1
Parojazd z Gormondu zatrzymał się na
obskurnym dworcu w Pormi w asyście syku rozprężanych gazów i upiornego
jęku wydawanego przez wysłużony metal. Opóźnienie wynosiło tylko trzy
godziny, co było całkiem niezłym wynikiem jak na borgraviańskie
standardy. Opuszczające pokład istoty, tylko w niewielkim stopniu
humanoidalne, prezentowały typową dla tych okolic różnorodność odcieni
skóry, kształtu członków, a nawet sposobów poruszania się. Na prostych i często znoszonych strojach mutantów dało się dostrzec resztki pokarmu
spożywanego podczas niemal dwunastogodzinnego pikniku, bo tyle właśnie
trwała ta podróż. Nad gromadą odmieńców drepczących przez błotnisty plac
ku prymitywnej betonowej szopie, która służyła miejscowym za terminal,
unosił się kwaśny odór uryny.
Na samym końcu z kabiny pojazdu wynurzyła się postać zaskakującej i niespotykanej w takich miejscach urody: wysoki, potężnie zbudowany
prawdziwy człowiek w słusznym jak na ludzką istotę wieku. Włosy miał
złotawe, karnację jasną, oczy niebieskie i lśniące. Jego muskulatura,
kościec i postawa bliskie były ideału, a krótka niebieska bluza nie
tylko lśniła czystością, ale wyróżniała się dobrym stanem.
Feric Jaggar wyglądał jak przystało na genetycznie czystego człowieka,
którym, nawiasem mówiąc, był. Tylko dzięki temu wytrzymał tak długie
zamknięcie w ciasnej przestrzeni wypełnionej borgraviańskim motłochem;
podludzie, co ze wszech miar oczywiste, szybko zrozumieli, z kim mają do
czynienia. Sam jego wygląd wystarczał, by mutanci i cała reszta
szemranego towarzystwa trzymali się na dystans.
Cały doczesny dobytek Ferica mieścił się w skórzanej torbie, którą niósł
bez widocznego trudu; mając bagaż przy sobie, mógł ominąć zatłoczony
terminal i wyjść bezpośrednio na aleję Ulm, która przecinała odrażające
graniczne miasteczko i biegła najkrótszą możliwą trasą ku mostowi
łączącemu brzegi rzeki o tej samej nazwie. Dzisiaj Jaggar pozostawi w końcu za sobą borgraviańskie nory i odzyska prawa należne genetycznie
czystemu człowiekowi i Helderczykowi, który szczyci się nieskazitelnym
pochodzeniem, i to dwanaście pokoleń wstecz.
Z głową przepełnioną myślami o jakże już bliskim osiągnięciu celu Feric
mógł sobie pozwolić na ignorowanie plugawego widowiska, które dręczyło
jego oczy, uszy i nozdrza, gdy kroczył śmiało po gołej ziemi w kierunku
rzeki. Aleja Ulm była niczym więcej niż pełnym błota przekopem ciągnącym
się pomiędzy szpalerem rozklekotanych bud skleconych zazwyczaj z topornie obrobionego drewna, wiklinowych plecionek i arkuszy
pordzewiałej blachy.
Szlak ten, pomimo widocznych niedostatków, wydawał się głównym powodem
dumy i radości mieszkańców Pormi, o czym świadczyły niedwuznacznie
fronty ich ruder przystrojone wszelkiej maści krzykliwymi napisami i prymitywnymi grafikami zachwalającymi dostępne tam towary, głównie
miejscowej produkcji szmirę i - w znacznie mniejszym stopniu - odpady
produktów wyższej cywilizacji zza rzeki.
Gorzej nawet, niektórzy sprzedawcy porozstawiali kramy na samej ulicy,
oferując nadgnite owoce, brudne warzywa i kawałki pokrytego chmarami
much mięsa. Drąc się ile sił w płucach, zachwalali te wątpliwe dobra
tłumowi wypełniającemu szczelnie aleję, a ten odwdzięczał się równie
głośnymi wrzaskami i pochlebstwami.
Odrażający smród, nieustanny jazgot i odpychająca atmosfera tego miejsca
przypominały Fericowi dzielnicę wielkich targowisk w Gormondzie, stolicy
Borgravii, w którym zrządzeniem nieprzychylnego losu utknął na wiele
lat. Gdy był jeszcze dzieckiem, chroniono go, nie pozwalając zapuszczać
się w rejony zamieszkane przez miejscowych, gdy dorósł, sam zadawał
sobie wiele trudu, nierzadko płacąc za to wysoką cenę, by unikać takich
wycieczek, o ile było to możliwe.
Ze zrozumiałych względów nie miał jednak najmniejszych szans na
uniknięcie widoku parszywych mutantów, którzy tłoczyli się na każdym
rogu i w każdym zaułku, a pula genetyczna mieszkańców Pormi była równie
plugawa jak ta, z którą stykał się w stolicy Borgravii. Tutaj, podobnie
jak w Gormondzie, na ulicach było widać wszystkie odcienie skóry.
Błękitki, jaszczuroludy, arlekini i krwistolicy stanowili tylko część
mutantów; oni próbowali chociaż zachowywać pozory czystości rasowej.
Problem w tym, że w otaczającym go tłumie przeważali mieszańcy - łuski
mijanych jaszczuroludów miały odcień błękitu albo purpury zamiast
obowiązkowej zieleni, błękitki krzyżowały się z arlekinami, a pokryte
brodawkami gęby ropuszan mogły mieć nawet czerwonawy odcień. Do jeszcze
poważniejszych mutacji nie dochodziło tylko dlatego, że dwie takie
genetyczne porażki nie miały najmniejszych szans na zmajstrowanie żywego
potomstwa.
W Pormi wielu sklepikarzy było takiego czy innego rodzaju karłami -
garbusami, pokrytymi czarną, kręconą sierścią, z lekko szpiczastymi
głowami, często posiadającymi wtórne mutacje skóry - niezdolnymi do
wykonywania cięższych prac. W tak małych miejscowościach bardziej
zaawansowanych i tajemniczych mutantów spotykało się znacznie rzadziej
niż w stolicy Borgravii.
Nic więc dziwnego, że rozpychający się łokciami Feric skupił w pewnym
momencie uwagę na trójce jajogłowych. Ich nagie chitynowe czaszki
połyskiwały czerwonawo w blasku palącego słońca, przez co zagapił się i wpadł na papugębego. Poczuwszy dotyk Jaggara, stwór obrócił się
raptownie i zaklekotał z oburzenia wielkim kościanym dziobem, ale zaraz
ucichł i spokorniał, gdyż zrozumiał, przed kim stoi.
Szybko spuścił swe kaprawe ślepia, przestał kłapać obscenicznie
zmutowanymi zębiskami i wymamrotał proste słowa przeprosin.
- Wybacz, prawy człeku.
Feric zignorował stwora, co oczywiste; nie zwolniwszy kroku, szedł
dalej, patrząc prosto przed siebie.
Chwilę później poczuł znajome drżenie, oczywiście nie na ciele, tylko w umyśle. To sprawiło, że przystanął, pomny zdobytego dawno doświadczenia,
że takie psychiczne wibracje oznaczają niechybnie obecność Dominatora.
Czujne spojrzenie zwrócone na rząd ruder po prawej ujawniło już wkrótce,
że ma go blisko siebie, bo roztaczany przez mutanta wzorzec dominacji
nie należał do najsubtelniejszych.
Na ulicy opodal rozstawiono w równym rzędzie pięć straganów, a zarządzało nimi trzech karłów, do tego pół błękitek, pół ropuszanin i jaszczurolud. Każda z tych zmutowanych kreatur miała wyjątkowo tępy
wyraz pyska i pusty wzrok, widome znaki długotrwałego przebywania w sidłach dominacji. Na ladach przed nimi leżały mięso, owoce i warzywa,
wszystkie po równo odrażające. Większość była tak zepsuta, że nie
nadawała się na sprzedaż nawet według standardów panujących w Borgravii.
Mimo to wokół stoisk kłębili się mutanci i mieszańcy kupujący te zgniłe
dobra za bardzo wygórowaną cenę, i to bez wahania.
Tylko obecność Dominatora w pobliżu mogła tłumaczyć tego rodzaju
zachowanie. W Gormondzie podobnych monstrów było bez liku, jako że w wielkich miastach roiło się od potencjalnych ofiar, ale fakt, że jeden z Domów zapuścił się do takiej dziury, uświadomił Fericowi, iż Borgravia
ulega wpływom Zindu w znacznie większym stopniu, niż do tej pory
przypuszczał.
Zapragnął zatrzymać się, odszukać tę odrażającą bestię i skręcić jej
kark, ale po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że uwalnianie z wzorca dominacji kilku parszywych mutantów nie jest warte opóźniania
długo wyczekiwanego momentu opuszczenia kloaki, jaką była Borgravia.
Mając to na względzie, ruszył dalej.
Niedługo później ulica przeistoczyła się w drogę wiodącą przez
nienaturalnie wyglądający zagajnik; jej pobocza porastały karłowate
sosny o purpurowych igłach i poznaczonych liszajami, poskręcanych
pniach. Choć trudno byłoby nazwać ten widok pięknym, to i tak stanowił
on miłą odmianę po pobycie w hałaśliwym tyglu splugawionego miasteczka.
Po jakimś czasie droga odbiła lekko na północ i na kolejnym odcinku
biegła równolegle do południowego brzegu Ulm.
W tym miejscu Feric przystanął, by spojrzeć na północ, za szerokie,
spokojne wody rzeki, która wyznaczała na tym odcinku granicę pomiędzy
jątrzącym się wrzodem, jakim była Borgravia, a Wielką Republiką Heldonu.
Za korytem Ulm widział wspaniałe, genetycznie czyste dęby Szmaragdowego
Lasu, zda się maszerujące gęstymi szeregami ku północnemu brzegowi
rzeki. W jego oczach te nieskazitelne genetycznie drzewa, wyrastające z żyznej, nieskażonej czarnej ziemi Heldonu, uosabiały najważniejsze idee
Wielkiej Republiki będącej absolutnym przeciwieństwem wszystkich
skundlonych i zdegenerowanych krain. Tak jak Szmaragdowy Las był
siedliskiem genetycznie czystych drzew, tak Heldon był domem genetycznie
czystych ludzi, trwających na tamtym brzegu niby mocna palisada dająca
nieustannie odpór zmutowanym okropieństwom genetycznego śmietnika
otaczającego ze wszystkich stron Wielką Republikę.
Maszerując dalej tą drogą, Feric dostrzegł most przerzucony nad Ulm.
Ujrzał eleganckie łuki z ciosanego kamienia i naoliwionej stali
nierdzewnej, widome dowody nadrzędnej helderskiej technologii.
Przyspieszył kroku i już wkrótce odnotował z niekłamanym zachwytem, że
Heldon zmusił parszywych Borgravian do zaakceptowania upokarzającego
faktu, którym było wybudowanie fortecy celnej na należącym do nich
brzegu. Czarno-czerwono-biała budowla stała okrakiem nad przyczółkiem
mostu, kłując w oczy herbowymi barwami, i choć nie powiewały nad nią
sztandary, to i tak zdawała się głosić z dumą, że żaden podczłowiek nie
otrzyma zezwolenia na skalanie choćby piędzi ziemi za rzeką. Dopóki
Heldon zachowuje genetyczną czystość i rygorystycznie przestrzega praw
rasowych, dopóty istnieje nadzieja, że Ziemia stanie się na powrót
własnością prawdziwych ludzi.
Kilka różnych dróg zbiegało się u wejścia do fortecy, ale, co Jaggarowi
wydawało się wielce dziwne, przed jej portalem stały długie kolejki
żałosnych mieszańców i mutantów pilnowanych przez dwóch tylko oficerów
służb celnych uzbrojonych wyłącznie w standardowe stalowe buławy. Czegóż
mogły tutaj szukać te kreatury, skoro nie miały najmniejszych szans na
przejście obowiązkowych badań, gdyby nawet kazano je przeprowadzić
jakiemuś ślepemu kretynowi? A tu proszę: zwyczajny jaszczurolud stał za
stworzeniem, które miało po dodatkowym stawie w każdej kończynie. Za
nimi czekali błękitki i garbate karły, jakiś jajogłowy i mieszańcy
wszelkich rodzajów, krótko mówiąc, typowy przekrój borgraviańskiego
społeczeństwa. Co opętało tych biednych głupców, że uwierzyli, iż
otrzymają pozwolenie na przejście mostu? Feric zastanawiał się nad tym,
zająwszy miejsce w kolejce za skromnie odzianym Borgravianinem, który
przynajmniej na pierwszy rzut oka nie miał żadnych widocznych wad
genetycznych.
On sam gotów był poddać się szczegółowym badaniom genetycznym, które
poprzedzą wydanie certyfikatu czystości rasowej, jedynego dokumentu
uprawniającego do wstępu na teren Wielkiej Republiki. Wielce sobie cenił
to prawo i z całego serca popierał jego jak najściślejsze
przestrzeganie. Choć jego pochodzenie nie budziło najmniejszych
wątpliwości, postanowił, że dowiedzie swojej czystości, i przeprowadził
podobne badania już jakiś czas temu, chociaż wiązało się to ze sporymi
niedogodnościami i co tu dużo mówić, niemałymi kosztami - w każdym razie
zrobił wszystko, co dało się zrobić w krainie zamieszkanej głównie przez
mutantów i mieszańców, w której nawet specjaliści wykonujący testy
posiadali liczne skazy genetyczne. Gdyby oboje rodzice Ferica nie mieli
certyfikatów, gdyby jego pochodzenie nie zostało potwierdzone na wiele
pokoleń wstecz, gdyby nie został poczęty na terytorium Heldonu - bo
przyszedł na świat w Borgravii, gdzie jego ojca wygnano za popełnienie
rzekomych zbrodni wojennych - nie pomyślałby nawet o wyjeździe do
duchowej i rasowej ojczyzny, której nigdy wcześniej nie widział. I choć
każdy Borgravianin rozpoznawał w nim natychmiast prawdziwego człowieka,
co udowodniły także badania genetyków z kraju mieszańców, to Jaggar
cieszył się na myśl, że lada moment ostatecznie potwierdzi swą czystość
rasową w jedyny sensowny sposób: stając się obywatelem Wielkiej
Republiki Heldonu, ostatniego bastionu prawdziwych genetycznie ludzi.
Na co jednak liczyli skundleni mieszańcy stojący w kolejce do
helderskiej fortecy celnej? Weźmy czekającego przed nim Borgravianina.
Choć z pozoru wydawał się genetycznie czysty, to wydzielany przez jego
skórę kwaśny chemiczny odór zdradzał prawdziwą naturę; czyż nie był to
wystarczający dowód, że jego genom został dogłębnie skażony? Analityk
Wielkiej Republiki natychmiast to zauważy, nawet bez konieczności
sięgania po specjalistyczne przyrządy.
Traktat karmacki zmusił Heldon do otwarcia granic, ale tylko dla ludzi
posiadających odpowiednie certyfikaty. Może odpowiedź na dręczące Ferica
pytanie kryła się w żałosnym pragnieniu dostąpienia zaszczytu zaliczenia
w poczet prawdziwych ludzi, które żywił każdy, nawet najbardziej
zdegenerowany mieszaniec; pragnieniu tak silnym, że przeważało czasem
nad zdrowym rozsądkiem i prawdą dającą się dostrzec w pierwszym lepszym
zwierciadle.
Tak czy owak, kolejka posuwała się szybko, a kolejni mutanci co chwilę
znikali w bramie fortecy celnej. Ani chybi proces sprawdzania i odrzucania większości Borgravian przebiegał nadzwyczaj sprawnie. Po paru
ledwie minutach Jaggar minął strażników pilnujących portalu i po raz
pierwszy w życiu postawił stopę w miejscu, które mógł bez kozery nazwać
ojczyzną.
Wnętrze fortecy urządzone zostało na helderską modłę, w odróżnieniu od
całej reszty zabudowań na południowym brzegu rzeki Ulm, gdzie na skutek
nieszczęsnych okoliczności Feric spędził dzieciństwo i młodość. Ogromny
hol wyłożono równiutko płytami czerwonego, czarnego i białego kamienia,
farbami o tych samych kolorach pomalowano też ściany pokryte polerowaną
dębiną. Pomieszczenie rozjaśniał blask wielkich elektrycznych sfer.
Jakaż to różnica w porównaniu z prymitywnymi betonowymi wnętrzami i wysokimi świecami, jakie widywał w każdym borgraviańskim urzędzie!
Kilka kroków dalej helderski strażnik, odziany w niechlujny nieco szary
mundur z zaśniedziałymi mosiężnymi guzikami, dzielił stojących w kolejce
na dwie grupy. Mutanci i mieszańcy o najbardziej widocznych wadach
genetycznych byli kierowani w głąb holu, gdzie znikali za drzwiami
pośrodku najdalszej ze ścian. Feric popierał to działanie z całego serca
- jaki jest sens w marnowaniu cennego czasu genetyka na tak ewidentnych
podludzi. Nawet zwykły strażnik wiedział, co robić w takich przypadkach,
i odsyłał ich z kwitkiem bez badania. Znacznie mniejszą część
oczekujących, którym pozostawiono cień nadziei, kierowano w stronę
bliższego wyjścia i choć dało się tam dostrzec sporo wątpliwych
przypadków - cuchnący Borgravianin, który stał przed Fericem, najlepszym
tego przykładem - to nie było wśród nich ani jednego błękitka albo
papugębego.
Podchodząc do pierwszego strażnika, Jaggar dostrzegł jednak dziwny i niepokojący szczegół. Człowiek ten skłaniał głowę przed większością
mutantów, których odprawiał z kwitkiem, jakby przyznawał się do
znajomości z tymi podludźmi; Borgravianie także zachowywali się w sposób
sugerujący, że ta rutyna nie jest im obca, i - co najdziwniejsze - nie
protestowali nijak, ani słowem, ani gestem, gdy byli spławiani. Szczerze
powiedziawszy, nie okazywali żadnych emocji. Czyżby te żałosne
stworzenia były zdegenerowane nie tylko fizycznie, ale też umysłowo i miały tak krótką pamięć, że zapominały, co było zaledwie dzień
wcześniej, po czym wracały raz po raz, jakby to był jakiś dziwaczny
rytuał? Feric słyszał o podobnych przypadkach mających miejsce w najgorszych genetycznych śmietniskach, takich jak Cressia i Arbona, ale
nigdy wcześniej nie zaobserwował ich na terytorium Borgravii, której
pula genetyczna była nieustannie ubogacana przez przebywających na
wygnaniu rodowitych Helderczyków, ludzi, którzy nie zdołali uzyskać
certyfikatu czystości genetycznej, ale którym naprawdę niewiele do tej
czystości brakowało, dzięki czemu zwiększali pulę genów tej krainy,
wynosząc ją wysoko ponad średnią Arbony i Zindu.
Gdy Feric stanął w końcu przed znudzonym urzędnikiem, usłyszał zadane
bezbarwnym tonem pytanie:
- Dzienna przepustka, obywatel czy kandydat na obywatela?
- Kandydat na obywatela - odparł zwięźle.
Był pewien, że jedynym sposobem na dostanie się do Heldonu jest
przejście szczegółowego testu genetycznego. Albo jest się obywatelem,
albo występuje się o certyfikat i przechodzi testy, a ten, kto je
oblewa, nie otrzymuje wstępu na terytorium Wielkiej Republiki. Co więc
miała znaczyć ta trzecia kategoria?
Strażnik posłał Ferica do mniejszej kolejki, wskazując kierunek jedynie
skinieniem głowy. Był w tym pewien wzorzec, coś, co nadawało specyficzny
charakter tym wszystkim działaniom - coś, co niepokoiło Ferica do głębi,
jakieś zło unoszące się w powietrzu, dziwna martwota, brak
charakterystycznej dla Helderczyków werwy. Czyżby długa izolacja po
borgraviańskiej stronie wpływała w tak destrukcyjny sposób na ducha i wolę tych genetycznie czystych ludzi?
Gdy przyszła na niego kolej, pogrążony w niewesołych myślach Jaggar
wszedł za wskazane drzwi i tak trafił do długiej, wąskiej sali wyłożonej
sosnową boazerią, którą zdobiły płaskorzeźby przedstawiające typowe
sceny z życia Szmaragdowego Lasu. Przez całe to pomieszczenie biegła
lada z czarnego kamienia, wypolerowana na błysk i inkrustowana bogato
elementami ze stali nierdzewnej, która oddzielała petentów od czterech
celników.
Mężczyźni ci byli prawdziwymi okazami czystości rasowej, ale ich mundury
wyglądały niechlujnie, a zachowanie odbiegało daleko od zwyczajowego
żołnierskiego drylu. Kojarzyli się bardziej z kasjerami bankowymi albo
urzędnikami pocztowymi niż z celnikami mającymi strzec czystości
genetycznej kraju.
Niepokój Jaggara wzrósł jeszcze bardziej, gdy cuchnący kwaśno
Borgravianin zakończył krótką rozmowę z pierwszym funkcjonariuszem,
starł z dłoni tusz pozostały po odciśnięciu linii papilarnych brudną jak
diabli szmatką, po czym ruszył w kierunku kolejnego stanowiska. Na końcu
sali Feric dostrzegł przejście na most strzeżone przez uzbrojonego w buławę i pistolet człowieka, który wpuszczał na teren Heldonu
najbardziej skundlone kreatury. Cała ta operacja wyglądała naprawdę
podejrzanie.
Pierwszy z helderskich funkcjonariuszy był młodym blondynem, idealnym
przykładem genotypu prawdziwego człowieka; choć Jaggar zauważył pewną
niedbałość w zachowaniu tego celnika, to jego mundur był o wiele
schludniejszy niż w przypadku pozostałych oficerów, których miał okazję
tutaj widzieć, był też świeżo wyprasowany, a mosiężnych guzików i zdobień nie pokrywała warstwa śniedzi. Przed celnikiem na lśniącej
czarnej ladzie leżały stos formularzy, rysik, bibułka, kawałek brudnej
szmatki i nasączona tuszem poduszka.
Funkcjonariusz spojrzał Fericowi prosto w oczy, ale jakoś tak bez
przekonania.
- Czy posiada pan certyfikat genetycznej czystości wystawiony przez
Wielką Republikę Heldonu? - zapytał formalnym tonem.
- Występuję o wydanie certyfikatu i pozwolenie na wstęp na terytorium
Wielkiej Republiki w charakterze obywatela i prawdziwego człowieka -
odpowiedział Jaggar z godnością odpowiadającą, jak mniemał, poziomowi
tej rozmowy.
- Tak - mruknął niepewnie oficer, sięgając po rysik i leżący na wierzchu
formularz, po czym oderwał niebieskie oczy od stojącego przed nim
petenta. - Załatwmy konieczne formalności. Nazwisko?
- Feric Jaggar - padła dumna odpowiedź, rzucona w nadziei, że tamtemu
coś zaświta.
Choć Heermark Jaggar był jednym z mniej ważnych członków gabinetu w czasach, gdy w Karmaku podpisywano traktat pokojowy, to w jego ojczyźnie
powinno żyć jeszcze wielu patriotów, którzy pamiętali nazwiska
męczenników z tamtego okresu. Celnik nie wykazał jednak żadnych oznak
zainteresowania na dźwięk rodowego nazwiska, zapisał je po prostu
niezbyt pewną ręką.
- Miejsce urodzenia?
- Gormond w Borgravii.
- Posiadane obecnie obywatelstwo?
Feric skrzywił się zmuszony przyznać, że technicznie rzecz biorąc, jest
Borgravianinem.
- Aczkolwiek - dodał pospiesznie - oboje moi rodzice byli rodzonymi
Helderczykami, posiadającymi certyfikaty czystymi ludźmi. Moim ojcem był
Heermark Jaggar, który służył podczas Wielkiej Wojny jako podsekretarz
oceny genetycznej.
- Zdaje pan sobie z pewnością sprawę, że posiadanie najznamienitszych
choćby przodków nie gwarantuje uznania za prawdziwego człowieka, nawet w przypadku przyjścia na świat na terytorium Wielkiej Republiki.
Czysta rasowo, jasna skóra na twarzy Jaggara poczerwieniała w jednym
momencie.
- Pragnę przypomnieć, że mojego ojca wygnano nie z powodu skażenia
genetycznego, tylko wiernej służby Heldonowi. Jak wielu innych
praworządnych obywateli Republiki padł ofiarą ohydnego traktatu
karmackiego.
- To akurat nie moja sprawa - stwierdził oficer, po czym przytknął palce
Ferica do tuszu i odbił je w odpowiednich miejscach formularza. -
Polityka mnie nie interesuje.
- Czystość genetyczna jest niezbędna do przetrwania rodzaju ludzkiego! -
wysyczał Jaggar.
- Niewątpliwie - przyznał bezmyślnie funkcjonariusz, podając mu
usmarowaną tuszem szmatkę skażoną paluchami mieszańca, którego obsłużył
chwilę wcześniej, nie mówiąc o wielu innych, którzy przewinęli się przez
jego stanowisko.
Feric oczyścił ręce najdokładniej jak się dało, wykorzystując najmniej
zabrudzony skrawek, gdy tymczasem obsługujący go oficer przekazywał
formularz Helderczykowi po prawej.
Drugi celnik był mężczyzną w słusznym wieku, o krótko przystrzyżonych
siwych włosach i dostojnym, napomadowanym wąsie. Od razu widać było, że
za młodu musiał być kawałem chłopa. Teraz jednak oczy miał mocno
przekrwione, a wzrok mętny, jakby był bardzo zmęczony, i garbił się
mocno. Czyżby ciążył mu nie tylko ciężar własnego ciała, ale i ten
metaforyczny, ogromny, zrzucony na jego barki przez Republikę? Rękaw
bluzy mundurowej szpakowatego oficera zdobił emblemat analityka
genetycznego: czerwony kaduceusz wpisany w czarną pięść. Mężczyzna
zerknął na formularz, a potem przemówił obojętnym tonem, nie patrząc
Fericowi w oczy.
- Prawy człeku Jaggarze, jestem doktor Heimat. Muszę przeprowadzić serię
testów, zanim wydam ci certyfikat czystości rasowej.
Feric nie wierzył własnym uszom. Co to za analityk, który wygłasza
podobne truizmy, poprzedzając je tytułem, którego powinien używać
dopiero po otrzymaniu pozytywnych wyników? Jak wytłumaczyć okazywane na
każdym kroku nietypową ospałość i niewiarygodny brak dyscypliny
personelu fortecy celnej?
Heimat przekazał dokument podwładnemu po prawej stronie, dużo
szczuplejszemu i o wiele młodszemu mężczyźnie o kasztanowych włosach
noszącemu na mundurze insygnia skryby. Feric skupił na nim uwagę w tym
samym momencie, a jego dotychczasowe rozterki ustąpiły innemu, znacznie
gorszemu spostrzeżeniu.
Choć skryba mógł się wydawać czysty rasowo każdemu, kto nie miał
wystarczająco wyczulonego spojrzenia, to Jaggar natychmiast rozpoznał w nim Doma!
Nie umiałby powiedzieć, które dokładnie szczegóły wyglądu pozwoliły mu
na ustalenie wspomnianego faktu, ale patrząc na tego mężczyznę,
wiedział, że ma do czynienia z Dominatorem. Informowały go o tym
wszystkie zmysły, także te, o których istnieniu jeszcze nie wiedział;
ten gryzoniowaty błysk w jego oku, to bijące z twarzy samozadowolenie.
Niewykluczone, że Feric odbierał więcej podobnych wskazówek, również na
poziomie podprogowym: choćby niepasujący do wyglądu zapach ciała
identyfikowany wyłącznie przez jakieś odległe rejony mózgu i emanującą z ciała tamtego energię elektromagnetyczną, która pobudzała zmysły
Jaggara, choć pole dominacyjne nie zostało skierowane w jego stronę. Być
może chodziło o to, że Feric, prawdziwy człowiek wychowujący się w pełnej mutantów i mieszańców krainie, w której rozpanoszyli się
Dominatorzy, zdołał wyrobić sobie psychiczną reakcję na ich obecność,
której rodowitym Helderczykom, żyjącym wyłącznie wśród swoich, po prostu
brakowało. Jakkolwiek było, choć często miał do czynienia z Domami, to
jednak nigdy nie dał się schwytać w ich mentalne sieci, mimo że
szubrawcy robili czasem wiele, by go omotać. To nieustanne wystawienie
na ich działanie poskutkowało wykształceniem zmysłu pozwalającego wykryć
Dominatora, nawet jeśli stosował bardzo subtelne metody manipulacji.
I proszę, oto jedna z tych odrażających kreatur stoi właśnie przed nim z rysikiem i formularzem w dłoniach u boku analityka, zajmując jedno z najważniejszych stanowisk!
To wyjaśniało każdy aspekt sprawy. Cały garnizon w mniejszym bądź
większym stopniu został omotany wzorcem dominacji roztaczanym wokół
cierpliwie i sumiennie przez pozornie niewiele znaczącego skrybę. To
oburzające! Ale jakim cudem Dom zdołał tego dokonać? Czy ludzie złapani
w jego sieć zdają sobie sprawę, kto jest ich panem?
Przed Heimatem leżał nadzwyczaj skromny zestaw przyrządów. Borgraviański
felczer, z którego usług Feric zmuszony był skorzystać ongiś w Gormondzie, mógł przeprowadzić znacznie więcej testów niż ten
Helderczyk, gdyby sądzić po posiadanym przez niego sprzęcie.
Doktor podał Jaggarowi duży niebieski balon.
- Proszę go nadmuchać - powiedział. - Guma została zmodyfikowana w taki
sposób, by tylko biochemicznie czysty oddech prawdziwego człowieka
zabarwił ją na zielono.
Feric zrobił, co mu kazano, wiedząc doskonale, że to jeden z najprostszych testów. Zaliczyło go wielu znanych mu kiedyś mieszańców, a co gorsza, w przypadku Domów nie sprawdzał się wcale.
Balon, co oczywiste, zmienił barwę na jasną zieleń.
- Analiza oddechu pozytywna - obwieścił Heimat, a skryba Dominator, nie
patrząc na nich obu, postawił krzyżyk w odpowiedniej rubryce.
Analityk podał Fericowi szklaną fiolkę.
- Proszę do niej splunąć. Poddam pańską ślinę analizie chemicznej.
Jaggar napluł do fiolki, żałując bardzo, że nie jest to twarz
Dominatora, który oderwał w końcu wzrok od papierów i przyglądał mu się
z udawaną uprzejmością.
Doktor Heimat rozcieńczył ślinę wodą, nabrał odrobinę do pipety i przelał po kropelce do każdej z dziesięciu szklanych próbówek stojących
na drewnianej podstawce. Podolewał do nich przeróżnych chemikaliów, w wyniku czego przezroczysta ciecz nabrała rozmaitych kolorów: czarnego,
jasnoniebieskiego, żółtego, pomarańczowego, znów jasnoniebieskiego,
czerwonego, jeszcze raz żółtego, jasnoniebieskiego po raz trzeci,
purpurowego i mętnobiałego.
- Analiza śliny w stu procentach zgodna - oświadczył doktor ponownie,
podnosząc nieco głos.
Ten test, badający dziesięć odmiennych charakterystyk śliny czystego
rasowo człowieka, choć nadal bardzo prosty, był jednak o wiele
precyzyjniejszy od poprzedniego. Z drugiej strony wiele mutacji nie
łączyło się ze zmianą składu śliny albo wydychanego powietrza, czego
najlepszym przykładem Dominatorzy, których nie da się wykryć za pomocą
testów somatycznych.
Feric mierzył wzrokiem nikczemną kreaturę, zachęcając ją do sprawdzenia
jego woli i ujawnienia prawdziwej natury. Skryba jednak nie kierował w jego stronę żadnej energii psychicznej. Dlaczego miałby się ujawniać
zwykłemu petentowi, ryzykując rozplątanie wzorca dominacji, skoro wiele
wskazywało na to, że nie da się go włączyć do sieci?
Doktor Heimat przytwierdził tymczasem dwie elektrody do skóry na prawej
dłoni Ferica, wykorzystując do tego odrobinę kleju roślinnego.
Podłączony był do nich p-metr składający się z wykrywacza minimalnych
zmian pola bioelektrycznego generowanych przez reakcje mózgu oraz
rejestratora służącego do graficznego zapisywania profilu psychicznego.
Zwolennicy tej metody twierdzili, że za jej pomocą, o ile jest stosowana
w sposób prawidłowy, da się wykryć Dominatora. Nie było jednak
całkowitej pewności, czy taki mutant nie umie kontrolować wspomnianych
ładunków elektrycznych, a co za tym idzie, czy nie uda mu się odwzorować
reakcji prawdziwego człowieka, jeśli zachowa daleko idącą ostrożność.
- Wypowiem teraz kilka twierdzeń, by zbadać pańskie reakcje -
poinformował Heimat jak zwykle obojętnym tonem. - Nie musi pan
odpowiadać na głos. Aparatura jest tak skalibrowana, że zbada reakcję
pańskiego umysłu i ciała.
Wygłosił całą serię zdań, szybko, mechanicznie, bez cienia emocji w głosie.
- Rasa ludzka jest skazana na wymarcie. Ludzki genotyp jest najlepszy
spośród wszystkich istot rozumnych, jakie do tej pory wyewoluowały.
Żaden materiał genetyczny nie przetrwał Czasu Ognia w stanie całkowicie
nieskażonym. Najważniejszym instynktem każdej myślącej istoty jest
zwiększanie dobrostanu własnego gatunku kosztem wszystkich innych istot
myślących. Miłość jest kulturową sublimacją lubieżności seksualnej.
Poświęciłbym życie za towarzysza bądź ukochaną.
I tak dalej, i tak dalej. Każde z tych twierdzeń miało sprowokować
reakcję umysłu inną niż w przypadku mutantów, mieszańców, a zwłaszcza
Dominatorów.
Feric poważnie wątpił w sensowność przeprowadzania tego testu, choćby
dlatego, że każdy Dom, mając dostęp do umysłów innych osób, mógł
przewidzieć kolejność wypowiadanych zdań i przygotować odpowiedzi
wykorzystujące reakcje, jakie powinny powstać w mózgu prawdziwego
człowieka. Mimo to, w połączeniu z ciągiem innych, znacznie
precyzyjniejszych testów, dałoby się w ten sposób osiągnąć pożądane
efekty, tyle że w odniesieniu do pomniejszych odszczepieńców.
Wygłosiwszy twierdzenia, Heimat zerknął na wzory wyrysowane przez
maszynę i stwierdził:
- Test p-metryczny pozytywny.
Dominator podał mu formularz. Celnik podpisał się u dołu, po czym
oświadczył tubalnie:
- Prawy człeku Jaggarze, niniejszym potwierdzam, że posiadasz nieskażony
niczym ludzki genotyp, i uznaję cię za prawowitego obywatela Wielkiej
Republiki Heldonu.
Feric oniemiał.
- To wszystko? - zapytał. - Trzy podstawowe testy i wręczacie mi
certyfikat czystości rasowej? To skandal! Co czwarty drab z Zindu
przeszedłby bez trudu tę waszą farsę!
Wygłaszając swą tyradę, poczuł lekki nacisk na wały otaczające jego
umysł, coś na kształt błyskawicznego pchnięcia wymierzonego w rdzeń jego
woli. W mgnieniu oka dotarło do niego, jak próżny i głupi jest ten zryw:
rozsądny człowiek nie podnosi takich kwestii publicznie; dalsze
ciągnięcie tej awantury sprawi przykrość, a nawet ból wielu porządnym,
bezbronnym istotom; lepiej ustąpić i popłynąć z prądem ku kosmicznemu
przeznaczeniu, niż stawiać próżny opór komuś, kto przewyższa cię pod
każdym względem.
Ale choć umysł Dominatora sięgnął do samego rdzenia jego woli, to Feric,
dzięki wieloletniemu doświadczeniu, bardzo szybko zrozumiał, czym
naprawdę jest ten ciąg niezbyt przyjemnych myśli: parszywy mutant
próbował wciągnąć go do swojej sieci. Zareagował błyskawicznie, ciskając
w udręczone zwoje mózgowe pochodnię słusznej nienawiści wobec
bezdusznych kreatur, których najwyższym pragnieniem jest unicestwienie
genetycznie lepszego gatunku, stworów próbujących podporządkować sobie
prawdziwych ludzi i zamierzających przemienić tę świętą ziemię w swój
brudny chlew. Choć skryba nie zdradził w żaden sposób przeprowadzenia
ataku ani nie zareagował na jego odparcie, to Feric poczuł, jak wola
Doma roztapia się w ogniu jego nienawiści.
- To ja jestem analitykiem genetycznym i to ja mam większe kompetencje w orzekaniu, kto jest czysty rasowo, niż jakiś tam zwykły obywatel -
oświadczył Heimat, gdy wygrany pojedynek na umysły dobiegł końca.
- Za pomocą zaledwie trzech testów?! - zagrzmiał ponownie Jaggar. -
Właściwy proces ewaluacji powinien składać się z kilkudziesięciu
rozmaitych badań, włączając w to pobranie próbek tkanek, krwi, moczu,
łez, stolca i nasienia.
- Przeprowadzenie tak wielu skomplikowanych badań byłoby zbyt
czasochłonne - bronił się doktor. - Tylko garstka ludzi ze skażonym
genomem mogłaby przejść te proste niby testy, ale z punktu widzenia
medycyny byliby to nadal ludzie w każdym calu, więc o co tyle krzyku?
Feric przestał się hamować.
- Stwór koło pana to Dom! - wrzasnął. - Został pan włączony do wzorca
dominacji! Wysil umysł i uwolnij się natychmiast, człowieku!
Stojący w kolejce za nim wyglądali na zaniepokojonych; nawet najgorsi
mieszańcy wydawali się zniesmaczeni tą awanturą. Przez krótką chwilę
wydawało się, że w sali dojdzie do rękoczynów, ale potem oblicza
znajdujących się w niej istot nabrały ponownie tępego wyrazu. Dominator
zadbał o własne bezpieczeństwo.
- Mylisz się, prawy człeku Jaggarze - stwierdził doktor Heimat
przymilnym tonem. - Kapral Mork jest certyfikowanym czystym rasowo
człowiekiem, to chyba oczywiste nawet dla ciebie. W przeciwnym razie nie
nosiłby munduru Wielkiej Republiki.
- Może prawy człek Jaggar nie zna za dobrze obyczajów panujących w Heldonie - zasugerował skryba z ironią wyczuwaną wyłącznie przez Ferica,
jedyną osobę w tej sali, która odkryła jego ponury sekret, ale nie mogła
zrobić nic, by go skrzywdzić. - Gdyby każdy z nas musiał dorastać
otoczony przez mutantów, mieszańców i Bóg jeden wie kogo jeszcze,
wszyscy widzielibyśmy Domów na każdym rogu - dodał, patrząc na Ferica z pełną powagą i kompletnym brakiem emocji, choć ten wyczuwał diaboliczną,
dobrze skrywaną satysfakcję.
Doktor Heimat przekazał formularz Morkowi, a ten podał go ostatniemu z funkcjonariuszy za ladą.
- Prawy człeku Jaggarze, zostałeś oficjalnie uznany za prawdziwego
człowieka, czy uważasz badania za wystarczające, czy nie - rzekł
analityk. - Możesz zaakceptować lub odrzucić obywatelstwo Heldonu, ale
tak czy owak, blokujesz kolejkę.
Rozwścieczony Feric, zdając sobie sprawę, że dalsza dyskusja z Heimatem
i zdradzieckim Morkiem jest bezcelowa, pomaszerował w kierunku
ostatniego urzędnika. Mężczyzna, który przeglądał jego formularz, był
masywnym, twardym facetem w sile wieku, miał włosy w kolorze żelaza i pasującą do nich przyciętą brodę. Baretki zdobiące jego bluzę
świadczyły, że to nie żołnierz wyszkolony w czasach pokoju, tylko
prawdziwy weteran, który walczył na Wielkiej Wojnie. Jego także,
niestety, charakteryzowała niedbała postawa i brak błysku w oku, wyraźne
dowody, że jest kolejną ofiarą złowioną w sieć Dominatora. On jednak, w przeciwieństwie do pozostałych, mógł wysilić umysł i wyrwać się z wzorca
dominacji.
- Czy nie wykrywa pan w swoim umyśle czegoś w rodzaju otępienia? -
zapytał Feric. - Nietypowej potrzeby poddania się i płynięcia z prądem?
Ktoś taki jak pan, prawdziwy weteran, musi z pewnością widzieć, że coś
jest nie tak z tym garnizonem.
Funkcjonariusz wsunął formularz Jaggara do szczeliny w skomplikowanej
kopiarce.
- Proszę skierować wzrok na czerwony punkt, który widzi pan nad
obiektywami - powiedział.
Feric zamarł posłusznie na sekundę, a weteran nacisnął klawisz na
bocznej ściance urządzenia. Kopiarka rozbłysła na okamgnienie bardzo
jasnym światłem, po czym z jej trzewi dobiegł cichy szum.
- Zostałeś uznany za czystego rasowo człowieka, prawy człeku Jaggarze -
wyrecytował automatycznie funkcjonariusz. - Za moment przekażę ci
stosowny certyfikat. W razie kontroli musisz go okazać każdemu
policjantowi, celnikowi albo wojskowemu. Każdy kupiec może cię nie
obsłużyć, jeśli nie wylegitymujesz się na jego żądanie. Nie możesz
zawrzeć małżeństwa bez okazania certyfikatu. Czy to jasne?
- To niedorzeczne! - wybuchnął Feric. - Nie rozumie pan, że przez to
przejście graniczne przepływa obecnie rzeka skażonych genów?
- Czy zrozumiałeś warunki otrzymania obywatelstwa? - funkcjonariusz nie
podjął tematu.
- To chyba oczywiste, że zrozumiałem! Ale czy pan rozumie, że znajduje
się pod wpływem Dominatora?
Funkcjonariusz patrzył przez moment w oczy Ferica skupiającego całą swą
wolę w spojrzeniu. Zdawać się mogło, że z jego niebieskich oczu
wystrzeliła iskierka, pokonała dzielącą ich przestrzeń i osiadła na
źrenicach helderskiego celnika.
- Oczywiście... Oczywiście - wymamrotał tamten niepewnie. - Pan się myli,
oczywiście.
W tym właśnie momencie usłyszeli dzwonek i z maszyny wysunął się
wydrukowany certyfikat. Głośne brzęczenie sprawiło, że funkcjonariusz
zerwał kontakt wzrokowy, a Jaggar zrozumiał, że cały wysiłek, jaki
włożył w pokonanie wzorca dominacji, poszedł na marne z powodu zwykłego
zbiegu okoliczności.
Celnik wziął certyfikat z podajnika i wręczył go Fericowi.
- Przyjmując ten dokument, prawy człeku Jaggarze - oznajmił
ceremonialnym tonem - przyjmujesz także wszystkie prawa i obowiązki
obywatela Wielkiej Republiki Heldonu i stajesz się certyfikowanym
prawdziwym człowiekiem. Możesz uczestniczyć w życiu publicznym, wybierać
i być wybieranym, służyć w siłach zbrojnych Republiki, wyjeżdżać i wjeżdżać na terytorium ojczyzny, kiedy tylko zechcesz. Nie wolno ci
jednak zawrzeć małżeństwa bez zgody Ministerstwa Czystości Genetycznej,
i to pod groźbą kary śmierci. Czy posiadając tę wiedzę, przyjmujesz
obywatelstwo Wielkiej Republiki Heldonu z własnej i nieprzymuszonej
woli?
Feric gapił się na leżący na jego dłoni twardy, lśniący, gładki
certyfikat. Na powierzchni plastikowej karty wydrukowano jego dane i datę przyznania obywatelstwa, znajdowały się tam też wzór jego linii
papilarnych, kolorowe zdjęcie i podpis doktora Heimata. Dokument został
gustownie ozdobiony wolutą i czerwono-czarno-białymi swastykami, które
dodawały mu godności. Feric od bardzo dawna, od dzieciństwa nawet,
marzył o chwili, w której ten święty dokument stanie się najcenniejszą z rzeczy, jakie kiedykolwiek posiadał. Teraz jednak nie umiał się nim
cieszyć, gdyż wszystko straciło sens w momencie, gdy surowe standardy
genetyczne stały się fikcją. Bez nich ten certyfikat był zwykłym
kawałkiem zabarwionego plastiku.
- Nie chcesz chyba odmówić przyjęcia obywatelstwa? - zapytał helderski
celnik, okazując po raz pierwszy cień emocji, choć było to tylko zwykłe
biurokratyczne rozdrażnienie.
- Przyjmuję obywatelstwo - wymamrotał Feric, wsuwając ostrożnie dokument
do solidnego portfela przypiętego do pasa z garbowanej końskiej skóry.
Maszerując w kierunku wyjścia, poprzysiągł sobie, że ten dokument będzie
miał dla niego znacznie większe znaczenie niż dla tych żałosnych
durniów. Pomści tę zniewagę po tysiąckroć, zanim da sobie spokój z Domami. Choć w tym akurat przypadku nawet po milionkroć byłoby za mało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki