Żegnaj, laleczko - Raymond Chandler

Kup ebooka

35.00 zł
25.79 zł (29,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

TO BYŁ JE­DEN z tych mie­sza­nych kwar­ta­łów od­cho­dzą­cych od Cen­tral Ave­nue, jesz­cze nie do koń­ca czar­ny. Wy­sze­dłem z nie­wiel­kie­go za­kła­du fry­zjer­skie­go, gdzie, jak są­dzi­ła agen­cja, mo­głem zna­leźć nie­ja­kie­go Di­mi­trio­sa Ale­idi­sa, go­li­bro­dę przy­ję­te­go tam na za­stęp­stwo. Żad­na du­ża spra­wa, je­go żo­na mia­ła aku­rat do wy­da­nia tro­chę gro­sza i chcia­ła, abym spro­wa­dził go do do­mu.

Ni­g­dy go nie zna­la­złem, a pa­ni Ale­idis nie wy­pła­ci­ła mi pie­nię­dzy.

Dzień był cie­pły, ko­niec mar­ca. Sta­ną­łem pod za­kła­dem i spoj­rza­łem na neon ster­czą­cy z mu­ru na wy­so­ko­ści pię­tra: "U Flo­ria­na" - lo­kal, gdzie moż­na zjeść i rzu­cić ko­ść­mi. Nie tyl­ko ja mu się przy­pa­try­wa­łem. Na po­kry­te ku­rzem okna spo­glą­dał ja­kiś fa­cet z wy­pi­sa­nym na twa­rzy eks­ta­tycz­nym sku­pie­niem ro­słe­go emi­gran­ta, któ­ry po raz pierw­szy uj­rzał Sta­tuę Wol­no­ści. Był czło­wie­kiem o spo­rych ga­ba­ry­tach, mie­rzył na oko pra­wie dwa me­try, a ba­ry miał sze­ro­ko­ści cię­ża­rów­ki. Stał ka­wa­łek ode mnie ze zwie­szo­ny­mi ra­mio­na­mi. Ol­brzy­mie pa­lu­chy ści­ska­ły za­po­mnia­ne dy­mią­ce cy­ga­ro.

Prze­mknę­li obok nie­go szczu­pli mil­czą­cy Mu­rzy­ni, rzu­ca­jąc mu po­śpiesz­ne, ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Bo by­ło na co po­pa­trzeć. Fa­cet miał na so­bie nie­co wy­świech­ta­ny ka­pe­lusz bor­sa­li­no i po­pie­la­tą spor­to­wą ma­ry­nar­kę z gu­zi­ka­mi sty­li­zo­wa­ny­mi na pi­łecz­ki gol­fo­we, brą­zo­wą ko­szu­lę oraz żół­ty kra­wat. Do te­go fla­ne­lo­we spodnie z za­kład­ka­mi, rów­nież sza­re, i bu­ty ze skó­ry ali­ga­to­ra z bia­ły­mi zdo­bie­nia­mi na czu­bach. Z bru­sta­szy wy­le­wa­ła się ka­ska­dą ozdob­na po­szet­ka, tak sa­mo ja­skra­wo­żół­ta jak kra­wat. Za ta­śmę ka­pe­lu­sza we­tknął kil­ka ko­lo­ro­wych piór, zu­peł­nie zbęd­nych. Na­wet na Cen­tral Ave­nue, gdzie nie ubie­ra­no się zbyt skrom­nie, fa­cet rzu­cał się w oczy ni­czym ta­ran­tu­la na bisz­kop­cie.

Był bla­dy i przy­da­ła­by mu się brzy­twa, lecz ta­cy jak on za­wsze wy­glą­da­ją jak­by po­trze­bo­wa­li go­le­nia. Miał krę­co­ne czar­ne wło­sy i cięż­kie brwi, któ­re nie­mal sty­ka­ły się ze so­bą nad kul­fo­nia­stym no­sem. Za to uszy miał sto­sun­ko­wo nie­wiel­kie jak na męż­czy­znę tej po­stu­ry, a je­go oczy wy­da­ły mi się lśnią­ce, za­szklo­ne, co wi­dy­wa­ło się czę­sto przy sza­rych tę­czów­kach. Do­pó­ki się w koń­cu nie uśmiech­nął, moż­na go by­ło wziąć za po­mnik.

Ru­szył po­wo­li chod­ni­kiem do po­dwój­nych drzwi wa­ha­dło­wych, za któ­ry­mi by­ły scho­dy pro­wa­dzą­ce na pię­tro. Otwo­rzył je, rzu­cił ca­łej uli­cy bez­na­mięt­ne spoj­rze­nie i prze­stą­pił próg. Gdy­by był drob­niej­szy i ubra­ny mniej krzy­kli­wie, mógł­bym po­my­śleć, że pla­nu­je na­pad, ale nie - nie z ta­kim ka­pe­lu­szem, z ta­ką po­stu­rą, w ta­kich ciu­chach.

Drzwi od­chy­lo­ne na ze­wnątrz sa­mo­czyn­nie się za­mknę­ły, ale jesz­cze się nie za­trzy­ma­ły, a już otwo­rzy­ły się po­wtór­nie. Coś prze­le­cia­ło przez chod­nik i wy­lą­do­wa­ło mię­dzy za­par­ko­wa­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, pro­sto w rynsz­to­ku. Upa­dło na ko­la­na, pod­pie­ra­jąc się rę­ka­mi i wy­da­jąc z sie­bie prze­ni­kli­wy pisk, ni­czym przy­par­ty do mu­ru szczur. Pod­nio­sło się po­wo­li, chwy­ci­ło ka­pe­lusz i wy­co­fa­ło się z po­wro­tem na chod­nik.

Był to chu­dy mło­dzie­niec o wą­skich bar­kach, brą­zo­wa­wej skó­rze i sta­ran­nie przy­li­za­nych czar­nych wło­sach, ubra­ny w li­lio­wy gar­ni­tur z goź­dzi­kiem w bu­to­nier­ce. Rzę­ził chwi­lę przez otwar­te usta, a lu­dzie pa­trzy­li na nie­go nie­pew­nie. Wresz­cie chło­pak prze­krzy­wił za­dzior­nie ka­pe­lusz, przy­lgnął do ścia­ny i od­szedł po ci­chu uli­cą, sta­wia­jąc plat­fu­so­wa­te kro­ki.

Ci­sza. Sa­mo­cho­dy ru­szy­ły. Pod­sze­dłem do po­dwój­nych drzwi i sta­ną­łem przed ni­mi. Już się nie ru­sza­ły. A po­nie­waż nie by­ła to mo­ja spra­wa, po­pchną­łem je i zaj­rza­łem do środ­ka.

Łap­sko tak du­że, że mógł­bym się w nim roz­siąść, wy­strze­li­ło z pół­mro­ku, chwy­ci­ło mnie za ra­mię i nie­mal zgnio­tło je na mia­zgę. Ktoś prze­cią­gnął mnie przez próg i bez tru­du uniósł. Ol­brzy­mia twarz spoj­rza­ła na mnie i prze­mó­wi­ła ci­cho głę­bo­kim, ale de­li­kat­nym gło­sem:

- Smo­lu­chy tu­taj? Wy­tłu­macz mi to, ko­le­go.

By­ło ciem­no i ci­cho. Z gó­ry do­cho­dzi­ły do mnie dźwię­ki zdra­dza­ją­ce czy­jąś obec­ność, lecz na scho­dach by­li­śmy sa­mi. Gi­gant po­pa­trzył na mnie z po­wa­gą, nie prze­sta­jąc zgnia­tać mo­je­go ra­mie­nia po­tęż­ną ła­pą.

- Bru­das - stwier­dził. - Po pro­stu go wy­rzu­ci­łem. Wi­dzia­łeś, jak go wy­wa­li­łem?

Pu­ścił mnie. Kość nie wy­da­wa­ła się zła­ma­na, ale ra­mię mi zdrę­twia­ło.

- Ta­ki lo­kal - po­wie­dzia­łem, roz­cie­ra­jąc mię­sień. - Cze­goś się spo­dzie­wał?

- Na­wet tak nie ga­daj, ko­leś - za­mru­czał jak czte­ry ty­gry­sy przed ko­la­cją. - Vel­ma tu pra­co­wa­ła. Ma­ła Vel­ma.

Zno­wu wy­cią­gnął rę­kę, by zła­pać mnie za ra­mię. Pró­bo­wa­łem zro­bić unik, ale był zwin­ny jak kot. Po­now­nie zgniótł mo­je mię­śnie że­la­zny­mi pa­lu­cha­mi.

- Ano - po­wie­dział - ma­ła Vel­ma. Od ośmiu lat jej nie wi­dzia­łem. Mó­wisz, że to miej­sców­ka dla czar­nych?

Wy­chry­pia­łem, że tak.

Uniósł mnie, ale się wy­rwa­łem i spró­bo­wa­łem ode­pchnąć go łok­ciem. Nie mia­łem przy so­bie bro­ni, gdyż uzna­łem, że po­szu­ki­wa­nia Di­mi­trio­sa Ale­idi­sa jej nie wy­ma­ga­ją, zresz­tą i tak na nie­wie­le by mi się te­raz zda­ła. Ol­brzym pew­nie by mi ją za­brał i po­żarł.

- Wejdź na gó­rę i sam się prze­ko­naj - po­wie­dzia­łem, pró­bu­jąc nie zdra­dzić się z bó­lem. Roz­luź­nił uścisk i rzu­cił mi peł­ne smut­ku spoj­rze­nie sza­rych oczu.

- Mam do­bry hu­mor - oświad­czył. - Nie chciał­bym, że­by ktoś mi go ze­psuł. Mo­że chodź­my tam ra­zem, wy­pi­je­my pa­rę ko­le­jek.

- Nie ob­słu­żą nas. Mó­wi­łem ci, to knaj­pa dla ko­lo­ro­wych.

- Nie wi­dzia­łem Vel­my od ośmiu lat - za­dud­nił tym swo­im smut­nym gło­sem. - Osiem lat mi­nę­ło od na­sze­go po­że­gna­nia. Nie pi­sa­ła od sze­ściu. Ale prze­cież mu­sia­ła mieć ja­kiś po­wód. Pra­co­wa­ła tu, sło­dziut­ka. Chodź­my ra­zem na gó­rę, co?

- Do­bra - wy­sy­cza­łem. - Pój­dę z to­bą. Tyl­ko mnie już nie pod­noś. Sam pój­dę. Nic mi nie do­le­ga i je­stem do­ro­sły. Na­wet do ła­zien­ki sam cho­dzę. I na rę­ce też mnie nie bierz.

- Ma­ła Vel­ma kie­dyś tu pra­co­wa­ła - po­wie­dział de­li­kat­nie. Wca­le mnie nie słu­chał. Wspię­li­śmy się na scho­dy. Po­zwo­lił mi iść sa­me­mu. Bo­la­ło mnie ra­mię, a kark mia­łem mo­kry od po­tu.