, a ja właśnie idę pewną piękną ulicą. Jak tylko zobaczę jakąś ławkę, usiądę. Poza tym muszę rzucić palenie.
- Mów, czego chcesz! Jeśli chodzi o Narratio prima, to pewnie wiesz, że obaj zostaliśmy zrobieni w konia. Twój egzekutor też już to wie. Zapłacił wysoką cenę za tę wiedzę! - krzyknął wydawca.
- Spokojnie, złość źle wpływa na serce, rzeczywiście, "Oko" nie żyje, ale ja jeszcze chodzę po tym święcie i próbuję zarabiać pieniądze. Czego chcę? Pamiętasz, jak zadzwoniłem do ciebie po raz pierwszy? Powiedziałem, że interesuje mnie przedstawienie pierwsze. A teraz chcę czegoś zupełnie innego: zamknięcia.
- Jakiego zamknięcia?
- Ostatecznego.