Żegnaj Afryko - Corinne Hofmann

Reflow text when sidebars are open.
Jak przez mgłę słyszę głos: "Halo, halo, pobudka!". Czuję czyjąś dłoń na ramieniu, otwieram oczy. W pierwszej chwili nie wiem, gdzie jestem. Mój wzrok pada na łóżeczko pod nogami, w którym śpi Napirai, i od razu wiem: Jestem w samolocie. Siedząca obok kobieta zdejmuje dłoń z mego ramienia i mówi z uśmiechem: "Spałyście jak kamień! Niebawem lądujemy w Zurychu, a pani przegapiła wszystkie posiłki".
Nie mogę uwierzyć: udało nam się. Wyrwałyśmy się z Kenii. Jesteśmy wolne, moja córka i ja!
Natychmiast przypominam sobie ostatnie przejścia w Nairobi przy kontroli paszportowej. Mężczyzna spogląda na nas i pyta: Is this your child? Napirai śpi w kandze na moich plecach, a ja odpowiadam: Yes. Przerzuca kartki w paszporcie dziecka i w moim. "Dlaczego wyjeżdża pani z córką?" - brzmi następne pytanie. "Chcę pokazać mojej matce wnuczkę". "A dlaczego mąż nie jedzie z wami?". Najspokojniej jak potrafię, wyjaśniam, że musi pracować i zarabiać pieniądze.
Mężczyzna patrzy srogo i mówi, że chce dokładniej zobaczyć twarz dziecka. Mam je obudzić, zwracając się do niego po imieniu. Jeszcze bardziej się denerwuję. Napirai, która ma nieco ponad rok i trzy miesiące, budzi się i rozgląda rozespana. Mężczyzna pyta ją kilka razy, jak ma na imię. Napirai w odpowiedzi wykrzywia usta w podkówkę i zaczyna płakać. Próbuję szybko ją uspokoić. Obawiam się, że w ostatniej chwili wszystko spali na panewce i nie będziemy mogły opuścić tego kraju. Mężczyzna obraca na wszystkie strony niemiecki paszport Napirai i pyta surowym tonem: "Dlaczego dziecko ma niemiecki paszport, skoro ojciec jest Kenijczykiem? Czy to jest rzeczywiście pani córka?". Zarzuca mnie coraz to nowymi pytaniami, a ja znów jestem cała spocona ze strachu. Najspokojniej, jak potrafię, tłumaczę, że mój mąż jest przywiązanym do tradycji Masajem, że nie dostał paszportu i że udało nam się załatwić dla dziecka tylko paszport niemiecki. Wracam jednak za trzy tygodnie i postaram się o kenijski. Mówiąc to, ponownie podsuwam mężczyźnie podpisany przez męża list i modlę się cicho: "Kochany Panie Boże, nie zostawiaj nas w potrzebie, pozwól nam pokonać te kilka metrów, jakie dzielą nas od samolotu!". Za nami tłoczą się poirytowani turyści, obserwując całą scenę. Mężczyzna spogląda na mnie jeszcze raz przenikliwie, kilka sekund milczy, po czym błyskając białymi zębami mówi z szerokim uśmiechem: "O'kay! Szczęśliwej podróży i do zobaczenia za trzy tygodnie. Niech pani przywiezie mężowi coś ładnego!".
Takie obrazy przesuwają mi się przed oczami, gdy ciągle jeszcze potwornie zmęczona biorę córkę na ręce i podaję jej pierś. Zaraz lądujemy, a ja mam bardzo mieszane uczucia. Co powie moja matka? Czy przyjdzie na lotnisko ze swoim mężem? Co będzie dalej? Jak mam jej powiedzieć, że wcale nie przyjeżdżam na urlop, tylko że uciekłam od swojej wielkiej miłości i nie mam już ani sił, ani odwagi, żeby tam wracać? Po prostu nie wiem.
Potrząsając głową, pakuję rzeczy, jakbym chciała pozbyć się wszystkich tych natrętnych myśli. Samolot podchodzi do lądowania, a ja znów czuję ogromną ulgę: wydostałam z Kenii córkę. Udało nam się!
Biegnę przez teren portu lotniczego z Napirai na plecach i czuję się tego zimnego 6 października 1990 roku nieco nie na miejscu w tej swojej połatanej spódnicy, w podkoszulku z krótkimi rękawami i w sandałach. Mam wrażenie, że ludzie przypatrują mi się podejrzliwie.
Wreszcie dostrzegam matkę i jej męża. Radośnie zmierzam ku nim i widzę przerażenie w ich oczach. Jestem chuda jak patyk: mam metr osiemdziesiąt wzrostu, a ważę poniżej pięćdziesięciu kilogramów. Z trudem powstrzymuję łzy. Czuję się nagle potwornie zmęczona, osłabiona jak po wielkiej bitwie. Wzruszona matka bierze mnie w ramiona. W oczach ma łzy. Jej mąż, Hanspeter, wita się z nami przyjaźnie, choć nieco z dystansem, bo nie znamy się jeszcze zbyt dobrze.
Ruszamy w drogę do ich domu. Jakiś czas temu przeprowadzili się z Alp Berneńskich do Wetzikon, gminy w kantonie Zurych. Już w samochodzie matka pyta, co tam słychać u Lketingi i na jak długo przyjechałam na urlop. Zasycha mi w gardle, nie wiem, co odpowiedzieć. Mówię wymijająco: "Na jakieś trzy, cztery tygodnie".
Postanawiam, że później opowiem jej o całej tragedii. Przecież matka nie ma zielonego pojęcia, jak mi jest źle. Z Kenii nie mogłam ani napisać, ani w inny sposób jej poinformować o wydarzeniach ostatnich miesięcy. Mój mąż kontrolował wszystko. Każde napisane zdanie musiałam mu tłumaczyć. Gdy mieszkaliśmy na wybrzeżu, zdarzało się nawet, że zanosił moje listy do ludzi, którzy trochę znali niemiecki. Jeśli coś dla niego było podejrzane, musiałam list wrzucić do ognia. Gdy tylko pomyślałam o Szwajcarii, zerkał na mnie nieufnie i, jakby potrafił czytać w moich myślach, mówił: Why you are thinking at Switzerland, you stay here in Kenia and you are my wife. Poza tym nie chciałam niepotrzebnie martwić matki, bo wciąż wierzyłam, że jednak między nami jakoś się ułoży.
W domu wita nas głośne szczekanie, które bardzo przeraża Napirai, bo tego nie zna; w Kenii podchodzi się raczej z rezerwą do psów. Zwierzę szczeka jak oszalałe i szczerzy zęby.
- Nie jest przyzwyczajony do obcych, a szczególnie do dzieci - wyjaśnia matka. - Chyba jednak jakoś wytrzymamy te kilka dni.
A mnie serce się ściska, gdy pomyślę, że musimy zostać u niej tak długo, aż wszystkie sprawy zostaną załatwione. A to może potrwać. Moje zezwolenie na zamieszkanie w Szwajcarii straciło swoją ważność i przyjechałam tu jako turystka. Wprawdzie urodziłam się w Szwajcarii i tu wyrosłam, mam jednak tylko niemiecki paszport, podobnie jak mój ojciec. Według tutejszych przepisów, jeśli pobyt za granicą trwa dłużej niż sześć miesięcy, traci się automatycznie zezwolenie na pobyt. Nie chcę nawet myśleć o tym, co nas jeszcze czeka.
Mój Boże, muszę to wszystko powiedzieć matce! Ale na razie nie chcę psuć jej całej radości. Jest przecież tak szczęśliwa, że może znów mnie zobaczyć i poznać swoją wnuczkę. Poza tym na pewno nie jest przygotowana na nagły powrót dorosłej córki z dzieckiem na ręku. Bądź co bądź od moich osiemnastych urodzin nie mieszkam już w domu.
Wprowadzamy się z Napirai do małego pokoju dla gości i rozpakowujemy swój skromny dobytek. Mam tylko kilka ubranek dla dziecka, jakieś dwadzieścia pieluszek, dla siebie jedną parę dżinsów i jeden pulower. Inne rzeczy zostawiłam w Kenii - musiałam uśpić czujność Lketinga, miał być przekonany, że do niego wrócę. Inaczej nigdy nie pozwoliłby mi na wyjazd z córką.
Poruszam się ostrożnie po tym pięknym obszernym domu, starannie umeblowanym, z kwiatami i dywanami. Największe wrażenie robi na mnie możliwość korzystania z prawdziwej toalety. Po śmierdzących wychodkach w Kenii jest to zrozumiałe. Matka pyta, co bym najchętniej zjadła. Na samą myśl o soczystej sałatce z żółtym serem i kiełbasą cieknie mi ślina. Wypowiadam swoje życzenie. Matka jest nieco zawiedziona, gdyż chciała mi ugotować coś specjalnego. Lecz dla mnie ta potrawa, po czterech latach pobytu w buszu, jest największym rarytasem, jaki potrafię sobie wyobrazić. Gdy żyłam u Samburu, nie miałam nigdy możliwości zjedzenia czegoś tak świeżego. Poza mąką kukurydzianą, czasem ryżem, a jeszcze rzadziej mięsem, i to bez przypraw, po prostu nie było nic. Jakże cieszę się teraz na tę sałatkę z kawałkiem świeżego chleba!
Tymczasem w Napirai obudziła się ciekawość, obserwuje nieznanych jej dotąd białych ludzi. Zdążyła już wyrzucić prawie wszystkie książki z półek, a teraz grzebie w doniczkach z kwiatami. Wszystko tu jest dla niej zupełnie nowe.
Wreszcie jest jedzenie. Już od samego patrzenia chce mi się płakać z radości. Ile to razy w bezsenne noce marzyłam o takim posiłku! Teraz wystarczy tylko sobie zażyczyć i pół godziny później stoi przede mną.
Naturalnie matka domaga się dokładnej relacji o moim nowym życiu w Mombasie. Pyta, jakie powodzenie ma sklep z pamiątkami na Diani-Beach. Jest bardzo szczęśliwa, że po trzech latach pobytu w głębokim buszu żyję wreszcie nieco bliżej cywilizacji. Nie przychodzi jej tylko do głowy, czemu od ostatniej wizyty u niej tak bardzo schudłam, skoro mam teraz tyle możliwości, żeby się lepiej odżywiać. Te pytania zupełnie mnie dobijają. Jeszcze bardziej pogrążam się w smutku. Automatycznie udzielam odpowiedzi, dalekich od rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę, że, w obliczu niemal naiwnej beztroski mojej matki, powiedzenie prawdy przyjdzie mi bardzo ciężko.
Radość z wyśmienitego jedzenia nie trwa długo. Po półgodzinie piekielnie boli mnie żołądek. Leżę zwinięta na łóżku. Po hepatitis, zakaźnym zapaleniu wątroby, którego nabawiłam się przed rokiem, nie powinnam naturalnie jeść nic tłustego, a już szczególnie zimnego jedzenia z lodówki. Poza tym przez kilka lat jadałam wyłącznie najprostsze potrawy z kotła. Mając wreszcie możliwość zjedzenia czegoś szczególnego, po prostu zapomniałam o tym wszystkim. Teraz nie mam wyjścia, muszę zwymiotować, aby żołądek się uspokoił.
Matka kąpie Napirai, której się to bardzo podoba. Pluska się i piszczy z radości, a potem otrzymuje pierwszą w życiu pieluszkę Pampers. Mój Boże, jakież to proste! Założyć, zapaskudzić, zdjąć i wyrzucić. Niesamowite! Skończyły się czasy Nairobi, kiedy musiałam przez cały dzień targać ze sobą ufajdane pieluchy i prać je wieczorem w zimnej wodzie, zdzierając sobie przy tym boleśnie skórę z kostek palców.
O godzinie ósmej padam z nóg. O tej porze w Kenii zwykle szliśmy spać, gdyż nie mieliśmy elektryczności, a wcześnie robiło się ciemno. A poza tym i tak muszę iść do łóżka z Napirai, gdyż nie jest przyzwyczajona zasypiać sama. W manyatcie, kiedy mieszkaliśmy na wyżynie, zawsze spała przy mnie lub ze swoją babcią, a na wybrzeżu - między mężem a mną. Dla dzieci Samburu jest to normalne. Potrzebują cielesnego kontaktu. W łóżku ogarnia mnie przygnębienie i wątpliwości, czy aby naprawdę właściwie postępuję. Płacząc w poduszkę, zasypiam.
Rano zadaję sobie ważne pytanie: w co się mamy ubrać? Jest październik, dlatego nam, przybyszom z gorącej Kenii, jest potwornie zimno. Napirai nigdy nie lubiła nosić sukienek, a teraz musi włożyć jeszcze sweter i kurtkę, podarowane przez matkę. Nie czuje się dobrze w tych wszystkich rzeczach, które ma na sobie, i próbuje je zdjąć. Tak nie wolno. Jest zimno, a poza tym w Szwajcarii chodzi się w ubraniu.
Następnym kłopotem jest pies. Wygląda na to, że wciąż nie przepada za nami. Czujnie nas obserwuje, warczy, szczeka i szczerzy zęby. Napirai przyzwyczaiła się już jednak do niego i stale chce się z nim bawić. Najwyraźniej, jako prawdziwa masajska dziewczynka, nie zna strachu, za to ja histerycznie się boję, że zwierzę mogłoby ją ugryźć. Widzę w nim prawdziwe zagrożenie. Z kolei dla mojej matki i Hanspetera jest to ukochany piesek, który, w pewnym sensie, zastępuje im dziecko.
Przez pierwsze dwa, trzy dni jestem bardzo zmęczona, jakby półżywa. Stale myślę o Lketindze, jak też sobie radzi sam ze sklepem. Ma wprawdzie Williama do pomocy, ale od czasu, kiedy chłopak ukradł nam pieniądze, nie rozumieją się już tak dobrze.
Aby się nieco odprężyć, chodzę na spacery do pobliskiej szkoły rolniczej i godzinami obserwuję krowy. W takich chwilach odczuwam wewnętrzny spokój i zdaję sobie sprawę, jak mocno jestem związana z nGogo, moją teściową. Jak też ona zareaguje, gdy się dowie, że już więcej nie zobaczy ani Napirai, ani mnie? Zgodnie z obyczajami Samburu moja córka właściwie należy do niej.
Wieczorami, kiedy matka i Hanspeter oglądają dziennik telewizyjny, uciekam zazwyczaj z Napirai do naszego pokoiku. Wszystkie te przerażające obrazy z wojny w Zatoce Perskiej i panującej na świecie nędzy wstrząsają mną. Nie jestem w stanie na to patrzeć. Ponad cztery lata nie miałam żadnego kontaktu z telewizją i innymi mediami. Żyłam w świecie jak sprzed tysięcy lat i teraz czuję się jak porażona tymi wszystkimi wiadomościami i obrazami. Pewnego razu siedzę jak przykuta przed telewizorem. Właśnie pokazują reportaż o upadku muru w Niemczech. Nie potrafię pojąć tego, co widzę. Chociaż od wydarzenia minął rok, nic o tym nie wiedziałam. Nie mogę uwierzyć!
Wcześniej mur berliński był w naszym domu tematem ciągłych dyskusji, ponieważ moi dziadkowie ze strony ojca żyli w Niemczech Wschodnich. Już od dziecka wiedziałam, jak różne były te dwa niemieckie światy. Ojciec dużo mi o tym opowiadał, kiedy wracał z odwiedzin w NRD. A teraz te dwa kraje są połączone! I cały świat o tym już dawno wie, tylko do nas, do buszu, nie dotarła ta wiadomość. Z oczu lecą mi łzy. Dla matki i jej męża oczywiście moja reakcja jest śmieszna. Również większość filmów fabularnych oglądam zupełnie inaczej niż kiedyś. Czyżbym tak bardzo się zmieniła? W każdym razie wpadam w lekkie zdziwienie na widok tych wszystkich scen rozbieranych i miłosnych we współczesnych filmach. Kenijczycy nawet nie całują się publicznie, nie trzymają się za ręce, nie wspominając już o tym, że u Samburu nie ma w ogóle żadnego całowania. Z wolna dociera do mnie, jak bardzo stałam się purytańska w ciągu ostatnich czterech lat.
Po kilku dniach matka daje mi do zrozumienia, że powinnam sobie wreszcie sprawić coś nowego do ubrania. Ruszam więc po zakupy, podczas gdy ona pilnuje Napirai. Ta masa ubrań i produktów, te wszystkie pękające w szwach sklepy sprawiają, że czuję się niepewnie. Nie za bardzo wiem, co do mnie pasuje, dlatego kupuję po prostu parę legginsów (wydaje mi się, że są teraz modne) a do tego sweter. Wszystko to jest dziko drogie. Za te same pieniądze mogłabym w Kenii kupić trzy lub cztery kozy albo przepiękną krowę.
W domu prezentuję matce zakupy, a ona stwierdza z przerażeniem, że w żadnym wypadku nie mogę pokazać się w takich legginsach na ulicy. Jestem za chuda i wyglądam w nich, jakbym była chora. Jeszcze przed chwilą byłam taka dumna z nowo kupionych, ładnych rzeczy, teraz czuję się okropnie brzydka. Z przerażeniem stwierdzam, że w tym "białym" świecie stałam się potwornie wrażliwa. W moim świecie, w Kenii, pośród Afrykańczyków, było całkiem inaczej. Tam byłam zdana wyłącznie na siebie. Coraz wyraźniej uświadamiam sobie, jak bardzo się zmieniłam przez te lata. Tutaj, w Europie, czas płynie szybko i wiele rzeczy jest teraz dla mnie nowych i nieznanych. W Afryce wszystko jeszcze toczy się powoli i dni wydają się przez to nieskończenie długie. Gdzie się podziała ta niegdyś pewna siebie bizneswoman? Co z niej zostało? Wychudzona, bezdomna z małym dzieckiem, która nawet nie ma odwagi zwierzyć się własnej matce!
Po tygodniu los rozstrzyga za mnie. Siedzimy właśnie przy kolacji, gdy rozlega się dzwonek telefonu. Matka odbiera i kilkakrotnie powtarza w kółko: "Halo, tak, słucham!", a następnie odkłada słuchawkę. Twierdzi, że połączenie było chyba z bardzo daleka, ale nikt nic nie mówił. Ze spoconymi rękoma wpatruję się z niedowierzaniem w matkę. Ta śmieje się i mówi: "Nie bądź taka przerażona! To na pewno tylko twój mąż chce się zameldować. Cieszże się!".
Ze strachu i zdenerwowania robi mi się niedobrze. Rzecz jasna, w Mombasie zostawiłam numer telefonu. Sophia, moja włoska przyjaciółka, prosiła mnie o to. Obiecała, że do mnie zadzwoni, gdyby Lketinga miał kłopoty w sklepie, bo on przecież jeszcze nigdy w życiu nie telefonował. Jej również nic nie powiedziałam. Nikogo nie wtajemniczyłam w swoje plany ucieczki z obawy, że może się nie udać. A teraz masz babo placek! Nie mogę oderwać wzroku od telefonu, który milczy jak zaklęty. Matka mówi, że na pewno nic złego się nie stało, że powinnam dalej jeść kolację. Ja jednak straciłam apetyt. Gorączkowo zastanawiam się, jak mam się zachować podczas rozmowy. I w tym momencie rozlega się ponownie dzwonek. Rozbawiona matka namawia mnie, abym poszła wreszcie odebrać. Nie mogę jednak ruszyć się z miejsca. Ogarnięta paniką patrzę, jak matka podnosi słuchawkę. Po radosnym Yes daje mi znak, abym podeszła. Jak automat zmierzam do telefonu, przykładam słuchawkę do ucha i rozpoznaję głos Sophii. "Hallo, Corinne, how are you? I'm here together with your husband Lketinga. Twój mąż chce wiedzieć, co słychać u ciebie i dziecka i kiedy wracacie do Kenii. Mam ci go dać?". "No, wait! - krzyczę w słuchawkę. - Najpierw muszę porozmawiać z tobą, Sophio. To, co ci powiem, będzie bardzo trudne dla Lketingi, dla ciebie, dla mnie, w ogóle dla wszystkich. My nie wracamy! Po prostu nie wytrzymam dłużej z moim zazdrosnym mężem. Sama przecież trochę widziałaś, jak to z nim jest. Nie mogłam wam tego wcześniej powiedzieć, bo wtedy nie mogłybyśmy w ogóle wyjechać". Słyszę, jak za mną spadają sztućce na podłogę.
"Proszę, proszę cię, Sophio, wytłumacz to Lketindze. Jak tylko będę mogła, pomogę mu ze sklepem i z autem. Kiedy sprzeda wszystkie rzeczy, stanie się bogatym człowiekiem. Niech zatrzyma wszystko, także konta bankowe. Wszystko oprócz naszej córki Napirai. Spróbuję tutaj z nią ułożyć sobie nowe życie". Sophia jest wstrząśnięta. Pyta, czy nie chciałabym mimo wszystko porozmawiać ze swoim mężem, ale właśnie kończą się jej pieniądze. Notuję numer telefonu i mówię, że zadzwonię za dziesięć minut i porozmawiam z Lketingą. Wyczerpana odkładam słuchawkę. Odwracam się i widzę osłupiałą matkę i Hanspetera. W tym samym momencie zaczynają lecieć mi z oczu łzy i zanoszę się płaczem. Przez dłuższą chwilę siedzę obok telefonu. Czuję się potwornie nieszczęśliwa, a jednocześnie jest mi nieco lżej na sercu, gdyż teraz matka nareszcie wie, jak się sprawy mają, a w najbliższych minutach dowie się o tym pewnie również Lketinga.
Słyszę niepewne pytanie matki: "No tak, a jak to sobie teraz wszystko wyobrażasz? Myślałam, że poza kilkoma drobnostkami jesteś naprawdę szczęśliwa. Przecież dopiero otworzyłaś za ostatnie pieniądze sklep. A poza tym nie masz już prawa pobytu w Szwajcarii!". W jej oczach pojawiają się łzy. Jest mi straszliwie przykro, że sprawiam jej ból. Z rozpaczą przypominam sobie, jak to kiedyś pragnęłam stworzyć z moim ukochanym szczęśliwą rodzinę, taką do końca życia, jak wierzyłam że moja córka zawsze będzie miała ojca. Przecież ona jest dzieckiem wielkiej miłości. Zabrakło już jednak sił i wiem, że muszę wybrać życie, a nie śmierć. Napirai nie ma nawet jeszcze dwóch lat i potrzebuje mnie. Przeżyłam o wiele za dużo, choćby o ataki malarii podczas ciąży, poród w szpitalu w buszu i naszą izolację z powodu żółtaczki zakaźnej. Nie, nigdy nie oddam mojej małej dziewczynki. I pragnę żyć właśnie dla niej! Kiedy będzie starsza, nie pozwolę, aby obrzezano ją przed wyjściem za mąż. Tego chcę jej oszczędzić. Zapłaci za to cenę dorastania bez ojca w świecie białych.
"Mogę zadzwonić do Kenii? Lketinga jest z pewnością skołowany" - pytam matkę, zamiast odpowiedzieć na jej pytania. W tym momencie i tak nie bardzo wiem, co miałabym jej właściwie powiedzieć. Trzy razy wybieram numer, zanim udaje mi się uzyskać połączenie. Najpierw słyszę jakiś obcy głos, potem Sophię, a następnie Lketingę. Hallo my wife, why you not come back to me? I'm your husband! I really love you and my baby. I cannot stay without you and Napirai. I don't want another wife! You are my wife. Pyta, dlaczego nie wrócę, przecież jest moim mężem i naprawdę kocha mnie i dziecko. Nie może żyć bez nas i wcale nie chce innej żony, bo to ja jestem jego żoną.
Płacząc, tłumaczę mu, że już zbyt wiele razy mnie zranił swoim nieobliczalnym zachowaniem i chorobliwą zazdrością. "Na koniec czułam się jak więźniarka. Nie potrafię i nie chcę tak żyć. A kiedy potem zarzuciłeś mi jeszcze, że Napirai nie jest wcale twoją córką, zabiłeś we mnie ostatecznie miłość i nadzieję. Lketinga, ja tego po prostu dłużej nie wytrzymam. Jak tylko będę mogła, będę ci pomagać. Napiszę do Jamesa, aby przyjechał i również ci pomógł. Postaram się wytłumaczyć wszystko w liście. Tak mi przykro".
Nie rozumie mnie. Niepewnie i na pół z uśmiechem mówi: I don't know what you tell me. My wife, I wait for you and my child. I'm sure you will come back to me. Następnie coś trzeszczy w słuchawce i połączenie zostaje przerwane.
Jak odurzona idę po Napirai, wyjmuję ją z dziecięcego krzesełka i, doszczętnie wycieńczona, udaję się do naszego pokoju. Dziś już nie jestem w stanie zebrać myśli. Matka i Hanspeter rozumieją to. Milczą. Napirai zawsze wyczuwa, kiedy ze mną jest coś nie tak, i wtedy w szczególny sposób lgnie do mnie. Uspokojona przysysa się do mej piersi, ugniatając ją ręką.
Gdy zasypia, zaczynam pisać listy.
Drogi Lketingo,
Ufam, że wybaczysz mi to, o czym muszę Cię powiadomić. Nie wrócę do Kenii.
Wiele o nas myślałam. Ponad trzy i pół roku temu tak bardzo Cię kochałam, że byłam gotowa zamieszkać z Tobą w Barsaloi. Urodziłam Ci także córkę. Ale od tego dnia, kiedy mi zarzuciłeś, że dziecko nie jest Twoje, zmieniły się moje uczucia do Ciebie. Też to zauważyłeś.
Nigdy nie chciałam nikogo innego oprócz Ciebie i nigdy Cię nie okłamałam. Lecz przez wszystkie te lata nigdy mnie nie rozumiałeś, może dlatego, że jestem jedną z mzungu. Nasze światy bardzo się różnią, choć myślałam, że pewnego dnia znajdziemy się razem we wspólnym świecie.
Teraz, po tej ostatniej szansie, jaką mieliśmy w Mombasie, pojęłam, że nie jesteś szczęśliwy i ja również nie jestem. Nadal jesteśmy młodzi i nie możemy tak dalej żyć. Wiem, że teraz mnie nie zrozumiesz, jednak po jakimś czasie także i Ty zobaczysz, że z kimś innym możesz być na powrót szczęśliwy. Nie będzie Ci trudno znaleźć nową żonę ze swojego świata. Szukaj jednak kobiety Samburu, a nie znowu białej, zbyt się różnimy. Pewnego dnia będziesz miał wiele dzieci.
Zabrałam Napirai ze sobą, gdyż tylko ona mi pozostała. Wiem, że nie mogę mieć więcej dzieci. Bez Napirai nie mogłabym dalej żyć. Ona jest moim życiem! Proszę Cię, proszę, Lketingo, wybacz mi! Nie jestem już taka silna, aby żyć w Kenii. Byłam tam zawsze bardzo samotna, nie miałam nikogo, a Ty traktowałeś mnie jak przestępcę. Sam tego nie dostrzegałeś, gdyż to jest Afryka! Powtarzam raz jeszcze: nigdy nie zrobiłam nic niewłaściwego.
Musisz się zastanowić, co zrobić ze sklepem. Piszę również do Sophii, może Ci pomóc. Cały sklep daję Ci w prezencie. Ale jeśli będziesz chciał go sprzedać, musisz pertraktować z Anilem, Hindusem.
Jak tylko będę mogła, będę Cię stąd wspomagała. Nie opuszczę Cię w biedzie. Gdybyś miał problemy, powiedz o tym Sophii. Czynsz za sklep jest zapłacony do połowy grudnia; jeśli jednak nie masz zamiaru prowadzić go dalej, musisz koniecznie porozmawiać z Anilem. Podarowuję Ci również samochód. Dołączam do tego listu podpisane odpowiednie oświadczenie. Jeśli zechcesz sprzedać samochód, dostaniesz za niego przynajmniej osiemdziesiąt tysięcy szylingów, ale musisz znaleźć kogoś odpowiedniego, kto Ci pomoże. Potem będziesz bogatym człowiekiem.
Lketingo, proszę Cię, nie smuć się. Znajdziesz sobie lepszą żonę, bo jesteś młody i piękny. Postaram się, aby Napirai zachowała Cię w jak najlepszej pamięci. Proszę, zrozum mnie! Umarłabym w Kenii, a nie sądzę, żebyś tego chciał. Moja rodzina nie myśli o Tobie źle, nadal Cię lubi, jednakże zbyt się różnimy.
Moc pozdrowień od Corinne z rodziną
Witaj, Sophio!
Przed chwilą rozmawiałam z Tobą i Lketingą przez telefon. Jestem bardzo smutna i bez przerwy płaczę. Powiedziałam Ci, że nie wrócę. I to jest prawda. Było to dla mnie jasne, zanim jeszcze dotarłam do Szwajcarii. Ty również trochę znasz mego męża. Kochałam go tak, jak nikogo przedtem w życiu! Dla niego byłam gotowa prowadzić życie, jakie wiodą Samburu. Bardzo często byłam chora w Barsaloi, ale nie wyjeżdżałam stamtąd, gdyż go kochałam. Wiele się zmieniło po tym, jak wydałam na świat Napirai. Pewnego dnia powiedział, że to dziecko nie jest jego. Od tamtej chwili coś we mnie pękło. Dni mijały. Raz było gorzej, raz znów lepiej, ale zbyt często źle mnie traktował.
Sophio, przysięgam Ci przed Bogiem, nigdy nie miałam żadnego innego mężczyzny, nigdy! A mimo to musiałam wysłuchiwać tego wszystkiego od rana do wieczora. W Mombasie dałam mojemu mężowi i sobie jeszcze jedną szansę. Ale nie mogę tak dłużej żyć. On sam tego nawet nie zauważa! Zrezygnowałam ze wszystkiego, nawet z własnej ojczyzny. Pewnie, ja również się zmieniłam, myślę jednak, że, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, jest to normalne. Jest mi przykro, że tak się to wszystko potoczyło. Gdzie będę żyła w przyszłości, tego jeszcze nie wiem.
Moim największym problemem jest Lketinga. Teraz nie ma już nikogo do sklepu, a sam nie poprowadzi interesu. Daj mi, proszę, znać, czy chce sklep zatrzymać. Byłabym szczęśliwa, gdyby dał sobie z nim radę. Jeśli jednak nie, niech wszystko sprzeda. To samo dotyczy samochodu. Napirai pozostanie przy mnie. Wiem, że będzie w ten sposób szczęśliwsza. Sophio, proszę Cię, zatroszcz się trochę o Lketingę, czeka go teraz wiele problemów. Niestety, nie mogę mu zbyt wiele pomóc. Gdybym wróciła do Kenii, nigdy więcej nie pozwoliłby mi wyjechać do Szwajcarii.
Liczę na to, że jego brat James przybędzie do Mombasy. Napisałam do niego. Porozmawiaj z nim, proszę, to mu pomoże. Jestem świadoma, że Ty również masz wiele swoich problemów, i mam nadzieję, że wkrótce się ich pozbędziesz. Życzę Ci pomyślności i żebyś znalazła jakąś nową białą przyjaciółkę. Napirai i ja nigdy Was nie zapomnimy.
Życzę Ci wszystkiego dobrego i pozdrawiam Cię
Corinne
Ciąg dalszy w wersji pełnej