3.
Niechętnie podniosła na niego oczy. Widok, który się w nich odbił, nie przedstawiał starego przyjaciela, lecz złośliwie nasłanego intruza.
- Co ty tu robisz?
Nie potrafiła zdecydować się między zdziwieniem a wściekłością. Wzruszył ramionami, choć daleko mu było do obojętności.
- To, co zwykle robi się w sali odlotów. Czekam na samolot.
Otarła oczy, dyskretnie i zarazem niezdarnie.
- Aha. Jasne.
Widział, że zmusza się do patrzenia mu w oczy, jak dawniej, kiedy starając się być grzeczna, okazywała uwagę rozmówcy. Był to jej znak szczególny, godny pochwały, choć czasem męczący.
- Podróż służbowa?
Tu, na lotnisku, jej wzrok wymykał się spod kontroli i wciąż na nowo atakował otwierające się, jakby na złość coraz częściej, wejściowe drzwi. Nie zdając sobie z tego sprawy, przesunęła się na ławce, ponieważ wyrastając przed nią - świadomie od strony wejścia - zasłonił sobą obsesyjny widok.
- Słucham? - zapytał, upierając się przy ściąganiu na siebie jej uwagi.
- Pytałam, czy lecisz w podróż służbową? Czy może na wakacje?
- Właściwie... - Wiedział, że jej automatyczne, choć całkiem logicznie brzmiące pytania nie wynikają z zainteresowania. Jednak, czym sam był zdziwiony, wcale go to nie bolało. - Coś między jednym a drugim.
Była zbyt roztargniona, by słuchać jego słów, mimo to wykrzesała z siebie coś w rodzaju uśmiechu:
- Super!
Z rozmachem kiwnęła głową i skorzystała z okazji, by ponownie skontrolować drzwi. Madej nie zmienił pozycji; nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że i tym razem zabrakło w nich oczekiwanej osoby.
- A ty?
- Co ja?
- Dokąd ty lecisz?
Podniosła na niego oczy, jakby ją czymś zaskoczył. Potrząsnęła głową, jej gest przypominał nerwowe uwalnianie się od snu.
- Ja...
Stał przed nią uparcie, z torbą, której nie wypuścił z dłoni, był zgarbiony, blady i niewyspany. W masie jego kłopotów stanowiła zaledwie jedno dodatkowe nieszczęście.
- Matyldo, powiedz mi, o co chodzi. Chcę wiedzieć, co z tobą.
- Ja... - Zająknęła się jeszcze raz, jednak nie spuściła wzroku. - Nigdzie nie lecę.
Otworzyła torbę i pokazała mu bilet lotniczy wraz z dokumentami podróży. Znał je aż nazbyt dokładnie.
- Rozumiem. Przyszłaś na samolot, którym nie polecisz.
Jej oczy wypełniły się łzami, gwałtownie, jakby pękł w niej gdzieś zawór bezpieczeństwa. Twarz tylko na krótko pozostała dzielna i nieruchoma, potem, gdy łzy, przepełniwszy oczy, wypłynęły na policzki, zaraziła się brakiem dyscypliny. Usta i broda zaczęły się trząść, wkrótce potem całe ciało osiągnęło jednolitą częstotliwość, w której każda część drga niebezpiecznie.
- Nie, ja... - Jej głos rozkołysał się jak nierówno rozkręcona pozytywka. - To wszystko przez tego skurwysyna.
wcześniej
Misza był przyjacielem Madeja.
Matylda znała go niemal równie długo. Miał niesprecyzowany urok nieobliczalnego, barwnego ptaka, był hałaśliwy i niezbyt mądry, jednocześnie drażnił i ściągał na siebie uwagę. Zawsze budził w niej ulgę, odchodząc, i tęsknotę, kiedy znikał na zbyt długo. Był kłamcą i gawędziarzem, romantycznym pędziwiatrem, który niepostrzeżenie wplątuje innych w opiekę nad swą skomplikowaną osobą.
- Kto mu wymyślił tę ksywkę? - zapytała Madeja, kiedy ich sobie przedstawił.
Miała wówczas siedemnaście lat i każdego faceta po dwudziestce uważała za dorosłego. Tak też jej zdaniem powinien się zachowywać - dorośle i mądrze jak Madej.
- Nie mam pojęcia.
- Dlaczego nikt nie mówi do niego po imieniu?
- Do mnie też nikt nie mówi po imieniu.
- To co innego.
Później, już jako dwudziestokilkuletnia kobieta, potrafiła to uzasadnić:
- Ponieważ ty, drogi Andrzeju, nie każesz do siebie mówić "Madej" każdemu, kto się nawinie. Sprzedawczyni w piekarni, listonoszowi, dziecku w piaskownicy.
- Fakt, ja staram się nikogo nie obciążać.
- A on nawet nie usiłuje podawać się za Michała! On chce i kocha być Miszą albo jeszcze lepiej Miszką - słodkim, puchatym misiem zagłaskiwanym przez kobiety.
- I tu masz odpowiedź! - Madej zaśmiał się głębokim, pulsującym śmiechem, który uwielbiała. - Miszą nazwała go pierwsza kobieta, w której ramiona oddał swe niesyte pieszczot ciało.
- Czyli jego matka?
- Nie sądzę. Ona, o ile wiem, zawsze mówi do niego Michał. Albo Michał cholera jasna, albo Michał do diabła, albo Michał...
Przerwała mu:
- Już dobrze, czyli nie była to jego matka. Jakaś inna kochająca kobieta.
Niewiele później i ona zarzuciła nazywanie go Michałem.
Na drewnianej podłodze, w domu narzeczonego, z jej ust wyrwał się jęk i dwie sylaby zmodyfikowanej wersji jego imienia.
I chwila, i imię stały się cezurą, od których wszystko uległo zmianie.
Gdy powiedziała Madejowi, że odchodzi, pokręcił głową, jakby jej nie zrozumiał.
- Wybacz mi - powtórzyła Matylda.
Nawet jeśli wcześniej wiedział o Miszy, o nic nie wypytywał. Czuł obecność konkurenta, wyłapywał sygnały jej rozpaczliwej szarpaniny, mimo to przestawił własny niepokój na tryb hibernacji. Nie zrobił nic, by potwierdzić znaki, zamiast próbować przyłapać, schodził z drogi okazjom.
Wiedziała, że jego upór nie oznacza negowania nieprzyjemnej prawdy o jej zdradzie. Ani o konieczności wyboru. Od rozpoczęcia jej, jak to nazwał, przygody, minęły zaledwie dwa miesiące. On po prostu czekał, dawał jej szansę.
- Myślę, że powinnaś to wszystko jeszcze raz przemyśleć.
Słowa uderzyły w nią jak rzucony w twarz akt łaski. Drgnęła; jego opiekuńczość eksplodowała w najmniej potrzebnym momencie.
Potem dotarło do niej, że jemu, silnemu Madejowi, drży głos. Przeraziła się, poczuła lepki wstyd. Przez dwie, może trzy sekundy była bliska ustępstwa, niewiele brakowało, by przyjęła odroczenie.
- Nie mogę.
Jak odmawiający zeznań zacięty świadek wbiła wzrok w podłogę.
Stała tak bardzo długo, aż bezruch przestał jej przeszkadzać. Nie patrzyła na niego, zadowalając się słuchaniem jego niespokojnych, zdumionych kroków. Nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby nakarmić jego zdziwienia, zapchać mu ust mamałygą kłamstw i obietnic poprawy.
Znaleźli się tam, gdzie każde musiało uporać się ze sobą, To, co wydarzyło się we wspólnym jeszcze pokoju, rozrzuciło ich po osobnych kątach. Gdzieś pośrodku podrygiwały strzępy rozerwanej powietrznej poduszki, dokonana eksplozja uratowała ich od konieczności powolnego odklejania się od siebie.
- Przynajmniej spróbuj mi wybaczyć - powiedziała, zapominając, że nie ma prawa prosić o darowanie winy.
Nie po tym, co zrobiła.
Nie po zdradzie dokonanej z jego najlepszym przyjacielem w jego własnym domu, na podłodze wypieszczonej przez nieżyjącego już ojca. Tego, który miał zostać jej teściem, dziadkiem jej dzieci. Gdy układał klepki, z pewnością wyobrażał sobie tupot stópek przyszłych wnuków. To dla nich postarał się, by podłoga była gładka i bezpieczna, by nikogo nie poraniła.
I sprawdziło się: gdy Matylda kochała się na niej z rzekomym przyjacielem domu, pomyliła tę podłogę z najmiększą pościelą. Podczas tej miłości nie ukłuła jej, choćby ku przestrodze, żadna sprawiedliwa drzazga. Nie uderzyła, a za karę powinna, ukryta w gładkości nierówność.
- Nie mam wyboru - dodała z opuszczoną głową.
Przestała być godna tej podłogi, tego domu oraz ludzi, którzy go stworzyli.
Nie była godna gospodarza, dokonawszy zbrodni nielojalności, nie nadawała się na matkę jego dzieci. Ten dom oraz żyjące w nim duchy oczekiwały następców tronu - i te im się należały, zamiast lęku przed narodzinami bastarda.
- Ale ja daję ci wybór, Matyldo!
Jego wielkoduszność zapiekła ją w gardle. Wiedziała, że nie skłamał; znowu otwierał przed nią drzwi, zapraszał. Był nawet gotów pomóc jej poupychać na nowo przeszłość po szufladach.
- Nie mogę.
Uciekła przed jego wzrokiem. Jego oczy były zbyt uczciwe, jak wtedy, gdy pierwszy raz zaprosił ją do tego domu. Poprosił ją, by z nim została. Kochał ją, jednak dopiero tamtego dnia usłyszała to z jego ust. Powiedział, że zakochał się w niej, kiedy jeszcze była dzieckiem.
Jak mogła go nie przyjąć. Nie pokochać.
- Nie mogę.
Dzwonek przy drzwiach mieszkania wygrywał tylko jedną melodyjkę, mimo to i tak zawsze rozpoznawała w niej Miszę.
- Hej, Matyldo...
Nie odpowiedziała. Jej oczy zachmurzyły się, rękę trzymała na klamce. Zrozumiał, że ma ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.
- Nie gniewaj się na mnie - powiedział szybko cichym, zmęczonym głosem. - Bardzo chciałem do ciebie zadzwonić, ale zgubiłem komórkę...
Znowu pojawiał się u niej po długich tygodniach nieobecności, według sprawdzonej procedury. Był blady i sponiewierany. Wbrew tysiącom dawanych sobie przyrzeczeń wpuściła go do środka.
- Czarodziejko...
Podała mu herbatę, tę, którą lubił po swoich ciężkich dniach. Pił ją, trzymając szklankę w obydwu dłoniach jak zmarznięte, pokrzywdzone dziecko. Zlitowała się i zrobiła parę kanapek; ponieważ zaskoczył ją swoim przyjściem, musiała pożyczyć chleb od nieobecnych współmieszkanek.
- I jak, już znalazłeś?
- Co?
Choć był głodny, jadł bez apetytu. Matylda pomyślała, że najchętniej wypiłby piwo, czego jednak nie zamierzała mu proponować.
- Komórkę. Pytałam, czy znalazłeś zgubioną komórkę.
- No tak... Kumpel mi odesłał.
- Twój kumpel znalazł twoją komórkę.
- Tam była taka masa ludzi...
Siedział jak zwykle na podłodze, obok ikeowskiego wazonu, który zamiast na kwiaty od niego służył jej jako śmietnik.
- Misza, czy ty wiesz, jak to brzmi? Te twoje tłumaczenia, jedno głupsze od drugiego?
- Rozumiem, że to może się tak wydawać - odpowiedział ostrożnie.
- Wydawać?
Była rozżalona i wściekła, napady bezsilnej złości nachodzące ją podczas jego niezapowiedzianych powrotów za każdym razem trwały nieco dłużej. A powinna się cieszyć, że jest, że wrócił, że zatęsknił...
Przynajmniej on tak twierdził, bardzo nią rozczarowany: Skoro już jestem, skoro w końcu udaje się nam być razem, dlaczego nie możemy się tym cieszyć?
- Przecież jesteś poetą - wypomniała mu, nieumiejętnie ukrywając urazę.
- Na razie jestem tylko tekściarzem...
Poprawiał ją jedynie dla porządku. Usprawiedliwiał się i krygował: będę mówił o sobie "poeta" - i to jak chętnie! - ale dopiero wtedy, kiedy świat pozna moje wiersze. Nie teksty, nie piosenki, wiersze. Słowo to wypowiadał z rozkoszą, rozlewając je sobie na języku jak nalewkę orzechową. Nie tylko przy niej pozwalał sobie na nieograniczoną próżność: podobno chodziło wyłącznie o ambicję i przez niego samego wysoko postawioną poprzeczkę. Miał ją gładko przeskoczyć, kiedy tylko przyjdzie mu ochota.
- ... Który kiedyś zostanie poetą.
Znała tę historię: gdzieś w kosmosie czekają na urodzenie tomy jego wierszy. Powstaną, zaistnieją, rozbłysną, kiedy on, przyczajony poeta, znudzi się pisaniem bzdur. Porzuci teksty reklamowe, podpisy pod prasowe zdjęcia, dialogi do ilustrowanych historyjek oraz slogany dla panów z telewizji. Kiedy odżegna się od piosenek na zamówienie, także tych, które już prawie są poezją.
Na razie nie splotły się w oczekiwane konstelacje. Porozrzucane wersy nie odnalazły jeszcze rytmu, światła, mgły. I dlatego podlegają kwarantannie - nie mogą być byle jakie, zadowalające, zaledwie dobre.
Te wiersze muszą wstrząsnąć światem.
- Powiedz mi tylko... - Matylda poszukała podbarwionych przemęczoną czerwienią oczu. - Powiedz mi, skąd w takim razie bierze się w tobie to chłopskie cwaniactwo?
Znieruchomiał; doprowadziła do tego, że podniósł na nią zdziwione, urażone niesprawiedliwością spojrzenie. Nigdy dotąd tak go nie obraziła; twierdziła przecież, że szanuje jego przeszłość, nawyki, upodobania. Nawet jego daleki od poetyckości język, którym posługiwał się na co dzień.
- Jeśli chcesz mnie obrażać...
- Twierdzisz, że gdy znikasz, to znaczy znikasz dla mnie - udajesz się w twórcze kosmologie. Zadzwonienie do mnie czy wysłanie esemesa kompletnie się w nich nie mieści. To wersja dla mnie. Natomiast jeśli chodzi o sprawy, od których jesteś zależny... Tu twój chłopski zdrowy rozsądek pilnuje, byś nie zawalił terminów w twojej gównianej agencji reklamowej, twoich spotkań z muzykami czy z twoim pożal się Boże agentem. Tych nie zaniedbujesz nigdy, w przeciwieństwie do mnie. Nie robisz tego, bo wiesz, że nie możesz sobie na to pozwolić.
- To nieprawda... - wykrztusił oburzony. - Jak możesz tak mówić?
- Także twoi kumple od kieliszka wiedzą, że zawsze można na ciebie liczyć.
Odstawił szklankę i pusty talerz po kanapkach, patrzył na nią z urazą.
- W tych przyziemnych, ale jakże potrzebnych kontaktach nie jesteś już ani wędrującym poetą, ani nawet szukającym natchnienia tekściarzem. Twoja artystyczna dezynwoltura nie wyklucza też regularnych obiadków u mamy i taty.
Ostatecznie obrażony, nie zaszczycił jej odpowiedzią. Jednak jej było to obojętne.
- Kiedyś, kiedy byłam dla ciebie nieosiągalna, dzwoniłeś do mnie o każdej porze, choćby przed świtem, a ja wyłączałam dźwięk w telefonie, aby mój mężczyzna - nie zapominajmy, twój przyjaciel! - niczego nie zauważył.
Rozejrzała się po swoim nieumeblowanym pokoju ponad jego głową. Nijak nie przypominał dawnej sypialni, której harmonię zdruzgotała niegdyś bezgłośność jego telefonów.
- On spał, a ja patrzyłam na migoczący ekranik i byłam szczęśliwa, wiedząc, że do mnie tęsknisz - powiedziała ciszej i smutniej niż poprzednio. - Aż w końcu zostawiłam go dla ciebie.
- Czego teraz żałujesz - stwierdził ponuro.
- Nie - odpowiedziała.
Spróbował ją objąć.
- Nie!
Wyszarpnęła dłoń, z której udało mu się uchwycić palec. Przez twarz przebiegł mu nieznaczny skurcz, dopadający go w rzadkich chwilach psychicznej niewygody. Były tym, czego nie lubił najbardziej: ktoś lub coś wyrzucało go poza margines emocjonalnego dobrobytu, kazało wątpić w pogodną sympatię świata.
- Ale dlaczego? - wymamrotał z wyrzutem.
Czuła się bezsilna, bez szans, by do niego dotrzeć. Znowu był chłopcem, który bojąc się mroku, woli gonić za migoczącymi światełkami, zapominać i porzucać wszystko. Zatrzymywała go w biegu, więc cierpiał, jednak przede wszystkim głęboko się dziwił.
- Nigdy więcej mnie nie dotykaj - powiedziała ostro.
Patrzył na nią zaskoczony, pełen dziecięcego strachu.
- Czarodziejko...
- Nie, nie żałuję tego, co między nami było...
Przerwała; własne słowa zabrzmiały jej fałszywie. Gdyby rzeczywiście niczego nie żałowała, nic by jej teraz nie bolało.
- Ale nie chcę żałować tego, co mogłoby się jeszcze wydarzyć - wyjaśniła, także sobie. - Dlatego rzucam cię, a ty wiesz, co to znaczy.
Nie chciało się jej szukać mądrzejszych słów.
- I obiecaj mi, że tym razem naprawdę dasz mi spokój.
W końcu zmusiła go do wyjścia. Stali w ciasnym przedpokoju; mieli za sobą kilka godzin gry za pomocą starych słów, gestów, próśb i zapewnień. Przećwiczyli jej zawahania i jego zadowolone nadzieje, przetańczyli znajomy układ kroków między łóżkiem a drzwiami, przetrzymali napady krzyków i łez.
- Jak mógłbym ci coś takiego obiecać?
Setny raz spróbował się przytulić, jego zapach zakołysał się w jej głowie.
- Po prostu - powiedziała, chociaż nic nie wydawało się proste. - Kiedy przyjdzie ci ochota do mnie zadzwonić, nie zrobisz tego. Kiedy stwierdzisz, że fajnie byłoby tu przyjść, nie przyjdziesz.
- A esemesy? Nie mogę napisać ci, że cię uwielbiam?
- Przecież czujesz obrzydzenie do esemesów.
Nie zdążył ukryć mimowolnego uśmiechu.
- Ja?
Nienawidziła jego esemesów tak jak zamknięty za płotem człowiek nienawidzi otwartego świata albo pacjent z wyciętym żołądkiem wielkiego, krwistego steka. Zbyt często musiała na nie czekać i nie dostawała wtedy, gdy wydawało jej się, że bez nich umrze. Kiedy w końcu przychodziły, nie były ani wytłumaczeniem, ani przeprosinami. Znajdowała w nich niedokładne cytaty z książek, jakby zmaltretowana głowa autora nie osiągnęła stanu niezbędnego do własnych produkcji. Czasami Misza sięgał po piosenki, których sam nie napisał, bywało, że cytował wiersze. Tych nigdy nie znała, być może rzeczywiście był ich autorem.
- Żadnych esemesów - powtórzyła stanowczo. - Żadnych cytatów.
- A gdybyś dała mi jeszcze jedną szansę?
Podniósł na nią niebieskie, chłopięce oczy. Uznała to za złośliwą premedytację.
- Którą z kolei?
Tym razem nie odważył się na "ostatni raz". Mogła być z siebie zadowolona, wyglądało na to, że zaczął jej wierzyć.
- Ale dlaczego tak? - pożalił się, opuszczając głowę.
W chwilach jak ta zwykle wsuwała palce w jego włosy.
- Przyrzeknij mi, że mi to ułatwisz.
Przestraszony jej chłodem znowu wyciągnął do niej rękę. Odsunęła się, obolała z tęsknoty.
- Nie mogę ci tego obiecać - powiedział miękko.
Poznała barwę jego głosu; uderzał w jej słabe punkty, wciąż jeszcze wierzył, że kara mu się upiecze.
- Nie zostawiasz mi wyboru.
Opuścił głowę jeszcze niżej, bezradnie, chłopiec, którego zawsze pocieszała. Oboje zdążyli przyzwyczaić się do tego, że najpierw głaszcze go po karku - nawet wiedząc, że specjalnie go odsłania jak przepraszający szczeniaczek brzuch - a niedługo potem przytula go całego i całuje, jakby to ona powinna go przeprosić.
- Nie, Misza - powiedziała wolno. - Ja nie chcę cię więcej widzieć.