Żelazny złoty. Cykl Czerwony świt. Tom 4 - Pierce Brown

Kup ebooka

61.90 zł
52.62 zł (50,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Cortazár

Minęło pra­wie trzy­dzie­ści lat, od kiedy Paolo Cortazár prze­le­ciał przez wrota Lako­nii ze zbun­to­waną flotą. Wystar­cza­jąco dużo czasu, by zbu­do­wać namiastkę cywi­li­za­cji, mia­sto, stwo­rzyć kul­turę. Wystar­cza­jąco dużo czasu, by mógł potwier­dzić, że obcy inży­nie­ro­wie zapro­jek­to­wali pro­to­mo­le­kuły jako budow­ni­czych mostów. Roz­rzu­cili je pośród gwiazd jak nasiona, by wchła­niały napo­tkane życie orga­niczne i two­rzyły pier­ście­nie wrót do kie­szon­ko­wego wszech­świata, ogniwa mię­dzy świa­tami. Do czasu ich śmierci powolna strefa z jej pier­ście­niami była cen­tral­nym punk­tem impe­rium, wykra­cza­ją­cym poza ramy ludz­kiego poj­mo­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Teraz znowu tak będzie. Drobny mecha­nizm, który budo­wał mosty wycho­dzące poza lokal­ność, zmie­nił wszystko dla całej ludz­ko­ści.

Choć Paola w zasa­dzie nie obcho­dziła cała ludz­kość. Dla niego fakt ist­nie­nia pro­to­mo­le­kuły i udo­stęp­nia­nych przez nią tech­no­lo­gii był wszech­ogar­nia­jący. Zmie­niał nie tylko kształt ota­cza­ją­cego go wszech­świata, lecz także wpły­nął na jego życie oso­bi­ste i zawo­dowe. Na dzie­się­cio­le­cia stał się jego jedyną obse­sją. Pod­czas kłótni, która zakoń­czyła ich zwią­zek, jego ostatni chło­pak oskar­żył go, że wręcz kocha pro­to­mo­le­kułę.

W zasa­dzie Paolo nie mógł temu zaprze­czyć. Minęło tyle czasu, od kiedy czuł coś zbli­żo­nego do miło­ści wzglę­dem innego czło­wieka, że stra­cił już kon­tekst do oceny tego, co można zakwa­li­fi­ko­wać jako miłość. Stu­dio­wa­nie pro­to­mo­le­kuły i nie­zli­czo­nych, wywo­dzą­cych się z niej dzia­łów wie­dzy nauko­wej pochła­niało więk­szość jego czasu i uwagi. Zro­zu­mie­nie spo­so­bów, w jakie oddzia­ły­wała na inne arte­fakty i tech­no­lo­gie obcych, było zada­niem na poko­le­nia. Nie prze­pra­szał za swoje zaan­ga­żo­wa­nie. Maleńka, cudowna dro­bina tak pełna ukry­tych infor­ma­cji była niczym nie­ustan­nie roz­kwi­ta­jący pączek. Była piękna w spo­sób, w jaki nie mogło być piękne nic innego. Jego kocha­nek nie potra­fił tego zaak­cep­to­wać i w końcu, patrząc na to z per­spek­tywy czasu, roz­pad ich związku był nie­unik­niony. Paolo tęsk­nił za nim w dość abs­trak­cyjny spo­sób. Tak jak mógłby tęsk­nić za parą wygod­nych butów.

Jego czas i uwagę pochła­niało tyle cudow­nych spraw.

Na ekra­nie przed nim koronka węglowa roz­ra­stała się i roz­wi­jała w zło­żone, prze­pla­tane wzory. We wła­ści­wych warun­kach śro­do­wi­sko­wych i odpo­wied­nim ośrodku wzro­stu pro­to­mo­le­kuła domyśl­nie two­rzyła wła­śnie takie struk­tury prze­strzenne. Utwo­rzony w ten spo­sób mate­riał był lżej­szy niż taka sama obję­tość włó­kien węglo­wych i miał więk­szą wytrzy­ma­łość na roz­cią­ga­nie niż gra­fen. Komi­sja tech­no­lo­gii Lakoń­skiej Rady Woj­sko­wej popro­siła go o zba­da­nie moż­li­wo­ści wyko­rzy­sta­nia mate­riału w pan­cer­zach pie­choty. Co było wyzwa­niem inży­nie­ryj­nym ze względu na fakt, że siatka miała skłon­ność do trwa­łego wią­za­nia się z ludzką skórą. Ale to w niczym nie ujmo­wało jej urody.

Paolo zmo­dy­fi­ko­wał czu­łość wiązki elek­tro­no­wej i nachy­lił się do moni­tora, przy­glą­da­jąc się, jak pro­to­mo­le­kuła wychwy­tuje wolne atomy węgla i spraw­nie wplata je w siatkę, jakby była dziec­kiem sku­pio­nym na zaba­wie.

- Dok­to­rze Cortazár - zabrzmiał głos.

Paolo odpo­wie­dział burk­nię­ciem i mach­nię­ciem ręki zna­czą­cym we wszyst­kich języ­kach "idź sobie, jestem zajęty".

- Dok­to­rze Cortazár - nie ustę­po­wał głos za ple­cami.

Paolo ode­rwał wzrok od ekranu i odwró­cił się. Zoba­czył osobę o nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej płci, bar­dzo jasnej cerze, ubraną w far­tuch labo­ra­to­ryjny, trzy­ma­jącą duży ter­mi­nal ręczny. Spró­bo­wał przy­po­mnieć sobie imię postaci. Caton? Can­ton? Can­tor? Jakoś tak. Jeden z licz­nych tech­ni­ków labo­ra­to­ryjnych. O ile Paolo pamię­tał, nawet dość kom­pe­tentny, ale ośmie­lił mu się prze­szko­dzić, więc będzie musiał wycią­gnąć kon­se­kwen­cje. Ner­wowy wyraz twa­rzy osoby imie­niem Caton/Can­tor/Can­ton suge­ro­wał, że zdaje sobie sprawę z tego faktu.

- Dyrek­tor popro­sił mnie o przy­po­mnie­nie panu - wyja­śnił, zanim Paolo zdą­żył się ode­zwać - że ma pan zapla­no­wane spo­tka­nie. Z - głos tech­nika przy­cichł pra­wie do szeptu - nim. Z Nim.

Tech­nik nie miał (czy też nie miała) na myśli dyrek­tora. Był tylko jeden On.

Paolo wyłą­czył ekran i upew­nił się, że sys­tem moni­to­ro­wa­nia wszystko reje­struje, a potem wstał.

- Tak, oczy­wi­ście - potwier­dził. A potem, ponie­waż ostat­nio się sta­rał, dodał: - Dzię­kuję. Can­tor?

- Caton - odpo­wie­dział tech­nik z widoczną ulgą.

- Oczy­wi­ście. Prze­każ dyrek­to­rowi, że już idę.

- Mam panu towa­rzy­szyć, dok­to­rze - wyja­wił Caton, stu­ka­jąc w ekran ter­mi­nala ręcz­nego, jakby był to ele­ment jakiejś listy.

- Oczy­wi­ście. - Paolo zdjął z wie­szaka przy drzwiach swój far­tuch i wyszedł.

Labo­ra­to­rium bio­in­ży­ne­rii i nano­in­for­ma­tyki Uni­wer­sy­tetu Lako­nii było naj­więk­szą pla­cówką badaw­czą na pla­ne­cie. Moż­liwe, że naj­więk­szą w całej prze­strzeni zaj­mo­wa­nej przez ludz­kość. Kam­pus uni­wer­sy­tecki roz­cią­gał się na powierzchni pra­wie czter­dzie­stu hek­ta­rów na przed­mie­ściach sto­licy Lako­nii, a jego labo­ra­to­rium obej­mo­wało pra­wie ćwierć tego terenu. Jak wszystko na pla­ne­cie, było o rzędy wiel­ko­ści więk­sze niż było to potrzebne dla zaj­mu­ją­cych je obec­nie ludzi. Zbu­do­wano je z myślą o przy­szło­ści. Dla tych wszyst­kich, któ­rzy przyjdą póź­niej.

Paolo masze­ro­wał ener­gicz­nie po żwi­ro­wej ścieżce, po dro­dze spraw­dza­jąc odczyty z ekranu na przed­ra­mie­niu. Caton biegł za nim truch­ci­kiem.

- Dok­to­rze - ode­zwał się tech­nik, wska­zu­jąc w prze­ciwną stronę - przy­go­to­wa­łem dla pana wózek. Jest na par­kingu C.

- Przy­pro­wadź go pod Sto­dołę. Muszę tam jesz­cze coś zro­bić.

Caton wahał się chwilę, zawie­szony mię­dzy bez­po­śred­nim roz­ka­zem wyda­nym przez Paola a odpo­wie­dzial­no­ścią bycia jego opie­ku­nem.

- Tak, dok­to­rze - odpo­wie­dział w końcu i pobiegł w prze­ciwną stronę.

Idąc, Paolo przej­rzał listę swo­ich zadań na dzi­siaj, by się upew­nić, że nie zapo­mniał o niczym, a potem zsu­nął rękaw w dół, zasła­nia­jąc moni­tor, i spoj­rzał w górę. Dzień był bar­dzo ładny. Nad jego głową roz­cią­gało się jasno­błę­kitne niebo z nie­licz­nymi kłęb­kami bia­łych chmur. Dało się zoba­czyć olbrzy­mią kra­tow­nicę orbi­tal­nej plat­formy kon­struk­cyj­nej, z mnó­stwem dłu­gich ramion i pustej prze­strzeni pomię­dzy nimi, podob­nej do uno­szą­cego się w kosmo­sie gigan­tycz­nego oli­go­nu­kle­otydu.

Łagodny wiatr niósł deli­katną woń spa­lo­nego pla­stiku, zwią­zaną z uwal­nia­niem przez miej­scowy odpo­wied­nik grzy­bów tego, co ucho­dziło tu za zarod­niki. Bryza pochy­lała dłu­gie łodygi psich gwizd­ków rosną­cych wzdłuż ścieżki. Trzy­ma­jące się roślin świn­tu­chy - zaj­mu­jące z grub­sza tę samą niszę eko­lo­giczną, co świersz­cze, wyka­zu­jące nawet kilka podo­bieństw mor­fo­lo­gicz­nych - syczały na niego, gdy za bar­dzo się do nich zbli­żał. Nie miał poję­cia, dla­czego ziel­sko nazwano psimi gwizd­kami. Według niego wyglą­dały bar­dziej jak bazie. Jesz­cze mniej sensu miało nazy­wa­nie świn­tu­chem odpo­wied­nika owada, który wyglą­dał jak świerszcz o czte­rech koń­czy­nach. Wyda­wało się, że pro­ces nada­wa­nia nazw miej­sco­wej flo­rze i fau­nie nie opiera się na żad­nych pod­sta­wach nauko­wych. Ludzie po pro­stu przy­pi­sy­wali różne nazwy do poszcze­gól­nych rze­czy i w końcu wyra­biał się kon­sen­sus. Bar­dzo go to iry­to­wało.

Sto­doła róż­niła się od pozo­sta­łych budyn­ków labo­ra­to­rium. Pole­cił, aby jej ściany wznie­siono z jed­no­li­tych płyt wytrzy­ma­łego pan­ce­rza, zespa­wa­nych her­me­tycz­nie pod kątem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni, co nada­wało jej wygląd ciem­nej, meta­licz­nej kostki o boku dwu­dzie­stu pię­ciu metrów. Przed jedy­nym wej­ściem do budynku stało na straży czte­rech żoł­nie­rzy w lek­kich pan­ce­rzach i z bro­nią auto­ma­tyczną.

- Dok­to­rze Cortazár - przy­wi­tał go jeden z nich, wycią­ga­jąc rękę w uni­wer­sal­nym geście "zatrzy­maj się".

Paolo wycią­gnął spod koszuli iden­ty­fi­ka­tor na smy­czy i podał straż­ni­kowi, który wło­żył go do czyt­nika. Następ­nie dotknął czuj­ni­kiem skóry na nad­garstku Paola.

- Miły dzień - ode­zwał się uprzej­mie straż­nik, gdy urzą­dze­nie doko­ny­wało porów­na­nia iden­ty­fi­ka­tora Paola z pomia­rami fizycz­nymi oraz jego uni­kal­nym zesta­wem bia­łek.

- Uro­czy - zgo­dził się Paolo.

Urzą­dze­nie dźwię­kowo potwier­dziło, że Paolo Cortazár fak­tycz­nie jest osobą z iden­ty­fiak­tora: pre­ze­sem Uni­wer­sy­tetu Lako­nii i kie­row­ni­kiem labo­ra­to­rium badań egzo­bio­lo­gicz­nych. Straż­nicy znali go, ale rytuał był ważny z wielu powo­dów. Drzwi się roz­su­nęły i woj­skowi roz­stą­pili się na boki.

- Miłego dnia, dok­to­rze.

- Wza­jem­nie - odpo­wie­dział Paolo, wcho­dząc do śluzy bez­pie­czeń­stwa.

Jedna ze ścian zasy­czała, ude­rza­jąc w niego powie­trzem z dzie­siąt­ków dysz. Czuj­niki na prze­ciw­le­głej ścia­nie szu­kały obec­no­ści mate­ria­łów wybu­cho­wych i zakaź­nych. A może nawet złych zamia­rów.

Po chwili syk ustał i otwo­rzyły się wewnętrzne drzwi śluzy. Dopiero wtedy Paolo usły­szał jęki.

Sto­doła, nazy­wana tak przez wszyst­kich pomimo braku ofi­cjal­nej nazwy w jakiej­kol­wiek doku­men­ta­cji, nie bez powodu była budyn­kiem o dru­gich naj­lep­szych zabez­pie­cze­niach na Lako­nii. Tu wła­śnie Paolo trzy­mał swoje mleczne stado.

Nazwa naro­dziła się pod­czas wcze­snej kłótni z jego byłym kochan­kiem. Miała to być obe­lga, ale oka­zała się zgrabną ana­lo­gią. Wewnątrz Sto­doły resztę swo­jej egzy­sten­cji prze­ży­wali ludzie i zwie­rzęta, wszy­scy celowo zaka­żeni pro­to­mo­le­kułą. Gdy nano­tech­no­lo­gia obcych przej­mo­wała ich komórki i zaczy­nała się namna­żać, per­so­nel Paola mógł spusz­czać płyny z ich ciał i odfil­tro­wy­wać kry­tyczne cząstki z macie­rzy tkan­ko­wej. Po zuży­ciu ciał wszel­kie pozo­stałe płyny można było spa­lić bez utraty cze­goś cen­nego. Znaj­do­wały się tu dwa­dzie­ścia cztery zagrody, ale obec­nie zaję­tych było tylko sie­dem. Kie­dyś, gdy zwięk­szy się liczba lud­no­ści, łatwiej będzie o obiekty labo­ra­to­ryjne.

Wiel­kie dzieła Lako­nii opie­rały się na komu­ni­ka­cji z bazą tech­no­lo­giczną, którą pozo­sta­wiła po sobie dawno wymarła cywi­li­za­cja. Pro­to­mo­le­kuły nie zapro­jek­to­wano jako uni­wer­sal­nego inter­fejsu ste­ro­wa­nia, ale tech­no­lo­gia obcych miała w sobie modu­ło­wość, która pozwa­lała jej funk­cjo­no­wać w spo­sób czę­sto wystar­cza­jący do wyma­ga­nych zadań. Paolo odpo­wia­dał za dostar­cza­nie wyma­ga­nych aktyw­nych pró­bek. Mię­dzy innymi za to.

Po dro­dze do swo­jego biura, które znaj­do­wało się na tyłach budynku, zatrzy­mał się na pomo­ście nad jedną z zagród. Wewnątrz cia­snej, ogra­ni­czo­nej meta­lo­wymi ścia­nami prze­strzeni krę­ciło się sześć osób we wcze­snych sta­diach zaka­że­nia. Wciąż znaj­do­wali się w fazie pseu­do­go­rączki krwo­tocz­nej, którą tech­nicy nazy­wali rzy­ga­czami. Nie potra­fili niczego poza poru­sza­niem się chwiej­nym kro­kiem i oka­zjo­nal­nymi ata­kami gwał­tow­nych wymio­tów. Pro­to­mo­le­kuła tak wła­śnie pil­no­wała szyb­kiego rozprze­strzeniania się zaka­że­nia. Po usu­nię­ciu ciał z tego miej­sca każdy cen­ty­metr meta­lo­wych ścian i pod­łogi zosta­nie wypa­lony, by znisz­czyć wszel­kie pozo­sta­ło­ści bio­lo­giczne.

W dotych­cza­so­wej histo­rii labo­ra­to­rium doszło do tylko jed­nego nie­za­mie­rzo­nego zaka­że­nia i Paolo zamie­rzał dopil­no­wać, by tak pozo­stało.

Dok­tor Ochida, kie­row­nik Sto­doły i zastępca Paola, dostrzegł go z dru­giej strony zagród i ruszył mu na powi­ta­nie.

- Paolo - powie­dział, kle­piąc go w ramię w przy­ja­ciel­skim powi­ta­niu. - W samą porę. Przed godziną zakoń­czy­li­śmy wycią­ga­nie kul­tur komó­rek macie­rzy­stych i przy­go­to­wu­jemy zastrzyki.

- Znam tego czło­wieka - ode­zwał się Paolo, wska­zu­jąc na zaro­śnię­tego, musku­lar­nego męż­czy­znę w zagro­dzie.

- Hm? Ach. Tak, chyba był jed­nym ze straż­ni­ków. W doku­men­tach przy­ję­cia wid­niała infor­ma­cja o "zanie­dba­niu obo­wiąz­ków". Może przy­ła­pali go na spa­niu na służ­bie?

- Testo­wa­łeś ich? - zapy­tał Paolo.

Tak naprawdę wcale nie obcho­dził go zaro­śnięty męż­czy­zna w zagro­dzie i odpo­wiedź Ochidy cał­ko­wi­cie zaspo­ko­iła jego cie­ka­wość.

Ochida potrze­bo­wał chwili na zorien­to­wa­nie się, że wró­cili do pier­wot­nego tematu.

- Och, tak. Trzy razy prze­te­sto­wa­łem próbki pod kątem czy­sto­ści. Oso­bi­ście.

- Idę stąd wprost do budynku rzą­do­wego - poin­for­mo­wał Paolo, obra­ca­jąc się, by spoj­rzeć Ochi­dzie w oczy.

Jego asy­stent wie­dział, o co pyta.

- Rozu­miem. Zastrzyki dokład­nie speł­niają zadane przez cie­bie para­me­try.

Obaj wie­dzieli, kto zosta­nie umiesz­czony w Sto­dole, jeśli coś pój­dzie nie tak. Byli cenni, ale też pod­le­gali prawu. Wszy­scy mu pod­le­gali. To wła­śnie zna­czyła Lako­nia.

- Dosko­nale - powie­dział Paolo, posy­ła­jąc Ochi­dzie nie­szczery przy­ja­zny uśmiech. - Wezmę je.

Ochida mach­nął do kogoś w kącie pomiesz­cze­nia i tech­niczka pod­bie­gła, nio­sąc srebrną meta­lową walizkę. Podała ją Paolowi, a potem się odda­liła.

- Coś jesz­cze? - zapy­tał Ochida.

- Zaczy­nam widzieć pewien wzrost - przy­znał Paolo, wska­zu­jąc na ostrogę kostną wysta­jącą z krę­go­słupa kudła­tego męż­czy­zny.

- Tak - zgo­dził się Ochida. - Są pra­wie gotowi.

***

Pra­cu­jąc z Win­sto­nem Duar­tem, Paolo odkrył w nim wiele cech, które wzbu­dzały jego podziw. Wysoki kon­sul był inte­li­gentny, potra­fił poj­mo­wać dogłęb­nie bar­dzo zło­żone tematy, a jed­nak decy­zje podej­mo­wał sta­ran­nie i po głę­bo­kich prze­my­śle­niach. Duarte cenił rady innych, ale po zebra­niu infor­ma­cji był sta­now­czy i zde­cy­do­wany. Potra­fił być cha­ry­zma­tyczny i cie­pły, a przy tym nie spra­wiał wra­że­nia fał­szy­wego czy nie­szcze­rego.

Jed­nak Paolo przede wszyst­kim sza­no­wał jego cał­ko­wity brak pre­ten­sjo­nal­no­ści. Wielu mniej­szych ludzi, mając wła­dzę abso­lut­nego dyk­ta­tora woj­sko­wego całej pla­nety, oto­czy­łoby się pompą i wyszu­ka­nymi pała­cami. Duarte zamiast tego zbu­do­wał Budy­nek Rzą­dowy Lako­nii. Była to olbrzy­mia kamienna budowla, wzno­sząca się nad sto­licą, a jed­no­cze­śnie, mimo monu­men­tal­nych roz­mia­rów, spra­wia­jąca wra­że­nie cie­płej, nie zastra­sza­ją­cej. Jakby cała jej solid­ność i roz­miary miały po pro­stu pomie­ścić ważne prace i roz­wią­za­nia istot­nych pro­ble­mów, a nie nada­wać wiel­kość jej rezy­den­tom.

Caton i Paolo jechali małym wóz­kiem sze­roką ulicą pro­wa­dzącą do głów­nego wej­ścia budynku. Poza nimi nie było tu innych osób i pojaz­dów. Ulica koń­czyła się kamienną ścianą, wąską bramą i budką straż­ni­czą. Paolo wysiadł z wózka, bio­rąc ze sobą meta­lową walizkę.

- Nie musisz na mnie cze­kać - zwró­cił się do Catona.

Tech­nik nie ode­zwał się od czasu zabra­nia go sprzed Sto­doły i wyda­wał się zado­wo­lony z takiego obrotu sprawy.

- Tak, dok­to­rze. Pro­szę zadzwo­nić, jeśli...

Ale Paolo już się odda­lał.

Idąc, usły­szał elek­tryczny jęk pojazdu.

Wąska brama otwo­rzyła się przed nim i dwóch żoł­nie­rzy opu­ściło swoje sta­no­wi­ska, bez słowa podą­ża­jąc po jego bokach. Ci nie byli w lek­kich pan­cer­zach jak war­tow­nicy sto­jący na straży na uni­wer­sy­te­cie. Mieli na sobie zwięk­sza­jące siłę pan­ce­rze wspo­ma­gane, zbu­do­wane z kom­po­zy­to­wych płyt, z zamon­to­wa­nymi róż­nymi rodza­jami uzbro­je­nia. Ska­fan­dry miały gra­na­towy kolor flagi Lako­nii, a ozdo­biono je iden­tycz­nymi parami sty­li­zo­wa­nych skrzy­deł. Sądził, że mają sym­bo­li­zo­wać feniksa, ale rów­nie dobrze mógł to być jakiś dra­pież­nik. Przy­jemny kolor spra­wiał, że pokryte nim zabój­cze maszyny zda­wały się nie na miej­scu. Ich kroki na kamien­nym dzie­dzińcu i deli­katny szum sil­ni­ków pan­ce­rzy wspo­ma­ga­nych były jedy­nymi dźwię­kami towa­rzy­szą­cymi mu w dro­dze do drzwi Budynku Rzą­do­wego.

Przy wej­ściu straż­nicy zatrzy­mali go, a potem roz­stą­pili się na boki. Paolo wyobra­żał sobie, że czuje dotyk pro­mieni rent­ge­now­skich i fal mili­me­tro­wych odbi­ja­ją­cych się od jego ska­no­wa­nego od stóp do głów ciała.

- Wysoki kon­sul czeka na pana w skrzy­dle medycz­nym - ode­zwał się jeden z nich po dłuż­szej chwili, a potem odwró­cili się i wszy­scy odma­sze­ro­wali.

***

- Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, tak. Sny ustały - przy­znał Duarte, gdy Paolo wpro­wa­dzał w żyłę na jego przed­ra­mie­niu igłę wenflonu. Z doświad­cze­nia wie­dział, że Duarte odwraca wła­sną uwagę, by nie patrzeć w dół, na wbi­jane igły. Uro­cze było to, że naj­po­tęż­niej­szy czło­wiek we wszech­świe­cie wciąż czuł się tro­chę nie­swojo, gdy cho­dziło o igły.

- Doprawdy? - zapy­tał Paolo. Pyta­nie wcale nie było nie­dbałe. Dzia­ła­nia nie­po­żą­dane nie­zwy­kle eks­pe­ry­men­tal­nych zabie­gów, które prze­cho­dził Duarte, były czymś, co wyma­gało uważ­nego śle­dze­nia. - Jak dawno temu?

Duarte wes­tchnął i zamknął oczy. Albo zaczy­nały dzia­łać poda­wane dożyl­nie środki znie­czu­la­jące, albo pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie dokładną datę. A może i to, i to.

- Ostatni zda­rzył się jede­na­ście dni temu.

- Jest pan pewien?

- Tak - potwier­dził Duarte z uśmie­chem, nie otwie­ra­jąc oczu. - Jestem pewien. Wła­śnie wtedy ostatni raz spa­łem.

Paolo pra­wie puścił wężyk linii kro­plówki, który pod­łą­czał do wenflonu.

- Nie spał pan od jede­na­stu dni?

Duarte w końcu otwo­rzył oczy.

- W ogóle nie byłem zmę­czony. Wręcz prze­ciw­nie. Każ­dego dnia mam wię­cej ener­gii i czuję się zdrow­szy niż dzień wcze­śniej. Jestem pewien, że to sku­tek uboczny pro­ce­dur.

Paolo przy­tak­nął, choć cze­goś takiego się nie spo­dzie­wał. Poczuł w brzu­chu bole­sny skurcz nie­po­koju. Skoro wystę­po­wały tak eks­tre­malne skutki uboczne, to co jesz­cze ich cze­kało? Pro­sił Duar­tego, by zacze­kał na zebra­nie więk­szej liczby danych, ale ten doma­gał się dal­szych postę­pów, więc jak mógł mu odmó­wić?

- Widzę ten wyraz two­jej twa­rzy, stary przy­ja­cielu - powie­dział Duarte, uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej. - Nie musisz się mar­twić. Sam uważ­nie to moni­to­ruję. Gdyby coś wyglą­dało podej­rza­nie, wezwał­bym cię tydzień temu. Ale czuję się fan­ta­stycz­nie, nie docho­dzi do nagro­ma­dze­nia tok­syn zmę­cze­nia i bada­nie krwi twier­dzi, że nie roz­wija się psy­choza. A dzięki temu wszyst­kiemu mam teraz codzien­nie osiem dodat­ko­wych godzin na pracę. Nie mógł­bym być szczę­śliw­szy.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dział Paolo. Zakoń­czył pod­pi­na­nie worka kro­plówki z por­cją zmo­dy­fi­ko­wa­nych przez pro­to­mo­le­kułę ludz­kich komó­rek macie­rzy­stych. Duarte sap­nął cicho, gdy do jego żyły dotarł chłodny płyn. - Ale pro­szę pamię­tać o prze­sy­ła­niu mi tego typu infor­ma­cji, nawet jeśli będzie się wyda­wać, że nie sta­no­wią pro­blemu. Modele zwie­rzęce ni­gdy nie są dosko­nałe, a jest pan pierw­szą osobą, która prze­cho­dzi tę pro­ce­durę. Śle­dze­nie skut­ków jest nie­zwy­kle ważne dla...

- Obie­cuję - wszedł mu w słowo Duarte. - Jestem cał­ko­wi­cie pewien, że twoje labo­ra­to­rium działa dokład­nie tak, jak powinno. Ale dopil­nuję, żeby mój oso­bi­sty lekarz prze­sy­łał ci wszyst­kie codzienne notatki.

- Dzię­kuję, wysoki kon­sulu - odpo­wie­dział Paolo. - Pobiorę też krew i dam ją do ana­lizy moim pra­cow­ni­kom. Tak na wszelki wypa­dek.

- Czego tylko potrze­bu­jesz - zgo­dził się Duarte. - Ale jak długo jeste­śmy sami, pro­szę, nie tytu­łuj mnie "wyso­kim kon­su­lem". Wystar­czy Win­ston. - Głos Duar­tego zro­bił się nie­wy­raźny i Paolo nie miał już wąt­pli­wo­ści, że zaczy­nają dzia­łać środki uspo­ka­ja­jące. - Chcę, żeby­śmy wszy­scy pra­co­wali razem.

- Współ­pra­cu­jemy. Ale ciało potrze­buje mózgu. Prze­wod­nic­twa, prawda? - odpo­wie­dział Paolo.

Odcze­kał na opróż­nie­nie worka kro­plówki, użył wenflonu do pobra­nia małej próbki krwi Duar­tego, umie­ścił ją w meta­lo­wej walizce i cicho zajął się ska­no­wa­niem całego ciała. Pro­ce­dura zaczęła pro­wa­dzić do poja­wie­nia się w ciele Duar­tego nie­wiel­kiej liczby nowych narzą­dów zapro­jek­to­wa­nych przez naj­lep­szych fizjo­lo­gów eks­pe­ry­men­tal­nych na pla­ne­cie i zaim­ple­men­to­wa­nych z wyko­rzy­sta­niem lek­cji zdo­by­tych przez stu­dio­wa­nie nie­koń­czą­cego się roz­kwitu pro­to­mo­le­kuły. Jed­nak wciąż było tak wiele rze­czy, które mogły się nie udać, a śle­dze­nie postę­pów zmian u Duar­tego było naj­waż­niej­szym aspek­tem pracy Paola. Pomimo cie­pła wyso­kiego kon­sula i oka­zy­wa­nej przez niego szcze­rej przy­jaźni, gdyby przy­wódcy Lako­nii coś się stało, bar­dzo szybko doszłoby do jego egze­ku­cji. Powią­za­nie bez­pie­czeń­stwa Paola z wła­snym było spo­so­bem Duar­tego na zagwa­ran­to­wa­nie sobie peł­nego zaan­ga­żo­wa­nia naukowca. Obaj to rozu­mieli i nie kryła się za tym żadna zła wola. Śmierć Paola nie byłaby tak do końca karą, lecz po pro­stu wyraź­nym środ­kiem znie­chę­ca­ją­cym do dopusz­cze­nia do zgonu pacjenta.

W zakre­sie rela­cji mię­dzy­ludz­kich ta była zapewne naj­bar­dziej szczera, w jaką Paolo kie­dy­kol­wiek był zaan­ga­żo­wany.

- Zda­jesz sobie sprawę, Win­ston, że to będzie bar­dzo długi pro­ces. Mogą poja­wić się zabu­rze­nia na tyle drobne, że nie ujaw­nią się przez całe lata. Dzie­się­cio­le­cia.

- Stu­le­cia - dopo­wie­dział, przy­ta­ku­jąc. - Pro­ces nie jest dosko­nały, wiem. Ale robimy, co musimy. I nie, stary przy­ja­cielu. Przy­kro mi, ale nie zmie­ni­łem zda­nia.

Paolo zaczął się zasta­na­wiać, czy zdol­ność czy­ta­nia w myślach była kolej­nym nie­ocze­ki­wa­nym skut­kiem ubocz­nym pro­ce­dury. Gdyby tak... cóż, byłoby cie­ka­wie.

- Nie suge­ro­wa­łem, że...

- Że ty też powi­nie­neś się pod­dać pro­ce­du­rze? - zapy­tał Duarte. - Oczy­wi­ście, że tego wła­śnie chcia­łeś. I powi­nie­neś to zasu­ge­ro­wać. Zapre­zen­tuj swoje naj­lep­sze argu­menty. Nie sądzę, żebym dał się prze­ko­nać, ale bar­dzo bym się ucie­szył, gdyby ci się to udało.

Paolo popa­trzył na swoje dło­nie, uni­ka­jąc spoj­rze­nia Duar­tego. Wyzwa­nie byłoby dla niego dużo łatwiej­sze. Melan­cho­lia w gło­sie męż­czy­zny była nie­po­ko­jąca w spo­sób, któ­rego nie potra­fił zro­zu­mieć.

- Wiesz, co jest iro­niczne? - rzu­cił Duarte. - Zawsze odrzu­ca­łem kon­cep­cję wiel­kich ludzi. Wiarę, że ludzka histo­ria kształ­to­wana jest przez poje­dyn­cze osoby, a nie przez sze­ro­kie siły spo­łeczne. To roman­tyczna wizja, ale... - Nie­dbale mach­nął ręką, jakby mie­szał mgłę. - Trendy demo­gra­ficzne. Cykle eko­no­miczne. Postęp tech­no­lo­giczny. To wszystko czyn­niki pre­dyk­cyjne, pro­gnozy dużo potęż­niej­sze od moż­li­wo­ści jakiej­kol­wiek poje­dyn­czej osoby. A jed­nak, pro­szę, oto ja. Wiesz, zabrał­bym cię ze sobą, gdy­bym tylko mógł. Ale ten wybór nie należy do mnie, tylko do histo­rii.

- Histo­ria powinna to prze­my­śleć - sko­men­to­wał Paolo.

Duarte się zaśmiał.

- Róż­nica mię­dzy zero i jeden to coś na gra­nicy cudu, ale tego cudu nie da się powie­lić. Jeśli zrobi się z tego dwa, trzy albo setkę, powsta­nie po pro­stu kolejna oli­gar­chia. Trwały czyn­nik nie­rów­no­ści, pro­wa­dzący do wojen, które wła­śnie pró­bu­jemy wyeli­mi­no­wać.

Paolo wydał z sie­bie cichy dźwięk, który można było uznać za zgodę.

- Naj­lep­szymi wład­cami w dzie­jach byli kró­lo­wie i cesa­rze - powie­dział Duarte. - Byli też naj­gor­szymi. Król-filo­zof może osią­gnąć za swego życia bar­dzo wiele, ale wszystko to może zaprze­pa­ścić jego wnuk.

Duarte sap­nął, gdy Paolo wycią­gał mu z ręki wenflon. Nie musiał zakry­wać rany opa­trun­kiem, otwór zaskle­pił się, zanim zdą­żyła z niego wypły­nąć choćby kro­pla krwi. Nie powstał nawet stru­pek.

- Jeśli chcesz stwo­rzyć trwały, sta­bilny porzą­dek spo­łeczny - stwier­dził Duarte - nie­śmier­telny może być tylko jeden czło­wiek.

Rozdział pierwszy

Drum­mer

Pier­ścień miesz­kalny sta­cji trans­fe­ro­wej w punk­cie Lagrange'a 5 miał śred­nicę trzy­krot­nie więk­szą od tego, w któ­rym Drum­mer miesz­kała na Tycho pół życia temu. STL-5 mie­ściła biura w licz­bie rów­no­waż­nej małemu mia­stu i wszyst­kie miały takie same ściany ze sztucz­nego mar­muru i łagodne oświe­tle­nie peł­no­za­kre­sowe jak w kwa­te­rze, którą jej przy­dzie­lono, takie same łóżka z prycz prze­cią­że­nio­wych i prysz­nice. W powie­trzu nie­ustan­nie uno­siła się woń związ­ków ter­penu, jakby sta­cja była najwięk­szą chry­zan­temą wszech­świata. Kopuła w cen­trum mie­ściła sta­no­wi­ska dokowe dla stat­ków i maga­zyny tak liczne i prze­stronne, że zapeł­nie­nie ich pozo­sta­wi­łoby Zie­mię pustą jak wyci­śnięta bańka. Wszyst­kie te sta­no­wi­ska i maga­zyny stały na razie puste, ale od jutra to się zmieni. STL-5 zosta­nie uru­cho­miona i nawet pomimo całego zmę­cze­nia i iry­ta­cji, jaką wywo­ły­wał w Drum­mer fakt, że została ścią­gnięta przez pół Układu na coś, co w grun­cie rze­czy spro­wa­dzało się do cere­mo­nii prze­cię­cia wstęgi, czuła też pod­nie­ce­nie. Po trzech dzie­się­cio­le­ciach zma­gań Matka Zie­mia znowu przyj­mo­wała gości.

Pla­neta jarzyła się na ekra­nie, ze zwo­jami bia­łych chmur i prze­bły­skami wciąż zie­lon­ka­wych mórz w dole. Przez tar­czę chmur powoli prze­su­wała się linia pomię­dzy oświe­tloną i nieoświe­tloną czę­ścią pla­nety, cią­gnąc za sobą koc ciem­no­ści i świa­teł miast. Wokół niej uno­siły się statki floty Koali­cji Ziem­sko-Mar­sjań­skiej, kropki ciem­no­ści pły­wa­jące w oce­anie powie­trza. Drum­mer ni­gdy nie zle­ciała w dół tej studni, a teraz, zgod­nie z warun­kami poro­zu­mie­nia pod­pi­sa­nego przez nią w imie­niu Związku, ni­gdy już tego nie zrobi. I dobrze. I bez tego cza­sem miała pro­blemy z kola­nami. Choć w zakre­sie obiek­tów do podzi­wia­nia trudno było zna­leźć coś ład­niej­szego od Ziemi. Ludz­kość zro­biła, co mogła, żeby solid­nie doko­pać temu powoli krę­cą­cemu się jajku. Prze­lud­nie­nie, nad­mierna eks­plo­ata­cja zaso­bów, zabu­rze­nie rów­no­wagi oce­anicz­nej i atmos­fe­rycz­nej, a potem trzy ude­rze­nia mete­orów, z któ­rych każde dopro­wa­dzi­łoby do wygi­nię­cia dino­zau­rów. A jed­nak wciąż tu była, jak żoł­nierka. Pełna blizn, zła­mań, znie­kształ­cona, odbu­do­wana i prze­ro­biona.

Podobno czas powi­nien leczyć wszyst­kie rany. Dla Drum­mer był to po pro­stu ładny spo­sób powie­dze­nia, że jeśli poczeka dość długo, każda ze spraw, które były dla niej naprawdę istotne, prze­sta­nie mieć zna­cze­nie. A przy­naj­mniej nie tak, jak sobie je wyobra­żała.

Czas plus doświad­cze­nie mar­sjań­skiego pro­jektu ter­ra­for­ma­cji, pozba­wio­nego teraz pier­wot­nego zna­cze­nia, bez­względ­nej admi­ni­stra­cji sek­tora poli­tycz­nego Ziemi oraz olbrzymi rynek ponad tysiąca trzy­stu pla­net złak­nio­nych bio­lo­gicz­nych sub­stra­tów potrzeb­nych do hodo­wa­nia żyw­no­ści, która nada­wa­łaby się do jedze­nia, powoli i nie­pew­nie posta­wiły Zie­mię z powro­tem na nogi.

Jej sys­tem zadźwię­czał cicho, emi­tu­jąc sygnał podobny do dźwięku łama­nia bam­busa. Chwilę póź­niej jak nie­unik­niony łyk whi­sky roz­legł się głos jej sekre­ta­rza.

- Pani pre­zes?

- Daj mi chwilę, Vau­ghn - rzu­ciła.

- Tak, pro­szę pani. Ale sekre­tarz gene­ralny Li chciałby poroz­ma­wiać z panią przed uro­czy­sto­ścią.

- Koali­cja Ziem­sko-Mar­sjań­ska może pocze­kać, aż skoń­czymy z kok­taj­lami. Nie otwo­rzę tej sta­cji, sta­jąc na bacz­ność do każ­dego odchrząk­nię­cia KZM. To stwo­rzy­łoby nie­wła­ściwy pre­ce­dens.

- Rozu­miem. Zała­twię to.

Sys­tem wyemi­to­wał kolejne drew­niane pyk­nię­cie, które ozna­czało, że odzy­skała pry­wat­ność. Roz­parła się w fotelu i popa­trzyła na zdję­cia zawie­szone na ścia­nie za jej biur­kiem. Wszy­scy poprzedni pre­zesi Związku Trans­por­to­wego przed nią: Michio Pa, potem Tjon, Wal­ker, Sanj­rani i jej wła­sna, poważna twarz patrząca na nią z końca rzędu por­tre­tów. Tak bar­dzo nie lubiła tego zdję­cia. Wyglą­dała na nim, jakby wła­śnie zja­dła coś kwa­śnego. Jego pierw­sza wer­sja z kolei przy­po­mi­nała fotkę z forum dla sin­gli. Na tym przy­naj­mniej miała tro­chę god­no­ści.

Dla więk­szo­ści człon­ków Związku Trans­por­to­wego to zdję­cie było jedy­nym kon­tak­tem z nią. Tysiąc trzy­sta świa­tów, a w ciągu dzie­się­cio­le­cia więk­szość, jeśli nie wszyst­kie, będzie miała swoje wer­sje STL-5. Sta­cje trans­fe­rowe, wyzna­cza­jące gra­nice bańki, gdzie koń­czyła się sfera kon­troli pla­nety i zaczy­nała wła­dza Związku. Wszystko, czego kolo­nie potrze­bo­wały z pierw­szego domu ludz­ko­ści lub od sie­bie nawza­jem, wędro­wało w górę studni gra­wi­ta­cyj­nej. To był pro­blem wewnętrz­nych. Prze­wo­że­nie towaru z jed­nego układu do innego było zada­niem Pasa. Stare ter­miny. "Wewnętrzni". "Pasia­rze". Utrzy­mały się, ponie­waż język taki już był, nawet gdy zmie­niały się realia jego sto­so­wa­nia.

Koali­cja Ziem­sko-Mar­sjań­ska była kie­dyś cen­trum ludz­ko­ści, naj­bar­dziej wewnętrz­nymi wewnętrz­nia­kami. Teraz sta­no­wiła ważną szpry­chę koła, któ­rego pia­stą była sta­cja Medyna, gdzie znaj­do­wała się dziwna kula obcych, wisząca pośrodku nie­prze­strzeni łączą­cej wszyst­kie pier­ście­nie wrót. Gdzie mie­ściła się jej cywilna kwa­tera w chwi­lach, gdy nie odwie­dzała próż­nio­wych miast. Gdzie był Saba, jeśli nie leciał stat­kiem wraz z nią. Sta­cja Medyna była jej domem.

Tylko że nawet dla niej czarno-błę­kitny dysk Ziemi na ekra­nie także był domem. Może zawsze będzie to prawdą. Były już dzieci dość duże, by gło­so­wać, które ni­gdy nie doświad­czyły sytu­acji, gdy ma się tylko jedno słońce. Nie wie­działa, czym dla nich była Zie­mia, Mars lub Sol. Może ta ata­wi­styczna melan­cho­lia odczu­wana tuż pod most­kiem zanik­nie wraz z jej poko­le­niem, a może po pro­stu była zmę­czona, marudna i potrze­bo­wała snu.

Znowu usły­szała dźwięk łama­nego bam­busa.

- Pro­szę pani?

- Już idę.

- Tak, pro­szę pani. Ale dosta­li­śmy prio­ry­te­tową wia­do­mość od kon­troli ruchu na Medy­nie.

Drum­mer nachy­liła się do ekranu, kła­dąc dło­nie pła­sko na chłod­nym bla­cie biurka. Cho­lera. Cho­lera, cho­lera, cho­lera.

- Stra­ci­li­śmy kolejny?

- Nie, pro­szę pani. Żad­nych stra­co­nych stat­ków.

Poczuła lek­kie roz­luź­nie­nie nie­po­koju. Ale nie ustą­pił do końca.

- Co w takim razie?

- Zgło­sili nie­pla­no­wany prze­lot. Frach­to­wiec, ale bez trans­pon­dera.

- Poważ­nie? - rzu­ciła. - Myśleli, że ich nie zauwa­żymy?

- Nie mogę sko­men­to­wać - odpo­wie­dział Vau­ghn.

Wywo­łała kanał admi­ni­stra­cyjny z Medyny. Mogła tam dostać wszystko ze swo­jej kra­iny - dane kon­troli ruchu, śro­do­wi­ska, infor­ma­cje o mocy oraz odczyty czuj­ni­ków z dowol­nego wycinka widma elek­tro­ma­gne­tycz­nego. Z dru­giej strony opóź­nie­nie świa­tła ozna­czało, że wszyst­kie te dane miały ponad cztery godziny, a każdy wydany przez nią roz­kaz dotrze jakieś osiem, osiem i pół godziny po tym, jak pojawi się prośba o instruk­cje. Potężna inte­li­gen­cja obcych, która stwo­rzyła pier­ście­nie wrót i olbrzy­mie ruiny w ukła­dach poza nimi, zna­la­zła spo­soby na mani­pu­lo­wa­nie odle­gło­ścią, ale pręd­kość świa­tła wciąż sta­no­wiła nie­prze­kra­czalne ogra­ni­cze­nie i wyglą­dało na to, że zosta­nie tak już na zawsze.

Prze­wi­nęła reje­stry, zna­la­zła wła­ściwy kawa­łek i odtwo­rzyła go.

- Tu Medyna. Confermé. - Zwy­kły spo­kój kon­troli ruchu.

W odpo­wia­da­ją­cym gło­sie sły­szała tro­chę inter­fe­ren­cji. Arte­fakt wrót.

- Tu frach­to­wiec Ostre lądo­wa­nie z Casti­lii, Medina. Prze­sy­łam nasz sta­tus.

Otwo­rzyło się nowe okienko. Sta­tus statku jako lek­kiego frach­towca. Mar­sjań­ski pro­jekt. Stary, ale wciąż cał­kiem w porządku. Kon­trola ruchu potrze­bo­wała kilku sekund na odpo­wiedź.

- Visé bien, Ostre lądo­wa­nie. Masz pozwo­le­nie na przej­ście. Kod kon­troli to... Kurwa! Prze­rwij, Ostre lądo­wa­nie! Nie prze­chodź!

Nagły skok na krzy­wej bez­pie­czeń­stwa i sta­tus alarmu świe­cący na czer­wono. Na panelu ste­ro­wa­nia Medyny poja­wiła się nowa sygna­tura sil­nika, ze smugą wylo­tową mknącą przez bez­gwiezdną czerń powol­nej strefy.

Doko­nało się. Wszystko to zda­rzyło się godziny temu, ale Drum­mer i tak poczuła, jak przy­śpie­sza jej tętno. Kon­trola ruchu wrzesz­czała do nowego statku z pole­ce­niem iden­ty­fi­ka­cji, akty­wu­jąc jed­no­cze­śnie sta­no­wi­ska dział szy­no­wych. Jeśli wystrze­lili, wszy­scy na statku lecą­cym bez pozwo­le­nia już nie żyli.

Krzywa bez­pie­czeń­stwa opa­dła, zakłó­ce­nie wywo­łane masą i ener­gią prze­la­tu­jącą przez pier­ścień gasło, aż zeszło poni­żej progu. Intruz wyko­nał zwrot i lecąc z dużym cią­giem, prze­mknął przez inne wrota, ucieczką znowu pod­no­sząc war­to­ści krzy­wej.

Kon­trola ruchu klęła w kilku języ­kach, wysy­ła­jąc pole­ce­nia zatrzy­ma­nia do trzech przy­la­tu­ją­cych stat­ków. Ostre lądo­wa­nie się nie odzy­wało, ale stru­mień danych z ich sys­temu poka­zy­wał bole­śnie ostry ciąg, któ­rym odry­wali się w bok, scho­dząc z kursu na wrota Casti­lii.

Opa­dła na opar­cie fotela, czu­jąc powrót spo­koju. Zuchwały dupek prze­le­ciał z Fre­ehold i skie­ro­wał się na Aube­ron. No oczy­wi­ście. Reszt­kowe pro­mie­nio­wa­nie z wrót Aube­ronu zdra­dzało, że sta­tek zdo­łał dotrzeć na drugą stronę. Choć leciał bar­dzo bli­sko gra­nic krzy­wej bez­pie­czeń­stwa, nie prze­padł. Z dru­giej strony, gdyby Ostre lądo­wa­nie prze­szedł zgod­nie z pla­nem, jeden z tych stat­ków lub oba znik­nę­łyby w obję­ciach tego, co poły­kało statki przy nie­uda­nych przej­ściach.

Na krótką metę ozna­czało to prze­su­nię­cie Ostrego lądo­wa­nia na póź­niej. Trzeba będzie wpro­wa­dzić całe mnó­stwo wyma­ga­nych mody­fi­ka­cji. Pew­nie kil­ka­na­ście jed­no­stek zosta­nie zmu­szo­nych do zmiany ciągu i sko­or­dy­no­wa­nia nowych cza­sów przejść. Co nie było groźne, ale upier­dliwe.

I nie było dobrym pre­ce­den­sem.

- Mam odpo­wie­dzieć - zapy­tał Vau­ghn - czy woli pani zała­twić tę sprawę oso­bi­ście?

Bar­dzo dobre pyta­nie. Usta­la­nie zasad dzia­łało jak prze­kład­nia z blo­kadą. Jeśli pocią­gnie za spust, jeśli roz­każe znisz­czyć następny sta­tek, który prze­leci bez upo­waż­nie­nia, nie będzie to coś, z czego zdoła się póź­niej wyco­fać. Ktoś dużo lep­szy od niej w tę grę nauczył ją zacho­wy­wać bar­dzo dużą ostroż­ność przy robie­niu cze­goś, na czego zro­bie­nie nie była gotowa za każ­dym razem od tej pory.

Ale, Chry­ste, jak ją kusiło.

- Niech Medyna zare­je­struje prze­lot i doda pełny koszt do rachun­ków Fre­ehold i Aube­ron, razem z karami za spo­wo­do­wane przez nich opóź­nie­nia - pole­ciła.

- Tak, pro­szę pani - potwier­dził Vau­ghn. - Coś jesz­cze?

Tak, pomy­ślała, ale jesz­cze nie wiem co.

***

Salę kon­fe­ren­cyjną zapro­jek­to­wano z myślą o tej chwili. Skle­piony sufit wyglą­dał dostoj­nie jak kate­dra. Sekre­tarz gene­ralny Li z Ziemi stał na swoim podium, pre­zen­tu­jąc poważne, lecz zado­wo­lone obli­cze kame­rom kil­ku­na­stu sta­ran­nie dobra­nych kana­łów infor­ma­cyj­nych. Drum­mer pró­bo­wała robić to samo.

- Pre­zes Drum­mer! - zawo­łał jeden z dzien­ni­ka­rzy, uno­sząc dłoń dla zwró­ce­nia uwagi tak samo, jak ludzie zapewne robili to jesz­cze na forach w Rzy­mie. Ekran podium pod­po­wie­dział, że to Car­li­sle Hay­yam z Ceres Munhwa Ilbo. Rów­no­cze­śnie jej uwagę pró­bo­wało zwró­cić kil­ka­na­ście innych rąk.

- Hay­yam? - powie­działa z uśmie­chem, a pozo­stali przy­ci­chli.

Prawdę mówiąc, lubiła tę część. Lubiła przy­wo­ły­wać te dawno zapo­mniane emo­cje zwią­zane z wystę­po­wa­niem na sce­nie i było to jedno z nie­licz­nych miejsc, gdzie czuła się, jakby fak­tycz­nie pano­wała nad sytu­acją. Więk­szość jej pracy koja­rzyła się jej raczej z pró­bami wepchnię­cia z powro­tem powie­trza do nie­szczel­nego balonu.

- Co może pani odpo­wie­dzieć na wyra­żone przez Mar­tina Kar­czeka wąt­pli­wo­ści doty­czące sta­cji trans­fe­ro­wej?

- Naj­pierw musia­ła­bym je poznać - odpo­wie­działa. - Mój dzień ma ogra­ni­czoną liczbę godzin.

Dzien­ni­ka­rze zaśmiali się i usły­szała ich zło­śliwą satys­fak­cję. Tak, otwie­rali pierw­szą daro­waną sta­cję. Ow­szem, Zie­mia miała się wła­śnie pod­no­sić z dzie­się­cio­leci kry­zysu śro­do­wi­sko­wego, aby zwięk­szyć aktywny han­del z kolo­niami. A tak naprawdę wszy­scy chcieli tylko, żeby paru poli­ty­ków zaczęło się wadzić.

Ale to nie szko­dzi. Jak długo będą się zaj­mo­wać dro­bia­zgami, mogła pra­co­wać nad poważ­nymi spra­wami.

Sekre­tarz gene­ralny Li, męż­czy­zna o sze­ro­kiej twa­rzy, z buj­nymi wąsami i spra­co­wa­nymi dłońmi robot­nika, odchrząk­nął.

- Jeśli pani pozwoli - ode­zwał się. - Zawsze będą ludzie oba­wia­jący się zmian. I to dobrze. Zmiany należy obser­wo­wać, mode­ro­wać i kwe­stio­no­wać. Jed­nak to kon­ser­wa­tywne podej­ście nie powinno hamo­wać postępu ani blo­ko­wać nadziei. Zie­mia to pierw­szy i naj­praw­dziw­szy dom ludz­ko­ści. Gleba, z któ­rej wszy­scy wyro­śli­śmy, nie­za­leż­nie od tego, w jakim ukła­dzie teraz miesz­kamy. Zie­mia zawsze, zawsze będzie klu­czowa dla więk­szego pro­jektu, jakim jest ludz­kość we wszech­świe­cie.

Dobra mina do złej gry. Zie­mia świę­to­wała olbrzymi kamień milowy swo­jej histo­rii, a dla niej była to może trze­cia na liście waż­no­ści rzecz w jej kalen­da­rzu na dzi­siaj. Ale jak powie­dzieć pla­ne­cie, że histo­ria ją porzu­ciła? Lepiej przy­ta­ki­wać i uśmie­chać się, cie­sząc się chwilą i szam­pa­nem. Kiedy będzie po wszyst­kim, wróci do pracy.

Prze­szli przez wszyst­kie spo­dzie­wane pyta­nia: czy rene­go­cja­cje umów cel­nych będą nad­zo­ro­wane przez Drum­mer czy byłego pre­zesa Sanj­ra­niego, czy Zwią­zek Trans­por­towy pozo­sta­nie neu­tralny w nad­cho­dzą­cych wybo­rach na Nowej Kata­lo­nii, czy roz­mowy doty­czące sta­tusu Gani­me­desa będą pro­wa­dzone na Lunie czy Medy­nie. Poja­wiło się nawet jedno pyta­nie o mar­twe układy - Cha­rona, Adro i Narakę - gdzie pier­ście­nie wrót pro­wa­dziły do cze­goś znacz­nie dziw­niej­szego niż układy pla­ne­tarne w eko­stre­fie gwiazd. Sekre­tarz gene­ralny Li zbył to pyta­nie, co jej nie prze­szka­dzało. Mar­twe układy wzbu­dzały w niej dresz­cze.

Po zakoń­cze­niu sesji pytań i odpo­wie­dzi Drum­mer pozo­wała do mnó­stwa zdjęć z sekre­ta­rzem gene­ral­nym, przed­sta­wi­cie­lami naj­wyż­szych władz sta­cji i cele­bry­tami z pla­net - ciem­no­skórą kobietą w błę­kit­nym sari, bla­dym męż­czy­zną w gar­ni­tu­rze, parą komicz­nie iden­tycz­nych męż­czyzn w zło­tych smo­kin­gach.

Jakiejś jej czę­ści to też spra­wiało przy­jem­ność. Podej­rze­wała, że satys­fak­cja, jaką odczu­wała, obser­wu­jąc Zie­mian wal­czą­cych o pamiątki ze spo­tka­nia z sze­fową Pasia­rzy, nie świad­czyła o niej dobrze w jakiś nie­spre­cy­zo­wany, duchowy spo­sób. Dora­stała w świe­cie, w któ­rym ludzie jej pokroju nie byli trak­to­wani poważ­nie, ale prze­żyła dość długo, by koło for­tuny wynio­sło ją powy­żej ziem­skiego nieba. Wszy­scy chcieli się przy­jaź­nić z Pasem teraz, gdy ter­min ten ozna­czał coś wię­cej niż chmarę na wpół wyeks­plo­ato­wa­nych kawał­ków kosmicz­nego śmie­cia mię­dzy Mar­sem a Jowi­szem. Dla dzi­siaj uro­dzo­nych dzieci Pas był czymś, co łączyło całą ludz­kość. Dryf seman­tyczny i zmiana poli­tyczna. Ale jeśli naj­gor­sze, co z tego wyni­kało, to jej zło­śliwa satys­fak­cja, mogła z tym żyć.

Vau­ghn cze­kał w małym przed­po­koju. Miał twarz pobruż­dżoną w spo­sób, któ­rego nie powsty­dzi­łoby się małe pasmo gór­skie, ale w jego przy­padku wcale nie wyglą­dało to źle. Jego gar­ni­tur uszyto w stylu przy­wo­dzą­cym na myśl ska­fan­dry próż­niowe. Ele­menty opre­sji prze­kształ­cone w modę. Czas leczył wszyst­kie rany, choć nie tyle zma­zy­wał bli­zny, co je ozda­biał.

- Ma pani godzinę do roz­po­czę­cia przy­ję­cia, pro­szę pani - powie­dział, gdy Drum­mer usia­dła na kana­pie i roz­ma­so­wała sobie stopy.

- Zro­zu­miano.

- Mogę coś pani zaofe­ro­wać?

- Szy­fro­waną wiązkę kie­run­kową i pry­wat­ność.

- Tak jest, pro­szę pani - potwier­dził bez chwili waha­nia.

Kiedy zasu­nęły się za nim drzwi, włą­czyła kamerę sys­temu i usta­wiła się odpo­wied­nio. Plan, który naro­dził się w jej gło­wie pod­czas uro­czy­sto­ści, nabrał kon­kret­nych kształ­tów. Miała wszyst­kie ele­menty potrzebne do jego reali­za­cji, im szyb­ciej to zała­twi, tym lepiej. Kara spraw­dzała się naj­le­piej, gdy nastę­po­wała szybko po prze­wi­nie­niu, a przy­naj­mniej zawsze tak jej powta­rzano. Z dru­giej strony danie prze­stępcy czasu na zakosz­to­wa­nie żalu też miało swoje zalety.

Naj­lep­sze było to, że mogła zro­bić obie te rze­czy naraz.

Dotknęła przy­ci­sku nagry­wa­nia.

- Kapi­ta­nie Hol­den - ode­zwała się. - Prze­sy­łam panu dane doty­czące nie­au­to­ry­zo­wa­nego przej­ścia z Fre­ehold do Aube­ron, do któ­rego doszło w dniu dzi­siej­szym. Udzie­lam panu także dostępu do akt wywiadu doty­czą­cych sys­temu Fre­ehold. Nie ma tego wiele. Jedna zamiesz­kała pla­neta, nieco mniej­sza od Marsa, i druga, którą da się eks­plo­ato­wać, jeśli gór­ni­kom nie prze­szka­dza tro­chę za dużo azotu i cyjanku w powie­trzu. Guber­na­tor Fre­ehold nazywa się...

Spraw­dziła doku­menty i par­sk­nęła śmie­chem pod­bi­tym pogardą.

- Payne Houston. Zakła­dam, że to jego wybór, a nie imię nadane mu przez mamu­się. Nie­za­leż­nie od tego, wysy­łam pana w ramach man­datu wyko­naw­czego, żeby mógł pan ruszyć natych­miast. Pogo­nię Emily San­tos-Bacę i komi­tet bez­pie­czeń­stwa, żeby nad tym przy­sie­dli, zanim pan tam doleci, więc wszystko będzie gotowe. Pań­ską ofi­cjalną misją jest prze­ka­za­nie wia­do­mo­ści, że wie­lo­krotne naru­sze­nia wytycz­nych Związku Trans­por­to­wego wymu­siły zasto­so­wa­nie dzia­łań kar­nych i zaka­zuję wszel­kiego ruchu z i do Fre­ehold przez trzy lata. Jeśli spyta, czy cho­dzi o lata ziem­skie, odpo­wiedź brzmi tak. Na pewno poru­szy tę kwe­stię, bo to wła­śnie tego typu dureń. Pań­skie nie­ofi­cjalne zada­nie to... nie śpie­szyć się. Chcę, żeby Fre­ehold i wszyst­kie podobne mu układy widziały okręt bojowy peł­znący w ich stronę tygo­dniami i nie wie­działy, co zrobi, kiedy już doleci. Mój per­so­nel przy­go­tuje stan­dar­dową umowę. Jeśli nie może pan przy­jąć zle­ce­nia, pro­szę dać mi znać naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe, w prze­ciw­nym wypadku polecę wpi­sa­nie pana do kolejki do tan­ko­wa­nia i przej­ścia przez wrota w ciągu naj­bliż­szych pięt­na­stu godzin.

Przej­rzała wia­do­mość, a potem wysłała ją wraz z kopią dla Ahmeda McCa­hilla, prze­wod­ni­czą­cego komi­tetu do spraw bez­pie­czeń­stwa. Zostało jesz­cze wysła­nie pole­ce­nia prze­su­nię­cia Rosy­nanta na począ­tek kolejki uzu­peł­nie­nia zaopa­trze­nia i upo­waż­nie­nia do przej­ścia przez wrota. Chwilę póź­niej do jej drzwi dys­kret­nie zapu­kał Vau­ghn.

Uznał jej burk­nię­cie za zgodę na wej­ście, czym fak­tycz­nie było.

- Sekre­tarz gene­ralny Li pyta, czy jest pani nie­dy­spo­no­wana - poin­for­mo­wał. - Zaczyna się nie­po­koić.

Spoj­rzała na zegar. Jej godzinna prze­rwa skoń­czyła się dwa­dzie­ścia minut temu.

- Powiedz mu, że już idę - pole­ciła. - I czy mam się w co prze­brać?

- W sza­fie, pro­szę pani - wyja­śnił Vau­ghn, ponow­nie zni­ka­jąc za drzwiami cicho jak duch.

Drum­mer szybko się prze­brała, zrzu­ca­jąc for­malny żakiet i spodnie na rzecz bluzki z bam­bu­so­wego jedwa­biu oraz samo­do­pa­so­wu­ją­cej się spód­nicy z wple­cioną we włókna sie­cią neu­ro­nową o inte­li­gen­cji na pozio­mie owada - w sam raz, by dopil­no­wać wła­ści­wego uło­że­nia. Z pewną satys­fak­cją obej­rzała się w lustrze. Żało­wała tylko, że nie ma do towa­rzy­stwa Saby, ale pew­nie rzu­całby zbyt wie­loma żar­tami o kochanku kró­lo­wej. Wyłą­czyła lustro, które prze­łą­czyło się na domyślny obraz Ziemi.

Na poło­wie pla­nety pano­wała teraz noc, pre­zen­tu­jąc pół­księ­życ bieli i błę­kitu. Pasia­rze pró­bo­wali znisz­czyć Zie­mię, a jed­nak wciąż się krę­ciła. Pró­bo­wali spa­lić statki pla­net wewnętrz­nych, a jed­nak widziała flotę KZM, odbu­do­waną z nie­do­bit­ków i wciąż lata­jącą.

Z dru­giej strony, Zie­mia pró­bo­wała przez poko­le­nia dła­wić Pasia­rzy swoim butem, a oto Drum­mer. Czas uczy­nił z nich sojusz­ni­ków w wiel­kiej eks­pan­sji cywi­li­za­cji do gwiazd.

Przy­naj­mniej do czasu, aż zmieni się coś innego.

Rozdział drugi

Bob­bie

Mieli już za sobą przej­ście z powol­nej strefy, a od Fre­ehold wciąż dzie­liły ich tygo­dnie, ale lądo­wa­nie atmos­fe­ryczne w statku tak sta­rym jak Rosy­nant nie było czymś rów­nie łatwym jak kie­dyś. Wiek ujaw­niał się na nie­ocze­ki­wane spo­soby. Docho­dziło do awa­rii sys­te­mów, które do tej pory zawsze dzia­łały. Na coś takiego przy­go­to­wy­wali się, na ile tylko się dało.

Bob­bie zmru­żyła oczy, przy­glą­da­jąc się pane­lowi ścien­nemu na pokła­dzie warsz­tatu i obser­wo­wała prze­wi­ja­nie dłu­giej listy danych, zakoń­czo­nej zapew­nie­niem statku, że zdoła pora­dzić sobie z przy­naj­mniej jesz­cze jed­nym lądo­wa­niem bez spa­le­nia się.

- Wszystko świeci się na zie­lono, jeśli cho­dzi o atmos­fe­ryczne sil­niki hamu­jące - poin­for­mo­wała Bob­bie.

- Hm? - odpo­wie­dział jej senny głos Aleksa.

- Śpisz tam? To twoja cho­lerna lista przy­go­to­wań do lądo­wa­nia, a ja tu na dole odwa­lam całą czarną robotę. Mógł­byś cho­ciaż uda­wać zain­te­re­so­wa­nie.

- Jasne, nie śpię - odpo­wie­dział pilot. - Po pro­stu mam wła­sną listę rze­czy do zro­bie­nia. - Usły­szała jego uśmiech.

Zamknęła ekran dia­gno­styczny. Wery­fi­ka­cja sta­tusu sil­ni­ków była ostat­nią pozy­cją na jej liście zadań. Zresztą poza zało­że­niem ska­fan­dra i wyj­ściem na zewnątrz, by obej­rzeć dysze, nie mogła zro­bić już nic wię­cej.

- Zro­bię tu tro­chę porząd­ków, a potem wrócę na górę - rzu­ciła.

- Mhm.

Bob­bie odło­żyła na miej­sce swoje narzę­dzia i użyła łagod­nego roz­pusz­czal­nika do star­cia roz­la­nego przez nią smaru. Pach­niał słodko i inten­syw­nie, jak coś, co goto­wała, gdy miesz­kała jesz­cze samot­nie na Mar­sie. Nie­po­kój spra­wiał, że usi­ło­wała przy­go­to­wać się do misji nawet, gdy była już gotowa. W daw­nych cza­sach zaj­mo­wała się w takiej sytu­acji czysz­cze­niem i kon­ser­wa­cją swo­jego pan­ce­rza wspo­ma­ga­nego, powta­rza­jąc te czyn­no­ści wie­lo­krot­nie, aż stały się czymś w rodzaju medy­ta­cji. Teraz w ten sam spo­sób trak­to­wała kon­ser­wa­cję statku.

Miesz­kała na Rosy­nan­cie dłu­żej niż w jakim­kol­wiek innym miej­scu. Dłu­żej niż w rodzin­nym domu, dłu­żej niż trwała jej służba w mari­nes.

Warsz­tat był kra­iną Amosa, a mecha­nik bar­dzo dbał o swój teren. Wszyst­kie narzę­dzia znaj­do­wały się na miej­scach, każda powierzch­nia lśniła. Poza ole­jem i roz­pusz­czal­ni­kiem jedy­nym dodat­ko­wym zapa­chem w pomiesz­cze­niu był ozon, który zdra­dzał obec­ność prze­my­ka­ją­cej bli­sko olbrzy­miej ener­gii. Pod­łoga wibro­wała w ryt­mie reak­tora fuzyj­nego, biją­cego serca statku, znaj­du­ją­cego się poziom niżej.

Na ścia­nie Amos wyma­lo­wał mak­symę:

on dba o cie­bie - ty dbasz o niego

Prze­cho­dząc obok nich, Bob­bie pokle­pała wyma­lo­wane słowa i wspięła się na bie­gnące przez śro­dek statku połą­cze­nie dra­biny i windy. Ros leciał z bar­dzo łagod­nym hamo­wa­niem 0,2 g i były takie czasy, że sko­rzy­sta­nie z windy zamiast wspię­cia się po dra­bi­nie byłoby jak przy­zna­nie się do porażki, nawet jeśli ciąg był dzie­się­cio­krot­nie więk­szy. Jed­nak przez ostat­nie kilka lat stawy Bob­bie zaczęły spra­wiać pro­blemy i udo­wad­nia­nie sobie, że wciąż potrafi się wspiąć - prze­stało być aż tak istotne.

Zaczy­nała docho­dzić do wnio­sku, że praw­dziwą oznaką sta­rze­nia się był fakt, że czło­wiek nie musiał sobie już udo­wad­niać, że się nie sta­rzeje.

Włazy roz­dzie­la­jące pokłady otwie­rały się przed zbli­ża­jącą się windą, a potem zamy­kały się cicho po jej przej­ściu. Ros mógł być prze­ter­mi­no­wany o dekadę lub dwie, ale Cla­rissa nie tole­ro­wała na swoim statku żad­nych zbęd­nych dźwię­ków. Cla­ire przy­naj­mniej raz na tydzień prze­cho­dziła przez wszyst­kie sys­temy śro­do­wi­skowe i włazy ciśnie­niowe. Kiedy Bob­bie wspo­mniała o tym Hol­de­nowi, odpo­wie­dział: "To dla­tego, że kie­dyś zepsuła ten sta­tek. Wciąż pró­buje go napra­wić".

Winda zatrzy­mała się z cichym dźwię­kiem na mostku i Bob­bie wysia­dła. Właz do kok­pitu był otwarty. Znad gór­nej czę­ści opar­cia pry­czy prze­cią­że­nio­wej pilota wysta­wała brą­zowa i nie­mal cał­ko­wi­cie łysa głowa Aleksa. Załoga spę­dzała więk­szość czasu pracy na mostku, więc powie­trze tutaj pach­niało nieco ina­czej. Dłu­gie godziny spę­dzone w pry­czach prze­cią­że­nio­wych ozna­czały, że woń potu ni­gdy nie zni­kała do końca, nie­za­leż­nie od tego, jak inten­syw­nie pra­co­wały wymien­niki powie­trza. I jak we wszyst­kich pomiesz­cze­niach, w któ­rych dużo czasu spę­dzał James Hol­den, uno­sił się tu przy­jemny zapach kawy.

Bob­bie prze­su­nęła pal­cem po ściance, czu­jąc, jak tka­nina pochła­nia­jąca ude­rze­nia trza­ska pod naci­skiem. Ciem­no­szara barwa wybla­kła i coraz trud­niej było stwier­dzić, gdzie tka­nina nie pasuje z powodu uszko­dzeń i łat, a gdzie po pro­stu nie­równo się sta­rzeje. Wkrótce trzeba będzie ją wymie­nić. Mogła igno­ro­wać kolor, ale trza­skanie ozna­czało, że mate­riał traci wyma­ganą ela­stycz­ność. Robił się zbyt kru­chy na wyko­na­nie swo­jej pracy.

Bob­bie miała obo­lałe ramiona i coraz trud­niej było jej roz­róż­nić to, które zostało gwał­tow­nie zwich­nięte pod­czas ćwi­czeń z walki wręcz dzie­siątki lat temu, od tego, które bolało po pro­stu od całych dekad nie­sza­no­wa­nia swo­jego ciała. Miała na sobie cał­kiem sporo bitew­nych blizn i z każ­dym rokiem coraz trud­niej było je odróż­nić od nor­mal­nych uszko­dzeń zuży­wa­nia się ciała wraz z wie­kiem. Jak odbar­wione miej­sca na ścia­nach Rosa, wszystko po pro­stu bla­kło nie­rów­no­mier­nie.

Wspięła się po krót­kiej dra­bince przez właz do kok­pitu, pró­bu­jąc czer­pać przy­jem­ność z obo­la­łych ramion tak, jak kie­dyś cie­szyła się z bólu po inten­syw­nym tre­ningu. Jak mawiał jej dawny sier­żant musz­try, ból jest przy­ja­cie­lem wojow­nika. Ból przy­po­mina, że jesz­cze żyjesz.

- Jo - rzu­cił Aleks, gdy opa­dła na fotel dzia­ło­no­wego za nim. - Jak wygląda nasza sta­ruszka?

- Młoda nie jest, ale wciąż się trzyma.

- Pyta­łem o sta­tek.

Bob­bie roze­śmiała się i wywo­łała ekran tak­tyczny. Daleko w oddali uka­zała się pla­neta Fre­ehold. Ich cel.

- Mój brat zawsze narze­kał, że za dużo czasu spę­dzam, szu­ka­jąc meta­for.

- Sta­rze­jąca się mar­sjań­ska wojow­niczka miesz­ka­jąca wewnątrz sta­rze­ją­cego się mar­sjań­skiego wojow­nika - rzu­cił Aleks z uśmie­chem pobrzmie­wa­ją­cym w gło­sie. - Tym razem nie musisz się zbyt­nio wysi­lać.

- Nie aż tak stara, żeby nie sko­pać ci tyłka. - Bob­bie powięk­szyła obraz pla­nety Fre­ehold na ekra­nie. Pla­mi­sta kulka brą­zo­wych kon­ty­nen­tów i zie­lo­nych oce­anów z oka­zjo­nal­nymi smu­gami bieli. - Ile czasu potrze­bu­jemy, żeby tam dotrzeć?

- Będziemy tam za tydzień.

- Roz­ma­wia­łeś ostat­nio z Giz? Co sły­chać u mojego ulu­bio­nego malu­cha?

- Giselle ma się dobrze, mówiła też, że Kit świet­nie sobie radzi. Wybrał inży­nie­rię pla­ne­tarną jako główny przed­miot na poli­tech­nice Mari­nera.

- To w tej chwili naj­bar­dziej poszu­ki­wana spe­cja­li­za­cja - zgo­dziła się Bob­bie.

Była drużbą Aleksa, gdy żenił się z Giselle, i cze­kała w szpi­talu na Ceres, gdy trzy­na­ście mie­sięcy póź­niej rodził się Kit. A teraz Kit szedł na stu­dia, od roz­wodu Aleksa minęło zaś ponad dzie­sięć lat. Był jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ale nie zmie­niało to faktu, że sta­no­wił fatalny mate­riał na męża. Po nie­uda­nej dru­giej pró­bie Bob­bie zwró­ciła mu uwagę, że jeśli naprawdę chce cier­pieć, może mu po pro­stu zła­mać rękę, co zaosz­czę­dzi jemu i innym mnó­stwa czasu.

Jed­nak pomimo całego nie­po­trzeb­nego dra­ma­ty­zmu krót­ko­trwałe, nie­udane mał­żeń­stwo Aleksa i Giselle dopro­wa­dziło do tego, że uro­dził się Kit, co spra­wiło, że wszech­świat stał się dla niej tro­chę lep­szym miej­scem. Chło­pak miał cały lako­niczny wdzięk Aleksa i dosko­nały wygląd matki. Za każ­dym razem, gdy nazy­wał ją cio­cią Bob­bie, miała ochotę tulić go tak mocno, by zatrzesz­czały żebra.

- Kiedy będziesz odpo­wia­dał Giz, pamię­taj, żeby jej prze­ka­zać, że powie­dzia­łam "odpier­dol się" - rzu­ciła Bob­bie.

Nie­po­wo­dze­nie związku nie było winą tylko Giselle, ale pod­czas roz­wodu Bob­bie wybrała stronę Aleksa, więc zacho­wy­wa­nie się tak, jakby obwi­niała za wszystko jego byłą, sta­no­wiło ele­ment odgry­wa­nia naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Aleks się temu opie­rał, ale wie­działa, że doce­nia mówie­nie przez nią tych wszyst­kich rze­czy, któ­rych on powie­dzieć nie mógł.

- Prze­każę Giselle twoje wyrazy miło­ści - sko­men­to­wał Aleks.

- Dorzuć jesz­cze pozdro­wie­nia dla Kita od cioci Bob­bie. Ma przy­słać nowe zdję­cia. Wszystko, co od niego mam, jest już od lat nie­ak­tu­alne. Chcę zoba­czyć, jak rośnie mój mały czło­wie­czek.

- Wiesz, że flir­to­wa­nie z chło­pa­kiem, któ­rego znasz całe jego życie, jest chore?

- Moja miłość jest czy­sta - zapew­niła Bob­bie, a potem prze­łą­czyła ekran tak­tyczny na para­me­try misji.

Popu­la­cja Fre­ehold wyno­siła nie­całe trzy­sta osób, samych rodzo­nych Zie­mian. Nazy­wali się Zgro­ma­dze­niem Samo­rząd­nych Oby­wa­teli, cokol­wiek to zna­czyło. Jed­nak mani­fest statku kolo­ni­za­cyj­nego obej­mo­wał obec­ność na nim mnó­stwa broni i amu­ni­cji. Bio­rąc zaś pod uwagę tygo­dnie, które Ros spę­dził, opa­da­jąc w stronę słońca Fre­ehold, miej­scowi mieli mnó­stwo czasu na nakrę­ce­nie się.

- Kapi­tan będzie potrze­bo­wał tam tro­chę wspar­cia - sko­men­to­wał Aleks, który wraz z nią czy­tał dane.

- Ow­szem. Roz­mowa z Amo­sem na ten temat jest następną sprawą na mojej liście.

- Zabie­rzesz Betsy?

- To praw­do­po­dob­nie nie jest sytu­acja wyma­ga­jąca obec­no­ści Betsy, mary­na­rzu - odpo­wie­działa Bob­bie.

Betsy było przy­dom­kiem nada­nym przez Aleksa pan­ce­rzowi zwiadu mar­sjań­skich marine, którą Bob­bie trzy­mała w ładowni. Nie zakła­dała go od lat, ale i tak pil­no­wała jego kon­ser­wa­cji i utrzy­my­wała w sta­nie pozwa­la­ją­cym na uży­cie go w każ­dej chwili. Świa­do­mość jego ist­nie­nia zde­cy­do­wa­nie popra­wiała jej nastrój. Na wszelki wypa­dek.

- Potwier­dzam - rzu­cił Aleks.

- A swoją drogą, gdzie jest Amos?

Róż­nica mię­dzy Alek­sem roz­luź­nio­nym a uda­ją­cym roz­luź­nio­nego była bar­dzo sub­telna.

- Zda­niem statku jest w ambu­la­to­rium - odpo­wie­dział.

Cla­rissa, pomy­ślała Bob­bie. Cho­lera.

***

Ambu­la­to­rium Rosy­nanta pach­niało środ­kami dezyn­fek­cyj­nymi i wymio­ci­nami.

Zapach środ­ków dezyn­fek­cyj­nych docho­dził z małego auto­matu, który z cichym szu­mem czy­ścił pod­łogę, zosta­wia­jąc za sobą lśniącą smugę pokładu. Kwa­śna woń wymio­cin pocho­dziła od Cla­rissy Mao.

- Bob­bie - przy­wi­tała ją z uśmie­chem.

Leżała na jed­nej z prycz ambu­la­to­rium, a jej przed­ra­mię opla­tał man­kiet auto­ma­tycz­nego leka­rza, który szu­miał, popi­ski­wał i chwi­lami kli­kał. Przy każ­dym klik­nię­ciu napi­nała się twarz Cla­ire. Może zastrzyki, może coś gor­szego.

- Cześć, Babs - rzu­cił Amos.

Potężny mecha­nik sie­dział przy łóżku Cla­ire, czy­ta­jąc coś z ter­mi­nala ręcz­nego. Nie pod­niósł wzroku, gdy Bob­bie wcho­dziła, ale uniósł dłoń na powi­ta­nie.

- Jak się dzi­siaj czu­jesz? - zapy­tała Bob­bie, krzy­wiąc się w duchu natych­miast po wypo­wie­dze­niu tych słów.

- Za kilka minut wyjdę z łóżka - odpo­wie­działa Cla­ire. - Omi­nę­łam jakieś kon­trole przed lądo­wa­niem?

- Nie, nie - zapew­niła Bob­bie, krę­cąc głową. Oba­wiała się, że gdyby potwier­dziła, Cla­ire wyrwa­łaby sobie igły z przed­ra­mie­nia i wysko­czyła z łóżka. - Nic z tych rze­czy. Po pro­stu chcia­łam na chwilę poży­czyć przy­głupa.

- Tak? - Amos wresz­cie ode­rwał wzrok od ekranu. - Nie będzie ci to prze­szka­dzać, Złotko?

- Czego tylko potrze­bu­jesz - rzu­ciła, nie­dba­łym gestem obej­mu­jąc całe ambu­la­to­rium. - Zawsze znaj­dziesz mnie w domu.

- W porządku. - Amos wstał, a Bob­bie wypro­wa­dziła go na kory­tarz.

Oto­czony blak­ną­cymi sza­rymi ścia­nami i po zamknię­ciu włazu do ambu­la­to­rium Amos jakby nieco zapadł się w sobie. Oparł się ple­cami o ścianę i wes­tchnął.

- Ciężko się na to patrzy, wiesz?

- Jak się trzyma?

- Ma lep­sze i gor­sze dni, jak wszy­scy - odpo­wie­dział Amos. - Te jej czar­no­ryn­kowe gru­czoły cią­gle spusz­czają swoje syfy do krwi, a my je z powro­tem odfil­tro­wu­jemy. Ale cał­ko­wite ich usu­nię­cie spa­pra­łoby ją jesz­cze bar­dziej, więc...

Amos znowu wzru­szył ramio­nami. Wyglą­dał na zmę­czo­nego. Bob­bie ni­gdy tak naprawdę nie zdo­łała zro­zu­mieć, na czym pole­gał zwią­zek mię­dzy mecha­ni­kiem Rosa a jego drobną współ­pra­cow­niczką. Nie sypiali ze sobą i nie wyglą­dało na to, żeby kie­dy­kol­wiek to robili. Przez więk­szość czasu nawet ze sobą nie roz­ma­wiali, ale kiedy zdro­wie Cla­ire zaczęło się pogar­szać, Amos zwy­kle sie­dział przy jej boku w okrę­to­wym szpi­ta­liku. Bob­bie zasta­na­wiała się, czy dla niej robiłby to samo. Czy kto­kol­wiek by to robił.

Masywny mecha­nik ostat­nio sam też wyglą­dał na nieco chud­szego. O ile więk­szość dużych męż­czyzn pod koniec życia zwy­kle robiła się otyła, Amos reago­wał prze­ciw­nie. Cały jego tłuszcz znik­nął, przez co ręce i kark wyglą­dały bar­dzo żyla­ście od widocz­nych tuż pod skórą mię­śni. Jakby był tward­szy od pode­szwy.

- No dobrze - rzu­cił. - To co jest?

- Czy­ta­łeś mój raport doty­czący Fre­ehold?

- Przej­rza­łem go.

- Trzy­stu ludzi nie­na­wi­dzą­cych cen­tral­nej wła­dzy, za to kocha­ją­cych broń. Hol­den będzie nale­gał na spo­tka­nie z nimi na ich tere­nie, bo dokład­nie takie głu­poty robi. I będzie mu potrzebne wspar­cie.

- Ow­szem - zgo­dził się Amos. - Będę miał na niego oko.

- Myśla­łam, że może tym razem ja powin­nam się tym zająć - stwier­dziła Bob­bie, kiwa­jąc głową w stronę włazu do ambu­la­to­rium.

Nie mówiąc "ona nie wygląda dobrze". Amos zaci­snął wargi i zamy­ślił się.

- Hm, dobra - zgo­dził się. - Lądo­wa­nie atmos­fe­ryczne pew­nie i tak roz­łu­pie sta­tek na kawałki. Będę miał tu pełne ręce roboty.

Bob­bie wstała z zamia­rem odej­ścia, ale coś ją zatrzy­mało.

- Ile jesz­cze? - spy­tała, zanim zro­zu­miała, że zada to pyta­nie.

- Resztę życia - odpo­wie­dział Amos, a potem wró­cił do ambu­la­to­rium i zamknął za sobą właz.

Hol­dena i Naomi zna­la­zła w kam­bu­zie, jedli śnia­da­nie. Aro­mat jajecz­nicy ze sprosz­ko­waną cebulą i tym, co ucho­dziło za paprykę, kon­ku­ro­wał z zapa­chem świe­żej kawy. Brzuch Bob­bie zabur­czał, gdy tylko weszła do pomiesz­cze­nia, a Hol­den bez słowa pchnął w jej stronę talerz i zaczął nakła­dać na niego jajka.

- Smacz­nego, bo to ostat­nie praw­dziwe jajka do czasu powrotu na Medynę - zachę­cił Hol­den, napeł­nia­jąc jej talerz.

- Co się dzieje? - zapy­tała Naomi, gdy udało się jej prze­łknąć por­cję, którą aku­rat miała w ustach.

- Czy­ta­li­ście moją ocenę zagro­żeń na Fre­ehold?

- Przej­rza­łem - odpo­wie­dział Hol­den.

- Kolo­nia pierw­szego poko­le­nia - powie­działa Naomi. - Osiem lat od zało­że­nia i wciąż tylko jedno mia­steczko w sto­sun­kowo umiar­ko­wa­nej stre­fie kli­ma­tycz­nej. Pod­sta­wowe rol­nic­two, ale więk­szość żyw­no­ści pocho­dzi z odzy­ska­nych insta­la­cji hydro­po­nicz­nych. Tro­chę kóz i kur, ale zwie­rzęta gospo­dar­skie też żywią się pro­duk­tami hydro­po­niki, więc nie jest to zbyt­nio efek­tywny model. W płasz­czu pla­nety jest lit i podej­rza­nie duże ilo­ści uranu w lodow­cach na bie­gu­nach, co być może ozna­cza łatwe zbie­ra­nie helu, jeśli uda im się kie­dyś stwo­rzyć infra­struk­turę do roz­woju gór­nic­twa. Karta zało­ży­ciel­ska zakłada rady­kalną auto­no­mię oso­bi­stą, chro­nioną przez mili­cję oby­wa­tel­ską, na którą skła­dają się wszy­scy miesz­kańcy kolo­nii.

- Serio? - zain­te­re­so­wał się Hol­den. - Wszy­scy miesz­kańcy?

- To ozna­cza trzy­stu ludzi, któ­rzy lubią broń - zauwa­żyła Naomi, a potem wska­zała pal­cem Hol­dena. - Ten tutaj będzie upie­rał się przy wyj­ściu na zewnątrz i bez­po­śred­niej roz­mo­wie z nimi.

- Prawda? - rzu­ciła Bob­bie, a potem szybko zgar­nęła do ust pełen wide­lec jajek.

Były tak dobre, jak obie­cy­wał ich zapach.

- To musi być zro­bione twa­rzą w twarz - oświad­czył Hol­den. - Jeśli nie, to rów­nie dobrze mogli­śmy im prze­słać wia­do­mość drogą radiową z Medyny i oszczę­dzić sobie podróży.

- Dyplo­ma­cja to twoja domena - przy­znała Bob­bie. - Ja przej­muję się kwe­stiami czy­sto tak­tycz­nymi. A kiedy będziemy roz­ma­wiać z wła­dzami Fre­ehold, powiemy im, że nie mają powodu, żeby zacząć do nas strze­lać, i mieć nadzieję, że będzie dobrze.

Hol­den odsu­nął od sie­bie czę­ściowo opróż­niony talerz i odchy­lił się do tyłu, marsz­cząc brwi.

- Wyja­śnij to.

- Naprawdę powi­nie­neś czy­tać moje raporty.

Naomi wzięła kubek Hol­dena i usta­wiła pod dyszą eks­presu do kawy.

- Chyba wiem, do czego zmie­rzasz. Napi­jesz się kawy, Bob­bie?

- Tak, dzię­kuję - potwier­dziła Bob­bie, a potem wywo­łała ocenę tak­tyczną na swoim ręcz­nym ter­mi­nalu. - Ci ludzie opu­ścili Zie­mię, żeby utwo­rzyć kolo­nię opie­ra­jącą się na cał­ko­wi­tej nie­za­leż­no­ści. Wie­rzą w bez­względne prawo każ­dego oby­wa­tela do obrony sie­bie i swo­jej wła­sno­ści, w razie potrzeby z zabój­czą siłą. I są w tym celu dobrze uzbro­jeni.

- Tę część czy­ta­łem - potwier­dził Hol­den.

- Na tym eta­pie miną jesz­cze lata, zanim będą w sta­nie się sami utrzy­mać. To, że pole­gają na upra­wach hydro­po­nicz­nych, wynika z faktu, że mają trud­no­ści z opra­co­wa­niem gleby dla swo­ich szklarni. Ma to jakiś zwią­zek z zawar­to­ścią mine­ra­łów w tutej­szym grun­cie. Pie­nią­dze zdo­byte na pod­sta­wie wstęp­nych prze­wi­dy­wań co do wiel­ko­ści przy­szłego wydo­by­cia mine­ra­łów w cało­ści tra­fiają na Aube­ron, w zamian otrzy­mują zaopa­trze­nie rol­ni­cze, które ma im pomóc sobie z tym pora­dzić. Uwa­żają, że Zwią­zek Trans­por­towy nie ma prawa do pobie­ra­nia cła za pod­sta­wowy han­del, który umoż­li­wia prze­ży­cie. Co wła­śnie nas tu dopro­wa­dziło.

Naomi podała jej kubek z paru­jącą kawą i mnó­stwem śmie­tanki, dokład­nie tak, jak lubiła. Hol­den kiw­nął głową w spo­sób, który praw­do­po­dob­nie ozna­czał kło­poty. Zro­zu­miał, co chciała powie­dzieć.

- Ile czasu minie, zanim wyho­dują wła­sne uprawy? - zapy­tała Naomi, nachy­la­jąc się jej nad ramie­niem, by spoj­rzeć na raport.

- Nie wiem, ale nie o to tu cho­dzi...

- Cho­dzi tu o to - wtrą­cił się Hol­den - że mamy im ogło­sić wyrok śmierci. Zga­dza się? Wylą­du­jemy tam i powiemy im, że zostają odcięci od han­dlu z innymi kolo­niami. A oni wie­dzą, że za kilka mie­sięcy skoń­czy im się jedze­nie, a sami nie będą w sta­nie wyho­do­wać niczego jesz­cze przez dłu­gie lata. Zwią­zek sta­wia ich w bez­na­dziej­nym poło­że­niu. A przez zwią­zek mam w tej chwili na myśli nas. My ich sta­wiamy pod ścianą.

- Ow­szem - potwier­dziła Bob­bie zado­wo­lona, że wresz­cie zro­zu­miał. - To ludzie, któ­rzy wie­rzą w nie­na­ru­szalne prawo uży­cia zabój­czej siły w obro­nie wła­snego życia. A my wylą­du­jemy tam, żeby im ogło­sić, że zostają odcięci od dostaw. To ide­alny powód do tego, aby spró­bo­wać zdo­być nasz sta­tek.

- Nie rozu­miem tej kary - ode­zwała się Naomi. - Wydaje się tro­chę ostra.

- Sądzę, że Drum­mer cze­kała na coś takiego - stwier­dził Hol­den. Nie wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. - Cze­kała na tę pierw­szą kolo­nię, która zde­cy­duje się spraw­dzić, jak daleko Zwią­zek jest gotów się posu­nąć, by ochro­nić swój mono­pol na korzy­sta­nie z wrót. I zamie­rza potrak­to­wać ten pierw­szy przy­kład na tyle mocno, by już nikomu innemu nie przy­szło do głowy pró­bo­wać. Zabija jedną kolo­nię teraz, żeby póź­niej nie musiała tego robić z tysią­cem trzy­stu pozo­sta­łych.

Wizja zawi­sła w powie­trzu jak dym nad sto­li­kiem do pokera. Wyraz twa­rzy Naomi odzwier­cie­dlał nie­po­kój Bob­bie. Na twa­rzy Hol­dena ryso­wało się wewnętrzne sku­pie­nie, które świad­czyło o tym, że bar­dzo inten­syw­nie o czymś myśli. Trzy lata to ostry wyrok. Trzy lata prze­rwy, gdy zaczyna się życie w trud­nym śro­do­wi­sku, były czymś jesz­cze gor­szym. Przy­naj­mniej moty­wem do prze­mocy. Może do cze­goś wię­cej.

- No więc - rzu­ciła Bob­bie - to będzie cie­kawe.

Rozdział trzeci

San­tiago Jilie Singh

Singh poczuł wibra­cję na nad­garstku i pod­cią­gnął rękaw. Owi­nięty wokół przed­ra­mie­nia moni­tor zare­je­stro­wał, że Singh na niego patrzy, więc wyświe­tlił powia­do­mie­nie o naj­pil­niej­szym zada­niu: zbli­ża­ją­cej się audien­cji u wyso­kiego kon­sula.

Zre­se­to­wał zegar powia­do­mie­nia do pół godziny przed samym spo­tka­niem. Nosił swoją kon­solę na przed­ra­mie­niu lub w kie­szeni już od pra­wie pię­ciu lat, więc urzą­dze­nie wie­działo o nim wszystko, co powinno. Nad­cho­dzącą audien­cję u wyso­kiego kon­sula trak­to­wało, jakby było to naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie w jego życiu.

I nie myliło się.

Z powro­tem obcią­gnął rękaw, szar­piąc na koniec ostro, żeby wygła­dzić zagnie­ce­nia, i przyj­rzał się sobie w lustrze. Gra­na­towo-biały mun­dur paso­wał jak ręka­wiczka, pod­kre­śla­jąc musku­larną syl­wetkę, każ­dego dnia kształ­to­waną przez godzinę na siłowni. Na koł­nie­rzu błysz­czały świeżo zdo­byte gwiazdy kapi­tań­skie, wypo­le­ro­wane tak, by lśnić zło­tem. Był gładko ogo­lony i wyobra­żał sobie, że nada­wało mu to groźny, dra­pieżny wygląd woj­sko­wego.

- Wciąż stro­szysz piórka? - spy­tała z łazienki Nata­lia. Otwo­rzyła drzwi i wyszła w chmu­rze pary z wło­sami ocie­ka­ją­cymi wodą. - Tak przy­stoj­nego męż­czy­znę trzeba koniecz­nie obma­cać.

- Nie - rzu­cił Singh, cofa­jąc się. - Jeśli zmo­czysz mi mun­dur...

- Za późno - ze śmie­chem rzu­ciła jego żona, rusza­jąc w jego stronę.

Objęła go cia­sno w pasie, kła­dąc mokre włosy na ramie­niu.

- Nat - powie­dział, chcąc zapro­te­sto­wać, ale nie zna­lazł w sobie dość sta­now­czo­ści. Chwy­ta­jąc go, puściła ręcz­nik i w lustrze widział łagodną krzy­wi­znę jej bio­dra. Poło­żył na nim dłoń i ści­snął. - Teraz jestem cały mokry.

- Wyschniesz - odparła, się­ga­jąc za jego plecy, by szczyp­nąć go w pośla­dek.

Świeżo awan­so­wany kapi­tan lakoń­skiej floty krzyk­nął bez cie­nia powagi. Poczuł kolejną wibra­cję na nad­garstku i przez chwilę miał wra­że­nie, że urzą­dze­nie na ręce wyraża dez­apro­batę dla jego zacho­wa­nia.

Znowu pod­cią­gnął rękaw i prze­ko­nał się, że to tylko powia­do­mie­nie o tym, że za dwa­dzie­ścia minut pod­sta­wią samo­chód.

- Nie­długo przy­je­dzie samo­chód - powie­dział z żalem, na chwilę wci­ska­jąc nos w mokre włosy żony.

- I czas obu­dzić Elsę - zgo­dziła się Nata­lia. - To twój wielki dzień, więc możesz wybrać: budzisz Potwora czy robisz śnia­da­nie?

- Dzi­siaj wezmę służbę przy Potwo­rze.

- Uwa­żaj. Ją jesz­cze mniej obcho­dzi zamo­cze­nie two­jego świe­żego nowego mun­duru - sko­men­to­wała Nata­lia, zakła­da­jąc na sie­bie szla­frok. - Śnia­da­nie za dzie­sięć minut, mary­na­rzu.

Jed­nak potrze­bo­wał pra­wie pięt­na­stu na wycią­gnię­cie Elsy z łóżeczka, zmianę pie­lu­chy, ubra­nie jej i zanie­sie­nie do kuchni. Nata­lia roz­sta­wiła już na stole tale­rze pełne nale­śni­ków i świeże jabłka, a powie­trze wypeł­niał aro­mat zapa­rzo­nej wła­śnie her­baty z przy­pra­wami.

Zawi­bro­wał nad­gar­stek Sin­gha i tym razem nie musiał spraw­dzać, by wie­dzieć, że to ostrze­że­nie o pię­ciu minu­tach pozo­sta­łych do przy­by­cia samo­chodu. Przy­piął Elsę do jej wyso­kiego krze­sełka i posta­wił przed nią naj­mniej­szy tale­rzyk z kawał­kami jabłka. Dziew­czynka roze­śmiała się rado­śnie i ude­rzyła w nie dło­nią, roz­pry­sku­jąc wszę­dzie sok.

- Zdą­żysz coś zjeść? - zapy­tała Nata­lia.

- Oba­wiam się, że nie - odpo­wie­dział Singh, pod­cią­ga­jąc rękaw i prze­wi­ja­jąc har­mo­no­gram dzi­siej­szego dnia. - Potwór nie chciał dzi­siaj pozwo­lić zało­żyć sobie spodni.

- Mam wra­że­nie, że jej naj­więk­szym powo­dem nie­chęci do przed­szkola jest wła­śnie wyma­ga­nie nosze­nia spodni - z uśmie­chem sko­men­to­wała Nata­lia. Potem zer­k­nęła na har­mo­no­gram spo­tkań na jego przed­ra­mie­niu i spo­waż­niała. - Kiedy możemy się cie­bie spo­dzie­wać?

- Spo­tka­nie jest zapla­no­wane na ósmą czter­dzie­ści pięć i nie mam dzi­siaj nic innego, więc... - powie­dział Singh.

Nie dodał jed­nak "ale spo­ty­kam się z wyso­kim kon­su­lem Win­sto­nem Duar­tem, więc nie mam żad­nego wpływu na porę roz­po­czę­cia lub zakoń­cze­nia spo­tka­nia".

- Dobrze - stwier­dziła Nata­lia i poca­ło­wała go w poli­czek. - Dzi­siaj będę w labo­ra­to­rium przy­naj­mniej do szó­stej, ale twój ojciec zgo­dził się prze­jąć Potwora, jeśli nie zdo­łasz jej ode­brać z przed­szkola.

- Dobrze, dobrze - rzu­cił Singh. - To do zoba­cze­nia.

Na zewnątrz zatrzy­mał się ciem­no­gra­na­towy samo­chód per­so­nelu floty. Singh sta­nął przed lustrem przy drzwiach, by skon­tro­lo­wać swój wygląd po raz ostatni i zetrzeć kawa­łek śnia­da­nio­wego odłamka Potwora. Nata­lia sie­działa już przy stole, pró­bu­jąc jeść i rów­no­cze­śnie wci­ska­jąc tro­chę jedze­nia do buzi Potwora, zgar­nia­jąc je przy tym z bluzki.

Nie­po­kój ści­snął mu żołą­dek, kła­dąc się cie­niem na serce. Musiał kilka razy prze­łknąć ślinę, zanim zdo­łał się ode­zwać. Kochał żonę i dziecko bar­dziej, niż potra­fił to wypo­wie­dzieć, a opusz­cza­nie ich zawsze było dla niego trudne. Dzi­siaj było ina­czej. Nie­zli­czone poko­le­nia mary­na­rzy miały do czy­nie­nia z poran­kami takimi jak ten. Spo­tka­nia z prze­ło­żo­nymi, zapo­wia­da­jące zmiany. Skoro oni je prze­trwali, jemu też to się z pew­no­ścią uda.

Pro­fe­sor histo­rii w aka­de­mii floty powie­dział kie­dyś, że per­spek­tywa histo­rii jest daleką per­spek­tywą. Ludzie two­rzyli impe­ria, ponie­waż chcieli, by ich imiona nie zostały zapo­mniane przez czas. Wzno­sili olbrzy­mie budowle z kamie­nia i stali, żeby ich potom­ko­wie pamię­tali ludzi two­rzą­cych świat, w któ­rym dopiero oni żyją. Na Ziemi ist­niały budynki mające ponad tysiąc lat, cza­sami sta­no­wiły jedyne dowody na ist­nie­nie impe­riów, które miały trwać przez wiecz­ność. "Nie­po­skro­miona pycha", jak okre­ślał to pro­fe­sor. Budu­jąc, ludzie pró­bują nadać fizyczną postać swoim aspi­ra­cjom. Jed­nak gdy umie­rają, ich plany grze­bane są wraz z nimi. Zostaje tylko budy­nek.

Choć Mar­sja­nie ni­gdy nie wyra­żali jed­no­znacz­nie impe­ria­li­stycz­nych zamia­rów, mieli w sobie solidną por­cję takiej samej pychy. Zbu­do­wali tunele i komory jako tym­cza­sowe kwa­tery w ska­łach Marsa, a potem zabrali się za zapla­no­waną na poko­le­nia pracę uczy­nie­nia powierzchni pla­nety miej­scem nada­ją­cym się do zamiesz­ka­nia.

Pierw­sze poko­le­nie ode­szło, nie osią­ga­jąc zamie­rzo­nego celu. Podob­nie dru­gie, trze­cie i kolejne, z dziećmi idą­cymi w ślady rodzi­ców. Skoń­czyło się na tym, że dzieci znały osta­tecz­nie tylko tunele i wcale nie uwa­żały ich za takie złe. Stra­ciły wgląd w szer­szą wizję, ponie­waż ni­gdy nie była ich marze­niem. Gdy prze­pa­dli twórcy oraz ich zamiary, zostały po nich tylko tunele.

Patrząc na prze­my­ka­jące za oknem samo­chodu budowle sto­licy Lako­nii, Singh widział w nich te same masy mate­ria­łów i inten­cji. Olbrzy­mie budynki z kamie­nia i stali zapro­jek­to­wane, by pomie­ścić rządy jesz­cze nie­ist­nie­ją­cego impe­rium. Wię­cej infra­struk­tury niż Lako­nia potrze­bo­wa­łaby dla sie­bie przez całe stu­le­cia. Ich kolumny oraz iglice odwo­ły­wały się do tysiąc­leci kul­tury Ziemi i Marsa, prze­kształ­ca­jąc je w wizję zadzi­wia­jąco ludz­kiej przy­szło­ści.

Jeśli marze­nia o impe­rium się nie zisz­czą, pozo­staną tylko dużymi, ni­gdy nie­uży­wa­nymi budow­lami.

Pośród wyso­kich rangą ofi­ce­rów lakoń­skiej armii nie było tajem­nicą, że labo­ra­to­ria wyso­kiego kon­sula doko­nały nie­zwy­kłych prze­ło­mów w zakre­sie mody­fi­ka­cji budowy ciała ludzi. Jed­nym z naj­waż­niej­szych pro­jek­tów było znaczne prze­dłu­że­nie życia samego wyso­kiego kon­sula. Kapi­tan, pod któ­rego roz­ka­zami Singh słu­żył jako porucz­nik, otrzy­mał ofi­cjalną naganę za upi­cie się i okre­śle­nie wyso­kiego kon­sula mia­nem "naszego wła­snego króla-boga".

Singh rozu­miał jed­nak, dla­czego ten wła­śnie pro­jekt jest tak ważny dla wyso­kiego kon­sula. Impe­ria, podob­nie jak budynki, były ucie­le­śnio­nymi aspi­ra­cjami. Tra­cąc twórcę, gubiły swe prze­zna­cze­nie, a więc nie można było pozwo­lić, by ich twórca zgi­nął.

Jeśli pogło­ski były praw­dziwe i naukowcy wyso­kiego kon­sula naprawdę pra­co­wali nad uczy­nie­niem go nie­śmier­tel­nym, mieli szansę stwo­rzyć impe­rium, o jakim histo­ria dotąd tylko marzyła. Sta­bil­ność wła­dzy, cią­głość celu i jedna, nie­usta­jąca wizja. I wszystko to było bar­dzo dobre, ale nie tłu­ma­czyło, dla­czego został wezwany na oso­bi­ste spo­tka­nie z Duar­tem.

- Jeste­śmy pra­wie na miej­scu, sir - ode­zwał się kie­rowca.

- Jestem gotowy - skła­mał Singh.

Budy­nek Rzą­dowy Lako­nii był cesar­skim pała­cem we wszyst­kim poza nazwą i był zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szą budowlą w sto­licy. Tam wła­śnie znaj­do­wała się sie­dziba rządu, jak i pomiesz­cze­nia zaj­mo­wane przez wyso­kiego kon­sula i jego córkę. Po przej­ściu przez rygo­ry­styczną kon­trolę bez­pie­czeń­stwa, doko­naną przez żoł­nie­rzy w naj­no­wo­cze­śniej­szych lakoń­skich pan­cer­zach wspo­ma­ga­nych, Singh został w końcu po raz pierw­szy wpusz­czony do środka.

Co oka­zało się nieco roz­cza­ro­wu­jące.

Wła­ści­wie nie był pewien, czego się spo­dzie­wał. Może sufitu dwa­dzie­ścia metrów nad pod­łogą, utrzy­my­wa­nego przez rzędy olbrzy­mich kamien­nych kolumn. Czer­wo­nego dywanu, który pro­wa­dził do wznio­słego zło­tego tronu. Mini­strów i służby cze­ka­ją­cych na moż­li­wość roz­mowy z wyso­kim kon­su­lem, szep­tem snu­ją­cych intrygi. Zamiast tego zoba­czył foyer i pocze­kal­nię pełną wygod­nych krze­seł i z łatwym dostę­pem do łazie­nek oraz moni­tor ścienny, który wyświe­tlał zasady bez­pie­czeń­stwa obo­wią­zu­jące w Budynku Rzą­do­wym. Wszystko to wyda­wało się bar­dzo zwy­czajne. Bar­dzo rzą­dowe.

Przez naj­więk­sze drzwi pomiesz­cze­nia prze­szedł niski uśmiech­nięty męż­czy­zna w czer­wo­nej mary­narce i czar­nych spodniach, kła­nia­jąc się nie­mal nie­zau­wa­żal­nie.

- Kapi­tan San­tiago Singh - powie­dział w spo­sób, który nie był pyta­niem.

Singh wstał, z wysił­kiem powstrzy­mu­jąc się przed zasa­lu­to­wa­niem. Męż­czy­zna nie miał mun­duru woj­sko­wego ani oznak rangi, choć znaj­do­wali się w domu ich władcy. To miało wagę wykra­cza­jącą poza ramy pro­to­kołu.

- Tak, pro­szę pana. Jestem kapi­tan Singh.

- Wysoki kon­sul ma nadzieję, że będzie mu pan towa­rzy­szył pod­czas śnia­da­nia w rezy­den­cji - powie­dział niski męż­czy­zna.

- Oczy­wi­ście, będę zaszczy­cony.

- Pro­szę za mną - rzu­cił czło­wiek w czer­wo­nej mary­narce i wyszedł przez drzwi, z któ­rych się wyło­nił.

Singh ruszył za nim.

Jeśli foyer Budynku Rzą­do­wego było anty­kli­ma­tyczne, to reszta wnę­trza wyglą­dała zde­cy­do­wa­nie użyt­kowo. Na wszyst­kie strony odcho­dziły kory­ta­rze pro­wa­dzące do biur. Było tu wielu ludzi w gar­ni­tu­rach i mun­du­rach woj­sko­wych oraz takich czer­wo­nych mary­nar­kach i czar­nych spodniach, jakie nosił jego prze­wod­nik. Singh uwa­żał, by salu­to­wać za każ­dym razem, gdy tra­fił na kogoś o ran­dze, która tego wyma­gała, i pró­bo­wał igno­ro­wać wszyst­kich innych. Całą popu­la­cję Lako­nii sta­no­wili pier­wotni kolo­ni­ści z floty Duar­tego oraz dzieci uro­dzone tu w ciągu ostat­nich kilku dzie­się­cio­leci. Nie wyobra­żał sobie, że na pla­ne­cie mieszka tyle ludzi, któ­rych jesz­cze nie spo­tkał. Jego nie­wy­soki prze­wod­nik poru­szał się tak, jakby nie widział nikogo innego, i cały czas utrzy­my­wał na twa­rzy nie­zo­bo­wią­zu­jący uśmiech.

Po dzie­się­ciu minu­tach mar­szu przez labi­rynt kory­ta­rzy i sal dotarli do podwój­nych szkla­nych drzwi, które pro­wa­dziły do dużego patio. Jego prze­wod­nik otwo­rzył jedno skrzy­dło i gestem zapro­sił go do środka, a potem odda­lił się, zni­ka­jąc w budynku.

- Kapi­ta­nie Singh! - zawo­łał wysoki kon­sul Win­ston Duarte, abso­lutny władca woj­skowy Lako­nii. - Pro­szę do mnie dołą­czyć. Kelly, dopil­nuj, żeby kapi­tan miał talerz.

Kolejny męż­czy­zna w czer­wo­nej mary­narce i czar­nych spodniach, naj­wy­raź­niej ten o imie­niu Kelly, przy­go­to­wał dla niego miej­sce, a potem odsu­nął krze­sło. Singh usiadł, czu­jąc zawroty głowy i wdzięcz­ność, że nie będzie musiał pró­bo­wać ich ukry­wać, gdyby zachwiał się na nogach.

- Wysoki kon­sulu, ja... - zaczął, ale Duarte uciął mu mach­nię­ciem ręki.

- Dzię­kuję, że dołą­czył pan do mnie dziś rano. I sądzę, że możemy tu uży­wać naszych stopni woj­sko­wych. Admi­rale Duarte, ale też zupeł­nie wystar­czy samo admi­rale.

- Oczy­wi­ście, admi­rale.

Kelly posta­wił przed nim poje­dyn­cze jajko w sto­jaczku i uży­wał wła­śnie szczyp­ców, żeby poło­żyć mu na tale­rzu słodką bułkę. Singh jadł już kie­dyś jajko, więc choć było luk­su­sem, nie sta­no­wiło kom­plet­nej zagadki. Stół był mały - dla czte­rech osób byłoby przy nim za cia­sno - i stał przed dużym obsza­rem cze­goś, co wyglą­dało na bar­dzo zadbaną ziem­ską trawę. Pośrodku traw­nika sie­działa może dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka, bawiąc się ze szcze­nia­kiem. Praw­dziwe kury i ziem­skie psy. W prze­ci­wień­stwie do Arki Noego w sta­rej histo­rii, okręty pierw­szej floty zabrały ze sobą na Lako­nię tylko nie­liczne gatunki zwie­rząt. Zoba­cze­nie na wła­sne oczy jed­no­cze­śnie dwóch z nich było nieco przy­tła­cza­jące. Singh zastu­kał w sko­rupkę jaja łyżeczką, żeby ją roz­bić, a potem spró­bo­wał opa­no­wać nerwy.

Admi­rał Duarte wska­zał fili­żankę Sin­gha, do któ­rej Kelly nalał kawy.

- Prze­pra­szam - powie­dział Duarte - za ode­rwa­nie pana od rodziny tak wcze­śnie dziś rano.

- Z przy­jem­no­ścią służę wyso­kiemu kon­su­lowi - odpo­wie­dział Singh auto­ma­tycz­nie.

- Tak, tak - rzu­cił admi­rał. - Nata­lia, prawda? I jedna córka?

- Tak, admi­rale. Elsa. Ma już pra­wie dwa lata.

Duarte posłał uśmiech w stronę dziew­czynki na tra­wie i kiw­nął głową.

- To dobry wiek. Nie ten z ucze­niem dziecka korzy­sta­nia z noc­nika, ale ten, gdy prze­sy­pia całą noc, prawda?

- Prze­waż­nie, sir.

- Fascy­nu­jące jest obser­wo­wa­nie, jak ich mózgi zaczy­nają się wtedy roz­wi­jać. Uczą się języka, uczą się iden­ty­fi­ko­wać się jako odrębny byt. Słowo "nie" nabiera magicz­nej mocy.

- Tak jest, sir - potwier­dził Singh.

- Niech pan nie odpusz­cza tej bułce - zasu­ge­ro­wał admi­rał. - Nasz pie­karz to geniusz.

Singh przy­tak­nął i ugryzł bułkę. Była dla niego za słodka, ale dosko­nale kom­po­no­wała się z gorz­kim sma­kiem kawy.

- Pro­szę mi opo­wie­dzieć o kapi­ta­nie Iwa­sie - popro­sił Duarte z uśmie­chem.

Wła­śnie prze­łknięty kęs bułki zmie­nił się nagle w bryłę oło­wiu. Kapi­tan Iwasa został zde­gra­do­wany i dys­cy­pli­nar­nie zwol­niony ze służby na pod­sta­wie raportu zło­żo­nego admi­ra­li­cji przez Sin­gha. Jeśli jego były dowódca był bli­skim zna­jo­mym wyso­kiego kon­sula, Singh niniej­szym poże­gna się ze swoją karierą. Albo jesz­cze gorzej.

- Prze­pra­szam, ja... - zaczął Singh.

- To nie prze­słu­cha­nie - powie­dział Duarte gło­sem łagod­nym i cie­płym jak fla­nela. - Znam wszyst­kie fakty doty­czące sprawy kapi­tana Iwasy, ale chcę usły­szeć pań­ską wer­sję. Zło­żył pan raport doty­czący zanie­dba­nia obo­wiąz­ków. Co pana do tego skło­niło?

Jeden z jego wykła­dow­ców w aka­de­mii woj­sko­wej powie­dział kie­dyś: "gdy brak osłony, jedyną roz­sądną rze­czą jest jak naj­szyb­sze poko­na­nie pola ostrzału". Singh wypro­sto­wał się na krze­śle, pró­bu­jąc jakby sta­nąć na bacz­ność w pozy­cji sie­dzą­cej.

- Sir, tak jest, sir. Kapi­tan Iwasa nie dopil­no­wał wpro­wa­dze­nia w życie nowo otrzy­ma­nego kodeksu postę­po­wa­nia floty, a gdy zadano mu bez­po­śred­nie pyta­nie doty­czące tych wytycz­nych, w mojej obec­no­ści skła­mał swo­jemu prze­ło­żo­nemu, admi­ra­łowi Goy­erowi. Wysła­łem admi­ra­łowi notatkę, w któ­rej pod­wa­ży­łem twier­dze­nia kapi­tana Iwasy.

Duarte przy­glą­dał mu się badaw­czo bez śladu zło­ści na twa­rzy. Co nic nie zna­czyło. Według wszel­kich opi­nii wysoki kon­sul nie był czło­wie­kiem łatwo zdra­dza­ją­cym emo­cje.

- Zmie­niony kodeks postę­po­wa­nia uczy­nił z nie­do­peł­nie­nia obo­wiąz­ków wykro­cze­nie karane wysła­niem do Sto­doły? - zapy­tał admi­rał Duarte.

- Tak, sir. Kapi­tan Iwasa uwa­żał tę karę za nad­mierną i otwar­cie wypo­wia­dał się na ten temat. Gdy dwóch mari­nes zna­le­ziono śpią­cych na służ­bie, zamiast tego wymie­rzył im karę admi­ni­stra­cyjną.

- A pan z pomi­nię­ciem go zwró­cił się do admi­rała Goy­era.

- Sir, nie, sir - odpo­wie­dział Singh. Opu­ścił wzrok, by spoj­rzeć bez­po­śred­nio w oczy wyso­kiego kon­sula. - Byłem świad­kiem, jak ofi­cer okła­muje swo­jego prze­ło­żo­nego w odpo­wie­dzi na bez­po­śred­nie pyta­nie doty­czące jego struk­tury dowo­dze­nia. Powia­do­mi­łem tego ofi­cera, co było moim obo­wiąz­kiem.

Singh urwał, ale Duarte nic nie powie­dział. Po pro­stu patrzył na niego, jakby był szcze­gól­nie cie­ka­wym owa­dem przy­pię­tym szpilką do kor­ko­wej tablicy.

- Nie lubił pan Iwasy? - rzu­cił, jakby było to bar­dzo nie­dbałe pyta­nie.

- Czy mogę mówić otwar­cie, sir? - zapy­tał Singh. Gdy Duarte kiw­nął głową, kon­ty­nu­ował. - Postę­po­wa­nie zgod­nie z kodek­sem woj­sko­wym jest zaprzy­się­żo­nym obo­wiąz­kiem każ­dego ofi­cera i mary­na­rza. Jest to instru­ment, który czyni z nas woj­sko, a nie po pro­stu bandę ludzi z bro­nią i okrę­tami. Gdy ofi­cer oka­zuje brak posza­no­wa­nia dla kodeksu, prze­staje być ofi­cerem. Skoro Iwasa wie­lo­krot­nie dowiódł świa­do­mego igno­ro­wa­nia tego kodeksu, prze­stał być moim prze­ło­żo­nym. Poin­for­mo­wa­łem po pro­stu o tym fak­cie kolejną osobę sto­jącą wyżej w struk­tu­rze dowo­dze­nia.

- Czy wie­dząc, jakie miało to kon­se­kwen­cje dla Iwasy, na­dal uważa pan, że postą­pił słusz­nie? - zapy­tał admi­rał.

Jego twarz ani ton głosu nie zdra­dzały, co on sam myśli o tej spra­wie. Rów­nie dobrze mógłby pytać Sin­gha, czy chce cukru do kawy.

- Tak, admi­rale - potwier­dził Singh. - Powin­ność to nie bufet, z któ­rego można wybrać to, co się lubi, i zigno­ro­wać resztę. Warun­kowa lojal­ność nie jest lojal­no­ścią. Obo­wiąz­kiem kapi­tana Iwasy było wymu­sza­nie prze­strze­ga­nia zapi­sów kodeksu postę­po­wa­nia w sto­sunku do swo­ich pod­wład­nych. Gdy skła­mał w tej spra­wie, moim obo­wiąz­kiem stało się poin­for­mo­wa­nie o tym jego prze­ło­żo­nego.

Wysoki kon­sul kiw­nął głową. Mogło to zna­czyć cokol­wiek.

- Bra­kuje go panu?

- Ow­szem. Był moim pierw­szym prze­ło­żo­nym po aka­de­mii woj­sko­wej. Nauczył mnie wszyst­kiego, co powi­nie­nem wie­dzieć. Bra­kuje mi go każ­dego dnia - odpo­wie­dział Singh i uświa­do­mił sobie, że wcale nie prze­sa­dza.

Śmier­telną wadą Iwasy oka­zała się sym­pa­tia do ludzi, któ­rymi dowo­dził. Dzięki czemu łatwo było go poko­chać.

- Kapi­ta­nie - ode­zwał się Duarte. - Mam dla pana nowy przy­dział.

Singh wstał, pra­wie prze­wra­ca­jąc przy tym krze­sło, i zasa­lu­to­wał.

- Kapi­tan Singh zgła­sza się na służbę, wysoki kon­sulu. - Wie­dział, że to nie­do­rzeczne, ale coś w całej tej roz­mo­wie było sur­re­ali­styczne i nie­do­rzeczne, a w tej chwili po pro­stu wydało mu się to wła­ści­wym postę­po­wa­niem.

Duarte był na tyle miły, że potrak­to­wał to z sza­cun­kiem.

- Dobiega końca pierw­sza faza naszego pro­jektu, prze­cho­dzimy do dru­giej fazy. Przy­dzie­lam panu dowo­dze­nie nad Zwia­stu­nem burzy. Szcze­gó­łowe roz­kazy znaj­dują się w sej­fie kapi­tań­skim tej jed­nostki.

- Dzię­kuję, admi­rale - odpo­wie­dział Singh, czu­jąc, jak serce wali mu w piersi. - Z zaszczy­tem wypeł­nię te roz­kazy co do joty.

Duarte obró­cił się, by popa­trzeć na dziew­czynkę bawiącą się z psem.

- Dosta­tecz­nie długo ukry­wa­li­śmy się przed ludz­ko­ścią. Nad­szedł czas, by poka­zać im, co robi­li­śmy.

Rozdział czwarty

Hol­den

Hol­den miał dwa­dzie­ścia parę lat, gdy został wyrzu­cony z ziem­skiej floty. Oglą­dał się na tamtą wer­sję sie­bie z tęsk­notą i afek­ta­cją, którą ludzie zwy­kle obda­rzali szcze­niaczki prze­sad­nie dumne z sie­bie z powodu prze­go­nie­nia wie­wiórki. Zatrud­nił się do lotów na lodow­cow­cach z poczu­ciem odwra­ca­nia się od całej sko­rum­po­wa­nej, auto­ry­tar­nej i cynicz­nej histo­rii swo­jego gatunku. Wagę tej decy­zji pod­kre­ślała nawet nazwa firmy, w któ­rej się zatrud­niał - Pur'n'Kleen - co koja­rzyło się z czy­sto­ścią. Zda­wała się być obiet­nicą pra­wo­ści i czy­sto­ści. Jeśli nawet było to nieco komik­sowe, wtedy wcale tak tego nie odbie­rał.

W tam­tych cza­sach Pas był dzi­kim pogra­ni­czem, a ONZ i Mar­sjań­ska Repu­blika Kon­gre­sowa - poli­tycz­nymi bogami Układu Sło­necz­nego izo­lo­wa­nego bar­dziej niż antyczna wyspa pośrodku oce­anu, Pasia­rze zaś byli wyzy­skaną klasą pra­cu­jącą, wal­czącą o to, by miesz­kańcy pla­net wewnętrz­nych choćby zauwa­żyli ich umie­ra­nie.

Teraz ludz­kość roz­pro­szyła się na ponad tysiąc trzy­sta nowych ukła­dów sło­necz­nych i Zie­mia mogła już nawet nie być naj­bar­dziej gościnną dla życia pla­netą. Gdy tylko kilku podob­nie myślą­cych ludzi zdo­łało zebrać dość zaso­bów na zało­że­nie kolo­nii i opłaty za prze­lot przez wrota, mię­dzy gwiaz­dami można było posiać ziarna nowej wspól­noty. Nawet naj­licz­niej zasie­dlone z nowych ukła­dów miały zale­d­wie osiem lub dzie­sięć miast na całej pla­ne­cie. Był to potężny, pro­wa­dzony rów­no­le­gle eks­pe­ry­ment w zakre­sie moż­li­wych form ludz­kich zbio­ro­wisk, szansa na prze­kształ­ce­nie samej istoty kul­tury. A jed­nak w jakiś spo­sób wszystko koń­czyło się bar­dzo zna­jomo.

- Dla­czego uwa­ża­cie, że macie prawo kon­tro­lo­wać han­del mię­dzy samo­rząd­nymi pań­stwami? - zapy­tał gniew­nie guber­na­tor Fre­ehold, Payne Houston. - Jeste­śmy wol­nymi ludźmi, i pomimo tego, co mogą uwa­żać wasi pano­wie na Medy­nie, nie odpo­wia­damy przed wami.

Houston przy­szedł na spo­tka­nie już dość mocno nakrę­cony, a Hol­den nie miał jesz­cze wielu oka­zji do roz­ła­do­wa­nia jego emo­cji i skło­nie­nia do zna­czą­cego, pro­duk­tyw­nego poziomu dys­ku­sji. Zamiast tego obser­wo­wał, słu­chał i pró­bo­wał zde­cy­do­wać, czy złość guber­na­tora powo­do­wana była bar­dziej stra­chem, fru­stra­cją czy nar­cy­zmem. Hol­den dosko­nale rozu­miał strach. Fru­stra­cja też miała sens. Wszyst­kie pla­nety połą­czone pier­ście­niami wrót miały uni­kalne biomy, nie­za­leżne bio­lo­gie i wła­sne, nie­ocze­ki­wane prze­szkody dla kogoś pró­bu­ją­cego wykroić w nich sobie niszę śro­do­wi­skową dla ludzi. Moż­li­wość han­dlu w celu uzy­ska­nia potrzeb­nych towa­rów bar­dzo czę­sto decy­do­wała o róż­nicy mię­dzy życiem a śmier­cią. Każdy, kto uwa­żał, że jest wraz ze swoim ludem arbi­tral­nie nie­do­pusz­czany do potrzeb­nych mu rze­czy, mógł być prze­ra­żony do szpiku kości.

Jed­nak im dłu­żej prze­ma­wiał guber­na­tor, tym bar­dziej Hol­den odno­sił wra­że­nie, że facet jest po pro­stu dup­kiem.

- Fre­ehold to nie­za­leżne i samo­rządne pań­stwo - oświad­czył Houston, ude­rza­jąc w stół otwartą dło­nią. - Będziemy pro­wa­dzić han­del z zain­te­re­so­wa­nymi współ­pracą part­ne­rami i nie będziemy pła­cić daniny paso­ży­tom pań­skiego pokroju. Nie będziemy.

Salę rady urzą­dzono jak salę sądową, Hol­dena i Bob­bie posa­dzono przy niskim sto­liku, a guber­na­tor i jego jede­na­stu człon­ków rządu sie­dzieli wysoko, patrząc na nich w dół niczym sędzio­wie. Stół wyko­nano z zabar­wio­nego na ciemno odpo­wied­nika drewna. Okna umiesz­czone za Housto­nem i jego ludźmi spra­wiały, że wyglą­dali jak ciemne syl­wetki. Pro­jek­to­wa­nie wnętrz jako narzę­dzie poli­tyczne. Pod­kre­ślała to jesz­cze noszona przez wszyst­kich miesz­kań­ców Fre­ehold broń.

Zer­k­nął na Bob­bie. Miała spo­kojny wyraz twa­rzy, ale wzrok prze­no­siła mię­dzy ludźmi patrzą­cymi na nich z góry a straż­ni­kami sto­ją­cymi przy drzwiach. Oce­nia­jąc, kogo powinna powa­lić naj­pierw, jak ich roz­broić, gdzie szu­kać osłony i jak uciec. Bob­bie zaj­mo­wała się takimi rze­czami tak, jak nie­któ­rzy zaj­mo­wali się szy­deł­ko­wa­niem.

- Jest tak. - Hol­den ode­zwał się, gdy Houston nabie­rał powie­trza. - Myśli pan, że przy­le­cia­łem tu z wami nego­cjo­wać. Ale to nie­prawda.

Houston zmarsz­czył brwi.

- Bóg dał wszyst­kim wol­nym ludziom prawo, i nie znie­siemy żad­nych tyra­nów lub kró­lów...

- Rozu­miem źró­dło nie­po­ro­zu­mie­nia - stwier­dził Hol­den gło­śniej­szym, ale wciąż przy­ja­znym gło­sem. - Widzie­li­ście przy­la­tu­jący okręt bojowy. Lecie­li­śmy tu całe tygo­dnie. Uwa­ża­cie, że to coś, gdzie spo­dzie­wamy się mnó­stwa nego­cja­cji, żądań i ustępstw. Opóź­nie­nie świa­tła spra­wi­łoby, że tego typu roz­mowy byłyby bar­dzo nie­zręczne, więc ma sens przy­sła­nie tu kogoś, kto będzie oddy­chał tym samym powie­trzem, prawda? Wy coś powie­cie, my coś powiemy. Żad­nego opóź­nie­nia. Ale sytu­acja wygląda tak, że Zwią­zek Trans­por­towy już zde­cy­do­wał, co się wyda­rzy. Nie jeste­śmy nego­cja­to­rami, nie szu­kamy poko­jo­wego roz­wią­za­nia.

Kobieta sie­dząca po lewej stro­nie Houstona poło­żyła mu dłoń na ręce. Houston odchy­lił się do tyłu. To było cie­kawe. Hol­den zmie­nił pozy­cję, mówiąc w prze­strzeń mię­dzy nimi, by włą­czyć ją w roz­mowę.

- Wszy­scy jeste­śmy tu doro­śli - stwier­dził. - Nie musimy przed sobą uda­wać. Zwią­zek wysłał nas tu oso­bi­ście, bo nie chcą być zmu­szeni do powta­rza­nia tego wciąż na nowo w przy­padku mnó­stwa innych kolo­nii. Chcą się upew­nić, że wszy­scy będą obser­wo­wać tę sytu­ację. A zwłasz­cza wasi przy­ja­ciele i part­ne­rzy han­dlowi na Aube­ro­nie.

- Spek­takl poli­tyczny - z pogardą w gło­sie rzu­cił Houston.

Co było dość zabawne w ustach faceta sie­dzą­cego pół­tora metra wyżej, niż było to wyma­gane.

- Jasne - potwier­dził Hol­den. - W każ­dym razie, jest tak. Wysła­li­ście sta­tek przez wrota bez uzy­ska­nia zgody. Nara­zi­li­ście na nie­bez­pie­czeń­stwo inne jed­nostki korzy­sta­jące z wrót...

Houston sap­nął i pogar­dli­wie mach­nął ręką.

- ...a takie rze­czy wiążą się z kon­se­kwen­cjami - kon­ty­nu­ował Hol­den. - Przy­le­cie­li­śmy wam po pro­stu powie­dzieć, jak one wyglą­dają.

Bob­bie poru­szyła się na krze­śle, obra­ca­jąc się tak, by mieć wolne nogi. Co mogło być przy­pad­kową zmianą pozy­cji, ale wcale nią nie było. Hol­den prze­su­nął dło­nią po bla­cie stołu. Z cze­go­kol­wiek go zro­biono, nie było to drewno, choć mate­riał miał podobną twar­dość i tek­sturę. Houston i człon­ko­wie jego gabi­netu mil­czeli. Sku­pili na Hol­denie całą swoją uwagę.

Musiał się teraz zasta­no­wić, co z tym zro­bić. Postą­pić zgod­nie z instruk­cjami czy tro­chę je nagiąć.

- Sytu­acja może się poto­czyć na dwa spo­soby - powie­dział, nagi­na­jąc rze­czy­wi­stość. - Pierw­szy wygląda tak, że Zwią­zek odcina Fre­ehold dostęp do wrót na trzy lata.

- Jesz­cze nie jeste­śmy samo­wy­star­czalni - ode­zwał się któ­ryś z pozo­sta­łych człon­ków gabi­netu. - Mówi pan o wyroku śmierci na trzy­stu ludzi.

- To decy­zja pod­jęta przez was w chwili, gdy wysła­li­ście przez wrota sta­tek bez auto­ry­za­cji - odciął się Hol­den. - Być może zdo­ła­cie zna­leźć jakiś spo­sób na skró­ce­nie wyroku. Na szyb­sze nakar­mie­nie swo­ich ludzi. Wszystko zależy od was. Jed­nak przez trzy lata każdy sta­tek, który wleci lub wyleci z wrót Fre­ehold, zosta­nie znisz­czony bez ostrze­że­nia. Żad­nych wyjąt­ków. Łącz­ność z wro­tami będzie zagłu­szana. Zosta­nie­cie cał­kiem sami. Alter­na­tywa wygląda tak, że guber­na­tor Houston poleci z nami, sta­nie przed sądem i praw­do­po­dob­nie spę­dzi mnó­stwo czasu w wię­zie­niu.

Houston prych­nął. Przy­brał taki wyraz twa­rzy, jakby wła­śnie ugryzł coś zgni­łego. Pozo­stali ludzie na ławie nie wyra­żali uczuć tak otwar­cie. Fre­ehold to kolo­nia ludzi, któ­rzy potra­fili zacho­wać poke­rowe twa­rze.

- Zapo­mniał pan o trze­ciej opcji - rzu­cił Houston. - Bycie amba­sa­do­rem tyra­nii jest pracą obar­czoną ryzy­kiem, kapi­ta­nie Hol­den. Bar­dzo. Poważ­nym. Ryzy­kiem.

- No dobrze, to prze­liczmy to sobie - odpo­wie­dział Hol­den. - Sie­dzimy tutaj, tam u góry sie­dzi was dwa­na­ścioro, plus czte­rech straż­ni­ków przy drzwiach...

- Sze­ścioro - sko­ry­go­wała Bob­bie.

- Sze­ścioro straż­ni­ków przy drzwiach - popra­wił się Hol­den bez mru­gnię­cia okiem. - Jeśli uwzględ­ni­cie jakieś sto metrów wokół tego budynku, to macie bez­względną prze­wagę liczebną oraz prze­wagę w licz­bie broni. Ale jeśli roz­sze­rzyć pro­mień do pół kilo­me­tra, mam okręt bojowy. Z dział­kami obrony punk­to­wej. I dzia­łem szy­no­wym oraz dwu­dzie­stoma tor­pe­dami. Cho­lera, ma sil­nik Epste­ina, który może smugą wylo­tową zmie­nić całe to osie­dle w szkło, jeśli usta­wimy go pod odpo­wied­nim kątem.

- Czyli siła - rzu­cił Houston, krę­cąc głową. - Podatki zawsze zbie­rane są pod groźbą uży­cia broni.

- Uwa­żam to raczej za argu­ment prze­ciw strze­la­niu do amba­sa­do­rów - odpo­wie­dział Hol­den. - Odda­limy się teraz i wró­cimy na sta­tek. Dwa­na­ście godzin póź­niej wystar­tu­jemy. Jeśli na pokła­dzie znaj­dzie się guber­na­tor Houston, może­cie znowu zacząć usta­lać har­mo­no­gram lotów ze Związ­kiem. Jeśli nie, przy­ślemy tu kogoś za trzy lata.

Hol­den wstał, a Bob­bie ruszyła jego śla­dem tak szybko, że stała na nogach jesz­cze przed nim. Houston nachy­lił się do przodu z lewą ręką na stole, a prawą przy boku, jakby opie­rał go na ręko­je­ści pisto­letu. Zanim guber­na­tor zdą­żył coś powie­dzieć, Hol­den ruszył w stronę drzwi. Straż­nicy przy­glą­dali się, jak idzie w ich stronę, spo­glą­da­jąc na niego, potem na Bob­bie i Houstona. Na skraju widze­nia Hol­dena Bob­bie osia­dła tro­chę głę­biej na nogach, opusz­cza­jąc nieco śro­dek cięż­ko­ści. Nuciła coś cicho, ale nie potra­fił wychwy­cić melo­dii.

Gdy doszli do drzwi, straż­nicy roz­stą­pili się i Hol­den znowu zaczął oddy­chać. Krótki kory­tarz do przed­sionka, potem na ulicę z ubi­tej ziemi. Idąc, wycią­gnął z kie­szeni swój ręczny ter­mi­nal. Aleks ode­brał połą­cze­nie natych­miast po wywo­ła­niu.

- Jak to wygląda u was? - zapy­tał Aleks.

- Wła­śnie wra­camy - odpo­wie­dział Hol­den. - Dopil­nuj, by śluza była otwarta, kiedy tam dotrzemy.

- Idzie­cie pod ostrza­łem? - zapy­tał Aleks.

- Może - stwier­dził Hol­den.

- Potwier­dzam. Roz­łożę dywan na powi­ta­nie i roz­grzeję działka.

- Dzię­kuję - rzu­cił Hol­den i się roz­łą­czył.

- Naprawdę myślisz, że będą na tyle głupi, by tego spró­bo­wać? - zapy­tała Bob­bie.

- Nie chcę uza­leż­niać swo­jego życia od inte­li­gen­cji innych ludzi - sko­men­to­wał Hol­den.

- Głos doświad­cze­nia?

- Kilka razy już się nacią­łem.

Fre­ehold było zarówno nazwą mia­sta, jak i pla­nety i układu sło­necz­nego. Hol­den nie wie­dział, która z nich poja­wiła się jako pierw­sza. Mia­steczko osia­dło w doli­nie mię­dzy dwoma pasmami gór­skimi. Łagodny wiatr pach­niał lekko octem i miętą, które były pro­duk­tami bio­che­mii wyko­rzy­sty­wa­nej przez miej­scową bios­ferę do pod­trzy­my­wa­nia życia.

Świa­tło słońca było nieco bar­dziej czer­wone, niż Hol­den się spo­dzie­wał, przez co cie­nie były bar­dziej nie­bie­skie i spra­wiały wra­że­nie nie­ustan­nego zmierz­chu. Albo świtu. W górze prze­le­ciało stado miej­sco­wych odpo­wied­ni­ków pta­ków, leciały klu­czem i har­mo­nij­nie brzę­czały prze­zro­czy­stymi skrzy­dłami. Na swój spo­sób pla­neta była piękna. Cią­że­nie wyno­siło nieco mniej niż pół g - wię­cej niż na Mar­sie, mniej niż na Ziemi - a prze­chy­le­nie osi pla­nety i jej obroty skła­dały się na zale­d­wie osiem godzin dnia i nieco ponad dzie­więć nocy. Dwa pomniej­sze księ­życe były nie­ru­chome wzglę­dem dużego, o masie pra­wie jed­nej trze­ciej pla­nety. Duży księ­życ miał nawet rzadką atmos­ferę, ale nic tam nie żyło. Przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz. Jeśli Fre­ehold prze­trwa kilka poko­leń, ktoś w końcu praw­do­po­dob­nie umie­ści i tam małe osie­dle, choćby tylko po to, żeby uciec przed miej­sco­wymi. Zda­wało się to uni­wer­sal­nym sche­ma­tem postę­po­wa­nia ludz­ko­ści - się­gnąć w nie­znane, a potem zmie­nić je w to, od czego się ucie­kło. Zda­niem Hol­dena par­cie ludz­ko­ści do gwiazd kie­ro­wane było może w jed­nej czę­ści gło­dem przy­gód i eks­plo­ra­cji, ale w dwóch czę­ściach pra­gnie­niem ucieczki od sie­bie nawza­jem.

Widok Rosy­nanta spo­czy­wa­ją­cego na brzu­chu zawsze był dziwny. Sta­tek zapro­jek­to­wano tak, by lądo­wał w ten spo­sób w przy­padku zej­ścia do studni gra­wi­ta­cyj­nej. Nie szko­dziło mu to, po pro­stu wyglą­dało nie­wła­ści­wie. Działka obrony punk­to­wej ster­czące z boków poru­szyły się, gdy się zbli­żył, nie­spo­kojne i aktywne. Śluza zało­gowa była otwarta, dra­binka się­gała ziemi. Amos sie­dział na brzegu otwar­tych drzwi śluzy ze zwie­szo­nymi nogami, na udach trzy­mał strzelbę. Hol­den zdzi­wił się nieco, że nie towa­rzy­szy mu Cla­rissa. Bob­bie zama­chała, gdy się zbli­żyli, a Amos uniósł dłoń w odpo­wie­dzi, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc wzroku ze ścieżki za nimi.

Hol­den wszedł do góry pierw­szy, potem odwró­cił się i sta­nął mię­dzy dra­biną a Amo­sem, gdy Bob­bie wspi­nała się za nim. Dalej od strony mia­sta stała grupka czte­rech osób, nie zbli­żali się, ale ewi­dent­nie ich obser­wo­wali. Z tej odle­gło­ści Hol­den nie był pewien, czy brali udział w spo­tka­niu, czy byli kimś nowym. Bob­bie wci­snęła coś na panelu i dra­bina zło­żyła się do wnę­trza statku.

- Jak poszło? - zapy­tał Amos, dźwi­ga­jąc się na nogi i cofa­jąc od zewnętrz­nych drzwi.

Bob­bie włą­czyła cykl, zamy­ka­jąc je, i pod­nio­sła głos, by być dobrze sły­szaną w szu­mie sil­ni­ków.

- Wró­ci­li­śmy bez wymiany ognia, co uznaję za wygraną.

Otwo­rzyły się wewnętrzne drzwi i Amos scho­wał strzelbę w szafce, która przy ich nie­ty­po­wej orien­ta­cji wyglą­dała bar­dziej na szu­fladę. Hol­den skie­ro­wał się na pokład dowo­dze­nia, masze­ru­jąc po ścia­nie. Mostek powi­nien być w górze, ale chwi­lowo znaj­do­wał się po lewej.

- Będę zado­wo­lony, kiedy się stąd wynie­siemy - rzu­cił.

Amos uśmiech­nął się w spo­sób rów­nie życz­liwy i pusty jak zawsze, a potem powę­dro­wał za nim. Naomi i Aleks sie­dzieli w swo­ich pry­czach prze­cią­że­nio­wych, gra­jąc w zło­żoną grę symu­la­cji wojen­nej, którą zaj­mo­wali się od ostat­nich kilku lat. Hol­den poczuł się pew­niej, widząc na obu ekra­nach okna z obra­zem zewnętrz­nych kamer wyświe­tla­ją­cych ścieżkę do mia­steczka. Cokol­wiek innego robili, by zabić czas, wszy­scy czuj­nie przy­glą­dali się mia­stu. Tak na wszelki wypa­dek.

- Cześć, kapi­ta­nie - rzu­cił Aleks z akcen­tem nieco sil­niej­szym niż zwy­kle. - Jeste­śmy gotowi do pio­ni­za­cji i zabra­nia się stąd w dia­bły?

- Pocze­kamy dwa­na­ście godzin - odpo­wie­dział Hol­den, sia­da­jąc na pry­czy.

Zawie­sze­nie się nie poru­szyło. Stałe cią­że­nie pla­nety ozna­czało, że wszyst­kie pry­cze zostały zablo­ko­wane w miej­scu, a sta­cje robo­cze obró­cone do wła­ści­wej orien­ta­cji. Naomi wykrę­ciła się, by na niego spoj­rzeć.

- Dwa­na­ście godzin? Na co?

- Może nieco zmie­ni­łem warunki kon­traktu - przy­znał. - Powie­dzia­łem, że jeśli odda­dzą nam guber­na­tora do osą­dze­nia, nie doj­dzie do kwa­ran­tanny.

Naomi unio­sła brew.

- Czy Zwią­zek o tym wie?

- Uzna­łem, że prze­ślę im wia­do­mość, kiedy już tu wrócę.

- Sądzisz, że Drum­mer się z tym pogo­dzi?

- Z tym, że kapi­tan zmie­nia zasady? - Amos powie­dział, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Jeśli o mnie cho­dzi, to nic nowego. Jeśli nie zosta­wiła mu tro­chę swo­body, to jej błąd.

- Nie zamie­rzam pozwo­lić, by cała kolo­nia cier­piała z powodu tego, co zro­biło kilku przy­wód­ców - rzu­cił Hol­den. - To kara zbio­rowa, a dobrzy ludzie nie powinni się zaj­mo­wać czymś takim.

- A przy­naj­mniej nie bez dwu­na­stu godzin ostrze­że­nia? - zapy­tała Naomi.

Hol­den wzru­szył ramio­nami.

- Tyle mają czasu na doko­na­nie wyboru. Jeśli będą mieli szansę postą­pie­nia ina­czej i zre­zy­gnują z tego, poczuję się tro­chę lepiej, odci­na­jąc ich od zaopa­trze­nia. Przy­naj­mniej będę wie­dział, że pró­bo­wa­li­śmy.

- "Tro­chę lepiej" ozna­cza w tym wypadku "nie cał­kiem prze­żarty poczu­ciem winy".

- Nie cał­kiem - zgo­dził się Hol­den, kła­dąc się. Żel był przy­jem­nie chłodny pod głową i bar­kami. - Wciąż nie podoba mi się ta cała sprawa z odci­na­niem ludzi od potrzeb­nego im zaopa­trze­nia.

- Powi­nie­neś był się zgo­dzić na kie­ro­wa­nie Związ­kiem, gdy mia­łeś taką moż­li­wość - rzu­cił Aleks. - Wtedy mógł­byś tym pokie­ro­wać, jak tylko byś chciał.

- A przy­naj­mniej miło byłoby tak myśleć - odparł Hol­den.

***

Dwa­na­ście godzin. Na Fre­ehold zna­czyło to noc i część dnia. I nie dość czasu, by wia­do­mość wysłana z Rosa na Medynę do biura Związku Trans­por­to­wego zdą­żyła docze­kać się odpo­wie­dzi. Jeśli Drum­mer się obrazi i zapro­te­stuje, będą już lecieć do Medyny, zanim poznają jej reak­cję. Gdyby mógł, dałby miesz­kań­com Fre­ehold wię­cej czasu na prze­my­śle­nie sprawy, ale pręd­kość świa­tła była nie­zmienna.

Na tym pole­gała iro­nia gróźb przy posia­da­niu masy. Wia­do­mo­ści i głosy, kul­tura i kon­wer­sa­cje mogły roz­prze­strze­niać się nie­po­rów­ny­wal­nie szyb­ciej niż nawet naj­szyb­sze statki. W naj­lep­szym przy­padku nada­wało to znacz­nie więk­szej wagi per­swa­zji i argu­men­ta­cji. Prze­ka­zy­wa­nie idei mię­dzy pla­ne­tami było łatwe, prze­miesz­cza­nie obiek­tów trudne. Ale ozna­czało to także, że kto­kol­wiek znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie, musiał słu­chać i być gotów dać się prze­ko­nać. We wszyst­kich innych przy­pad­kach pozo­sta­wały okręty i groźby, jak zawsze.

Hol­den spał, gdy w końcu dotarła odpo­wiedź.

- Obudź się - rzu­ciła Naomi. - Mamy gości.

Prze­tarł oczy, opu­ścił nogi na ścianę będącą teraz pod­łogą, prze­cze­sał włosy dło­nią i popa­trzył roze­spa­nym wzro­kiem na ekran. Przed stat­kiem stała spora grupa ludzi. Roz­po­znał kilka twa­rzy ze spo­tka­nia z radą. A pośrodku grupy stała cera­miczna taczka, na któ­rej leżał zwią­zany w bale­ron guber­na­tor Houston. Ulga, która prze­lała się przez ciało Hol­dena, była tylko tro­chę ogra­ni­czona per­spek­tywą spę­dze­nia mie­sięcy z cią­giem ze zhań­bio­nym guber­na­torem na pokła­dzie.

Otwo­rzył połą­cze­nie.

- Mówi kapi­tan Hol­den z Rosy­nanta. Jedną chwilę, zaraz wyj­dziemy.

- Uwa­żaj - przy­po­mniała Naomi. - Fakt, że to na coś wygląda, nie musi ozna­czać, że tak naprawdę jest nie czymś innym.

- Racja - przy­znał i połą­czył się z most­kiem. - Aleks? Jesteś tam?

- Śpi - odpo­wie­działa Cla­rissa. - Akty­wo­wa­łam działka obrony punk­to­wej, a Amos i Bob­bie już idą do śluzy. Jeśli to pułapka, będzie bar­dzo nie­udana.

- Dzię­kuję - odpo­wie­dział Hol­den, rusza­jąc w stronę śluzy wzdłuż ściany szybu windy. Nie­mal od razu usły­szał prze­mie­szane echa gło­sów Bob­bie i Amosa.

- Daj znak, jeśli będziesz chciał, żebym zro­biła coś wię­cej, niż tylko obser­wo­wała.

Po otwar­ciu śluzy i opusz­cze­niu dra­binki Hol­den zszedł jako pierw­szy. W jego stronę z grupy ludzi wystą­piła kobieta o ostrych rysach twa­rzy i gęstych, czar­nych wło­sach prze­pla­ta­nych siwi­zną, zebra­nych w kucyk.

- Kapi­ta­nie Hol­den - ode­zwała się. - Jestem Sem­ple Marks, tym­cza­sowa guber­na­tor. Przy­szli­śmy tu speł­nić żąda­nia pań­skiego rządu.

- Dzię­kuję - odpo­wie­dział Hol­den, pod­czas gdy za jego ple­cami po dra­bi­nie zsu­wała się Bob­bie.

Amos zszedł chwilę póź­niej, z brzę­kiem obi­ja­jąc strzelbą o dra­binkę.

- Zgła­szamy w Związku for­malną skargę na to naru­sze­nie naszej suwe­ren­no­ści - dodała Marks. - Ta sprawa powinna zostać roz­strzy­gnięta wewnętrz­nie na Fre­ehold.

- Nie będę się wtrą­cał w roz­mowy ze Związ­kiem - stwier­dził Hol­den. - Dzię­kuję, że zgo­dzi­li­ście się ugiąć w tej spra­wie. Bar­dzo nie chcia­łem wymu­szać kwa­ran­tanny waszego układu.

Oczy Marks mówiły "myślę, że chcia­łeś", ale nie powie­działa tego na głos. Bob­bie pomo­gła więź­niowi wstać. Twarz miał szarą w miej­scach, gdzie nie była czer­wona. Chwiał się na nogach.

- Hej - rzu­cił Amos.

Chwilę póź­niej Houston sku­pił na nim wzrok. Amos przy­jaź­nie kiw­nął głową.

- Jestem Amos. To Bob­bie. Robi­li­śmy już takie rze­czy, więc mamy pewne zasady doty­czące tego, jak będzie wyglą­dać sytu­acja. Lepiej słu­chaj bar­dzo uważ­nie...

Rozdział piąty

Drum­mer

Drum­mer nie chciała być przy­tomna, ale była. Pry­czę zro­biono dla dwojga, dla niej i Saby. Ramę z żelem prze­cią­że­nio­wym zapro­jek­to­wano tak, by zapew­nić im moż­li­wość spa­nia w swo­ich obję­ciach, gdy Dom Ludu, naj­więk­sze z próż­nio­wych miast, wiro­wał lub leciał z małym cią­giem, lub roz­dzie­lić ich, gdyby pod­czas snu poja­wiła się koniecz­ność uży­cia dużego ciągu. Ostroż­nie balan­su­jąc, tak by poru­sze­nia pry­czy nie obu­dziły Saby, spraw­dziła odczyt kon­soli na ścia­nie naj­bli­żej jej strony łóżka. Miała jesz­cze dwie godziny do chwili, gdy będzie musiała wstać. Za mało czasu na pełny cykl snu, za dużo, by go zigno­ro­wać. Można było argu­men­to­wać, że jest naj­po­tęż­niej­szą kobietą pośród tysiąca trzy­stu pla­net, ale to nie poma­gało w radze­niu sobie z bez­sen­no­ścią.

Saba poru­szył się we śnie i wymam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego. Drum­mer poło­żyła dłoń na jego ple­cach, głasz­cząc go po dol­nej czę­ści krę­go­słupa, nie­pewna, czy chce go uspo­koić, czy obu­dzić. Wybrał to pierw­sze, ukła­da­jąc się wygod­niej w żelu tak, jak zwie­rzęta robiły to w gniaz­dach na długo przed tym, zanim ludz­kość była czymś wię­cej niż cho­mi­kiem z ambi­cjami, pró­bu­ją­cym uni­kać dino­zau­rów.

Uśmiech­nęła się w ciem­no­ści i spró­bo­wała nie poczuć roz­cza­ro­wa­nia. Musiała się wysi­kać, ale jeśli teraz wsta­nie, to z pew­no­ścią obu­dzi Sabę i będzie miała wyrzuty sumie­nia. Mogła zamiast tego tro­chę pocier­pieć. Dom Ludu mam­ro­tał wokół niej, jakby cie­szył się z jej powrotu.

Na pewne spo­soby nie miała już swo­jego domu, nie od chwili przy­ję­cia sta­no­wi­ska pre­zes. Miała kwa­terę na Medy­nie bli­sko pozio­mów admi­ni­stra­cyj­nych. Kajutę kapi­tań­ską na statku Saby, Malac­lypse. Zanim została przy­wód­czy­nią Związku Trans­por­to­wego, były w zupeł­no­ści wystar­cza­jące. Teraz miała dla sie­bie wię­cej prze­strzeni, niż kie­dy­kol­wiek zoba­czy. Jak pałac podzie­lony i roz­rzu­cony na nie­zli­czone lata świetlne. Sta­cja Medyna, Gani­me­des, Ceres, Pal­las, Japet, Europa. Van­der­po­ele, będący do jej dys­po­zy­cji, jak długo zaj­mo­wała sta­no­wi­sko. Na STL-5 znaj­do­wały się kwa­tery wydzie­lone spe­cjal­nie dla niej, podob­nie jak na wszyst­kich budo­wa­nych sta­cjach trans­fe­ro­wych. Ist­niały też próż­niowe mia­sta, które sta­no­wiły rdzeń domi­nium Pasia­rzy: Nie­pod­le­głość, Straż­nik Przej­ścia i Dom Ludu.

W spo­czynku cen­tralny rdzeń Domu Ludu pozo­sta­wał w nie­waż­ko­ści: sie­dem­dzie­siąt pokła­dów peł­nych infra­struk­tury i wypo­sa­że­nia, niczym pele­ryną oto­czo­nych sek­cją cylin­dra. Dok na jed­nym końcu, sil­nik na dru­gim. Pola magne­tyczne potęż­niej­sze niż te sto­so­wane do napędu pocią­gów magne­tycz­nych utrzy­my­wały sepa­ra­cję mię­dzy rdze­niem a cylin­drem i kory­go­wały ruch przy roz­krę­ca­niu cylin­dra, dzięki czemu rdzeń pozo­sta­wał bez ruchu przy prze­łą­cze­niu z cią­że­nia ciągu na obroty. Pomiesz­cze­nia i kory­ta­rze cylin­dra zapro­jek­to­wano z uwzględ­nie­niem obrotu, z pod­ło­gami pro­sto­pa­dłymi do kie­runku ciągu przy włą­czo­nym sil­niku i zwró­co­nymi ku gwiaz­dom przy sta­łej jed­nej dzie­sią­tej g, gdy tkwili w miej­scu. Dość, by wyzna­czyć stały kie­ru­nek góry i dołu, ale zacho­wu­jąc cią­że­nie na tyle nie­duże, by mogli w nim prze­by­wać nawet naj­bar­dziej dosto­so­wani do nie­waż­ko­ści. Nie był to sta­tek, a mia­sto, które ni­gdy nie zaznało studni gra­wi­ta­cyj­nej.

Saba ziew­nął i prze­cią­gnął się, mając wciąż zamknięte oczy. Drum­mer prze­su­nęła dło­nią po jego ster­czą­cych jak szczotka wło­sach, tym razem z nieco więk­szą ener­gią. Otwo­rzył oczy, a potem na jego ustach na chwilę poja­wił się szel­mow­ski uśmie­szek.

- Nie śpisz? - zapy­tała, pró­bu­jąc zacho­wać ciszę, choć tak naprawdę pra­gnęła usły­szeć potwier­dze­nie.

- Tak.

- Bogu dzięki - rzu­ciła i wstała z pry­czy, kie­ru­jąc się do ubi­ka­cji.

Kiedy wró­ciła, Saba stał nagi przy małym auto­ma­cie do her­baty, prze­zna­czo­nym do wyłącz­nego użytku pre­zes. Saba był z nią już pra­wie od dzie­się­ciu lat i choć lek­kie zaokrą­gle­nie brzu­cha i twa­rzy zdra­dzało tro­chę jego wiek, wciąż był bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną. Cza­sami, widząc go w ten spo­sób, zasta­na­wiała się, czy także sta­rzeje się rów­nie wdzięcz­nie. Miała taką nadzieję, a jeśli nie, to cho­ciaż, że tego nie zauwa­żał.

- Kolejny piękny pora­nek w kory­ta­rzach wła­dzy, co? - ode­zwał się.

- Spra­woz­da­nia budże­towe rano, umowy han­dlowe po połu­dniu. Oraz Car­rie Fisk i jej pie­przone Sto­wa­rzy­sze­nie Świa­tów.

- A także ryba w pią­tek - dodał, odwra­ca­jąc się i poda­jąc jej bańkę gorą­cej her­baty. Bio­rąc pod uwagę, jak mało czasu Dom Ludu spę­dzał w nie­waż­ko­ści, rów­nie dobrze mogła sobie spra­wić ziem­skie kubki. Ale ni­gdy tego nie zrobi. - Czym jest Sto­wa­rzy­sze­nie Świa­tów?

- To dobre pyta­nie, prawda? - odpo­wie­działa Drum­mer. - W tej chwili to kil­ka­dzie­siąt kolo­nii, które uwa­żają, że będę ich słu­chać uważ­niej, jeśli zaczną prze­ma­wiać wspól­nym gło­sem.

- Mają rację?

Przy­go­to­wał kolejną bańkę dla sie­bie i oparł się o ścianę. Miał dziw­nie sku­piony spo­sób słu­cha­nia, co czy­niło go atrak­cyj­nym jesz­cze bar­dziej niż jego oczy. Drum­mer usia­dła na pry­czy i skrzy­wiła się, na nic kon­kret­nego i na wszystko na raz.

- Tak - przy­znała po chwili.

- I przez to ich nie lubisz?

- Nie czuję do nich nie­chęci - stwier­dziła i napiła się her­baty. Była zie­lona, sło­dzona mio­dem i wciąż tro­chę za gorąca. - W takiej czy innej postaci ist­nieją od czasu Sanj­ra­niego. Do tej pory wszystko spro­wa­dzało się do ubra­nych w ostre słowa komu­ni­ka­tów pra­so­wych i dekla­ra­cji poli­tycz­nych.

- A teraz?

- Ubrane w ostre słowa komu­ni­katy pra­sowe, dekla­ra­cje poli­tyczne i oka­zjo­nalne spo­tka­nia - odparła. - Ale to już coś zna­czy. Wcze­śniej nie musia­łam robić dla nich miej­sca w swoim har­mo­no­gra­mie, a teraz wygląda na to, że muszę.

- Co z Fre­ehold?

- Więk­szym pro­ble­mem jest Aube­ron - stwier­dziła. - Mówi się, że robią postępy w pra­cach nad uni­wer­sal­nym gene­ra­to­rem krzy­żo­wym poli­pep­ty­dów.

- A co to będzie, kiedy już powsta­nie?

Był to mecha­nizm, do któ­rego z jed­nej strony wle­wało się dowolne tok­syczne, bez­sen­sowne zupy z bios­fer powsta­łych na róż­no­rod­nych pla­ne­tach, a z dru­giej strony dosta­wało się coś, co nada­wało się do jedze­nia przez ludzi. A to zna­czyło, że w ciągu naj­bliż­szych dzie­się­ciu lub pięt­na­stu lat skoń­czy się fak­tyczny mono­pol Sol na glebę i sub­straty rol­ni­cze. Ozna­czało także, że Aube­ron sta­nie się nową super­po­tęgą pośród roz­pro­szo­nych ście­żek ludz­kiej dia­spory, o ile Zie­mia i Mars nie posta­no­wią prze­rzu­cić floty przez wrota, by roz­po­cząć pierw­szą wojnę mię­dzy­gwiezdną.

Oczy­wi­ście, wszystko to przy zało­że­niu, że prze­łom nie był tylko szum­nymi zapo­wie­dziami i sztucz­kami, czego nie dało się wyklu­czyć. Podobno każdy wielki kraj powstał dzięki klin­gom i kłam­stwom.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki