ROZDZIAŁ 2
JAK WODA WYCHLUŚNIĘTA ZA DRZWI
Kuśtykam samotnie górskimi ścieżkami, podpierając się bambusową laską. Nad głową przepływają mi korony drzew pocięte ostrzami szkarłatnego zmierzchu. Jeżeli nie dotrę do domu, zanim słońce opadnie za zachodnie szczyty, rodzina pomyśli, że znowu spróbowałam umknąć. Cała wioska zacznie wspinać się górskimi szlakami, z latarniami i sforami warczących psów. Nie mogą pozwolić, by ich córki choćby pomyślały o możliwości zwiania.
Rozmokłe liście obracają się w papkę pod moimi małymi, znoszonymi bucikami, które Yizhi tyle razy proponował mi wymienić na nowe. Nie mogłabym jednak przyjąć od niego prezentu ze strachu, że moja rodzina by się o nim dowiedziała. W gardle rośnie mi gula na wspomnienie jego przerażonej miny po tym, jak dowiedział się o misji, którą sobie narzuciłam, i łamiącego się głosu, jakim za mną wołał, kiedy zniknęłam w lesie, aby zakończyć tę rozmowę. Nie powinnam była mu o tym mówić. Teraz będzie próbował mnie powstrzymać.
Tamta straszna chwila będzie naszym ostatnim wspólnym wspomnieniem.
Nie jestem pewna, czy słyszałam brzęczenie jego poduszkocyklu nad drzewami, ale mam nadzieję, że opuścił już te góry. Nie może nic zmienić. Nie jestem jego własnością. Ani nikogo innego. Moja rodzina może myśleć inaczej, ale bez względu na to, jak bardzo będą mnie łajać, grozić mi lub mnie bić, nie mogą kontrolować tego, co dzieje się w mojej głowie. Myślę, że jest to dla nich źródłem bezgranicznej frustracji.
Krwawa łuna zachodzącego słońca błyszczy na końcu leśnej ścieżki. Wychodzę z cienia i widzę ryżowe tarasy, wśród których się wychowywałam, całe zbocza gór wyrzeźbione jak schody wznoszące się pod niebo. Na każdym stopniu błyszczą rowy zbierające deszczówkę i zaopatrujące w wodę sadzonki ryżu. W ich taflach odbija się gorejące niebo. Zarumienione chmury szybują przez kolejne wstęgi wody, gdy przechodzę pomiędzy nimi. Moja laska chlupie, gdy przedzieram się przez platformy szarego błota. Dym z kuchni, w których przygotowuje się kolacje, wznosi się z osiedli przycupniętych na tarasach. Jego kłęby splatają się z pasmami pomarańczowej, nakrapianej zmrokiem mgły wijącej się wokół najwyższych szczytów.
Pewnej mroźnej zimy, kiedy miałam pięć lat, było tak zimno, że ryżowe tarasy zamarzły na kość. Babka zmusiła mnie wówczas, żebym chodziła po lodzie bez butów. Chłód wniknął głęboko w moje stopy, aż zrobiły się fioletowe, a wtedy babka wyprosiła z domu wszystkich mężczyzn, posadziła mnie na zamarzniętym betonie i wsadziła mi stopy do drewnianego wiadra pełnego przegotowanej świńskiej krwi i środków znieczulających. Potem zaś dwie moje ciotki przytrzymały mnie na podłodze, a babka połamała mi wszystkie kości wzdłuż łuków stóp, by zgiąć je przemocą na pół.
Dziki wrzask, jaki wtedy z siebie wydałam, wciąż rozbrzmiewa w głowie w najmniej odpowiednich momentach, zaskakując mnie i oszałamiając.
Nie mogę powiedzieć tego samego o bólu, który nie ma szansy mnie zaskoczyć, ponieważ nigdy mnie nie opuszcza. Błyskawica cierpienia przeszywa moje nogi z każdym krokiem.
Z. Każdym. Krokiem.
Nie chodzę. Ostatni raz chodziłam po zamarzniętych ryżowych tarasach. Później moje stopy zostały uformowane w nabrzmiałe, bezkształtne gruzły, na których można tylko niepewnie dreptać. Trzy palce odpadły przez infekcje, które niemal odebrały mi życie i doszczętnie zaburzyły równowagę. Pozostałe palce owijają się wokół spodniej części, zaciskając się w pobliżu pięt, tak jakby próbowały wcisnąć masę kości i mięśni z powrotem w nogi. Moje podeszwy są mniejsze niż dłonie. Mam parę idealnych lotosowych stóp.
To podnosi moją wartość rynkową.
Moja rodzina od dawna mnie beszta, że pozwalam, by włosy na twarzy rosły mi tam, gdzie chcą, i że jestem zbyt gruba, ale najgorsze chłosty i obelgi spotykają mnie, kiedy buntuję się przeciwko zbyt ciasnemu krępowaniu stóp. Krzaczaste brwi można wyskubać, tuszy można się pozbyć poprzez głodówkę, lecz lotosowe stopy przestaną być lotosowymi stopami, kiedy pozwoli im się rosnąć. A żaden mężczyzna z szacownej rodziny nie poślubi dziewczyny bez skrępowanych stóp.
- Bez nich nie będziesz się niczym różnić od Rongdi! - wrzasnęła kiedyś moja babka, gdy jęczałam i płakałam, że każe mi brnąć przez rytuał krępowania. Miała na myśli plemiona nomadów, żyjące w większości na dzikich terenach, unikające Hundunów dzięki strategii "załaduj wszystko na konia i wiej". Niektóre z nich zostały włączone do Huaxii, kiedy wypchnęliśmy Hundunów z wielkich połaci lądu. Inni, żyjący jeszcze dalej, przenikają od dawna przez Wielki Mur małymi, upartymi strumyczkami. Mieszkamy przy granicy, toteż sąsiadujemy z mnóstwem tych plemion. Rodzina zawsze mnie ostrzegała, żebym nie była taka jak ich kobiety, które "biegają wszędzie bez wstydu ani przyzwoitości".
Kiedy byłam mała, dawałam się przekonać i bałam się, że zostanę jedną z tych kobiet, ale im bardziej dorastałam, tym mniej rozumiałam: co było złego w ich zachowaniu?
Gdy mijam kilka domów stojących wyżej na tarasach wyciętych w zboczu góry, parę mężczyzn stojących po kolana w wodzie odrywa się od pracy przy ryżu i patrzy pożądliwie, jak przechodzę. Nie ośmieliliby się mnie napaść, bo tu każdy zna każdego, lecz nigdy się nie kryją z pragnieniami.
Rozumiecie, kiedy każda dobrze wyglądająca dziewczyna z przygranicznych wiosek albo zaciąga się jako konkubina-pilotka, albo zostaje sprzedana bogatemu miastowemu mężczyźnie, większość facetów z wiejskich okolic zaczyna mieć poważny problem ze znalezieniem żony, która urodzi im syna. Ceny narzeczonych poszybowały w górę i sięgają obecnie dziesiątków tysięcy juanów. Tutejszych rodzin na to nie stać... chyba że ich córki się zaciągną albo zostaną sprzedane miejskim bogaczom.
To błędne koło, z którego nie widać wyjścia. Nikt nie zostaje przy granicy, chyba że musi. Większość z nas znalazła się tu tylko dlatego, że dwieście dwadzieścia jeden lat temu nasz prawdziwy dom, prowincję Zhou, zdobyli Hunduni.
Rzucam mężczyznom na polach moje najgroźniejsze spojrzenie. Woda na tarasach lśni w promieniach zachodzącego słońca niczym stopiona miedź, a ja wyobrażam sobie, że to tak naprawdę kadzie pełne wrzącej cieczy, w której mężczyźni gotują się żywcem.
Wtedy moja laska się łamie, a ja padam jak długa.
Grawitacja. Jeden z pierwszych naukowych konceptów, jakie poznałam dzięki Yizhiemu. Ściąga mnie na błotnistą ścieżkę, niemal wprost w pole ryżowe. Moja dłoń żłobi bruzdę w błocie. Zimna wilgoć uderza mnie w nos i policzek.
Odpycham się obojgiem ramion. Szare błocko odpada mi z rozpalonej twarzy i plami tunikę. Przygotowuję się wewnętrznie na wybuch urągliwego śmiechu.
Tymczasem nic podobnego się nie dzieje.
Mężczyźni z chlupotem brną przez tarasy, wykrzykują coś z podnieceniem, gromadząc się wokół czyjegoś tabletu.
Nagłe drżenie sprawia, że otrząsam się z zaskoczenia.
A konkretnie drżenie wody w tarasach.
Wstrzymuję oddech. Wibracje, których nie da się pomylić z niczym innym, wędrują poprzez grunt, wprawiając wodę w drgania.
Nad granicą zaczyna się bitwa pomiędzy Hundunami i Poczwarkami.
Przyciskam ucho do ziemi, nie przejmując się tym, że jeszcze bardziej się brudzę i moczę szmatę owiniętą wokół włosów. Wielki Mur znajduje się kilka pasm górskich stąd. W pogodne dni możemy dostrzec pyliste, martwe szczyty, wyssane doszczętnie z qi przez stacjonujące tam Poczwarki.
Mężczyźni zapewne oglądają teraz transmisję na żywo i obstawiają, ile punktów zdobędzie w bitwie każdy z pilotów, ale ja uważam, że wyczuwanie fizycznej potęgi Poczwarek poprzez grunt tej planety jest o wiele bardziej pierwotne, zgodne z instynktami i oszałamiające.
Co za moc.
Zasycha mi w gardle, a mimo to ślina napływa mi do ust. Zamykam oczy i wyobrażam sobie siebie, jak obejmuję dowodzenie nad górującą ponad budynkami Poczwarką i miażdżę ziemię wielkimi kończynami lub błyszczącymi promieniami qi. Mogłabym zgnieść każdego, kto kiedykolwiek próbował zrobić mi krzywdę. Mogłabym wyzwolić wszystkie dziewczyny, które chciałyby uciec.
Moje marzenia pryskają na dźwięk radosnych wiwatów mężczyzn.
Potrząsam głową, a grudki błota spadają na rękawy mojej szaty. Cała brudna, dźwigam się na kolana i gapię na złamaną laskę.
Naprawdę powinnam przestać się oszukiwać.
Nie wiem, czy ojciec zaliczy mi powrót do domu przed wyznaczonym czasem. Ostatnie promienie słońca obrysowują szczyty naszej górskiej twierdzy upiorną błękitną aureolą, sprawiając, że ich olbrzymie cienie wyglądają dziwnie podobnie do Hundunów.
- Gdzie byłaś? - szepcze matka przez zakratowane okno kuchennej przybudówki z boku domu, głosem tak ulotnym jak para unosząca się z wielkiego woka z kleikiem ryżowym, który właśnie miesza. Babka siedzi za nią na stołku, skrobiąc luoyu, skrzydlatą rybę złowioną w wodach w tarasie. Płomienie z paleniska oświetlają ich pobrużdżone twarze, tak jakby uwięziono je w płonącym lochu.
- W lesie. - Przekazuję matce przez okno sakwę z ziołami i bulwiastymi kłączami. Spędzam sporo czasu w lesie na ich zbieraniu. Właśnie przy tej okazji spotkałam po raz pierwszy Yizhiego.
- Co się stało? - Matka kładzie sakwę na półce, nie odrywając wzroku od mojej zabrudzonej szaty. Siwe włosy wymykają jej się spod spłowiałej szmaty zawiązanej na głowie, powiewając w falach gorącego powietrza.
- Przewróciłam się. Złamałam laskę. - Ruszam chwiejnie po kamiennym chodniku biegnącym przed rzędem domów. Ostrożnie stawiam stopy, starając się nie runąć na pokryty glinianymi dachówkami dach naszych sąsiadów z domku rząd niżej.
- Masz szczęście, że zaczęła się bitwa. - Matka rzuca spojrzenie w kierunku głównego wejścia do domu. Jej oczy lśnią pomarańczowo, odbijając ogień z paleniska. - Idź szybko. Niech ojciec nie ogląda cię w tym stanie.
- Dobrze.
- Jutro wypierzesz to ubranie. Nie możesz tak wyglądać, gdy zjawią się żołnierze.
Jej swobodny ton przeszywa moje serce nagłym ukłuciem. Może nie mieć pojęcia o moich tajnych planach, ale musi przecież zdawać sobie sprawę, że zaciągnięcie skończy się moją śmiercią, bez względu na wszystko.
Musi przecież pamiętać, jaki koniec spotkał moją starszą siostrę.
Czy jednak na pewno? Czasami matka udaje, że nie stało się nic złego. Udaje tak dobrze, że z przerażeniem zaczynam podejrzewać siebie o fałszywe wspomnienia.
- Na pewno dadzą mi lepsze ubranie. - Gapię się na kolumny światła drżącego w oknie kuchni.
- Mimo to powinnaś wyglądać porządnie.
Zatrzymuję się w pół kroku i patrzę jej prosto w twarz.
Moje plany zabójstwa wiążą się z pewnymi poważnymi konsekwencjami, które jak dotąd udawało mi się ignorować: odwet za zabójstwo Żelaznego Arystokraty, pilota o maksymalnej sile witalnej powyżej 2000 (podczas kiedy średnia u zwykłych ludzi wynosi 84) dotknie trzech pokoleń mojej rodziny: matki i ojca, mojego siedemnastoletniego brata Dalanga, dziadków, ciotek i wujów. Wszyscy zostaną straceni razem ze mną, ponieważ piloci tacy jak Yang Guang są zbyt istotni dla prowadzenia wojny.
"Daj mi jeden powód, by cię ochronić". Gapię się na matkę. "Powstrzymaj mnie".
Potrzebuję tylko jednego znaku, że zasługują na moje miłosierdzie. Jednego znaku, że cenią moje życie w takim samym stopniu, jak ja miałabym cenić ich.
Ponieważ nie ma już sensu się powstrzymywać, wygłaszam najbardziej dojmującą myśl, jaka mnie trapi:
- Naprawdę bardziej się martwisz moim wyglądem niż zaciągnięciem do armii?
Płomienie trzaskają i chwieją się za matką. Mruży oczy, patrząc na mnie przez dym i wonną parę, a potem na jej twarzy pojawia się uśmiech, jak kwiat na wypalonym pustkowiu.
- Twoje brwi! Posłuchałaś nas! Wyglądasz przepięknie.
Odwracam gwałtownie głowę i brnę dalej, nie zwracając uwagi na to, że każdy krok przeszywa mnie bólem, tak jakby raził mnie prąd.
Sprawia wrażenie, jakby nawet nie usłyszała, o co pytam.
Elektryczne latarnie po drugiej stronie wioski mrugają, oświetlając okna niczym jarzące się ślepia Poczwarek (Hunduni w ogóle nie mają oczu). Powiew wieczornego wiatru przemyka przez ryżowe tarasy, mieszając wilgotną woń z zapachem smażonych, skromnych kolacji.
Jasne, pszeniczne światło tryska z otwartych drzwi mojego domu. Metaliczny głos komentatora bitwy uderza w zapadający mrok; dobiega z tabletu podarowanego naszej rodzinie przez rząd Huaxii (ale, oczywiście, mogą z niego korzystać jedynie mężczyźni). Mój dziadek, ojciec i brat postawili go na naszym pociemniałym od tłuszczu stole kuchennym. Wybałuszają oczy prosto w ekran, na którym błyskają kolory ścierających się Hundunów i Poczwarek.
Wykorzystuję szansę, by przekroczyć próg domu, i pośpiesznie zmierzam ku pokojowi, który muszę dzielić z dziadkami od czasu, kiedy po raz drugi próbowałam wymknąć się w środku nocy, wiele lat temu.
- ...i oto nadciąga Cynobrowy Ptak!
Staję jak wryta, niemal się przy tym przewracając. Krew ścina mi się w żyłach.
Och, tylko nie to!
Nawet moja kibicująca Poczwarkom rodzina, która zwykle wiwatuje, gdy wymieniana jest nazwa jakiejś słynnej jednostki, tym razem zachowuje krępujące milczenie. Nikt nie chce przyznać, że Cynobrowy Ptak to w tej chwili najpotężniejsza Poczwarka w Huaxii, mierząca ponad pięćdziesiąt metrów w Formie Podstawowej, jedyna klasy Królewskiej. Pilotuje ją jednak Li Shimin, Żelazny Demon, z pochodzenia pół-Rongdi, skazaniec z celi śmierci, który w wieku zaledwie szesnastu lat zamordował własnego ojca i obu braci. Teraz jest dziewiętnastolatkiem. Jego egzekucja została odroczona na czas nieokreślony tylko dzięki niebywale wysokiemu wskaźnikowi siły witalnej, najwyższemu od dwóch stuleci.
Konkubiny-pilotki zawsze ryzykują życiem, ale tylko z tym pilotem śmierć jest tak pewna.
Żadna z nich jeszcze nie przetrwała jazdy z Li Shiminem.
Wkrótce umrze jakaś dziewczyna.
- Hej!
Głos ojca wyrywa mnie z zamyślenia. Podskakuję, chwytając się drewnianej ściany.
Odsuwane krzesło zgrzyta po betonie podłogi. Ojciec wstaje, a cienie przesuwają się po jego twarzy wzdłuż zmarszczek.
- Dlaczego jesteś taka brudna?
Lodowaty pot wypływa mi spod krawędzi szmaty zawiązanej na włosach.
- Upadłam na tarasach.
Tym razem to nie kłamstwo.
Ekran z transmisją rozbłyskuje i dźwięczy, gdy promienie qi uderzają w witalny metal. Dziadek i brat oglądają bitwę, jakby nie działo się nic niewłaściwego. Ojciec okrąża stół i podchodzi do mnie. Jego kok, żałośnie luźny, ponieważ jego posiadaczowi rzednie czupryna, rozpłaszcza mu się na czubku głowy.
- Lepiej, żebyś nie figlowała z jakimś chłopakiem.
- Oczywiście, że nie. - Cofam się, aż moje ramię uderza o drzwi pokoju, który dzielę z dziadkami.
Półprawda. Nie figlowałam, zamiast tego złamałam czyjeś serce.
Ojciec naciera na mnie. Jego postać góruje teraz nade mną, niemal dwukrotnie większa niż przed chwilą.
- Lepiej, żebyś pomyślnie przeszła test dziewictwa, kiedy...
To jedno słowo kłuje mnie w uszy i każe mi zapomnieć, że mam się go bać.
- Po raz ostatni powtarzam: nikt ani nic nigdy we mnie nie weszło! - wrzeszczę. - Masz na tym punkcie jakąś obsesję!
Cofa się o krok, wstrząśnięty, ale wyczuwam, że nadchodzi atak wściekłości.
Wślizguję się do sypialni i zatrzaskuję mu drzwi przed nosem.
- Coś ty powiedziała?! - Jego ryk wstrząsa domem, a pięści dudnią o drzwi. Klamka z brązu dzwoni tak głośno, jakby coś wewnątrz pękło.
- Odwijam bandaż ze stóp! - Opieram się plecami o drzwi, spełniając jednocześnie groźbę.
Nagie stopy są bardziej nieprzyzwoite niż nagie piersi, nie wspominając już o smrodzie gnijącego mięsa, który zapewne stanowi jedyną w swoim rodzaju broń biologiczną. Dziewczęta powinny zachowywać pozory swojej kruchej urody, zawsze nosząc wyperfumowane, haftowane buty i nigdy nie zdejmując bandaży w obecności kogokolwiek, nawet swoich mężów.
Pięści ojca przestają bębnić w drzwi, ale jego płuca pracują dalej, na pełen regulator:
- Nie okazujesz mi szacunku! Jesteś niewdzięczna! Ty dziwko!
Typowe.
Po chwili pojawia się kruchy, ulotny głos matki, która próbuje go uspokoić. Mój brat się śmieje, a dziadek podkręca głośność transmisji do maksimum. Dziewczyna umiera w Poczwarce. Dla dobra całej ludzkości.
Nie ryzykuję wyjścia z sypialni na kolację.
Burczy mi w brzuchu, zupełnie jakby domagał się kleiku ryżowego, ale zostaję na plecionym, wiklinowym fotelu, na którym babka zwykle robi na drutach. Stopy trzymam zanurzone w tym samym drewnianym wiadrze, w którym przygotowano je do zmiażdżenia.
"Widzisz? Dlatego właśnie nie ma najmniejszego znaczenia, czy wplączesz ich w swój plan", cedzi z głębi głowy wstrętny, przegniły rdzeń mojego umysłu.
Wyciągam drewniany korek z jednego z wysokich termosów, które dziadkowie trzymają w sypialni.
"Nie zależy im na tobie".
Wlewam do wiadra kolejny parujący strumień. Lecznicze liście i korzenie wirują dziko w wodzie, która błyskawicznie staje się jasnobrązowa niczym przelana krew, zapomniana w ciemnym zakamarku.
"Tobie też nie musi na nich zależeć".
Nade mną bzyczy lampka. Po mrocznych kątach pokoju myszkują cienie, a mnie przez chwilę wydaje się, że podkradają się bliżej. Odstawiam termos i gapię się tępo na moje słomiane posłanie tuż obok łóżka dziadków. W Huaxii mawia się: "Córka wydana za mąż jest jak woda wychluśnięta za drzwi". Inaczej niż mój brat Dalang, który odziedziczy rodowe nazwisko Wu i pozostanie w domu przez resztę życia, by opiekować się rodzicami, ja urodziłam się, żeby przelotnie zaistnieć w życiu mojej rodziny jako coś, za co należy wyznaczyć cenę i co trzeba przehandlować. Nigdy nie zatroszczyli się, żeby dać mi własne łóżko.
Dociera do mnie przez ścianę stłumione stukanie pałeczek o miski i paplanie Dalanga o bitwie. Poczwarki wygrały, oczywiście. Gdyby tak się nie stało, z głośników wiszących w całej wiosce zawyłby sygnał alarmowy i wszyscy ruszylibyśmy do ucieczki na wschód, tak jak nasi przodkowie umknęli z prowincji Zhou.
Nikt poza Dalangiem nie mówi zbyt wiele. Mam nadzieję, że myślą o mnie.
Mam nadzieję, że pójdą do grobów, żałując tego, jak traktowali mnie i moją starszą siostrę.
Ale przecież "ludzie skazani na rodzinną eksterminację nie zasługują na groby".
Krzywię się, próbując wyprzeć wizję naszych gnijących ciał, zwisających z Wielkiego Muru.
Drzwi się otwierają. Wzdrygam się na fotelu, nie wiedząc, gdzie obrócić wzrok, z nadzieją, że moje oczy nie są tak przekrwione i podpuchnięte, jak mi się wydaje.
Matka drepcze ku mnie na skrępowanych stopach, niosąc mi miskę kleiku ryżowego. Przyjmuję ją, skinąwszy niezręcznie głową. Obejmuję zimnymi palcami gorącą porcelanę. Gorycz przypominająca łzy wlewa mi się do ust. Matka siada koło mnie, w nogach łóżka dziadków. Czuję, jak narasta napięcie w moim brzuchu.
"Czego ona chce?", rzuca gniewnie część mojego umysłu, a inna część odpowiada jej: "Powstrzymać mnie".
- Tian-Tian - zaczyna matka, odzywając się do mnie zdrobnieniem z dzieciństwa i skubiąc stare oparzenia na dłoniach. - Nie powinnaś tak mówić do ojca.
- Ale to on zaczął - protestuję. Patrzę na nią gniewnie, chociaż na policzki wypływają mi rumieńce wstydu. Przechylam do ust miskę kleiku, by ukryć twarz.
"Pow-strzy-maj-mnie", wali mi serce. "Pow-strzy-maj-mnie. Pow-strzy-maj-mnie".
Matka krzywi się tylko ze smutkiem.
- Musisz tak zawsze utrudniać?
Chwytam miskę mocniej.
- Mamo, czy naprawdę uważasz, że twoje życie stawało się łatwiejsze za każdym razem, kiedy ustępowałaś?
- Nie chodzi o to, żeby było łatwiej, ale o to, by utrzymać spokój w rodzinie.
Śmieję się do wnętrza miski, a brzmi to twardo i mrocznie.
- Powiedz mu, że nie ma się czym przejmować. Zostaję tu jeszcze przez dwa dni, a potem będzie tu już spokojnie, tak jak sobie życzy.
Matka wzdycha.
- Tian-Tian, twój ojciec po prostu bardzo mocno odczuwa emocje. W głębi duszy doskonale wie, że dojrzałaś, że rozumiesz, co się naprawdę liczy. Jest z ciebie dumny. - Uśmiecha się. - Ja też jestem z ciebie dumna.
Unoszę sztywno głowę.
- Jesteś ze mnie dumna, ponieważ zgadzam się, by mnie wysłano na śmierć?
- Nie wiesz, czy tak się stanie. - Unika mojego wzroku. - Twój umysł zawsze był silny. Czy zespół testujący nie orzekł, że wskaźnik twojej siły witalnej może przekraczać pięćset? Sześć razy więcej niż średnia! A to było cztery lata temu. Teraz musi być jeszcze wyższy. Może się okaże, że stworzycie z Księciem-Pułkownikiem Yangiem Zrównoważoną Parę? Może staniesz się jego Żelazną Księżniczką?
- W całej Huaxii są tylko dwie Żelazne Księżniczki! - Z moich oczu płyną łzy i po chwili widzę jej twarz niewyraźnie. - A ich siłę witalną liczy się w tysiącach! To kompletna mrzonka, która daje dziewczynom złudną nadzieję na przeżycie!
- Tian-Tian, nie tak głośno. - Matka rzuca na drzwi spojrzenie pełne paniki.
- Czy ta mrzonka dodaje otuchy również tobie? - drążę. - Czy pomaga ci zasnąć co wieczór?
Jej oczy lśnią.
- Dlaczego nie potrafisz przyjąć do wiadomości, że spełniasz dobry uczynek? Będziesz bohaterką. A za te pieniądze Dalang mógłby zapłacić dobrą cenę za narze...
Rzucam miskę na ziemię. Porcelana roztrzaskuje się, a kleik ryżowy rozpływa na wszystkie strony lepkimi, parującymi jęzorami.
- Tian-Tian! - Matka zrywa się na równe nogi. - Tutaj śpią twoi dziadkowie!
- Tak? I co zrobią? - wrzeszczę znacząco w stronę drzwi. - Może mnie zbiją, żebym zniechęciła Yang Guanga świeżymi siniakami? Każą mi spać w chlewie, żeby odstraszył go mój smród? Jeżeli tak bardzo chcecie tych pieniędzy, nie możecie mi nic zrobić!
- Tian...
- Wynoś się!
"Nie możesz się do niej odzywać w ten sposób", odzywa się w mojej głowie karcący głos, boleśnie przypominający starszą siostrę. "To twoja matka. Kobieta, która dała ci życie".
Ale matka, która zawiodła mnie tak bardzo, nie jest już moją matką.
Moja pierś unosi się gwałtownie i opada. Pochylam się do przodu i chwytam za kolana, przezwyciężam łkanie, po czym mówię z wysiłkiem przez ściśnięte gardło:
- Mam nadzieję, że w następnym życiu nie będziemy miały ze sobą do czynienia.