Prolog
Cortazár
Minęło prawie trzydzieści lat, od kiedy Paolo Cortazár przeleciał przez
wrota Lakonii ze zbuntowaną flotą. Wystarczająco dużo czasu, by zbudować
namiastkę cywilizacji, miasto, stworzyć kulturę. Wystarczająco dużo
czasu, by mógł potwierdzić, że obcy inżynierowie zaprojektowali
protomolekuły jako budowniczych mostów. Rozrzucili je pośród gwiazd jak
nasiona, by wchłaniały napotkane życie organiczne i tworzyły pierścienie
wrót do kieszonkowego wszechświata, ogniwa między światami. Do czasu ich
śmierci powolna strefa z jej pierścieniami była centralnym punktem
imperium, wykraczającym poza ramy ludzkiego pojmowania rzeczywistości.
Teraz znowu tak będzie. Drobny mechanizm, który budował mosty wychodzące
poza lokalność, zmienił wszystko dla całej ludzkości.
Choć Paola w zasadzie nie obchodziła cała ludzkość. Dla niego fakt
istnienia protomolekuły i udostępnianych przez nią technologii był
wszechogarniający. Zmieniał nie tylko kształt otaczającego go
wszechświata, lecz także wpłynął na jego życie osobiste i zawodowe. Na
dziesięciolecia stał się jego jedyną obsesją. Podczas kłótni, która
zakończyła ich związek, jego ostatni chłopak oskarżył go, że wręcz
kocha protomolekułę.
W zasadzie Paolo nie mógł temu zaprzeczyć. Minęło tyle czasu, od kiedy
czuł coś zbliżonego do miłości względem innego człowieka, że stracił już
kontekst do oceny tego, co można zakwalifikować jako miłość. Studiowanie
protomolekuły i niezliczonych, wywodzących się z niej działów wiedzy
naukowej pochłaniało większość jego czasu i uwagi. Zrozumienie sposobów,
w jakie oddziaływała na inne artefakty i technologie obcych, było
zadaniem na pokolenia. Nie przepraszał za swoje zaangażowanie. Maleńka,
cudowna drobina tak pełna ukrytych informacji była niczym nieustannie
rozkwitający pączek. Była piękna w sposób, w jaki nie mogło być piękne
nic innego. Jego kochanek nie potrafił tego zaakceptować i w końcu,
patrząc na to z perspektywy czasu, rozpad ich związku był nieunikniony.
Paolo tęsknił za nim w dość abstrakcyjny sposób. Tak jak mógłby tęsknić
za parą wygodnych butów.
Jego czas i uwagę pochłaniało tyle cudownych spraw.
Na ekranie przed nim koronka węglowa rozrastała się i rozwijała w złożone, przeplatane wzory. We właściwych warunkach środowiskowych i odpowiednim ośrodku wzrostu protomolekuła domyślnie tworzyła właśnie
takie struktury przestrzenne. Utworzony w ten sposób materiał był
lżejszy niż taka sama objętość włókien węglowych i miał większą
wytrzymałość na rozciąganie niż grafen. Komisja technologii Lakońskiej
Rady Wojskowej poprosiła go o zbadanie możliwości wykorzystania
materiału w pancerzach piechoty. Co było wyzwaniem inżynieryjnym ze
względu na fakt, że siatka miała skłonność do trwałego wiązania się z ludzką skórą. Ale to w niczym nie ujmowało jej urody.
Paolo zmodyfikował czułość wiązki elektronowej i nachylił się do
monitora, przyglądając się, jak protomolekuła wychwytuje wolne atomy
węgla i sprawnie wplata je w siatkę, jakby była dzieckiem skupionym na
zabawie.
- Doktorze Cortazár - zabrzmiał głos.
Paolo odpowiedział burknięciem i machnięciem ręki znaczącym we
wszystkich językach "idź sobie, jestem zajęty".
- Doktorze Cortazár - nie ustępował głos za plecami.
Paolo oderwał wzrok od ekranu i odwrócił się. Zobaczył osobę o niezidentyfikowanej płci, bardzo jasnej cerze, ubraną w fartuch
laboratoryjny, trzymającą duży terminal ręczny. Spróbował przypomnieć
sobie imię postaci. Caton? Canton? Cantor? Jakoś tak. Jeden z licznych
techników laboratoryjnych. O ile Paolo pamiętał, nawet dość kompetentny,
ale ośmielił mu się przeszkodzić, więc będzie musiał wyciągnąć
konsekwencje. Nerwowy wyraz twarzy osoby imieniem Caton/Cantor/Canton
sugerował, że zdaje sobie sprawę z tego faktu.
- Dyrektor poprosił mnie o przypomnienie panu - wyjaśnił, zanim Paolo
zdążył się odezwać - że ma pan zaplanowane spotkanie. Z - głos technika
przycichł prawie do szeptu - nim. Z Nim.
Technik nie miał (czy też nie miała) na myśli dyrektora. Był tylko jeden
On.
Paolo wyłączył ekran i upewnił się, że system monitorowania wszystko
rejestruje, a potem wstał.
- Tak, oczywiście - potwierdził. A potem, ponieważ ostatnio się starał,
dodał: - Dziękuję. Cantor?
- Caton - odpowiedział technik z widoczną ulgą.
- Oczywiście. Przekaż dyrektorowi, że już idę.
- Mam panu towarzyszyć, doktorze - wyjawił Caton, stukając w ekran
terminala ręcznego, jakby był to element jakiejś listy.
- Oczywiście. - Paolo zdjął z wieszaka przy drzwiach swój fartuch i wyszedł.
Laboratorium bioinżynerii i nanoinformatyki Uniwersytetu Lakonii było
największą placówką badawczą na planecie. Możliwe, że największą w całej
przestrzeni zajmowanej przez ludzkość. Kampus uniwersytecki rozciągał
się na powierzchni prawie czterdziestu hektarów na przedmieściach
stolicy Lakonii, a jego laboratorium obejmowało prawie ćwierć tego
terenu. Jak wszystko na planecie, było o rzędy wielkości większe niż
było to potrzebne dla zajmujących je obecnie ludzi. Zbudowano je z myślą
o przyszłości. Dla tych wszystkich, którzy przyjdą później.
Paolo maszerował energicznie po żwirowej ścieżce, po drodze sprawdzając
odczyty z ekranu na przedramieniu. Caton biegł za nim truchcikiem.
- Doktorze - odezwał się technik, wskazując w przeciwną stronę -
przygotowałem dla pana wózek. Jest na parkingu C.
- Przyprowadź go pod Stodołę. Muszę tam jeszcze coś zrobić.
Caton wahał się chwilę, zawieszony między bezpośrednim rozkazem wydanym
przez Paola a odpowiedzialnością bycia jego opiekunem.
- Tak, doktorze - odpowiedział w końcu i pobiegł w przeciwną stronę.
Idąc, Paolo przejrzał listę swoich zadań na dzisiaj, by się upewnić, że
nie zapomniał o niczym, a potem zsunął rękaw w dół, zasłaniając monitor,
i spojrzał w górę. Dzień był bardzo ładny. Nad jego głową rozciągało się
jasnobłękitne niebo z nielicznymi kłębkami białych chmur. Dało się
zobaczyć olbrzymią kratownicę orbitalnej platformy konstrukcyjnej, z mnóstwem długich ramion i pustej przestrzeni pomiędzy nimi, podobnej do
unoszącego się w kosmosie gigantycznego oligonukleotydu.
Łagodny wiatr niósł delikatną woń spalonego plastiku, związaną z uwalnianiem przez miejscowy odpowiednik grzybów tego, co uchodziło tu za
zarodniki. Bryza pochylała długie łodygi psich gwizdków rosnących wzdłuż
ścieżki. Trzymające się roślin świntuchy - zajmujące z grubsza tę samą
niszę ekologiczną, co świerszcze, wykazujące nawet kilka podobieństw
morfologicznych - syczały na niego, gdy za bardzo się do nich zbliżał.
Nie miał pojęcia, dlaczego zielsko nazwano psimi gwizdkami. Według niego
wyglądały bardziej jak bazie. Jeszcze mniej sensu miało nazywanie
świntuchem odpowiednika owada, który wyglądał jak świerszcz o czterech
kończynach. Wydawało się, że proces nadawania nazw miejscowej florze i faunie nie opiera się na żadnych podstawach naukowych. Ludzie po prostu
przypisywali różne nazwy do poszczególnych rzeczy i w końcu wyrabiał się
konsensus. Bardzo go to irytowało.
Stodoła różniła się od pozostałych budynków laboratorium. Polecił, aby
jej ściany wzniesiono z jednolitych płyt wytrzymałego pancerza,
zespawanych hermetycznie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, co
nadawało jej wygląd ciemnej, metalicznej kostki o boku dwudziestu pięciu
metrów. Przed jedynym wejściem do budynku stało na straży czterech
żołnierzy w lekkich pancerzach i z bronią automatyczną.
- Doktorze Cortazár - przywitał go jeden z nich, wyciągając rękę w uniwersalnym geście "zatrzymaj się".
Paolo wyciągnął spod koszuli identyfikator na smyczy i podał
strażnikowi, który włożył go do czytnika. Następnie dotknął czujnikiem
skóry na nadgarstku Paola.
- Miły dzień - odezwał się uprzejmie strażnik, gdy urządzenie dokonywało
porównania identyfikatora Paola z pomiarami fizycznymi oraz jego
unikalnym zestawem białek.
- Uroczy - zgodził się Paolo.
Urządzenie dźwiękowo potwierdziło, że Paolo Cortazár faktycznie jest
osobą z identyfiaktora: prezesem Uniwersytetu Lakonii i kierownikiem
laboratorium badań egzobiologicznych. Strażnicy znali go, ale rytuał był
ważny z wielu powodów. Drzwi się rozsunęły i wojskowi rozstąpili się na
boki.
- Miłego dnia, doktorze.
- Wzajemnie - odpowiedział Paolo, wchodząc do śluzy bezpieczeństwa.
Jedna ze ścian zasyczała, uderzając w niego powietrzem z dziesiątków
dysz. Czujniki na przeciwległej ścianie szukały obecności materiałów
wybuchowych i zakaźnych. A może nawet złych zamiarów.
Po chwili syk ustał i otworzyły się wewnętrzne drzwi śluzy. Dopiero
wtedy Paolo usłyszał jęki.
Stodoła, nazywana tak przez wszystkich pomimo braku oficjalnej nazwy w jakiejkolwiek dokumentacji, nie bez powodu była budynkiem o drugich
najlepszych zabezpieczeniach na Lakonii. Tu właśnie Paolo trzymał swoje
mleczne stado.
Nazwa narodziła się podczas wczesnej kłótni z jego byłym kochankiem.
Miała to być obelga, ale okazała się zgrabną analogią. Wewnątrz Stodoły
resztę swojej egzystencji przeżywali ludzie i zwierzęta, wszyscy celowo
zakażeni protomolekułą. Gdy nanotechnologia obcych przejmowała ich
komórki i zaczynała się namnażać, personel Paola mógł spuszczać płyny z ich ciał i odfiltrowywać krytyczne cząstki z macierzy tkankowej. Po
zużyciu ciał wszelkie pozostałe płyny można było spalić bez utraty
czegoś cennego. Znajdowały się tu dwadzieścia cztery zagrody, ale
obecnie zajętych było tylko siedem. Kiedyś, gdy zwiększy się liczba
ludności, łatwiej będzie o obiekty laboratoryjne.
Wielkie dzieła Lakonii opierały się na komunikacji z bazą
technologiczną, którą pozostawiła po sobie dawno wymarła cywilizacja.
Protomolekuły nie zaprojektowano jako uniwersalnego interfejsu
sterowania, ale technologia obcych miała w sobie modułowość, która
pozwalała jej funkcjonować w sposób często wystarczający do wymaganych
zadań. Paolo odpowiadał za dostarczanie wymaganych aktywnych próbek.
Między innymi za to.
Po drodze do swojego biura, które znajdowało się na tyłach budynku,
zatrzymał się na pomoście nad jedną z zagród. Wewnątrz ciasnej,
ograniczonej metalowymi ścianami przestrzeni kręciło się sześć osób we
wczesnych stadiach zakażenia. Wciąż znajdowali się w fazie
pseudogorączki krwotocznej, którą technicy nazywali rzygaczami. Nie
potrafili niczego poza poruszaniem się chwiejnym krokiem i okazjonalnymi
atakami gwałtownych wymiotów. Protomolekuła tak właśnie pilnowała
szybkiego rozprzestrzeniania się zakażenia. Po usunięciu ciał z tego
miejsca każdy centymetr metalowych ścian i podłogi zostanie wypalony, by
zniszczyć wszelkie pozostałości biologiczne.
W dotychczasowej historii laboratorium doszło do tylko jednego
niezamierzonego zakażenia i Paolo zamierzał dopilnować, by tak
pozostało.
Doktor Ochida, kierownik Stodoły i zastępca Paola, dostrzegł go z drugiej strony zagród i ruszył mu na powitanie.
- Paolo - powiedział, klepiąc go w ramię w przyjacielskim powitaniu. - W samą porę. Przed godziną zakończyliśmy wyciąganie kultur komórek
macierzystych i przygotowujemy zastrzyki.
- Znam tego człowieka - odezwał się Paolo, wskazując na zarośniętego,
muskularnego mężczyznę w zagrodzie.
- Hm? Ach. Tak, chyba był jednym ze strażników. W dokumentach przyjęcia
widniała informacja o "zaniedbaniu obowiązków". Może przyłapali go na
spaniu na służbie?
- Testowałeś ich? - zapytał Paolo.
Tak naprawdę wcale nie obchodził go zarośnięty mężczyzna w zagrodzie i odpowiedź Ochidy całkowicie zaspokoiła jego ciekawość.
Ochida potrzebował chwili na zorientowanie się, że wrócili do
pierwotnego tematu.
- Och, tak. Trzy razy przetestowałem próbki pod kątem czystości.
Osobiście.
- Idę stąd wprost do budynku rządowego - poinformował Paolo, obracając
się, by spojrzeć Ochidzie w oczy.
Jego asystent wiedział, o co pyta.
- Rozumiem. Zastrzyki dokładnie spełniają zadane przez ciebie parametry.
Obaj wiedzieli, kto zostanie umieszczony w Stodole, jeśli coś pójdzie
nie tak. Byli cenni, ale też podlegali prawu. Wszyscy mu podlegali. To
właśnie znaczyła Lakonia.
- Doskonale - powiedział Paolo, posyłając Ochidzie nieszczery przyjazny
uśmiech. - Wezmę je.
Ochida machnął do kogoś w kącie pomieszczenia i techniczka podbiegła,
niosąc srebrną metalową walizkę. Podała ją Paolowi, a potem się
oddaliła.
- Coś jeszcze? - zapytał Ochida.
- Zaczynam widzieć pewien wzrost - przyznał Paolo, wskazując na ostrogę
kostną wystającą z kręgosłupa kudłatego mężczyzny.
- Tak - zgodził się Ochida. - Są prawie gotowi.
***
Pracując z Winstonem Duartem, Paolo odkrył w nim wiele cech, które
wzbudzały jego podziw. Wysoki konsul był inteligentny, potrafił pojmować
dogłębnie bardzo złożone tematy, a jednak decyzje podejmował starannie i po głębokich przemyśleniach. Duarte cenił rady innych, ale po zebraniu
informacji był stanowczy i zdecydowany. Potrafił być charyzmatyczny i ciepły, a przy tym nie sprawiał wrażenia fałszywego czy nieszczerego.
Jednak Paolo przede wszystkim szanował jego całkowity brak
pretensjonalności. Wielu mniejszych ludzi, mając władzę absolutnego
dyktatora wojskowego całej planety, otoczyłoby się pompą i wyszukanymi
pałacami. Duarte zamiast tego zbudował Budynek Rządowy Lakonii. Była to
olbrzymia kamienna budowla, wznosząca się nad stolicą, a jednocześnie,
mimo monumentalnych rozmiarów, sprawiająca wrażenie ciepłej, nie
zastraszającej. Jakby cała jej solidność i rozmiary miały po prostu
pomieścić ważne prace i rozwiązania istotnych problemów, a nie nadawać
wielkość jej rezydentom.
Caton i Paolo jechali małym wózkiem szeroką ulicą prowadzącą do głównego
wejścia budynku. Poza nimi nie było tu innych osób i pojazdów. Ulica
kończyła się kamienną ścianą, wąską bramą i budką strażniczą. Paolo
wysiadł z wózka, biorąc ze sobą metalową walizkę.
- Nie musisz na mnie czekać - zwrócił się do Catona.
Technik nie odezwał się od czasu zabrania go sprzed Stodoły i wydawał
się zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Tak, doktorze. Proszę zadzwonić, jeśli...
Ale Paolo już się oddalał.
Idąc, usłyszał elektryczny jęk pojazdu.
Wąska brama otworzyła się przed nim i dwóch żołnierzy opuściło swoje
stanowiska, bez słowa podążając po jego bokach. Ci nie byli w lekkich
pancerzach jak wartownicy stojący na straży na uniwersytecie. Mieli na
sobie zwiększające siłę pancerze wspomagane, zbudowane z kompozytowych
płyt, z zamontowanymi różnymi rodzajami uzbrojenia. Skafandry miały
granatowy kolor flagi Lakonii, a ozdobiono je identycznymi parami
stylizowanych skrzydeł. Sądził, że mają symbolizować feniksa, ale równie
dobrze mógł to być jakiś drapieżnik. Przyjemny kolor sprawiał, że
pokryte nim zabójcze maszyny zdawały się nie na miejscu. Ich kroki na
kamiennym dziedzińcu i delikatny szum silników pancerzy wspomaganych
były jedynymi dźwiękami towarzyszącymi mu w drodze do drzwi Budynku
Rządowego.
Przy wejściu strażnicy zatrzymali go, a potem rozstąpili się na boki.
Paolo wyobrażał sobie, że czuje dotyk promieni rentgenowskich i fal
milimetrowych odbijających się od jego skanowanego od stóp do głów
ciała.
- Wysoki konsul czeka na pana w skrzydle medycznym - odezwał się jeden z nich po dłuższej chwili, a potem odwrócili się i wszyscy odmaszerowali.
***
- Technicznie rzecz biorąc, tak. Sny ustały - przyznał Duarte, gdy Paolo
wprowadzał w żyłę na jego przedramieniu igłę wenflonu. Z doświadczenia
wiedział, że Duarte odwraca własną uwagę, by nie patrzeć w dół, na
wbijane igły. Urocze było to, że najpotężniejszy człowiek we
wszechświecie wciąż czuł się trochę nieswojo, gdy chodziło o igły.
- Doprawdy? - zapytał Paolo. Pytanie wcale nie było niedbałe. Działania
niepożądane niezwykle eksperymentalnych zabiegów, które przechodził
Duarte, były czymś, co wymagało uważnego śledzenia. - Jak dawno temu?
Duarte westchnął i zamknął oczy. Albo zaczynały działać podawane
dożylnie środki znieczulające, albo próbował przypomnieć sobie dokładną
datę. A może i to, i to.
- Ostatni zdarzył się jedenaście dni temu.
- Jest pan pewien?
- Tak - potwierdził Duarte z uśmiechem, nie otwierając oczu. - Jestem
pewien. Właśnie wtedy ostatni raz spałem.
Paolo prawie puścił wężyk linii kroplówki, który podłączał do wenflonu.
- Nie spał pan od jedenastu dni?
Duarte w końcu otworzył oczy.
- W ogóle nie byłem zmęczony. Wręcz przeciwnie. Każdego dnia mam więcej
energii i czuję się zdrowszy niż dzień wcześniej. Jestem pewien, że to
skutek uboczny procedur.
Paolo przytaknął, choć czegoś takiego się nie spodziewał. Poczuł w brzuchu bolesny skurcz niepokoju. Skoro występowały tak ekstremalne
skutki uboczne, to co jeszcze ich czekało? Prosił Duartego, by zaczekał
na zebranie większej liczby danych, ale ten domagał się dalszych
postępów, więc jak mógł mu odmówić?
- Widzę ten wyraz twojej twarzy, stary przyjacielu - powiedział Duarte,
uśmiechając się jeszcze szerzej. - Nie musisz się martwić. Sam uważnie
to monitoruję. Gdyby coś wyglądało podejrzanie, wezwałbym cię tydzień
temu. Ale czuję się fantastycznie, nie dochodzi do nagromadzenia toksyn
zmęczenia i badanie krwi twierdzi, że nie rozwija się psychoza. A dzięki
temu wszystkiemu mam teraz codziennie osiem dodatkowych godzin na pracę.
Nie mógłbym być szczęśliwszy.
- Oczywiście - odpowiedział Paolo. Zakończył podpinanie worka kroplówki
z porcją zmodyfikowanych przez protomolekułę ludzkich komórek
macierzystych. Duarte sapnął cicho, gdy do jego żyły dotarł chłodny
płyn. - Ale proszę pamiętać o przesyłaniu mi tego typu informacji, nawet
jeśli będzie się wydawać, że nie stanowią problemu. Modele zwierzęce
nigdy nie są doskonałe, a jest pan pierwszą osobą, która przechodzi tę
procedurę. Śledzenie skutków jest niezwykle ważne dla...
- Obiecuję - wszedł mu w słowo Duarte. - Jestem całkowicie pewien, że
twoje laboratorium działa dokładnie tak, jak powinno. Ale dopilnuję,
żeby mój osobisty lekarz przesyłał ci wszystkie codzienne notatki.
- Dziękuję, wysoki konsulu - odpowiedział Paolo. - Pobiorę też krew i dam ją do analizy moim pracownikom. Tak na wszelki wypadek.
- Czego tylko potrzebujesz - zgodził się Duarte. - Ale jak długo
jesteśmy sami, proszę, nie tytułuj mnie "wysokim konsulem". Wystarczy
Winston. - Głos Duartego zrobił się niewyraźny i Paolo nie miał już
wątpliwości, że zaczynają działać środki uspokajające. - Chcę, żebyśmy
wszyscy pracowali razem.
- Współpracujemy. Ale ciało potrzebuje mózgu. Przewodnictwa, prawda? -
odpowiedział Paolo.
Odczekał na opróżnienie worka kroplówki, użył wenflonu do pobrania małej
próbki krwi Duartego, umieścił ją w metalowej walizce i cicho zajął się
skanowaniem całego ciała. Procedura zaczęła prowadzić do pojawienia się
w ciele Duartego niewielkiej liczby nowych narządów zaprojektowanych
przez najlepszych fizjologów eksperymentalnych na planecie i zaimplementowanych z wykorzystaniem lekcji zdobytych przez studiowanie
niekończącego się rozkwitu protomolekuły. Jednak wciąż było tak wiele
rzeczy, które mogły się nie udać, a śledzenie postępów zmian u Duartego
było najważniejszym aspektem pracy Paola. Pomimo ciepła wysokiego
konsula i okazywanej przez niego szczerej przyjaźni, gdyby przywódcy
Lakonii coś się stało, bardzo szybko doszłoby do jego egzekucji.
Powiązanie bezpieczeństwa Paola z własnym było sposobem Duartego na
zagwarantowanie sobie pełnego zaangażowania naukowca. Obaj to rozumieli
i nie kryła się za tym żadna zła wola. Śmierć Paola nie byłaby tak do
końca karą, lecz po prostu wyraźnym środkiem zniechęcającym do
dopuszczenia do zgonu pacjenta.
W zakresie relacji międzyludzkich ta była zapewne najbardziej szczera, w jaką Paolo kiedykolwiek był zaangażowany.
- Zdajesz sobie sprawę, Winston, że to będzie bardzo długi proces. Mogą
pojawić się zaburzenia na tyle drobne, że nie ujawnią się przez całe
lata. Dziesięciolecia.
- Stulecia - dopowiedział, przytakując. - Proces nie jest doskonały,
wiem. Ale robimy, co musimy. I nie, stary przyjacielu. Przykro mi, ale
nie zmieniłem zdania.
Paolo zaczął się zastanawiać, czy zdolność czytania w myślach była
kolejnym nieoczekiwanym skutkiem ubocznym procedury. Gdyby tak... cóż,
byłoby ciekawie.
- Nie sugerowałem, że...
- Że ty też powinieneś się poddać procedurze? - zapytał Duarte. -
Oczywiście, że tego właśnie chciałeś. I powinieneś to zasugerować.
Zaprezentuj swoje najlepsze argumenty. Nie sądzę, żebym dał się
przekonać, ale bardzo bym się ucieszył, gdyby ci się to udało.
Paolo popatrzył na swoje dłonie, unikając spojrzenia Duartego. Wyzwanie
byłoby dla niego dużo łatwiejsze. Melancholia w głosie mężczyzny była
niepokojąca w sposób, którego nie potrafił zrozumieć.
- Wiesz, co jest ironiczne? - rzucił Duarte. - Zawsze odrzucałem
koncepcję wielkich ludzi. Wiarę, że ludzka historia kształtowana jest
przez pojedyncze osoby, a nie przez szerokie siły społeczne. To
romantyczna wizja, ale... - Niedbale machnął ręką, jakby mieszał mgłę. -
Trendy demograficzne. Cykle ekonomiczne. Postęp technologiczny. To
wszystko czynniki predykcyjne, prognozy dużo potężniejsze od możliwości
jakiejkolwiek pojedynczej osoby. A jednak, proszę, oto ja. Wiesz,
zabrałbym cię ze sobą, gdybym tylko mógł. Ale ten wybór nie należy do
mnie, tylko do historii.
- Historia powinna to przemyśleć - skomentował Paolo.
Duarte się zaśmiał.
- Różnica między zero i jeden to coś na granicy cudu, ale tego cudu nie
da się powielić. Jeśli zrobi się z tego dwa, trzy albo setkę, powstanie
po prostu kolejna oligarchia. Trwały czynnik nierówności, prowadzący do
wojen, które właśnie próbujemy wyeliminować.
Paolo wydał z siebie cichy dźwięk, który można było uznać za zgodę.
- Najlepszymi władcami w dziejach byli królowie i cesarze - powiedział
Duarte. - Byli też najgorszymi. Król-filozof może osiągnąć za swego
życia bardzo wiele, ale wszystko to może zaprzepaścić jego wnuk.
Duarte sapnął, gdy Paolo wyciągał mu z ręki wenflon. Nie musiał zakrywać
rany opatrunkiem, otwór zasklepił się, zanim zdążyła z niego wypłynąć
choćby kropla krwi. Nie powstał nawet strupek.
- Jeśli chcesz stworzyć trwały, stabilny porządek społeczny - stwierdził
Duarte - nieśmiertelny może być tylko jeden człowiek.
Rozdział pierwszy
Drummer
Pierścień mieszkalny stacji transferowej w punkcie Lagrange'a 5 miał
średnicę trzykrotnie większą od tego, w którym Drummer mieszkała na
Tycho pół życia temu. STL-5 mieściła biura w liczbie równoważnej małemu
miastu i wszystkie miały takie same ściany ze sztucznego marmuru i łagodne oświetlenie pełnozakresowe jak w kwaterze, którą jej
przydzielono, takie same łóżka z prycz przeciążeniowych i prysznice. W powietrzu nieustannie unosiła się woń związków terpenu, jakby stacja
była największą chryzantemą wszechświata. Kopuła w centrum mieściła
stanowiska dokowe dla statków i magazyny tak liczne i przestronne, że
zapełnienie ich pozostawiłoby Ziemię pustą jak wyciśnięta bańka.
Wszystkie te stanowiska i magazyny stały na razie puste, ale od jutra to
się zmieni. STL-5 zostanie uruchomiona i nawet pomimo całego zmęczenia i irytacji, jaką wywoływał w Drummer fakt, że została ściągnięta przez pół
Układu na coś, co w gruncie rzeczy sprowadzało się do ceremonii
przecięcia wstęgi, czuła też podniecenie. Po trzech dziesięcioleciach
zmagań Matka Ziemia znowu przyjmowała gości.
Planeta jarzyła się na ekranie, ze zwojami białych chmur i przebłyskami
wciąż zielonkawych mórz w dole. Przez tarczę chmur powoli przesuwała się
linia pomiędzy oświetloną i nieoświetloną częścią planety, ciągnąc za
sobą koc ciemności i świateł miast. Wokół niej unosiły się statki floty
Koalicji Ziemsko-Marsjańskiej, kropki ciemności pływające w oceanie
powietrza. Drummer nigdy nie zleciała w dół tej studni, a teraz, zgodnie
z warunkami porozumienia podpisanego przez nią w imieniu Związku, nigdy
już tego nie zrobi. I dobrze. I bez tego czasem miała problemy z kolanami. Choć w zakresie obiektów do podziwiania trudno było znaleźć
coś ładniejszego od Ziemi. Ludzkość zrobiła, co mogła, żeby solidnie
dokopać temu powoli kręcącemu się jajku. Przeludnienie, nadmierna
eksploatacja zasobów, zaburzenie równowagi oceanicznej i atmosferycznej,
a potem trzy uderzenia meteorów, z których każde doprowadziłoby do
wyginięcia dinozaurów. A jednak wciąż tu była, jak żołnierka. Pełna
blizn, złamań, zniekształcona, odbudowana i przerobiona.
Podobno czas powinien leczyć wszystkie rany. Dla Drummer był to po
prostu ładny sposób powiedzenia, że jeśli poczeka dość długo, każda ze
spraw, które były dla niej naprawdę istotne, przestanie mieć znaczenie.
A przynajmniej nie tak, jak sobie je wyobrażała.
Czas plus doświadczenie marsjańskiego projektu terraformacji,
pozbawionego teraz pierwotnego znaczenia, bezwzględnej administracji
sektora politycznego Ziemi oraz olbrzymi rynek ponad tysiąca trzystu
planet złaknionych biologicznych substratów potrzebnych do hodowania
żywności, która nadawałaby się do jedzenia, powoli i niepewnie postawiły
Ziemię z powrotem na nogi.
Jej system zadźwięczał cicho, emitując sygnał podobny do dźwięku łamania
bambusa. Chwilę później jak nieunikniony łyk whisky rozległ się głos jej
sekretarza.
- Pani prezes?
- Daj mi chwilę, Vaughn - rzuciła.
- Tak, proszę pani. Ale sekretarz generalny Li chciałby porozmawiać z panią przed uroczystością.
- Koalicja Ziemsko-Marsjańska może poczekać, aż skończymy z koktajlami.
Nie otworzę tej stacji, stając na baczność do każdego odchrząknięcia
KZM. To stworzyłoby niewłaściwy precedens.
- Rozumiem. Załatwię to.
System wyemitował kolejne drewniane pyknięcie, które oznaczało, że
odzyskała prywatność. Rozparła się w fotelu i popatrzyła na zdjęcia
zawieszone na ścianie za jej biurkiem. Wszyscy poprzedni prezesi Związku
Transportowego przed nią: Michio Pa, potem Tjon, Walker, Sanjrani i jej
własna, poważna twarz patrząca na nią z końca rzędu portretów. Tak
bardzo nie lubiła tego zdjęcia. Wyglądała na nim, jakby właśnie zjadła
coś kwaśnego. Jego pierwsza wersja z kolei przypominała fotkę z forum
dla singli. Na tym przynajmniej miała trochę godności.
Dla większości członków Związku Transportowego to zdjęcie było jedynym
kontaktem z nią. Tysiąc trzysta światów, a w ciągu dziesięciolecia
większość, jeśli nie wszystkie, będzie miała swoje wersje STL-5. Stacje
transferowe, wyznaczające granice bańki, gdzie kończyła się sfera
kontroli planety i zaczynała władza Związku. Wszystko, czego kolonie
potrzebowały z pierwszego domu ludzkości lub od siebie nawzajem,
wędrowało w górę studni grawitacyjnej. To był problem wewnętrznych.
Przewożenie towaru z jednego układu do innego było zadaniem Pasa. Stare
terminy. "Wewnętrzni". "Pasiarze". Utrzymały się, ponieważ język taki
już był, nawet gdy zmieniały się realia jego stosowania.
Koalicja Ziemsko-Marsjańska była kiedyś centrum ludzkości, najbardziej
wewnętrznymi wewnętrzniakami. Teraz stanowiła ważną szprychę koła,
którego piastą była stacja Medyna, gdzie znajdowała się dziwna kula
obcych, wisząca pośrodku nieprzestrzeni łączącej wszystkie pierścienie
wrót. Gdzie mieściła się jej cywilna kwatera w chwilach, gdy nie
odwiedzała próżniowych miast. Gdzie był Saba, jeśli nie leciał statkiem
wraz z nią. Stacja Medyna była jej domem.
Tylko że nawet dla niej czarno-błękitny dysk Ziemi na ekranie także był
domem. Może zawsze będzie to prawdą. Były już dzieci dość duże, by
głosować, które nigdy nie doświadczyły sytuacji, gdy ma się tylko jedno
słońce. Nie wiedziała, czym dla nich była Ziemia, Mars lub Sol. Może ta
atawistyczna melancholia odczuwana tuż pod mostkiem zaniknie wraz z jej
pokoleniem, a może po prostu była zmęczona, marudna i potrzebowała snu.
Znowu usłyszała dźwięk łamanego bambusa.
- Proszę pani?
- Już idę.
- Tak, proszę pani. Ale dostaliśmy priorytetową wiadomość od kontroli
ruchu na Medynie.
Drummer nachyliła się do ekranu, kładąc dłonie płasko na chłodnym blacie
biurka. Cholera. Cholera, cholera, cholera.
- Straciliśmy kolejny?
- Nie, proszę pani. Żadnych straconych statków.
Poczuła lekkie rozluźnienie niepokoju. Ale nie ustąpił do końca.
- Co w takim razie?
- Zgłosili nieplanowany przelot. Frachtowiec, ale bez transpondera.
- Poważnie? - rzuciła. - Myśleli, że ich nie zauważymy?
- Nie mogę skomentować - odpowiedział Vaughn.
Wywołała kanał administracyjny z Medyny. Mogła tam dostać wszystko ze
swojej krainy - dane kontroli ruchu, środowiska, informacje o mocy oraz
odczyty czujników z dowolnego wycinka widma elektromagnetycznego. Z drugiej strony opóźnienie światła oznaczało, że wszystkie te dane miały
ponad cztery godziny, a każdy wydany przez nią rozkaz dotrze jakieś
osiem, osiem i pół godziny po tym, jak pojawi się prośba o instrukcje.
Potężna inteligencja obcych, która stworzyła pierścienie wrót i olbrzymie ruiny w układach poza nimi, znalazła sposoby na manipulowanie
odległością, ale prędkość światła wciąż stanowiła nieprzekraczalne
ograniczenie i wyglądało na to, że zostanie tak już na zawsze.
Przewinęła rejestry, znalazła właściwy kawałek i odtworzyła go.
- Tu Medyna. Confermé. - Zwykły spokój kontroli ruchu.
W odpowiadającym głosie słyszała trochę interferencji. Artefakt wrót.
- Tu frachtowiec Ostre lądowanie z Castilii, Medina. Przesyłam nasz
status.
Otworzyło się nowe okienko. Status statku jako lekkiego frachtowca.
Marsjański projekt. Stary, ale wciąż całkiem w porządku. Kontrola ruchu
potrzebowała kilku sekund na odpowiedź.
- Visé bien, Ostre lądowanie. Masz pozwolenie na przejście. Kod
kontroli to... Kurwa! Przerwij, Ostre lądowanie! Nie przechodź!
Nagły skok na krzywej bezpieczeństwa i status alarmu świecący na
czerwono. Na panelu sterowania Medyny pojawiła się nowa sygnatura
silnika, ze smugą wylotową mknącą przez bezgwiezdną czerń powolnej
strefy.
Dokonało się. Wszystko to zdarzyło się godziny temu, ale Drummer i tak
poczuła, jak przyśpiesza jej tętno. Kontrola ruchu wrzeszczała do nowego
statku z poleceniem identyfikacji, aktywując jednocześnie stanowiska
dział szynowych. Jeśli wystrzelili, wszyscy na statku lecącym bez
pozwolenia już nie żyli.
Krzywa bezpieczeństwa opadła, zakłócenie wywołane masą i energią
przelatującą przez pierścień gasło, aż zeszło poniżej progu. Intruz
wykonał zwrot i lecąc z dużym ciągiem, przemknął przez inne wrota,
ucieczką znowu podnosząc wartości krzywej.
Kontrola ruchu klęła w kilku językach, wysyłając polecenia zatrzymania
do trzech przylatujących statków. Ostre lądowanie się nie odzywało,
ale strumień danych z ich systemu pokazywał boleśnie ostry ciąg, którym
odrywali się w bok, schodząc z kursu na wrota Castilii.
Opadła na oparcie fotela, czując powrót spokoju. Zuchwały dupek
przeleciał z Freehold i skierował się na Auberon. No oczywiście.
Resztkowe promieniowanie z wrót Auberonu zdradzało, że statek zdołał
dotrzeć na drugą stronę. Choć leciał bardzo blisko granic krzywej
bezpieczeństwa, nie przepadł. Z drugiej strony, gdyby Ostre lądowanie
przeszedł zgodnie z planem, jeden z tych statków lub oba zniknęłyby w objęciach tego, co połykało statki przy nieudanych przejściach.
Na krótką metę oznaczało to przesunięcie Ostrego lądowania na później.
Trzeba będzie wprowadzić całe mnóstwo wymaganych modyfikacji. Pewnie
kilkanaście jednostek zostanie zmuszonych do zmiany ciągu i skoordynowania nowych czasów przejść. Co nie było groźne, ale
upierdliwe.
I nie było dobrym precedensem.
- Mam odpowiedzieć - zapytał Vaughn - czy woli pani załatwić tę sprawę
osobiście?
Bardzo dobre pytanie. Ustalanie zasad działało jak przekładnia z blokadą. Jeśli pociągnie za spust, jeśli rozkaże zniszczyć następny
statek, który przeleci bez upoważnienia, nie będzie to coś, z czego
zdoła się później wycofać. Ktoś dużo lepszy od niej w tę grę nauczył ją
zachowywać bardzo dużą ostrożność przy robieniu czegoś, na czego
zrobienie nie była gotowa za każdym razem od tej pory.
Ale, Chryste, jak ją kusiło.
- Niech Medyna zarejestruje przelot i doda pełny koszt do rachunków
Freehold i Auberon, razem z karami za spowodowane przez nich opóźnienia
- poleciła.
- Tak, proszę pani - potwierdził Vaughn. - Coś jeszcze?
Tak, pomyślała, ale jeszcze nie wiem co.
***
Salę konferencyjną zaprojektowano z myślą o tej chwili. Sklepiony sufit
wyglądał dostojnie jak katedra. Sekretarz generalny Li z Ziemi stał na
swoim podium, prezentując poważne, lecz zadowolone oblicze kamerom
kilkunastu starannie dobranych kanałów informacyjnych. Drummer próbowała
robić to samo.
- Prezes Drummer! - zawołał jeden z dziennikarzy, unosząc dłoń dla
zwrócenia uwagi tak samo, jak ludzie zapewne robili to jeszcze na forach
w Rzymie. Ekran podium podpowiedział, że to Carlisle Hayyam z Ceres
Munhwa Ilbo. Równocześnie jej uwagę próbowało zwrócić kilkanaście innych
rąk.
- Hayyam? - powiedziała z uśmiechem, a pozostali przycichli.
Prawdę mówiąc, lubiła tę część. Lubiła przywoływać te dawno zapomniane
emocje związane z występowaniem na scenie i było to jedno z nielicznych
miejsc, gdzie czuła się, jakby faktycznie panowała nad sytuacją.
Większość jej pracy kojarzyła się jej raczej z próbami wepchnięcia z powrotem powietrza do nieszczelnego balonu.
- Co może pani odpowiedzieć na wyrażone przez Martina Karczeka
wątpliwości dotyczące stacji transferowej?
- Najpierw musiałabym je poznać - odpowiedziała. - Mój dzień ma
ograniczoną liczbę godzin.
Dziennikarze zaśmiali się i usłyszała ich złośliwą satysfakcję. Tak,
otwierali pierwszą darowaną stację. Owszem, Ziemia miała się właśnie
podnosić z dziesięcioleci kryzysu środowiskowego, aby zwiększyć aktywny
handel z koloniami. A tak naprawdę wszyscy chcieli tylko, żeby paru
polityków zaczęło się wadzić.
Ale to nie szkodzi. Jak długo będą się zajmować drobiazgami, mogła
pracować nad poważnymi sprawami.
Sekretarz generalny Li, mężczyzna o szerokiej twarzy, z bujnymi wąsami i spracowanymi dłońmi robotnika, odchrząknął.
- Jeśli pani pozwoli - odezwał się. - Zawsze będą ludzie obawiający się
zmian. I to dobrze. Zmiany należy obserwować, moderować i kwestionować. Jednak to konserwatywne podejście nie powinno hamować
postępu ani blokować nadziei. Ziemia to pierwszy i najprawdziwszy dom
ludzkości. Gleba, z której wszyscy wyrośliśmy, niezależnie od tego, w jakim układzie teraz mieszkamy. Ziemia zawsze, zawsze będzie kluczowa
dla większego projektu, jakim jest ludzkość we wszechświecie.
Dobra mina do złej gry. Ziemia świętowała olbrzymi kamień milowy swojej
historii, a dla niej była to może trzecia na liście ważności rzecz w jej
kalendarzu na dzisiaj. Ale jak powiedzieć planecie, że historia ją
porzuciła? Lepiej przytakiwać i uśmiechać się, ciesząc się chwilą i szampanem. Kiedy będzie po wszystkim, wróci do pracy.
Przeszli przez wszystkie spodziewane pytania: czy renegocjacje umów
celnych będą nadzorowane przez Drummer czy byłego prezesa Sanjraniego,
czy Związek Transportowy pozostanie neutralny w nadchodzących wyborach
na Nowej Katalonii, czy rozmowy dotyczące statusu Ganimedesa będą
prowadzone na Lunie czy Medynie. Pojawiło się nawet jedno pytanie o martwe układy - Charona, Adro i Narakę - gdzie pierścienie wrót
prowadziły do czegoś znacznie dziwniejszego niż układy planetarne w ekostrefie gwiazd. Sekretarz generalny Li zbył to pytanie, co jej nie
przeszkadzało. Martwe układy wzbudzały w niej dreszcze.
Po zakończeniu sesji pytań i odpowiedzi Drummer pozowała do mnóstwa
zdjęć z sekretarzem generalnym, przedstawicielami najwyższych władz
stacji i celebrytami z planet - ciemnoskórą kobietą w błękitnym sari,
bladym mężczyzną w garniturze, parą komicznie identycznych mężczyzn w złotych smokingach.
Jakiejś jej części to też sprawiało przyjemność. Podejrzewała, że
satysfakcja, jaką odczuwała, obserwując Ziemian walczących o pamiątki ze
spotkania z szefową Pasiarzy, nie świadczyła o niej dobrze w jakiś
niesprecyzowany, duchowy sposób. Dorastała w świecie, w którym ludzie
jej pokroju nie byli traktowani poważnie, ale przeżyła dość długo, by
koło fortuny wyniosło ją powyżej ziemskiego nieba. Wszyscy chcieli się
przyjaźnić z Pasem teraz, gdy termin ten oznaczał coś więcej niż chmarę
na wpół wyeksploatowanych kawałków kosmicznego śmiecia między Marsem a Jowiszem. Dla dzisiaj urodzonych dzieci Pas był czymś, co łączyło całą
ludzkość. Dryf semantyczny i zmiana polityczna. Ale jeśli najgorsze, co
z tego wynikało, to jej złośliwa satysfakcja, mogła z tym żyć.
Vaughn czekał w małym przedpokoju. Miał twarz pobrużdżoną w sposób,
którego nie powstydziłoby się małe pasmo górskie, ale w jego przypadku
wcale nie wyglądało to źle. Jego garnitur uszyto w stylu przywodzącym na
myśl skafandry próżniowe. Elementy opresji przekształcone w modę. Czas
leczył wszystkie rany, choć nie tyle zmazywał blizny, co je ozdabiał.
- Ma pani godzinę do rozpoczęcia przyjęcia, proszę pani - powiedział,
gdy Drummer usiadła na kanapie i rozmasowała sobie stopy.
- Zrozumiano.
- Mogę coś pani zaoferować?
- Szyfrowaną wiązkę kierunkową i prywatność.
- Tak jest, proszę pani - potwierdził bez chwili wahania.
Kiedy zasunęły się za nim drzwi, włączyła kamerę systemu i ustawiła się
odpowiednio. Plan, który narodził się w jej głowie podczas uroczystości,
nabrał konkretnych kształtów. Miała wszystkie elementy potrzebne do jego
realizacji, im szybciej to załatwi, tym lepiej. Kara sprawdzała się
najlepiej, gdy następowała szybko po przewinieniu, a przynajmniej zawsze
tak jej powtarzano. Z drugiej strony danie przestępcy czasu na
zakosztowanie żalu też miało swoje zalety.
Najlepsze było to, że mogła zrobić obie te rzeczy naraz.
Dotknęła przycisku nagrywania.
- Kapitanie Holden - odezwała się. - Przesyłam panu dane dotyczące
nieautoryzowanego przejścia z Freehold do Auberon, do którego doszło w dniu dzisiejszym. Udzielam panu także dostępu do akt wywiadu dotyczących
systemu Freehold. Nie ma tego wiele. Jedna zamieszkała planeta, nieco
mniejsza od Marsa, i druga, którą da się eksploatować, jeśli górnikom
nie przeszkadza trochę za dużo azotu i cyjanku w powietrzu. Gubernator
Freehold nazywa się...
Sprawdziła dokumenty i parsknęła śmiechem podbitym pogardą.
- Payne Houston. Zakładam, że to jego wybór, a nie imię nadane mu przez
mamusię. Niezależnie od tego, wysyłam pana w ramach mandatu
wykonawczego, żeby mógł pan ruszyć natychmiast. Pogonię Emily
Santos-Bacę i komitet bezpieczeństwa, żeby nad tym przysiedli, zanim pan
tam doleci, więc wszystko będzie gotowe. Pańską oficjalną misją jest
przekazanie wiadomości, że wielokrotne naruszenia wytycznych Związku
Transportowego wymusiły zastosowanie działań karnych i zakazuję
wszelkiego ruchu z i do Freehold przez trzy lata. Jeśli spyta, czy
chodzi o lata ziemskie, odpowiedź brzmi tak. Na pewno poruszy tę
kwestię, bo to właśnie tego typu dureń. Pańskie nieoficjalne zadanie
to... nie śpieszyć się. Chcę, żeby Freehold i wszystkie podobne mu
układy widziały okręt bojowy pełznący w ich stronę tygodniami i nie
wiedziały, co zrobi, kiedy już doleci. Mój personel przygotuje
standardową umowę. Jeśli nie może pan przyjąć zlecenia, proszę dać mi
znać najszybciej, jak to możliwe, w przeciwnym wypadku polecę wpisanie
pana do kolejki do tankowania i przejścia przez wrota w ciągu
najbliższych piętnastu godzin.
Przejrzała wiadomość, a potem wysłała ją wraz z kopią dla Ahmeda
McCahilla, przewodniczącego komitetu do spraw bezpieczeństwa. Zostało
jeszcze wysłanie polecenia przesunięcia Rosynanta na początek kolejki
uzupełnienia zaopatrzenia i upoważnienia do przejścia przez wrota.
Chwilę później do jej drzwi dyskretnie zapukał Vaughn.
Uznał jej burknięcie za zgodę na wejście, czym faktycznie było.
- Sekretarz generalny Li pyta, czy jest pani niedysponowana -
poinformował. - Zaczyna się niepokoić.
Spojrzała na zegar. Jej godzinna przerwa skończyła się dwadzieścia minut
temu.
- Powiedz mu, że już idę - poleciła. - I czy mam się w co przebrać?
- W szafie, proszę pani - wyjaśnił Vaughn, ponownie znikając za drzwiami
cicho jak duch.
Drummer szybko się przebrała, zrzucając formalny żakiet i spodnie na
rzecz bluzki z bambusowego jedwabiu oraz samodopasowującej się spódnicy
z wplecioną we włókna siecią neuronową o inteligencji na poziomie owada
- w sam raz, by dopilnować właściwego ułożenia. Z pewną satysfakcją
obejrzała się w lustrze. Żałowała tylko, że nie ma do towarzystwa Saby,
ale pewnie rzucałby zbyt wieloma żartami o kochanku królowej. Wyłączyła
lustro, które przełączyło się na domyślny obraz Ziemi.
Na połowie planety panowała teraz noc, prezentując półksiężyc bieli i błękitu. Pasiarze próbowali zniszczyć Ziemię, a jednak wciąż się
kręciła. Próbowali spalić statki planet wewnętrznych, a jednak widziała
flotę KZM, odbudowaną z niedobitków i wciąż latającą.
Z drugiej strony, Ziemia próbowała przez pokolenia dławić Pasiarzy swoim
butem, a oto Drummer. Czas uczynił z nich sojuszników w wielkiej
ekspansji cywilizacji do gwiazd.
Przynajmniej do czasu, aż zmieni się coś innego.
Rozdział drugi
Bobbie
Mieli już za sobą przejście z powolnej strefy, a od Freehold wciąż
dzieliły ich tygodnie, ale lądowanie atmosferyczne w statku tak starym
jak Rosynant nie było czymś równie łatwym jak kiedyś. Wiek ujawniał
się na nieoczekiwane sposoby. Dochodziło do awarii systemów, które do
tej pory zawsze działały. Na coś takiego przygotowywali się, na ile
tylko się dało.
Bobbie zmrużyła oczy, przyglądając się panelowi ściennemu na pokładzie
warsztatu i obserwowała przewijanie długiej listy danych, zakończonej
zapewnieniem statku, że zdoła poradzić sobie z przynajmniej jeszcze
jednym lądowaniem bez spalenia się.
- Wszystko świeci się na zielono, jeśli chodzi o atmosferyczne silniki
hamujące - poinformowała Bobbie.
- Hm? - odpowiedział jej senny głos Aleksa.
- Śpisz tam? To twoja cholerna lista przygotowań do lądowania, a ja tu
na dole odwalam całą czarną robotę. Mógłbyś chociaż udawać
zainteresowanie.
- Jasne, nie śpię - odpowiedział pilot. - Po prostu mam własną listę
rzeczy do zrobienia. - Usłyszała jego uśmiech.
Zamknęła ekran diagnostyczny. Weryfikacja statusu silników była ostatnią
pozycją na jej liście zadań. Zresztą poza założeniem skafandra i wyjściem na zewnątrz, by obejrzeć dysze, nie mogła zrobić już nic
więcej.
- Zrobię tu trochę porządków, a potem wrócę na górę - rzuciła.
- Mhm.
Bobbie odłożyła na miejsce swoje narzędzia i użyła łagodnego
rozpuszczalnika do starcia rozlanego przez nią smaru. Pachniał słodko i intensywnie, jak coś, co gotowała, gdy mieszkała jeszcze samotnie na
Marsie. Niepokój sprawiał, że usiłowała przygotować się do misji nawet,
gdy była już gotowa. W dawnych czasach zajmowała się w takiej sytuacji
czyszczeniem i konserwacją swojego pancerza wspomaganego, powtarzając te
czynności wielokrotnie, aż stały się czymś w rodzaju medytacji. Teraz w ten sam sposób traktowała konserwację statku.
Mieszkała na Rosynancie dłużej niż w jakimkolwiek innym miejscu.
Dłużej niż w rodzinnym domu, dłużej niż trwała jej służba w marines.
Warsztat był krainą Amosa, a mechanik bardzo dbał o swój teren.
Wszystkie narzędzia znajdowały się na miejscach, każda powierzchnia
lśniła. Poza olejem i rozpuszczalnikiem jedynym dodatkowym zapachem w pomieszczeniu był ozon, który zdradzał obecność przemykającej blisko
olbrzymiej energii. Podłoga wibrowała w rytmie reaktora fuzyjnego,
bijącego serca statku, znajdującego się poziom niżej.
Na ścianie Amos wymalował maksymę:
on dba o ciebie - ty dbasz o niego
Przechodząc obok nich, Bobbie poklepała wymalowane słowa i wspięła się
na biegnące przez środek statku połączenie drabiny i windy. Ros leciał
z bardzo łagodnym hamowaniem 0,2 g i były takie czasy, że skorzystanie z windy zamiast wspięcia się po drabinie byłoby jak przyznanie się do
porażki, nawet jeśli ciąg był dziesięciokrotnie większy. Jednak przez
ostatnie kilka lat stawy Bobbie zaczęły sprawiać problemy i udowadnianie
sobie, że wciąż potrafi się wspiąć - przestało być aż tak istotne.
Zaczynała dochodzić do wniosku, że prawdziwą oznaką starzenia się był
fakt, że człowiek nie musiał sobie już udowadniać, że się nie starzeje.
Włazy rozdzielające pokłady otwierały się przed zbliżającą się windą, a potem zamykały się cicho po jej przejściu. Ros mógł być
przeterminowany o dekadę lub dwie, ale Clarissa nie tolerowała na swoim
statku żadnych zbędnych dźwięków. Claire przynajmniej raz na tydzień
przechodziła przez wszystkie systemy środowiskowe i włazy ciśnieniowe.
Kiedy Bobbie wspomniała o tym Holdenowi, odpowiedział: "To dlatego, że
kiedyś zepsuła ten statek. Wciąż próbuje go naprawić".
Winda zatrzymała się z cichym dźwiękiem na mostku i Bobbie wysiadła.
Właz do kokpitu był otwarty. Znad górnej części oparcia pryczy
przeciążeniowej pilota wystawała brązowa i niemal całkowicie łysa głowa
Aleksa. Załoga spędzała większość czasu pracy na mostku, więc powietrze
tutaj pachniało nieco inaczej. Długie godziny spędzone w pryczach
przeciążeniowych oznaczały, że woń potu nigdy nie znikała do końca,
niezależnie od tego, jak intensywnie pracowały wymienniki powietrza. I jak we wszystkich pomieszczeniach, w których dużo czasu spędzał James
Holden, unosił się tu przyjemny zapach kawy.
Bobbie przesunęła palcem po ściance, czując, jak tkanina pochłaniająca
uderzenia trzaska pod naciskiem. Ciemnoszara barwa wyblakła i coraz
trudniej było stwierdzić, gdzie tkanina nie pasuje z powodu uszkodzeń i łat, a gdzie po prostu nierówno się starzeje. Wkrótce trzeba będzie ją
wymienić. Mogła ignorować kolor, ale trzaskanie oznaczało, że materiał
traci wymaganą elastyczność. Robił się zbyt kruchy na wykonanie swojej
pracy.
Bobbie miała obolałe ramiona i coraz trudniej było jej rozróżnić to,
które zostało gwałtownie zwichnięte podczas ćwiczeń z walki wręcz
dziesiątki lat temu, od tego, które bolało po prostu od całych dekad
nieszanowania swojego ciała. Miała na sobie całkiem sporo bitewnych
blizn i z każdym rokiem coraz trudniej było je odróżnić od normalnych
uszkodzeń zużywania się ciała wraz z wiekiem. Jak odbarwione miejsca na
ścianach Rosa, wszystko po prostu blakło nierównomiernie.
Wspięła się po krótkiej drabince przez właz do kokpitu, próbując czerpać
przyjemność z obolałych ramion tak, jak kiedyś cieszyła się z bólu po
intensywnym treningu. Jak mawiał jej dawny sierżant musztry, ból jest
przyjacielem wojownika. Ból przypomina, że jeszcze żyjesz.
- Jo - rzucił Aleks, gdy opadła na fotel działonowego za nim. - Jak
wygląda nasza staruszka?
- Młoda nie jest, ale wciąż się trzyma.
- Pytałem o statek.
Bobbie roześmiała się i wywołała ekran taktyczny. Daleko w oddali
ukazała się planeta Freehold. Ich cel.
- Mój brat zawsze narzekał, że za dużo czasu spędzam, szukając metafor.
- Starzejąca się marsjańska wojowniczka mieszkająca wewnątrz
starzejącego się marsjańskiego wojownika - rzucił Aleks z uśmiechem
pobrzmiewającym w głosie. - Tym razem nie musisz się zbytnio wysilać.
- Nie aż tak stara, żeby nie skopać ci tyłka. - Bobbie powiększyła obraz
planety Freehold na ekranie. Plamista kulka brązowych kontynentów i zielonych oceanów z okazjonalnymi smugami bieli. - Ile czasu
potrzebujemy, żeby tam dotrzeć?
- Będziemy tam za tydzień.
- Rozmawiałeś ostatnio z Giz? Co słychać u mojego ulubionego malucha?
- Giselle ma się dobrze, mówiła też, że Kit świetnie sobie radzi. Wybrał
inżynierię planetarną jako główny przedmiot na politechnice Marinera.
- To w tej chwili najbardziej poszukiwana specjalizacja - zgodziła się
Bobbie.
Była drużbą Aleksa, gdy żenił się z Giselle, i czekała w szpitalu na
Ceres, gdy trzynaście miesięcy później rodził się Kit. A teraz Kit szedł
na studia, od rozwodu Aleksa minęło zaś ponad dziesięć lat. Był jej
najlepszym przyjacielem, ale nie zmieniało to faktu, że stanowił fatalny
materiał na męża. Po nieudanej drugiej próbie Bobbie zwróciła mu uwagę,
że jeśli naprawdę chce cierpieć, może mu po prostu złamać rękę, co
zaoszczędzi jemu i innym mnóstwa czasu.
Jednak pomimo całego niepotrzebnego dramatyzmu krótkotrwałe, nieudane
małżeństwo Aleksa i Giselle doprowadziło do tego, że urodził się Kit, co
sprawiło, że wszechświat stał się dla niej trochę lepszym miejscem.
Chłopak miał cały lakoniczny wdzięk Aleksa i doskonały wygląd matki. Za
każdym razem, gdy nazywał ją ciocią Bobbie, miała ochotę tulić go tak
mocno, by zatrzeszczały żebra.
- Kiedy będziesz odpowiadał Giz, pamiętaj, żeby jej przekazać, że
powiedziałam "odpierdol się" - rzuciła Bobbie.
Niepowodzenie związku nie było winą tylko Giselle, ale podczas rozwodu
Bobbie wybrała stronę Aleksa, więc zachowywanie się tak, jakby obwiniała
za wszystko jego byłą, stanowiło element odgrywania najlepszej
przyjaciółki. Aleks się temu opierał, ale wiedziała, że docenia mówienie
przez nią tych wszystkich rzeczy, których on powiedzieć nie mógł.
- Przekażę Giselle twoje wyrazy miłości - skomentował Aleks.
- Dorzuć jeszcze pozdrowienia dla Kita od cioci Bobbie. Ma przysłać nowe
zdjęcia. Wszystko, co od niego mam, jest już od lat nieaktualne. Chcę
zobaczyć, jak rośnie mój mały człowieczek.
- Wiesz, że flirtowanie z chłopakiem, którego znasz całe jego życie,
jest chore?
- Moja miłość jest czysta - zapewniła Bobbie, a potem przełączyła ekran
taktyczny na parametry misji.
Populacja Freehold wynosiła niecałe trzysta osób, samych rodzonych
Ziemian. Nazywali się Zgromadzeniem Samorządnych Obywateli, cokolwiek to
znaczyło. Jednak manifest statku kolonizacyjnego obejmował obecność na
nim mnóstwa broni i amunicji. Biorąc zaś pod uwagę tygodnie, które Ros
spędził, opadając w stronę słońca Freehold, miejscowi mieli mnóstwo
czasu na nakręcenie się.
- Kapitan będzie potrzebował tam trochę wsparcia - skomentował Aleks,
który wraz z nią czytał dane.
- Owszem. Rozmowa z Amosem na ten temat jest następną sprawą na mojej
liście.
- Zabierzesz Betsy?
- To prawdopodobnie nie jest sytuacja wymagająca obecności Betsy,
marynarzu - odpowiedziała Bobbie.
Betsy było przydomkiem nadanym przez Aleksa pancerzowi zwiadu
marsjańskich marine, którą Bobbie trzymała w ładowni. Nie zakładała go
od lat, ale i tak pilnowała jego konserwacji i utrzymywała w stanie
pozwalającym na użycie go w każdej chwili. Świadomość jego istnienia
zdecydowanie poprawiała jej nastrój. Na wszelki wypadek.
- Potwierdzam - rzucił Aleks.
- A swoją drogą, gdzie jest Amos?
Różnica między Aleksem rozluźnionym a udającym rozluźnionego była bardzo
subtelna.
- Zdaniem statku jest w ambulatorium - odpowiedział.
Clarissa, pomyślała Bobbie. Cholera.
***
Ambulatorium Rosynanta pachniało środkami dezynfekcyjnymi i wymiocinami.
Zapach środków dezynfekcyjnych dochodził z małego automatu, który z cichym szumem czyścił podłogę, zostawiając za sobą lśniącą smugę
pokładu. Kwaśna woń wymiocin pochodziła od Clarissy Mao.
- Bobbie - przywitała ją z uśmiechem.
Leżała na jednej z prycz ambulatorium, a jej przedramię oplatał mankiet
automatycznego lekarza, który szumiał, popiskiwał i chwilami klikał.
Przy każdym kliknięciu napinała się twarz Claire. Może zastrzyki, może
coś gorszego.
- Cześć, Babs - rzucił Amos.
Potężny mechanik siedział przy łóżku Claire, czytając coś z terminala
ręcznego. Nie podniósł wzroku, gdy Bobbie wchodziła, ale uniósł dłoń na
powitanie.
- Jak się dzisiaj czujesz? - zapytała Bobbie, krzywiąc się w duchu
natychmiast po wypowiedzeniu tych słów.
- Za kilka minut wyjdę z łóżka - odpowiedziała Claire. - Ominęłam jakieś
kontrole przed lądowaniem?
- Nie, nie - zapewniła Bobbie, kręcąc głową. Obawiała się, że gdyby
potwierdziła, Claire wyrwałaby sobie igły z przedramienia i wyskoczyła z łóżka. - Nic z tych rzeczy. Po prostu chciałam na chwilę pożyczyć
przygłupa.
- Tak? - Amos wreszcie oderwał wzrok od ekranu. - Nie będzie ci to
przeszkadzać, Złotko?
- Czego tylko potrzebujesz - rzuciła, niedbałym gestem obejmując całe
ambulatorium. - Zawsze znajdziesz mnie w domu.
- W porządku. - Amos wstał, a Bobbie wyprowadziła go na korytarz.
Otoczony blaknącymi szarymi ścianami i po zamknięciu włazu do
ambulatorium Amos jakby nieco zapadł się w sobie. Oparł się plecami o ścianę i westchnął.
- Ciężko się na to patrzy, wiesz?
- Jak się trzyma?
- Ma lepsze i gorsze dni, jak wszyscy - odpowiedział Amos. - Te jej
czarnorynkowe gruczoły ciągle spuszczają swoje syfy do krwi, a my je z powrotem odfiltrowujemy. Ale całkowite ich usunięcie spaprałoby ją
jeszcze bardziej, więc...
Amos znowu wzruszył ramionami. Wyglądał na zmęczonego. Bobbie nigdy tak
naprawdę nie zdołała zrozumieć, na czym polegał związek między
mechanikiem Rosa a jego drobną współpracowniczką. Nie sypiali ze sobą
i nie wyglądało na to, żeby kiedykolwiek to robili. Przez większość
czasu nawet ze sobą nie rozmawiali, ale kiedy zdrowie Claire zaczęło się
pogarszać, Amos zwykle siedział przy jej boku w okrętowym szpitaliku.
Bobbie zastanawiała się, czy dla niej robiłby to samo. Czy ktokolwiek by
to robił.
Masywny mechanik ostatnio sam też wyglądał na nieco chudszego. O ile
większość dużych mężczyzn pod koniec życia zwykle robiła się otyła, Amos
reagował przeciwnie. Cały jego tłuszcz zniknął, przez co ręce i kark
wyglądały bardzo żylaście od widocznych tuż pod skórą mięśni. Jakby był
twardszy od podeszwy.
- No dobrze - rzucił. - To co jest?
- Czytałeś mój raport dotyczący Freehold?
- Przejrzałem go.
- Trzystu ludzi nienawidzących centralnej władzy, za to kochających
broń. Holden będzie nalegał na spotkanie z nimi na ich terenie, bo
dokładnie takie głupoty robi. I będzie mu potrzebne wsparcie.
- Owszem - zgodził się Amos. - Będę miał na niego oko.
- Myślałam, że może tym razem ja powinnam się tym zająć - stwierdziła
Bobbie, kiwając głową w stronę włazu do ambulatorium.
Nie mówiąc "ona nie wygląda dobrze". Amos zacisnął wargi i zamyślił się.
- Hm, dobra - zgodził się. - Lądowanie atmosferyczne pewnie i tak
rozłupie statek na kawałki. Będę miał tu pełne ręce roboty.
Bobbie wstała z zamiarem odejścia, ale coś ją zatrzymało.
- Ile jeszcze? - spytała, zanim zrozumiała, że zada to pytanie.
- Resztę życia - odpowiedział Amos, a potem wrócił do ambulatorium i zamknął za sobą właz.
Holdena i Naomi znalazła w kambuzie, jedli śniadanie. Aromat jajecznicy
ze sproszkowaną cebulą i tym, co uchodziło za paprykę, konkurował z zapachem świeżej kawy. Brzuch Bobbie zaburczał, gdy tylko weszła do
pomieszczenia, a Holden bez słowa pchnął w jej stronę talerz i zaczął
nakładać na niego jajka.
- Smacznego, bo to ostatnie prawdziwe jajka do czasu powrotu na Medynę -
zachęcił Holden, napełniając jej talerz.
- Co się dzieje? - zapytała Naomi, gdy udało się jej przełknąć porcję,
którą akurat miała w ustach.
- Czytaliście moją ocenę zagrożeń na Freehold?
- Przejrzałem - odpowiedział Holden.
- Kolonia pierwszego pokolenia - powiedziała Naomi. - Osiem lat od
założenia i wciąż tylko jedno miasteczko w stosunkowo umiarkowanej
strefie klimatycznej. Podstawowe rolnictwo, ale większość żywności
pochodzi z odzyskanych instalacji hydroponicznych. Trochę kóz i kur, ale
zwierzęta gospodarskie też żywią się produktami hydroponiki, więc nie
jest to zbytnio efektywny model. W płaszczu planety jest lit i podejrzanie duże ilości uranu w lodowcach na biegunach, co być może
oznacza łatwe zbieranie helu, jeśli uda im się kiedyś stworzyć
infrastrukturę do rozwoju górnictwa. Karta założycielska zakłada
radykalną autonomię osobistą, chronioną przez milicję obywatelską, na
którą składają się wszyscy mieszkańcy kolonii.
- Serio? - zainteresował się Holden. - Wszyscy mieszkańcy?
- To oznacza trzystu ludzi, którzy lubią broń - zauważyła Naomi, a potem
wskazała palcem Holdena. - Ten tutaj będzie upierał się przy wyjściu na
zewnątrz i bezpośredniej rozmowie z nimi.
- Prawda? - rzuciła Bobbie, a potem szybko zgarnęła do ust pełen widelec
jajek.
Były tak dobre, jak obiecywał ich zapach.
- To musi być zrobione twarzą w twarz - oświadczył Holden. - Jeśli
nie, to równie dobrze mogliśmy im przesłać wiadomość drogą radiową z Medyny i oszczędzić sobie podróży.
- Dyplomacja to twoja domena - przyznała Bobbie. - Ja przejmuję się
kwestiami czysto taktycznymi. A kiedy będziemy rozmawiać z władzami
Freehold, powiemy im, że nie mają powodu, żeby zacząć do nas strzelać, i mieć nadzieję, że będzie dobrze.
Holden odsunął od siebie częściowo opróżniony talerz i odchylił się do
tyłu, marszcząc brwi.
- Wyjaśnij to.
- Naprawdę powinieneś czytać moje raporty.
Naomi wzięła kubek Holdena i ustawiła pod dyszą ekspresu do kawy.
- Chyba wiem, do czego zmierzasz. Napijesz się kawy, Bobbie?
- Tak, dziękuję - potwierdziła Bobbie, a potem wywołała ocenę taktyczną
na swoim ręcznym terminalu. - Ci ludzie opuścili Ziemię, żeby utworzyć
kolonię opierającą się na całkowitej niezależności. Wierzą w bezwzględne
prawo każdego obywatela do obrony siebie i swojej własności, w razie
potrzeby z zabójczą siłą. I są w tym celu dobrze uzbrojeni.
- Tę część czytałem - potwierdził Holden.
- Na tym etapie miną jeszcze lata, zanim będą w stanie się sami
utrzymać. To, że polegają na uprawach hydroponicznych, wynika z faktu,
że mają trudności z opracowaniem gleby dla swoich szklarni. Ma to jakiś
związek z zawartością minerałów w tutejszym gruncie. Pieniądze zdobyte
na podstawie wstępnych przewidywań co do wielkości przyszłego wydobycia
minerałów w całości trafiają na Auberon, w zamian otrzymują zaopatrzenie
rolnicze, które ma im pomóc sobie z tym poradzić. Uważają, że Związek
Transportowy nie ma prawa do pobierania cła za podstawowy handel, który
umożliwia przeżycie. Co właśnie nas tu doprowadziło.
Naomi podała jej kubek z parującą kawą i mnóstwem śmietanki, dokładnie
tak, jak lubiła. Holden kiwnął głową w sposób, który prawdopodobnie
oznaczał kłopoty. Zrozumiał, co chciała powiedzieć.
- Ile czasu minie, zanim wyhodują własne uprawy? - zapytała Naomi,
nachylając się jej nad ramieniem, by spojrzeć na raport.
- Nie wiem, ale nie o to tu chodzi...
- Chodzi tu o to - wtrącił się Holden - że mamy im ogłosić wyrok
śmierci. Zgadza się? Wylądujemy tam i powiemy im, że zostają odcięci od
handlu z innymi koloniami. A oni wiedzą, że za kilka miesięcy skończy im
się jedzenie, a sami nie będą w stanie wyhodować niczego jeszcze przez
długie lata. Związek stawia ich w beznadziejnym położeniu. A przez
związek mam w tej chwili na myśli nas. My ich stawiamy pod ścianą.
- Owszem - potwierdziła Bobbie zadowolona, że wreszcie zrozumiał. - To
ludzie, którzy wierzą w nienaruszalne prawo użycia zabójczej siły w obronie własnego życia. A my wylądujemy tam, żeby im ogłosić, że zostają
odcięci od dostaw. To idealny powód do tego, aby spróbować zdobyć nasz
statek.
- Nie rozumiem tej kary - odezwała się Naomi. - Wydaje się trochę ostra.
- Sądzę, że Drummer czekała na coś takiego - stwierdził Holden. Nie
wyglądał na zadowolonego. - Czekała na tę pierwszą kolonię, która
zdecyduje się sprawdzić, jak daleko Związek jest gotów się posunąć, by
ochronić swój monopol na korzystanie z wrót. I zamierza potraktować ten
pierwszy przykład na tyle mocno, by już nikomu innemu nie przyszło do
głowy próbować. Zabija jedną kolonię teraz, żeby później nie musiała
tego robić z tysiącem trzystu pozostałych.
Wizja zawisła w powietrzu jak dym nad stolikiem do pokera. Wyraz twarzy
Naomi odzwierciedlał niepokój Bobbie. Na twarzy Holdena rysowało się
wewnętrzne skupienie, które świadczyło o tym, że bardzo intensywnie o czymś myśli. Trzy lata to ostry wyrok. Trzy lata przerwy, gdy zaczyna
się życie w trudnym środowisku, były czymś jeszcze gorszym. Przynajmniej
motywem do przemocy. Może do czegoś więcej.
- No więc - rzuciła Bobbie - to będzie ciekawe.
Rozdział trzeci
Santiago Jilie Singh
Singh poczuł wibrację na nadgarstku i podciągnął rękaw. Owinięty wokół
przedramienia monitor zarejestrował, że Singh na niego patrzy, więc
wyświetlił powiadomienie o najpilniejszym zadaniu: zbliżającej się
audiencji u wysokiego konsula.
Zresetował zegar powiadomienia do pół godziny przed samym spotkaniem.
Nosił swoją konsolę na przedramieniu lub w kieszeni już od prawie pięciu
lat, więc urządzenie wiedziało o nim wszystko, co powinno. Nadchodzącą
audiencję u wysokiego konsula traktowało, jakby było to najważniejsze
wydarzenie w jego życiu.
I nie myliło się.
Z powrotem obciągnął rękaw, szarpiąc na koniec ostro, żeby wygładzić
zagniecenia, i przyjrzał się sobie w lustrze. Granatowo-biały mundur
pasował jak rękawiczka, podkreślając muskularną sylwetkę, każdego dnia
kształtowaną przez godzinę na siłowni. Na kołnierzu błyszczały świeżo
zdobyte gwiazdy kapitańskie, wypolerowane tak, by lśnić złotem. Był
gładko ogolony i wyobrażał sobie, że nadawało mu to groźny, drapieżny
wygląd wojskowego.
- Wciąż stroszysz piórka? - spytała z łazienki Natalia. Otworzyła drzwi
i wyszła w chmurze pary z włosami ociekającymi wodą. - Tak przystojnego
mężczyznę trzeba koniecznie obmacać.
- Nie - rzucił Singh, cofając się. - Jeśli zmoczysz mi mundur...
- Za późno - ze śmiechem rzuciła jego żona, ruszając w jego stronę.
Objęła go ciasno w pasie, kładąc mokre włosy na ramieniu.
- Nat - powiedział, chcąc zaprotestować, ale nie znalazł w sobie dość
stanowczości. Chwytając go, puściła ręcznik i w lustrze widział łagodną
krzywiznę jej biodra. Położył na nim dłoń i ścisnął. - Teraz jestem cały
mokry.
- Wyschniesz - odparła, sięgając za jego plecy, by szczypnąć go w pośladek.
Świeżo awansowany kapitan lakońskiej floty krzyknął bez cienia powagi.
Poczuł kolejną wibrację na nadgarstku i przez chwilę miał wrażenie, że
urządzenie na ręce wyraża dezaprobatę dla jego zachowania.
Znowu podciągnął rękaw i przekonał się, że to tylko powiadomienie o tym,
że za dwadzieścia minut podstawią samochód.
- Niedługo przyjedzie samochód - powiedział z żalem, na chwilę wciskając
nos w mokre włosy żony.
- I czas obudzić Elsę - zgodziła się Natalia. - To twój wielki dzień,
więc możesz wybrać: budzisz Potwora czy robisz śniadanie?
- Dzisiaj wezmę służbę przy Potworze.
- Uważaj. Ją jeszcze mniej obchodzi zamoczenie twojego świeżego nowego
munduru - skomentowała Natalia, zakładając na siebie szlafrok. -
Śniadanie za dziesięć minut, marynarzu.
Jednak potrzebował prawie piętnastu na wyciągnięcie Elsy z łóżeczka,
zmianę pieluchy, ubranie jej i zaniesienie do kuchni. Natalia rozstawiła
już na stole talerze pełne naleśników i świeże jabłka, a powietrze
wypełniał aromat zaparzonej właśnie herbaty z przyprawami.
Zawibrował nadgarstek Singha i tym razem nie musiał sprawdzać, by
wiedzieć, że to ostrzeżenie o pięciu minutach pozostałych do przybycia
samochodu. Przypiął Elsę do jej wysokiego krzesełka i postawił przed nią
najmniejszy talerzyk z kawałkami jabłka. Dziewczynka roześmiała się
radośnie i uderzyła w nie dłonią, rozpryskując wszędzie sok.
- Zdążysz coś zjeść? - zapytała Natalia.
- Obawiam się, że nie - odpowiedział Singh, podciągając rękaw i przewijając harmonogram dzisiejszego dnia. - Potwór nie chciał dzisiaj
pozwolić założyć sobie spodni.
- Mam wrażenie, że jej największym powodem niechęci do przedszkola jest
właśnie wymaganie noszenia spodni - z uśmiechem skomentowała Natalia.
Potem zerknęła na harmonogram spotkań na jego przedramieniu i spoważniała. - Kiedy możemy się ciebie spodziewać?
- Spotkanie jest zaplanowane na ósmą czterdzieści pięć i nie mam dzisiaj
nic innego, więc... - powiedział Singh.
Nie dodał jednak "ale spotykam się z wysokim konsulem Winstonem Duartem,
więc nie mam żadnego wpływu na porę rozpoczęcia lub zakończenia
spotkania".
- Dobrze - stwierdziła Natalia i pocałowała go w policzek. - Dzisiaj
będę w laboratorium przynajmniej do szóstej, ale twój ojciec zgodził się
przejąć Potwora, jeśli nie zdołasz jej odebrać z przedszkola.
- Dobrze, dobrze - rzucił Singh. - To do zobaczenia.
Na zewnątrz zatrzymał się ciemnogranatowy samochód personelu floty.
Singh stanął przed lustrem przy drzwiach, by skontrolować swój wygląd po
raz ostatni i zetrzeć kawałek śniadaniowego odłamka Potwora. Natalia
siedziała już przy stole, próbując jeść i równocześnie wciskając trochę
jedzenia do buzi Potwora, zgarniając je przy tym z bluzki.
Niepokój ścisnął mu żołądek, kładąc się cieniem na serce. Musiał kilka
razy przełknąć ślinę, zanim zdołał się odezwać. Kochał żonę i dziecko
bardziej, niż potrafił to wypowiedzieć, a opuszczanie ich zawsze było
dla niego trudne. Dzisiaj było inaczej. Niezliczone pokolenia marynarzy
miały do czynienia z porankami takimi jak ten. Spotkania z przełożonymi,
zapowiadające zmiany. Skoro oni je przetrwali, jemu też to się z pewnością uda.
Profesor historii w akademii floty powiedział kiedyś, że perspektywa
historii jest daleką perspektywą. Ludzie tworzyli imperia, ponieważ
chcieli, by ich imiona nie zostały zapomniane przez czas. Wznosili
olbrzymie budowle z kamienia i stali, żeby ich potomkowie pamiętali
ludzi tworzących świat, w którym dopiero oni żyją. Na Ziemi istniały
budynki mające ponad tysiąc lat, czasami stanowiły jedyne dowody na
istnienie imperiów, które miały trwać przez wieczność. "Nieposkromiona
pycha", jak określał to profesor. Budując, ludzie próbują nadać fizyczną
postać swoim aspiracjom. Jednak gdy umierają, ich plany grzebane są wraz
z nimi. Zostaje tylko budynek.
Choć Marsjanie nigdy nie wyrażali jednoznacznie imperialistycznych
zamiarów, mieli w sobie solidną porcję takiej samej pychy. Zbudowali
tunele i komory jako tymczasowe kwatery w skałach Marsa, a potem zabrali
się za zaplanowaną na pokolenia pracę uczynienia powierzchni planety
miejscem nadającym się do zamieszkania.
Pierwsze pokolenie odeszło, nie osiągając zamierzonego celu. Podobnie
drugie, trzecie i kolejne, z dziećmi idącymi w ślady rodziców. Skończyło
się na tym, że dzieci znały ostatecznie tylko tunele i wcale nie uważały
ich za takie złe. Straciły wgląd w szerszą wizję, ponieważ nigdy nie
była ich marzeniem. Gdy przepadli twórcy oraz ich zamiary, zostały po
nich tylko tunele.
Patrząc na przemykające za oknem samochodu budowle stolicy Lakonii,
Singh widział w nich te same masy materiałów i intencji. Olbrzymie
budynki z kamienia i stali zaprojektowane, by pomieścić rządy jeszcze
nieistniejącego imperium. Więcej infrastruktury niż Lakonia
potrzebowałaby dla siebie przez całe stulecia. Ich kolumny oraz iglice
odwoływały się do tysiącleci kultury Ziemi i Marsa, przekształcając je w wizję zadziwiająco ludzkiej przyszłości.
Jeśli marzenia o imperium się nie ziszczą, pozostaną tylko dużymi, nigdy
nieużywanymi budowlami.
Pośród wysokich rangą oficerów lakońskiej armii nie było tajemnicą, że
laboratoria wysokiego konsula dokonały niezwykłych przełomów w zakresie
modyfikacji budowy ciała ludzi. Jednym z najważniejszych projektów było
znaczne przedłużenie życia samego wysokiego konsula. Kapitan, pod
którego rozkazami Singh służył jako porucznik, otrzymał oficjalną naganę
za upicie się i określenie wysokiego konsula mianem "naszego własnego
króla-boga".
Singh rozumiał jednak, dlaczego ten właśnie projekt jest tak ważny dla
wysokiego konsula. Imperia, podobnie jak budynki, były ucieleśnionymi
aspiracjami. Tracąc twórcę, gubiły swe przeznaczenie, a więc nie można
było pozwolić, by ich twórca zginął.
Jeśli pogłoski były prawdziwe i naukowcy wysokiego konsula naprawdę
pracowali nad uczynieniem go nieśmiertelnym, mieli szansę stworzyć
imperium, o jakim historia dotąd tylko marzyła. Stabilność władzy,
ciągłość celu i jedna, nieustająca wizja. I wszystko to było bardzo
dobre, ale nie tłumaczyło, dlaczego został wezwany na osobiste spotkanie
z Duartem.
- Jesteśmy prawie na miejscu, sir - odezwał się kierowca.
- Jestem gotowy - skłamał Singh.
Budynek Rządowy Lakonii był cesarskim pałacem we wszystkim poza nazwą i był zdecydowanie największą budowlą w stolicy. Tam właśnie znajdowała
się siedziba rządu, jak i pomieszczenia zajmowane przez wysokiego
konsula i jego córkę. Po przejściu przez rygorystyczną kontrolę
bezpieczeństwa, dokonaną przez żołnierzy w najnowocześniejszych
lakońskich pancerzach wspomaganych, Singh został w końcu po raz pierwszy
wpuszczony do środka.
Co okazało się nieco rozczarowujące.
Właściwie nie był pewien, czego się spodziewał. Może sufitu dwadzieścia
metrów nad podłogą, utrzymywanego przez rzędy olbrzymich kamiennych
kolumn. Czerwonego dywanu, który prowadził do wzniosłego złotego tronu.
Ministrów i służby czekających na możliwość rozmowy z wysokim konsulem,
szeptem snujących intrygi. Zamiast tego zobaczył foyer i poczekalnię
pełną wygodnych krzeseł i z łatwym dostępem do łazienek oraz monitor
ścienny, który wyświetlał zasady bezpieczeństwa obowiązujące w Budynku
Rządowym. Wszystko to wydawało się bardzo zwyczajne. Bardzo rządowe.
Przez największe drzwi pomieszczenia przeszedł niski uśmiechnięty
mężczyzna w czerwonej marynarce i czarnych spodniach, kłaniając się
niemal niezauważalnie.
- Kapitan Santiago Singh - powiedział w sposób, który nie był pytaniem.
Singh wstał, z wysiłkiem powstrzymując się przed zasalutowaniem.
Mężczyzna nie miał munduru wojskowego ani oznak rangi, choć znajdowali
się w domu ich władcy. To miało wagę wykraczającą poza ramy protokołu.
- Tak, proszę pana. Jestem kapitan Singh.
- Wysoki konsul ma nadzieję, że będzie mu pan towarzyszył podczas
śniadania w rezydencji - powiedział niski mężczyzna.
- Oczywiście, będę zaszczycony.
- Proszę za mną - rzucił człowiek w czerwonej marynarce i wyszedł przez
drzwi, z których się wyłonił.
Singh ruszył za nim.
Jeśli foyer Budynku Rządowego było antyklimatyczne, to reszta wnętrza
wyglądała zdecydowanie użytkowo. Na wszystkie strony odchodziły
korytarze prowadzące do biur. Było tu wielu ludzi w garniturach i mundurach wojskowych oraz takich czerwonych marynarkach i czarnych
spodniach, jakie nosił jego przewodnik. Singh uważał, by salutować za
każdym razem, gdy trafił na kogoś o randze, która tego wymagała, i próbował ignorować wszystkich innych. Całą populację Lakonii stanowili
pierwotni koloniści z floty Duartego oraz dzieci urodzone tu w ciągu
ostatnich kilku dziesięcioleci. Nie wyobrażał sobie, że na planecie
mieszka tyle ludzi, których jeszcze nie spotkał. Jego niewysoki
przewodnik poruszał się tak, jakby nie widział nikogo innego, i cały
czas utrzymywał na twarzy niezobowiązujący uśmiech.
Po dziesięciu minutach marszu przez labirynt korytarzy i sal dotarli do
podwójnych szklanych drzwi, które prowadziły do dużego patio. Jego
przewodnik otworzył jedno skrzydło i gestem zaprosił go do środka, a potem oddalił się, znikając w budynku.
- Kapitanie Singh! - zawołał wysoki konsul Winston Duarte, absolutny
władca wojskowy Lakonii. - Proszę do mnie dołączyć. Kelly, dopilnuj,
żeby kapitan miał talerz.
Kolejny mężczyzna w czerwonej marynarce i czarnych spodniach,
najwyraźniej ten o imieniu Kelly, przygotował dla niego miejsce, a potem
odsunął krzesło. Singh usiadł, czując zawroty głowy i wdzięczność, że
nie będzie musiał próbować ich ukrywać, gdyby zachwiał się na nogach.
- Wysoki konsulu, ja... - zaczął, ale Duarte uciął mu machnięciem ręki.
- Dziękuję, że dołączył pan do mnie dziś rano. I sądzę, że możemy tu
używać naszych stopni wojskowych. Admirale Duarte, ale też zupełnie
wystarczy samo admirale.
- Oczywiście, admirale.
Kelly postawił przed nim pojedyncze jajko w stojaczku i używał właśnie
szczypców, żeby położyć mu na talerzu słodką bułkę. Singh jadł już
kiedyś jajko, więc choć było luksusem, nie stanowiło kompletnej zagadki.
Stół był mały - dla czterech osób byłoby przy nim za ciasno - i stał
przed dużym obszarem czegoś, co wyglądało na bardzo zadbaną ziemską
trawę. Pośrodku trawnika siedziała może dziesięcioletnia dziewczynka,
bawiąc się ze szczeniakiem. Prawdziwe kury i ziemskie psy. W przeciwieństwie do Arki Noego w starej historii, okręty pierwszej floty
zabrały ze sobą na Lakonię tylko nieliczne gatunki zwierząt. Zobaczenie
na własne oczy jednocześnie dwóch z nich było nieco przytłaczające.
Singh zastukał w skorupkę jaja łyżeczką, żeby ją rozbić, a potem
spróbował opanować nerwy.
Admirał Duarte wskazał filiżankę Singha, do której Kelly nalał kawy.
- Przepraszam - powiedział Duarte - za oderwanie pana od rodziny tak
wcześnie dziś rano.
- Z przyjemnością służę wysokiemu konsulowi - odpowiedział Singh
automatycznie.
- Tak, tak - rzucił admirał. - Natalia, prawda? I jedna córka?
- Tak, admirale. Elsa. Ma już prawie dwa lata.
Duarte posłał uśmiech w stronę dziewczynki na trawie i kiwnął głową.
- To dobry wiek. Nie ten z uczeniem dziecka korzystania z nocnika, ale
ten, gdy przesypia całą noc, prawda?
- Przeważnie, sir.
- Fascynujące jest obserwowanie, jak ich mózgi zaczynają się wtedy
rozwijać. Uczą się języka, uczą się identyfikować się jako odrębny byt.
Słowo "nie" nabiera magicznej mocy.
- Tak jest, sir - potwierdził Singh.
- Niech pan nie odpuszcza tej bułce - zasugerował admirał. - Nasz
piekarz to geniusz.
Singh przytaknął i ugryzł bułkę. Była dla niego za słodka, ale doskonale
komponowała się z gorzkim smakiem kawy.
- Proszę mi opowiedzieć o kapitanie Iwasie - poprosił Duarte z uśmiechem.
Właśnie przełknięty kęs bułki zmienił się nagle w bryłę ołowiu. Kapitan
Iwasa został zdegradowany i dyscyplinarnie zwolniony ze służby na
podstawie raportu złożonego admiralicji przez Singha. Jeśli jego były
dowódca był bliskim znajomym wysokiego konsula, Singh niniejszym pożegna
się ze swoją karierą. Albo jeszcze gorzej.
- Przepraszam, ja... - zaczął Singh.
- To nie przesłuchanie - powiedział Duarte głosem łagodnym i ciepłym jak
flanela. - Znam wszystkie fakty dotyczące sprawy kapitana Iwasy, ale
chcę usłyszeć pańską wersję. Złożył pan raport dotyczący zaniedbania
obowiązków. Co pana do tego skłoniło?
Jeden z jego wykładowców w akademii wojskowej powiedział kiedyś: "gdy
brak osłony, jedyną rozsądną rzeczą jest jak najszybsze pokonanie pola
ostrzału". Singh wyprostował się na krześle, próbując jakby stanąć na
baczność w pozycji siedzącej.
- Sir, tak jest, sir. Kapitan Iwasa nie dopilnował wprowadzenia w życie
nowo otrzymanego kodeksu postępowania floty, a gdy zadano mu
bezpośrednie pytanie dotyczące tych wytycznych, w mojej obecności
skłamał swojemu przełożonemu, admirałowi Goyerowi. Wysłałem admirałowi
notatkę, w której podważyłem twierdzenia kapitana Iwasy.
Duarte przyglądał mu się badawczo bez śladu złości na twarzy. Co nic nie
znaczyło. Według wszelkich opinii wysoki konsul nie był człowiekiem
łatwo zdradzającym emocje.
- Zmieniony kodeks postępowania uczynił z niedopełnienia obowiązków
wykroczenie karane wysłaniem do Stodoły? - zapytał admirał Duarte.
- Tak, sir. Kapitan Iwasa uważał tę karę za nadmierną i otwarcie
wypowiadał się na ten temat. Gdy dwóch marines znaleziono śpiących na
służbie, zamiast tego wymierzył im karę administracyjną.
- A pan z pominięciem go zwrócił się do admirała Goyera.
- Sir, nie, sir - odpowiedział Singh. Opuścił wzrok, by spojrzeć
bezpośrednio w oczy wysokiego konsula. - Byłem świadkiem, jak oficer
okłamuje swojego przełożonego w odpowiedzi na bezpośrednie pytanie
dotyczące jego struktury dowodzenia. Powiadomiłem tego oficera, co było
moim obowiązkiem.
Singh urwał, ale Duarte nic nie powiedział. Po prostu patrzył na niego,
jakby był szczególnie ciekawym owadem przypiętym szpilką do korkowej
tablicy.
- Nie lubił pan Iwasy? - rzucił, jakby było to bardzo niedbałe pytanie.
- Czy mogę mówić otwarcie, sir? - zapytał Singh. Gdy Duarte kiwnął
głową, kontynuował. - Postępowanie zgodnie z kodeksem wojskowym jest
zaprzysiężonym obowiązkiem każdego oficera i marynarza. Jest to
instrument, który czyni z nas wojsko, a nie po prostu bandę ludzi z bronią i okrętami. Gdy oficer okazuje brak poszanowania dla kodeksu,
przestaje być oficerem. Skoro Iwasa wielokrotnie dowiódł świadomego
ignorowania tego kodeksu, przestał być moim przełożonym. Poinformowałem
po prostu o tym fakcie kolejną osobę stojącą wyżej w strukturze
dowodzenia.
- Czy wiedząc, jakie miało to konsekwencje dla Iwasy, nadal uważa pan,
że postąpił słusznie? - zapytał admirał.
Jego twarz ani ton głosu nie zdradzały, co on sam myśli o tej sprawie.
Równie dobrze mógłby pytać Singha, czy chce cukru do kawy.
- Tak, admirale - potwierdził Singh. - Powinność to nie bufet, z którego
można wybrać to, co się lubi, i zignorować resztę. Warunkowa lojalność
nie jest lojalnością. Obowiązkiem kapitana Iwasy było wymuszanie
przestrzegania zapisów kodeksu postępowania w stosunku do swoich
podwładnych. Gdy skłamał w tej sprawie, moim obowiązkiem stało się
poinformowanie o tym jego przełożonego.
Wysoki konsul kiwnął głową. Mogło to znaczyć cokolwiek.
- Brakuje go panu?
- Owszem. Był moim pierwszym przełożonym po akademii wojskowej. Nauczył
mnie wszystkiego, co powinienem wiedzieć. Brakuje mi go każdego dnia -
odpowiedział Singh i uświadomił sobie, że wcale nie przesadza.
Śmiertelną wadą Iwasy okazała się sympatia do ludzi, którymi dowodził.
Dzięki czemu łatwo było go pokochać.
- Kapitanie - odezwał się Duarte. - Mam dla pana nowy przydział.
Singh wstał, prawie przewracając przy tym krzesło, i zasalutował.
- Kapitan Singh zgłasza się na służbę, wysoki konsulu. - Wiedział, że to
niedorzeczne, ale coś w całej tej rozmowie było surrealistyczne i niedorzeczne, a w tej chwili po prostu wydało mu się to właściwym
postępowaniem.
Duarte był na tyle miły, że potraktował to z szacunkiem.
- Dobiega końca pierwsza faza naszego projektu, przechodzimy do drugiej
fazy. Przydzielam panu dowodzenie nad Zwiastunem burzy. Szczegółowe
rozkazy znajdują się w sejfie kapitańskim tej jednostki.
- Dziękuję, admirale - odpowiedział Singh, czując, jak serce wali mu w piersi. - Z zaszczytem wypełnię te rozkazy co do joty.
Duarte obrócił się, by popatrzeć na dziewczynkę bawiącą się z psem.
- Dostatecznie długo ukrywaliśmy się przed ludzkością. Nadszedł czas, by
pokazać im, co robiliśmy.
Rozdział czwarty
Holden
Holden miał dwadzieścia parę lat, gdy został wyrzucony z ziemskiej
floty. Oglądał się na tamtą wersję siebie z tęsknotą i afektacją, którą
ludzie zwykle obdarzali szczeniaczki przesadnie dumne z siebie z powodu
przegonienia wiewiórki. Zatrudnił się do lotów na lodowcowcach z poczuciem odwracania się od całej skorumpowanej, autorytarnej i cynicznej historii swojego gatunku. Wagę tej decyzji podkreślała nawet
nazwa firmy, w której się zatrudniał - Pur'n'Kleen - co kojarzyło się z czystością. Zdawała się być obietnicą prawości i czystości. Jeśli nawet
było to nieco komiksowe, wtedy wcale tak tego nie odbierał.
W tamtych czasach Pas był dzikim pograniczem, a ONZ i Marsjańska
Republika Kongresowa - politycznymi bogami Układu Słonecznego
izolowanego bardziej niż antyczna wyspa pośrodku oceanu, Pasiarze zaś
byli wyzyskaną klasą pracującą, walczącą o to, by mieszkańcy planet
wewnętrznych choćby zauważyli ich umieranie.
Teraz ludzkość rozproszyła się na ponad tysiąc trzysta nowych układów
słonecznych i Ziemia mogła już nawet nie być najbardziej gościnną dla
życia planetą. Gdy tylko kilku podobnie myślących ludzi zdołało zebrać
dość zasobów na założenie kolonii i opłaty za przelot przez wrota,
między gwiazdami można było posiać ziarna nowej wspólnoty. Nawet
najliczniej zasiedlone z nowych układów miały zaledwie osiem lub
dziesięć miast na całej planecie. Był to potężny, prowadzony równolegle
eksperyment w zakresie możliwych form ludzkich zbiorowisk, szansa na
przekształcenie samej istoty kultury. A jednak w jakiś sposób wszystko
kończyło się bardzo znajomo.
- Dlaczego uważacie, że macie prawo kontrolować handel między
samorządnymi państwami? - zapytał gniewnie gubernator Freehold, Payne
Houston. - Jesteśmy wolnymi ludźmi, i pomimo tego, co mogą uważać wasi
panowie na Medynie, nie odpowiadamy przed wami.
Houston przyszedł na spotkanie już dość mocno nakręcony, a Holden nie
miał jeszcze wielu okazji do rozładowania jego emocji i skłonienia do
znaczącego, produktywnego poziomu dyskusji. Zamiast tego obserwował,
słuchał i próbował zdecydować, czy złość gubernatora powodowana była
bardziej strachem, frustracją czy narcyzmem. Holden doskonale rozumiał
strach. Frustracja też miała sens. Wszystkie planety połączone
pierścieniami wrót miały unikalne biomy, niezależne biologie i własne,
nieoczekiwane przeszkody dla kogoś próbującego wykroić w nich sobie
niszę środowiskową dla ludzi. Możliwość handlu w celu uzyskania
potrzebnych towarów bardzo często decydowała o różnicy między życiem a śmiercią. Każdy, kto uważał, że jest wraz ze swoim ludem arbitralnie
niedopuszczany do potrzebnych mu rzeczy, mógł być przerażony do szpiku
kości.
Jednak im dłużej przemawiał gubernator, tym bardziej Holden odnosił
wrażenie, że facet jest po prostu dupkiem.
- Freehold to niezależne i samorządne państwo - oświadczył Houston,
uderzając w stół otwartą dłonią. - Będziemy prowadzić handel z zainteresowanymi współpracą partnerami i nie będziemy płacić daniny
pasożytom pańskiego pokroju. Nie będziemy.
Salę rady urządzono jak salę sądową, Holdena i Bobbie posadzono przy
niskim stoliku, a gubernator i jego jedenastu członków rządu siedzieli
wysoko, patrząc na nich w dół niczym sędziowie. Stół wykonano z zabarwionego na ciemno odpowiednika drewna. Okna umieszczone za
Houstonem i jego ludźmi sprawiały, że wyglądali jak ciemne sylwetki.
Projektowanie wnętrz jako narzędzie polityczne. Podkreślała to jeszcze
noszona przez wszystkich mieszkańców Freehold broń.
Zerknął na Bobbie. Miała spokojny wyraz twarzy, ale wzrok przenosiła
między ludźmi patrzącymi na nich z góry a strażnikami stojącymi przy
drzwiach. Oceniając, kogo powinna powalić najpierw, jak ich rozbroić,
gdzie szukać osłony i jak uciec. Bobbie zajmowała się takimi rzeczami
tak, jak niektórzy zajmowali się szydełkowaniem.
- Jest tak. - Holden odezwał się, gdy Houston nabierał powietrza. -
Myśli pan, że przyleciałem tu z wami negocjować. Ale to nieprawda.
Houston zmarszczył brwi.
- Bóg dał wszystkim wolnym ludziom prawo, i nie zniesiemy żadnych
tyranów lub królów...
- Rozumiem źródło nieporozumienia - stwierdził Holden głośniejszym, ale
wciąż przyjaznym głosem. - Widzieliście przylatujący okręt bojowy.
Lecieliśmy tu całe tygodnie. Uważacie, że to coś, gdzie spodziewamy się
mnóstwa negocjacji, żądań i ustępstw. Opóźnienie światła sprawiłoby, że
tego typu rozmowy byłyby bardzo niezręczne, więc ma sens przysłanie tu
kogoś, kto będzie oddychał tym samym powietrzem, prawda? Wy coś
powiecie, my coś powiemy. Żadnego opóźnienia. Ale sytuacja wygląda tak,
że Związek Transportowy już zdecydował, co się wydarzy. Nie jesteśmy
negocjatorami, nie szukamy pokojowego rozwiązania.
Kobieta siedząca po lewej stronie Houstona położyła mu dłoń na ręce.
Houston odchylił się do tyłu. To było ciekawe. Holden zmienił pozycję,
mówiąc w przestrzeń między nimi, by włączyć ją w rozmowę.
- Wszyscy jesteśmy tu dorośli - stwierdził. - Nie musimy przed sobą
udawać. Związek wysłał nas tu osobiście, bo nie chcą być zmuszeni do
powtarzania tego wciąż na nowo w przypadku mnóstwa innych kolonii. Chcą
się upewnić, że wszyscy będą obserwować tę sytuację. A zwłaszcza wasi
przyjaciele i partnerzy handlowi na Auberonie.
- Spektakl polityczny - z pogardą w głosie rzucił Houston.
Co było dość zabawne w ustach faceta siedzącego półtora metra wyżej, niż
było to wymagane.
- Jasne - potwierdził Holden. - W każdym razie, jest tak. Wysłaliście
statek przez wrota bez uzyskania zgody. Naraziliście na
niebezpieczeństwo inne jednostki korzystające z wrót...
Houston sapnął i pogardliwie machnął ręką.
- ...a takie rzeczy wiążą się z konsekwencjami - kontynuował Holden. -
Przylecieliśmy wam po prostu powiedzieć, jak one wyglądają.
Bobbie poruszyła się na krześle, obracając się tak, by mieć wolne nogi.
Co mogło być przypadkową zmianą pozycji, ale wcale nią nie było. Holden
przesunął dłonią po blacie stołu. Z czegokolwiek go zrobiono, nie było
to drewno, choć materiał miał podobną twardość i teksturę. Houston i członkowie jego gabinetu milczeli. Skupili na Holdenie całą swoją uwagę.
Musiał się teraz zastanowić, co z tym zrobić. Postąpić zgodnie z instrukcjami czy trochę je nagiąć.
- Sytuacja może się potoczyć na dwa sposoby - powiedział, naginając
rzeczywistość. - Pierwszy wygląda tak, że Związek odcina Freehold dostęp
do wrót na trzy lata.
- Jeszcze nie jesteśmy samowystarczalni - odezwał się któryś z pozostałych członków gabinetu. - Mówi pan o wyroku śmierci na trzystu
ludzi.
- To decyzja podjęta przez was w chwili, gdy wysłaliście przez wrota
statek bez autoryzacji - odciął się Holden. - Być może zdołacie znaleźć
jakiś sposób na skrócenie wyroku. Na szybsze nakarmienie swoich ludzi.
Wszystko zależy od was. Jednak przez trzy lata każdy statek, który wleci
lub wyleci z wrót Freehold, zostanie zniszczony bez ostrzeżenia. Żadnych
wyjątków. Łączność z wrotami będzie zagłuszana. Zostaniecie całkiem
sami. Alternatywa wygląda tak, że gubernator Houston poleci z nami,
stanie przed sądem i prawdopodobnie spędzi mnóstwo czasu w więzieniu.
Houston prychnął. Przybrał taki wyraz twarzy, jakby właśnie ugryzł coś
zgniłego. Pozostali ludzie na ławie nie wyrażali uczuć tak otwarcie.
Freehold to kolonia ludzi, którzy potrafili zachować pokerowe twarze.
- Zapomniał pan o trzeciej opcji - rzucił Houston. - Bycie ambasadorem
tyranii jest pracą obarczoną ryzykiem, kapitanie Holden. Bardzo.
Poważnym. Ryzykiem.
- No dobrze, to przeliczmy to sobie - odpowiedział Holden. - Siedzimy
tutaj, tam u góry siedzi was dwanaścioro, plus czterech strażników przy
drzwiach...
- Sześcioro - skorygowała Bobbie.
- Sześcioro strażników przy drzwiach - poprawił się Holden bez
mrugnięcia okiem. - Jeśli uwzględnicie jakieś sto metrów wokół tego
budynku, to macie bezwzględną przewagę liczebną oraz przewagę w liczbie
broni. Ale jeśli rozszerzyć promień do pół kilometra, mam okręt
bojowy. Z działkami obrony punktowej. I działem szynowym oraz
dwudziestoma torpedami. Cholera, ma silnik Epsteina, który może smugą
wylotową zmienić całe to osiedle w szkło, jeśli ustawimy go pod
odpowiednim kątem.
- Czyli siła - rzucił Houston, kręcąc głową. - Podatki zawsze zbierane
są pod groźbą użycia broni.
- Uważam to raczej za argument przeciw strzelaniu do ambasadorów -
odpowiedział Holden. - Oddalimy się teraz i wrócimy na statek. Dwanaście
godzin później wystartujemy. Jeśli na pokładzie znajdzie się gubernator
Houston, możecie znowu zacząć ustalać harmonogram lotów ze Związkiem.
Jeśli nie, przyślemy tu kogoś za trzy lata.
Holden wstał, a Bobbie ruszyła jego śladem tak szybko, że stała na
nogach jeszcze przed nim. Houston nachylił się do przodu z lewą ręką na
stole, a prawą przy boku, jakby opierał go na rękojeści pistoletu. Zanim
gubernator zdążył coś powiedzieć, Holden ruszył w stronę drzwi.
Strażnicy przyglądali się, jak idzie w ich stronę, spoglądając na niego,
potem na Bobbie i Houstona. Na skraju widzenia Holdena Bobbie osiadła
trochę głębiej na nogach, opuszczając nieco środek ciężkości. Nuciła coś
cicho, ale nie potrafił wychwycić melodii.
Gdy doszli do drzwi, strażnicy rozstąpili się i Holden znowu zaczął
oddychać. Krótki korytarz do przedsionka, potem na ulicę z ubitej ziemi.
Idąc, wyciągnął z kieszeni swój ręczny terminal. Aleks odebrał
połączenie natychmiast po wywołaniu.
- Jak to wygląda u was? - zapytał Aleks.
- Właśnie wracamy - odpowiedział Holden. - Dopilnuj, by śluza była
otwarta, kiedy tam dotrzemy.
- Idziecie pod ostrzałem? - zapytał Aleks.
- Może - stwierdził Holden.
- Potwierdzam. Rozłożę dywan na powitanie i rozgrzeję działka.
- Dziękuję - rzucił Holden i się rozłączył.
- Naprawdę myślisz, że będą na tyle głupi, by tego spróbować? - zapytała
Bobbie.
- Nie chcę uzależniać swojego życia od inteligencji innych ludzi -
skomentował Holden.
- Głos doświadczenia?
- Kilka razy już się naciąłem.
Freehold było zarówno nazwą miasta, jak i planety i układu słonecznego.
Holden nie wiedział, która z nich pojawiła się jako pierwsza. Miasteczko
osiadło w dolinie między dwoma pasmami górskimi. Łagodny wiatr pachniał
lekko octem i miętą, które były produktami biochemii wykorzystywanej
przez miejscową biosferę do podtrzymywania życia.
Światło słońca było nieco bardziej czerwone, niż Holden się spodziewał,
przez co cienie były bardziej niebieskie i sprawiały wrażenie
nieustannego zmierzchu. Albo świtu. W górze przeleciało stado
miejscowych odpowiedników ptaków, leciały kluczem i harmonijnie
brzęczały przezroczystymi skrzydłami. Na swój sposób planeta była
piękna. Ciążenie wynosiło nieco mniej niż pół g - więcej niż na Marsie,
mniej niż na Ziemi - a przechylenie osi planety i jej obroty składały
się na zaledwie osiem godzin dnia i nieco ponad dziewięć nocy. Dwa
pomniejsze księżyce były nieruchome względem dużego, o masie prawie
jednej trzeciej planety. Duży księżyc miał nawet rzadką atmosferę, ale
nic tam nie żyło. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jeśli Freehold
przetrwa kilka pokoleń, ktoś w końcu prawdopodobnie umieści i tam małe
osiedle, choćby tylko po to, żeby uciec przed miejscowymi. Zdawało się
to uniwersalnym schematem postępowania ludzkości - sięgnąć w nieznane, a potem zmienić je w to, od czego się uciekło. Zdaniem Holdena parcie
ludzkości do gwiazd kierowane było może w jednej części głodem przygód i eksploracji, ale w dwóch częściach pragnieniem ucieczki od siebie
nawzajem.
Widok Rosynanta spoczywającego na brzuchu zawsze był dziwny. Statek
zaprojektowano tak, by lądował w ten sposób w przypadku zejścia do
studni grawitacyjnej. Nie szkodziło mu to, po prostu wyglądało
niewłaściwie. Działka obrony punktowej sterczące z boków poruszyły się,
gdy się zbliżył, niespokojne i aktywne. Śluza załogowa była otwarta,
drabinka sięgała ziemi. Amos siedział na brzegu otwartych drzwi śluzy ze
zwieszonymi nogami, na udach trzymał strzelbę. Holden zdziwił się nieco,
że nie towarzyszy mu Clarissa. Bobbie zamachała, gdy się zbliżyli, a Amos uniósł dłoń w odpowiedzi, ani na chwilę nie spuszczając wzroku ze
ścieżki za nimi.
Holden wszedł do góry pierwszy, potem odwrócił się i stanął między
drabiną a Amosem, gdy Bobbie wspinała się za nim. Dalej od strony miasta
stała grupka czterech osób, nie zbliżali się, ale ewidentnie ich
obserwowali. Z tej odległości Holden nie był pewien, czy brali udział w spotkaniu, czy byli kimś nowym. Bobbie wcisnęła coś na panelu i drabina
złożyła się do wnętrza statku.
- Jak poszło? - zapytał Amos, dźwigając się na nogi i cofając od
zewnętrznych drzwi.
Bobbie włączyła cykl, zamykając je, i podniosła głos, by być dobrze
słyszaną w szumie silników.
- Wróciliśmy bez wymiany ognia, co uznaję za wygraną.
Otworzyły się wewnętrzne drzwi i Amos schował strzelbę w szafce, która
przy ich nietypowej orientacji wyglądała bardziej na szufladę. Holden
skierował się na pokład dowodzenia, maszerując po ścianie. Mostek
powinien być w górze, ale chwilowo znajdował się po lewej.
- Będę zadowolony, kiedy się stąd wyniesiemy - rzucił.
Amos uśmiechnął się w sposób równie życzliwy i pusty jak zawsze, a potem
powędrował za nim. Naomi i Aleks siedzieli w swoich pryczach
przeciążeniowych, grając w złożoną grę symulacji wojennej, którą
zajmowali się od ostatnich kilku lat. Holden poczuł się pewniej, widząc
na obu ekranach okna z obrazem zewnętrznych kamer wyświetlających
ścieżkę do miasteczka. Cokolwiek innego robili, by zabić czas, wszyscy
czujnie przyglądali się miastu. Tak na wszelki wypadek.
- Cześć, kapitanie - rzucił Aleks z akcentem nieco silniejszym niż
zwykle. - Jesteśmy gotowi do pionizacji i zabrania się stąd w diabły?
- Poczekamy dwanaście godzin - odpowiedział Holden, siadając na pryczy.
Zawieszenie się nie poruszyło. Stałe ciążenie planety oznaczało, że
wszystkie prycze zostały zablokowane w miejscu, a stacje robocze
obrócone do właściwej orientacji. Naomi wykręciła się, by na niego
spojrzeć.
- Dwanaście godzin? Na co?
- Może nieco zmieniłem warunki kontraktu - przyznał. - Powiedziałem, że
jeśli oddadzą nam gubernatora do osądzenia, nie dojdzie do kwarantanny.
Naomi uniosła brew.
- Czy Związek o tym wie?
- Uznałem, że prześlę im wiadomość, kiedy już tu wrócę.
- Sądzisz, że Drummer się z tym pogodzi?
- Z tym, że kapitan zmienia zasady? - Amos powiedział, wzruszając
ramionami. - Jeśli o mnie chodzi, to nic nowego. Jeśli nie zostawiła mu
trochę swobody, to jej błąd.
- Nie zamierzam pozwolić, by cała kolonia cierpiała z powodu tego, co
zrobiło kilku przywódców - rzucił Holden. - To kara zbiorowa, a dobrzy
ludzie nie powinni się zajmować czymś takim.
- A przynajmniej nie bez dwunastu godzin ostrzeżenia? - zapytała Naomi.
Holden wzruszył ramionami.
- Tyle mają czasu na dokonanie wyboru. Jeśli będą mieli szansę
postąpienia inaczej i zrezygnują z tego, poczuję się trochę lepiej,
odcinając ich od zaopatrzenia. Przynajmniej będę wiedział, że
próbowaliśmy.
- "Trochę lepiej" oznacza w tym wypadku "nie całkiem przeżarty poczuciem
winy".
- Nie całkiem - zgodził się Holden, kładąc się. Żel był przyjemnie
chłodny pod głową i barkami. - Wciąż nie podoba mi się ta cała sprawa z odcinaniem ludzi od potrzebnego im zaopatrzenia.
- Powinieneś był się zgodzić na kierowanie Związkiem, gdy miałeś taką
możliwość - rzucił Aleks. - Wtedy mógłbyś tym pokierować, jak tylko byś
chciał.
- A przynajmniej miło byłoby tak myśleć - odparł Holden.
***
Dwanaście godzin. Na Freehold znaczyło to noc i część dnia. I nie dość
czasu, by wiadomość wysłana z Rosa na Medynę do biura Związku
Transportowego zdążyła doczekać się odpowiedzi. Jeśli Drummer się obrazi
i zaprotestuje, będą już lecieć do Medyny, zanim poznają jej reakcję.
Gdyby mógł, dałby mieszkańcom Freehold więcej czasu na przemyślenie
sprawy, ale prędkość światła była niezmienna.
Na tym polegała ironia gróźb przy posiadaniu masy. Wiadomości i głosy,
kultura i konwersacje mogły rozprzestrzeniać się nieporównywalnie
szybciej niż nawet najszybsze statki. W najlepszym przypadku nadawało to
znacznie większej wagi perswazji i argumentacji. Przekazywanie idei
między planetami było łatwe, przemieszczanie obiektów trudne. Ale
oznaczało to także, że ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie,
musiał słuchać i być gotów dać się przekonać. We wszystkich innych
przypadkach pozostawały okręty i groźby, jak zawsze.
Holden spał, gdy w końcu dotarła odpowiedź.
- Obudź się - rzuciła Naomi. - Mamy gości.
Przetarł oczy, opuścił nogi na ścianę będącą teraz podłogą, przeczesał
włosy dłonią i popatrzył rozespanym wzrokiem na ekran. Przed statkiem
stała spora grupa ludzi. Rozpoznał kilka twarzy ze spotkania z radą. A pośrodku grupy stała ceramiczna taczka, na której leżał związany w baleron gubernator Houston. Ulga, która przelała się przez ciało
Holdena, była tylko trochę ograniczona perspektywą spędzenia miesięcy z ciągiem ze zhańbionym gubernatorem na pokładzie.
Otworzył połączenie.
- Mówi kapitan Holden z Rosynanta. Jedną chwilę, zaraz wyjdziemy.
- Uważaj - przypomniała Naomi. - Fakt, że to na coś wygląda, nie musi
oznaczać, że tak naprawdę jest nie czymś innym.
- Racja - przyznał i połączył się z mostkiem. - Aleks? Jesteś tam?
- Śpi - odpowiedziała Clarissa. - Aktywowałam działka obrony punktowej,
a Amos i Bobbie już idą do śluzy. Jeśli to pułapka, będzie bardzo
nieudana.
- Dziękuję - odpowiedział Holden, ruszając w stronę śluzy wzdłuż ściany
szybu windy. Niemal od razu usłyszał przemieszane echa głosów Bobbie i Amosa.
- Daj znak, jeśli będziesz chciał, żebym zrobiła coś więcej, niż tylko
obserwowała.
Po otwarciu śluzy i opuszczeniu drabinki Holden zszedł jako pierwszy. W jego stronę z grupy ludzi wystąpiła kobieta o ostrych rysach twarzy i gęstych, czarnych włosach przeplatanych siwizną, zebranych w kucyk.
- Kapitanie Holden - odezwała się. - Jestem Semple Marks, tymczasowa
gubernator. Przyszliśmy tu spełnić żądania pańskiego rządu.
- Dziękuję - odpowiedział Holden, podczas gdy za jego plecami po
drabinie zsuwała się Bobbie.
Amos zszedł chwilę później, z brzękiem obijając strzelbą o drabinkę.
- Zgłaszamy w Związku formalną skargę na to naruszenie naszej
suwerenności - dodała Marks. - Ta sprawa powinna zostać rozstrzygnięta
wewnętrznie na Freehold.
- Nie będę się wtrącał w rozmowy ze Związkiem - stwierdził Holden. -
Dziękuję, że zgodziliście się ugiąć w tej sprawie. Bardzo nie chciałem
wymuszać kwarantanny waszego układu.
Oczy Marks mówiły "myślę, że chciałeś", ale nie powiedziała tego na
głos. Bobbie pomogła więźniowi wstać. Twarz miał szarą w miejscach,
gdzie nie była czerwona. Chwiał się na nogach.
- Hej - rzucił Amos.
Chwilę później Houston skupił na nim wzrok. Amos przyjaźnie kiwnął
głową.
- Jestem Amos. To Bobbie. Robiliśmy już takie rzeczy, więc mamy pewne
zasady dotyczące tego, jak będzie wyglądać sytuacja. Lepiej słuchaj
bardzo uważnie...
Rozdział piąty
Drummer
Drummer nie chciała być przytomna, ale była. Pryczę zrobiono dla dwojga,
dla niej i Saby. Ramę z żelem przeciążeniowym zaprojektowano tak, by
zapewnić im możliwość spania w swoich objęciach, gdy Dom Ludu,
największe z próżniowych miast, wirował lub leciał z małym ciągiem, lub
rozdzielić ich, gdyby podczas snu pojawiła się konieczność użycia dużego
ciągu. Ostrożnie balansując, tak by poruszenia pryczy nie obudziły Saby,
sprawdziła odczyt konsoli na ścianie najbliżej jej strony łóżka. Miała
jeszcze dwie godziny do chwili, gdy będzie musiała wstać. Za mało czasu
na pełny cykl snu, za dużo, by go zignorować. Można było argumentować,
że jest najpotężniejszą kobietą pośród tysiąca trzystu planet, ale to
nie pomagało w radzeniu sobie z bezsennością.
Saba poruszył się we śnie i wymamrotał coś niezrozumiałego. Drummer
położyła dłoń na jego plecach, głaszcząc go po dolnej części kręgosłupa,
niepewna, czy chce go uspokoić, czy obudzić. Wybrał to pierwsze,
układając się wygodniej w żelu tak, jak zwierzęta robiły to w gniazdach
na długo przed tym, zanim ludzkość była czymś więcej niż chomikiem z ambicjami, próbującym unikać dinozaurów.
Uśmiechnęła się w ciemności i spróbowała nie poczuć rozczarowania.
Musiała się wysikać, ale jeśli teraz wstanie, to z pewnością obudzi Sabę
i będzie miała wyrzuty sumienia. Mogła zamiast tego trochę pocierpieć.
Dom Ludu mamrotał wokół niej, jakby cieszył się z jej powrotu.
Na pewne sposoby nie miała już swojego domu, nie od chwili przyjęcia
stanowiska prezes. Miała kwaterę na Medynie blisko poziomów
administracyjnych. Kajutę kapitańską na statku Saby, Malaclypse. Zanim
została przywódczynią Związku Transportowego, były w zupełności
wystarczające. Teraz miała dla siebie więcej przestrzeni, niż
kiedykolwiek zobaczy. Jak pałac podzielony i rozrzucony na niezliczone
lata świetlne. Stacja Medyna, Ganimedes, Ceres, Pallas, Japet, Europa.
Vanderpoele, będący do jej dyspozycji, jak długo zajmowała stanowisko.
Na STL-5 znajdowały się kwatery wydzielone specjalnie dla niej, podobnie
jak na wszystkich budowanych stacjach transferowych. Istniały też
próżniowe miasta, które stanowiły rdzeń dominium Pasiarzy:
Niepodległość, Strażnik Przejścia i Dom Ludu.
W spoczynku centralny rdzeń Domu Ludu pozostawał w nieważkości:
siedemdziesiąt pokładów pełnych infrastruktury i wyposażenia, niczym
peleryną otoczonych sekcją cylindra. Dok na jednym końcu, silnik na
drugim. Pola magnetyczne potężniejsze niż te stosowane do napędu
pociągów magnetycznych utrzymywały separację między rdzeniem a cylindrem
i korygowały ruch przy rozkręcaniu cylindra, dzięki czemu rdzeń
pozostawał bez ruchu przy przełączeniu z ciążenia ciągu na obroty.
Pomieszczenia i korytarze cylindra zaprojektowano z uwzględnieniem
obrotu, z podłogami prostopadłymi do kierunku ciągu przy włączonym
silniku i zwróconymi ku gwiazdom przy stałej jednej dziesiątej g, gdy
tkwili w miejscu. Dość, by wyznaczyć stały kierunek góry i dołu, ale
zachowując ciążenie na tyle nieduże, by mogli w nim przebywać nawet
najbardziej dostosowani do nieważkości. Nie był to statek, a miasto,
które nigdy nie zaznało studni grawitacyjnej.
Saba ziewnął i przeciągnął się, mając wciąż zamknięte oczy. Drummer
przesunęła dłonią po jego sterczących jak szczotka włosach, tym razem z nieco większą energią. Otworzył oczy, a potem na jego ustach na chwilę
pojawił się szelmowski uśmieszek.
- Nie śpisz? - zapytała, próbując zachować ciszę, choć tak naprawdę
pragnęła usłyszeć potwierdzenie.
- Tak.
- Bogu dzięki - rzuciła i wstała z pryczy, kierując się do ubikacji.
Kiedy wróciła, Saba stał nagi przy małym automacie do herbaty,
przeznaczonym do wyłącznego użytku prezes. Saba był z nią już prawie od
dziesięciu lat i choć lekkie zaokrąglenie brzucha i twarzy zdradzało
trochę jego wiek, wciąż był bardzo przystojnym mężczyzną. Czasami,
widząc go w ten sposób, zastanawiała się, czy także starzeje się równie
wdzięcznie. Miała taką nadzieję, a jeśli nie, to chociaż, że tego nie
zauważał.
- Kolejny piękny poranek w korytarzach władzy, co? - odezwał się.
- Sprawozdania budżetowe rano, umowy handlowe po południu. Oraz Carrie
Fisk i jej pieprzone Stowarzyszenie Światów.
- A także ryba w piątek - dodał, odwracając się i podając jej bańkę
gorącej herbaty. Biorąc pod uwagę, jak mało czasu Dom Ludu spędzał w nieważkości, równie dobrze mogła sobie sprawić ziemskie kubki. Ale nigdy
tego nie zrobi. - Czym jest Stowarzyszenie Światów?
- To dobre pytanie, prawda? - odpowiedziała Drummer. - W tej chwili to
kilkadziesiąt kolonii, które uważają, że będę ich słuchać uważniej,
jeśli zaczną przemawiać wspólnym głosem.
- Mają rację?
Przygotował kolejną bańkę dla siebie i oparł się o ścianę. Miał dziwnie
skupiony sposób słuchania, co czyniło go atrakcyjnym jeszcze bardziej
niż jego oczy. Drummer usiadła na pryczy i skrzywiła się, na nic
konkretnego i na wszystko na raz.
- Tak - przyznała po chwili.
- I przez to ich nie lubisz?
- Nie czuję do nich niechęci - stwierdziła i napiła się herbaty. Była
zielona, słodzona miodem i wciąż trochę za gorąca. - W takiej czy innej
postaci istnieją od czasu Sanjraniego. Do tej pory wszystko sprowadzało
się do ubranych w ostre słowa komunikatów prasowych i deklaracji
politycznych.
- A teraz?
- Ubrane w ostre słowa komunikaty prasowe, deklaracje polityczne i okazjonalne spotkania - odparła. - Ale to już coś znaczy. Wcześniej nie
musiałam robić dla nich miejsca w swoim harmonogramie, a teraz wygląda
na to, że muszę.
- Co z Freehold?
- Większym problemem jest Auberon - stwierdziła. - Mówi się, że robią
postępy w pracach nad uniwersalnym generatorem krzyżowym polipeptydów.
- A co to będzie, kiedy już powstanie?
Był to mechanizm, do którego z jednej strony wlewało się dowolne
toksyczne, bezsensowne zupy z biosfer powstałych na różnorodnych
planetach, a z drugiej strony dostawało się coś, co nadawało się do
jedzenia przez ludzi. A to znaczyło, że w ciągu najbliższych dziesięciu
lub piętnastu lat skończy się faktyczny monopol Sol na glebę i substraty
rolnicze. Oznaczało także, że Auberon stanie się nową superpotęgą pośród
rozproszonych ścieżek ludzkiej diaspory, o ile Ziemia i Mars nie
postanowią przerzucić floty przez wrota, by rozpocząć pierwszą wojnę
międzygwiezdną.
Oczywiście, wszystko to przy założeniu, że przełom nie był tylko
szumnymi zapowiedziami i sztuczkami, czego nie dało się wykluczyć.
Podobno każdy wielki kraj powstał dzięki klingom i kłamstwom.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki