2
- Namyśliłeś się, panie Bernis?
Aresztant wzruszył ramionami. Komendanta złościło, że wyglądał, jakby niczym się nie przejmował, jakby niepewność położenia była dla niego mało ważna, wręcz obojętna.
- Skończmy te gierki. Mów, czego szukasz. Chyba się już zorientowałeś, że nie masz do czynienia z jakimś prowincjonalnym gliną, którego łatwo wyprowadzić w pole.
- Tak, panie wyższy organie - odparł z krzywym uśmiechem Mikołaj. - To da się zauważyć. Podobnie jak nietrudno dostrzec niechybne objawy paranoi. Ale to chyba stało się modne ostatnimi czasy, aby wietrzyć wszędzie spiski i wrogów. Przykład idzie z góry...
- Nie politykuj człowieku, tylko mów, czego tu szukasz? Nie jesteś zwyczajnym wędrownym pijaczyną, grzebiącym po śmietnikach. Jesteś kimś innym. Kimś więcej.
- A może raczej kimś mniej? A na pewno nie tak ważną personą, jak się panu wydaje.
- Nie próbuj logicznych i semantycznych sztuczek. Chcę od ciebie rzetelnej informacji.
Łachmaniarz rozłożył ręce w bezradnym geście.
- Z czego właściwie pan wnosi, że nie jestem tym, za kogo się podaję? Takich jak ja są w kraju tysiące. Na pewno nawet w swoim Bolkowie macie parę egzemplarzy.
- Racja, łachmaniarzy podobnych do ciebie jest wielu. Ale tylko podobnych! Mnie nie zwiedziesz tak łatwo jak tych tępaków, którzy cię zatrzymali. Oni po prostu nie zwracają uwagi na drobiazgi. Nie potrafią wyjść od ogółu do szczegółu i odwrotnie. Nie umieją heurystycznie wykorzystywać algorytmów. Obce jest im myślenie analityczne i syntetyczne zarazem. Co tam - dodał ciszej - podejrzewam, że obce im jest myślenie w ogóle.
- A panu nie? - spytał kpiąco Bernis. Spojrzał na zegar ścienny, a potem prosto w oczy oficerowi. - Słucham więc, co chce mi pan udowodnić. O co jestem podejrzany?
- Do poszlak i dowodów przejdziemy za chwilę. Najpierw kilka słów, żebyś zrozumiał, jak bardzo nie na miejscu jest twoja ironia. Słuchaj uważnie panie oberwańcu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, czy raczej w nos, to brak charakterystycznego smrodu, jaki otacza bezdomnych pijaczków. Druga rzecz to ręce. Owszem, masz uczciwie brudne i czarniawe, ale tylko do nadgarstków, wyżej jest już gorzej. To znaczy czyściej. Ciuchy połatane, oczywiście. Ale w depozycie został twój pasek i sznurówki. Obejrzałem je sobie. Pas jak pas, ale sznurówki zupełnie nowe. Nowe! Trzeba być kretynem, żeby udawać degenerata nie dbając o takie szczegóły.
Wstał, podszedł do sztywno wyprostowanego aresztanta, obszedł go dwa razy, a potem nagłym ruchem ściągnął mu z ramion bluzę z demobilu Bundeswehry.
- Powinna być zawszona - warknął. - A tutaj popatrz: szwy czyste, nawet śladu insektów.
- Zęby - chwycił wargę Bernisa, zadarł do góry. - Zdrowe, zadbane, nawet ostatnich kilka dni bez mycia nie popsuło ich wyglądu.
Mężczyzna stał spokojnie, słuchając tyrady policjanta z lekkim uśmiechem. Znów zerknął na zegar.
- Jeszcze to - Piwnicki podszedł do biurka, wyjął z szafki butelkę po tanim winie. - Pozwoliłem sobie zbadać resztkę, jaka się uchowała. To nie jabol. To, o ile mnie zmysły nie mylą, dżin z tonikiem. I cytryną. Chcesz mi powiedzieć, że to ostatni krzyk mody wśród sztajmesów? Drogie drinki w pojemnikach od mózgojebów?
Pochwycił wzrok zatrzymanego, zmarszczył brwi.
- Dlaczego ciągle patrzysz na zegar? Śpieszy ci się dokądś?
- Mam swoje powody - padła odpowiedź. - Powody, które nie powinny pana obchodzić. Przynajmniej na razie.
- Obchodzi mnie wszystko, co może się wydać podejrzane! A jeśli idzie o ciebie, podejrzane wydaje się wszystko!
- Nie przesadza pan aby trochę?
- Przesadzam? A co powiesz o moich spostrzeżeniach? Coś przeoczyłem?
- Parę szczegółów - uśmiechnął się Bernis. - Nie wspomniał pan o nazbyt czystych włosach...
- To się wpisuje w całość - wszedł mu w słowo komendant.
- Nie sprawdził pan czystości moich gaci ani skarpetek - ciągnął zatrzymany. - Nie zajrzał pan w uszy, żeby zobaczyć, czy zalegają tam pokłady brudu i woskowiny. Można tak wyliczać dość długo. A pańscy durnowaci podwładni nie raczyli mnie sprawdzić alkomatem. Może dlatego, że się bardzo domagałem. Wynik byłby zastanawiający nawet dla nich, bo kilka lyków rozcieńczonego dżinu nie daje imponujących promilowych rezultatów.
Piwnicki uważnie obserwował rozmówcę. Zmrużył oczy tak mocno, że ledwie było widać połyskujące przez szparki białka.
- Ciekawe, prawda? - wycedził. - To wszystko jest bardzo zastanawiające. Niby doskonały kamuflaż, a ileż można znaleźć luk. Może zagramy wreszcie w otwarte karty i dowiem się dla kogo pracujesz, panie Bernis? Wywiad rosyjski czy niemiecki? Nie... Oni by nie popełnili takich błędów. Może płacą ci Włosi? Albo Francuzi?
- Pan komendant raczy żartować - aresztant parsknął śmiechem. - Obce wywiady się panu śnią na takiej placówce w Bolkowie? Co jeszcze? Może zobaczy pan we mnie zaraz Taliba z Klewek? Może przemyciłem w dupie bombę plutonową, żeby wysadzić w powietrze tę budę i połowę miasteczka?
- Bez kpin wreszcie - oficer poderwał się z miejsca. - Obaj wiemy, o co chodzi. Czego szukasz? Który rejon Bolkowa i okolic najbardziej cię interesuje?
- Bez kpin mówi pan? - teraz aresztant zmrużył oczy. - Dobrze. Powiem panu, czego szukam i która część miasta mnie ciekawi. To nie będzie skomplikowane, bo właśnie znajduję się we właściwym miejscu, z właściwą osobą - spojrzał na zegar - i we właściwym czasie. A to, co usłyszałem wystarczy, żebym wyrobił sobie właściwe zdanie.
Komendant wydawał się zbity z tropu.
- Nie to spodziewał się pan usłyszeć, nieprawdaż? Pora powiedzieć wszystko. Nie nazywam się Mikołaj Bernis, co słusznie pan podejrzewał od samego początku. Moje nazwisko Michał Wroński, porucznik kontrwywiadu.
- Niezła bajeczka - policjant parsknął pogardliwym śmiechem. - Kontrwywiad? Może na dodatek polski, co?
- Nie inaczej. Wpadł pan, panie Piwnicki, czy jak tam się pan naprawdę nazywa. Może Iwanow, a może Meier?
- W co ty grasz, gnojku? - policjant chwycił zatrzymanego za bluzę na piersi. - Inaczej zaśpiewasz, jak cię przejmą i wymaglują w centrali.
Zamilkł, wsłuchując się w nagły tumult za drzwiami. Otworzyły się nagle na całą szerokość, stanął w nich wysoki, przystojny mężczyzna. Komendant cofnął się, zaskoczony.
- Wszystko w porządku, Michał? - zapytał przybyły. Za nim pojawiły się sylwetki posterunkowych. Prawie nie oddychając z wrażenia, wielkimi oczami obserwowali całe zajście.
- Mniej więcej - odpowiedział aresztant. - Bywało lepiej. I czyściej - dodał po chwili. - Z rozkoszą zrzucę te łachy. Zacząłem już śmierdzieć.
Komendant rzucił się w stronę biurka, przechylił się przez blat, sięgnął do szuflady, wyprostował się i odwrócił. Błysnął nikiel. Zanim jednak zdołał odciągnąć bezpiecznik, zamarł. Spoglądał prosto w czarny wylot lufy. Ręka intruza nawet nie drgnęła, kiedy odwiódł kurek.
- Nie próbuj żadnych sztuczek - zabrzmiał spokojny głos. - Zastrzelę cię, jeśli tylko zauważę coś podejrzanego. A wy wynocha - rzucił do funkcjonariuszy. - Na mocy nadanych mi uprawnień zobowiązuję was do zachowania tajemnicy pod groźbą kar dyscyplinarnych, a nawet utraty życia.
Wycofali się czym prędzej.
- Koniec gry, panie Piwnicki - powiedział Wroński. - Teraz chcemy wysłuchać długiej i wyczerpującej spowiedzi.
Przed drzwiami funkcjonariusze oddychali jak po szybkim biegu.
- Ale jajca - powiedział niższy. - Jak w cholernym amerykańskim filmie! Co myślisz?
- Człowieku, nic, kurde, nie myślę. Zupełnie nic. I tobie też radzę! Słyszałeś, co mówił? Widziałeś jakie miał papiery? Tu nic się nie zdarzyło, a myśmy właśnie o tej porze wyszli na patrol.
- Tyle dobrze, że zabiorą tego posranego służbistę. Na szczęście długo nam nie porządził. Może na jego miejsce przyjdzie ktoś normalny.
*
Komendant z wściekłością przyglądał się grzebiącemu w jego biurku człowiekowi. Intruz wyrzucał z szafek i szuflad dosłownie wszystko. Papiery zalegały podłogę. Blat mebla pierwszy raz od długiego czasu był uporządkowany. To znaczy pusty, bo wszystkie dokumenty sfrunęły na dywan, każdy uważnie zlustrowany przez tajemniczych gości. Ten, który przedstawił się jako Michał Wroński, uważnie oglądał pod światło znalezione w kasetce banknoty.
- Prawdziwe, prawdziwe - powiedział Piwnicki.
- Widzę. Nie ustalam autentyczności.
- Szuka pan notatek? Pieniądze to ostatnia rzecz, na jakiej bym ich dokonywał.
- Wiem. Właśnie dlatego sprawdzam.
Od chwili, kiedy komendant zobaczył służbową legitymację majora Jacka Bzowskiego oklapł, przestał protestować, nie podejmował prób wyjaśnienia sytuacji. Czekał, co będzie dalej.
- Wygląda, że niczego tu nie znajdziemy - odezwał się major, upuszczając na ziemię ostatni papier.
- Może w mieszkaniu?
- Już sprawdzone.
- Jak to sprawdzone? - szarpnął się komendant. - Nie macie prawa...
- Oczywiście - major machnął niecierpliwie ręką. - Nie mamy prawa. Dobrze, że pan nas o tym zawiadomił. Inaczej umarłbym w nieświadomości.
Wroński ściągnął wargi. Zamyślił się, wpatrzony w kolejny banknot.
- Gdzie to masz? - odwrócił nagle głowę ku Piwnickiemu.
- Co?
- To, czego szukamy.
- A czego szukacie?
- Nie udawaj durnia. Książka kodów, notatki, kopie raportów.
- Och, już rozumiem. Takie rzeczy trzymam na trzeciej półce pod bielizną.
- Wiesz co? - Wroński spojrzał na majora. - Ten facet zaczyna mnie irytować.
- Naprawdę? - Bzowski roześmiał się. - W takim razie śpieszę cię poinformować, że miałem identyczne uczucia w stosunku do ciebie, kiedy się poznaliśmy. Nasz pan Jurek Piwnicki ma taki sam irytujący sposób bycia i udzielania odpowiedzi jak ty. Pogadaj z nim - rozsiadł się w fotelu komendanta - a ja się rozerwę, patrząc jak ci idzie rozmowa z bratnią duszą.
Wroński syknął ze złością.
- To pieprzony agenciak Ruskich albo Szwabów. Nie porównuj go do mnie.
- Tak czy siak, przesłuchaj naszego przyjaciela.
- Jasne. Gdzie to masz? - zwrócił się do policjanta.
- Jeśli usłyszę o co chodzi, może będę umiał coś wyjaśnić... Ale tak...
- Posłuchaj no, mądralo - Michał cisnął bluzę Bundeswehry w kąt. - Nie po to udawa?em sztajmesa, nie po to dałem się wsadzić do aresztu i wysłuchiwałem twoich głupich uwag, żeby teraz oglądać jak strugasz z siebie wariata.
- A o co było tle zachodu?
- Dobrze wiesz!
- Zaraz - wtrącił się Bzowski. - Może jednak wyjaśnimy panu z grubsza cel tej małej prowokacji. Otóż od pewnego czasu mieliśmy podejrzenie, a właściwie otrzymaliśmy wiarygodną informację, że szef policji w Bolkowie jest powiązany z obcą agenturą.
- To bzdura...
- Zaraz. Najpierw ja. Mój kolega, porucznik Wroński, przebrał się za pijaczka i urządził ten cały cyrk na rynku, zresztą przy mojej skromnej pomocy. Tak, to ja byłem tym drugim, który skradał się po butelkę. To ja zadzwoniłem wcześniej na policję z żądaniem interwencji. A wszystkie niedociągnięcia w rodzaju zawartości flaszki czy zbytniej czystości domniemanego lumpa, wszelkie podobne szczegóły zostały niedopracowane tylko po to, żeby zbadać pańską reakcję, komisarzu. Zwyczajny dowódca komisariatu czy posterunku może by się trochę zdziwił, ale na pewno nie wietrzyłby zaraz udziału służb specjalnych. Pan zaś stał się bardzo nerwowy.
- Właśnie - wtrącił Wroński. - Przetrzymywanie mnie ponad wymogi prawa i regulaminu, dziwne przesłuchiwanie, nieufność... Umówiliśmy się z majorem, że jeśli nie wypuści mnie pan do wtorku, on wkroczy tu w południe.
- Stąd te spojrzenia na zegar...
- Stąd. Ale dość wyjaśnień. Wpadłeś, panie komendancie.
- Mylicie się, posądzając mnie o pracę dla obcej agentury.
- My sądzimy inaczej. Nasz informator...
- Waszym informatorem jest...
- To nasza sprawa. Proszę nie zadawać idiotycznych pytań.
Komendant zacisnął zęby.
- Ten człowiek wrobił mnie na pewno z powodów osobistych. Widocznie jakiś miejscowy złodziejaszek, któremu zalazłem za skórę. Trafiliście na ślepy trop.
- To się jeszcze okaże - Bzowski wstał. - Dla nas jest pan szpiegiem umocowanym w tym właśnie miejscu ze względu na pewne hm..., powiedzmy..., okoliczności. Lepiej będzie, jeśli nam pan powie prawdę, od początku do końca.
- Nie powiem, bo nie wiem, co chcecie niby usłyszeć.
- Cóż - major westchnął. - W sumie nie spodziewałem się innej odpowiedzi.
Milczał przez chwilę, zbierając myśli.
- Dobrze. Trzeba to wszystko w miarę możliwości załatwić bez dalszych komplikacji. Na czternastą niech pan zwoła odprawę. Udzieli pan podwładnym kilku wyjaśnień. Otóż właśnie dostał pan awans i przeniesienie ze skutkiem natychmiastowym do Lublina. To chyba dość daleko, żeby nikomu nie chciało się sprawdzać albo odwiedzać byłego szefa. Niebawem zjawi się nowy komendant. Władze miasta już są powiadomione. Rozmawiałem z burmistrzem. Bardzo miły i inteligentny człowiek. Nie zadał ani jednego głupiego pytania, choć widać było, że zżera go ciekawość. Na razie niech pan wyznaczy na swoje miejsce kogoś rozsądnego. I bez numerów - schylił się, przykleił coś pod biurkiem. - Będziemy mieli pana na podsłuchu. Próby ucieczki na nic się nie zdadzą. Okolica została doskonale zabezpieczona.
- I uważacie, że ci dwaj durnie, którzy widzieli, jak mierzy pan do mnie z pistoletu, nikomu nic nie powiedzą? - uśmiechnął się krzywo policjant.
- Odkąd Fenicjanie wynaleźli pieniądze, takie rzeczy przestały być problemem. A jeśli się okaże, że nasi milusińscy mają za długie języki...
- Zabijecie ich? Tak działa kontrwywiad?
- Są lepsze sposoby. Jako szpieg, powinien pan wiedzieć.
- Nie jestem szpiegiem!
- Oczywiście.
*
Osypisko kamieni zdawało się tańczyć pod stopami, kiedy ciemna postać przedzierała się w poprzek zbocza. Ciężki plecak nie ułatwiał zadania. Mrok był rozświetlony jedynie blaskiem księżyca. Człowiek dziękował naturze i za tę łaskę, nie musiał bowiem używać latarki, a przynajmniej nie bez przerwy, bo od czasu do czasu musiał oświetlić drogę przed sobą. Znał doskonale tę trasę, nawet w zupełnych ciemnościach był w stanie wskazać bezbłędnie okoliczne szczyty i wzniesienia, ale z osuwiskami jest jak z korytem rzek - potrafią sprawić nieprzyjemną niespodziankę. W oddali majaczyły światła stacji przekaźnikowej przy Śnieżnych Kotłach, z drugiej strony schronisko na Szrenicy. Z rozrzewnieniem pomyślał o kubku gorącej herbaty z rumem. Wprawdzie schroniskowa herbata bywa zazwyczaj marnej jakości, a i rum pozostawia wiele do życzenia, ale w górach wszystko smakuje lepiej. Kiedyś miał zwyczaj nosić termos z ulubioną mieszanką, ale odkąd zaostrzyły się kontrole po obu stronach granicy, szkoda mu było każdego grama ładunku. Nawet nie tyle jemu, ile mocodawcom, którzy żądali, aby brał ile tylko może unieść, a poza tym bezwzględnie zakazywali picia alkoholu.
Uśmiechnął się smutno w duchu. Turystom łażącym po Karkonoszach wydaje się, że nie ma tu właściwie żadnych patroli. Mogą miesiąc przebywać w strefie przygranicznej i nie zobaczyć jednego wopisty. Unia Europejska rozluźniła obyczaje pograniczników. Zresztą co tam unia. W tych górach służby graniczne zawsze dość luźno traktowały przygraniczne migracje obywateli Polski i Czech, przynajmniej w strefie kilku kilometrów. Nawet za komuny turyści bez trudu docierali do czeskiego Odrodzenia, a mieszkańcy Czechosłowacji na Śnieżkę. Jednak zawsze była kategoria górskich piechurów, na których żołnierze WOP zwracali baczniejszą uwagę.
Mężczyzna potknął się, zaklął cicho pod nosem. On właśnie należał do tych, którzy musieli się strzec czujnego oka służb granicznych. Tak było za poprzedniego ustroju, kiedy jako młody chłopak przemycał poszukiwane towary, tak jest i teraz, kiedy kontrabandą jest coś, o czym nie ma zielonego pojęcia. Wiedział jedno - plecak jest ciężki, czasem nawet bardzo ciężki. Ledwie można z nim wstać, jeśli się gdzieś przysiądzie odpocząć. Dawniej pracował na własną rękę. Raz przekraczał granicę legalnie, kiedy szło o alkohole i produkty spożywcze, innym razem szedł górskim szlakiem, jeśli trafiło się zlecenie na trefny towar. Kilka razy, w stanie wojennym, przenosił konspiracyjną bibułę i części maszyn drukarskich na prośbę działaczy antykomunistycznego podziemia. Z dumą mógł teraz opowiadać, że za tamtą robotę nie brał ani grosza. Nie było to zresztą specjalne poświęcenie, bo i tak zawsze zabierał w drogę coś, na czym mógł zarobić. Z rozrzewnieniem wspominał swój ówczesny status majątkowy. Było go stać na rzeczy, o których inni mogli tylko pomarzyć. Rozbijał się po Wałbrzychu motocyklami, najpierw simsonem, a potem cezetką. Takie maszyny były marzeniem wielu młodych chłopaków, którzy, marnowali czas, siedząc w szkolnych ławach. Jednak koniunktura na "mrówkowy" przemyt musiała się kiedyś skończyć. Stracił wtedy wszystko. Na jakiś czas wystarczyło oszczędności. Ale i te zasoby musiały się kiedyś wyczerpać. Fachu w ręku nie miał żadnego. Ukończył wprawdzie jakimś cudem zawodówkę gastronomiczną, ale na lokalnym rynku pracy nie było. Mieszkał przecież w regionie totalnego bezrobocia. Znalazł się na skraju nędzy. Kiedy już przemyśliwał zupełne zejście ze ścieżki prawa, a nawet zaczął planować zwyczajny bandycki napad, pojawił się ten człowiek.
Pierwsze zlecenie dotyczyło przetransportowania przez granicę kilkunastu srebrnych sztab. Ledwie się wtedy z niego wywiązał, bo - odzwyczajony od wysiłku - dotarł na miejsce ostatkiem sił. Potem przenosił różne wartościowe przedmioty, także dzieła sztuki. Za każdym razem wiedział doskonale, co dźwiga. Wreszcie zaczęły się bardziej tajemnicze przesyłki. Miał do dyspozycji dwa doskona?e plecaki. Po dotarciu do celu zostawiał pełny, a zabierał pusty. Bywało też, że w obie strony przechodził z ciężkim ładunkiem. Płacono mu naprawdę dobrze. Warunek był jeden - nie miał prawa zajrzeć do komory plecaka. Nie wolno było nawet odsunąć zamka błyskawicznego, odpiąć choćby jednej napy zewnętrznych kieszeni. Zresztą i tak by nie mógł, bo nie wolno mu było zdjąć z pleców brzemienia, odpiąć pasa biodrowego, który przy załadunku zapinano dokładnie wedle jego wskazówek. Potem łysy osiłek zakładał plombę niby na licznik elektryczności, a zdejmował ją sobowtór dresiarza po drugiej stronie granicy. Dopiero po jakimś czasie do przemytnika dotarło, że poprzednia kontrabanda z kosztownościami to były tylko próby lojalności. Zapewne tamten towar był cenny, ale nie na tyle, by mocodawcy nie mogli zaryzykować ewentualnej zdrady pracownika.
Znów się potknął. Najwyższa pora odetchnąć. Przysiadł na kamieniu. Kiedy się wreszcie skończy to osuwisko? Za każdym razem wydawało się coraz dłuższe. Wiek robi swoje. Nieraz chodził po tych okolicach w dzień, ubrany jak zwykły turysta, wypatrując innej, łatwiejszej drogi. Na próżno. Wszystkie przechodziły zbyt blisko ukrytych posterunków, osypisko zaś pozostawało poza zainteresowaniem WOP-u i Straży Granicznej. Nikt nie przypuszczał, żeby ktoś był na tyle szalony, by odbywać kursy po tak niebezpiecznym terenie. Z jaką rozkoszą zapali?by teraz papierosa! Jednak ognik mógłby ściągnąć zainteresowanie jakiegoś zbyt gorliwego żołnierza. W przejrzystym powietrzu żar tytoniu widać nawet z odległości kilometra.
Wstał ciężko, zatoczył się lekko do tyłu, dla złapania równowagi musiał wykonać kilka szybkich kroków w bok. Skalna drobnica ożyła pod nogami. Pojechał w dół, rozpaczliwie machając rękami. Teraz mógł tylko się modlić, żeby nie poszła z tego prawdziwa lawina. Wreszcie ruch ustał. Mężczyzna upadł na bok. Kiedy podnosił rękę, żeby poprawić pasy plecaka, zawadził dłonią o coś miękkiego i zimnego. To na pewno nie mógł być kamień. Raczej korzeń. Jednak skąd korzeń pośrodku kamienistego zbocza? Zebrał się, wsta? i, wiedziony ciekawością, wyjął maleńką latarkę, jakiej używają w warunkach bojowych amerykańscy marines. Założył czerwony filtr, przysłonił źródło światła dłonią. Kucnął, oświetlił skrawek terenu. Nagle cofnął się, wciągnął głębiej powietrze. Z kamieniska sterczała ludzka ręka. Czyżby ktoś był na tyle głupi i nieostrożny, żeby pójść tym szlakiem? Co za idiotyczne pytanie, skarcił się natychmiast. To musiałby być prawdziwy kretyn! Właściwie powinien teraz odejść czym prędzej, ale zwyciężyły wpajane od dzieciństwa zasady obowiązujące w górach. Przemógł się, wyciągnął rękę, żeby dotknąć palcami tajemniczej dłoni. A nuż ten ktoś jeszcze żyje? Nie wiedział, co by właściwie zrobił, gdyby tak było. Przecież trudno zostawić człowieka bez pomocy. Z drugiej strony dźwigał niebezpieczny ładunek, zaraz zaczęłyby się pytania, sprawdzanie zawartość plecaka... Do głowy przyszło mu jedno rozwiązanie - gdy tylko wyjdzie poza osuwisko, zadzwoni z komórki do WOP-u. Nic więcej nie może zrobić.
Te wszystkie myśli przeleciały mu przez głowę, zanim dotknął wystającej dłoni. Zawahał się jeszcze przez moment, przymknął oczy i zrobił to. Z pewną ulgą stwierdził, że ręka jest sztywna i zimna. Ścisnął ją jeszcze mocno na wszelki wypadek, żeby się upewnić, ale wszystko wskazywało, że nieszczęśnik pod kamieniami jest trupem już co najmniej od kilkunastu albo i kilkudziesięciu godzin.
Poderwał się na równe nogi, nie czując w tej chwili ciężaru ładunku. Szybko ruszył w dół. Nie wiedział nawet kiedy pokonał osuwisko. Poprzednia odwaga i determinacja, dzięki którym zbadał ciało, ulotni?y się. Pozostał tylko strach. A właściwie dwa jego rodzaje na raz - jeden spowodowany zetknięciem z groźną tajemnicą, drugi - płynący z wpisanego w naturę ludzką zabobonnego lęku przed śmiercią i umarłymi. Samotnemu wędrowcowi nocą w górach ten drugi rodzaj strachu doskwierał szczególnie. Zdawało mu się, że ktoś za nim idzie, oglądał się przez ramię. Chciał jak najszybciej dotrzeć do miejsca przeznaczenia, pragnął tego bardziej niż kiedykolwiek.