Zegarmistrz - Lilith

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Szturch­nę­łam Pirjo de­li­kat­nie w ra­mię. Pulchna ko­bieta po pięć­dzie­siątce ock­nęła się, in­stynk­tow­nie wsu­nęła oku­lary na nos, po czym prze­cze­sała ręką far­bo­wane na rudo włosy.

- Prze­pra­szam - mruk­nęła za­kło­po­tana, się­ga­jąc po włóczkę na jej ko­la­nach i na wpół ukoń­czoną, za­bawną, wie­lo­ko­lo­rową weł­nianą skar­petkę.

- Nic na to nie po­ra­dzisz. Ale mo­gła­byś się prze­nieść na fo­tel. Boję się, że zro­bisz so­bie krzywdę, je­śli za­śniesz na stołku.

- Ale Anu sie­dzi w fo­telu...

- Anu nie ma ani ze­społu prze­wle­kłego zmę­cze­nia, ani fi­bro­mial­gii i jest dwa lata młod­sza od cie­bie. Do­brze ra­dzi so­bie na stołku lub ka­na­pie.

Od­wró­ci­łam się zde­cy­do­wa­nie w stronę fo­tela, gdzie zie­lo­no­włosa Anu przy­szy­wała duże gu­ziki do zie­lo­no­brą­zo­wych sło­mia­nych to­reb.

- Anu, zwol­nij, pro­szę, miej­sce Pirjo - po­wie­dzia­łam niż­szym i ła­god­niej­szym to­nem niż zwy­kle, ale sta­now­czo.

Twarz młod­szej ko­biety wy­krzy­wiła się bun­tow­ni­czo. Anu miała asper­gera. Lu­biła mięk­kie rze­czy i ko­lor zie­lony, a od­kąd po­ja­wiła się na warsz­ta­tach, za­wsze pró­bo­wała za­jąć zie­lony we­lu­rowy fo­tel. Uwiel­biała też szy­cie i gu­ziki. O ile cho­roba była dla niej cię­ża­rem, o tyle w warsz­ta­cie udało jej się na­uczyć in­nych, jak ro­bić torby, ręcz­niki, a na­wet szla­froki dla dzieci, je­śli nikt nie do­ty­kał jej ani jej sprzętu do szy­cia. Ani nie pod­cho­dził zbyt bli­sko.

- Pra­co­wa­łaś już przy tym biurku, to do­bre krze­sło. Mo­żesz rów­nież usiąść na ławce. Też jest wy­ście­łana. Chłopcy mogą prze­nieść się do ja­dalni. - Spoj­rza­łam na długą, wy­ło­żoną czymś mięk­kim ławkę, na któ­rej dwóch sto­la­rzy ro­biło so­bie prze­rwę, trzy­ma­jąc w rę­kach kubki z kawą.

- To nie fo­tel - od­po­wie­działa Anu, ale pod­nio­sła ty­łek.

- Wiem. Ale Pirjo mo­głaby zro­bić so­bie krzywdę, gdyby za­snęła na stołku. Ta torba jest na­prawdę piękna.

- Enni źle wy­szyła kwia­towy wzór - szep­nęła Anu.

Wi­dzia­łam już torbę, którą skry­ty­ko­wała dziew­czyna. Głów­nym pro­ble­mem było to, że kwiat był więk­szy i być może nieco mniej wy­ra­fi­no­wany niż te Anu. Klienci pew­nie by tego w ogóle nie za­uwa­żyli.

- Nie, nie każdy jest tak do­bry w szy­ciu jak ty. Ale wła­śnie dla­tego je­steś na­szą na­uczy­cielką. Enni już wiele po­trafi dzięki to­bie. Prawda?

Anu wy­dała z sie­bie dziwny od­głos i udała się w stronę ławki.

- Harri i Tarmo, cześć! Idź­cie do sto­łówki! - krzyk­nę­łam przez po­kój.

Całe szczę­ście, że Anu nie była wraż­liwa na dźwięki jak wiele osób z asper­ge­rem, po­nie­waż na końcu warsz­tatu znaj­do­wały się po­miesz­cze­nia do ob­róbki drewna i me­talu, więc nie­ustan­nie do­cho­dziły stam­tąd od­głosy ude­rza­nia młot­kiem

Na­gle za­dzwo­nił mój te­le­fon. Wes­tchnę­łam. Miało przyjść wię­cej osób. To samo w so­bie nie sta­no­wiło pro­blemu, wręcz prze­ciw­nie, to wspa­niale, że mia­sto fi­nan­so­wało warsz­taty re­ha­bi­li­ta­cyjne, które roz­po­częły się, gdy moja matka była dy­rek­to­rem Miej­skiego Domu Opieki Spo­łecz­nej. Je­dyny pro­blem po­le­gał na tym, że od­wie­dzało nas co­raz wię­cej osób z nie­peł­no­spraw­no­ściami fi­zycz­nymi, więc prze­strzeń się kur­czyła.

Za­sta­na­wia­łam się, czy w ko­lej­nym bu­dże­cie nie ująć kosz­tów re­montu warsz­tatu. Znaj­do­wał się na te­re­nie sta­rego ma­ga­zynu, więc gdyby w tym sa­mym cza­sie od­no­wić do­dat­kowo sto­jący tam mały bu­dy­nek, nie zwięk­szy­łoby to znacz­nie kosz­tów. Za­pew­ni­łoby to wię­cej...

W końcu wró­ci­łam my­ślami do chwili obec­nej. Zmarsz­czy­łam brwi. Nu­mer nie­znany. Szybko na­ci­snę­łam ikonę zie­lo­nej słu­chawki. Za­wsze szu­ka­łam no­wych da­ro­wizn - na­rzę­dzi, ma­te­ria­łów, pie­nię­dzy - a te­le­fony w tej spra­wie czę­sto wy­ko­ny­wano z nie­zna­nych nu­me­rów. Wła­ści­ciele firm lub me­ne­dże­ro­wie de­le­go­wali ta­kie za­da­nia swoim pra­cow­ni­kom.

- Irina Alila - od­po­wie­dzia­łam szybko, uśmie­cha­jąc się. Po­noć uśmiech można usły­szeć w gło­sie, na­wet je­śli go nie wi­dać. A to ni­ska cena za do­star­cze­nie do warsz­tatu do­brej ja­ko­ści tka­nin o pięk­nych ko­lo­rach.

- Tu Eino Lahti z firmy For­mia. Dzwo­nię w spra­wie najmu nie­ru­cho­mo­ści... - Za­milkł, jakby tro­chę zi­ry­to­wany, więc ja się ode­zwa­łam:

- Tak? Roz­ma­wia­łam z Björ­nem, za­nim prze­szedł na eme­ry­turę. Obie­cał prze­dłu­żyć z nami kon­trakt na dwa­dzie­ścia pięć lat. Mam ma­ila w tej spra­wie...

- Hmm. Cóż, cho­dzi o to, że Björn nie pro­wa­dzi już firmy, a po­nie­waż wasz warsz­tat znaj­duje się w jed­nej z naj­lep­szych lo­ka­li­za­cji w mie­ście, a For­mia po­trze­buje miej­sca na nowy bu­dy­nek ad­mi­ni­stra­cyjny...

Na­gle po­czu­łam jed­no­cze­śnie lo­do­waty chłód roz­le­wa­jący się w moim żo­łądku i go­rąco w klatce pier­sio­wej. Dziel­nica Niit­ty­kumpu w Espoo od dawna była ide­al­nym miej­scem dla biu­row­ców róż­nych firm, ale w ostat­nich la­tach wo­kół warsz­tatu wy­ro­sło jesz­cze wię­cej lśnią­cych, wy­so­kich i fan­ta­zyj­nych bu­dyn­ków. Gdyby Björn nie miał ataku serca kilka mie­sięcy temu i osta­tecz­nie zde­cy­do­wał się przejść na eme­ry­turę w wieku sie­dem­dzie­się­ciu trzech lat, mia­ła­bym pod­pi­saną ko­lejną umowę najmu i wszystko by­łoby do­brze. Ale tak nie jest.

- Mam ustne po­ro­zu­mie­nie z Björ­nem w tej spra­wie. I ma­ila od niego. Trzeba to tylko sfi­na­li­zo­wać. Nie py­ta­łam o to, po­nie­waż uzna­łam, że obecny dy­rek­tor ge­ne­ralny po­trze­buje czasu na za­po­zna­nie się z no­wymi obo­wiąz­kami.

Wszystko, co wie­dzia­łam o no­wym pre­ze­sie For­mii, to to, że po­cho­dził z za­moż­nej fiń­sko-szwedz­kiej ro­dziny i dwa­dzie­ścia pięć lat temu prze­pro­wa­dził się do Szwaj­ca­rii, gdzie jego oj­ciec pod­jął pracę. Te­raz Fi­lip Lin­dell wró­cił do Fin­lan­dii, by kie­ro­wać For­mią, pro­du­cen­tem luk­su­so­wych ze­gar­ków. Nie do końca ro­zu­mia­łam dla­czego. Lin­dell bar­dzo do­brze ra­dził so­bie w po­przed­niej fir­mie, którą wpro­wa­dził do pierw­szej piątki naj­lep­szych ma­rek ze­gar­ków w Szwaj­ca­rii.

For­mia sły­nęła ze swo­ich za­staw sto­ło­wych oraz wy­ro­bów szkla­nych i była roz­po­zna­walna na ca­łym świe­cie, choć bra­ko­wało jej sporo do Ro­lexa. Po­my­śla­łam o Ro­lek­sie, po­nie­waż tylko to przy­cho­dziło mi do głowy, gdy my­śla­łam o dro­gich ze­gar­kach. Nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć na­zwy firmy, którą wcze­śniej pro­wa­dził Lin­dell. Pa­mię­ta­łam jego na­zwi­sko i twarz, po­nie­waż wi­dzia­łam jego zdję­cia w "Hel­sin­gin Sa­no­mat" i "Kaup­pa­lehti".

Fi­lip Lin­dell miał zimne, lo­do­wo­nie­bie­skie oczy, wy­soko osa­dzone brwi, wy­ra­fi­no­wany długi nos i sze­roki, uwo­dzi­ciel­ski, lekko krzywy uśmiech. Jego pod­bró­dek był mocny i ostry, a czoło wy­so­kie i sze­ro­kie... Przy­wo­ła­łam się do rze­czy­wi­sto­ści, zła na sie­bie. Mi­nęło za­le­d­wie kilka ty­go­dni, od­kąd ze­rwa­łam z Ol­lim, a rze­czy by­łego chło­paka wciąż le­żały w moim domu. By­łam smutna i do­piero do­cho­dzi­łam do sie­bie, nie po­win­nam więc jesz­cze ma­rzyć o in­nych męż­czy­znach. Zwłasz­cza o ta­kim, który naj­wy­raź­niej za­mie­rzał znisz­czyć mój warsz­tat.

Eino, czy jak mu tam, cały czas mó­wił, ale do­piero te­raz za­czę­łam go znowu słu­chać.

- ...cenna działka dzi­siaj, a obecna sie­dziba nie jest bli­sko me­tra jak...

- Czy wiesz, dla­czego mia­sto uru­cho­miło te warsz­taty na ziemi dzier­ża­wio­nej od For­mii, a nie na swo­jej wła­snej? - mruk­nę­łam do bied­nego chło­paka, któ­remu praw­do­po­dob­nie je­dy­nie ka­zano prze­ka­zać wia­do­mość.

- Nie - od­po­wie­dział krótko.

- Po­nie­waż na­wet przed po­wsta­niem me­tra ła­two było się tu do­stać ko­mu­ni­ka­cją pu­bliczną z do­wol­nego punktu w Espoo. Po­nie­waż nasi pod­opieczni nie mogą pod­je­chać mer­ce­de­sem czy audi do miej­sca, skąd au­to­bus kur­suje co pięć­dzie­siąt mi­nut. Albo za­mó­wić tak­sówki. Ale oczy­wi­ście, je­śli uda nam się na­mó­wić For­mię do wy­dzier­ża­wie­nia nam swo­jej sta­rej sie­dziby lub jej czę­ści, to Ka­ra­portti też nie bę­dzie złą lo­ka­li­za­cją. - Ostat­nie słowa wy­po­wie­dzia­łam w przy­pły­wie gniewu, po­nie­waż było ab­so­lut­nie pewne, że Lin­dell, po­ten­tat od ze­gar­ków i za­staw sto­ło­wych, nie ży­czy so­bie, by ja­kaś pstro­kata ekipa ob­ra­cała się w jego wy­twor­nych krę­gach.

Eino chrząk­nął ostroż­nie.

- Cho­dzi o to, że For­mia po­trze­buje no­wego biura. Na­sza firma roz­ro­sła się, a sie­dziba główna jest prze­peł­niona. Mamy dużą działkę i za­gra­nicz­nym go­ściom ła­twiej bę­dzie...

- Nas obo­wią­zują wcze­śniej­sze usta­le­nia. Ni­g­dzie się nie ru­szam. Nie prze­no­simy się. Mam ma­ila od Björna z in­for­ma­cją, że umowa najmu zo­sta­nie prze­dłu­żona i tyle. For­mia to stara firma. Musi mieć zie­mię... cze­kaj, czy nie zo­stała za­ło­żona gdzieś w Sa­wo­nii? Tam so­bie bu­duj­cie! Ob­co­kra­jowcy zo­ba­czą so­bie słynne je­zioro Pih­la­ja­vesi.

Po­czu­łam wielką sa­tys­fak­cję, gdy roz­łą­czy­łam się z bied­nym Einem. Wła­śnie tego można się było spo­dzie­wać po szwaj­car­skim bo­ga­czu, który był cał­ko­wi­cie ode­rwany od co­dzien­nego ży­cia i pro­ble­mów zwy­kłych lu­dzi.

Ależ bym chciała chwy­cić Lin­della za te za­far­bo­wane ru­do­brą­zowe włosy i przy­cią­gnąć tu, żeby zo­ba­czył, jak wy­gląda dzień w warsz­ta­cie. Serce mi wa­liło, gdy za­sta­na­wia­łam się, co to wszystko może ozna­czać dla na­szej dzia­łal­no­ści. Stu­dio­wa­łam po­li­tykę spo­łeczną, a nie prawo. Nie mia­łam po­ję­cia, jaką moc prawną miał mail Björna. I gdzie mie­li­by­śmy zna­leźć nowe miej­sce, gdy­by­śmy mu­sieli? Do mia­sta na­pły­wali nowi miesz­kańcy, a naj­lep­sze te­reny za­peł­niały się osie­dlami. Skoń­czy­li­by­śmy pew­nie gdzieś na obrze­żach mia­sta, pra­wie w Kirk­ko­nummi.

Wie­dzia­łam, że je­stem tro­chę zbyt przy­wią­zana do miej­sca, które nie­mal uwa­ża­łam za swoje. Po raz pierw­szy przy­je­cha­łam do warsz­tatu w ra­mach pracy wa­ka­cyj­nej, a po­tem za­czę­łam od­wie­dzać go dla wła­snej przy­jem­no­ści. Kiedy tylko po­ja­wiła się moż­li­wość pracy tu­taj, od razu się zgło­si­łam. Moja matka po­wie­działa mi, że po­win­nam mie­rzyć wy­żej i że z ła­two­ścią mogę zo­stać dy­rek­torką ośrodka po­mocy spo­łecz­nej lub spe­cja­listką do spraw za­trud­nie­nia w ja­kiejś mniej­szej in­sty­tu­cji w krót­kim cza­sie.

Zo­sta­łam jed­nak w warsz­ta­cie. Skoń­czy­łam stu­dia, a gdy po­przedni li­der i od­wieczny ne­me­zis mo­jej matki, He­ikki, prze­szedł na eme­ry­turę, z ła­two­ścią zo­sta­łam wy­brana na jego na­stęp­czy­nię. Nikt inny nie miał tak du­żego do­świad­cze­nia za­wo­do­wego ani tak do­brego wy­kształ­ce­nia.

He­ikki przy­pra­wił matkę o kilka si­wych wło­sów, po­nie­waż mu­siała cią­gle pil­no­wać port­fela. Męż­czy­zna pra­wie co ty­dzień przy­cho­dził do niej i opo­wia­dał o swo­ich no­wych po­my­słach na ulep­sze­nie tego miej­sca - gdyby tylko było tro­chę wię­cej pie­nię­dzy.

Na po­czątku uczest­nicy warsz­ta­tów wy­twa­rzali pro­dukty dla sie­bie lub na sprze­daż na tar­gach i im­pre­zach, po­tem otwo­rzy­li­śmy duży i ładny sklep. Można w nim było ku­pić wszel­kiego ro­dzaju upo­minki, od po­ścieli i ręcz­ni­ków po ko­szulki i szla­froki, od róż­nych sto­ja­ków i stoł­ków po pu­dełka do prze­cho­wy­wa­nia i budki dla pta­ków. Były to­rebki, kubki na dłu­go­pisy, od­bla­ski, torby, kilty, me­ta­lowe sto­jaki na wino, drew­niane uchwyty na pa­pier to­a­le­towy... Li­sta była długa. A co naj­lep­sze, miesz­kańcy mia­steczka fak­tycz­nie przy­cho­dzili tu na za­kupy. W po­rów­na­niu z dro­gimi bu­ti­kami mie­li­śmy śmiesz­nie ni­skie ceny i cho­ciaż pro­dukty nie były cał­kiem ro­lek­sowe, były przy­naj­mniej ory­gi­nalne.

Sfo­to­gra­fo­wa­łam cały sklep, a na­stęp­nie za­bra­łam nowe me­ta­lowe wie­szaki z pięk­nym mo­ty­wem spi­rali do swo­jego po­koju. Ro­bi­łam zdję­cie za zdję­ciem, ale przed­mioty wy­glą­dały przy­gnę­bia­jąco na drew­nia­nej po­wierzchni biurka. Po­ło­ży­łam je­den na ciem­no­sza­rym krze­śle, ale wy­glą­dało to nie­atrak­cyj­nie. To za­wsze był mój pro­blem. Nie umia­łam wy­brać od­po­wied­niego tła, cho­ciaż wie­dzia­łam, że te fo­to­gra­fie mo­głyby wyjść na­prawdę do­brze, gdyby ktoś po pro­stu...

Usia­dłam na chwilę, by od­po­wie­dzieć na kilka ma­ili, po czym prze­nio­słam wie­szaki pod okno. To był zły po­mysł. Zer­k­nę­łam z na­dzieją na ze­gar. Może Anu... By­łam cał­ko­wi­cie za­sko­czona, gdy za­uwa­ży­łam, że zbliża się szó­sta. Warsz­tat był otwarty do szó­stej, a jedna z mo­ich prze­ło­żo­nych, Suvi, za­my­kała wła­śnie sklep. Po­zo­stali mu­sieli już wyjść. Wciąż mia­łam tro­chę pracy do wy­ko­na­nia, ale mo­głam to zro­bić w domu, je­dząc pizzę z mie­loną wo­ło­winą.

Ju­tro przy­jadę wcze­śniej. Po­sta­no­wi­łam po­szpe­rać tro­chę w prze­pi­sach i za­dzwo­nić do zna­jo­mej praw­niczki, cho­ciaż Iina, jak pa­mię­tam, była ra­czej eks­per­tem od prawa mię­dzy­na­ro­do­wego. Kiedy za­ab­sor­bo­wana szłam z dru­gim wie­sza­kiem w ręku po ja­sno­nie­bie­ski weł­niany płaszcz, ktoś za­pu­kał do drzwi, a po­tem bez­ce­re­mo­nial­nie je otwo­rzył.

Wstrzy­ma­łam od­dech i w końcu udało mi się ukryć dez­apro­batę ma­lu­jącą się na mo­jej twa­rzy. Przede mną stał męż­czy­zna w ko­nia­ko­wo­brą­zo­wym weł­nia­nym płasz­czu i gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. Za­jęło mi ja­kieś trzy se­kundy, by to oce­nić. Kasz­mir, po­my­śla­łam, choć nie mia­łam po­ję­cia, skąd to wiem. Błysz­czący bor­dowy kra­wat, który zo­stał po­lu­zo­wany. Ja­sno­nie­bie­ska ko­szula z roz­pię­tymi gór­nymi gu­zi­kami, od­sła­nia­jąca atrak­cyjny mę­ski de­kolt.

Męż­czy­zna był wy­soki, ale przy mo­ich stu pięć­dzie­się­ciu ośmiu cen­ty­me­trach wzro­stu pra­wie każdy był wy­soki. Mia­łam jed­nak pew­ność, że ten kon­kretny osob­nik miał bli­sko metr dzie­więć­dzie­siąt. Jego oczy były zimne jak lód, jakby prze­glą­dało się w nich mroźne niebo, a ciemne, wy­soko unie­sione brwi nada­wały twa­rzy nieco wy­nio­sły wy­gląd. Włosy męż­czy­zny na­to­miast... Nie­po­ko­jąco po­dra­pa­łam się po nad­garstku, po­nie­waż moją skórę za­częło opa­no­wy­wać dziwne swę­dze­nie. Jego włosy zo­stały umie­jęt­nie ścięte, tak że grube pa­sma ład­nie opa­dały na skro­nie. Ko­lor wy­da­wał się na­tu­ralny, nieco ciem­niej­szy u na­sady, nie były to od­ro­sty. Bar­dziej czer­wo­nawy niż brą­zowy. Chyba ża­den fry­zjer nie po­tra­fiły zro­bić cze­goś ta­kiego.

- Dzień do­bry. Albo ra­czej: do­bry wie­czór - po­wie­dział for­mal­nym gło­sem Fi­lip Lin­dell i pod­szedł do mnie z wy­cią­gniętą ręką.

Od­sko­czy­łam do tyłu, ści­ska­jąc wie­szak w jed­nej ręce. Prze­nio­słam wzrok na ucho Lin­della, żeby nie pa­trzeć mu w oczy, ale moja skóra wciąż pło­nęła. Głos męż­czy­zny był szorstki jak pa­pier ścierny, ale też dziw­nie miękki. Jakby jego wy­gląd wy­star­cza­jąco... nie przy­tła­czał.

- Cześć - od­po­wie­dzia­łam gło­sem, który był za­równo zdła­wiony, jak i za­sko­czony.

Lin­dell znów zro­bił krok do przodu. Cof­nę­łam się. In­stynk­tow­nie wie­dzia­łam, że mu­szę trzy­mać się od niego z da­leka. Jak naj­da­lej. Naj­le­piej zwiać na inny kon­ty­nent. Mimo to nie mo­głam po­wstrzy­mać się przed spoj­rze­niem Lin­del­lowi w twarz. Za­mru­gał oczami ze zdzi­wie­nia, gdy się od­su­nę­łam, a na jego ustach po­ja­wił się nie­wielki uśmiech. Był tro­chę krzywy, na­wet gdy był le­d­wie za­ry­so­wany, cho­ciaż nie miało to zu­peł­nie zna­cze­nia.

- Pró­buję tylko uści­snąć dłoń.

- Nie mu­sisz po­da­wać mi ręki - po­wie­dzia­łam, sama nie wiem dla­czego. Może po pro­stu nie chcia­łam do­ty­kać Fi­lipa Lin­della. Z ja­kie­goś po­wodu wy­da­wało mi się to nie­bez­pieczne.

Po­czu­łam się za­kło­po­tana. Ści­ska­łam dło­nie lu­dziom, na li­tość bo­ską. A już na pewno oso­bom, od któ­rych za­le­żała moja przy­szłość lub przy­szłość warsz­tatu. Lin­dell za­czął mó­wić po­waż­nym gło­sem i pod­kre­ślał koń­cówkę każ­dego zda­nia tak, że brzmiało to jak roz­kaz.

- W Szwaj­ca­rii jest to ab­so­lutna ko­niecz­ność. Nie mo­żesz po pro­stu przy­wi­tać się z nie­zna­jo­mym i uciec na drugą stronę po­koju, na­wet je­śli... za­cho­wał się nie­wła­ści­wie.

Serce wa­liło mi jak osza­lałe, ale moc­niej ści­snę­łam wie­szak, jakby to była ja­kaś tar­cza, i od­par­łam zde­cy­do­wa­nie:

- Je­ste­śmy w Fin­lan­dii i po­dobno prze­by­wasz tu od kilku mie­sięcy. Poza tym w "Hel­sin­gin Sa­no­mat" i "Kaup­pa­lehti" pi­sali, że je­steś tu­taj... - Ugry­złam się w ję­zyk, gdy lo­do­wate oczy Lin­della roz­bły­sły, a jego brwi unio­sły się jesz­cze wy­żej.

- Czy­ta­łaś wy­wiady ze mną - po­wie­dział męż­czy­zna dziw­nie szorst­kim gło­sem, prze­chy­la­jąc głowę w za­my­śle­niu.

Cie­kawe, czy pa­lił pa­pie­rosy. Nie pach­niał ty­to­niem. Ra­czej de­li­kat­nie czymś cu­dow­nym. Po­łą­cze­nie desz­czu, wia­tru i słońca. Może la­wendą, gałką musz­ka­to­łową... Za­krztu­si­łam się, obu­rzona na sie­bie i swoją głu­pią re­ak­cję. Wzrok Lin­della wy­ostrzył się i spoj­rzał na mnie z chwi­lo­wym nie­po­ko­jem.

- Oczy­wi­ście, że znasz mnie le­piej niż ja cie­bie. Ale na­dal chcę uści­snąć twoją dłoń - po­wie­dział spo­koj­nie, ale tak samo sta­now­czo jak wcze­śniej.

Mu­sia­łam się pod­dać. Gdy­bym za­częła się spie­rać z Lin­del­lem tylko po to, by nie po­dać mu ręki, z pew­no­ścią nie za­dzia­ła­łoby to na moją ko­rzyść, bo prze­cież w końcu bę­dziemy roz­ma­wiać o działce...

- Cóż, tak. Prze­pra­szam. Po pro­stu mnie za­sko­czy­łeś...

- I tak in­for­ma­cyj­nie mu­szę ci po­wie­dzieć, że przez to, że do­ra­sta­łem w Szwaj­ca­rii, dziw­nie się czuję, gdy mó­wisz mi po imie­niu. Prze­cież się na to nie zgo­dzi­łem, ale będę bar­dziej ela­styczny, skoro po­zna­łaś mnie tak do­brze...

- Je­ste­śmy w Fin­lan­dii! - Pra­wie się ro­ze­śmia­łam i zo­ba­czy­łam, że Lin­dell też się sze­roko uśmie­cha.

On to robi spe­cjal­nie, po­my­śla­łam i za­krę­ciło mi się w gło­wie. Fi­lip Lin­dell ce­lowo się nade mną znę­cał. Za­nim zdą­ży­li­śmy się so­bie na­wet przed­sta­wić. Taki za­do­wo­lony z sie­bie, za­du­fany w so­bie, za­ro­zu­miały... Szu­ka­łam od­po­wied­niego okre­śle­nia, ale je­dyne słowo, które prze­mknęło mi przez głowę, to "męż­czy­zna". Przez duże M. A po­tem uzmy­sło­wi­łam so­bie, że to moja wina, że to pierw­sze spo­tka­nie tak prze­biega.

Po­de­szłam bli­żej, mimo że in­stynkt pod­po­wia­dał mi, by wy­co­fać się pod be­to­nową ścianę i ucie­kać. Moje dło­nie były spo­cone, po­nie­waż cały czas mocno ści­ska­łam w nich wie­szak. Cie­kawe, czy Lin­dell uznał, że mam za­bu­rze­nia ob­se­syjno-kom­pul­sywne, czy coś. Dys­kret­nie wy­tar­łam prawą dłoń w gra­na­towe dżinsy i po­da­łam rękę.

- Miło mi cię po­znać. Je­stem Fi­lip Lin­dell. - Męż­czy­zna wpa­try­wał się swo­imi nie­sa­mo­wi­tymi oczami w moje zwy­kłe nie­bie­skie oczy i do­tknął moją dłoń, przez którą prze­szła iskra cie­pła. Se­kundę póź­niej fala go­rąca roz­lała się po moim ciele z taką in­ten­syw­no­ścią, że mu­sia­łam się wy­si­lić, by nie upaść. Mia­łam ra­cję. Fi­lip Lin­dell był nie­bez­pieczny. Wtło­czy­łam tlen do płuc tak dys­kret­nie, jak tylko mo­głam, pró­bu­jąc od­zy­skać głos i ze­brać my­śli.

- Irina Alila. Je­żeli przy­sze­dłeś po­roz­ma­wiać o działce, to nie ma sensu. Mam na nią kon­trakt. - By­łam z sie­bie dumna, że po­wie­dzia­łam to ostro. Fi­lip nie dbał o po­zory. Od­dy­chał ciężko, przy­glą­dał się mo­jemu smu­kłemu ciału od stóp do głów i na­gle przy­cią­gnął mnie tro­chę bli­żej. Serce mi wa­liło, a wzrok utkwił w wą­skich, ale wy­ra­zi­stych ustach. Na­gle zo­ba­czy­łam, że wie­szak ja­kimś cu­dem wpadł w ręce Lin­della.

- Co ty z tym ro­bisz? - za­py­tał męż­czy­zna, po czym do­dał: - Wy­gląda cał­kiem in­te­re­su­jąco. Nie­ty­powo.

Znów się od­su­nę­łam i sku­pi­łam na od­zy­ska­niu sił po bliż­szych kon­tak­cie z Lin­del­lem. Nie wy­grasz ze mną, obie­ca­łam so­bie, za­równo wzbu­rzona, jak i sfru­stro­wana. Nie ata­kiem z za­sko­cze­nia. Nie wy­kła­dami o szwaj­car­skiej kul­tu­rze i... i sek­sa­pi­lem.

- Otrzy­mu­jemy da­ro­wi­zny i pie­nią­dze, ale sprze­da­jemy też na­sze wy­roby w skle­pie. To nowy pro­dukt, który pró­bo­wa­łam sfo­to­gra­fo­wać, ale nie je­stem w tym naj­lep­sza. Po­mówmy o działce.

Lin­dell ob­ra­cał wie­sza­kiem w dło­niach, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie.

- Hmm. To działka For­mii oczy­wi­ście.

- Tak, jest. Björn wy­słał mi po­twier­dze­nie, że nam ją udo­stępni...

- Nie - po­wie­dział Lin­dell swoim mięk­kim, za­chryp­nię­tym gło­sem i do­dał: - Ja za­mie­rzam ją ko­muś wy­na­jąć. Nie masz żad­nej umowy.

- Nie wi­dzia­łeś ma­ila...

- Nie mu­szę. Ile kosz­tują ta­kie wie­szaki? Fajne są, mógł­bym ku­pić...

- Pa­nie Lin­dell! Pro­szę mnie po­słu­chać!

Fi­lip pod­niósł wzrok znad trzy­ma­nego wie­szaka, a jego oczy się śmiały.

- A te­raz mó­wimy so­bie na "pan", "pani"? Mu­szę przy­znać, że te tu­tej­sze zwy­czaje cza­sami mnie dez­orien­tują, ale to miej­sce jest naj­wy­raź­niej twoją wła­sną małą mi­kro­kul­turą. Po­zwo­li­łem ci już mó­wić mi po imie­niu. Je­stem Fi­lip.

Ode­tchnę­łam z iry­ta­cją i chwy­ci­łam wie­szak.

- Je­śli chcesz je ku­pić, przyjdź ju­tro. Albo w inny dzień ty­go­dnia. Ale na ra­zie to miej­sce jest za­mknięte, a kasa nie­czynna.

- Po co chcia­łaś je sfo­to­gra­fo­wać? - za­py­tał Fi­lip, trzy­ma­jąc mocno rękę na wie­szaku.

- Żeby wrzu­cić na Fa­ce­bo­oka i In­sta­grama! Opu­bli­ko­wać w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Mamy sporą rze­szę fa­nów i wierz lub nie, ale lu­dzie przy­cho­dzą tu ku­po­wać rze­czy, które two­rzymy, na­wet je­śli nie są to ro­lexy! Mam praw­nika! Ta działka bę­dzie na­le­żała do mia­sta przez na­stępne dwa­dzie­ścia pięć lat.

- Ro­lex! - Fi­lip splu­nął i zmarsz­czył nos.

- Nie lu­bię ste­reo­ty­pów. A Ro­lex jest ste­reo­ty­pem.

Wes­tchnę­łam z roz­pa­czą.

- Nie­istotne. Ważne, że ta działka...

- Le­roux. To jedne z naj­lep­szych i naj­bar­dziej ele­ganc­kich ze­gar­ków na świe­cie. A po­nie­waż czas jest dla mnie tak cen­nym po­ję­ciem, nie lu­bię go mar­no­wać. Więc za­kończmy ten te­mat raz na za­wsze. Je­stem pe­wien, że mia­sto ma dużo...

Spo­sób, w jaki Fi­lip Lin­dell igno­ro­wał to, co mia­łam do po­wie­dze­nia, za­czy­nał mnie wku­rzać, i wy­rzu­ci­łam z sie­bie wszystko tak szybko, że nie miał czasu po­wie­dzieć nic o wie­sza­kach ani swo­ich uko­cha­nych ze­gar­kach.

- Nie jest wcale ła­two je zna­leźć! To mia­sto ro­śnie jak cia­sto droż­dżowe, wszę­dzie, gdzie spoj­rzysz, po­wstają miesz­ka­nia. A działki prze­my­słowe nie bar­dzo się na­dają. Ty sam je­den masz wielką, pie­przoną działkę. Może wy­sadź stare biuro i zbu­duj nowe, ładne i wy­so­kie! Mam praw­nika i będę wal­czyć! O każdy metr kwa­dra­towy. I wy­gram. Wy­gram i...

Kiedy wy­gła­sza­łam swoją prze­mowę, Fi­lip wes­tchnął, prze­wró­cił oczami i wy­da­wało mi się, że się śmieje. W du­chu. W końcu znów na mnie spoj­rzał i po­wie­dział:

- Po­każ mi zdję­cia tego wie­szaka, a po­roz­ma­wiam z tobą o tej działce.

- Dla­czego? - za­py­ta­łam z wa­ha­niem. - Po jaką cho­lerę? Czy to ja­kiś żart?

- Nie umiesz prze­kli­nać i chyba na­wet o tym nie wiesz. Po pro­stu po­my­śla­łem, że może je­stem w sta­nie po­móc. Przy­naj­mniej tyle mogę zro­bić. Ku­pić wie­szaki i po­móc przy zdję­ciach.

Wku­rzona wzię­łam te­le­fon z biurka, otwo­rzy­łam ga­le­rię zdjęć i po­da­łam go Fi­li­powi. Męż­czy­zna prze­wi­nął fotki i smutno po­trzą­snął głową.

- Straszne - stwier­dził.

- Mó­wi­łam, że są złe.

Fi­lip ob­ró­cił się i pod­szedł do drzwi. Zer­k­nął w stronę warsz­tatu, po czym cof­nął się, jakby ką­tem oka do­strzegł coś in­te­re­su­ją­cego. Chwy­cił mój płaszcz, rzu­cił go na biurko i za­czął go ostroż­nie roz­kła­dać.

- Co...? - wy­du­si­łam z sie­bie przez za­ci­śnięte usta.

- Nie­bie­ski. Do­brze współ­gra z me­ta­lem i sre­brem. Nie je­stem dy­rek­to­rem kre­atyw­nym ani ar­ty­stą, ale wy­star­cza­jąco dużo razy przy­glą­da­łem się z boku, jak to się robi... - Fi­lip za­milkł, a po­tem prze­krę­cił lampkę na biurku, naj­wy­raź­niej usta­wia­jąc ją pod lep­szym ką­tem. Przez chwilę przy­glą­dał się swo­jemu dziełu, wy­szedł z mo­jego po­koju, jakby był wła­ści­cie­lem warsz­tatu, i wró­cił z ko­lejną lampą w ręku, którą pod­łą­czył do prze­dłu­ża­cza. Na­stęp­nie chwy­cił mój te­le­fon i zręcz­nie umie­ścił go po dru­giej stro­nie stołu:

- Jaki masz PIN?

- Nie dam ci go - po­wie­dzia­łam z obu­rze­niem i wy­cią­gnę­łam rękę.

Fi­lip pchnął te­le­fon w moją stronę, a ja pra­wie unio­słam się w po­wie­trze, gdy na­sze opuszki pal­ców się ze­tknęły. Po­sta­no­wi­łam, że na­stęp­nym ra­zem po­dam PIN, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba. Ła­two go prze­cież zmie­nić.

W końcu za­częła się se­sja. Dwa wie­szaki le­żały na moim nie­bie­skim płasz­czu, świa­tła ja­rzyły się z me­ta­lo­wych lamp, a Fi­lip pstry­kał zdję­cia z da­leka i bli­ska.

- Przy­nie­siesz trzeci? - za­py­tał.

Po­ma­sze­ro­wa­łam do warsz­tatu i wró­ci­łam z wie­sza­kiem. Po może pięt­na­stu mi­nu­tach, kiedy stu­ka­łam nogą, trzy­ma­jąc ręce na bio­drach i wpa­tru­jąc się gniew­nie w ru­do­brą­zową głowę męż­czy­zny, Fi­lip wy­pro­sto­wał się i uśmiech­nął z sa­tys­fak­cją.

- Go­towe. Spora róż­nica, prawda?

Spoj­rza­łam na zdję­cia i zdu­miona z po­wodu efek­tów pracy za­po­mnia­łam o wro­go­ści.

- Są cu­downe. Jak to zro­bi­łeś?

- Chodź tu­taj - po­wie­dział ci­cho Fi­lip.

Po­słusz­nie po­de­szłam do sto­lika, cho­ciaż za­krę­ciło mi się w gło­wie. Po­zwo­li­łam męż­czyź­nie umie­ścić te­le­fon w mo­jej ręce. Jego jedna dłoń za­ci­snęła się na moim ra­mie­niu i po­pro­wa­dziła te­le­fon, pod­czas gdy druga de­li­kat­nie ob­jęła mnie w ta­lii. Wszyst­kie my­śli wy­pa­ro­wały z mo­jej głowy, gdy po­czu­łam lekki do­tyk przez swe­ter i silne ciało za sobą. Tak bli­sko, że uto­nę­łam w jego roz­kosz­nym za­pa­chu. Pra­gnę­łam się w niego wtu­lić. Nie wy­star­czyło mi, że klapy ma­ry­narki ocie­rają się o mnie. Tak bli­sko, a jed­nak tak da­leko. Bez­rad­nie przy­gry­złam wargę, czu­jąc od­dech męż­czy­zny na swo­ich wło­sach.

- Te­raz - ode­zwał się Fi­lip i usta­wił moją rękę pod od­po­wied­nim ką­tem i wy­pchnął mnie tro­chę do przodu. - Świa­tło jest ważne. Te­raz wi­dzisz, jak me­tal błysz­czy dzięki niemu. Ko­lor tła jest rów­nie istotny. Zimne i in­ten­syw­nie nie­bie­skie do­brze się łą­czy z me­ta­lem i sre­brem. Je­śli nie wiesz, co do czego pa­suje, wy­go­ogluj to.

Usta Fi­lipa znaj­do­wały się tuż obok mo­ich, a prze­cież męż­czy­zna był o wiele wyż­szy ode mnie. Od­dy­cha­łam co­raz szyb­ciej, moje ciało na­pi­nało się i prze­cho­dziły mnie ta­kie same dresz­cze jak przy go­rączce.

- Te­raz mo­żesz zro­bić zdję­cia - na­le­gał męż­czy­zna.

Ręka mi się trzę­sła, gdy na­ci­snę­łam przy­cisk te­le­fonu, a Fi­lip się ro­ze­śmiał.

- Jesz­cze raz.

Trzy­ma­łam ko­mórkę, jakby od tego za­le­żało moje ży­cie, i zro­bi­łam ko­lejne zdję­cie. Dzięki Bogu, było ostre. Szybko odło­ży­łam urzą­dze­nie i się wy­pro­sto­wa­łam. Po­czu­łam, jak moje włosy do­ty­kają po­liczka Lin­della. Męż­czy­zna przez cały czas się po­chy­lał, a po­tem od­wró­cił lekko głowę, tak że jego usta mu­snęły moją skroń. Na­stęp­nie prze­su­nął dło­nią wzdłuż mo­jej ręki do ra­mie­nia i do­piero wtedy się cof­nął.

Sta­łam jak urze­czona. Na­wet nie zda­wa­łam so­bie sprawy, że za­mknę­łam oczy i słu­cha­łam tylko szumu krwi w uszach. Albo że w tym sa­mym cza­sie roz­ko­szo­wa­łam się go­rą­cym pul­so­wa­niem w moim kro­czu. Ock­nę­łam się do­piero, gdy Fi­lip się ode­zwał:

- Ku­pię dzie­sięć ta­kich na po­czą­tek. Lu­bię mi­ni­ma­lizm, ale te wie­szaki są mi­łym ak­cen­tem...

- Kasa jest... - za­czę­łam wy­jąt­kowo sła­bym gło­sem.

- Za­mknięta. Wiem. Ale ufam ci. Weź pie­nią­dze i wrzuć je ju­tro do kasy. Ile za wie­szak?

Za­ci­snę­łam usta w wą­ską li­nię i od­wró­ci­łam się w stronę Lin­della, za­czer­wie­niona, ale zde­ter­mi­no­wana.

- Obie­ca­łeś po­roz­ma­wiać o działce! A te­raz słu­chaj! Czy ty w ogóle wiesz, co my tu ro­bimy? Jacy lu­dzie się tu­taj spo­ty­kają? Praw­do­po­dob­nie jeź­dzisz rolls-roy­cem, pła­cisz swoim zim­no­krwi­stym pra­cow­ni­kom, któ­rzy mają ge­ne­ro­wać co­raz więk­szy zysk dla two­jej firmy, i nie my­ślisz o tym, że w tym kraju żyją lu­dzie nie­mo­gący pra­co­wać, na­wet je­śli chcą. Albo mogą pra­co­wać w nie­peł­nym wy­mia­rze go­dzin, albo do­piero za ja­kiś czas. Dla nich to miej­sce jest wy­ba­wie­niem. W prze­ciw­nym ra­zie le­że­liby w domu, po­nie­waż żadna z wiel­kich firm ni­gdy nie za­trudni na­wet na okres próbny osoby, która była na prze­dłu­żo­nym zwol­nie­niu le­kar­skim lub jest czę­ściowo tylko zdolna do pracy. Zwłasz­cza je­śli ma pro­blemy ze zdro­wiem psy­chicz­nym lub na­wet za­bu­rze­nia ze spek­trum au­ty­zmu...

Oczy Fi­lipa za­częły dziw­nie błysz­czeć. Jakby oglą­dał ja­kieś fa­scy­nu­jące przed­sta­wie­nie. To jesz­cze bar­dziej mnie roz­zło­ściło.

- To miej­sce nie jest żar­tem, żeby można było tu zbu­do­wać pie­przony szklany pa­łac! Mam mail Björna i...

- Praw­nika - do­dał Fi­lip ochry­płym gło­sem. Prze­cze­sał włosy i wpa­try­wał się w moje oczy przez nie­wy­ba­czal­nie długi czas, aż w końcu się ode­zwał: - Taka fry­zura od garnka pa­suje do cie­bie. Gę­ste, ciem­no­brą­zowe włosy na tle bla­dej skóry. To na­prawdę pod­kre­śla twoje uro­cze rysy...

- Nie pró­buj oma­mić mnie kom­ple­men­tami! Nie je­ste­śmy na randce! - krzyk­nę­łam dość gło­śno jak na tak małą ko­bietę.

Fi­lip Lin­dell miał czel­ność się uśmie­chać. Nie­wia­ry­god­nie sek­sow­nie. Ski­nął głową i od­po­wie­dział:

- Nie, ale mo­żemy usta­limy ja­kąś datę.

Wstrzy­ma­łam od­dech i otwo­rzy­łam usta jak ryba wy­jęta z wody.

- Cho­dzi o spo­tka­nie biz­ne­sowe, oczy­wi­ście - do­dał męż­czy­zna. - Opo­wiesz mi o tych warsz­ta­tach, bo przy­znaję, że nie znam się na tym zbyt do­brze. Je­śli w ogóle. A po­tem po­my­ślimy o miej­scu dla cie­bie. For­mia to stara ro­dzinna firma, a ro­dzina For­sma­nów wciąż ma w niej udziały i działki w Espoo. Je­stem pe­wien, że sprze­da­dzą tro­chę ziemi mia­stu w za­mian za do­brą re­klamę. To ni­gdy nie boli. - Fi­lip wy­da­wał się en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wiony. Po­tarł się po pod­bródku i do­dał: - Tak. To do­bra re­klama. Chyba nie mamy te­raz du­żego pro­jektu...

- Re­klama! - szep­nę­łam po­nuro i do­da­łam już ostro: - Oczy­wi­ście. Bę­dziesz ro­bić biz­nesy, uda­jąc, że ci za­leży. Wię­cej uwagi i ku­pu­ją­cych dzięki fał­szy­wemu po­śred­nic­twu. Cie­kawe, czy For­mia wie, że jej dy­rek­tor gówno wie o nie­ru­cho­mo­ściach firmy.

- Irino. Nie mia­łem jesz­cze czasu, żeby się ze wszyst­kim za­po­znać. I w po­rządku. Fiń­skie spo­łe­czeń­stwo i jego... po­li­tyka spo­łeczna nie są mo­imi moc­nymi stro­nami. Ale ty się naj­wy­raź­niej na tym znasz. Opo­wiesz mi o tym miej­scu, po­roz­ma­wiamy o lo­ka­li­za­cji tego... warsz­tatu i o tym, jak mógł­bym le­piej zro­zu­mieć war­tość tej pla­cówki... Cho­ciaż mu­szę po­wie­dzieć, że je­stem pod wra­że­niem tych wie­sza­ków. - Męż­czy­zna pod­niósł je­den z nich i spoj­rzał na niego pod­eks­cy­to­wany.

O Boże zmi­łuj się nade mną, po­my­śla­łam. Fi­lip Lin­dell wciąż o tych wie­sza­kach.

- Sto euro za sztukę - po­wie­dzia­łam chłodno. I zro­biło mi się głu­pio. Ale iry­to­wało mnie pul­so­wa­nie w moim pod­brzu­szu, gdy Fi­lip wy­po­wie­dział moje imię.

- Sto euro? - za­py­tał za­cie­ka­wiony męż­czy­zna, uno­sząc brwi pra­wie do li­nii wło­sów. - Czy mogę zo­ba­czyć metkę z ceną? Za­uwa­ży­łem, że inne pro­dukty...

- Są zu­peł­nie nowe. Dla­tego je fo­to­gra­fo­wa­łam - prze­rwa­łam z trium­fem. Za­mil­kłam, pod­nio­słam ko­lejny wie­szak i przy­glą­da­łam mu się uważ­nie, tak jak wcze­śniej zro­bił to Fi­lip. - Bar­dzo rzadki stop. Długo nad nimi pra­co­wa­li­śmy. A w za­sa­dzie jedna z na­szych pod­opiecz­nych, która jest pro­fe­sjo­nalną pro­jek­tantką...

- Je­stem o tym prze­ko­nany - prze­rwał mi sar­ka­stycz­nie Fi­lip.

Cie­szę się, że wszedł mi w słowo. Kła­ma­łam jak z nut. Me­tal po­cho­dził z re­cy­klingu, Tarmo był spa­wa­czem, a ca­łość za­pro­jek­to­wała na­sza pra­cow­nica, która stu­dio­wała rów­nież te­ra­pię za­ję­ciową.

- Tak. - Uśmiech­nę­łam się, uno­sząc pod­bró­dek.

Oczy Fi­lipa roz­bły­sły.

- Miesz­ka­łem w Szwaj­ca­rii tak długo, że czuję się w po­ło­wie Szwaj­ca­rem - po­wie­dział. - A nie­któ­rzy twier­dzą, że Szwaj­ca­rzy to banda drani. - Męż­czy­zna wy­jął port­fel z kie­szeni ma­ry­narki, za­czął ukła­dać bank­noty na moim biurku i do­dał swo­bod­nie: - To nie­prawda. No i do­brze, że za­wsze mam przy so­bie go­tówkę, po­nie­waż nie je­stem przy­zwy­cza­jony do pła­ce­nia wszę­dzie kartą. Te­raz mogę za­brać wie­szaki od razu ze sobą, prawda?

Ze zdu­mie­niem wpa­try­wa­łam się w ty­siąc euro na moim biurku, a moje po­liczki za­częły pło­nąć. Nie mia­łam w zwy­czaju kła­mać, ale ten iry­tu­jący czło­wiek...

- Cze­kaj... - za­czę­łam, czu­jąc wy­rzuty su­mie­nia.

- Upew­nij się, że po­zo­stałe wy­sta­wisz na sprze­daż z dzie­więć­dzie­się­cio­pię­cio­pro­cen­tową zniżką. Ktoś mógłby oskar­żyć cię o oszu­stwo - stwier­dził osten­ta­cyj­nie Fi­lip, a po­tem za­py­tał: - Co ro­bisz... w czwar­tek? Po pią­tej?

Wpa­try­wa­łam się w niego pu­stym wzro­kiem i po­wtó­rzy­łam:

- W czwar­tek? Chyba nic... Wyjdę stąd o czwar­tej.

- Do­brze. Przy­jadę po cie­bie. Dam ci mój nu­mer, a ty po­daj mi swój ad­res. Na wy­pa­dek, gdyby ja­kieś miej­sce już było do­stępne. Eino ma wszystko pod kon­trolą i zna For­sma­nów, je­śli firma nic nie ma. A po­tem po­sta­wię ci ko­la­cję i po­ga­damy.

Fi­lip znów pod­szedł bli­żej, ale tym ra­zem nie ucie­kłam. To i tak by­łoby bez­ce­lowe, tłu­ma­czy­łam so­bie. Za­miast tego pa­trzy­łam, jak się po­chyla i kła­dzie swoje dło­nie na moje ra­miona, tuż po­ni­żej bar­ków.

- Nie mam za­miaru nic w tej kwe­stii zmie­niać - oznaj­mi­łam lekko drżą­cym gło­sem.

- Po­roz­ma­wiajmy w spo­koju - mruk­nął Fi­lip i do­dał: - Mam wra­że­nie, że już się tak znamy, że... - Jego usta za­trze­po­tały lekko bli­sko mo­jego le­wego po­liczka ni­czym skrzy­dło mo­tyla. - Kiedy już się tego na­uczysz, trudno jest prze­stać - stwier­dził i prze­su­nął wargi na drugi po­li­czek.

Za­czę­łam czuć się... Chwy­ci­łam pal­cami wę­zeł jego kra­wata, a moja druga ręka się­gnęła do wło­sów, któ­rych chcia­łam do­tknąć przez cały ten czas. Usły­sza­łam wes­tchnie­nie Fi­lipa. Ja też wes­tchnę­łam. Jego włosy śli­zgały się mię­dzy mo­imi pal­cami, je­dwa­bi­ste i mięk­kie, a kiedy wsu­nę­łam w nie palce, po­czu­łam palce męż­czy­zny.

Gdy kciu­kiem prze­su­nę­łam nad jego kra­wa­tem i lekko pie­ści­łam za­głę­bie­nie jego szyi, po­czu­łam, jak usta Fi­lipa po­now­nie do­ty­kają mo­jego le­wego po­liczka. Te­raz już nie tylko go mu­snęły, ale przy­ci­skały do mo­jej skóry.

Po­czu­łam, jak otwiera usta, a jego wargi prze­su­wają się po moim po­liczku, aż do­tarły do ką­cika mo­ich ust. Prze­cze­sa­łam jego czer­wo­no­brą­zowe włosy i od­wró­ci­łam głowę tak, że usta męż­czy­zny przy­ci­snęły się do mo­ich. Pło­nące iskry trza­skały w ca­łym moim ciele, serce wa­liło, a żo­łą­dek był go­rący i ciężki. To było nie­biań­skie. Tak nie­biań­skie, że rów­nie do­brze mo­gła­bym cho­ciaż po­pa­trzeć na inne działki... W moim mó­zgu roz­bły­sło świa­tło roz­sądku i szybko od­su­nę­łam się od męż­czy­zny.

- To na­prawdę jest inny świat - po­wie­dział Fi­lip jesz­cze ostrzej­szym gło­sem i kon­ty­nu­ował: - Po szwaj­car­sku ca­łuje się "w po­wie­trze", ale tu­taj jest zu­peł­nie inna kul­tura. Po­doba mi się tu o wiele bar­dziej niż w Szwaj­ca­rii.

- Mail... - za­czę­łam za­chryp­nię­tym gło­sem, zła na sie­bie.

- Po­wtórzmy to w czwar­tek. We­zmę po­zo­stałe sie­dem wie­sza­ków z warsz­tatu. - Fi­lip od­wró­cił się, by odejść, a ja spo­glą­da­łam wciąż za­mglo­nym wzro­kiem na wy­pro­sto­waną, zgrabną po­stać, któ­rej kasz­ta­nowe włosy nie były już tak nie­na­gan­nie uło­żone.

2

W czwar­tek po po­łu­dniu by­łam cho­dzą­cym wra­kiem czło­wieka. Nie mo­głam się na ni­czym skon­cen­tro­wać i za­sta­na­wia­łam się, jak się z tego wy­wi­nąć. Czy nie po­win­nam za­ła­twić sprawy z tym Einem? Wy­da­wał się onie­śmie­lony moim to­nem głosu, a je­śli przed­sta­wię mu swoje do­wody, może...

Wes­tchnę­łam ciężko i wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści. Je­śli cho­dzi o działkę, Fi­lip jako pre­zes firmy na pewno in­te­re­so­wał się tym, co Eino ro­bił lub czego nie ro­bił, i nie po­zwo­liłby mu pod­pi­sać żad­nych do­ku­men­tów najmu bez po­zwo­le­nia.

Fi­lip. Prze­łknę­łam ciężko ślinę. Dla­czego w my­ślach na­zwa­łam Lin­della Fi­li­pem? Cho­ciaż prze­cież mó­wi­li­śmy so­bie po imie­niu i pra­wie... się ca­ło­wa­li­śmy. Nie. Nie ca­ło­wa­li­śmy się. Na­wet nie by­li­śmy bli­sko, wma­wia­łam to so­bie. To był co naj­wy­żej bu­ziak. Bez­sen­sowne, szyb­kie ze­tknię­cie warg. A Fi­lip... Lin­dell był wro­giem.

Prze­cha­dza­łam się po warsz­ta­cie i za­trzy­ma­łam na chwilę, by po­pa­trzeć na no­wego sta­ży­stę wpro­wa­dza­nego w taj­niki szy­cia przez Suvi, którą w mo­jej roz­mo­wie z Fi­li­pem awan­so­wa­łam na pro­jek­tantkę. Dziew­czyna in­stru­owała męż­czy­znę w trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze, jak wszyć za­mek bły­ska­wiczny do no­wego pro­jektu torby.

- Aimo jest na­prawdę do­bry - po­wie­działa mi Suvi.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie, a jego wą­ska twarz lekko się za­ru­mie­niła. By­łam tro­chę za­sko­czona, że zna­la­złam go przy ma­szy­nie do szy­cia, po­nie­waż Aimo był z za­wodu kie­rowcą cię­ża­rówki. Nie mógł już pra­co­wać tak długo, jak tego wy­ma­gano, a za­nim le­karz zdia­gno­zo­wał u niego bez­sen­ność i stany lę­kowe, wpadł w al­ko­ho­lizm.

- Ja... szy­łem ubra­nia, cza­sem po­szewki na po­duszki i ja­kieś dro­bia­zgi w domu - wy­ja­śnił.

- Cóż, je­śli to lu­bisz, mo­żesz ukoń­czyć tu­taj pod­sta­wowy kurs szy­cia. W rze­czy­wi­sto­ści bra­kuje wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych szwa­czy, a je­śli cię to in­te­re­suje, mo­żesz bar­dzo szybko zna­leźć za­trud­nie­nie.

- Tak - od­parł męż­czy­zna nieco szorstko i do­dał: - Nie mam żad­nego do­świad­cze­nia. A kiedy py­tają mnie, dla­czego zmie­niam branżę...

- Otrzy­masz od nas cer­ty­fi­kat po od­by­ciu stażu. Nie masz obo­wiązku opo­wia­da­nia o swo­jej prze­szło­ści pod­czas roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych. - Spoj­rza­łam na ze­gar i nie­po­kój za­czął mnie zże­rać jesz­cze bar­dziej. - Mu­szę już iść. Mam spo­tka­nie dziś wie­czo­rem. Cho­dzi o dzier­żawę tego miej­sca - po­wie­dzia­łam do Suvi.

- Cza­sami warto po­my­śleć o czymś wię­cej niż tylko o tym warsz­ta­cie - sko­men­to­wała ko­bieta i do­dała: - Pa­mię­tasz, co się stało z Ol­lim?

Pa­mię­ta­łam do­sko­nale. Zwłasz­cza za­rzuty Ol­liego, że w ży­ciu za­wsze na pierw­szym miej­scu sta­wiam pracę.

- Cóż, to sprawa ży­cia i śmierci - od­po­wie­dzia­łam, być może nieco dra­ma­tycz­nie, i wy­ja­śni­łam wię­cej, gdy na twa­rzy Suvi ma­lo­wało się nie­do­wie­rza­nie. Suvi była jedną z naj­star­szych pra­cow­nic w warsz­ta­cie i ufa­łam jej w stu pro­cen­tach.

- Spo­ty­kam się z Fi­li­pem... Fi­li­pem Lin­del­lem. Nie chce prze­dłu­żyć na­szej umowy - po­wie­dzia­łam ci­cho.

Suvi zmarsz­czyła brwi.

- Cze­kaj, czy to ten dziw­nie przy­stojny, wy­soki męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, który wszedł do two­jego po­koju kilka dni temu? Tuż przed za­mknię­ciem. Sły­sza­łam wtedy krzyki...

- Tak. Tak - po­twier­dzi­łam po­nuro.

- Ten sam czło­wiek, który ku­pił wie­szaki za ty­siąc euro? - do­py­ty­wała Suvi i uśmiech­nęła się su­ge­styw­nie.

- Ja... tro­chę się zde­ner­wo­wa­łam...

- Zde­ner­wo­wa­łaś się, a fa­cet tak się pod­eks­cy­to­wał, że ku­pił dzie­sięć wie­sza­ków. W po­rządku, to ma sens - za­żar­to­wała Suvi.

- Ni­czego nie su­ge­ruj. To po pro­stu cho­ler­nie iry­tu­jące, jak klasa wyż­sza...

- Te zdję­cia! Po­mógł ci sfo­to­gra­fo­wać te wie­szaki? My­śla­łam, że Bóg na­gle ob­da­rzył cię ar­ty­stycz­nym okiem, ale my­ślę, że to oczy ko­goś in­nego. Tu cho­dzi o coś wię­cej niż tylko wie­szaki.

- Prze­stań! - wy­sy­cza­łam, kła­dąc ręce na bio­drach.

- Okej, jak tylko twoja twarz prze­sta­nie być czer­wona jak po­mi­dor. Do­brze po­szło temu Fi­li­powi. Masz zdję­cia i sprze­da­łaś wie­szaki. Dzie­sięć. Za ty­siąc euro. Dla­czego po pro­stu nie na­kło­nisz go do prze­dłu­że­nia umowy?

- Po­stra­da­łaś zmy­sły. To tak, jak­bym chciała Fi­lipa... Fi­lipa Lin­della... - Po­czu­łam, że moja twarz czer­wieni się jesz­cze bar­dziej. Ob­ró­ci­łam się na pię­cie i skwi­to­wa­łam: - Mu­szę coś skoń­czyć.

Suvi za­śmiała się ci­cho za mną, gdy we­szłam do swo­jego po­koju.

Nie­długo po­tem by­łam już w swoim miesz­ka­niu w po­bliżu cen­trum han­dlo­wego Olar. Może nie była to naj­bar­dziej przy­ja­zna część mia­sta, ale dla mnie, jako osoby sa­mot­nej i bez sa­mo­chodu, sklep spo­żyw­czy obok był wiel­kim ra­tun­kiem, gdy wra­ca­łam do domu pie­szo lub au­to­bu­sem. Miesz­ka­łam w wy­na­ję­tym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu od pię­ciu lat i jesz­cze sześć mie­sięcy temu pla­no­wa­łam roz­wią­zać umowę najmu i wpro­wa­dzić się do Ol­liego.

Po­czu­cie winy ukłuło mnie w piersi, gdy po­my­śla­łam o nim. Być może czę­ściowo miał ra­cję. Kiedy nie by­łam w warsz­ta­cie, czę­sto spę­dza­łam czas z ludźmi pra­cu­ją­cymi w warsz­ta­cie lub szu­ka­łam po­my­słów na nowe pro­dukty. Kiedy kła­dłam się do łóżka, by­łam zmę­czona i na­wet per­spek­tywa seksu, który na po­czątku był in­te­re­su­jący i eks­cy­tu­jący, wy­da­wała się od­py­cha­jąca. Było to tro­chę dziwne, po­nie­waż od czasu do czasu za­spo­ka­ja­łam się, gdy by­łam sama - ale nie mo­głam już znieść do­tyku Ol­liego.

Na­gle przy­po­mnia­łam so­bie, jak za­re­ago­wa­łam na Fi­lipa. Ni­gdy nie czu­łam ta­kiego przy­cią­ga­nia. To było wręcz prze­ra­ża­jące. Ba­łam się ko­lej­nego spo­tka­nia. Randki.... Po­czu­łam ścisk w brzu­chu, gdy zo­rien­to­wa­łam się, że Fi­lip na­zwał na­sze spo­tka­nie randką.

Po­sta­no­wi­łam, że pod żad­nym po­zo­rem nie mogę spo­ty­kać się z męż­czy­znami ta­kimi jak Fi­lip, bez względu na to, jak są atrak­cyjni. Mimo to przyj­rza­łam się so­bie do­kład­nie w lu­strze. Do­tknę­łam swoje krót­kie, ciemne, lekko krę­cone włosy. Fry­zura od garnka, jak na­zwał ją Fi­lip. Moje oczy, które wy­glą­dały na jesz­cze więk­sze niż zwy­kle, pod­kre­śli­łam zło­to­brą­zo­wym cie­niem do po­wiek, ey­eli­ne­rem i tu­szem do rzęs. Na ustach mia­łam tylko odro­binę ko­lo­ro­wego błysz­czyka, ale na­wet je­śli uży­łam ma­ki­jażu oszczęd­nie i tak wy­glą­da­łam dziw­nie. Nie mia­łam w zwy­czaju się ma­lo­wać.

Ale to była spe­cjalna oka­zja. Je­śli mój wy­gląd mógłby ja­koś wpły­nąć na de­cy­zję Fi­lipa, na­le­żało to wy­ko­rzy­stać. A bio­rąc pod uwagę to, co wy­da­rzyło się ostat­nim ra­zem, mo­głam go ja­koś po­cią­gać.

Był gru­dzień, a ja mia­łam na so­bie bor­dowy swe­ter ze spo­rym de­kol­tem, czyli naj­bar­dziej sty­lową dzia­ninę, jaką po­sia­da­łam, która uwy­dat­niała moje ra­czej małe piersi i wą­ską ta­lię le­piej niż ja­ka­kol­wiek inny strój w mo­jej sza­fie. Za­ło­ży­łam też krótką, czarną dżin­sową spód­nicę i grube czarne raj­stopy.

Nor­mal­nie nie się­gnę­ła­bym po mini na spo­tka­nie biz­ne­sowe, ale nie chcia­łam też ubie­rać się w ja­kąś śmieszną su­kienkę. Zwy­kłe dżinsy z ma­ry­narką lub pro­ste spodnie wy­da­wały się na­to­miast zbyt swo­bodne, po­nie­waż szłam na ko­la­cję. Nie chcia­łam wy­glą­dać nie­chluj­nie, gdyby Fi­lip za­brał mnie w ja­kieś bar­dziej eks­klu­zywne miej­sce. A je­śli spodo­bają mu się moje nogi... to nie za­szko­dzi spra­wie, tłu­ma­czy­łam so­bie.

Na ko­niec wło­ży­łam czarne skó­rzane botki na szpilce, na­rzu­ci­łam kurtkę i po­spie­szy­łam do drzwi. Nie chcia­łam, żeby Fi­lip zna­lazł się w środku cha­osu, w któ­rym ży­łam. Cho­ciaż nie ob­cho­dziło mnie, że moje miesz­ka­nie z pew­no­ścią wy­da­łoby mu się za skromne. Poza tym by­łam kiep­ską go­spo­dy­nią, a taki wzro­ko­wiec jak Fi­lip za­uwa­żyłby ba­ła­gan w kuchni, ręcz­nik na wy­spie, okru­chy na stole w ja­dalni i od­ku­rzacz le­żący na środku sa­lonu. Nie wia­domo, co dzieje się w gło­wie ta­kiego czło­wieka jak Fi­lip? Prze­cież mógł mnie oce­nić jako kiep­ską lo­ka­torkę tylko na pod­sta­wie ka­wał­ków ba­gietki. Nie było sensu ry­zy­ko­wać.

Kiedy otwo­rzy­łam fron­towe drzwi, pi­snę­łam z prze­ra­że­nia. Fi­lip stał tam i za­sko­czony zro­bił krok do tyłu, gdy pchnę­łam drzwi. Wy­glą­dał... cu­dow­nie. Tak cu­dow­nie, że nie mo­głam ode­rwać od niego wzroku. Na­wet gdy­bym bar­dzo się sta­rała.

Prze­łknę­łam z tru­dem ślinę, jakby w gar­dle utkwiła mi na­gle go­rąca gula. Moje spoj­rze­nie prze­su­nęło się po fu­trze się­ga­ją­cym do bio­der, nie­mal w tym sa­mym od­cie­niu co włosy Fi­lipa, z koł­nie­rzem z fu­tra bia­łego ba­ranka. Spod kurtki wy­sta­wał oliw­ko­wo­zie­lony swe­ter, a spodnie z sze­ro­kimi no­gaw­kami były nieco ciem­niej­sze, tak że mo­głam zo­ba­czyć tylko czubki brą­zo­wych zi­mo­wych bu­tów.

- Jak to się stało, że...? - Za­czę­łam się krztu­sić, po­nie­waż gula w gar­dle zda­wała się ro­snąć.

- Na­tkną­łem się na wy­pro­wa­dza­cza psów. Wła­śnie mia­łem za­dzwo­nić.

Fi­lip zer­k­nął przez moje ra­mię i do­strzegł od­ku­rzacz. Po­tem zo­ba­czy­łam, jak jego wzrok prze­nosi się na małą wy­spę ku­chenną.

- Je­śli sprzą­ta­łaś, to masz jesz­cze sporo do ro­boty - po­wie­dział żar­to­bli­wym to­nem.

Spoj­rza­łam mu w lo­do­wo­nie­bie­skie oczy, a po­tem przy­ci­snę­łam rękę do jego klatki pier­sio­wej, żeby go ode­pchnąć. Fi­lip nie wzdry­gnął się, tylko pa­trzył uważ­nie na moją dłoń, a po­tem na mój strój. W końcu z po­wro­tem pod­niósł na mnie wzrok. Ogar­nął mnie ten sam go­rącz­kowy dreszcz co ostat­nim ra­zem, więc szybko za­bra­łam rękę, jakby jego ciało mnie pa­rzyło. Bo tak wła­śnie było.

- Nie martw się o mój bur­del. Chyba mie­li­śmy gdzieś iść? Chyba na ko­la­cję? - od­par­łam, ale mia­łam wra­że­nie, że Fi­lip jesz­cze bar­dziej się uśmie­cha.

- Tak. Te­raz, gdy zo­ba­czy­łem twoje miesz­ka­nie, ro­zu­miem, dla­czego umowa najmu nie zo­stała prze­dłu­żona, mimo że stara wkrótce wy­gasa...

Tak jak my­śla­łam. Fi­lip od razu wy­cią­gnął po­chopne wnio­ski na pod­sta­wie tego, co zo­ba­czył w moim domu.

- To, że nie po­sprzą­ta­łam miesz­ka­nia, nie ozna­cza, że źle wy­ko­nuję swoją pracę w warsz­ta­cie! Po­win­nam była wie­dzieć, że taki zimny, ży­jący w luk­su­sie bu­fon jak ty bę­dzie oce­niać lu­dzi na pod­sta­wie po­rządku w ich do­mach. Je­stem za­jęta! Cią­gle je­stem w biegu. I okej, nie­na­wi­dzę sprzą­tać. A umowa najmu miała zo­stać pod­pi­sana w dniu, w któ­rym Björn do­stał za­wału, więc prze­pra­szam, że nie ośmie­li­łam się go nę­kać.

Par­łam do przodu ze zło­ścią jak mały ta­ran. Ale Fi­lip wciąż stał nie­ru­chomo jak ty­siąc­letni dąb, tak że zna­la­złam się w jego ra­mio­nach. Tak. Ob­jął mnie, a po­tem mruk­nął swoim chro­po­wa­tym gło­sem:

- Żar­to­wa­łem. Prze­pra­szam. Co to było za słowo... bu­fon?

Wie­dzia­łam, że je­stem w nie­bez­piecz­nym miej­scu i że po­win­nam się szybko wy­co­fać. Ale uścisk Fi­lipa był tak po­cią­ga­jący, na wiele spo­so­bów i... w końcu zda­łam so­bie sprawę, o co py­tał i że Fi­lip w dzie­ciń­stwie nie mó­wił za dużo po szwedzku.

- Bu­fon. - Wes­tchnę­łam bez tchu, zmu­sza­jąc się do opusz­cze­nia jego ra­mion, w któ­rych za­czy­na­łam czuć się tak do­brze, że ba­łam się w nich za­tra­cić.

- To nie za­brzmiało jak kom­ple­ment - po­wie­dział Fi­lip.

- Bo nim nie było - od­par­łam krótko. Po­sta­no­wi­łam przejść do rze­czy. - Do­kąd idziemy?

- Obej­rzeć nową działkę. Mó­wi­łem ci, że roz­wiążę pro­blem dla wszyst­kich. Po­świę­ci­łem kilka dni i... - Fi­lip pstryk­nął pal­cami w po­wie­trzu, wy­glą­da­jąc na za­do­wo­lo­nego. Ja by­łam znacz­nie mniej en­tu­zja­styczna. To, co Lin­dell uwa­żał za ge­nialne roz­wią­za­nie, mo­gło być czym­kol­wiek.

Czym­kol­wiek.

Kiedy do­tar­li­śmy do ele­ganc­kiego, du­żego, ciem­no­nie­bie­skiego ja­gu­ara, prych­nę­łam po­gar­dli­wie. Nie roz­po­zna­ła­bym marki sa­mo­chodu, gdy­bym nie za­uwa­żyła kota na przo­dzie.

- Nie patrz tak. Cho­dzi o wi­ze­ru­nek. Ma on ogromne zna­cze­nie dla part­ne­rów biz­ne­so­wych i za­gra­nicz­nych przed­sta­wi­cieli firmy... To, co wi­dzą...

- Jest bar­dzo ważne.

Fi­lip ski­nął głową z po­wagą i po­spiesz­nie otwo­rzył przede mną drzwi sa­mo­chodu. Nie po­do­bało mi się to, że mi się to po­do­bało. To zna­czy otwie­ra­nie drzwi. Bez słowa wsu­nę­łam się na sie­dze­nie, a po­tem zo­ba­czy­łam, jak Fi­lip włą­cza GPS. Oczy­wi­ście nie mo­głam mieć pew­no­ści, bo nie umia­łam za do­brze czy­tać map, ale moje naj­gor­sze obawy i tak wy­ło­niły się jak żmije ze szcze­liny skal­nej, gdy zo­ba­czy­łam całą trasę.

Za­mil­kłam, a kiedy Lin­dell chwa­lił się, ja­kie do­bre i duże miej­sce dla nas przy­go­to­wał, od­po­wie­dzia­łam tylko szorst­kim "na pewno". Zo­ba­czy­łam, że męż­czy­zna zerka na mnie, ale nie spoj­rza­łam w jego kie­runku. Za­miast tego ob­ser­wo­wa­łam mapę. Zda­łam so­bie sprawę, że może jed­nak umiem ją czy­tać, po­nie­waż im dłu­żej je­cha­li­śmy, tym bar­dziej by­łam pewna, do­kąd zmie­rzamy.

Kiedy skrę­ci­li­śmy w lewo tuż przed wy­sy­pi­skiem Äm­mäs­suo, już się we mnie go­to­wało. Droga nie pro­wa­dziła zbyt da­leko i naj­wy­raź­niej była do­sto­so­wana tylko do po­jaz­dów le­śnych. W końcu się za­trzy­ma­li­śmy.

Usły­sza­łam, jak Fi­lip pró­buje coś po­wie­dzieć, ale już wy­sia­dłam z sa­mo­chodu. Świeży śnieg spra­wił, że wy­bo­iste pod­łoże było śli­skie i zdra­dliwe, zwłasz­cza że zro­biło się ciemno. Nie miało to jed­nak zna­cze­nia przy ogar­nia­ją­cym mnie mor­der­czym pra­gnie­niu. Sta­nę­łam przed ma­ską pięk­nego sa­mo­chodu Fi­lipa i opar­łam się o nią obiema rę­kami. Pró­bo­wa­łam po­trzą­snąć au­tem, ale nic się nie działo. W końcu kop­nę­łam sa­mo­chód i chwy­ci­łam le­żącą na ziemi grubą ga­łąź. Wi­dzia­łam z boku, że Fi­lip mi się przy­gląda, a gdy się za­mach­nę­łam ze łzami w oczach, chwy­cił moją rękę i ode­zwał się zi­ry­to­wany:

- Co ty, do cho­lery, ro­bisz? Co ci zro­bił mój sa­mo­chód?

Wes­tchnę­łam, że moje wy­siłki po­szły na marne, i za­gro­zi­łam:

- Je­śli ośmie­lisz się za­su­ge­ro­wać, że to... to... śmier­dzące za­du­pie ma za­stą­pić obecne lo­kum warsz­tatu, to, do cho­lery, wdra­pię się na dach two­jego wspa­nia­łego i ku­rew­sko dro­giego sa­mo­chodu i za­cznę po nim ska­kać.

Spoj­rza­łam na Fi­lipa i za­uwa­ży­łam, że wy­glą­dał na szcze­rze zdez­o­rien­to­wa­nego. Pew­nie ja­kiś jego pod­władny pod­su­nął mu tę lo­ka­li­za­cję po­śród dzie­sią­tek in­nych za­dań, a Lin­dell na­wet nie za­dał so­bie trudu, aby ją spraw­dzić.

- Na­wet nie po­fa­ty­go­wa­łeś się, żeby obej­rzeć miej­sce, do któ­rego mnie za­bra­łeś! - oskar­ży­łam go wście­kła.

Fi­lip przy­naj­mniej wie­dział, jak wy­glą­dać na za­wsty­dzo­nego.

- Co w tym złego? Co jest nie tak? Nie mia­łem czasu się temu przyj­rzeć, ale to duża działka i...

- Skąd je­steś? Cho­dzi mi o Fin­lan­dię. Z Hel­si­nek? Kau­nia­inen? Turku?

- Co to ma... z Hel­si­nek, ale...

- Je­ste­śmy na wy­sy­pi­sku śmieci! Nie sły­sza­łeś o Äm­mäs­suo? Nie wi­dzia­łeś go na ma­pie? Tuż obok znaj­duje się ogromne wy­sy­pi­sko śmieci, na które tra­fiają śmieci z ca­łego ob­szaru me­tro­po­li­tal­nego! Śmier­dzi tu na­wet te­raz, a wy­obraź so­bie, jak cuch­nie w upalne let­nie dni, kiedy wszyst­kie bio­od­pady i in­nego ro­dzaju gówno są prze­twa­rzane obok!

- Ale wy­cię­li­by­śmy drzewa i zbu­do­wali...

Prze­rwa­łam gło­sem tak gorz­kim, że po­czu­łam żółć w ustach:

- Co? Co byś zbu­do­wał? Bun­kier, żeby smród nie mógł się prze­do­stać? Ależ tak. Bo w pew­nym sen­sie to cał­kiem lo­giczne, że wła­śnie to wy, piękni i od­ważni lu­dzie, tak my­śli­cie o pra­cow­ni­kach warsz­tatu i na­szych dzia­ła­niach! Je­ste­śmy od­pa­dami, które na­leży ukryć poza za­się­giem wzroku! Przy oka­zji, wiesz gdzie do­kład­nie je­ste­śmy w Espoo?

Fi­lip za­czął wy­glą­dać na roz­gnie­wa­nego.

- Za­uwa­ży­łem, że to nie­da­leko gra­nicy z Kirk­ko­nummi, ale trans­port pu­bliczny bę­dzie tu do­jeż­dżał!

Wy­da­łam z sie­bie gniewny śmiech, który brzmiał jak kra­ka­nie wrony.

- Pu­bliczny! Pu­bliczny bę­dzie do­jeż­dżał! Dzięki nie­bio­som! Wi­dzisz tu gdzieś w po­bliżu przy­sta­nek au­to­bu­sowy?

- Nie, ale...

- A ja wiem, gdzie jest. Po­nie­waż by­łam tu z moim chło­pa­kiem, żeby wy­rzu­cić śmieci, i mi­ja­łam go wiele razy! Przy­sta­nek jest tam! - Wska­za­łam w kie­runku wy­sy­pi­ska i do­da­łam: - Po­wy­żej skrzy­żo­wa­nia. A gdy­byś z tym twoim mi­ło­sier­nym ser­cem chciał zna­leźć tu sklep, to po­wiem ci, że nasi cho­rzy na reu­ma­tyzm albo ku­le­jący mu­sie­liby przejść co naj­mniej ki­lo­metr, aby do­stać się do sklepu! Wielu jesz­cze mo­głoby do­jeż­dżać tak­sów­kami, ale na­dal są słabi fi­zycz­nie! I że­byś wie­dział! Sam do­jazd z cen­trum Espoo zaj­muje pół go­dziny, a au­to­busy od­jeż­dżają co pół go­dziny, je­śli w ogóle! Wiem, bo... - Głos mi się za­ła­mał, a bez­silne łzy wście­kło­ści za­kłuły mnie w oczy i zdła­wiły gar­dło. Wie­dzia­łam, bo je­cha­łam stąd au­to­bu­sem do mo­jej przy­ja­ciółki Kit w Kirk­ko­nummi, ale nie mia­łam siły już tego tłu­ma­czyć. Od­wró­ci­łam się ple­cami, wsia­dłam do sa­mo­chodu i opa­dłam na sie­dze­nie. Fi­lip po chwili po­dą­żył za mną, a gdy za­mknął drzwi ja­gu­ara, ode­zwa­łam się za­chryp­nię­tym od pła­czu gło­sem:

- Od­wieź mnie do domu. Mam dość do­wo­dów, żeby po­zwać For­mię, a je­śli bę­dzie trzeba, sama za­cią­gnę po­życzkę, żeby wal­czyć i spo­wol­nić twoje ma­rze­nie. I miejmy na­dzieję, znaj­dziemy ja­kąś zno­śną dziurę w mie­ście lub ja­kie­goś wła­ści­ciela ziemi, który ma choćby ele­men­tarne wy­czu­cie sy­tu­acji!

Fi­lip mil­czał przez chwilę, po czym chwy­cił kie­row­nicę i od­po­wie­dział wy­mi­ja­jąco:

- Eino wspo­mi­nał o wy­sy­pi­sku i szcze­rze mó­wiąc, nie miało to dla mnie więk­szego zna­cze­nia. Nie ma ad­resu tego miej­sca i za­pi­sa­łem je we­dług współ­rzęd­nych. Nie mia­łem czasu... nie za­uwa­ży­łem...

- Wiesz co? To tylko wina współ­cze­snego świata. Czło­wiek nie ma chwili, aby się za­trzy­mać i po­świę­cić cze­muś czas. Przy­naj­mniej część na­szych pro­ble­mów z za­trud­nie­niem można by roz­wią­zać, gdyby tylko... - Umil­kłam, po czym do­da­łam z go­ry­czą: - Co to ma, do cho­lery, za zna­cze­nie? To tylko moje zamki z pia­sku. Za­bierz mnie do domu.

Usły­sza­łam, jak Fi­lip wziął od­dech, po czym od­po­wie­dział po­woli czy­stym gło­sem:

- Za­wa­li­łem i cię zra­ni­łem. Prze­pra­szam. Przy­naj­mniej po­zwól mi ku­pić ci coś do je­dze­nia. Masz ra­cję. To nie jest do­bre miej­sce i... i... może by­łem aro­gancki, bo na­wet nie za­da­łem so­bie trudu, żeby spraw­dzić, gdzie cię przy­wio­złem. Obie­cuję, że le­piej przyj­rzę się na­stęp­nej opcji.

Upar­cie wpa­try­wa­łam się przed sie­bie, ale szorstki głos Fi­lipa był ku­sząco szczery, a jed­no­cze­śnie spo­kojny. Po chwili po­czu­łam jego rękę na ra­mie­niu. Przy­się­gam, że pró­bo­wa­łam trzy­mać emo­cje na wo­dzy. W moim mó­zgu roz­brzmie­wał na­wet gniewny głos, który ka­zał mi ode­pchnąć dużą, cie­płą dłoń i spo­licz­ko­wać męż­czy­znę.

Ten głos nie zdo­łał prze­ko­nać mo­ich zmy­słów czu­ją­cych, jak mę­ska dłoń do­tyka moją rękę po­woli i zmy­słowo. Wkrótce po­czu­łam to w ca­łym ciele. To było jak ta­niec, roz­prze­strze­nia­jący nie­sa­mo­witą przy­jem­ność pod moją skórą, na pier­siach, w bo­le­śnie pa­lą­cym kro­czu.

W końcu udało mi się od­su­nąć. Krę­ciło mi się w gło­wie, ale przy­naj­mniej coś wy­my­śli­łam.

- Do­kąd idziemy? - za­py­ta­łam, pod­da­jąc się.

Fi­lip nie od­po­wie­dział od razu, a ja przez chwilę za­sta­na­wia­łam się, o czym my­śli.

- Mia­łem ju­tro przy­go­to­wać szwaj­car­skie da­nia dla... swo­jego go­ścia, ale może zro­bimy to ra­zem dzi­siaj? - za­su­ge­ro­wał. - Anu­luję re­zer­wa­cję.

- Chcesz, że­bym do cie­bie przy­szła? - Nie­do­wie­rza­nie w moim gło­sie było na­ma­calne. Fi­lip chrząk­nął.

- A dla­czego nie? Nie je­stem zbyt do­brym ku­cha­rzem, przy­da­łaby mi się po­moc. Bę­dziemy mo­gli też po­roz­ma­wiać, a w re­stau­ra­cji mo­żemy mieć za dużą pu­blicz­ność, je­śli na­sze roz­mowy nie pójdą cał­kiem... gładko.

Oczy­wi­ście nie po­win­nam była się zga­dzać. Nie po­win­nam iść do domu Fi­lipa Lin­della. Myśl o ko­la­cji w re­stau­ra­cji już za bar­dzo na­mie­szała mi w gło­wie, ale to... to... Usły­sza­łam swój głos jakby spoza sie­bie, szorstki, a jed­no­cze­śnie dziw­nie miękki:

- Do­brze. Je­śli to coś tłu­stego i do­brego.

- Zde­cy­do­wa­nie. To ta­kie je­dze­nie, od któ­rego do­sta­jesz prysz­czy.

Fi­lip za­brał mnie do Ta­pioli, jed­nej z dziel­nic Espoo. By­łam nieco za­sko­czona. Znaj­du­jące się tu domy sły­nęły z nie­tu­zin­ko­wej ar­chi­tek­tury, ale Fi­lip miał "tylko" miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze. Cho­ciaż było ele­ganc­kie w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, spo­dzie­wa­łam się, że pre­zes For­mii bę­dzie miesz­kał w pry­wat­nym domu nad mo­rzem.

Samo wnę­trze było mi­ni­ma­li­stycz­nie. Kiedy za­trzy­ma­łam się obok szafy z wie­sza­kami, wciąż by­łam po­dejrz­liwa i nie­ufna, ale nie mo­głam po­wstrzy­mać się od uśmie­chu na wi­dok warsz­ta­to­wych pro­duk­tów w przed­po­koju po­śród ca­łej tej ascezy.

Fi­lip z ja­kie­goś po­wodu stał za mo­imi ple­cami i to mnie de­ner­wo­wało. Po­śpiesz­nie roz­pię­łam płaszcz, który męż­czy­zna za­brał ode mnie.

- Nie mu­sisz tak ska­kać wo­kół mnie - po­wie­dzia­łam od­ru­chowo.

- Je­stem przy­zwy­cza­jony do tego, że męż­czy­zna musi dbać o ko­bietę. Ale w twoim przy­padku to tylko zdrowy in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy. Te wie­szaki były na­prawdę dro­gie i nie po­zwolę ci ich do­ty­kać w ta­kim sta­nie umy­słu.

Fi­lip po­wie­sił mój płaszcz, a na­stęp­nie swój, po czym po pro­stu oznaj­mił:

- Chodź.

Po­dą­ża­łam za nim przez prze­stronny apar­ta­ment z lat sześć­dzie­sią­tych z du­żymi oknami, po­dzi­wia­jąc lśniący par­kiet i białe ściany. Tylko długa ściana w sa­lo­nie była po­ma­lo­wana na ciem­no­czer­wony ko­lor, a na niej wi­siało kilka ze­ga­rów o róż­nych roz­mia­rach i kształ­tach, które po­mimo róż­nic nad­zwy­czaj do­brze się ze sobą kom­po­no­wały. Obok ze­ga­rów znaj­do­wał się re­gał pe­łen ksią­żek, a mię­dzy oknami re­gał z te­le­wi­zo­rem. W po­koju stał rów­nież kom­plet czar­nych skó­rza­nych sof. Z sa­lo­nem po­łą­czona była kuch­nia, a za mo­imi ple­cami znaj­do­wały się jesz­cze dwa mniej­sze po­koje. Wszę­dzie pa­no­wał po­rzą­dek, a każdy przed­miot wy­da­wał się na swoim miej­scu. Żad­nych ubrań na ka­na­pie czy fo­te­lach, żad­nych plam na szkla­nym sto­liku do kawy, żad­nych od­ku­rza­czy czy in­nych sprzę­tów. Cóż, Fi­lip pew­nie miał sprzą­taczkę, po­my­śla­łam z wyż­szo­ścią.

Kiedy do­tar­li­śmy do spo­rej kuchni, z ciem­no­zie­lo­nymi gór­nymi szaf­kami i drew­nia­nymi dol­nymi, wy­glą­da­ją­cej na­prawdę sty­lowo, za­py­ta­łam:

- Co mam zro­bić?

- My­ślę, że po­zwolę ci wy­ła­do­wać swoją wście­kłość. To bez­piecz­niej­sze miej­sce niż mój sa­mo­chód - od­parł męż­czy­zna.

Grze­bał w lo­dówce, a ja na­gle zda­łam so­bie sprawę, że ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam Fi­lipa bez płasz­cza. Te­raz ga­pi­łam się w osłu­pie­niu na wspa­niałe sze­ro­kie ra­miona i dłu­gie plecy otu­lone oliw­ko­wo­zie­lo­nym swe­trem, zwę­ża­jące się w sek­sowne bio­dra i... i... ty­łek, który pra­gnę­łam zo­ba­czyć bez ubra­nia... po­dob­nie jak te dłu­gie nogi... i wła­ści­wie każdy... każdy... cen­ty­metr...

Fi­lip ob­ró­cił się zwin­nie, jak to miał w zwy­czaju, aż się prze­stra­szy­łam. Moje po­liczki zro­biły się czer­wone. Co, do cho­lery, się ze mną działo przy tym czło­wieku? Tak, tę­sk­ni­łam za męż­czy­zną albo sek­sem, ale ni­gdy nie by­łam tak ża­ło­śnie po­żą­dliwa jak te­raz. Ni­gdy wcze­śniej nie śli­ni­łam się na wi­dok mę­skiego tyłka.

- Na nich - po­wie­dział i we­pchnął mi w dło­nie dwa wiel­kie ka­wałki sera.

Zdą­ży­łam już za­po­mnieć, co Fi­lip po­wie­dział wcze­śniej, i wpa­try­wa­łam się tępo w bloki sera.

- Mo­żesz je za­trzeć i wy­ła­do­wać gniew - po­wie­dział prze­kor­nie męż­czy­zna.

-Tak, oczy­wi­ście - zgo­dzi­łam się za­wsty­dzona i po­de­szłam do dru­giego końca lady, obok ku­chenki i zlewu.

- Masz ładne ubra­nia. Za­łóżmy ci far­tuch, żeby się nie po­bru­dziły - za­pro­po­no­wał Fi­lip i ru­szył w moim kie­runku z far­tu­chem w ręku.

- Nie! - od­par­łam, gdy zo­ba­czy­łam, że męż­czy­zna zbliża się do mnie, a na­stęp­nie do­da­łam już w miarę spo­koj­nie: - Więc... tak, może to do­bry po­mysł. Po pro­stu mi go daj. - Wy­cią­gnę­łam rękę szybko i zde­cy­do­wa­nie. Do­strze­głam w oczach Fi­lipa, że ro­zu­mie przy­czynę mo­jej re­ak­cji, ale nic nie po­wie­dział.

- Co ro­bimy? Fon­due? - za­py­ta­łam, za­wią­zu­jąc far­tuch wo­kół bio­der.

- Tak. Ty przy­go­to­wu­jesz naj­waż­niej­szy skład­nik fon­due, czyli ser. A ja za­czy­nam ro­bić kre­mowy sos z cie­lę­ciną i grzy­bami. Lu­bisz grzyby, prawda? To kla­syk. Zür­cher ge­sch­net­zel­tes. Poza tym zro­bię jesz­cze kilka pro­stych so­sów do ma­ka­ronu.

To znacz­nie wię­cej niż moje umie­jęt­no­ści ku­li­narne. Po­tra­fi­łam ugo­to­wać jajka. I usma­żyć je.

Fi­lip wy­jął coś z szafki i znów za­czął się do mnie zbli­żać. In­stynk­tow­nie się od­su­nę­łam, a gdy po­ło­żył dużą tarkę do sera na bla­cie obok mnie, zmru­żył oczy i za­py­tał zre­lak­so­wa­nym gło­sem:

- Wy­glą­dasz na... prze­stra­szoną. Bo­isz się mnie?

Po­gła­dził swój mocny, ostry pod­bró­dek, a ja spoj­rza­łam na jego dłoń i usta. Moje my­śli top­niały jak lody na słońcu. Po­trzą­snę­łam słabo głową. Fi­lip pod­szedł jesz­cze bli­żej. Spoj­rza­łam w jego lśniące lo­do­wo­błę­kitne oczy, gdy za­ło­żył mi włosy za ucho i do­tknął skóry szyi, jakby przy­pad­kiem. Krew bu­zo­wała w mo­ich ży­łach jak woda w po­ciągu pa­ro­wym. Moje usta roz­chy­liły się, a spo­mię­dzy nich wy­rwało się małe wes­tchnie­nie. Wszyst­kie wło­ski na skó­rze sta­nęły mi dęba.

- To nie to.

Fi­lip za­sta­na­wiał się przez chwilę i za­py­tał:

- Po­trze­bu­jesz po­mocy przy ście­ra­niu sera? Mogę ci po­ka­zać. Tak jak wtedy, gdy ro­bi­li­śmy zdję­cia.

Wy­raz twa­rzy męż­czy­zny był jed­no­cze­śnie pe­łen na­dziei i zło­wrogi. Przez chwilę zma­ga­łam się z za­że­no­wa­niem, po­żą­da­niem i roz­pa­czą, aż zde­cy­do­wa­łam się być szczera. Może to za­mknę­łoby tę iry­tu­jąco za­do­wo­loną gębę, choć na chwilę. Skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi i za­drża­łam:

- Do­brze. Wy­gra­łeś. Tak! Moje ciało cię lubi i chce iść z tobą do łóżka. Ale to nie zna­czy, że mój mózg nie działa. Ce­nię zdrowy roz­są­dek, a sy­pia­nie z tobą nie mia­łoby żad­nego sensu.

Fi­lip na­prawdę wy­glą­dał na za­sko­czo­nego, stwier­dzi­łam z sa­tys­fak­cją i trium­fal­nie od­wró­ci­łam się w stronę sera i tarki. Męż­czy­zna nie od­szedł, żeby za­jąć się grzy­bami, na co li­czy­łam, ale stał obok mnie. Nie­całe pół me­tra ode mnie. A ja nie­stety nie mia­łam już gdzie się ru­szyć. Nie spusz­cza­łam wzroku z sera Gruy­?re, jak mó­wiła ety­kieta. Ścią­gnę­łam opa­ko­wa­nie i za­czę­łam trzeć bryłę na du­żej drew­nia­nej de­sce do kro­je­nia.

- Nie masz nic do ro­boty? A może to ja ro­bię te ge­sch­net­se­linki, czy co to było? - za­py­ta­łam zi­ry­to­wana ochry­płym gło­sem.

- Dam radę. Wła­śnie my­śla­łem o twoim ko­men­ta­rzu - od­parł Fi­lip z uda­waną po­wagą.

Po­win­nam była trzy­mać gębę na kłódkę. Oczy­wi­ście, że po­win­nam. Po­win­nam była od­pu­ścić i trzeć ten cho­ler­nie twardy i ciężki ka­wa­łek sera. Ale oczy­wi­ście nie po­tra­fi­łam. Słowa same wy­pły­nęły z mo­ich ust.

- Co? Co mo­gło być w tym nie­ja­snego? - za­py­ta­łam po kilku se­kun­dach zma­gań i po­now­nie pod­nio­słam sfru­stro­wany wzrok na Fi­lipa.

Męż­czy­zna dra­pał się po karku i pa­trzył mi w oczy w za­my­śle­niu.

- Dla­czego łóżko? Skoro ten świat jest pe­łen wszel­kiego ro­dzaju in­te­re­su­ją­cych miejsc...

Ode­tchnę­łam z iry­ta­cją na bez­czelny i na­tar­czywy flirt, ale nie mo­głam nic po­ra­dzić na fakt, że moje wła­sne ko­ści za­czy­nały przy­po­mi­nać oło­wiane cię­żarki. W mo­jej wy­obraźni po­ja­wiły się miej­sca, które łóż­kiem nie były. Na przy­kład stół ku­chenny. Moje wła­sne biuro. Sa­mo­chód Fi­lipa. Czarny skó­rzany fo­tel w jego sa­lo­nie. Duży pa­ra­pet w miesz­ka­niu... Wy­rwa­łam się z mo­jej brud­nej, przy­jem­nej fan­ta­zji, gdy po­now­nie usły­sza­łam mru­czący głos.

- A poza tym, dla przy­po­mnie­nia. Nie boję się. Ni­gdy. Flir­tuję, ba­wię się. A po­tem upra­wiam seks. Pie­przę się. Ale się nie boję.

Je­śli cze­goś by­łam pewna, to kom­plet­nego braku rów­no­wagi w moim ciele. Czu­łam się jak młoda akro­batka bez siatki bez­pie­czeń­stwa, która zro­biła fał­szywy krok i wal­czyła z ży­ciem i śmier­cią. Od­wró­ci­łam się ocię­żale w stronę tarki oraz sera i od­po­wie­dzia­łam nie­wy­raź­nym, pra­wie stłu­mio­nym gło­sem:

- Do­brze wie­dzieć. Go­tu­jemy już? Je­stem głodna, a po tym, jak spier­do­li­łeś z działką, je­steś mi wi­nien na­prawdę do­bry po­si­łek.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki