Zegarki Pana Słowackiego - Aneta Cierechowicz

Kup ebooka

32.00 zł
25.60 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Po zaniedbanych korytarzach swego zamku sunęła ponuro pani Halszka. Przez nieszczelne okiennice wdzierał się wiatr, wnosząc ze sobą suche zbrązowiałe liście - oznaki ciągłej jesieni. Szlachcianka wzdychała rozdzierająco, wspominając przeszłość. Nie tę związaną z młodością, miłością i porywczością, ale tę przypadającą na wiek dojrzały, wiek rozliczeń za postępowanie zgodne z pragnieniami serca, wiek kary. Strasznej, bo gotowanej przez zranionego w swej dumie, odtrąconego męża. Niechcianego i nigdy niekochanego.

Halszka westchnęła po raz kolejny, a jej szare, podarte szaty, które niegdyś mogły budzić zazdrość swoim krojem i bogactwem ozdób, uniosły się wysoko nad klatką piersiową. Kobieta przemknęła obok lustra ze zniszczoną taflą, na której nieprzychylny czas wyrysował siateczkę rys i pęknięć podobnych do zmarszczek na twarzy wychudzonej szlachcianki.

Tak, bardzo wychudzonej. Na tym polegała zemsta zdradzonego mężczyzny. Głód. Zamknięta do końca życia w części zamkowych komnat, krążyła, szukając czegokolwiek do jedzenia, próbując oszukać głód ruchem, myślami i żuciem kawałków materiałów, patyczków przyniesionych przez wiatr...

Czasami z niepokojącym ją samą zainteresowaniem przyglądała się gołębiom i wróblom przysiadającym na parapetach. Pulchnym ptaszkom, z których można byłoby przygotować pyszny rosół lub smakowitą potrawkę w białym sosie z rodzynkami. Każdy szelest skupiał na sobie jej uwagę. Jeśli rozlegał się tuż przy ziemi w kącie, mógł być dziełem myszy. Ciekawe, jakie danie można zrobić...

Halszka przełknęła ślinę i westchnęła tak głośno, że zabrzmiało to jak jęk. Wyciągnęła przed siebie ręce, aby złapać majaczący przed nią kształt...

*

Zaczytany jedenastolatek zadrżał, czując na ramieniu lodowaty dotyk dłoni upiora. Był przekonany, że tajemniczym zrządzeniem losu przeniósł się do zamku w Szamotułach, stając się obiadem ducha zagłodzonej Halszki. Do jego sparaliżowanego strachem umysłu dotarło ciche wycie:

- Aaa... Aaa!

Chłopiec głęboko odetchnął. Postanowił stawić czoło upiorowi. Nie da się pożreć żywcem. I to od tyłu. Jeżeli chce go skonsumować, musi patrzeć mu w oczy. Powoli zaczął się odwracać.

- Aaadaaś!

Adaś zatrzepotał powiekami. To już koniec. Zjawa zna jego imię. Chociaż... Może nie będzie tak źle. Jej głos brzmiał przyjaźnie. Nawet znajomo. Przypominał tembr głosu babci.

- Adasiu, co ty znowu czytasz? - babcia wyjęła z rąk wnuka kartki zapisane pięknym, wyraźnym pismem. - No tak - pokiwała głową i uśmiechnęła się lekko. - Dziadkowe zbiory. Atanazy! - krzyknęła donośnie i w chwilę potem w drzwiach pokoju zjawił się starszy pan z gęstą siwą czupryną i wypielęgnowaną hiszpańską bródką.

Jego wzrok padł najpierw na trzymane w rękach żony karteczki, a potem na jej oskarżycielsko patrzące oczy. Podszedł do niej dziarskim krokiem i wyjąwszy obwiniające go dokumenty, zapytał z powagą i zainteresowaniem:

- Słucham cię, Jadwiniu?

- Nie udawaj zakochanego niewiniątka - babcia starała się zachować surowy wygląd. - Znów dałeś Adasiowi do czytania te twoje bazgroły.

Dziadek Atanazy obruszył się:

- Nie udaję niewiniątka, a to nie są bazgroły! To kawałki historii, może nie tej największej, ale za to budzącej zainteresowanie przeszłością. Od czegoś, moja kochana, trzeba zacząć poznawanie swoich pradziejów.

- Ale niekoniecznie od wyjących z głodu upiorów.

Dziadek musiał, choć zrobił to niechętnie, zgodzić się z małżonką. Chociaż, do czego oczywiście nie zamierzał się głośno przyznawać, najbardziej lubił historie z tajemnicą. Od nich zaczęła się jego kolekcja anegdot, legend, opowiastek o niezwykłych zdarzeniach z przeszłości. W zamierzchłych czasach, czyli wtedy, gdy był dzieckiem, jego mama opowiadała mu fragmenty losów polskich władców. Najbardziej lubił historię nieszczęśliwej miłości przyszłej królowej Polski Jadwigi albo trwającego mimo śmierci ukochanej uczucia króla Zygmunta Augusta do Barbary Radziwiłłówny. Podobała mu się też intryga, której celem było porwanie Napoleona przebywającego w Szamotułach. Najbardziej śmieszyła go historia późniejszego pisarza, w czasie opisywanego zdarzenia jeszcze żołnierza, Jana Chryzostoma Paska, który dochodząc do zdrowia u tkacza w Mosznie, stracił włosy, ale bardziej cieszył się dobrym jedzeniem i zabiegami wokół jego osoby niż wyłysieniem.

Najpierw tych wszystkich opowieści słuchał, potem zaczął je zapisywać, następnie sam ich szukał i notował na luźnych kartkach, które wrzucał do pudła po tenisówkach. Zbiory z czasem zrobiły się bardzo bogate i przy okazji bardzo chaotyczne, gdyż ich właściciel nigdy nie miał zamiaru ich uporządkować. Atanazego nie interesowała ich chronologia, tylko tkwiąca w nich tajemnica, oryginalność losów jednych postaci i uporczywa powtarzalność pewnych zdarzeń w życiu innych.

W chwili gdy Adaś, jego obecnie najstarszy wnuk, wykazał zainteresowanie anegdotami, starszy pan na nowo odkrył ich urok. Często siadywali razem nad kartkami i na chybił trafił wybierali kartkę, a potem odczytywali utrwaloną na niej historię. Ponieważ chłopiec szybko nauczył się czytać i lubił to zajęcie, sięgał do zbiorów dziadka sam, wybierając to, co było owiane atmosferą grozy lub niesamowitości.

Tak było i w tym przypadku. Legenda o Halszce z rodu księcia Ostrogskiego wydanej przemocą za mąż najpierw za księcia Dymitra Sanguszkę, a potem za starszego od niej wojewodę poznańskiego Łukasza Górskiego, pana na Szamotułach, budziła żywe emocje chłopca. Szczególnie jeśli wierzyć podaniu także w części mówiącej o założeniu niewiernej żonie na twarz żelaznej maski, której piękna Halszka nie mogła zdjąć do końca życia.

Dziadek także dobrze pamiętał ten fragment historii. Uśmiechnął się kącikami ust, dostrzegając w ukaraniu szlachcianki pewną zaletę: zamknięta w żelaznej masce, nie mogła mówić. Szybko jednak porzucił tę złośliwą myśl i wrzucił trzymane karteczki do otwartego pudła.

Adaś obserwował dziadków i czuł ogarniający go spokój i poczucie bezpieczeństwa. Z ulgą uświadomił sobie, że lodowata dłoń upiora była tylko ręką babki, a wycie zniekształconym przez jego wyobraźnię wołaniem. Poczuł wręcz wdzięczność, że wyrwała go z krainy fantazji. Tym bardziej, że kryła się za tym na pewno słodka tajemnica warta natychmiastowego poznania.

- Dlaczego, babciu, mnie wołałaś? - zapytał chłopiec.

- Chcesz wylizać łyżkę i zjeść resztki ciasta z miski? - z uśmiechem odparła babka, znając odpowiedź.

- Jasne!

Jedenastolatek zdecydowanym ruchem odsunął krzesło, wstał i pomaszerował do kuchni. Za nim ruszyła babka, a po zamknięciu pudła dołączył do nich dziadek, także amator ciasta.

W kuchni znaleźli się w ostatniej chwili. Większość przysmaku zdążył bowiem wyjeść młodszy wnuk, Gabrielek, zwany przez brata Adasia - Raptorem. Widząc jego umazaną buzię i zachwyt malujący się w oczach, wszyscy musieli się uśmiechnąć.

- Wystarczy już, bo będzie cię bolał brzuszek. Teraz Adaś trochę zje - zdecydowała babcia.

Czterolatek z niechęcią przekazał miskę starszemu bratu i grzecznie podreptał z nią do łazienki umyć kleiste rączki i twarz. Adaś przejechał łyżką po ściankach miski, nabierając na nią resztki ciasta i z namaszczeniem ją oblizał.

- Pycha - szepnął konspiracyjnie do dziadka, który ze zrozumieniem pokiwał głową, po czym przesunął palcem po ściankach naczynia i wsadził go do ust. Oblizał go szybko i konspiracyjnie, wiedząc, z jakim oburzeniem zareagowałaby na ten nieestetyczny i niehigieniczny gest jego żona. Wnuk z zazdrością obserwował odważny czyn dziadka. Tak wylizywane ciasto było o wiele smaczniejsze, ale można było narazić się na ostrą reprymendę.

- Poczytamy coś jeszcze? - zapytał Adaś, oblizując wargi.

- Mhm, po podwieczorku - zapewnił go dziadek.

- Ale tym razem jakąś pouczającą historię - włączyła się do dyskusji babcia.

- Co masz na myśli? - z niechęcią zapytał mąż. - Według mnie wszystkie legendy i anegdoty są pouczające: albo dostarczają wiedzy o przeszłości, albo o ludzkich przywarach.

- Mam na myśli opowieść bez duchów, zgonów i innych okrucieństw. Jeśli masz takie - złośliwie podsumowała babka.

- Oczywiście, że mam.

- Nie wiadomo tylko, czy znajdziesz - mruknęła starsza pani próbująca przekonać swego małżonka od wielu lat, aby zaprowadził w zbiorach jakiś porządek. Jeżeli nie chronologiczny, to choćby alfabetyczny lub tematyczny.

- Opowiem wam o zegarkach Słowackiego.

Adaś podniósł wzrok znad wyskrobywanego dna miski.

- Tego, który rywalizował z Mickiewiczem?

Babcia i dziadek wymienili porozumiewawcze spojrzenie. Wnuczek znowu ich zaskoczył. Jego wiedza bywała czasami niesamowita. Miał dobrą pamięć, był spostrzegawczy i pilnie słuchał. Efektem były wiadomości i słownictwo wykraczające poza jego wiek i wiedzę przekazywaną na lekcjach.

- Tak - dziadek potwierdził i dodał: - To byli najwięksi polscy poeci romantyzmu.

- Mhm - przytaknął Adaś, oblizując łyżeczkę. - Wiem, wieszcze albo wieszczowie... Mama kiedyś mówiła.

- No tak - babka westchnęła z uśmiechem. - Zapomniałam, że nasza Helutka lubi Słowackiego i nie znosi Mickiewicza.

- Dziwne nie jest - mruknął dziadek. - Po tym jego tasiemcowym poemacie o ucztach i bijatykach, który trzeba było wkuwać na pamięć, można się nabawić urazu.

- Nie przesadzaj. Zawsze trzymałeś jej stronę, a to największy polski...

- Największą to miał czuprynę, a poza tym największy nie znaczy najlepszy.

- Jesteś gorszy od Gombrowicza! Tylko byś ośmieszał i obniżał wartość.

- Tylko wtedy, gdy jestem o tym przekonany.

Adaś przyjrzał się dyskutującym z uwagą. Przełożył łyżkę do drugiej ręki i postanowił zaryzykować. Dziadków tak pochłonęły rozważania nad romantycznymi poetami, że zaistniała szansa bezkarnego wylizania resztek ciasta za pomocą palca.

- O, matko!

Adaś drgnął przestraszony. "Wpadłem" - pomyślał przekonany, że babka jednak zauważyła popełnione przez niego przestępstwo.

- Gabrielek!

Drugi okrzyk babki wyjaśniał wszystko. W kuchni było zbyt spokojnie, nikt nie marudził, że chce jeszcze ciasta albo chce otwierać gotujący piekarnik. W pozostałych pomieszczeniach także panowała cisza. To mogło oznaczać jedno: Gabrielek znalazł sobie interesujące zajęcie. A jeśli było interesujące dla niego, to było na pewno zagrożeniem dla innych.

Babka rzuciła się do łazienki, a za nią pobiegli pozostali. Ich nagłe pojawienie się w przybytku czystości nie zrobiło najmniejszego wrażenia na malcu. Pozostawiony po myciu i wycieraniu, doszedł do wniosku, że wykorzysta chwilę nieuwagi dorosłych i zapozna się z wyposażeniem. Zajęty był właśnie rozsmarowywaniem pasty do zębów na klamerkach. Czynność ta wymagała skupienia i precyzji, ale efekt był godzien wysiłku - klamerki były lśniąco białe.

- Gabrielku! Co ty wyprawiasz, przecież tak nie wolno - westchnęła babka Jadwinia, opuszczając bezradnie ręce.

- Ty się zajmij ciastem - dziadek pocałował żonę w policzek - a my zaprowadzimy tu porządek - uśmiechnął się - a potem opiszemy to wydarzenie i zacznę zbierać w osobnym pudle - pan Atanazy zaakcentował dwa ostatnie wyrazy - anegdotki o wnukach.

- To jest genialna myśl - jęknęła babka, opuszczając łazienkę.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, trójka spiskowców obdarzyła się porozumiewawczym spojrzeniem. Burza została zażegnana. Klamerki się umyje, a potem zasiądzie do pysznego, w pełni zasłużonego podwieczorku.

- Ty to zawsze musisz coś wykombinować - mruknął pod adresem Raptorka potępiająco, dla zachowania pozorów, starszy brat.

- Otóż to - przytaknął z uśmiechem dziadek. - A teraz posprzątajmy ten doświadczalny poligon.

Po paru minutach wszyscy spotkali się przy stole: trzech czyścicieli oraz Królowa Szarlotki. Pachniało kawą i świeżo upieczonym ciastem. Na pierwszy ogień poszły jednak niebywale smaczne lody firmy Grycan o smaku truskawkowym. Chętni mogli do miseczek dołożyć sobie pyszną bitą śmietanę przygotowaną przez babcię. Wszyscy woleli jednak delektować się czystym smakiem każdego z dań. W tym czasie szarlotka Jadziuni (oficjalna nazwa w kręgach rodzinnych i znajomych) stygła, rozsnuwając w powietrzu słodki aromat ciasta z jabłkiem. Po skonsumowaniu lodów i bitej śmietany babka zerknęła na swojego męża i przypomniała mu:

- Miałeś, kochany Atanazy, opowiedzieć o zegarkach Słowackiego, pamiętasz?

- Oczywiście, Jadwinko. A zatem słuchajcie. Rzecz jest tajemnicza, ale... - dziadek natychmiast spostrzegł zaniepokojony wzrok żony - ... spokojnie, spokojnie, nie ma tu duchów ani upiorów, to raczej sprawa dla detektywa.

Adaś od razu skupił uwagę na słowach dziadka. "Sprawa dla detektywa" mogła oznaczać początek dobrej zabawy. Pod jednym jednakże warunkiem.

- Czy to będzie się działo w Poznaniu?

- Tak, trochę, bo to długa i skomplikowana historia.

- Bardzo długa?

- Tak, i robi się coraz dłuższa.

- Dlaczego?

- Bo nie pozwalacie mi jej zacząć!

- Dziadzio, kakaoko! - wtrącił się Gabrielek.

- No nie, nie teraz - zdenerwował się Adaś. - Nie możesz poczekać?

- Dziadzio, kakaoko! - Gabrielek nie prosił, lecz wydawał niecierpiące zwłoki polecenie.

Wszyscy westchnęli i poddali się losowi. Z uporem Gabrielka nie było sensu się spierać. Do chwili otrzymania swojego ulubionego napoju mógł bez znużenia powtarzać kwestię jak zacinająca się, pozbawiona uczuć płyta.

Dziadek podreptał do kuchni spełnić pragnienie wnuka. Przyrządzenie kakao należało do jego zakresu usług. Wszyscy bezapelacyjnie orzekli, co potwierdził malec, że kakao przygotowane przez pana Atanazego smakuje najlepiej, choć robił je tak samo jak miliony innych ludzi. W czym tkwił sekret - nie wiedział nikt, nawet sam twórca. W niewyjaśniony sposób dobierał taką ilość poszczególnych składników, że osiągał niebywale kakaowy smak. Ledwie zniknął w kuchni, usłyszał dobrze znany okrzyk:

- I dla mnie też! - Adaś postanowił wykorzystać sytuację.

Po powrocie do stołu dziadek odchrząknął i zaczął:

- Juliusz Słowacki dbał o strój. W swoich listach często informował, co nosił, w czym się szczególnie dobrze prezentował i co najbardziej lubił zakładać. Kiedy po wyjeździe z Polski przebywał w Paryżu, nosił na przykład białe szarawarki, białą kaszmirową kamizelkę w ogromne różnokolorowe kwiaty i laseczkę z pozłacaną główką...

- Co białego? - przerwał Adaś.

- Szarawarki to krótkie spodnie - wyjaśnił dziadek.

- Aha. A ta kamizelka w kwiaty to naprawdę?

- Takie stroje były wtedy modne.

- Kiedy?

- Ponad 150 lat temu.

- Aha.

- Mogę dalej? - ponieważ wszyscy pokiwali przyzwalająco głowami i zajęli się szarlotką, co zapewniało milczenie, dziadek kontynuował: - Potem zmienił styl i nosił na przykład kanarkową, czyli żółtą kamizelkę, i żółtawoblade rękawiczki...

- Albo słynął z dużych kołnierzyków, które nazywano kołnierzykiem Słowackiego - wtrąciła babka. - Przynajmniej tak opowiadała mi moja mama.

- I miała rację - potwierdził pan Atanazy i podsumował swój dotychczasowy wywód: - Jak więc widać, przywiązywał sporą wagę do swojego wyglądu i noszonych przedmiotów.

- Ja bym powiedział, że szpanował, i to na siłę - przerwał Adaś z pełnymi babcinej szarlotki ustami. - Ta kamizelka w kwiatki to przesada.

- Dzisiaj tak nam się wydaje, ale za jego czasów była dowodem znajomości obowiązujących w modzie trendów.

- Aha - Adaś zaakceptował wyjaśnienie dziadka, który westchnął z odrobiną poirytowania i mówił dalej:

- Jak więc mówiłem, Juliusz Słowacki przywiązywał wagę do stroju, w tym także do zegarków. Istniał zegarek, który przewędrował wraz z poetą wiele kilometrów i krajów. Był okrągły, w złotej kopercie i na łańcuszku. Słowacki sportretował się z nim, więc wiadomo, jak wyglądał. Przyszły wieszcz utrwalony na obrazie zaciskał kurczowo palce na zegarku, co pozwala myśleć, że był do niego bardzo przywiązany. Używał go w Polsce, Austrii, Anglii, Francji i Szwajcarii! Prawdopodobnie odziedziczył go po ojcu wraz z postumentem, do którego zegarek był odkładany.

- Co się stało z zegarkiem po śmierci Słowackiego? - zainteresował się starszy wnuk.

Młodszy był zainteresowany rozkładaniem szarlotki na części. Gabrielek był zwolennikiem "czystego jedzenia", to znaczy lubił, w przypadku szarlotki na przykład, gdy ciasto było podane osobno, farsz jabłkowy osobno (najlepiej jabłko obrane ze skórki i tyle) oraz bita śmietana. Składniki wymieszane ze sobą traciły na smaku i stawały się po prostu niejadalne! Dlatego teraz starannie oczyszczał spód ciasta z warstwy owocowej i śmietanowej. Początkowo rodzice próbowali mu wyjaśnić, że jego zachowanie jest niewłaściwe: nieestetyczne i sprawia przykrość tym, którzy ciasto upiekli. Raptorek patrzył czule na rozmówców, potakiwał, wykazując zrozumienie dla argumentów (przynajmniej tak można było odczytać wyraz jego twarzy), po czym "oczyszczał" jedzenie. Z czasem zaprzestano bezowocnych prób wychowawczych, licząc, że wyrośnie z tego beznadziejnego pomysłu na spożywanie dań.

- Zegarek Słowacki podobno zostawił w Genewie u zakochanej w nim panny Eglantyny.

- Jakiej? - Adaś oderwał się na chwilę od zlizywania z łyżeczki resztek szarlotki zeskrobanej przed chwilą pracowicie z talerzyka. Było to zachowanie oczywiście niekulturalne, ale babcia tolerowała je, gdyż było dowodem, że ciasto smakowało.

- Eglantyna. Tak miała na imię.

- Została stara panną? - zapytała babka.

- Początkowo tak, ale po śmierci Słowackiego wyszła za mąż za eks-żołnierza.

- No a co z tym zegarkiem? - Adasia nie interesowały sercowe perypetie jakiejś tam Egla-coś-tam.

- Właśnie. Wygląda na to, że zegarek został u tej panny, a postument do zegarka pojechał ze Słowackim. Kiedy umarł, Eglantyna odesłała zegarek jego matce, a postument trafił do Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie podczas powstania warszawskiego w 1944 roku przepadł!

- E tam - mruknął rozczarowany Adaś - to wszystko poginęło.

- Tak - dziadek z entuzjazmem pokiwał głową. - To bardzo ekscytujące. Tym bardziej że w mieszkaniu Słowackiego, gdy zmarł, znaleziono zegarek, który...

- ...potem zaginął - dodała babka Jadwinia.

- Nie kpij... - obruszył się dziadek. - Przed śmiercią Słowacki ciągle patrzył na zegarek.

- Sprawdzał, o której umrze? Po co? - powątpiewająco zapytała pani Jadwinia.

- Nie - dziadek pokręcił głową z tajemniczą miną. - Ja myślę, że on coś schował.

- W zegarku! - prychnęła z irytacją babka, a Adaś zapatrzył się w dziadka.

- Tak. Przypominam, że zegarki były wtedy chowane do kopert. Mógł ukryć coś małego, wygrawerować jakiś napis, wskazówkę...

- Mógł, ale teraz szukaj wiatru w polu, bo na szczęście wszystkie zegarki poginęły - podsumowała wywody męża pani Jadwiga.

- A niecały rok przed śmiercią był w Poznaniu - dodał konspiracyjnie dziadek - i miał ze sobą ten zegarek, na który spoglądał, umierając...

- Atanazy! Przestań mieszać wnukom w głowach. Idźcie teraz na plac zabaw. Ja posprzątam po podwieczorku, a potem odwieziemy dzieci do Helenki - babka energicznie wstała od stołu i zaczęła zbierać brudne naczynia.

Trzej mężczyźni brutalnie oderwani od słodyczy i fantazji ponuro poszli w ślady zdecydowanej pani domu. Dziadek i Gabrielek powędrowali do łazienki zmyć z malca skutki rozkładania szarlotki na części, a Adaś założył sandałki i czekając na resztę, powtarzał sobie usłyszaną opowieść. Obiecał sobie, że jak tylko znajdą się na dworze, zmusi dziadka do zdradzenia najważniejszych informacji, tych, które pominął przy stole, aby nie narażać się na krytykę żony.

Rozdział II

Pan Atanazy huśtał Gabrielka. Wnuk z głośnym, zaraźliwym śmiechem przemierzał drogę do dziadka i z powrotem, machając przy tym bezładnie nogami. Adaś kilkakrotnie próbował go nauczyć samodzielnej zabawy na huśtawce, ale malec, choć bardzo się starał, nie potrafił jeszcze wpaść we właściwy rytm. Zresztą zabawniejsze było, gdy ktoś inny się wysilał.

Plac zabaw prezentował się ładnie i wesoło. Każdy z umieszczonych sprzętów pomalowano na różne kolory, które pomimo upływu czasu i dużej eksploatacji nie traciły na wyrazistości. Wybór sposobu spędzania czasu był również urozmaicony. Dzieci mogły zjeżdżać na kilku zjeżdżalniach różniących się wysokością i długością, mogły się wspinać po metalowych, drewnianych lub sznurowych drabinkach o różnym kształcie, huśtać się na klasycznych huśtawkach, kołyskach lub równoważniach, grać w piłkę nożną lub koszykówkę.

Bracia lubili odwiedzać dziadków także ze względu na bogate wyposażenie placu zabaw. Zawsze, chyba że padało lub była zima, przychodzili tu z dziadkiem i świetnie się bawili, podczas gdy ich rodzice konwersowali z babką Jadwigą.

Gdyby kiedyś się znudzili huśtawkami i drabinkami, mogli pójść na spacer na lody na Starym Rynku lub nostalgiczną przechadzkę po cmentarzu na wzgórzu św. Wojciecha. Dziadek bowiem mógł w nieskończoność pokazywać wnukom groby słynnych i zasłużonych Wielkopolan, przypominając ich losy i dzieła.

Dziś Adasia interesowało wydobycie z pana Atanazego dodatkowych, celowo przemilczanych podczas podwieczorku rewelacji o zegarkach Juliusza Słowackiego.

- Dziadku, a co z tym pobytem Słowackiego w Poznaniu?

- A widzisz, Adasiu, dobrze, że pytasz. Słowacki przybył do naszego pięknego miasta w 1848 roku, kiedy wybuchła Wiosna Ludów. Był bardzo przejęty zrywem Polaków walczących z zaborcami o odzyskanie niepodległości. Uważał, że każdy powinien wspierać ten czyn, dlatego wraz z kilkoma przyjaciółmi wsiadł w Paryżu w dyliżans i mimo ciężkiej gruźlicy wyruszył do ojczyzny.

- A co to jest ta gruźlica?

- Choroba płuc. Wielu ludzi na nią umierało. Szczególnie w XIX wieku, a już zwłaszcza spośród romantyków.

- Na przykład kto jeszcze?

- Nasz wielki kompozytor Fryderyk Szopen. Znasz go?

- Jasne. Uczyłem się o nim wiersza na pamięć - Adaś wzdrygnął się z obrzydzeniem. Nie ze względu na Szopena. Nawet podobały mu się niektóre kawałki z jego mazurków lub preludiów. Niechęcią napawało go wykuwanie wierszyków. Pani od polskiego co prawda przekonująco wyjaśniła zalety uczenia się na pamięć poezji, ale nie zmieniało to faktu, że wielokrotne powtarzanie najpierw tych samych wersów, a potem zwrotek zabijało piękno utworu.

Adaś jeszcze nigdy nie dostał z recytacji oceny bardzo dobrej, gdyż - jak trafnie podsumowała nauczycielka - odklepywał tekst, bojąc się czegoś zapomnieć i pragnąc jak najszybciej zakończyć tę drogę przez mękę.

- Słowacki najpierw przybył do Poznania - dziadek wrócił do opowiadanej historii. - Było to w kwietniu 1848 roku. Zatrzymał się w mieszkaniu zaprzyjaźnionych osób: Karola Libelta przy ulicy Święty Marcin 56, a potem u generała Bukowieckiego przy ulicy Piekary 12. O jego przyjeździe dowiedzieli się działacze rewolucyjni i zaprosili do udziału w jednym z zebrań. Poeta zabrał nawet głos, wzywając do walki.

- No dobrze, ale jaki to ma związek z tymi jego zegarkami?

- Oprócz przywiązania do stroju był, według mnie, przywiązany do swojej twórczości i do czasu. Ciągle sprawdzał godzinę, w swoich listach często podkreślał, o której godzinie coś tam robił albo o której godzinie pisał list i tak dalej. Pomyśl, Adasiu, jeżeli dla kogoś tak istotny jest czas, w którym coś się wydarza, jeżeli sprawdza godzinę, o której umiera, to czy najważniejszy dla całego narodu i jego przyszłości przełomowy moment nie powinien zostać także utrwalony w czasie?

Adaś zadumał się nad słowami dziadka. Pan Atanazy obserwował wnuka z uwagą. Marzeniem jego życia było wytropienie w zbieranych anegdotach i opowieściach tajemnicy niedostrzeżonej dotychczas przez nikogo. Przeoczonej, bo zbyt niewiarygodnej lub zbyt wyraźnie sformułowanej. Nie wiązał z tym nadziei na sławę czy nagrodę. Nie zamierzał swego odkrycia publikować i czynić przedmiotem medialnych łowów za sensacją. Chciał tylko otrzeć się o coś niesamowitego, co powoduje, że życie nabiera nowych barw. Ot, takie marzenie starszego pana na emeryturze.

Sprawa z zegarkami Juliusza Słowackiego rozwinęła się sama, jakoś tak niezależnie od jego woli. Po prostu czytając różne historie z życia poety, polubił jego postać, polubił jego nawyki, przyzwyczajenia. Polubił je i zaczął się im przyglądać. Właśnie dlatego zwrócił uwagę na znaczenie czasu dla wieszcza, ciągłe podkreślanie, ile coś trwało albo kiedy się zaczęło. A potem nagle się okazało, że zaginęły wszystkie zegarki człowieka, który ciągle na nie spoglądał.

Może to był przypadek, a może właśnie to! Tajemnica czekająca na dostrzeżenie i może na rozwikłanie. Może, gdyż nierozwiązane zagadki są bardziej pociągające od tych, na które znaleźliśmy odpowiedź.

Adaś rozważał zasugerowany przez dziadka pomysł. Wiadomo, że każdy ma coś ulubionego: dla jednych są to kapsle, dla innych zdjęcia piłkarzy, dziewczyny zbierają podobizny aktorek albo wręcz kolekcjonują ozdoby. Dorośli nazywają takie zajęcie hobby, żeby brzmiało poważniej, ale i tak oznacza to gromadzenie przedmiotów czy informacji. Z tego, co opowiadał dziadek o Słowackim, wynikało, że interesowały go: upływ czasu, czyli zegarki, oraz tworzenie. Może pisząc, chciał utrwalać czas. To coś takiego, jakby rozbić szkiełko zegarka i zatrzymać wskazówki na określonej godzinie. Godzinie, w której nastąpiło coś ważnego.

- A zatem co ważnego chciał utrwalić? - zapytał głośno Adaś, nie uświadamiając sobie w pierwszej chwili, że myśli na głos.

- Dzieło, którego nie chciał wydać - wyjaśnił spokojnie pan Atanazy.

Wnuk spojrzał na niego z powątpiewaniem.

Dziadek uśmiechnął się potwierdzająco. Tak, tak, wiedział, że brzmi to dość nieprawdopodobnie, ale wiele czasu poświęcił na znalezienie odpowiedzi. Wiadomo przecież, że artyści pisują do szuflady. Robią to z różnych powodów: boją się cenzury, są zbyt nieśmiali, aby odważyć się na ujawnienie światu swojej twórczości, uważają, że ich utwór wyprzedza czasy, w których powstał, i dlatego czytelnicy go nie zrozumieją.

Może tak właśnie było w przypadku Słowackiego. Na pewno. Pan Atanazy był przekonany, że poeta napisał przynajmniej dwa dzieła, które ukrył przed współczesnymi.

- Nie rozumiem - Adaś miał tak zaskoczony wyraz twarzy, że starszy pan parsknął śmiechem.

Reakcja dziadka spowodowała, iż chłopiec poczuł się dotknięty. W jego niebieskich oczach błysnęło oburzenie - nawet jedenastoletni mężczyźni mają swój honor. Adaś postanowił od tej pory milczeć, w ten sposób piętnując nietaktowne zachowanie.

Pan Atanazy natychmiast się opanował, uświadamiając sobie, jak źle może odebrać jego reakcję wnuk. Wystarczyło zresztą spojrzeć na minę chłopca, aby to zrozumieć.

- Przepraszam, Adasiu - dziadek podszedł do wnuka i poklepał go po ramieniu. - Nie śmieję się z tego, co powiedziałeś. Rozbawiło mnie zaskoczenie, z jakim zareagowałeś na to, co powiedziałem, gdyż sam miałem taki wyraz twarzy, jak wpadłem na ten pomysł.

Dyskusję przerwał nagły wrzask. Paraliżujący, przynajmniej na chwilę. Dziadek i wnuk obrócili się równocześnie w kierunku jego źródła, wydając nerwowe okrzyki:

- Gabrielek!

- Raptor!

Sprawca ogłuszającego dźwięku siedział tymczasem z miną niewiniątka na znieruchomiałej huśtawce. Ten fakt był właśnie przyczyną jego oburzenia. Dziadek natychmiast zrozumiał swoje zaniedbanie i podszedł do malca.

- Jeszcze cię pohuśtać? - spytał domyślnie łagodnym tonem, choć w jego szarych oczach błysnęła złośliwa myśl.

- Mówić nie umiesz? - wtrącił się Adaś, patrząc na braciszka z politowaniem. - Wystarczy po ludzku powiedzieć, co chcesz, a nie wyć, jakbyś dinozaura zobaczył. Chociaż... - chłopiec przybrał zadumany wyraz twarzy - jeżeli przyjąć, że istnieje pokrewieństwo między tobą a prehistorycznymi raptorami, to dziwne nie jest, że nie mówisz!

Gabrielek pokazał bratu język w całej okazałości, na co Adaś zareagował pełnym oburzenia jękiem:

- Dziadku!

- Spokój, obaj: żadnych wyć i żadnych złośliwych komentarzy - surowo zarządził pan Atanazy.

- Ale przecież on się zachowuje jak... - Adaś mówił coraz ciszej, aż wreszcie zamilkł pod karcącym wzrokiem dziadka, który jednocześnie wycelował ostrzegawczo wskazujący palec w stronę Gabrielka próbującego ponownie zademonstrować język.

- Wstydzić się powinniście. Braćmi jesteście. Musicie być dla siebie wsparciem - poważnie pouczył wnuków pan Atanazy.

Popatrzył na obu niebieskookich blondasków tak, jakby zamierzał wypowiedziane słowa wygrawerować na ich duszach, po czym złagodził spojrzenie i głos, proponując:

- Teraz Gabrielek pozjeżdża sobie... - a widząc niechęć na twarzy malca, dodał zaraz - ...gdyż to bardzo lubi, prawda?

Zapytany chwilę milczał. Przemyślawszy usłyszaną prawdę, doszedł do wniosku, że jest zgodna z rzeczywistością, gdyż z powagą potwierdził:

- No.

- Nie mówi się "no" - pouczył brata Adaś, starając się nie dostrzegać rozdrażnionego wzroku dziadka.

- Dobra - mruknął o dziwo ugodowo Gabrielek.

Pan Atanazy zdjął wnuka z huśtawki i postawił na ziemi. Poprawił niebieską koszulkę, podciągnął lekko opuszczone granatowe spodnie i delikatnie klepnął chłopca w pośladki, zachęcając go tym gestem do pobiegnięcia na zjeżdżalnię.

Podczas gdy młodsza pociecha zajęła się sobą, dziadek wrócił do dyskusji ze starszą.

- Słuchaj, Adasiu, Słowacki był poetą podczas zaborów, czyli w czasie gdy Polska była w niewoli. On wyemigrował z kraju, to znaczy wyjechał na stałe. Nie mógł wrócić, rozumiesz?

- Ale przecież mówiłeś, że przyjechał do Poznania.

- Tak, ale podczas powstania, gdy Polacy zaczęli walczyć o wolność z wrogami. Potem znów musiał wyjechać.

- Bo się nie udało odzyskać wolności - wywnioskował Adaś.

- Tak, słusznie. Przypominam, że nie zaczyna się zdania od "bo".

- Wiem, ale czasami trudno nie zacząć.

- Trzeba się starać.

- No... - Adaś na widok spojrzenia dziadka westchnął i poprawił się: - Dobrze.

- Jak zatem mówiłem, Słowacki nie mógł wrócić, tym bardziej że pisał różne patriotyczne utwory. Stworzył na przykład dramat zatytułowany "Kordian", kończący się sceną prowadzenia bohatera na śmierć.

- Zginął?

- Nie wiadomo.

- Dlaczego?

- Na miejsce stracenia pędzi posłaniec z ułaskawieniem, ale nie wiadomo, czy zdąży.

- Eee, to głupie zakończenie.

- Dlaczego tak uważasz?

- Skoro to główny bohater, to musi przeżyć. To jasne. Potem nie mógłby dopisać jego dalszych losów. Teraz przecież tak robią w różnych filmach - wyjaśnił z przekonaniem Adaś, czując, że dziadek trzyma w rękawie asa. Świadczyła o tym mina starszego pana, którą babka Jadwiga komentowała słowami: "Wyglądasz jak kot, co się myszy najadł".

- Otóż to właśnie! Ciąg dalszy. Kontynuacja. Druga część!! Słowacki twierdził, że ją spalił, a ja uważam, że ją napisał i schował!

- Do zegarka? - Adaś popatrzył na dziadka z niesmakiem.

Nie trzeba było najmniejszego wysiłku, aby się domyśleć, co sądzi o sugestii pana Atanazego. Starszy pan zresztą wyglądał jak szaleniec: oczy mu płonęły radosnym blaskiem charakterystycznym dla odkrywców, a rozwichrzone od ciągłego przeczesywania palcami włosy zwisały nad czołem. Dziadek parę razy głęboko odetchnął i wyjaśnił:

- Oczywiście, że nie. Uważam, że w zegarku kryje się wskazówka. Na kopercie lub odwrotnej stronie albo może wewnętrznej stronie zegarka wygrawerował informację, gdzie ukrył rękopis.

Adaś kręcił w zamyśleniu głową. Pomysł był niezły. Wiadomość ukryta w zegarku może być. Ale żeby dotyczyła książki? Kto by się wysilał, żeby chować książkę, a potem żeby jej szukać. Chłopiec wzruszył ramionami.

- No nie wiem...

Pan Atanazy z rozczarowaniem spojrzał na wnuka. "Gdybym opowiadał o skarbie, to pewnie by się zainteresował - pomyślał ze smutkiem - a ja mu tu o książkach truję. Ech - westchnął cichutko - co to za czasy, w których literatura jest tak nudną dziedziną życia, że nawet najbardziej tajemniczą historię potrafi pozbawić uroku, gdy się o niej wspomni..."

- Nudzę się - poinformował nagle dziecięcy głosik.

Konspiratorzy spojrzeli na jego właściciela niezbyt przytomnie.

- Musimy wracać. Trzeba zawieźć was do rodziców - przygnębionym tonem rzekł dziadek.

Rozdział III

Adaś stanął w drzwiach kuchni i przyglądał się, jak mama przygotowuje składniki do pieczenia placka. Szczupła, wysoka blondynka o krótko przyciętych włosach krzątała się między meblami, od czasu do czasu zerkając w książkę kucharską. Starała się nie zwracać uwagi na świdrujący wzrok syna. Z doświadczenia wiedziała, że prędzej czy później odezwie się i to, co powie, jak zawsze ją zaskoczy.

Musiała przyznać, że jej starszy syn był mistrzem we wprawianiu w zdumienie. Osiągał to, albo używając słownictwa, o którego znajomość nikt by go nie podejrzewał, albo poruszając temat nieistotny dla przeciętnego dziesięciolatka.

Milczenie jej własnego (choć chwilami się zastanawiała, czy jacyś kosmici nie maczali w tym paluchów) dziecka było wyczuwalne i wymowne. Plecy aż ją swędziały od jego spojrzenia, ale postanowiła, że nie da za wygraną i pierwsza się nie odezwie. Napięcie nie pozwalało się jej skupić i po kilka razy musiała sprawdzać, co powinna jeszcze wyjąć do przygotowania masy. Wreszcie usłyszała cichy szmer. Najwidoczniej Adaś ścierpnął, zmienił pozycję i zapewne postanowił przerwać ciszę. Kalkulacje pani Helenki okazały się trafne, gdyż usłyszała charakterystyczny zwrot o przedłużonych samogłoskach:

- Mamiii...

- Słucham, kochanie - mama nadała głosowi jak najbardziej obojętne brzmienie.

- Czy książki są drogie?

Pani Helenka spojrzała na syna ze zdumieniem.

- Tak. Są książki bardzo drogie, ale są takie, które każdy może kupić. Istnieją także księgarnie handlujące tanimi książkami, przecenionymi, gdyż nie znalazły nabywców.

- Mhm - Adaś poważnie mruknął. - No, a te drogie... Znaczy się... - chłopiec zauważył "no" na początku zdania, próbował zatem je zmienić, zanim poprawi go mama. - Jak bardzo mogą być drogie?

- Różnie - mama przestała zajmować się ciastem i przysiadła na taborecie. - Albumy malarstwa z dużymi, wyraźnymi, barwnymi reprodukcjami obrazów mogą dużo kosztować. Istnieją też tak zwane białe kruki, rzadkie egzemplarze, za które bibliofile mogą zapłacić fortunę.

- Kto są ci bibliofale?

- Nie bibliofale, tylko bibliofile. Miłośnicy książek zajmujący się zbieraniem pięknych, niepowtarzalnych wydań. Dlaczego interesują cię ceny książek?

- Nie ceny, tylko... - Adasiowi brakowało słowa.

- Wartość - podsunęła mama.

- O, tak, chyba tak. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby ktoś na przykład odnalazł książkę, o której wszyscy myślą, że nie została w ogóle napisana?

- Byłoby to niezwykłe wydarzenie, szczególnie gdyby była to książka znanego twórcy... ale, ale, czy to nie przypadkiem jakaś historia dziadka? - pani Helenka nagle doznała olśnienia. Przecież wczoraj obaj jej synkowie byli pod opieką dziadków, a uwielbienie Adasia dla opowieści i legend gromadzonych przez jej ojca było znane. - O czym wczoraj opowiadał?

- O zegarkach Słowackiego.

- Słowackiego? - powtórzyła pani Helenka łagodniejszym tonem, ulegając pewnie odziedziczonej po ojcu sympatii do tego romantycznego wieszcza.

- Aha - potwierdził Adaś i upewnił się: - Odkrywca takiej nikomu nieznanej książki byłby sławny i bogaty?

- Sławny tak, ale nie wiem, czy bogaty - mama wzruszyła ramionami. - Zależy, co by zrobił. Gdyby oddał do muzeum, to nie byłby bogaty, ale gdyby ogłosił swoje odkrycie i oświadczył, że sprzeda temu, kto będzie zainteresowany, to może by się wzbogacił.

- Aha - mruknął w zadumie Adaś i wycofał się z kuchni.

Pani Helenka siedziała jeszcze chwilę, a potem wróciła do robienia ciasta. Zastanawiała się, czy powinna się martwić, ale uznała ostatecznie, że szukanie nieistniejącej książki nie może być groźne. "Najwyżej sam ją napisze - pomyślała z uśmiechem - a to może tylko przynieść pozytywne skutki, wyrobi sobie styl i język". Wsypała we właściwej kolejności składniki do miski i długimi, szczupłymi palcami (które mąż zawsze nazywał palcami pianisty) zaczęła wyrabiać masę.

- Ja ci pomogę - Gabrielek wdrapał się na taboret i wsunął obie, brudne oczywiście, rączki do ciasta.

- Nie! - mama rozpaczliwie próbowała go powstrzymać, ale już było za późno. - Musisz pamiętać o myciu rąk, zanim dotkniesz jedzenia. Idź teraz do łazienki, umyj porządnie łapki, mydłem - zaakcentowała ostatni wyraz - i potem wróć.

- Coś się stało? - do kuchni wpadł Adaś. - Krzyknęłaś...

- Nie, słonko, tylko Gabrielek włożył swoje brudne paluchy w ciasto - wyjaśniła z uśmiechem pani Helenka, całując w czubek jasnej główki malca.

- No jasne - Adaś pokiwał głową i wycofał się do swojego pokoju.

Usiadł po turecku na owczej skórze, w kąciku przy oknie. Ponieważ bardzo lubił siedzieć na podłodze, mama kupiła u górali owczą skórę, aby było mu ciepło i się nie podziębiał, szczególnie zimą. Wielokrotne tłumaczenia, że należy siedzieć przy stole, biurku albo choćby na tapczanie, nie robiły na chłopcu żadnego wrażenia. Potrzeba wygodnego, według niego, siedzenia na podłodze ze skrzyżowanymi nogami była silniejsza do niego. Tylko w takiej pozycji mógł ze skupieniem czytać i twórczo myśleć.

Teraz zaś twórcze myślenie było konieczne. Obok chłopca leżała encyklopedia i słownik polskich pisarzy. Obie otwarte na haśle "Słowacki". Informacje były skąpe, ale potwierdzały fakty przytoczone przez dziadka. Adaś był przekonany, że jeżeli część danych jest prawdziwa, to pozostałe są, jeśli nie tak samo rzetelne, to przynajmniej zbliżone do prawdy. Skoro oba źródła potwierdzały, że Słowacki napisał "Kordiana", to możliwe jest istnienie jego kontynuacji. Tak jak w przypadku trzech części filmu "Władca pierścieni" albo "Shrek". Adaś doczytał się, iż poeta planował stworzenie trylogii. Ciekawe, co to mogło oznaczać. Chłopiec zapisał sobie słowo na kartce. Zawsze tak robił, gdy jakiegoś nie rozumiał. Potem szedł z taką listą do taty lub mamy i żądał wyjaśnień. Ostatnio mama kazała mu zajrzeć do słownika języka polskiego albo słownika wyrazów obcych, ale Adaś wolał żywe źródła informacji. Tłumaczyły jaśniej i po polsku. To znaczy w takim polskim zrozumiałym, bo w słownikach zdarzała się jakaś taka dziwna odmiana języka, która raczej zaciemniała, niż wyjaśniała.

Studiując biografię wieszcza, Adaś stwierdził z niezadowoleniem, że Słowacki nie potrafił usiedzieć na miejscu. Był w Dreźnie - to raz, Londynie - dwa, Paryżu - trzy, Genewie - cztery, Rzymie - pięć, Florencji - sześć, Jerozolimie - siedem. Po drodze zatrzymał się w Grecji - liczyć to jako osiem czy nie? A potem wrócił do Włoch, a następnie do Paryża. No, a przedtem był w Warszawie. Pod koniec życia pojechał do Poznania i Wrocławia... W każdym z tych miast mógł ukryć te swoje niewydrukowane dzieła. Albo zegarki.

Adaś doszedł do wniosku, że niezbędne są dwa posunięcia: po pierwsze dziadek musi skończyć swoją wersję historii zegarka - jedyną dostępną, gdyż encyklopedia ani słownik o nich nie wspominały. To dobrze, bo pomija się milczeniem rzeczy tajemnicze, aby je utrzymać w tajemnicy. Jak wszyscy wiedzą, że coś jest tajemnicze, to szybko to coś przestaje takie być.

Adaś zamrugał powiekami na zakończenie powyższego wywodu, uznając go za szczyt filozoficznego bełkotu. Tego określenia używał często tatuś, gdy oglądał telewizję. Mama mówiła, że to sarkazm. O, właśnie - chłopiec wpisał słowo na kartkę. Zawsze zapominał, co ono znaczy, choć mama już kilka razy je wyjaśniała.

Po drugie trzeba skompletować drużynę poszukiwaczy. Samemu źle się szuka skarbu. Kiedy nie ma się z kim dzielić przygód, robi się nudno. W grupie zawsze jest weselej i... nie tak strasznie. Zresztą trzeba będzie pokonać wiele przeszkód związanych z wiekiem, więc przydadzą się starsi, na przykład kuzynka Krychna. Dziadka też trzeba będzie przyjąć do spółki. Wystąpi w roli specjalisty od tematu i wsparcia autorytetem dorosłego. Na początek trzeba się skontaktować z kolegami oraz z Gosiunią i Olunią - to najfajniejsze dziewczyny, jakie zna, i świetni kumple. Dobrze, a zatem do dzieła. Adaś wstał i powędrował do kuchni.

*

Pani Helenka kończyła właśnie myć naczynia, stół i szafki oraz małego pomocnika Gabrielka, brudnych od ciasta, które piekło się, roztaczając aromatyczny zapach, gdy ponownie poczuła na plecach świdrujący wzrok starszego syna. Uśmiechnęła się mimowolnie i z większym zapałem poświęciła się sprzątaniu, pozornie ignorując Adasia.

Chłopiec zatrzymał się w drzwiach i oparł o futrynę. Z uwagą śledził krzątaninę mamy i z przyjemnością wdychał zapach placka. Jeszcze raz przeanalizował, co zamierza powiedzieć, zanim się odezwał:

- Mamiii...

- Słucham cię, słonko - mama przerwała szorowanie blatu i spojrzała na synka.

- Jest tak ładnie i ciepło, czy mogę pójść na dwór i pobawić się z Olunią i Gosiunią?

- Możesz, ale musisz uważać. Weź ze sobą zegarek i za trzy godziny masz być z powrotem. Tak?

- Dobrze - Adaś się ucieszył i pocałował mamę w policzek.

- Weź bluzę.

Pani Helenka musnęła włosy chłopca lekkim pocałunkiem i patrzyła, jak się oddala. Nie lubiła, gdy wychodził sam, ale chciała, aby się usamodzielniał, a to niestety pociągało za sobą wyrażanie zgody na samotne wyprawy, coraz dłuższe i dalsze.

Nasłuchiwała, jak syn się ubiera i opuszcza dom, rzucając przy drzwiach charakterystyczne pożegnanie: "Cześć, mami!". Potem dla poprawienia humoru zapytała Gabrielka:

- Chcesz ciasteczko i kakao?

- Chcę - odpowiedź była przewidywalna. Brzmiała zdecydowanie i towarzyszył jej piękny uśmiech, który zawsze każdego rozbrajał i natychmiast wprawiał w radosny stan.

- Świetnie. Zrobimy małą przerwę - zdecydowała pani Helenka. - Potem doczyszczę rezultaty twojego wsparcia, ty mój mały piekarzu.

- Nie jestem piekarzem - obraził się Gabrielek.

- Jesteś. Skoro przygotowałeś ciasto, z którego piecze się pyszny placek, to jesteś.

- Nie jestem. Nie chcę być piekarzem. Ja jestem Raptor - poinformował z przekonaniem czterolatek, obdarzając mamę poważnym spojrzeniem niebieskich ocząt.

Pani Helenka zachichotała cicho i uśmiechnęła się do syna i swoich myśli. "Normalnie mały Adaś. Naprawdę są do siebie tak niesamowicie podobni, że jeden drugiego się nie wyprze".

*

Podczas gdy mama i Gabrielek zasiadali do przekąski, Adaś zdecydowanym krokiem podążał ulicą Majakowskiego w kierunku polanki Mycielskich. Było to ulubione miejsce spotkań Oluni i Gosiuni. Gdy były młodsze, udawały, że pod rozłożystym krzakiem znajduje się dom, a drewniana ławka i stół imitowały kuchenne sprzęty. Adaś był wtedy niestety mężem i ojcem. Ciągle musiał słuchać żony, chodzić po zakupy i pomagać. Od czasu do czasu mógł usiąść przy stole i poczytać na niby gazetę. Dzięki temu jego żona zyskiwała powód, aby zwrócić mu uwagę, że nie tylko siedzi i nic nie robi, albo podać mu obiad. W drugim przypadku powinien zjeść go z apetytem i pochwalić jej talent kulinarny. To określenie usłyszał kiedyś od babki. Gdy je zastosował, Olunia najpierw się obraziła, ale po wytłumaczeniu, że oznacza to jej niezwykłe zdolności przyrządzania pysznych posiłków, wybaczyła mu i łaskawie zaakceptowała taką reakcję. Na szczęście dziewczyny wyrosły z zabaw w dom. Wolały organizować wyprawy podróżnicze w celu odkrycia nieznanych lądów, rejsy okrętem w nieznane lub poszukiwanie skarbów.

Miał nadzieję, że zastanie je dzisiaj na polance. Dzień był rzeczywiście słoneczny. Czerwiec rozkwitał w pełni i wszędzie czuło się atmosferę wakacji. Wszystkich ogarniały lenistwo i potrzeba przebywania na dworze.

Adaś dotarł do celu i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu koleżanek. Najpierw zobaczył ich plecaczki. Leżały na ławeczce w pobliżu ogromnego krzewu. Chłopiec podszedł do drewnianego stołu i przez chwilę nasłuchiwał. Zza pleców dobiegły go ciche szmery i szepty, więc zdecydowanym krokiem skierował się w zarośla. W pierwszym odruchu zamierzał wejść do kryjówki koleżanek głośno i ostentacyjnie, taranując po drodze napotkane chwasty i krzaki. Zmienił jednak zdanie i postanowił się podkraść. Zwolnił zatem i zaczął uważnie stawiać kroki. Udało mu się zbliżyć do rozplotkowanych dziewcząt. Obie były ciemnymi blondynkami. Gosiunia miała krótsze włosy. Niegdyś nosiła je uczesane na pazia, teraz sięgały ramion i były przycięte w pazurki. Nad czołem wichrzyła się nierówna grzywka, będąca przedmiotem dumy właścicielki i podziwu Oluni oraz innych dziewcząt. Grzywkę przycięła kuzynka Gosiuni kończąca praktykę w zakładzie fryzjerskim przy ulicy Święty Marcin. Przyszła fryzjerka bardzo chwaliła sobie miejsce, w którym znajdował się zakład i swoich opiekunów: po pierwsze - wszędzie miała blisko, po drugie - przydzielona jej fryzjerka była wymagająca, ale życzliwa, i można było się z nią dogadać w różnych istotnych dla dorastającej panny kwestiach.

Wracając do grzywki... Z jednej strony włosy były dłuższe. Potem delikatnym łukiem przechodziły w krótsze. Różnica nie była duża, ale zauważalna, i dodawała twarzy dziewczynki tajemniczego uroku, podkreślając brąz oczu.

Olunia była trochę niższa i bardziej korpulentna od przyjaciółki. Kiedy się nie spotykały, czytała dużo i chętnie. Zdarzało się, że oczy aż szczypały ją od nadmiernego wysiłku i musiała je zamykać i mrużyć, aby zmniejszyć ból. Gest ten powoli stawał się nieuświadomionym nawykiem, nadając jej buzi wyraz melancholijnej zadumy. Oczytanie miało też dwa inne skutki: znała dużo trudnych słów i wymyślała wszystkie szczegóły zabaw w "wyprawy na kraj świata". Długie włosy mama starannie zaplatała w warkocze lub wiązała w koński ogon. Dziwnym trafem, albo włosy, albo sama Olunia nie lubiły nadmiernego uporządkowania, co powodowało, że niesforne kosmyki ciągle wirowały wokół twarzy dziewczynki.

Teraz obie przyjaciółki, jak wynikało z Adasiowego szpiegowania, dotarły do serca lasku i oddały się ploteczkom o koleżankach i kolegach. Była to jedna z odmian tak zwanej inteligentnej konwersacji, tajemniczego określenia sposobu porozumiewania się kobiet lub kobiety i mężczyzny, o którym przyjaciółki czasami wspominały w ploteczkach. Adaś nigdy do końca nie zrozumiał, na czym ona polega i czy on spełnia jej wymagania. Pocieszał się myślą, że skoro koleżanki z nim chętnie rozmawiają, to najwidoczniej zaspokaja ich oczekiwania.

Chłopiec postanowił nastraszyć koleżanki. Wypadł zza krzaków, wrzeszcząc:

- Szmal albo życie!

Efekt był wspaniały. Olunia zapomniała języka w gębie, a Gosiunia omal nie zemdlała. Zadowoliła się ostatecznie rozdzierającym jękiem.

Napastnik stanął pomiędzy skamieniałymi z wrażenia ofiarami i potoczył wokół zachwyconym wzrokiem. Nabrawszy powietrza i głęboko odetchnąwszy, dziewczynki odzyskały możliwość mowy i ruchu. Ten efekt też był wspaniały. Adaś zrozumiał to natychmiast i zaniepokoił się. W oczach Oluni i Gosiuni zamigotały mordercze błyski, a na twarzach pojawiły się gradowe chmury oburzenia.

- Zwariowałeś? - wrzasnęły zgodnym chórem. - Wypadasz z krzaków i drzesz się, jakbyś był w stanie skrajnego bezmózgowia! - policzki aż im się zaróżowiły z gniewu. - Nienormalny jesteś czy co?

Adaś otworzył usta, zamierzając wyjaśnić, co go skłoniło do dowcipu, gdy nagle obie rozwścieczone koleżanki zaczęły się śmiać. Chłopiec zamknął usta i po cichu zadał retoryczne pytanie: "I kto tu jest nienormalny?". Postanowił spokojnie poczekać, aż minie napad chichotu. Pierwsza opanowała się Olunia i wyjaśniła koledze:

- Usłyszałyśmy cię, jak tylko wszedłeś. Udawałyśmy, że nie zdajemy sobie sprawy z twojej obecności, a złościłyśmy się też na niby.

- Aaaa - mruknął z ulgą Adaś i dodał: - Szukałem was.

- Dlaczego? Masz jakiś fajowy pomysł? - zainteresowała się Gosiunia.

- Tak jakby - z tajemniczą miną powiedział chłopiec.

- Dobra, wróćmy do stołu - zaproponowała Olunia. - Weź jedzenie - wskazała Adasiowi plecak z prowiantem.

Chłopiec westchnął, podniósł dość ciężki plecak i podreptał za przyjaciółkami.

Gdy dotarli do stołu, dziewczynki wyciągnęły zapasy, rozłożyły na papierowych serwetkach i zaprosiły kolegę na poczęstunek. Przez parę minut panowała cisza, podczas której trójka wielbicieli przygód zjadała kruche ciasteczka i prażoną kukurydzę. Ucztę zakończyło opróżnienie butelki wody mineralnej o smaku pomarańczy. Ulubionym smaku Adasia.

Po wyrzuceniu resztek do stojącego nieopodal kosza na śmieci dziewczynki usiadły naprzeciwko kolegi z minami świadczącymi o skupieniu i gotowości wysłuchania jego rewelacji.

- Wpadłem na trop pewnej tajemnicy... - zaczął z powagą Adaś. Po błyskawicznym namyśle uznał, że powinien oddać sprawiedliwość dziadkowi, więc dodał: - A właściwie odkrył to mój dziadek, ale nie zamierza tego zrealizować.

- Czego? - wtrąciła się Olunia.

- Poszukiwania rozwiązania.

- Jakiego rozwiązania? - znowu przerwała Olunia.

- Zamknij się - zirytowała się Gosiunia. - Jak ciągle będziesz mu przerywać, to się nie dowiemy.

- Aaa - potulnie zgodziła się przyjaciółka i zachęcająco skinęła głową do kolegi.

- Chodzi o zaginione zegarki Słowackiego, w których znajdują się wskazówki, jak odkryć jego skarb.

- Kto to jest Słowacki? - zainteresowała się Gosiunia.

- Poeta, nie wiesz? - Olunia spojrzała na przyjaciółkę z pobłażaniem. - Nie uczyłaś się jego wiersza?

- Nie - odburknęła Gosiunia. - Niby o czym ten wiersz?

- O gołębiu, co lata od mężczyzny do kobiety, przenosząc wieści o tym, jak się kochają.

- A, pamiętam, ładny jest - Gosiuni podobała się historia o ptaku jako posłańcu miłości.

Adaś westchnął głośno, przypominając o swojej obecności.

- No - dziewczynki potwierdziły ponowne skupienie na jego opowieści.

- Więc - chłopiec mocno zaakcentował spójnik, choć doskonale pamiętał, dzięki powtarzającym się uwagom mamy, iż nie należy zaczynać od niego zdania - Słowacki miał kilka zegarków, które zostawił w różnych miejscach. Myślimy z dziadkiem, że tam gdzie napisał jakieś dzieło, którego nie mógł wydrukować.

- Dlaczego nie mógł? Takie kiepskie było - ze współczuciem przerwała Gosiunia.

- Gocha! - jęknęła przyjaciółka, a Adaś spojrzał surowo.

Upomniana słuchaczka zarumieniła się i przepraszająco opuściła głowę.

- Dobre były, tylko wrogowie Polski go prześladowali, czy coś w tym stylu, i nie pozwalali mu, rozumiesz?

- Tak.

- No! - chóralnie wyrazili dezaprobatę Olunia i Adaś.

- A kiedy to było? - chciała jeszcze wiedzieć niepokorna słuchaczka.

- Dawno temu, bardzo - warknął chłopiec niezadowolony z kolejnego przerywania. Widząc, że wątpliwości, chwilowo przynajmniej, zostały rozwiane, kontynuował: - I na obudowie zegarka wydrapał, gdzie to dzieło schował. Na wszelki wypadek pewnie, gdyby zmarł na przykład, a ktoś chciał je wydać. No i jak umierał, to patrzył na zegarek, ale nikt nie skapował, o co mu chodzi, i nie szukał tych jego dzieł, rozumiecie?

- No! - dwie blond główki pokiwały z przejęciem.

- Gdybyśmy znaleźli taki zegarek albo może takie dzieło, to byłby to skarb, taki narodowy jakby - niezbyt pewnie dokończył Adaś.

- Skarb kultury polskiej - podsumowała Olunia ku zadowoleniu chłopca. - A gdzie może być schowany któryś z tych zegarków?

- Tego jeszcze nie wiem, bo dziadek nie zdążył mi wyjaśnić do końca. Ale jak już będę wiedział, to będziecie ze mną szukać? Chcecie?

- Pewnie, że tak - dziewczynki były wyraźnie zachwycone. - Będzie fajna zabawa. Teraz w szkole nudy.

- Kto jeszcze będzie z nami? - zapytała po chwili Olunia.

- No... dziadek, bo on o tym dużo wie i jest stary, więc w razie czego będzie gadał z dorosłymi.

Przyjaciółki pokiwały z aprobatą. Z własnego doświadczenia wiedziały, że dziadkowie są w porządku. Lubią się bawić, choć czasami proponują jakieś archaiczne zajęcie, ale jak im wytłumaczyć, co i jak, to łapią, o co chodzi. Poza tym mają dużo czasu i opowiadają takie cudaczne historie. Dziadek Gosiuni na przykład uwielbia niby to wspominać, że kiedyś czekolada była na kartki, a ludzie zarabiali, stojąc w kolejce. Dziewczynka rzecz jasna nie bierze tego poważnie, kto to widział, żeby w sklepie coś dostać za kartkę, ale ponieważ dziadek twierdzi, że to prawda, Gosiunia udaje, że wierzy. Olunia też kiedyś słyszała te bajdy i zapytała taty, czy tak było. Tata potwierdził, ale Olunia nie była do końca przekonana, gdyż był zmęczony po pracy, a wtedy często kiwa głową, nawet jak nie całkiem słyszał, co do niego mówiono.

Babcie też są niezłe, ale bardziej zajęte i wymagające. W każdym razie dobre są jako zaopatrzenie, bo pieką pyszne ciasta i zawsze dbają o zdrowe wyżywienie wnucząt.

Żelazną zasadą jest niewtajemniczanie ich we wszystko, chociaż lepiej rozumieją potrzeby młodych serc i umysłów, to należą do świata dorosłych, co uniemożliwia obdarzenie ich pełnym zaufaniem. Zawsze się dopatrzą czegoś niebezpiecznego i albo zabronią, albo będą chcieli towarzyszyć wnukom i zepsują całą zabawę.

- I ktoś jeszcze?

- Tak, moi kumple z klasy. No i pogadam z moją kuzynką, ona lubi szukać skarbów. Już kiedyś znalazła, pamiętacie?

Przyjaciółki przytaknęły. Oczywiście, że pamiętały, jak rok temu razem z koleżankami i kolegami kuzynki Krychny przekopywali polankę Mycielskich w celu odnalezienia drogocennych przedmiotów ukrytych przez ostatniego hrabiego mieszkającego w Kobylepolu przed II wojną światową w pałacyku, po którym zostało parę kamieni i brama wjazdowa.

- Dziadek mówił, że Słowacki mieszkał na Świętym Marcinie i na Piekarach - kontynuował Adaś. - Sprawdziłem na planie. Obie ulice są w centrum, obok siebie, ale samych do miasta nas rodzice nie puszczą. Od czasu do czasu możemy wykorzystać dziadka, ale lepiej będzie się szukało pod opieką Krychny i jej przyjaciół.

Dziewczynki zaaprobowały spostrzeżenia kolegi. Co prawda miały swobodę ruchu po okolicy. Mamy pozwalały im spacerować na terenie osiedla Przemysława, przechodzić na drugą stronę ul. Arcybiskupa Walentego Dymka i spacerować po ścieżkach Orszaku, a nawet podjeżdżać autobusem na os. Rusa po uprzednim ustaleniu, jak długo mogą być poza domem. Kiedyś spóźniły się o prawie godzinę i dostały karę.

- Fajnie by było, gdyby udało się znaleźć zegarek - rozmarzył się Adaś.

- Mhm. Ten ze wskazówką, czego szukać dalej - przyłączyła się Olunia.

- Wiesz, jak on wygląda? - zainteresowała się Gosiunia.

- Tak. To złota cebula w kopercie na złotym łańcuszku - wyjaśnił Adaś.

Koleżanki spojrzały na niego ze zdumieniem i najpierw otworzyły usta, zaniemówiwszy. W pierwszej chwili nie były pewne, czy się oburzyć, gdyż chłopiec z nich cały czas kpił, czy upewnić się, że wie, co mówi. Mężczyźni nie zawsze wiedzieli. Przynajmniej takie wrażenie odniosła Gosiunia, słysząc wielokrotnie, jak mama zwracała się do ojca ze słowami: "Czy ty wiesz, co mówisz...".

Zanim przyjaciółki podjęły decyzję, przeważnie zgodną, co najmniej jakby posiadały telepatyczne umiejętności porozumiewania się, Adaś wyjaśnił:

- Tak się nazywa stary wzór zegarka. Jest okrągły, chowa się go do takiego zamykanego pudełeczka, które ma długi łańcuszek. Na jednym końcu jest ten zegarek, a na drugim duże kółko do zahaczania o guzik kamizelki. Zegarek chowa się do kieszeni...

- To on nie nosił go na ręce? - zdziwiła się z dezaprobatą Gosiunia.

- Nie - pokręcił energicznie głową chłopiec. - Takie wtedy nosili.

- Aaa. I po tym łańcuszku jakby znajdowali zegarek w kieszeni, tak? - domyśliła się.

- Tak, chyba tak... - zadumał się Adaś.

- Ale był złoty, mówiłeś - upewniła się.

- Tak.

- Skąd wiesz?

- Ktoś go namalował.

- Zegarek? - zdziwiły się obie dziewczynki.

- Pośrednio, malarz zrobił portret Słowackiego, a on wtedy trzymał zegarek.

- Tak żeby było widać, że trzyma? - zapytała Olunia.

- Nie wiem, nie widziałem tego obrazu - zniecierpliwił się Adaś.

- Aha.

Przez parę sekund panowała pełna skupienia cisza. Wszystkie trzy umysły skoncentrowały się na wizji złotego zegarka na łańcuszku, ukrytego w kamizelce poety. "Ciekawe, czy też była w kwiatki" - zastanowił się Adaś.

Rozdział IV

Drobna brunetka przyglądała się swojemu lustrzanemu odbiciu i z dużym zaangażowaniem przytakiwała głową telefonicznemu rozmówcy. Podczas tego ruchu przycięte do ramion włosy falowały delikatnie lub mocno, w zależności od tego, jak energicznie machała jego właścicielka. Wijące się wokół twarzy lekkie loczki podkreślały brązowy odcień oczu otoczonych naturalnie gęstymi i długimi rzęsami. Regularne brwi, prosty nos i ładnie zarysowane usta pokryte różowym błyszczykiem dopełniały wizerunku. Osóbka będąca ich posiadaczką była w drugiej klasie gimnazjum i nosiła dźwięczne, według niej, imię Krystyny. Przez przyjaciół zwana Krychną, a niektórzy obdarzali ją mianem Krychulki.

Jednym z jej ulubionych zajęć było obserwowanie swojego oblicza. Dziewczynka uważała, że należy do ładnych kobiet. Nie była chodzącą doskonałością, ale takie są nudne. Ładna może być piękna lub pociągająca. Zależy, co chce podkreślić. Ważnym elementem dodającym uroku lub wręcz go odbierającym było uczesanie. Krychna lubiła je zmieniać, szukając tego, w którym będzie czuła się najlepiej.

Nosiła już włosy długie do łopatek z lekko podwiniętymi końcówkami, potem przycięte trochę na wzór Egipcjanki. Teraz miała niesforne loczki upinane kolorowymi spinkami. Ta fryzura podkreślała diable iskierki w oczach i ujawniała gotowy do nieustannego kpienia charakter. Dziewczynce odpowiadała najbardziej ze wszystkich dotychczasowych. Minął już jednak rok od dnia, w którym się na nią zdecydowała. Nadszedł więc czas na zmiany. Tym bardziej że od dawna nie była u fryzjera, i włosy trochę podrosły.

Krychna jeszcze nie wymyśliła nowego uczesania. Zastanawiała się nad gładkim przodem i nastroszonym tyłem. Musiałaby wtedy przyciąć włosy. Druga możliwość zakładała zachowanie obecnej długości, przedziałek z boku i pazurki układające się wokół twarzy w półkole...

Właśnie podczas tych trudnych rozważań zadzwonił jej 11-letni kuzyn. Całkiem sympatyczny. Tylko miał koszmarnego młodszego brata. Krychna coś o tym wiedziała. Kiedyś, nieświadoma, co robi, zaproponowała ich mamie swoją pomoc podczas jej nieobecności. Mały potwór albo płakał, albo uciekał, albo robił wszystko, aby doprowadzić opiekunkę do nerwicy. Co prawie mu się udało.

Spędzone z nimi dni całkowicie uodporniły dziewczynkę na urok małych dzieci. Gdy jej koleżanki piszczały na widok niezaradnych pociech, ona wznosiła oczy ku niebu z politowaniem. Dobrze wiedziała, że te wyglądające niewinnie stwory są świetnie przygotowane do walki o swoje. Wykorzystują słodkie spojrzenia i uśmiechy do uwiedzenia ofiary, oplątują ją swoimi miękkimi łapkami i ciepełkiem ciałka, a potem znienacka terroryzują wyciem i wrzaskiem. Są uparte i nieugięte, mogą nie jeść, nie pić i nie spać, dopóki nie osiągną swego celu. Tak, tak. Nie wolno im ulec, bo raz stracona pozycja nie jest możliwa do odzyskania.

Na szczęście Adaś, starszy z braci, był dużym i rozsądnym dzieckiem. Informacje, które przekazał jej przez telefon, były niezwykle interesujące. Jak tylko zdecyduje się na nową fryzurę, musi podzielić się nimi ze swoją przyjaciółką od serca, czyli Natką.

*

Natalia usadowiła się wygodnie w zwałowisku poduszek zbieranych niegdyś przez jej starszą o trzy lata siostrę Izę. Odziedziczyła je pół roku temu, gdy dotychczasowa właścicielka uznała, że ma ich dość, bo zajmują za dużo miejsca. Natka wyobraziła je sobie jako niezwykłe miejsce do siedzenia i miłosiernie uwolniła siostrę od ich nadmiaru. Poduszki miały różne kształty, kolory i wielkości. Rzucone jedne na drugie tworzyły wielobarwny stos, na który można było się rzucić, a potem umościć w nim niczym kura na grzędzie.

Nata wyczuła już, które poduszki najlepiej nadają się do siedzenia, a które jako oparcie. Wylegując się na nich, czuła się jak odaliska z Dalekiego Wschodu - pełna powabu i tajemniczości. Dziewczynka dopiero niedawno zaakceptowała samą siebie. Dojrzewanie nie podobało się jej. Za bardzo tyła, miała za dużo wyprysków, a włosy ciągle się przetłuszczały. Wszystkie te negatywne zjawiska uwidaczniały się mocniej, gdy spotykała się z Krychną, zafascynowaną swoją rozbudzającą się kobiecością. Tylko że przyjaciółka nie miała trądziku, włosy się jej nie przetłuszczały, a figury mogła pozazdrościć jej niejedna modelka.

Natka długo nie znosiła swojego odbicia i ukrywała siebie w za dużych i powyciąganych rzeczach o kolorach ziemi, które nie przyciągały niczyjej uwagi. Zmiana, błogosławiona dla niej i jej bliskich, nastąpiła po spotkaniu z kolegą chłopaka siostry. Był grotołazem, wyglądał jak yeti, patrzył na świat błękitnymi oczami i był sobą. Nata znalazła się pod urokiem jego charakteru: spokojnego, zrównoważonego oceniania duszy ludzi, a nie ich wyglądu. W towarzystwie Bobasa dziewczynka nie czuła przymusu rywalizacji z Krychną ani bolesnego braku akceptacji samej siebie. Najbardziej niezwykłe dla Natalii było to, że choć nie zamieniła z chłopakiem więcej niż parę słów, sama jego postawa i zachowanie miały na nią większy wpływ niż powtarzające się, wielominutowe monologi krewnych i znajomych, mające na celu pocieszenie jej i przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Bo pewnie będzie. Kiedyś.

Tylko że Natka nie chciała czekać na to nieokreślone "kiedyś", chciała być szczęśliwa teraz. I dzięki obserwacji Bobasa znalazła na to sposób. Odkryła swoje ulubione kolory, w których było jej ładnie, i uczesanie podkreślające łagodność i ciepło malujące się na jej twarzy. Przestała się obrażać na tłuste włosy, tylko myła je co wieczór, aby następnego dnia były puszyste i układały się w delikatne fale. Zaplatała je w długi, gruby warkocz i ozdabiała barwnym szalikiem dopasowanym do stroju. Zmiana była widoczna. Nawet Krychna ją dostrzegła i pochwaliła, aczkolwiek nie miało to dla Naty znaczenia decydującego. Potwierdzało jedynie słuszność jej wyboru.

Teraz słuchała relacji koleżanki, analizując jej możliwe skutki. Krychna uwielbiała tajemnice i skarby. Nie znosiła zastanawiać się, jakie konsekwencje mogą wywołać podjęte przez nią działania. Nata wolała spokój. Innymi słowy, nie pociągały ją zagadki i dobra materialne. Nie uważała siebie za typ zdobywcy (Krychnę tak). Lubiła dyskutować, najlepiej o rzeczach ważnych, choć mogły to też być przyjemne błahostki.

- Słuchaj! - Krychna z zapałem streszczała historię o zegarkach Juliusza Słowackiego przekazaną jej przez Adasia. Oczy jej błyszczały, a na ustach igrał uśmiech zachwytu dla nagrody czekającej zdobywców. - Wyobrażasz sobie, co się będzie działo, gdy odnajdziemy taki zegarek! Albo może nawet jego utwór!

- Czyj? - z niewinną miną zapytała Natka.

- No, jak to czyj?! - Krychna zdjęła nogę założoną na nogę i pochyliła się ku koleżance.

Siedziała na kanapie o brudnoróżowym odcieniu, przykrytej oryginalną narzutą zrobioną przez babcię Natalii z ciemnozielonej wełny. Natka ją wymyśliła, a babcia usłyszawszy marzenia wnuczki, postanowiła je zrealizować wbrew opinii wszystkich, szczególnie rodziców, uważających, że coś takiego nie istnieje. Jeżeli zaś istnieje, to na pewno jest drogie i nie zda egzaminu. Babcia zrobiła zgodnie z wyobrażeniami ogromną prostokątną jakby-narzutę z dość dużymi okami połączonymi ze sobą wzorem liści. Efekt był niesamowity. I to musieli przyznać wszyscy. Natka miała swoją wymarzoną brudnoróżową kanapę z wijącymi się po niej liśćmi i gałązkami. Jak babcia osiągnęła trwałość swojego dzieła, które nie rozciągało się i nie traciło fasonu, nikt nie wiedział.

Dziewczynka była babce wdzięczna. Jeszcze nikt nie spełnił jej marzenia tak dokładnie, wbrew wszystkim, także wbrew logice. Narzuta połączyła dusze i serca babki i wnuczki tajemną i niewidoczną nicią na zawsze. Była dowodem, że pragnienia można spełniać, jeśli znajdzie się bratnią duszę, gotową zmierzyć się ze sceptycyzmem otoczenia.

Krychna z wyżyn kanapy skierowała oskarżycielski wzrok na przyjaciółkę siedzącą naprzeciwko na podłodze wśród poduszek.

- A o kim ja cały czas mówię! No jasne, że Słowackiego, a niby czyj?

- Z budowy zdania wynikało, że zegarka - wyjaśniła Natka, nadając twarzy wyraz bezradnego zagubienia.

Od pewnego czasu odkryła, że prowokowanie koleżanki bawi ją. Nie było to miłe odkrycie. Natalia nie lubiła sprawiać innym przykrości, ale przekomarzanie się z pewną siebie Krychną, traktującą ją, chyba nieświadomie, na pewno nieświadomie, z odrobiną pobłażania, było niezależne od jej woli. Działo się samo...

- Wynikało, wynikało - przedrzeźniała przyjaciółkę Krychna. - Zresztą mniejsza o to. Powiedz, co myślisz? Tylko pamiętaj, że to propozycja Adasia, że będzie ten jego dziadek, że zaraz się zaczną wakacje, więc będziemy mieli dużo czasu. No?

- Masz rację co do trzech argumentów - Nata pokiwała głową. - Ale poza tym uważam, że to nierealne. Gdzie niby miał pochować te zegarki, aby nie zaginęły? Domy pewnie zburzono, a nawet jak nie, to przebudowano tyle razy, że jeżeli był tam jakiś zegarek, to dawno go znaleziono i... wyrzucono na śmietnik.

- Nata! Czy ty zawsze musisz być taką przygnębiającą pesymistką?

- Realistką jak już.

- A podobno jesteś marzycielką!

- Owszem, ale nie wszystkie marzenia nadają się do realizacji.

- To jednak można byłoby urzeczywistnić.

Krychna spojrzała na przyjaciółkę wyczekująco. Wyraz jej twarzy świadczył o determinacji. Co najmniej jakby od tego, co powie Natka, zależały losy świata. Natalia westchnęła.

- Dobra, tylko pamiętaj, że cię ostrzegałam przed totalnym rozczarowaniem.

- Super! - Krychna poderwała się z kanapy i zawirowała wokół własnej osi, a potem padła w objęcia koleżanki.

W chwili gdy przyjaciółki tarzały się w poduszkach, do pokoju zajrzała Izabela.

- Stało się coś? - zapytała zaniepokojona. - Słyszałam jakieś krzyki...

- Nie - dobiegł ją zduszony głos siostry. - Krychna znowu wymyśliła szukanie skarbu.

- O, nie - Iza postanowiła się natychmiast wycofać.

Nata zdołała się wydostać spośród poduszek i zawołała:

- Zostań, opowiemy ci, uśmiejesz się. Au! - krzyknęła, obdarzona solidnym kuksańcem przez przyjaciółkę.

Rozdział V

Adaś był z siebie dumny. Czuł się co najmniej jak as wywiadu, któremu udało się przeprowadzić doskonale przygotowaną prowokację. Do tej pory udało mu się pozyskać dla pomysłu szukania skarbu Olunię i Gosiunię, kuzynkę mamy Krychnę i jej przyjaciółkę Natkę, swojego wiernego kumpla Jeremiasza, zwanego przez współczujących kolegów Obelixem.

Wracając do Jeremiasza... Chłopak był naprawdę świetnym przyjacielem. Zawsze można było na niego liczyć. Miał tylko dwie słabości: uwielbiał rozmawiać o jedzeniu i przepisach kulinarnych (wynik obciążenia dziedzicznego, gdyż jego ojciec był kucharzem na okręcie) oraz przepadał za małymi pieskami.

Jego mama była zwolenniczką sterylnej czystości w domu. Koledzy rzadko odwiedzali Obelixa, gdyż panował u niego taki porządek, że strach było czegokolwiek dotykać. Gdy komuś spadł okruszek, Jeremi natychmiast go podnosił, uśmiechając się przepraszająco. Nikt, kto go znał i choć raz spotkał jego mamę, nie miał mu tego za złe. Lepsze było takie natychmiastowe sprzątanie, niż narażanie się na komentarz o bałaganie, braku szacunku dla tych, którzy dbają o czystość, i oskarżenie o arogancję i brak kultury. Takiego kilkuminutowego wywodu musieli niegdyś wysłuchać niefortunni goście. Od tego czasu wszyscy woleli zapraszać Obelixa do siebie. Nie dość, że chłopak żył w domu czystszym od szpitala, w którym rzecz jasna nie było miejsca dla psa, chyba że bardzo małego i będącego pod całkowitą opieką Jeremiego, to jeszcze nosił to fatalne imię. Jak można się nazywać Jeremiasz? Jak to w ogóle brzmi? Jak jakieś barbarzyńskie stękania! Zamiast nazywać się jakoś po ludzku: Krzyś, Bartek, Maciek, Piotrek czy coś, jest przecież w czym wybierać, to on biedak, przedstawiając się, wydaje jakieś absurdalne odgłosy.

Obelix pogodził się z reakcją ludzi na swoje imię i zawsze po jego wymienieniu proponuje, aby korzystać z przezwiska. Budzi sympatyczne skojarzenia i trafnie charakteryzuje jego upodobania, gdyż jeśli chodzi o wygląd, to nie pasuje. Jeremiasz jest niski i raczej szczupły, ale naprawdę wielki duchem. Tylko ktoś taki może iść przez życie z godnością, mając imię, które wstyd wymówić.

W każdym razie kiedy Obelix usłyszał propozycję Adasia, natychmiast się nią zainteresował. Przez całą lekcję przyrody wymieniali karteczki z pytaniami i odpowiedziami dotyczącymi faktów z życia Słowackiego oraz projektów poszukiwań. Jeremi był jedynakiem, więc wakacje spędzane z rodzicami zawsze mu się dłużyły. Każdy pomysł, a szczególnie tak rewelacyjny, wzbudzał jego zachwyt.

Adaś miał pewność, że Obelix będzie go wspierał podczas poszukiwań i nie zostawi na pastwę losu, czyli samotnego odkrywania skarbu.

Największym powodem do dumy było nakłonienie rodziców do zawiezienia synów na popołudnie do dziadka Atanazego. Wizyta nie była w planach. Widzieli się niedawno i nie zaistniały żadne powody do kolejnych odwiedzin. Adaś postanowił więc użyć podstępu. Powiedzenie prawdy nie wchodziło w ogóle w rachubę. Reakcję rodziców łatwo było przewidzieć. Na pewno podsumowaliby to swoim standardowym tekstem:

- Takie głupoty wybij sobie z głowy! Żadnych skarbów szukać nie będziesz!

Przekonał zatem mamę, która, jak słusznie zakładał, potem przekonała tatę, że najlepiej będzie podrzucić Adasia do dziadków, gdyż jako zadanie domowe dostał wypracowanie o legendach Wielkopolski. Najprostszym rozwiązaniem będzie wysondowanie dziadka Atanazego. W jego zbiorach na pewno znajdzie się coś godnego opisania. Adaś miał wyrzuty sumienia z powodu okłamania rodziców, ale postanowił zgłosić się jako ochotnik do przygotowania zadania dodatkowego na język polski. Wtedy wykorzysta dziadkowe zbiory dla celów szkolnych. Na razie jednak musi uzupełnić swoje informacje o Słowackim i jego pobycie w Poznaniu.

Po powrocie ze szkoły chłopiec zachowywał się nad wyraz grzecznie. Zjadł cały obiad, nie narzekając na nadmiar ziemniaków, co było rzadkością. Pomógł bratu uporać się z jego porcją, a potem odniósł brudne talerze do kuchni. Jego postawa wydała się pani Helence podejrzana. Nie towarzyszyły jej jednak żadne ciężkie westchnienia i ponure miny świadczące o przygotowywaniu gruntu do trudnej rozmowy. Raczej wyglądało na to, że zaaferowany zadaniem z języka polskiego, chce jak najszybciej je odrobić. Jeżeli takie były przyczyny, nie należało zbytnią podejrzliwością zniechęcać dziecka do sprawnego i rzetelnego wywiązania się ze szkolnego obowiązku.

Chyba że... przyczyny były inne. Jakie, pani Helenka nie miała żadnego pomysłu, dlatego postanowiła zignorować dziwne przeczucia. Gdy tylko skończyła sprzątać po obiedzie, zarządziła ubieranie się do wyjścia, i po kilku minutach cała trójka opuściła mieszkanie. Udali się spacerkiem w stronę przystanku autobusowego, po drodze rozkoszując się ciepłą i pogodną wiosną.

*

Państwo Jadwiga i Atanazy Krzemieńscy niecierpliwie oczekiwali wizyty córki i wnuków. Pani Jadwinia należała do tego rodzaju osób, i babć przy okazji, które lubią gości, szczególnie obdarzanych gorącymi uczuciami, i traktują ich przybycie jako dobry powód najpierw do wypieków, a potem do radosnego spędzania popołudnia. Ostatnimi czasy co prawda najczęściej widywała wnuki, ale dzięki temu miała o czym opowiadać swoim koleżankom, też babciom.

Pan Atanazy stał w oknie i obserwował ulicę, czekając na sylwetki dwóch malców, aby dać sygnał żonie, że już można włączyć ogień pod garnkiem z wodą, w której zanurzony jest rondelek z czekoladą. Chłopcy bardzo lubili gorącą czekoladę. Wszyscy chłopcy. W każdym wieku. Do czego pan Atanazy się nie przyznawał, a o czym pani Jadwiga doskonale wiedziała. Dziwnym więc trafem czekolady do picia było zawsze za dużo. Dziadek, czy chciał czy nie chciał (oficjalnie nie chciał), wypijał nadmiar.

- Jadwiniu! Już! - krzyknął radośnie starszy pan, dostrzegając u wylotu ulicy trzy ukochane postaci.

Po upływie kilku minut dziadkowie i wnuki siedzieli nad parującą gorącą czekoladą, na powierzchni której powoli roztapiała się bita śmietana posypana cynamonem. Miny mieli konspiracyjne, gdyż pani Helenka, jak każda odpowiedzialna mama, była przeciwniczką słodyczy i czekolady. Menu podwieczorku nie zostało zatem jej przedstawione i pozostało słodką tajemnicą spiskowców. Na zmianę dmuchając i powolutku popijając pyszny napój, korzystali z okazji - mama robiła drobne zakupy, uwolniona od obowiązku pilnowania swoich dwóch ruchliwych pociech, a babcia i dziadek mogli bezkarnie porozpieszczać chłopców, nie narażając się na (słuszne oczywiście) ostrzeżenia rodziców przed rozpuszczaniem dzieci (ale to przecież rodzice nie mogą rozpuszczać, dziadkowie mogą - to ich obowiązek - tłumaczyła w takich chwilach babka Jadwinia, cytując słowa swojej dobrej przyjaciółki Michaliny).

- I co tam w szkole? - zainteresowała się babcia, spoglądając na Adasia.

- W porządku - skinął z buzią pełną brzdącowego ciasta.

- Dużo masz jeszcze zadawane do domu?

Pytanie było niewinne, ale Adaś natychmiast wzmógł czujność. Z tymi wszystkimi kobietami zawsze był problem. Posługiwały się tą jakąś fatalną intuicją i chociaż nie miały żadnych dowodów, to ciągle coś podejrzewały, czegoś się domyślały i tak się uważnie przyglądały, że koniec końców człowiek był gotów się przyznać nawet do tego, o czym jeszcze nie pomyślał. Z drugiej strony same podpowiadały niezłe zabawy, próbując do nich zniechęcić. Na twarzy Adasia pojawił się przelotny uśmiech, nad którym szybko zapanował.

- Trochę. Pani od polskiego nas gnębi.

- To dobrze. Trzeba dobrze znać swój ojczysty język i literaturę.

- No, pani też tak mówi.

- Na pewno też mówi, żeby nie zaczynać zdań od "no" - babka uśmiechnęła się kpiarsko.

Adaś kiwnął głową i westchnął ciężko.

- Czym was teraz gnębi?

- Skończyliśmy dopiero co czytać jedną lekturę, a już kazała nam brać się za następną. I to jaką! Katastrofa.

- To znaczy?

- No, koszmar. "Sierotka Marysia i krasnoludki" - jęknął chłopiec.

Miny dziadków świadczyły o braku zrozumienia. A przecież jak dorosły człowiek, taki jak on, i do tego facet, może czytać takie baje? Jeszcze dziewczyny, to i owszem. One lubią się roztkliwiać nad cudzym nieszczęściem i popłakać nad ciężkim losem powieściowych postaci, ale mężczyźni! Przecież czytanie czegoś takiego to najgorsza kara, jaka może ich spotkać. Ale czy ktoś to zrozumie?

- To bardzo ładna baśń - wyraziła swój pogląd babka. - Mówi o przyjaźni, dobru...

- Ale w jaki sposób! - Adaś nałożył sobie kolejny kawałek ciasta, uznając, że należy mu się rekompensata za straty moralne. Nie był pewien, czy stratami moralnymi można określić czytanie "Sierotki Maryśki", ale sformułowanie zasłyszane od taty podobało mu się i pasowało do sytuacji.

- Zgadzam się z Adasiem - odezwał się po chwili zadumy dziadek. - Literatura powinna nie tylko wychowywać, ale i wyrabiać gust estetyczny.

Chłopiec ucieszył się z poparcia, choć nie rozumiał, co oznacza "wyrabianie gustu estetycznego". Musiało być jednak solidnym argumentem, gdyż babcia Jadwinia aż zamrugała oczami.

- Sugerujesz, kochany, że Konopnicka miała zły styl? - zapytała starsza pani tonem, od którego powietrze zamigotało od szronu.

- Nie sugeruję - zdecydowanie odparł pan Atanazy - ja tak oficjalnie twierdzę. Kobieta zanudza! Rzadko zdarzało mi się czytać coś tak nużącego.

Adaś z zainteresowaniem obserwował polemizującą parę. Oboje mieli poważne miny i miało się wrażenie, że różnica zdań co do kunsztu pisarskiego Marii Konopnickiej gotowa jest podzielić ich na dobre, ale wystarczyło spojrzeć im w oczy, aby zobaczyć iskierki radości. Chłopiec zastanawiał się, czy spór toczą dla jego czy dla swojej przyjemności. W każdym razie uznał, że dość tego dobrego, trzeba skłonić dziadka do współpracy. Postanowił nie czekać na ripostę babki, tylko od razu zakończyć dyskusję. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, aby zwrócić uwagę na siebie, odezwał się Gabrielek.

- Picia! - zażądał z lekką zadyszką będącą skutkiem zbytniego zaangażowania się w jedzenie ciasta.

Pierwsza zareagowała babka, wydając jęk dezaprobaty:

- Matko jedyna, jak ty wyglądasz?

Pytanie było uzasadnione. Gabi bowiem rozsmarował lepką słodycz ciasta po buzi i rączkach, a potem po szklance, która nawet na odległość wyglądała na niebezpiecznie klejącą.

- Atanaziu - pani Jadwiga zwróciła się z uśmiechem do męża - ty idź z Adasiem i zróbcie jego zadanie domowe, a ja się zajmę Gabrielkiem.

Po chwili duży pokój opustoszał. Dziadek przeniósł się z wnukiem do pokoiku, który niegdyś należał do małej Helusi. Dziś znajdował się w nim gabinet. Państwo Krzemieńscy zgromadzili tu swoje książkowe zbiory, wszystkie albumy z rodzinnymi zdjęciami oraz zbiory pana Atanazego. Adaś usiadł przy biurku i wyjaśnił, że chce wykorzystać w szkole informacje o Słowackim, które ostatnio usłyszał. Są jednak pewne niejasności i chciałby, aby dziadek mu je wyjaśnił. Starszy pan uśmiechnął się z zadowoleniem, stwierdzając, że jednak mylił się co do wnuka. Jego opowieści trafiły chłopcu do serca i zapadły w pamięć, skoro starał się je uporządkować, uzupełnić i przekazać dalej.

- Pytaj, młodzieńcze - zachęcił wnuka pan Atanazy.

- Mówiłeś, dziadku - zaczął Adaś - że Słowacki przebywał w Poznaniu i mieszkał gdzieś w centrum.

- Tak - dziadek pokiwał głową. - Tak było. Otóż, wiesz zapewne, że główną ulicą jest Święty Marcin. Przy tej ulicy znajduje się kościół pod wezwaniem Świętego Marcina, niedaleko jest boczna ulica dochodząca do Świętego Marcina, a nazywająca się Piekary?

Mina Adasia wskazywała, że opis dziadka niewiele mu mówi. Starszy pan narysował zatem prowizoryczny plan, tłumacząc na nim raz jeszcze rozmieszczenie ulic i domów.

- Przy ulicy Święty Marcin położone jest kino Muza, byłeś tam z mamą na jakimś filmie dla dzieci.

Adaś pokiwał głową. Teraz łatwiej było mu sobie wyobrazić miejsce, o którym mówił dziadek.

- Tutaj - pan Atanazy zaznaczył strzałką, gdzie stał dom - około 1847 roku wybudowano kamienicę. Jej właścicielem był znany wówczas i powszechnie szanowany lekarz - dr Gąsiorowski. Patriota, uczestnik powstania listopadowego w 1830 roku i współorganizator kolejnego powstania w 1846 roku o wyzwolenie Polski spod zaborów. Pierwszym lokatorem, którego przyjął doktor, był major August Bukowiecki. Był to niezwykły człowiek. Młodość spędził, ucząc się wojskowego fachu. Swoje umiejętności wykorzystał w armii Napoleona, służąc pod nim podczas wojny z Rosją. Wrócił śmiertelnie ranny i leżał w szpitalu wraz z polskim komediopisarzem Aleksandrem Fredro! - dziadek spojrzał z dumą na wnuka. Ten jednak nie podzielał jego entuzjazmu, więc starszy pan dla pewności zapytał: - Znasz jakiś utwór Fredry?

- Nie - Adaś zdecydowanie pokręcił głową.

- Aha. No, ale poznasz. Z tego co wiem, to "Zemsta" Fredry jest lekturą.

- Fajna? - zainteresował się chłopiec.

- Tak. Śmieszna. Szczególnie gdy dobrze zagrana w teatrze. Ale, ale, wracając do naszych bohaterów...

- Kiedy pojawi się Słowacki? - wnuk delikatnie zasugerował dziadkowi, że jego opowieść ciągle jeszcze nie dotarła do sedna sprawy.

- Właśnie, właśnie. Już zaraz. Jak więc mówiłem, ten Bukowiecki też był patriotą. Zamieszkał w kamienicy Gąsiorowskiego z żoną i córką. Miał kilka pokoi, w tym jeden z osobnym wejściem. I ten wynajmował! - pan Atanazy spojrzał znacząco na słuchacza. Zamilkł na chwilę, aby zwiększyć jego niepokój oraz oczekiwanie i kontynuował. - W roku 1848 gościł w nim Juliusza Słowackiego.

- W jakiej kamizelce? - zapytał Adaś, wytrącając dziadka z patetycznego tonu.

- Proszę?

- W jakiej kamizelce był? - powtórzył chłopiec powoli i wyraźnie, a widząc malujące się w oczach starszego pana zdumienie, wyjaśnił: - Mówiłeś, że lubił się stroić. Nosił kanarkową, a potem w kwiaty.

- Tak... Prawda, ale niestety nie wiem, jaką miał, gdy przyjechał do Poznania. Myślę, że chyba mniej rzucającą się w oczy, bo we wspomnieniach jednego z bywających w mieszkaniu Bukowieckiego wyglądał jak kancelista.

- Kto to jest kancelista? - Adaś poczuł niesmak. Za dużo tych nowych słów. Od kiedy zaczął badać losy Słowackiego, wyrazów na liście przybywało.

- Kancelista to urzędnik, ubierał się w ciemne kolory, niezwracające uwagi.

- Aha, czyli Słowacki wyglądał wtedy przeciętnie?

- Tak, myślę, że był ubrany skromnie. Odbył długą podróż, więc pewnie wziął rzeczy, które się mniej brudziły. Zresztą, jak pamiętasz, był chory i nie sądzę, aby miał siłę dbać o kolorystykę kamizelek.

- A co robił w mieście, gdzie chodził?

- Spotykał się z rewolucjonistami, był w hotelu Bazar na spotkaniu z przedstawicielami komitetu narodowego przewodzącego powstaniu... Był zafascynowany zrywem narodowym rodaków. Marzył, że wreszcie zakończy on niewolę Polaków...

Pan Atanazy zadumał się przez chwilę: "Jakie trudne są nasze losy - pomyślał. - Każde pokolenie musi walczyć o prawo do wolności. Nasza historia to powstania, wojny, strajki, manifestacje... Krew i łzy. Strata i cierpienie. Tak patetyczne, że aż niemożliwe do przekazania dziecku...".

- Dziadziu! - Adaś podszedł do starszego pana i ujął jego rękę w swoje. - Dlaczego posmutniałeś? Mnie się podoba ta twoja opowieść o Słowackim.

- Wiem - pan Atanazy uśmiechnął się. - Zamyśliłem się tylko i wiesz co...

- Mhm...

- Myślę, że najlepiej będzie, jak się umówimy na spacer i pójdziemy zobaczyć miejsca, w których bywał Słowacki.

- Super! - Adaś krzyknął tak donośnie, że aż zwabił babcię i Lelka.

Nie mógł się jednak powstrzymać, bo propozycja była dokładnie tym, czego pragnął, a nie miał pomysłu, jak przekonać dziadka do takiej wyprawy.

- Co się stało? - pani Jadwinia z niepokojem przyglądała się mężowi i wnukowi.

- Dziadek zaproponował mi wycieczkę historyczną - z dumą stwierdził Adaś.

- Tak, a gdzie niby? - zainteresowała się babka.

- Śladami Słowackiego - wyjaśnił pan Atanazy.

- Dziadziu.

- Tak?

- A mogę wziąć kolegów i koleżanki? Oni też chętnie posłuchają.

- Oczywiście. A ile ich będzie? Tych koleżanek?

- Dwie...

- Dwie tylko - dziadek znacząco spojrzał na babkę.

Pani Jadwinia uśmiechnęła się. Jedenastolatek w najmniejszym stopniu nie był zainteresowany zdobywaniem serc niewieścich, ani w liczbie jednego, ani dwóch. Sugestia dziadka w ogóle nie zwróciła jego uwagi i nie dosłyszał w niej nutki prowokacji.

Babka pokręciła głową i zaznaczyła:

- Gabrielka też weźmiecie, on bardzo lubi spacerować.

Adaś ciężko westchnął. Według niego Raptor nie tyle lubił spacerować, ile psocić podczas spaceru, to znaczy uciekać, chować się i doprowadzać wszystkich do nerwicy.

- Na kiedy się umówimy? - chłopiec uznał, że należy kuć żelazo, póki gorące.

- Może w sobotę? - zaproponował pan Atanazy.

- O, tak, tak - ucieszył się Lelek, choć nie wiedział, o co chodzi. Jego reakcja wywołała uśmiechy dziadków i pełną politowania minę starszego brata.

Rozdział VI

Krychna była zdenerwowana. Nie mogła się zdecydować, czy włosy skrócić czy tylko fantazyjnie przyciąć. Nikt nie potrafił jej w tej kwestii doradzić. Wszyscy unikali jednoznacznej odpowiedzi, wymijająco twierdząc, że w każdej fryzurze jest jej dobrze albo że to ona musi się sama zdecydować. To zresztą było oczywiste! Ale odrobina współpracy by się przydała. Dziewczynka wydęła wargi i prychnęła w stronę swojego odbicia. Poprawiła uczesanie, sprawdziła, czy kolorowe spinki dobrze trzymają się we włosach i wyszła z domu. Porządnie zamknęła drzwi i wrzuciła klucz na dno plecaka. Miała jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu, więc mogła na przystanek iść powoli.

Wiosna była przepiękna. Roślinność rozwinęła się niezwykle bujnie. Wszędzie wokół było zielono, kwitły wielobarwne bratki, w oknach pyszniły się pelargonie. Krychna umówiła się na ploteczki z Natką na Starym Rynku, co uznała po raz kolejny za genialny plan. Pogoda zapraszała do korzystania z uroków kafejek wystawiających na zewnątrz stoliki i krzesełka. Co prawda dostęp do owych uroków ograniczały finanse. W końcu lody nie są artykułem na tyle luksusowym, żeby płacić za deser z ich udziałem jakieś bajońskie, jak na jej portmoneteczkę (w większej mogłaby nie znaleźć tych paru posiadanych złotych), sumy. Zamiast usiąść w kawiarnianym ogródku zafundują sobie z Natką kilka gałek zimnego przysmaku i przysiądą na ławeczce.

Jak na razie przysiadła na ławeczce na przystanku autobusowym i zajęła się obserwowaniem otoczenia. Młoda dziewczyna, pewnie studentka, ubrana w strój z logo firmy rozdawała ulotki, starając się wetknąć je każdemu, czy kto chciał czy nie. Uśmiechała się przy tym do wszystkich, więc większość jednak brała ulotki i, nie czytając, wrzucała do kosza lub wpychała do kieszeni. Parę kroków dalej stał chłopak z gazetami przewieszonymi przez rękę i sprawnym ruchem zdejmował je z tego naturalnego wieszaka, wręczając je zainteresowanym. Chwilowo tylko zainteresowanym. Kiedy już się zmęczy, też zacznie rozdawać je wszystkim.

Krychna zastanawiała się, ile im płacą i czy warto w ten sposób zarabiać. Kilka godzin stania, czasami w naprawdę paskudnej pogodzie, i konieczność wciskania ludziom czegoś, czego nie chcą i nie potrzebują.

Obok dziewczynki przysiadła zasapana starsza pani ze spacerówką, w której drzemał maluch z czupryną niesfornych loczków, ubrany w zielonkawo-pomarańczowe rzeczy, równie niesforne jak włoski. Kobieta delikatnie poprawiła mu koszulkę i spodenki, patrząc z czułością na pyzatą buźkę. Z ust chłopczyka wyrwało się błogie westchnienie i pojawił się na nich słodki uśmiech.

Krychna też się uśmiechnęła, ale szybko przypomniała sobie, jak niebezpieczne potrafią być takie niby małe i bezbronne potwory. Jakiś czas temu nieopatrznie zgodziła się przypilnować dwóch synków kuzynki Helenki. Starszy Adaś, wówczas dziewięciolatek, okazał się w porządku. Można było z nim pogadać o różnych rzeczach. Starał się też pomagać przy młodszym bracie. Malec miał na imię Gabriel. Imię pozostawało w całkowitej sprzeczności z jego charakterem. Nie miał w sobie nic anielskiego! Przydomek, którym go obdarzono, czyli Raptor, w zdecydowanie trafniejszy sposób odzwierciedlał jego naturę.

Na wspomnienie pewnego poranka, gdy zaraz po nagłym obudzeniu się znalazła go całego we krwi, Krychnę aż przeszył dreszcz [1]. Silnym postanowieniem dziewczynki było od tamtego czasu nieuleganie pozornym powabom małych dzieci.

Tymczasem podjechał autobus i Krychna, rozsiadłszy się wygodnie na zacienionym krześle, oddała się błogiemu niemyśleniu i bezmyślnemu w związku z tym śledzeniu przemykających za szybą widoków. Po upływie 20 minut nastolatka dotarła do celu. Wysiadła na Garbarach i bocznymi uliczkami powędrowała na Stary Rynek. Krychna nie ulegała urokowi zabytkowych kamieniczek. Niezwykła architektura, fakt ich wielowiekowego istnienia i czasem niebywałe historie związane z nimi nie budziły w niej większego zainteresowania. Wkraczając jednak na Stary Rynek, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że oto przekracza tajemniczą granicę, poza którą czas płynie inaczej. Renesansowy ratusz, perła wśród odrodzeniowych ratuszy, jak podkreślała ich pani od historii, zróżnicowane pod względem stylu i koloru kamieniczki, bruk pod stopami i niezwykła atmosfera wprawiały ją w podekscytowanie.

Teraz też to poczuła.

Pod pręgierzem dostrzegła Natę i szybko podeszła do niej. Wokół zabytkowego miejsca wymierzania kar na kamiennych schodkach siedział tłum młodzieży. To miejsce i schody ratusza zawsze były oblegane, gdyż należały do nielicznych darmowych miejsc siedzących. Prawie wszystkie pozostałe znajdowały się w kawiarnianych ogródkach.

- Cześć! - Krychna przywitała się głośno, sprawdzając kątem oka, czy siedzący niedaleko chłopcy zwrócili na nią uwagę.

Obserwacja wypadła pozytywnie, gdyż paru obrzuciło ją szybkim spojrzeniem. Według Naty w ich wzroku można było dojrzeć raczej obojętność lub zniecierpliwienie - ot, kolejna krzykliwa małolata. Dla Krychny jednak istotniejsza była wyraźna reakcja, czyli odwrócenie głowy w jej kierunku, niż próba interpretacji, co mogły wyrażać ich oczy.

Nata kiwnęła koleżance głową i przesunęła się, robiąc jej miejsce obok siebie. Krychna zerknęła na nie z dezaprobatą. Nie miała zamiaru siedzieć wciśnięta w bezosobowy tłum.

- Chodź - machnęła na Natę ze zniecierpliwieniem. - Poszukamy wygodniejszego miejsca.

"Na którym będę się lepiej prezentować" - ironicznie dokończyła w myślach Natka, zgadując intencje przyjaciółki. Powstrzymała się jednak od głośnego komentarza i potulnie ruszyła za Krychną.

- Słuchaj, a może pójdziemy na Piekary? - zaproponowała, doganiając koleżankę.

- Po co?

- No, mówiłaś, że tam mieszkał Słowacki - niepewnie wyjaśniła. - Mogłybyśmy obejrzeć miejsce zdarzeń.

- Eee tam - Krychna niecierpliwie pokręciła głową, wprawiając w ruch loczki. - W sobotę umówiłam się z Adasiem. Dziadek ma mu wtedy wszystko pokazać, przyłączymy się do nich. Po co same się będziemy wysilać. Zamiast tracić czas, posiedzimy tu sobie i pogadamy. Musisz mi doradzić.

Nata pokiwała głową. Ruch ten nie oznaczał w najmniejszym stopniu zrozumienia i akceptacji poglądów Krysi, był potwierdzeniem własnych przypuszczeń. Dziewczynka domyślała się, że celem spotkania nie będzie omówienie kwestii związanych z poszukiwaniem zegarków Słowackiego, lecz raczej rozstrzygnięcie życiowych problemów Krychny. Natka zawsze się zastanawiała, jaką rolę tak naprawdę odgrywa w owym "rozstrzyganiu". Jej przyjaciółka z pełnym zaufaniem zwierzała się ze wszystkich swoich problemów. Opowiadała o nich długo i ze szczegółami, oczekując komentarza, wsparcia i porady, po czym, ku początkowemu zdumieniu Naty, teraz już do tego przyzwyczajonej, Krychna postępowała dokładnie tak, jak zapowiadała na wstępie wypowiedzi. Rolą Natalii nie było więc udzielanie realnej pomocy, a jedynie wysłuchanie monologu podekscytowanej przyjaciółki. Równie dobrze mogła go wysłuchać każda inna osoba. Właściwie Natka powinna czuć się wyróżniona zaufaniem Krychny. Odczuwała jednak zniecierpliwienie, a nawet irytację. Przyzwyczaiła się już do sposobu bycia koleżanki i prowadzenia przez nią rozmów. Czasami nawet lubiła pomilczeć przy niej. Gadatliwość Krychny pozwalała jej skryć się w cieniu milczenia i oddać ciekawym refleksjom. Wywody Krysi były jak brazylijskie seriale. Nieważne, w którym momencie zacznie się ich słuchać, i tak ciągle są o tym samym.

Krychna znalazła właśnie wolne miejsce.

- O, zobacz, tu będzie idealnie - pokazała na niebiesko-białą ławkę w kształcie kleksa.

Natka westchnęła. Ławka nie należała do najwygodniejszych, ale na jej tle dopasowana pomarańczowa sukienka koleżanki na pewno będzie przyciągała uwagę przechodniów. Krychna usadowiła się z boku, wybierając bardziej białe ramię kleksa. Gdy Nata zajęła pozostawione dla niej miejsce, przyjaciółka powróciła do przerwanego monologu.

- A zatem, tak jak ci tłumaczyłam, nie mogę się zdecydować, czy włosy zapuszczać czy skrócić. Rozumiesz?

- Tak - Natka przytaknęła. - Sądzę, że mogłabyś zapuścić. Ostatnio ciągle miałaś krótkie.

- Właśnie, ale tak sobie myślę, czy nie będę wyglądała jak geografica.

Nata przyjrzała się mówiącej z zainteresowaniem.

Upodobnienie się do nauczycielki geografii wymagało od każdego, a szczególnie od Krychny, wielkiego wysiłku. Jeden z jej kolegów z klasy nazwał geografkę tępą żyletą. Nata nie rozumiała dlaczego, dopóki nie zobaczyła kobiety. Była niezwykle chuda, miała ostre rysy twarzy, ruszała się energicznie i mówiła szybko wysokim, prawie piskliwym głosem. Miała długie czarne włosy o postrzępionych, nierównych końcach oraz grzywkę przyciętą tak prosto, jakby ktoś linijką odmierzał długość każdego włosa. Z tego, co opowiadała Krychna, wynikało, że była wymagająca i surowa. Wygląd i sposób bycia kojarzył się z żyletą, fryzura, w której dominującą częścią była grzywka, nadawała jej twarzy tępy, bezmyślny wyraz. Krychna złośliwie komentowała, że oddaje on stan umysłu geografki.

- No co ty - Nata wzruszyła ramionami. - Żeby wyglądać jak ona, musiałabyś przestać być sobą.

Krychna kiwnęła głową zadowolona.

- Skłaniam się ku oryginalnemu przycięciu - poinformowała koleżankę. - Wiesz, takiemu trochę nieregularnemu, ale nie widziałam w żadnej gazecie ciekawej propozycji takiej fryzury, a ty?

Nata westchnęła i pokręciła głową, zasmucając koleżankę. Co zresztą było do przewidzenia, gdyż nigdy nie przepadała za prasą dziewczęcą i kobiecą. Nie interesowały jej plotki z życia minigwiazd ani rewelacyjne porady, jak być piękną, szczupłą, zmysłową... Przez chwilę między przyjaciółkami zapadło pełne głębokiej zadumy milczenie. Przerwała je Krychna, kopiąc sąsiadkę w kostkę.

- Patrz! Twoja siostra.

Nata podążyła wzrokiem za jej palcem i na jego przedłużeniu ujrzała Izę w towarzystwie postawnego blondyna w okularach, zwanego Argo. Tworzyli miłą parę wywołującą uśmiech na twarzy patrzących. Ona - drobna brunetka o podatnych do kręcenia włosach i ciemnych oczach, on - wysoki, o jasnych oczach i prostych włosach. Iza wyglądała przy nim jak wiecznie rozradowana jaskółka, a on jak poruszająca się opoka.

Koleżanki zamachały rękoma, starając się zwrócić na siebie uwagę, co im się udało. Iza i Argo skierowali się w ich stronę i wtedy Natka zobaczyła, że tuż za nimi podąża jeszcze jedna osoba, znana jej jako Bobas.

- Cześć!

- Witajcie!

- Co tu porabiacie?

- A wy?

Po serii przywitań i pytań wstępnych wszyscy usadowili się na ławce.

- Izulka wyciągnęła nas na rekonesans - wyjaśnił z promiennym uśmiechem Argo.

- Ooo! - życzliwie odezwała się Krychna. - A co niby oglądacie?

- Szliśmy właśnie na Piekary obejrzeć kamienice. Dokładnie nie wiemy, w której mieszkał Słowacki, ale postanowiliśmy rozejrzeć się, zrobić plan - zachichotał Mateusz.

- Plan? - zdziwiła się Krychna.

- Tak - przytaknęła Iza. - Szkic terenu, żeby się lepiej orientować w zagospodarowaniu przestrzeni.

- Przecież w sobotę umówiliśmy się z Adasiem i jego dziadkiem, który wszystko nam wyjaśni.

Krychna obrzuciła Izę i chłopaków pełnym politowania spojrzeniem. Wysilać się samemu, żeby dowiedzieć się czegoś, co za dwa dni zostanie podane na talerzu?

- Owszem, umówiliśmy się - potwierdził Argo - ale im dokładniej poznamy obszar poszukiwań, tym lepiej, nie sądzicie?

Nata przytaknęła zdecydowanie, a Krychna wymruczała bez przekonania: "No nie wiem...". Mateusz roześmiał się i zaproponował:

- Może pójdziecie z nami?

- Nie, my tu sobie jeszcze posiedzimy i pogadamy.

- Dobra, a my idziemy? - Mateusz zerknął na Izę, która poparła jego słowa, wstając z ławki.

Po chwili Iza, Mateusz i Bobas zniknęli, podążając ulicą Wrocławską, a Krychna wróciła do rozważań nad znaczeniem przycięcia włosów dla ułożenia fryzury podkreślającej urodę twarzy.