Żeglarz, kura i ich niezwykły rejs - Guirec Soudée

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (37,62 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

To tu­taj wszystko się za­czyna

GRU­DZIEŃ 2012

Mam swój jacht. By go zna­leźć, przy­je­cha­łem z Bre­ta­nii do Mar­ti­gues, na po­łu­dnie. Ja, Gu­irec, po­cho­dzący z Plo­ugre­scant w re­gio­nie Côtes-d'Ar­mor[1], ku­puję łódź na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Co za wstyd! Jej wła­ści­ciele uprze­dzali mnie przez te­le­fon: "Prze­by­łeś długą drogę, więc nie przy­by­waj na próżno. Łódź kosz­tuje czter­dzie­ści ty­sięcy. Nie zej­dziemy po­ni­żej tej kwoty". Zgo­dzi­łem się i ru­szy­łem w drogę. Nie mam tych 40 000, o czym nie wie­dzą. Moje oszczęd­no­ści plus to, co za­ro­bi­łem w Au­stra­lii, to w su­mie 31 000. Pie­przyć to, mu­szę mieć ten jacht.

Wcze­śniej, w Bre­ta­nii, prze­glą­da­łem drobne ogło­sze­nia i zbie­ra­łem wie­ści w por­tach Côtes-d'Ar­mor, Fi­ni­st?re, Mor­bi­han i Ille-et-Vi­la­ine[2]. Oglą­da­łem dzie­siątki jach­tów, ale ża­den nie pa­so­wał do tego, co chcia­łem zdo­być w ra­mach mo­jego bu­dżetu - szu­ka­łem jachtu wy­star­cza­jąco dziel­nego, by móc na nim wę­dro­wać po oce­anach.

Na po­łu­dniu cze­kał na mnie "Lo­ungta". Jego imię było do­brym zna­kiem: "Koń wia­tru", ty­be­tań­ski amu­let przy­no­szący szczę­ście. Kiedy zo­ba­czy­łem go po raz pierw­szy, "Lo­ungta" był wy­cią­gnięty z wody, stał na ko­ły­skach. Pod nie­bem Pro­wan­sji w ko­lo­rze głę­bo­kiego błę­kitu wy­glą­dał wspa­niale. Spodo­bał mi się. Na pierw­szy rzut oka był ide­alny. Dzie­się­cio­me­trowy, so­lidny, zdrowo wy­glą­da­jący jacht, rów­nie piękny we­wnątrz, jak i na ze­wnątrz, choć nie za­chwy­ci­łem się po­ma­rań­czo­wym ko­lo­rem ka­dłuba. Ale dwie war­stwy farby za­ła­twi­łyby sprawę.

Kiedy mó­wię "na pierw­szy rzut oka", to dla­tego, że tak na­prawdę o jed­nost­kach peł­no­mor­skich nie mia­łem zie­lo­nego po­ję­cia. Ni­gdy nie po­sta­wi­łem stopy na jach­cie oce­anicz­nym i gdy tylko we­szli­śmy w szcze­góły tech­niczne, po­gu­bi­łem się. Przy­bra­łem więc mą­drą minę i uda­wa­łem, że wiem, o czym mowa.

Da­mien, je­den z dwóch mło­dych wła­ści­cieli, na­tych­miast mnie uspo­koił. Kiedy opo­wie­dzia­łem mu o swo­ich pla­nach sa­mot­nego prze­pły­nię­cia Atlan­tyku, zbli­że­nia się do lodu na bie­gu­nie pół­noc­nym... do­brze wi­dzia­łem, że się roz­ma­rzył.

Jak mógłby nie po­trak­to­wać mnie po­waż­nie? Prze­je­cha­łem całą Fran­cję, aby zo­ba­czyć ten jacht. Jak praw­dziwy że­glarz do­ko­na­łem oglę­dzin ka­dłuba, wska­za­łem dwie lub trzy usterki, uda­łem, że szu­kam ja­kichś sła­bych punk­tów. Wsłu­chi­wa­łem się w dźwięk sil­nika, oce­nia­łem jego czy­stość, spraw­dza­łem luz steru, gła­ska­łem maszt, roz­wi­ja­łem ża­gle, te­sto­wa­łem oku­cia.

Aby do­piąć swego, po­wie­dzia­łem im, że trzeba bę­dzie po­ro­bić dużo na­praw, wy­mie­nić nie­które czę­ści, oce­nić so­lid­ność... Krótko mó­wiąc, w trak­cie tej roz­mowy my­dli­łem im oczy. Wy­ne­go­cjo­wa­łem do­brą cenę: sprze­dali go za 29 000. Zo­sta­łem wła­ści­cie­lem pięk­nego jachtu.

Kilka ty­go­dni póź­niej wró­ci­łem do Mar­ti­gues, żeby po­znać się z nim na wo­dzie. Zro­bi­łem to z trzema przy­ja­ciółmi: Ro­ma­inem i dwoma do­świad­czo­nymi że­gla­rzami, Ki­kim i Étienne'em. Na wo­dzie do­brze się czu­łem na de­sce wind­sur­fin­go­wej, ale o ste­ro­wa­niu jach­tem ża­glo­wym nie wie­dzia­łem nic i aby spro­wa­dzić mój na­by­tek do pół­noc­nej Bre­ta­nii, po­moc kum­pli była nie­zbędna.

Wy­pły­nę­li­śmy w po­ło­wie grud­nia. Po­goda była pa­skudna, ale to nas nie prze­ra­żało: przy­naj­mniej mo­gli­śmy prze­te­sto­wać jacht w trud­nych wa­run­kach.

Do­tar­cie do Bre­ta­nii z Mar­ti­gues nie jest ta­kie pro­ste. Trzeba po­pły­nąć wzdłuż hisz­pań­skiego wy­brzeża w dół Mo­rza Śród­ziem­nego, mi­nąć Gi­bral­tar od po­łu­dnia, na­stęp­nie po­że­glo­wać w górę wzdłuż wy­brzeża Por­tu­ga­lii, a po­tem zmie­rzyć się z Za­toką Bi­skaj­ską.

Po­mię­dzy dwoma po­sto­jami w por­tach cie­szy­li­śmy się ma­gią No­wego Roku spę­dzo­nego na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Po Gi­bral­ta­rze za­częły się trud­no­ści. Kiki i Étienne mu­sieli wra­cać do domu, więc po mi­nię­ciu cie­śniny, w Ka­dyk­sie, ze­szli na ląd. Ro­main i ja nad­ra­bia­li­śmy mi­nami, ale nie szło nam naj­le­piej.

Po dzie­się­ciu dniach na­prawdę cięż­kiej że­glugi wy­czer­pani w po­ło­wie stycz­nia w końcu do­tar­li­śmy do Ga­li­cii. Zła po­goda i nasz brak do­świad­cze­nia spra­wiły, że w pew­nym mo­men­cie sy­tu­acja zro­biła się nie­bez­pieczna. My­śle­li­śmy na­wet o opusz­cze­niu jachtu. Na­bie­rał wody, a my nie mo­gli­śmy usta­lić miej­sca prze­cieku! Ro­main, który był rów­nie nie­do­świad­czony jak ja, krzy­czał: "Uto­pimy się, Gu­irec, to­niemy!". Już na­wet nie pró­bo­wa­li­śmy wy­obra­zić so­bie prze­prawy przez Za­tokę Bi­skaj­ską, która znana jest z gwał­tow­nych wia­trów i kil­ku­me­tro­wych fal.

By­li­śmy wy­cień­czeni, a ja by­łem bez forsy. Po­sta­no­wi­li­śmy więc zo­sta­wić jacht w Hisz­pa­nii i wró­cić - on do An­necy, a ja do Pa­ryża, gdzie mo­głem sko­rzy­stać z go­ścin­no­ści Va­len­tine, mo­jej star­szej sio­stry. Po­trze­bo­wa­łem pie­nię­dzy, więc pra­co­wa­łem jako sprze­dawca okien. Zna­la­złem tę pracę na Le Bon Coin[3]. W ogło­sze­niu było na­pi­sane: "Po­szu­ku­jemy sprze­dawcy, in­te­re­su­jące wy­na­gro­dze­nie". Sko­rzy­sta­łem z oka­zji! Wy­na­gro­dze­nie otrzy­my­wa­li­śmy w po­staci pro­wi­zji od sprze­daży. By­łem tak zmo­ty­wo­wany, że bar­dzo szybko sta­łem się naj­lep­szym sprze­dawcą. Je­stem pe­wien, że gdy­bym chciał, zdo­łał­bym wy­mie­nić wszyst­kie okna w pa­łacu Wer­sal­skim!

Pięć mie­sięcy póź­niej mia­łem już wy­star­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, po­lep­szyła się też po­goda. Wró­ci­łem do Hisz­pa­nii z przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa i w końcu udało nam się bez­piecz­nie przy­pro­wa­dzić jacht do brze­gów Yvi­nec.

Całe szczę­ście, że mu za­ufa­łem, bo nie­źle nas wy­trzę­sło! Po­dobno było lato, a my mie­li­śmy sze­ścio­me­trowe fale. I bar­dzo szybko za­częły się pro­blemy z ba­te­riami. Kiedy do­tar­li­śmy do Bre­ta­nii, nie mie­li­śmy sil­nika, nie mo­gli­śmy na­wet włą­czyć GPS-u! U wy­brzeży ar­chi­pe­lagu Sept-Îles w bez­k­się­ży­cową noc mie­li­śmy nie­złego stra­cha! Prąd był tak silny, że bar­dziej dry­fo­wa­li­śmy, niż po­ru­sza­li­śmy się do przodu. O świ­cie omal nie roz­bi­li­śmy się na ska­łach. Ro­snący przy­pływ, wiatr i prądy spro­wa­dziły nas z po­wro­tem na wschód, w kie­runku mo­jej wy­spy, do któ­rej do­bi­li­śmy pod ko­niec dnia. Nie na­rze­ka­li­śmy z po­wodu za­koń­cze­nia rejsu. W Yvi­nec za­ko­twi­czy­li­śmy tuż przed moim do­mem. To było 5 lipca. By­łem dumny i szczę­śliwy.

Yvi­nec to naj­pięk­niej­sze miej­sce na świe­cie. Na wy­spie jest tylko je­den dom - nasz. Do sta­łego lądu jest nie­da­leko, za­le­d­wie ki­lo­metr, ale na­wet przy ni­skim sta­nie mo­rza nie ma moż­li­wo­ści do­tar­cia tam pie­szo, a w cza­sie przy­pływu na na­szej skale nie ma ni­czego oprócz nas. Ni­gdy nie znu­dzą mi się księ­ży­cowe kra­jo­brazy wo­kół mo­jej wy­spy. Sce­ne­ria zmie­nia się wraz z pły­wami i po­rami roku. Świa­tło ni­gdy nie jest ta­kie samo, po­dob­nie jak dźwięk fal, które ko­ły­szą nas każ­dego wie­czoru. Mo­rze za­wsze było moim pla­cem za­baw. Nie­za­leż­nie od po­gody ni­gdy nie sie­dzia­łem w domu. Mie­li­śmy kilka ka­ja­ków, któ­rymi wy­pły­wa­łem w mo­rze, by sta­wiać pu­łapki na ho­mary i ło­wić ryby. Wsta­wa­łem o pią­tej rano i wra­ca­łem o za­cho­dzie słońca. Na wo­dzie mógł­bym spę­dzać wię­cej niż dzie­sięć go­dzin dzien­nie. Bu­do­wa­łem tra­twy z drew­nia­nych pa­let już w wieku czte­rech czy pię­ciu lat... Mu­szę przy­znać, że mój oj­ciec miał do mnie pełne za­ufa­nie. Nie obyło się bez wy­mó­wek z po­wodu tej wol­no­ści, którą mi da­wał. Szcze­gól­nie w burz­liwe dni, kiedy na ze­wnątrz nie było żad­nej ło­dzi, moje sio­stry wście­kały się: "Je­steś kom­plet­nie sza­lony, on zgi­nie, a ty bę­dziesz miał wy­rzuty su­mie­nia do końca ży­cia". Nie­wzru­szony udzie­lał mi po­zwo­le­nia. A ja, kiedy mia­łem pod­nieść swoje pu­łapki na ho­mary, nie przej­mo­wa­łem się tym, że do­brze wieje! Ni­gdy nie by­łem zbyt da­leko od brzegu, w naj­gor­szym ra­zie wró­cił­bym wpław. Kiedy nie węd­ko­wa­łem, upra­wia­łem wind­sur­fing, sur­fing, ki­te­sur­fing, snor­ke­ling. By­łem ty­pem nad­po­bu­dli­wego czło­wieka mo­rza. Poza tym za­równo la­tem, jak i zimą cho­dzi­łem w T-shir­cie, krót­kich spoden­kach i na bo­saka. Na­zy­wano mnie ma­łym bo­sym wy­spia­rzem! Kiedy sze­dłem do le­ka­rza lub do su­per­mar­ketu, czę­sto mó­wi­łem, że skra­dziono mi buty. Pa­mię­tam, że pew­nej zimy, ostrzej­szej niż zwy­kle, na mo­jej ma­łej łódce był lód, a ja po­kru­szy­łem go piętą. Nur­ko­wa­łem przy tem­pe­ra­tu­rze 7 stopni, nic nie mo­gło mnie po­wstrzy­mać - ani strach, ani wiatr, ani zimno.

Wy­spa Yvi­nec ukształ­to­wała mnie cał­ko­wi­cie. Uczy­niła ze mnie sa­mot­nika, pa­sjo­nata, mi­ło­śnika mo­rza. Tak samo jak z mo­jego ojca.

Za­pra­gnął za­miesz­kać na Yvi­nec po roz­wo­dzie z moją matką, to było jego ma­rze­nie z dzie­ciń­stwa. Ko­chał że­glar­stwo, dwu­krot­nie prze­pły­nął Atlan­tyk z za­łogą. Nie­stety, rzadko z nim pły­wa­łem. Ale kiedy by­łem mały, opo­wia­dał mi o swo­ich po­dró­żach, a ja wtedy mó­wi­łem: "Pew­nego dnia ty i ja wy­ru­szymy ra­zem. Po­pły­niemy do­okoła świata!".

Re­gu­lar­nie otwie­ra­łem stare al­bumy, które trzy­mał w sa­lo­nie, po­żół­kłe od upływu czasu i na­puch­nięte od wil­goci. Uwiel­bia­łem błą­dzić my­ślami po tych mo­rzach, o któ­rych mó­wił z taką mi­ło­ścią. I roz­my­śla­łem o tym, że pew­nego dnia ja też pójdę na mo­rze.

Lato spę­dzi­łem na re­no­wa­cji swo­jego jachtu. Cza­sami po­ma­gali mi przy­ja­ciele. My­śla­łem o tym, żeby pod­nieść ko­twicę pod ko­niec sierp­nia. Aby zdą­żyć na czas, trzeba było wy­ko­nać pracę, ale nie ba­łem się wy­siłku, chyba że cho­dziło o szkołę. Szkoła i ja nie by­li­śmy dla sie­bie stwo­rzeni. A prze­cież pró­bo­wa­łem cho­dzić do wielu, do­kład­nie do trzy­na­stu! W Pon­trieux, w Bre­ście, w Sa­int-Brieuc, w Pa­im­pol, w Pa­ryżu... a na­wet na Yvi­nec! Kiedy by­łem w przed­ostat­niej kla­sie gim­na­zjum w Pa­im­pol, mia­łem dość i po­wie­dzia­łem ojcu: "Koń­czę z tym". Zroz­pa­czony ode­słał mnie na Yvi­nec, do­kąd przy­jeż­dżali na­uczy­ciele, aby udzie­lać mi pry­wat­nych lek­cji! Mia­łem szes­na­ście lat i by­łem żądny wie­dzy o ży­ciu, a tej we­dług mnie nie było w szkol­nych pod­ręcz­ni­kach. Na­uczy­ciele szybko zdali so­bie sprawę, że ni­czego mnie nie na­uczą. Byli bar­dzo mili, nie pra­co­wa­li­śmy, roz­ma­wia­li­śmy za to o przy­go­dach i o otwar­tym mo­rzu, a kiedy oj­ciec wy­jeż­dżał, za­bie­ra­łem ich na ryby. Byli za­chwy­ceni! W na­stęp­nym roku ro­dzice za­pi­sali mnie do pierw­szej klasy li­ceum w Sa­int-Brieuc. Śmier­tel­nie się tam nu­dzi­łem! Spę­dza­łem całe dnie, wy­glą­da­jąc przez okno, ob­li­cza­jąc czas przy­pływu i my­śląc o mo­ich pu­łap­kach na ho­mary. W stycz­niu skoń­czy­łem osiem­na­ście lat. Za­czą­łem się nad tym wszyst­kim za­sta­na­wiać. "Je­steś w pierw­szej kla­sie. W przy­szłym roku zdasz ma­turę, a po­tem co? Ma­tura nie wy­star­czy, trzeba bę­dzie kon­ty­nu­ować. Znowu na­uka, stu­dia? Ale ja­kie? A co po­tem? Praca w biu­rze i to przez po­nad czter­dzie­ści lat?". Gdy­bym dał się wchło­nąć sys­te­mowi, ze­staw moż­li­wo­ści do wy­boru na pewno ra­dy­kal­nie by się zmniej­szył. Wzy­wały mnie po­dróże, a przede wszyst­kim wol­ność...

Chcia­łem że­glo­wać, ale naj­pierw mu­sia­łem za­ro­bić pie­nią­dze na za­kup jachtu. Po­rzu­ci­łem więc wszystko. Swoją wy­spę, ro­dzinę, szkołę, kom­fort osia­dłego ży­cia.

Sprze­da­łem mo­to­cykl, ku­pi­łem bi­let do Au­stra­lii, słow­nik fran­cu­sko-an­giel­ski, prze­wod­nik Lo­nely Pla­net - i to było wszystko. Zo­stało mi 200 euro. Cała ro­dzina pró­bo­wała mnie od­wieść od tego po­my­słu. Od­po­wie­dzia­łem, że chcę wy­je­chać za gra­nicę, aby po­znać inny kraj i na­uczyć się ję­zyka an­giel­skiego.

Oczy­wi­ście mo­głem wy­brać An­glię lub Ir­lan­dię, ale to było zbyt bli­sko. Ma­rzy­łem o cał­ko­wi­tej zmia­nie sce­ne­rii, o zo­ba­cze­niu kan­gu­rów, dzio­ba­ków, ko­ala i o tym, aby sur­fo­wać po fa­lach Pa­cy­fiku i Oce­anu In­dyj­skiego.

A po­tem Au­stra­lia, tak po pro­stu, z sumą 200 euro w kie­szeni i zna­jo­mo­ścią pię­ciu słów po an­giel­sku, nie ma­jąc tam ni­kogo, kto by mnie po­wi­tał - było to nie lada wy­zwa­nie. Na­wet oj­ciec, który za­wsze wspie­rał mnie w mo­ich pro­jek­tach, był za­sko­czony: "Nie ro­zu­miem... Masz za­le­d­wie osiem­na­ście lat, a już masz wła­sne miesz­ka­nie, mo­to­cykl... Nie bra­kuje ci ni­czego". A ja za­mie­rza­łem po­rzu­cić to ła­twe, wy­godne ży­cie, by zna­leźć się na ulicy na końcu świata.

Kiedy pi­szę "na ulicy", nie uży­wam me­ta­fory. W Syd­ney przez kilka pierw­szych dni spa­łem na chod­niku, bu­dzony przez wspi­na­jące się na mnie szczury. Cze­ka­łem na świt, aby znów stać się nor­mal­nym czło­wie­kiem.

Przed wy­jaz­dem różni lu­dzie ofe­ro­wali mi ja­kieś kon­takty, ale wo­la­łem sam so­bie ra­dzić, aby prze­ko­nać się, ile je­stem wart.

Szybko opu­ści­łem mia­sto i uda­łem się w głąb lądu. Prze­czy­ta­łem, że jest to pora zbie­ra­nia owo­ców. Moje prze­czu­cie oka­zało się słuszne: zna­la­złem pracę przy zbio­rze ja­błek, ar­bu­zów i wi­no­gron. Za pierw­sze za­ro­bione pie­nią­dze ku­pi­łem ro­wer i jeź­dzi­łem nim po po­łu­dniowo-za­chod­niej czę­ści kraju, ży­wiąc się głów­nie płat­kami owsia­nymi i mle­kiem w proszku. Li­czył się każdy za­ro­biony grosz, bo przy­bli­żał mnie do wy­ma­rzo­nego jachtu.

By­wa­łem czy­ści­cie­lem ba­senu, ogrod­ni­kiem, kel­ne­rem, pra­co­wa­łem na zmy­waku... aż wresz­cie do­tar­łem do Car­nar­von. Mło­dzi lu­dzie po­wie­dzieli mi: "Mo­żesz wra­cać do sie­bie, tu nie ma pracy".

Czy na­prawdę szu­kali jej wszę­dzie?

Prze­cha­dza­jąc się po por­cie, roz­ma­wia­łem z kil­koma ka­pi­ta­nami. Je­den z nich był wście­kły. Po­nie­waż nie sta­wił się któ­ryś z za­ło­gan­tów, jego ekipa była zde­kom­ple­to­wana.

Za­py­tał mnie:

- Ło­wi­łeś kie­dy­kol­wiek na ku­trze kre­wet­ko­wym?

- Oczy­wi­ście! We Fran­cji to moja ro­bota.

- W po­rządku. Mo­żesz za­mu­stro­wać. Za pół go­dziny wy­cho­dzimy w mo­rze na kilka ty­go­dni.

Wy­pły­ną­łem w mo­rze na trzy ty­go­dnie, by osta­tecz­nie zo­stać na nim przez po­nad mie­siąc. Mój ka­pi­tan szybko zo­rien­to­wał się, że nie je­stem za­wo­dow­cem, ale wy­szko­lił mnie. Ha­ro­wa­łem jak wół po nie­mal dwa­dzie­ścia go­dzin na dobę w mo­rzu, w któ­rym ro­iło się od re­ki­nów, i przy sto­łach do sor­to­wa­nia peł­nych śmier­tel­nie groź­nych ryb i węży.

Raz o mało nie stra­ci­łem nogi, in­nym ra­zem zo­sta­łem zno­kau­to­wany przez gi­gan­tyczną roz­gwiazdę. Nie miało to dla mnie zna­cze­nia. By­łem go­tów zro­bić wszystko, aby tylko móc ku­pić jacht i wy­ru­szyć nim od­kry­wać świat.

Pod ko­niec sierp­nia po­sta­no­wi­łem opu­ścić swoją wy­spę. Jed­nak li­sta ko­niecz­nych na­praw na jach­cie nie miała końca. Prze­prawa przez Za­tokę Bi­skaj­ską od­ci­snęła swoje piętno. Mu­sia­łem zro­bić re­mont sil­nika. Ża­gle były w gor­szym sta­nie, niż my­śla­łem. Aby pod­czas od­pływu utrzy­mać jacht w po­zy­cji pio­no­wej, pod­pie­ra­łem go stem­plami, ale kilka razy zna­la­złem go le­żą­cego na boku, bo pod­pory po­od­pa­dały.

Pew­nego ranka, kiedy mój jacht stoi na ko­twicy w cza­sie przy­pływu, za­uwa­żam, że jest bar­dzo głę­boko za­nu­rzony. Co jest, do dia­bła? Wszyst­kie gre­tingi pły­wają! Woda prze­do­stała się przez dław­nicę sil­nika i przy­kryła aku­mu­la­tory, z któ­rych wy­do­bywa się szary dym.

Do­szło do zwar­cia. Kwas roz­lał się po jach­cie, część elek­tro­niki zo­stała uszko­dzona. Szkody trzeba na­pra­wić, a to wszystko kosz­tuje. A mamy już wrze­sień.

Osta­tecz­nie wy­ru­szam w rejs pod ko­niec li­sto­pada. Zo­staje mi już tylko do­kład­nie skla­ro­wać jacht i zro­bić apro­wi­za­cję na po­nad mie­siąc, który za­mie­rzam spę­dzić na mo­rzu. Koń­czy mi się czas. Przed wy­pły­nię­ciem pla­nuję prze­ma­lo­wać ka­dłub na biało-zie­lony - ko­lor na­dziei. Jacht ma no­sić na­zwę "Yvi­nec", oczy­wi­ście dla­tego, bym mógł za­brać ze sobą ka­wa­łek swo­jej wy­spy. Ma­larz i że­glarz Yvon Le Corre robi sza­blon.

Przy­glą­da­jąc się ka­dłu­bowi, do­strze­gam małe plamki rdzy.

Kum­pel, znawca te­matu ko­ro­zji, uspa­kaja mnie: "Trzeba ją usu­nąć. Naj­pierw mu­sisz oskro­bać ka­dłub, a na­stęp­nie go wy­pia­sko­wać i przed ma­lo­wa­niem na­ło­żyć emul­sję prze­ciw­po­ro­stową. To dużo ro­boty, ale nic po­waż­nego".

Zde­ter­mi­no­wany, aby szybko po­zbyć się tego uszko­dze­nia, za jego radą za­opa­truję się w mło­tek i szczotkę dru­cianą. Ma­łymi ude­rze­niami młotka usu­wam za­rdze­wiałe war­stwy, a na­stęp­nie skro­bię szczotką dru­cianą, aby do­trzeć do stali ka­dłuba. Na­gle gej­zer wody roz­pry­skuje się na mo­jej twa­rzy.

Zro­bi­łem dziurę w jach­cie!

Je­stem wście­kły. Tyle potu wło­ży­łem w tę cho­lerną łódź! Od­da­łem się jej ca­łym cia­łem i du­szą tylko po to, by na dzie­sięć dni przed wy­ru­sze­niem w rejs zo­stać z dziurą w ka­dłu­bie.

Ale po­wrót do punktu wyj­ścia nie wcho­dzi w ra­chubę. Za­ty­kam otwór, wkrę­ca­jąc wkręt i na­kła­da­jąc Si­ka­flex[4], i upew­niam się, że woda nie prze­do­staje się już do środka. Ostroż­nie znowu stu­kam młot­kiem i... Bach! Je­den, dwa, trzy gej­zery! Uznaję, że z tym już so­bie nie po­ra­dzę. Dzwo­nię do przy­ja­ciela.

Przy­jeż­dża, za­śmie­wa­jąc się, ale wi­dząc dziury i rdzę, po­waż­nieje.

Tak na­prawdę w nie­któ­rych miej­scach bla­cha jest nie­wiele grub­sza niż bi­bułka pa­pie­rosa, a ko­ro­zja bar­dzo roz­prze­strze­niona.

- Gu­irec, nie mo­żesz tak wy­pły­nąć - mówi. - To po­ważna ro­bota, jacht jest prze­żarty przez rdzę, trzeba zro­bić re­mont ka­pi­talny.

Tego już za wiele. Trzy lata temu skoń­czy­łem szkołę, rok temu ku­pi­łem jacht, a od czte­rech mie­sięcy prze­pro­wa­dza­łem na­prawy i przy­go­to­wy­wa­łem się do pierw­szego sa­mot­nego rejsu przez Atlan­tyk. Wło­ży­łem w to całą swoją ener­gię i wszyst­kie oszczęd­no­ści. Mu­sia­łem za­in­we­sto­wać w sprzęt, ubra­nia, żyw­ność. I oka­zuje się, że nie mogę wy­pły­nąć?

My­śla­łem, że ku­pi­łem jacht w do­sko­na­łym sta­nie, a to było sito, ka­dłub był cał­ko­wi­cie zgniły. Nie wi­nię po­przed­nich wła­ści­cieli, sami ku­pili prze­ma­lo­waną łódź, nie że­glo­wali na niej zbyt czę­sto, nie mieli po­ję­cia o roz­mia­rze ka­ta­strofy.

Gdy­bym był roz­sądny, po­cze­kał­bym, aż będę miał środki na zor­ga­ni­zo­wa­nie re­montu ka­pi­tal­nego. Nie mi­nęło jesz­cze sześć mie­sięcy od wy­jazdu z Pa­ryża, wró­cił­bym tam, żeby sprze­da­wać okna, aż stanę na nogi.

Ale od­kła­dać rejs? Znowu? I na jak długo? Wy­re­mon­to­wać cały ka­dłub? Nie mam na to pie­nię­dzy. Roz­po­czy­na­nie sa­mot­nego rejsu z dziu­ra­wym ka­dłu­bem jest nie­ra­cjo­nalne. Ale czy w ogóle roz­sąd­nie jest wy­ru­szać w sa­motny rejs? Je­śli czło­wiek wątpi przy pierw­szej prze­szko­dzie, ni­gdy ni­czego nie do­kona. Za­wsze znaj­dzie do­brą wy­mówkę, żeby nie wy­ru­szyć, za­wsze bę­dzie coś nie tak, ty­siąc in­nych rze­czy, o któ­rych my­ślał, że ma je już z głowy. Trudno. Te kilka nie­szczę­snych dziur nie sprawi, że za­tonę.

Ła­tam dziury, ro­bię kilka spa­wów i sta­wiam ża­gle. Na wszelki wy­pa­dek biorę ze sobą spa­warkę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki