To tutaj wszystko się zaczyna
GRUDZIEŃ 2012
Mam swój jacht. By go znaleźć, przyjechałem z Bretanii do Martigues, na południe. Ja, Guirec, pochodzący z Plougrescant w regionie Côtes-d'Armor[1], kupuję łódź na Morzu Śródziemnym. Co za wstyd! Jej właściciele uprzedzali mnie przez telefon: "Przebyłeś długą drogę, więc nie przybywaj na próżno. Łódź kosztuje czterdzieści tysięcy. Nie zejdziemy poniżej tej kwoty". Zgodziłem się i ruszyłem w drogę. Nie mam tych 40 000, o czym nie wiedzą. Moje oszczędności plus to, co zarobiłem w Australii, to w sumie 31 000. Pieprzyć to, muszę mieć ten jacht.
Wcześniej, w Bretanii, przeglądałem drobne ogłoszenia i zbierałem wieści w portach Côtes-d'Armor, Finist?re, Morbihan i Ille-et-Vilaine[2]. Oglądałem dziesiątki jachtów, ale żaden nie pasował do tego, co chciałem zdobyć w ramach mojego budżetu - szukałem jachtu wystarczająco dzielnego, by móc na nim wędrować po oceanach.
Na południu czekał na mnie "Loungta". Jego imię było dobrym znakiem: "Koń wiatru", tybetański amulet przynoszący szczęście. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, "Loungta" był wyciągnięty z wody, stał na kołyskach. Pod niebem Prowansji w kolorze głębokiego błękitu wyglądał wspaniale. Spodobał mi się. Na pierwszy rzut oka był idealny. Dziesięciometrowy, solidny, zdrowo wyglądający jacht, równie piękny wewnątrz, jak i na zewnątrz, choć nie zachwyciłem się pomarańczowym kolorem kadłuba. Ale dwie warstwy farby załatwiłyby sprawę.
Kiedy mówię "na pierwszy rzut oka", to dlatego, że tak naprawdę o jednostkach pełnomorskich nie miałem zielonego pojęcia. Nigdy nie postawiłem stopy na jachcie oceanicznym i gdy tylko weszliśmy w szczegóły techniczne, pogubiłem się. Przybrałem więc mądrą minę i udawałem, że wiem, o czym mowa.
Damien, jeden z dwóch młodych właścicieli, natychmiast mnie uspokoił. Kiedy opowiedziałem mu o swoich planach samotnego przepłynięcia Atlantyku, zbliżenia się do lodu na biegunie północnym... dobrze widziałem, że się rozmarzył.
Jak mógłby nie potraktować mnie poważnie? Przejechałem całą Francję, aby zobaczyć ten jacht. Jak prawdziwy żeglarz dokonałem oględzin kadłuba, wskazałem dwie lub trzy usterki, udałem, że szukam jakichś słabych punktów. Wsłuchiwałem się w dźwięk silnika, oceniałem jego czystość, sprawdzałem luz steru, głaskałem maszt, rozwijałem żagle, testowałem okucia.
Aby dopiąć swego, powiedziałem im, że trzeba będzie porobić dużo napraw, wymienić niektóre części, ocenić solidność... Krótko mówiąc, w trakcie tej rozmowy mydliłem im oczy. Wynegocjowałem dobrą cenę: sprzedali go za 29 000. Zostałem właścicielem pięknego jachtu.
Kilka tygodni później wróciłem do Martigues, żeby poznać się z nim na wodzie. Zrobiłem to z trzema przyjaciółmi: Romainem i dwoma doświadczonymi żeglarzami, Kikim i Étienne'em. Na wodzie dobrze się czułem na desce windsurfingowej, ale o sterowaniu jachtem żaglowym nie wiedziałem nic i aby sprowadzić mój nabytek do północnej Bretanii, pomoc kumpli była niezbędna.
Wypłynęliśmy w połowie grudnia. Pogoda była paskudna, ale to nas nie przerażało: przynajmniej mogliśmy przetestować jacht w trudnych warunkach.
Dotarcie do Bretanii z Martigues nie jest takie proste. Trzeba popłynąć wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża w dół Morza Śródziemnego, minąć Gibraltar od południa, następnie pożeglować w górę wzdłuż wybrzeża Portugalii, a potem zmierzyć się z Zatoką Biskajską.
Pomiędzy dwoma postojami w portach cieszyliśmy się magią Nowego Roku spędzonego na Morzu Śródziemnym. Po Gibraltarze zaczęły się trudności. Kiki i Étienne musieli wracać do domu, więc po minięciu cieśniny, w Kadyksie, zeszli na ląd. Romain i ja nadrabialiśmy minami, ale nie szło nam najlepiej.
Po dziesięciu dniach naprawdę ciężkiej żeglugi wyczerpani w połowie stycznia w końcu dotarliśmy do Galicii. Zła pogoda i nasz brak doświadczenia sprawiły, że w pewnym momencie sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Myśleliśmy nawet o opuszczeniu jachtu. Nabierał wody, a my nie mogliśmy ustalić miejsca przecieku! Romain, który był równie niedoświadczony jak ja, krzyczał: "Utopimy się, Guirec, toniemy!". Już nawet nie próbowaliśmy wyobrazić sobie przeprawy przez Zatokę Biskajską, która znana jest z gwałtownych wiatrów i kilkumetrowych fal.
Byliśmy wycieńczeni, a ja byłem bez forsy. Postanowiliśmy więc zostawić jacht w Hiszpanii i wrócić - on do Annecy, a ja do Paryża, gdzie mogłem skorzystać z gościnności Valentine, mojej starszej siostry. Potrzebowałem pieniędzy, więc pracowałem jako sprzedawca okien. Znalazłem tę pracę na Le Bon Coin[3]. W ogłoszeniu było napisane: "Poszukujemy sprzedawcy, interesujące wynagrodzenie". Skorzystałem z okazji! Wynagrodzenie otrzymywaliśmy w postaci prowizji od sprzedaży. Byłem tak zmotywowany, że bardzo szybko stałem się najlepszym sprzedawcą. Jestem pewien, że gdybym chciał, zdołałbym wymienić wszystkie okna w pałacu Wersalskim!
Pięć miesięcy później miałem już wystarczająco dużo pieniędzy, polepszyła się też pogoda. Wróciłem do Hiszpanii z przyjacielem z dzieciństwa i w końcu udało nam się bezpiecznie przyprowadzić jacht do brzegów Yvinec.
Całe szczęście, że mu zaufałem, bo nieźle nas wytrzęsło! Podobno było lato, a my mieliśmy sześciometrowe fale. I bardzo szybko zaczęły się problemy z bateriami. Kiedy dotarliśmy do Bretanii, nie mieliśmy silnika, nie mogliśmy nawet włączyć GPS-u! U wybrzeży archipelagu Sept-Îles w bezksiężycową noc mieliśmy niezłego stracha! Prąd był tak silny, że bardziej dryfowaliśmy, niż poruszaliśmy się do przodu. O świcie omal nie rozbiliśmy się na skałach. Rosnący przypływ, wiatr i prądy sprowadziły nas z powrotem na wschód, w kierunku mojej wyspy, do której dobiliśmy pod koniec dnia. Nie narzekaliśmy z powodu zakończenia rejsu. W Yvinec zakotwiczyliśmy tuż przed moim domem. To było 5 lipca. Byłem dumny i szczęśliwy.
Yvinec to najpiękniejsze miejsce na świecie. Na wyspie jest tylko jeden dom - nasz. Do stałego lądu jest niedaleko, zaledwie kilometr, ale nawet przy niskim stanie morza nie ma możliwości dotarcia tam pieszo, a w czasie przypływu na naszej skale nie ma niczego oprócz nas. Nigdy nie znudzą mi się księżycowe krajobrazy wokół mojej wyspy. Sceneria zmienia się wraz z pływami i porami roku. Światło nigdy nie jest takie samo, podobnie jak dźwięk fal, które kołyszą nas każdego wieczoru. Morze zawsze było moim placem zabaw. Niezależnie od pogody nigdy nie siedziałem w domu. Mieliśmy kilka kajaków, którymi wypływałem w morze, by stawiać pułapki na homary i łowić ryby. Wstawałem o piątej rano i wracałem o zachodzie słońca. Na wodzie mógłbym spędzać więcej niż dziesięć godzin dziennie. Budowałem tratwy z drewnianych palet już w wieku czterech czy pięciu lat... Muszę przyznać, że mój ojciec miał do mnie pełne zaufanie. Nie obyło się bez wymówek z powodu tej wolności, którą mi dawał. Szczególnie w burzliwe dni, kiedy na zewnątrz nie było żadnej łodzi, moje siostry wściekały się: "Jesteś kompletnie szalony, on zginie, a ty będziesz miał wyrzuty sumienia do końca życia". Niewzruszony udzielał mi pozwolenia. A ja, kiedy miałem podnieść swoje pułapki na homary, nie przejmowałem się tym, że dobrze wieje! Nigdy nie byłem zbyt daleko od brzegu, w najgorszym razie wróciłbym wpław. Kiedy nie wędkowałem, uprawiałem windsurfing, surfing, kitesurfing, snorkeling. Byłem typem nadpobudliwego człowieka morza. Poza tym zarówno latem, jak i zimą chodziłem w T-shircie, krótkich spodenkach i na bosaka. Nazywano mnie małym bosym wyspiarzem! Kiedy szedłem do lekarza lub do supermarketu, często mówiłem, że skradziono mi buty. Pamiętam, że pewnej zimy, ostrzejszej niż zwykle, na mojej małej łódce był lód, a ja pokruszyłem go piętą. Nurkowałem przy temperaturze 7 stopni, nic nie mogło mnie powstrzymać - ani strach, ani wiatr, ani zimno.
Wyspa Yvinec ukształtowała mnie całkowicie. Uczyniła ze mnie samotnika, pasjonata, miłośnika morza. Tak samo jak z mojego ojca.
Zapragnął zamieszkać na Yvinec po rozwodzie z moją matką, to było jego marzenie z dzieciństwa. Kochał żeglarstwo, dwukrotnie przepłynął Atlantyk z załogą. Niestety, rzadko z nim pływałem. Ale kiedy byłem mały, opowiadał mi o swoich podróżach, a ja wtedy mówiłem: "Pewnego dnia ty i ja wyruszymy razem. Popłyniemy dookoła świata!".
Regularnie otwierałem stare albumy, które trzymał w salonie, pożółkłe od upływu czasu i napuchnięte od wilgoci. Uwielbiałem błądzić myślami po tych morzach, o których mówił z taką miłością. I rozmyślałem o tym, że pewnego dnia ja też pójdę na morze.
Lato spędziłem na renowacji swojego jachtu. Czasami pomagali mi przyjaciele. Myślałem o tym, żeby podnieść kotwicę pod koniec sierpnia. Aby zdążyć na czas, trzeba było wykonać pracę, ale nie bałem się wysiłku, chyba że chodziło o szkołę. Szkoła i ja nie byliśmy dla siebie stworzeni. A przecież próbowałem chodzić do wielu, dokładnie do trzynastu! W Pontrieux, w Breście, w Saint-Brieuc, w Paimpol, w Paryżu... a nawet na Yvinec! Kiedy byłem w przedostatniej klasie gimnazjum w Paimpol, miałem dość i powiedziałem ojcu: "Kończę z tym". Zrozpaczony odesłał mnie na Yvinec, dokąd przyjeżdżali nauczyciele, aby udzielać mi prywatnych lekcji! Miałem szesnaście lat i byłem żądny wiedzy o życiu, a tej według mnie nie było w szkolnych podręcznikach. Nauczyciele szybko zdali sobie sprawę, że niczego mnie nie nauczą. Byli bardzo mili, nie pracowaliśmy, rozmawialiśmy za to o przygodach i o otwartym morzu, a kiedy ojciec wyjeżdżał, zabierałem ich na ryby. Byli zachwyceni! W następnym roku rodzice zapisali mnie do pierwszej klasy liceum w Saint-Brieuc. Śmiertelnie się tam nudziłem! Spędzałem całe dnie, wyglądając przez okno, obliczając czas przypływu i myśląc o moich pułapkach na homary. W styczniu skończyłem osiemnaście lat. Zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać. "Jesteś w pierwszej klasie. W przyszłym roku zdasz maturę, a potem co? Matura nie wystarczy, trzeba będzie kontynuować. Znowu nauka, studia? Ale jakie? A co potem? Praca w biurze i to przez ponad czterdzieści lat?". Gdybym dał się wchłonąć systemowi, zestaw możliwości do wyboru na pewno radykalnie by się zmniejszył. Wzywały mnie podróże, a przede wszystkim wolność...
Chciałem żeglować, ale najpierw musiałem zarobić pieniądze na zakup jachtu. Porzuciłem więc wszystko. Swoją wyspę, rodzinę, szkołę, komfort osiadłego życia.
Sprzedałem motocykl, kupiłem bilet do Australii, słownik francusko-angielski, przewodnik Lonely Planet - i to było wszystko. Zostało mi 200 euro. Cała rodzina próbowała mnie odwieść od tego pomysłu. Odpowiedziałem, że chcę wyjechać za granicę, aby poznać inny kraj i nauczyć się języka angielskiego.
Oczywiście mogłem wybrać Anglię lub Irlandię, ale to było zbyt blisko. Marzyłem o całkowitej zmianie scenerii, o zobaczeniu kangurów, dziobaków, koala i o tym, aby surfować po falach Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego.
A potem Australia, tak po prostu, z sumą 200 euro w kieszeni i znajomością pięciu słów po angielsku, nie mając tam nikogo, kto by mnie powitał - było to nie lada wyzwanie. Nawet ojciec, który zawsze wspierał mnie w moich projektach, był zaskoczony: "Nie rozumiem... Masz zaledwie osiemnaście lat, a już masz własne mieszkanie, motocykl... Nie brakuje ci niczego". A ja zamierzałem porzucić to łatwe, wygodne życie, by znaleźć się na ulicy na końcu świata.
Kiedy piszę "na ulicy", nie używam metafory. W Sydney przez kilka pierwszych dni spałem na chodniku, budzony przez wspinające się na mnie szczury. Czekałem na świt, aby znów stać się normalnym człowiekiem.
Przed wyjazdem różni ludzie oferowali mi jakieś kontakty, ale wolałem sam sobie radzić, aby przekonać się, ile jestem wart.
Szybko opuściłem miasto i udałem się w głąb lądu. Przeczytałem, że jest to pora zbierania owoców. Moje przeczucie okazało się słuszne: znalazłem pracę przy zbiorze jabłek, arbuzów i winogron. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem rower i jeździłem nim po południowo-zachodniej części kraju, żywiąc się głównie płatkami owsianymi i mlekiem w proszku. Liczył się każdy zarobiony grosz, bo przybliżał mnie do wymarzonego jachtu.
Bywałem czyścicielem basenu, ogrodnikiem, kelnerem, pracowałem na zmywaku... aż wreszcie dotarłem do Carnarvon. Młodzi ludzie powiedzieli mi: "Możesz wracać do siebie, tu nie ma pracy".
Czy naprawdę szukali jej wszędzie?
Przechadzając się po porcie, rozmawiałem z kilkoma kapitanami. Jeden z nich był wściekły. Ponieważ nie stawił się któryś z załogantów, jego ekipa była zdekompletowana.
Zapytał mnie:
- Łowiłeś kiedykolwiek na kutrze krewetkowym?
- Oczywiście! We Francji to moja robota.
- W porządku. Możesz zamustrować. Za pół godziny wychodzimy w morze na kilka tygodni.
Wypłynąłem w morze na trzy tygodnie, by ostatecznie zostać na nim przez ponad miesiąc. Mój kapitan szybko zorientował się, że nie jestem zawodowcem, ale wyszkolił mnie. Harowałem jak wół po niemal dwadzieścia godzin na dobę w morzu, w którym roiło się od rekinów, i przy stołach do sortowania pełnych śmiertelnie groźnych ryb i węży.
Raz o mało nie straciłem nogi, innym razem zostałem znokautowany przez gigantyczną rozgwiazdę. Nie miało to dla mnie znaczenia. Byłem gotów zrobić wszystko, aby tylko móc kupić jacht i wyruszyć nim odkrywać świat.
Pod koniec sierpnia postanowiłem opuścić swoją wyspę. Jednak lista koniecznych napraw na jachcie nie miała końca. Przeprawa przez Zatokę Biskajską odcisnęła swoje piętno. Musiałem zrobić remont silnika. Żagle były w gorszym stanie, niż myślałem. Aby podczas odpływu utrzymać jacht w pozycji pionowej, podpierałem go stemplami, ale kilka razy znalazłem go leżącego na boku, bo podpory poodpadały.
Pewnego ranka, kiedy mój jacht stoi na kotwicy w czasie przypływu, zauważam, że jest bardzo głęboko zanurzony. Co jest, do diabła? Wszystkie gretingi pływają! Woda przedostała się przez dławnicę silnika i przykryła akumulatory, z których wydobywa się szary dym.
Doszło do zwarcia. Kwas rozlał się po jachcie, część elektroniki została uszkodzona. Szkody trzeba naprawić, a to wszystko kosztuje. A mamy już wrzesień.
Ostatecznie wyruszam w rejs pod koniec listopada. Zostaje mi już tylko dokładnie sklarować jacht i zrobić aprowizację na ponad miesiąc, który zamierzam spędzić na morzu. Kończy mi się czas. Przed wypłynięciem planuję przemalować kadłub na biało-zielony - kolor nadziei. Jacht ma nosić nazwę "Yvinec", oczywiście dlatego, bym mógł zabrać ze sobą kawałek swojej wyspy. Malarz i żeglarz Yvon Le Corre robi szablon.
Przyglądając się kadłubowi, dostrzegam małe plamki rdzy.
Kumpel, znawca tematu korozji, uspakaja mnie: "Trzeba ją usunąć. Najpierw musisz oskrobać kadłub, a następnie go wypiaskować i przed malowaniem nałożyć emulsję przeciwporostową. To dużo roboty, ale nic poważnego".
Zdeterminowany, aby szybko pozbyć się tego uszkodzenia, za jego radą zaopatruję się w młotek i szczotkę drucianą. Małymi uderzeniami młotka usuwam zardzewiałe warstwy, a następnie skrobię szczotką drucianą, aby dotrzeć do stali kadłuba. Nagle gejzer wody rozpryskuje się na mojej twarzy.
Zrobiłem dziurę w jachcie!
Jestem wściekły. Tyle potu włożyłem w tę cholerną łódź! Oddałem się jej całym ciałem i duszą tylko po to, by na dziesięć dni przed wyruszeniem w rejs zostać z dziurą w kadłubie.
Ale powrót do punktu wyjścia nie wchodzi w rachubę. Zatykam otwór, wkręcając wkręt i nakładając Sikaflex[4], i upewniam się, że woda nie przedostaje się już do środka. Ostrożnie znowu stukam młotkiem i... Bach! Jeden, dwa, trzy gejzery! Uznaję, że z tym już sobie nie poradzę. Dzwonię do przyjaciela.
Przyjeżdża, zaśmiewając się, ale widząc dziury i rdzę, poważnieje.
Tak naprawdę w niektórych miejscach blacha jest niewiele grubsza niż bibułka papierosa, a korozja bardzo rozprzestrzeniona.
- Guirec, nie możesz tak wypłynąć - mówi. - To poważna robota, jacht jest przeżarty przez rdzę, trzeba zrobić remont kapitalny.
Tego już za wiele. Trzy lata temu skończyłem szkołę, rok temu kupiłem jacht, a od czterech miesięcy przeprowadzałem naprawy i przygotowywałem się do pierwszego samotnego rejsu przez Atlantyk. Włożyłem w to całą swoją energię i wszystkie oszczędności. Musiałem zainwestować w sprzęt, ubrania, żywność. I okazuje się, że nie mogę wypłynąć?
Myślałem, że kupiłem jacht w doskonałym stanie, a to było sito, kadłub był całkowicie zgniły. Nie winię poprzednich właścicieli, sami kupili przemalowaną łódź, nie żeglowali na niej zbyt często, nie mieli pojęcia o rozmiarze katastrofy.
Gdybym był rozsądny, poczekałbym, aż będę miał środki na zorganizowanie remontu kapitalnego. Nie minęło jeszcze sześć miesięcy od wyjazdu z Paryża, wróciłbym tam, żeby sprzedawać okna, aż stanę na nogi.
Ale odkładać rejs? Znowu? I na jak długo? Wyremontować cały kadłub? Nie mam na to pieniędzy. Rozpoczynanie samotnego rejsu z dziurawym kadłubem jest nieracjonalne. Ale czy w ogóle rozsądnie jest wyruszać w samotny rejs? Jeśli człowiek wątpi przy pierwszej przeszkodzie, nigdy niczego nie dokona. Zawsze znajdzie dobrą wymówkę, żeby nie wyruszyć, zawsze będzie coś nie tak, tysiąc innych rzeczy, o których myślał, że ma je już z głowy. Trudno. Te kilka nieszczęsnych dziur nie sprawi, że zatonę.
Łatam dziury, robię kilka spawów i stawiam żagle. Na wszelki wypadek biorę ze sobą spawarkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki