Jedno jest bezsporne - był urodzonym liderem i wielkim lekarzem, oddanym pacjentom. Szpital był dla niego ważniejszy niż dom.
Bóg nie lubi leniwych.
Marian Zembala
PRZEDMOWA
Przez trzy dekady na łamach "Gazety Wyborczej" pisaliśmy o sukcesach Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu pod kierunkiem profesora Mariana Zembali. Dzięki nim budował markę szpitala i swoją własną - nieprzeciętnego człowieka, lekarza o wybitnej intuicji, a przy tym świetnego menedżera. Empatyczny, dobry, z głową pełną śmiałych wizji. Uczeń wielkiego Zbigniewa Religi, którego dzieło rozwinął. O jego zasługach dla polskiej medycyny świadczą nie tylko prace naukowe i przełomowe zabiegi. Tysiące pacjentów, którym uratował życie, z pewnością potwierdzą to świadectwo.
Profesor Zembala doceniał naszą pracę. Nieraz dziękował za teksty poświęcone osiągnięciom swojego szpitala. Wiedział też, że kiedy zdarzy się coś niedobrego - mimo jego niekwestionowanej pozycji w świecie polskiej medycyny - także o tym napiszemy.
To nie był moment. Raczej proces, który trwał kilka lat. W tym czasie ludzie związani z SCCS coraz bardziej nabierali odwagi. Dostawaliśmy coraz więcej sygnałów, że w szpitalu nie dzieje się dobrze. Słyszeliśmy skargi. Na pieczołowicie budowanym wizerunku wybitnego lekarza i wspaniałego kardiochirurga zaczęły pojawiać się rysy. Nie chodziło już o zabawne anegdoty o tym, jak to profesor Marian Zembala bywa porywczy. Coraz częściej chodziło o krzywdę ludzi. Wielu z nich decydowało się odejść ze szpitala mimo świadomości, że opuszczają wciąż świetnie prowadzony ośrodek, w którym i oni odnoszą sukcesy.
Profesor Zembala przewidywał krytykę, co nie znaczy, że umiał ją łatwo znieść. Tekst Bunt na pokładzie, a także następne, w których opisaliśmy sytuację w szpitalu, rozgniewał go. Groził, że już nigdy się do nas nie odezwie. A jednak odzywał się. Gratulował nagród, składał życzenia na Boże Narodzenie. A więc "wybaczał" i wciąż doceniał naszą pracę.
Nie był idealny pod każdym względem, choć w mediach przeważa taki właśnie obraz, a paletę pastelowych barw podsuwa rodzina profesora. Bliscy mają prawo do takiej pamięci, i gdyby chodziło o osobę prywatną, nie byłoby to naszą sprawą. Profesor Zembala był jednak osobą publiczną. Znanym lekarzem, posłem, ministrem zdrowia. Nie bał się kamer. Wykorzystywał każdą okazję, żeby ludzie, którzy potrzebują pomocy, wiedzieli, do kogo się zwrócić. I naprawdę pomagał.
Był wybitny i jako taki zasługuje na prawdziwy portret, a nie tylko hagiografię. Znaliśmy dobrze profesora i jesteśmy przekonani, że sam na pewno by to docenił.
Próbowaliśmy namówić najbliższych profesora Zembali, by podzielili się z nami swoimi wspomnieniami. Spotkaliśmy się ze zdecydowaną odmową.
Na początku czerwca 2024 roku od Hanny Zembali, żony profesora, i jego dzieci otrzymaliśmy list. Wyrazili w nim obawę, że nasza praca może naruszyć ich dobra osobiste, powołali się na prawo do kultywowania pamięci osoby zmarłej. Choć nasza praca nie była gotowa, zarzucili nam nierzetelność, brak obiektywizmu i staranności. Zagrozili sądem.
Szanujemy uczucia rodziny, ale szanujemy też pamięć o świetnym lekarzu, konsekwentnym w swoim działaniu. Jego wzorem także postanowiliśmy być konsekwentni. Od wielu lat opisujemy polską medycynę, nasze teksty są szeroko dostępne, każdy może je ocenić. W Państwa ręce oddajemy opowieść o człowieku z krwi i kości.
Rozdział | 1
ŚMIERĆ
Sobotni poranek 19 marca 2022 roku. Wieść błyskawicznie rozchodzi się po szpitalu. Trudno w nią uwierzyć. Pierwsze reakcje pracowników, że to niemożliwe. Tylko jak nie wierzyć, skoro od rana trąbią o tym w radiu i telewizji?
Profesor Piotr Przybyłowski, transplantolog i zastępca dyrektora Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, dzwoni z samochodu do Bożeny Dudy, drugiej zastępczyni dyrektora szpitala:
"Słyszała pani?"
"Nie!"
Bogumiła Król, koordynatorka do spraw przeszczepów: - Prowadziłam wykład dla studentów, mój telefon w torebce zaczął dzwonić. Nie odebrałam, ale dzwonki nie ustawały. Rzuciłam okiem na SMS. "Profesor nie żyje". Jakby mi ktoś odciął prąd. Nie byłam w stanie powiedzieć słowa, przerwałam wykład. Wyszłam z sali, chwilę ochłonęłam i sama zaczęłam dzwonić.
Sekretarki relacjonują: - W piątek po południu wyjechał do domu, jak zwykle pomachał nam ręką na do widzenia.
Profesor Piotr Knapik, szef oddziału anestezjologii i intensywnej terapii, dzwoni do Przybyłowskiego z potwierdzeniem. "To prawda. Pytałem Michała. Marian nie żyje".
- Z Marianem Zembalą współpracowałem blisko przez kilkadziesiąt lat - mówi profesor Knapik. - Nasze wzajemne relacje były niełatwe, okresami wręcz burzliwe, a jednak darzyliśmy się szacunkiem i w kryzysowych sytuacjach mogliśmy na siebie liczyć. Jego samobójcza śmierć wywołała u mnie ogromną traumę. Do dziś nie potrafię uwolnić się od myśli, że mogłem zrobić coś więcej, aby do tej tragedii nie doszło.
Maciej Urlik, kardiochirurg, jest w Warszawie na spotkaniu o leczeniu mukowiscydozy. Odbiera SMS z numeru profesora Mariana Zembali: "Mój tata nie żyje". Zdziwiony, bo ojciec profesora umarł już dawno temu. Wkrótce się dowie, o co chodzi, i pomyśli: "No tak, pewnie Michał wysyłał wiadomości z telefonu swojego ojca".
Z każdą minutą coraz więcej szczegółów. "Gazeta Wyborcza" donosi, że ciało profesora Mariana Zembali znaleziono w sobotę rano, w krytym basenie w jego domu w Zbrosławicach. Na miejscu pracuje ekipa dochodzeniowa pod nadzorem prokuratora. Zabezpieczają ślady. Policja nie wyklucza, że to samobójstwo.
Przybyłowski: - Samobójstwo?! Kilka dni wcześniej byłem u Mariana w gabinecie. Zadzwoniła jego mama. Kazał mi zostać, w telefonie włączył tryb głośnomówiący. To była niezwykle ciepła rozmowa. Gdy się rozłączyli, Marian powiedział: "Matka zawsze czuje, gdy dziecko ma problemy. To mnie trzyma przy życiu, muszę się mamą zająć".
- W tę sobotę wszyscy do siebie dzwonili, linie były pozajmowane - mówi osoba, która pracowała blisko profesora. - Kto uwierzył w samobójstwo? Ja na pewno nie. Był po wylewie, jeździł na wózku. Może chciał gdzieś przejechać i wpadł do wody? Wypadek to możliwe, ale samobójstwo? Fakt, czasami, jak się na nas wściekał, mówił: "Ja się zabiję!". Ale przecież to tylko takie gadanie, prawda?
- To musiał być nieszczęśliwy wypadek. Marian nie odebrałby sobie życia. Nie zrobiłby tego swojej rodzinie. Był człowiekiem głębokiej wiary - przypomina profesor Andrzej Bochenek.
Ale zostawił list pożegnalny. Napisał, że nie chciał być ciężarem.
Profesor Romuald Cichoń, kardiochirurg, pracowali kiedyś razem: - Coś musiało w nim pęknąć.
Pracownica szpitala: - Był bardzo odważnym człowiekiem, ale bywał tchórzem. Uporządkowany, ale zakręcony. Dobry i zły. Raz wesoły, za chwilę wściekły. Nieoczywisty, złożony z niepasujących do siebie elementów. Po wylewie zmienił się na gorsze. Jakie miał "dziury" w mózgu!
- Nie potrafił się pogodzić ze swoim kalectwem. Nienawidził wózka, do którego został przywiązany - mówi Bogumiła Król. - Zawsze był waleczny, przez całe życie parł do przodu. Wierzył, że w końcu znowu stanie na nogi, ale ciało nie chciało go już słuchać. Nadzieja w nim gasła.
W szpitalu dla wszystkich było jasne, że udar go zmienił, nie tylko fizycznie, ale też mentalnie. Zawsze był apodyktyczny, ale umiał też słuchać, choć ostatnio słuchał coraz mniej albo wcale. Wielu chciało, żeby zrezygnował ze stanowiska. Mówili, że już się nie da wytrzymać. Teraz ci sami ludzie nie potrafią sobie wyobrazić szpitala bez niego.
Wszyscy mówią o tym, co się stało w tamten piątek. Michał, syn profesora, stracił posadę koordynatora oddziału kardiochirurgii. Uniósł się honorem i zdecydował się odejść ze szpitala. Michał, ukochany syn, ten, który miał przecież przejąć schedę po ojcu!
Hanna Zembala, żona profesora, powie potem w telewizji: "Mąż nie wytrzymał tego, co spotkało go w pracy. Odbierał telefony, dobrze słyszałam te rozmowy. Były naciski, żeby Michała zwolnić, że ma złe wyniki leczenia i powinien mieć zakaz operowania. Niektóre telefony były takie, że musiałam naciskać klawisz kończący rozmowę, bo potem mąż nie mógł spać, miał wysokie ciśnienie".
- Gdy dowiedziałem się w piątek wieczorem, że Michał stracił pracę, pomyślałem: "Oj, teraz w szpitalu będzie się działo". Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że za kilka godzin wszystko nieodwracalnie się zmieni - mówi Wojciech Saucha, anestezjolog.
Milczy rodzina, milczy prokuratura, więc plotka goni plotkę. Podobno wieczorem w domu profesora była awantura. Sąsiedzi mieli słyszeć krzyki.
Była?
Przybyłowski: - Nie wiemy, co było między godziną szesnastą w piątek a sobotą rano.
Michał Zembala mieszka z żoną Magdą w Zbrosławicach, obok stoi dom rodziców. Opowie potem, że w sobotę o godzinie 7:30 usłyszał wołanie matki. "Michał, Michał, coś się stało!". Pobiegł do rodziców, zobaczył ojca w basenie, wyciągnął go z wody i zaczął reanimować. Bezskutecznie. Z lekarzem pogotowia stwierdzili zgon. Mogła być godzina 8:45.
W jednym z wywiadów Michał powie: "Stało się dla nas jasne, że postanowił zakończyć swoje życie".
Trzy lata po śmierci ojca napisze więcej: "Mimo niesprawnej ręki i nogi podniósł się na wózek, przejechał może 20 metrów ze swojego pokoju, poprzez większy pokój, do pomieszczenia basenowego. Tam zostawił list. Zaraz na wejściu, po lewej stronie. Na krześle. W notatniku, który zostawił przy łóżku, przy dacie 18 marca 2022, na prawej stronie, w jej dolnym rogu, napisał: "Postawili mi ultimatum". W liście zaś: "Zawsze szedłem uczciwą drogą"".
Próbujemy ustalić fakty, w prokuraturze w Tarnowskich Górach prosimy o dostęp do akt śledztwa. Wszczyna się je zawsze w sprawie samobójczej śmierci. Prokuratura odmawia. Twierdzi, że w aktach nie ma materiałów, "które mogłyby pomóc w opracowaniu biografii profesora Zembali". Odpowiadamy, że okoliczności nagłej śmierć profesora są w sposób oczywisty ważne dla rzetelnego opracowania jego biografii.
Odmowa.
Po wielu miesiącach ponawiamy prośbę. Prokuratura informuje, że w aktach są wrażliwe dane i zdjęcia, które nie powinny być publikowane.
Odmowa.
Odpisujemy, że nie zamierzamy zdradzać żadnych intymnych szczegółów. Nie musimy mieć dostępu do całości akt postępowania. Chcemy jedynie poznać ustalenia faktyczne - o której dokładnie znaleziono ciało, kto zadzwonił na policję, czy najpierw był telefon na pogotowie, kiedy według biegłych przypuszczalnie nastąpił zgon, z jakiej przyczyny, na jakiej podstawie wykluczono udział osób trzecich i tym podobne.
Odmowa.
Składamy zażalenie do sądu.
Odmowa.
- Utonięcie to straszna śmierć, bolesna. Lekarze się w ten sposób nie zabijają - zastanawia się profesor Janusz Skalski, kardiochirurg i znawca historii medycyny.
Anestezjolog Wojciech Saucha: - My, lekarze, mamy dostęp do leków. Wiemy, co wziąć, żeby śmierć była łagodna.
- Marian opowiadał mi, że gdy dostał wylewu i zasłabł w wannie pod prysznicem, myślał tylko o jednym: trzymać usta powyżej gromadzącej się wody, żeby się nie utopić - wspomina profesor Przybyłowski.
W dniu śmierci profesora po południu "Gazeta Wyborcza" publikuje wspomnienie o nim. Prymus w szkole i na studiach. W zespole docenta Zbigniewa Religi w Zabrzu też stara się nim być. Asystuje przy pierwszym w Polsce udanym przeszczepie serca. Nieznany szpital w brudnym, zadymionym Zabrzu staje się w jednej chwili sławny. W 1993 roku Zembala zostaje jego dyrektorem. Pod jego kierunkiem ośrodek rozkwita. Pierwszy przeszczep serca i płuc, pierwszy jednoczesny przeszczep serca i nerki, coraz więcej przeszczepów u dzieci, udane transplantacje płuc u chorych na mukowiscydozę. Śląskie Centrum Chorób Serca to dwupiętrowy pawilon wciśnięty z jednej strony między bloki, a z drugiej - familoki. Ułamek tego, co ma Instytut Kardiologii w Aninie. A jednak ten właśnie szpital jest bardziej wszechstronny. Niewiele jest operacji serca u dorosłych, których by się tutaj nie przeprowadzało.
Marian Zembala potrafi mobilizować ludzi do pracy często ponad siły. Apodyktyczny, ale zespół mu to wybacza. Jest liderem, dla wielu nie do zastąpienia. Sam też ciężko pracuje, nie potrafi odpoczywać.
Przed udarem forował Michała, ale z taką samą energią dbał o szpital, o pieniądze na jego rozwój, wreszcie o własną karierę i pozycję w środowisku. Po udarze zachowuje się tak, jakby miał w życiu już tylko jeden cel: sukcesję dla syna. Chce, żeby Michał przejął po nim oddział kardiochirurgii, a w perspektywie cały szpital. Dzień przed śmiercią ten plan zupełnie się sypie. Michał zostaje zwolniony. O tym był ten tekst.
Michał Zembala reaguje: "Nawet dziś? Zapraszam po fakty", pisze na WhatsAppie.
Joanna Zembala-John, córka profesora, ostrzej: "Przeklinam pseudo-dziennikarzy z Wyborcza Katowice żerujących na tragedii innych (...)", pisze na Facebooku. Prosi, by nie zamieszczać pod jej postem komentarzy.
*
Niecały rok przed udarem Marian Zembala wydaje książkę. Wywiad rzekę, w którym opowiada o jednym ze swoich medycznych idoli, argentyńskim kardiochirurgu Reném Favaloro: "Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu. Było to tuż po przedwczesnej śmierci jego żony Marii Antonii Delgado. Uważam, że był to rozpaczliwy gest protestu profesora (...) przeciwko postępującemu zadłużeniu ośrodka stworzonego przez Favaloro w Buenos Aires i wprowadzeniu przez ówczesny rząd rozwiązań, które pozbawiały biednych ludzi, którzy nie mają dobrych, prywatnych ubezpieczeń, prawa do kardiochirurgicznego leczenia".
Ale tu sytuacja i powody inne.
W programie Uwaga! TVN Hanna, żona profesora, wspomina, że w piątek wieczorem, gdy jej mąż wrócił ze szpitala, powiedział tak: "Straciłem syna, straciłem swój szpital. Życie nie ma już dla mnie sensu".
Profesor Lech Poloński, kardiolog, przyjaciel: - Jeśli Marian popełnił samobójstwo, to znaczy, że go wcale nie znałem.
Rozdział | 2
MARYŚ
Marian ma trzy-cztery lata, gdy mama po raz pierwszy przyprowadza go do przedszkola w Krzepicach. Zastanawia się, czy chłopczyk poradzi sobie w nowym środowisku, rozmawia o tym z przedszkolanką. Marianek nie zamierza siedzieć w kącie. Krystyna Wesołowska, koleżanka profesora z tamtych czasów, pamięta, jak ubrany w rajtuzki chłopiec maszeruje między stolikami w jadalni, a za nim karnie podąża cała gromada dzieci.
Co jeszcze? W przedszkolu nie znosi leżakowania. Najgorszy moment dnia, bo zamiast się bawić, trzeba spać. Chłopiec zauważa, że leżaków nie wystarcza dla wszystkich dzieci. Kto nie ma leżaka, siada przy opiekunkach i nie musi spać. W kolejce do składziku ustawia się zawsze na końcu. "Znowu dla ciebie zabrakło leżaczka - martwią się wychowawczynie. - Cóż, musimy ci znaleźć jakieś zajęcie".
Sprytny i zaradny.
Gdy dzieci drzemią, panie zajmują się haftowaniem. Odbite na szmatkach wzory pokrywają kolorowymi nitkami. Marian też chce spróbować. Przedszkolanki zaskoczone, że taki mały chłopiec tak sprawnie posługuje się igłą i nitką.
Uzdolniony manualnie.
Grzeczny, nawet za bardzo. "Maryś, ukłoń się raz jeszcze, ale tym razem porządnie", napomina go mama, a chłopiec karnie poprawia ukłon. Zawsze pierwszy mówi "dzień dobry" i "do widzenia", nigdy pierwszy nie wyciąga ręki do dorosłej osoby. Ma być uprzejmy i kulturalny. Dobrze wychowany.
Rodzice młodzi, znają się jeszcze z liceum. Tata Kazimierz, zawiadowca stacji w Polskich Kolejach Państwowych, rzadko jest w domu. Działacz społeczny, zakłada w Krzepicach pierwszy dom kultury i kino. Mama Krystyna, intendentka w miejscowym przedszkolu, pilnuje, by synom nie przychodziły do głowy głupie pomysły. Ma ich jeszcze dwóch: nieco młodszego Mirka i Jacka, który urodzi się 11 lat po Marianie.
Chłopcy mają wyznaczone zadania i wypełniony grafik zajęć. Z Zembalami sąsiadują starsi już państwo Kozielewscy. Pan Ignacy to uznany pedagog, rusycysta, poeta i harcerz. To on napisał hymn ZHP Wszystko, co nasze, Polsce oddamy. Marian melduje się u niego każdego ranka. Pomaga w drobnych sprawach, kosi trawę, wynosi śmieci. Zaraz potem biegnie do kościoła na poranną mszę. Jest ministrantem. W każdą niedzielę mama siada w pierwszej ławce i z dumą patrzy na syna, ubranego w białą komżę. Może kiedyś będzie księdzem?
Kółka zainteresowań - z pewnością recytatorskie i teatralne. Krystyna Wesołowska pamięta jasełka urządzane przez siostry zakonne. Próby w szpitalnym maglu, w którym pracują zakonnice. - Marian miał być pastuszkiem, przyszedł na próbę w sztucznym futerku baranim. Położył je na maglownicę i pobrudził smarem. Na futerku wielka tłusta plama - wspomina Wesołowska. - Marian w płacz, bo co on mamie powie. Zakonnice próbowały usunąć plamę masłem, ale jeszcze bardziej się rozmazała. Maryś bał się wracać do domu.
Z występów nie zrezygnuje. Lubi błyszczeć na scenie, zwykle gra główne role. Krystyna Wesołowska pamięta przedstawienie Dzikie łabędzie, które ze swoją polonistką wystawiają w podstawówce. - Marian oczywiście grał królewicza - dodaje. - Była makieta studni, była też dmuchana kaczka, która udawała łabędzia, ale całość robiła tak wielkie wrażenie, że sztuka była wystawiana nie tylko w szkole, ale i w sali kina, gdzie ojciec Mariana był kierownikiem. Na spektakl przyszło całe miasteczko.
Mama Mariana zarządza naukę gry na akordeonie i pianinie. Zajęcia w szkole z Alfonsem Szafrańcem, emerytowanym górnikiem, i do tego dwa razy w tygodniu u niego w domu, już prywatnie. Szafraniec jest bardzo wymagający. Nie toleruje nieprzygotowania. Przypomina, że cechy Ślązaka to wytrwałość, solidność i umiłowanie pracy, która określa człowieka. "Jakiś do roboty, takiś do wszystkiego", powtarza swoim uczniom i każe ćwiczyć co najmniej przez godzinę dziennie.
Opłaca się, w liceum Marian jest już członkiem szkolnego zespołu muzycznego. Dyrektor szkoły Edward Bogatko starannie wybiera muzyków, bo grają nie tylko na szkolnych akademiach i apelach. Coraz częściej na weselach i zabawach. W repertuarze mają hity Paula Anki, The Shadows, Toma Jonesa, The Animals. Poza tym walce, tanga, fokstroty. Nauczyciel przypomina chłopakom, żeby nie brali za te występy alkoholu. Ale biorą, po cichu. Zanoszą potem wódkę do sklepu monopolowego i odsprzedają za pół ceny.
Nauka nie sprawia Marianowi kłopotów. W dzienniku niemal same piątki, z rzadka jakaś czwórka. W liceum udziela korepetycji z chemii, biologii, języka polskiego i matematyki. Nie musi prosić rodziców o pieniądze na rower. Kolarzówkę z przerzutkami kupuje za swoje.
Jest coraz bardziej zajęty w kole recytatorskim i w dramatycznym. Dochodzą jeszcze koła chemiczne, biologiczne i matematyczne. Co tydzień zbiórki harcerskie.
Po latach we wspomnieniach Marian Zembala napisze o spotkaniach u księdza Włodzimierza Sedlaka. To niezwykły człowiek. 11 lat po święceniach, w wieku 35 lat zapisał się na studia na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym Uniwersytetu Marie Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Władze PRL założyły tę uczelnię jako przeciwwagę dla KUL. Ksiądz, który wybrał studia na UMCS, był podejrzewany o sprzyjanie komunistom, a nawet zdradę Kościoła. Ksiądz Sedlak nie przejmuje się złymi językami. W 1949 roku broni na UMCS pracę magisterską z antropologii, rok później z pedagogiki, w 1951 roku robi doktorat. Habilitację już na KUL, z biologii teoretycznej.
Ksiądz, który jest jednocześnie biologiem, fizykiem i filozofem, twórcą polskiej szkoły bioelektroniki, robi na Marianie wielkie wrażenie. Zajmująco opowiada o życiu, Bogu, człowieku. "Kiedy opisywał bioplazmę i białka, zachciewało się nam nauki - opisywał swojego mentora profesor Zembala. - Pokazywał nam dobro i piękno, dawał drogowskazy. Chciał, żebyśmy nauczyli się samodzielnie zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi. Uczył unikania powierzchowności, bylejakości w kształtowaniu własnych poglądów i opinii".
Prawda czy legenda dołożona po latach do życiorysu? W książce Spotkania. Opowieść o wierze w człowieka profesor Zembala wspomina, że ksiądz Sedlak zapraszał młodych dwa razy w roku, także w wakacje, na Święty Krzyż. Szukają tam odcisków w skamieniałościach, rozmawiają o początkach życia i jak to przyłożyć do Biblii.
Wydaje się to mało prawdopodobne. Ksiądz Sedlak w latach 60. nie jest powszechnie znany. Adiunkt na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie prowadzi wykłady z zakresu filozofii przyrody ożywionej. Mieszka w Radomiu, sporo czasu traci na dojazdy do Lublina. W Górach Świętokrzyskich szuka spokoju. Zakonnicy z klasztoru na Świętym Krzyżu nie dopuszczają obcych do księdza Sedlaka.
W 1991 roku ukazuje się książka Człowiek i Góry Świętokrzyskie. Ksiądz Sedlak opowiada w niej o swoich badaniach nad koncepcją powstania życia przy udziale związków krzemu. Opisuje ludzi, których spotykał, i o pracy na Świętym Krzyżu, ale także na KUL. Nie wspomina o regularnych spotkaniach z młodzieżą. W jego prywatnych zapiskach z lat 60., które są dostępne w izbie pamięci biblioteki w Skarżysku-Kamiennej, też nie ma śladu po spotkaniach z licealistami.
Może spotykali się w Lublinie? Wykłady księdza Sedlaka z bioelektroniki - dziedziny nauki, którą sam stworzył - były popularne. Sala zawsze była nabita, ale studentami, którzy przyjeżdżali także z innych uczelni. Być może licealista Marian Zembala jeździł od czasu do czasu na te wykłady? Nie wiadomo. Zresztą, jak powtarzał ksiądz Sedlak, "biada tym, którzy wszystko wiedzą".
A inni nauczyciele Mariana Zembali? Jedni lepsi, drudzy gorsi, jak wszędzie. Jedna szczególna.
Łora Pawliszcze, młoda, szczupła, piękna brunetka. Niedoszła tancerka klasyczna, porusza się z gracją, ubiera ze smakiem i nie mówi słowa po polsku. Do Krzepic przyjechała z Kijowa, za mężem. Ma uczyć chemii. - Miałam wtedy 25 lat, oni niewiele młodsi ode mnie, szesnastolatkowie - wspomina. Nie jest typową nauczycielką. Uważa, że zamiast uczyć chemii, lepiej wykładać filozofię chemii. Woli, żeby uczniowie zamiast bezrefleksyjnego kucia wzorów potrafili kojarzyć fakty. Nie znaczy to, że im odpuszcza, przeciwnie - jest bardzo wymagająca, ale i skuteczna.
Marian o profesorce w swojej książce: "Była nie tylko wspaniałą osobą o renesansowym umyśle, ale i świetnym pedagogiem. Dzięki niej pokochaliśmy chemię i nie miałem żadnych problemów z tym przedmiotem podczas studiów".
Żyjcie, jak chcecie
Łora intryguje uczniów. Kim jest? Skąd się wzięła w Krzepicach? Przyjechała z ZSRR, ale nie jest "czerwona", jak podejrzewają niektórzy rodzice, nie indoktrynuje - wręcz przeciwnie. Mówi młodym: żyjcie, jak chcecie. Buntowniczka?
Wtedy nie wiedzą, że z mężem Stefanem, przedstawicielem ukraińskiej mniejszości w Polsce, poznali się na uniwersytecie w Kijowie. Ona studiowała chemię, on filologię ukraińską. Pobrali się. Po studiach Stefan, dysydent zaangażowany w działalność proukraińską, obserwowany przez KGB, musiał wrócić do Polski. Ona w ciąży. Syn Andrzej urodził się w Ukrainie, kiedy męża już przy niej nie było. Łora mogła do niego dołączyć dopiero po roku starań. W tym czasie Stefan kontynuował antyradziecką działalność. Kolportował ukraińskie pisma, opowiadał o prześladowaniu dysydentów w ZSRR. Jego teczka w UB była coraz grubsza.
Kiedy Łora wreszcie wystarała się o paszport i mogła przyjechać do Polski, postanowiła, że weźmie każdą pracę, jaką dadzą, byleby mieć gdzie zamieszkać. I wzięła, co władza dała - posadę nauczycielki w liceum w Krzepicach koło Częstochowy.
Stefan dołączył do żony, ale wkrótce został aresztowany. - Zostałam sama, z malutkim dzieckiem, w obcym kraju, w położonych gdzieś na końcu świata Krzepicach. Opiekunka do dziecka, bo nie miałam z kim synka zostawić, gdy byłam w pracy, oraz czesne za lokum pochłaniały prawie całą moją wypłatę. Czasami miałam do jedzenia tylko kawałek słoniny - mówi Pawliszcze.
Ludzie w Krzepicach zachowują się wspaniale. - Przed świętami ktoś puka do drzwi. Otwieram, stoi mała dziewczynka z blachą ciasta. "Moja mamusia upiekła, żeby pani też poczuła święta", mówi. Takich gestów było bardzo dużo. Ktoś mi zostawiał pod drzwiami kapustę, cebulę. Ktoś dobry - wspomina Łora Pawliszcze.
Proces Stefana odbywa się w Gdańsku i trwa tylko trzy dni. - Bardzo chciałam pojechać, ale syn był za mały, nie mógł zostać tak długo sam - opowiada Łora. - Zwierzyłam się starszej pani, od której kupowałam mleko dla synka. "Jedź! Niczym się nie martw, jedź! Ja się zajmę twoim dzieckiem", zaoferowała.
Łora na procesie, wyprostowana, starannie ubrana, w kapeluszu, głowę trzyma wysoko i patrzy w oczy prokuratorowi. Robi wrażenie. Mąż jest z niej dumny. Sąd skazuje go na trzy lata więzienia. Zostaje osadzony w Gdańsku-Oliwie. Łora jeździ do niego przez całą Polskę.
Stefan odsiaduje połowę wyroku. Zostaje wypuszczony za dobre sprawowanie - przygotowuje strażników do matury. Pomaga też Waldemar Płachecki, lekarz z Częstochowy. Wystawia Łorze zaświadczenie, że jest bardzo chora i nie może sama wychowywać synka.
SB nie odpuszcza. Stefan ma zostać pod obserwacją, nie ma mowy o powrocie na wyższą uczelnię. Dostaje wilczy bilet, nigdzie nie znajdzie pracy. - Utrzymywałam męża przez rok. Codziennie wychodził szukać posady, ale nikt nie chciał go zatrudnić. Pomogli rodzice moich uczniów. Mąż dostał w końcu pracę w zakładzie odwykowym - opowiada Łora. Z czasem, już za Gierka, dostał się na prawo, zdał egzaminy i założył w Krzepicach kancelarię adwokacką.
A uczniowie?
Łora Pawliszcze nie chce nauczać, woli z nimi dyskutować, spierać się, inspirować ich, otwierać im oczy. Pragnie ich poznać. Oni też się do niej garną. Łora: - To nie była tylko relacja nauczyciela i uczniów, to było porozumienie dusz. Nie z całą klasą, ale z dużą ich grupą.
Marian też jest w tej grupie. Potem będzie opowiadał, że Łora uczyła nie tylko przedmiotu. Pokazywała, jak żyć, jak się zachowywać, i zarażała wartościami, które były jej bliskie.
Pierwsza wycieczka do Warszawy. Łora chce wpisać do planu wizytę w Muzeum Narodowym. Nauczyciele PO i matematyki oponują. Uczniowie zawsze odwiedzali Muzeum Wojska Polskiego i tym razem też tak będzie. Łora nie chce się zgodzić: "Zapytajmy uczniów, co wolą oglądać".
W polskiej szkole lat 60. to herezja. Uczniowie nie mają prawa głosu! Ale chemiczka stawia na swoim: "A wam serce drży, gdy oglądacie armaty czy gdy patrzycie na dzieła sztuki?", pyta.
A więc postanowione. Matematyczka obrażona. Niech już będzie to Muzeum Narodowe, ale uczniowie nie będą chodzili samopas. Mają się poruszać w parach, za przewodnikiem. Marsz!
A przewodnik biegiem przez muzeum. W dłoniach trzyma wskaźnik i przelatuje obok obrazów, recytując nazwiska: tu Matejko, tu Kossak, Malczewski, Boznańska...
"Nie przyjechałam tu na jakiś szalony maraton - myśli Łora. - Mam was w nosie". Siada przed obrazem Matejki i rozkoszuje się widokiem. Obok niej przystaje grupka uczniów. Zaczynają dyskutować z nauczycielką o szczegółach obrazu, a ona podpowiada, że szczegół i precyzja były charakterystyczne dla tego artysty. Zwraca uwagę na dynamikę, na intensywność barw, na kontrasty, które wpływały na dramaturgię obrazów. Rozgadani o Matejce wychodzą na dziedziniec, reszty grupy nie ma, autokar zamknięty.
Na dziedzińcu wózek z lodami. Łora kupuje gałkę. "Pani profesor, czy my też możemy?", pytają uczniowie.
Nauczycielka nie rozumie: "Dlaczego mnie o to pytacie? Róbcie, na co macie ochotę".
Nagle otwierają się drzwi. Licealiści, ustawieni w dwuszeregu, jak gąsienica zmierzają przez dziedziniec w stronę grupki jedzącej lody. Na czele buraczkowy peowiec, na końcu czerwona ze złości matematyczka. Mija Łorę, szepcząc do niej: "Pani nam rozwala dyscyplinę!".
"Nie rozumiem, o czym pani mówi".
"Pani rozwala, bo dopiero teraz, dokładnie o dwunastej dwadzieścia, mieliśmy jeść lody w Horteksie! I co my teraz mamy zrobić z tymi, którzy już zjedli?"
Łora: "Proszę pani, chętnie zjem raz jeszcze. To dla mnie atrakcja, bo ja nigdy w życiu nie jadłam lodów o godzinie dwunastej dwadzieścia w Horteksie".
Po powrocie do Krzepic matematyczka przestrzega nauczycieli w liceum, że Łora to wróg.
Stąpanie w szpilkach po bruku
Marian, podobnie jak większość klasy, czeka na lekcje Łory. W liceum brakuje nauczycieli, więc Łora oprócz chemii ma także godziny z rosyjskiego. Tylko raz otwiera podręcznik i zamyka przerażona. Język w czytankach prymitywny, jakieś przygody traktorzystki Frosi, skąd ją wytrzasnęli?! Nie, takiego rosyjskiego uczyć nie zamierza. Podsuwa uczniom wczesne, przedrewolucyjne eseje Maksyma Gorkiego. To jest rosyjski!
Program nauczania wymaga, by w czytankach obecny był Lenin. Łora czyta więc uczniom esej Gorkiego o zjeździe Kominternu we Włoszech. Pisarz przypomina, że przyjechał tam także człowiek o pseudonimie Lenin. Plotkowano, że jeden z działaczy miał przehulać z kochanką wszystkie składki. - Stąpanie w szpilkach po bruku - wspomina dzisiaj Łora. - Ale Lenin był? Był!
Profesor Zembala napisze w swoich wspomnieniach: "Dzięki niej zaczynaliśmy rozumieć Dostojewskiego, Turgieniewa, Tołstoja, Bułhakowa".
Po pierwszej klasie liceum wszyscy chłopcy mają na świadectwach dostateczny z przysposobienia obronnego. Tylko Łora nie zwraca uwagi na ich długie włosy. "Ważniejsze jest to, co macie pod fryzurami", mówi. Peowiec nie może się z tym pogodzić. Stawia ultimatum: "Albo skracacie, albo będą tróje".
Tuż przed końcem roku szkolnego chłopcy strzygą się na łyso.
"Oszaleliście?", pyta Łora.
"Nie - odpowiadają. - Wygraliśmy zakład z panem od PO. Powiedział, że jak nie zetniemy włosów, to nam postawi tróje na świadectwach. Gdy to zrobił, natychmiast się ostrzygliśmy. Do skóry".
Do Łory przybiega matka jednego z uczniów: "Szanowna pani, czy to w porządku? Przecież z powodu tej historii z włosami chłopak będzie miał spaprane świadectwo!".
Łora: "Pani syn ćwiczy charakter na panu od PO, a ja nie mam zamiaru mu w tym przeszkadzać".
Murem za uczniami
Po latach, na zjazdach absolwentów dawni uczniowie pytają Łorę, jak z nimi wytrzymywała, przecież oni ciągle wpadali w jakieś kłopoty.
"Mieliście fantazję, nie mogłam jej niszczyć", odpowiada.
Za swoimi uczniami zawsze stoi murem. - Oni wciąż się w coś pakowali, stawiali się nauczycielom, ale to było cudowne! Żywiołowe, radosne i pomysłowe - mówi Łora.
Na zjazdach wspominają żarty z matematyczki.
"Łora! Twój uczeń był na lekcji, odzywał się, a potem nagle... wszedł do klasy!", skarży się jej nauczycielka.
Wychowawczyni nie rozumie: "Ale jak to... był, a potem wszedł? To nielogiczne".
Matematyczka: "No wiem, że nielogiczne, musisz to wyjaśnić!".
Łora pyta ucznia, jak to możliwe, może potrafi przechodzić przez ściany?
Przed Łorą uczniowie tajemnic nie mają: "Bo ja, pani profesor, uwielbiam to robić pani matematyczce. Najpierw zgłaszam się przy odczytywaniu listy obecności, a gdy nauczycielka odwraca ode mnie uwagę, czołgam się do drzwi i wychodzę niezauważony. Odczekuję kilka chwil na korytarzu, a potem pukam, otwieram drzwi i pytam, czy mogę wejść. Pani od matematyki tak wspaniale się dziwi, że nie mogę sobie tego odmówić".
Marian Zembala też brał w tym udział?
Łora: - Marian był grzeczny, nadzwyczaj poważny jak na swój wiek. Takie numery to zupełnie nie w jego stylu.
Mickiewicz na sztandarze reakcji
Maturę zdaje tuż po wydarzeniach marcowych. W szkole trwa giełda potencjalnych tematów. W obliczu studenckich protestów nikt nie stawia na Dziady Adama Mickiewicza.
Marian Zembala czuje, że jest dobrze przygotowany. W nocy z soboty na niedzielę, na dwa dni przed egzaminem pisemnym z języka polskiego, gra z chłopakami na weselu. W poniedziałek, gdy jest w drodze do szkoły, zaczepia go kioskarka. Prosi, żeby zabrał do domu odłożone do teczki najnowsze numery tygodników. Na pierwszej stronie "Polityki" relacja z przemówienia Władysława Gomułki do aktywu partyjnego w Warszawie. I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej mówił głównie o Dziadach: "Nie można pozwolić na to, aby w imię jakiejś abstrakcyjnej wolności i inscenizacyjnej dowolności przekształcać antycarskie ostrze "Dziadów" w oręż antyradziecki. Próba wykorzystania poezji Mickiewicza, zrodzonej z walki patriotycznej młodzieży przeciw carskiemu uciskowi, dla szkalowania Polski Ludowej jest politycznym szalbierstwem, wypacza bowiem najgłębszy, demokratyczny i postępowy sens twórczości Mickiewicza. Mickiewicz nie był i nie będzie sztandarem reakcji". Maturzysta Zembala kończy lekturę tekstu tuż przed wejściem do sali egzaminacyjnej.
Ósma rano, polonistka w liceum w Krzepicach otwiera kopertę z trzema tematami do wyboru. Pierwszy o wadach sarmatyzmu polskiego na podstawie utworów oświecenia. W sali pomruk niezadowolenia. Drugi z gramatyki języka polskiego. Jeszcze gorzej. I trzeci: Wyjaśnij, dlaczego Mickiewicz nie był i nigdy nie będzie sztandarem reakcji.
Tylko dwóch uczniów podejmuje temat. Praca Mariana Zembali zostaje oceniona na piątkę.
Kiedy zaczął myśleć o medycynie? We wspomnieniach napisał, że przekonały go dwie książki: Stres życia Hansa Selyego oraz Integracyjna działalność mózgu Jerzego Konorskiego. "Nie potrafiłem w pełni zrozumieć obu tych książek, okazały się dla mnie za trudne, ale zapoczątkowały w mojej głowie silne przemyślenia i skłoniły, aby wybrać medycynę, naukę i im się poświęcić".
Ksenia Ładygin, znana dzisiaj w Zakopanem pediatra i laryngolożka, koleżanka z klasy Mariana Zembali, sądzi, że powód był bardziej przyziemny. - W miejscowości tak małej, jak Krzepice nie było dostępu do medycznych publikacji. Nie mieliśmy też podstawowych informacji o kierunkach studiów, czego się tam można nauczyć i jakie dają możliwości. Mieliśmy po osiemnaście lat i naprawdę nie wiedzieliśmy, co dalej ze sobą zrobić - mówi. - Najlepsi uczniowie zwykle wybierali medycynę lub prawo. I z nami też tak było.
Na dwoje babka wróżyła
Najbliżej jest do Śląskiej Akademii Medycznej, ale Marian Zembala wybiera Wrocław.
Powodem miała być pielgrzymka do Częstochowy. Krystyna Wesołowska: - Po trzeciej klasie licealnej chcieliśmy z księdzem z naszej parafii pójść na Jasną Górę, pomodlić się o sprawny przebieg matur, ale grupę trzeba było zgłosić władzom. Ksiądz nie dostał zgody. "Nie mogę iść z wami", powiedział. "Ale jak chcecie, możecie iść sami, jako grupa niezorganizowana". Marian ze swoim przyjacielem Pawłem Korzekwą zrobili brzozowy krzyż. Do Częstochowy mieliśmy niedaleko, około 30 kilometrów. Wyszliśmy rano, żeby zdążyć wieczorem wrócić do domów. Ksiądz miał nas na oku, bo jechał za nami w cywilu na rowerze. Spokojnie doszliśmy do klasztoru i wróciliśmy. A na początku roku szkolnego afera. SB po kolei wzywało nas na przesłuchania do Częstochowy. Tajniacy zrobili nam masę zdjęć, a najwięcej Marianowi i Pawłowi, którzy nieśli krzyż. Straszyli, że żadne z nas nie dostanie się na studia.
Zembala zapamięta to trochę inaczej. Napisze, że latem postanowił dołączyć do jednej z pielgrzymek, które przechodziły przez Krzepice. "Kilka osób z mojej licealnej klasy poszło razem ze mną. (...) Przed Częstochową pojawiły się trzy transparenty poświęcone wolności, które niosła młodzież".
W jego relacji w przesłuchaniach uczniom towarzyszył Aleksy Ryło, dyrektor szkoły. Zachowywał się jak adwokat, interweniował i protestował, gdy uważał, że jakieś pytanie jest podchwytliwe czy tendencyjne. "Na jednym przesłuchaniu się nie skończyło, ciągano nas kilkakrotnie", pisze Zembala w swojej książce. W końcu dyrektor postawił się agentom SB. Oświadczył, że więcej na żadne przesłuchanie nie przyjedzie i swoim uczniom też nie pozwoli. Zembala: "Wezwał nas jednak do siebie i przestrzegł, by każdy, kto może, wybrał uczelnię poza Górnym Śląskiem. (...) Wyjechałem do Wrocławia. Inaczej postąpiła trójka moich bardzo zdolnych kolegów i oni nie zostali przyjęci na studia "z powodu braku miejsc". Gdybym został na Śląsku, spotkałoby mnie najprawdopodobniej to samo".
Wesołowska: - Nic o tym nie wiem. Papiery złożyliśmy i wszyscy się dostaliśmy.
Jeszcze jedno wydarzenie, które przekonuje Mariana Zembalę do podjęcia studiów we Wrocławiu. 3 grudnia 1967 roku, gdy jest w klasie maturalnej, Christiaan Barnard przeprowadza w Kapsztadzie pierwszy udany przeszczep ludzkiego serca.
We wspomnieniach profesor Zembala napisze o dwóch wywiadach w "Trybunie Robotniczej", które zrobiły wtedy na nim wielkie wrażenie: z profesorem Franciszkiem Kokotem, nefrologiem z Katowic, i profesorem Wiktorem Brossem z Wrocławia, który przeprowadził pierwszą w Polsce operację na otwartym sercu. Szczególnie utkwi mu w pamięci wypowiedź profesora Kokota: "Jeśli transplantologia nie pomoże, to już nic nie pomoże". "Silne i ważne słowa w moim zawodowym życiu", podkreśli.
W numerach "Trybuny Robotniczej" z grudnia 1967 roku nie ma wywiadów z tymi lekarzami. Źle zapamiętał? Pomylił daty? A może świadomie koloryzuje? Wątpliwe, że licealista z Krzepic wiedział wtedy, kim jest Franciszek Kokot. Znali go uczeni, bo Kokot był pionierem nefrologii, ale nie miał jeszcze tytułu profesora. I w ogóle dlaczego "Trybuna" miałaby rozmawiać o transplantacji serca z internistą?
Owszem, w 1967 roku ukazała się rozmowa o przeszczepie serca, ale z profesorem Józefem Gasińskim, szefem I Kliniki Chirurgii Śląskiej Akademii Medycznej. "Byłbym bardzo ostrożny w wyciąganiu zbył pochopnych i zbyt optymistycznych wniosków z kapsztadzkiego sukcesu. Operacja, na której sukces złożyły się zapewne całe lata doświadczeń i badań, jest udana. Czy jednak pacjent będzie żył?", pytał profesor Gasiński. W przypadku chorego serca stawiał raczej na metody "protezowania naczyń krwionośnych, zwłaszcza tętnic, i to od najgrubszych do coraz cieńszych". Na pytanie dziennikarza, która metoda - protezowanie czy przeszczepianie - daje większe szanse, profesor Gasiński odpowiedział: "Na dwoje babka wróżyła".
[...]