Zegar. Tom 2 Cień klepsydry - Steve Shadehead

Kup ebooka

24.00 zł
20.40 zł (24,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Porcelanowa Królowa

 

Czwartek

Po raz drugi...

Stoimy przed tym przeklętym truchłem architektury. Cienie ścian wiją się w jakimś konwulsyjnym rytmie, jakby ten betonowy kloc sam siebie obserwował z obrzydzeniem. Na podwórzu każdy krok odbija się echem tak nienaturalnym, jakby te mury drwiły z naszej obecności, a każda szczelina wykrzywiała się w chorobliwym grymasie, szepcząc sekrety, których nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby słuchać. Napięcie wisi między nami jak spojrzenie, które potrafi cię sparaliżować, zanim w ogóle się zorientujesz, że nie jesteś sam.

Deszcz, który jeszcze przed chwilą miotał się z furią godną Regan MacNeil w kulminacyjnej scenie Egzorcysty, nagle odpuścił. Teraz to tylko żałosna, drwiąca mżawka, która z niemal perwersyjną delikatnością rozbija się o maski tych absurdalnie drogich samochodów, zaparkowanych przed wejściem jak ucieleśnienie złego smaku.

Tylko że tutaj nie ma opętania, nie ma żadnej wyższej, demonicznej siły, na którą można by zwalić winę za ten syf. Nie ma lewitujących łóżek ani wymiotowania wodą święconą... jest tylko pospolita, ludzka zgnilizna, która śmierdzi gorzej niż siarka. To miejsce nie jest nawiedzone przez duchy, jest nawiedzone przez chciwość i brak skrupułów, a to demony, których nie wygonisz żadnym łacińskim bełkotem.

Prawdziwe zło nie wykręca ci głowy o trzysta sześćdziesiąt stopni ani nie manifestuje się w spektakularnych sztuczkach. To ktoś, kto zdejmuje płaszcz i siada z tobą do kolacji, uśmiechając się dokładnie tak, jak tego potrzebujesz. To dłoń, która z namaszczeniem nalewa ci wina, i głos, który z niemal ojcowską troską sonduje twoje lęki, wyciągając je na światło dzienne pod pretekstem uzdrowienia. To osoba, która kolekcjonuje twoje słabości jak najrzadsze okazy motyli, tylko po to by później, w chwili twojej absolutnej bezbronności, uderzyć nimi tam, gdzie boli najbardziej. Robi to w momencie, gdy twoje zaufanie jest tak ślepe, że sam podajesz mu nóż do ręki. A kiedy orientujesz się, że coś jest nie tak, jest już za późno.

Największymi demonami nigdy nie były istoty z piekła, tylko ludzie. A my właśnie stajemy przed tymi drzwiami, świadomi tego, że za chwilę zasiądziemy do wieczerzy z potworami, które zamiast pazurów mają nienaganne maniery.

W momencie, gdy światło sączy się z wnętrza, to miejsce wygląda jeszcze gorzej niż wtedy, gdy tonęło w ciemności. Poświata odsłoniła betonowe ściany, popękane i zabrudzone przez lata, obnażając swoją nagą, szorstką hipokryzję, wydobywając z mroku ostatnie tchnienie dawnej świetności: resztki zdobień przy wejściu, pokruszone schody, które pamiętają lepsze czasy. Elewacja, choć miejscami jeszcze błyszczy od wilgoci, jest szorstka i poraniona, jak skóra kogoś, kto dawno temu przestał wierzyć w odkupienie i pogodził się z końcem. Wśród tych drzew i cieni budynek wygląda jak zepsuty ząb wystający z ziemi. Lśniący na krawędziach, zgniły w środku. Idealne miejsce.

Zatrzymujemy się przed drzwiami. Ogromne, masywne i bezczelnie obojętne. Ozdobne wzory, niegdyś starannie wykute, dziś ledwo przebijają się spod warstwy brudu i czasu. Nikt nie zadaje sobie trudu, by to pielęgnować.

Pukam. Nie słyszymy odpowiedzi. Nie ma żadnego dźwięku poza miarowym ociekaniem wody z rynien i szumem liści, jedynych świadków naszego idiotyzmu. Wszystko wokół wydaje się wyciszone, stłumione przez nieprzeniknioną, obrzydliwą ciemność, która zdaje się wsysać każdy odgłos, zanim ten zdąży wybrzmieć.

Stoimy tam, przemoczeni i głupi, podczas gdy oni po drugiej stronie prawdopodobnie obserwują nas na monitorach, licytując się, który z nas skapituluje pierwszy.

Już mam unieść dłoń ponownie, kiedy mechanizm zamka szczęka tak subtelnie, że brzmi to, jak przeładowanie broni. W szczelinie drzwi pojawia się pas ciepłego, żółtego światła, pachnącego wanilią i drogim tytoniem. Zaproszenie do piekła, w którym podają najlepszą whisky.

Drzwi zaczynają się uchylać bardziej. Wydają skrzypienie, które przypomina upadającą cegłę w ruinach. Ten budynek żyje, ale tylko po to, by walczyć ze swoją własną, powolną autodestrukcją.

Wtedy ich zauważam.

Dwóch ochroniarzy. Ich karki przechodzą bezpośrednio w czaszki, tworząc jedną, nieprzerwaną linię napiętych mięśni, które zdają się rozrywać szwy czarnych marynarek. Dłonie wielkości bochenków chleba, zrogowaciałe, zwisające wzdłuż bioder jak dwa młoty, gotowe w każdej sekundzie roztrzaskać wszystko, co stanie im na drodze. Twarze mają zakryte przez białe maski... zwykłe, proste, ale zarazem absolutnie bez wyrazu, bez ciepła jak te z tych pieprzonych kart, jak te z obrazów Amslera.

Stoją tam jak Sfinksy z Niekończącej się opowieści, strzegące wejścia do Południowej Wyroczni. Tak samo nienaturalni, tak samo zastygli w kamiennym wyczekiwaniu. Monolity, nieruchome i wszechwidzące, przepuszczają tylko tych, w których nie wyczują strachu. Ich oczy pozostają wtedy zamknięte. Z kolei ci dwaj przede mną, moi osobiści strażnicy nicości, nie mrugają ani na moment. Ich białe maski są jak martwe ślepia posągów, widzące nie tyle moją twarz, ile cały lęk, który ściska mi żołądek. Czekam, aż ich wzrok wypali we mnie dziurę, aż osunę się na miejscu, uznany za niegodnego przekroczenia granicy tego umierającego królestwa.

W tym jednym momencie wszyscy stoimy nieruchomo. Nasze oczy spotykają się w milczeniu. Chłodne, beznamiętne, a jednak przepełnione grozą, której nie da się zignorować. Pustka ogarnia przestrzeń między nami jak przezroczysty mur. Jeden z ochroniarzy powoli przesuwa dłoń wzdłuż biodra, odsłaniając skrawek broni przy pasie. Nie robi nic więcej. Mimo to czuję, jakby każda cząstka powietrza wokół pulsowała ich pewnością siebie. Serce bije mi w piersi w rytmie, który powoli wypełnia całe to miejsce.

Wyciągam zaproszenie. Palce drżą, choć ciało rzadko słucha rozsądku. To nie jest zwykły niepokój. To jest ten rodzaj strachu, który czujesz, stojąc na krawędzi z zakrytymi oczami i związanymi rękoma, wiedząc, że ktoś zaraz pchnie cię w otchłań bez dna.

Podchodzę bliżej, mimo że każdy mięsień, każdy dreszcz każe mi spieprzać w deszcz, byle dalej od tego zakłamanego miejsca.

Ochroniarz nawet nie zerka na kopertę. Dla niego to zaproszenie jest warte tyle, co papier toaletowy, i to nawet nie ten wielowarstwowy.

Po chwili kiwa głową w stronę drugiego. Ten sięga po... maski. Tak samo białe, tak samo mdłe. Aseptyczne. Podaje mi ten kawałek plastiku, jakby wręczał mi wyrok owinięty w celofan. Biel maski aż bije po oczach. To nie jest zaproszenie do zabawy. To kurwa kaganiec na twarz, żebyśmy przypadkiem nie pobrudzili ich idealnego świata swoim śmierdzącym strachem, gdy wszystko się zacznie.

Maska jest pozbawiona jakiejkolwiek miękkości, jakby sama w sobie ważyła złe intencje. Trzymam ją przez chwilę, czując, jak resztki mojej wolności wyparowują, zostawiając mnie z czymś, co jest obce, nieodwracalne. Ta maska nie niesie sensu. Obiecuje tylko upadek, ale przynajmniej w anonimowości.

Przykładam ją do twarzy. Przylega idealnie, jak drugi garnitur szyty na miarę, jak nowa skóra, która nie rumieni się ze wstydu i nie okazuje strachu. Czuję jej twardość na policzkach, chłód na nosie. Plastik ściska skórę, każdy ruch ust czy brwi jest ograniczony. To nie jest przebranie. To więzienie, które przykleja mnie do twarzy i nie pozwala mi na żaden fałsz.

 

W odpowiedzi na nasze oczekiwanie, w drzwiach korytarza pojawia się kobieta, smukła i pewna siebie. Delikatnie unosi rękę, nakazując nam iść za nią. To nie propozycja. To komenda pozbawiona jakiegokolwiek rodzaju ciepła.

Idziemy za nią bez słowa jak bydło, które zapomniało, że kiedyś miało głos i potrafiło ryczeć. Kątem oka zerkam na Deana. Wygląda tak samo, jak ja. Jak kolejny manekin na tej chorej wystawie.

Korytarz nie ma końca. Mrok tutaj nie tylko pożera światło, on je rozszarpuje, przeżuwa i wypluwa jako pustkę, która smakuje oddechem setek zapomnianych ludzi. Czuję, jak ta ciemność oblepia mi płuca, jak bada moją odporność, zanim ostatecznie mnie pochłonie. Jesteśmy tu tylko po to, by nasycić głód tego miejsca. Przystawka podana w białych maskach, rzucona przed danie główne, która jeszcze nie wie, że zaraz zostanie skonsumowana.

Z każdym kolejnym krokiem powietrze gryzie mi gardło, a na języku czuję posmak soli, jakbym zakrztusił się morską wodą. Smak jest obcy i ostry, niepokojący, wdziera się do środka jak zapowiedź nieuniknionego bólu. Każdy oddech przypomina mi przypływ, który nie pyta o zgodę, zostawiając mnie duszącym się w wyobrażeniu zagrożenia. Ciało reaguje na coś, czego nigdy nie doświadczyłem, a jednak odczuwam to całym sobą. Woda jest wszędzie i nigdzie, słona i zimna w wyobraźni, a jej ciężar ciąży na moich płucach, zmuszając serce do przyspieszonego rytmu. To nie jest realna fala, to lęk przetworzony na smak, na cierpienie i wstrząs. Każdy krok sprawia, że wyobrażenie staje się bardziej namacalne, bardziej bolesne, jakby już mnie połknęło. Tylko że ja nigdy nie pływałem, więc skąd mogę znać to uczucie?

Na końcu czekają mosiężne drzwi. Wysokie, solidne, pokryte wzorami, które w tym półmroku zdają się pulsować. Złudzenie? Może, ale te rzeźbienia naprawdę zdają się drgać jak mięśnie pod cienką skórą potwora, który właśnie bierze głęboki wdech. Nie chcę wiedzieć, co jest po drugiej stronie, ale moje nogi i tak niosą mnie dalej.

Kobieta nie zwalnia tempa. Jej ruchy są irytująco płynne. Ona nie idzie. Ona płynie przez tę przestrzeń z arogancją kogoś, kto zna tu każdy brudny kąt lepiej niż własne odbicie w lustrze.

- Gotowi? - rzuca przez ramię, ale to nie jest pytanie. Nie czeka na odpowiedź, bo nasza gotowość gówno ją obchodzi. Popycha drzwi, które ustępują bez oporu, jakby tylko wyczekiwały tego momentu.

Pierwsze uderza światło. Jest bladożółte, mimo to nienaturalnie wyostrzone. Spływa z wysoko zawieszonych kryształowych lamp, które mienią się w drobnych refleksach, tworząc wiry blasku i cienia, jakby przestrzeń sama igrała z naszymi oczami. Rozświetla każdą tchórzliwą myśl, której próbowałem się trzymać na korytarzu.

Zanim wzrok przywyknie do blasku, dopada mnie zapach. Pod warstwą drogich perfum i aromatu palonego tytoniu czai się coś mdłego. To zapach rozgrzanego mięsa albo krwi, która zbyt długo stała w cieple, wymieszana z cierpkim winem. Ten odór nie pozostawia złudzeń: nie jesteśmy na eleganckim bankiecie. Jesteśmy w rzeźni, która tylko go udaje.

Sala jest ogromna, ale sufit ginie w mroku tak głębokim, jakby nad naszymi głowami nie było dachu, tylko nieskończona czarna dziura. Ściany odbijają światło w nieregularnych, zimnych refleksach. Podłoga jest pokryta dość ciemnym, bliznowatym marmurem, ale jednak połyskuje w miejscach, gdzie jeszcze zachował się wosk... lub krew. Każdy krok odbija się echem tak stłumionym, jakby sama przestrzeń nas nasłuchiwała.

Na ścianach wiszą obrazy. Niektóre klasyczne, pełne harmonii, spokojnych scen, inne... one manifestują chorobę psychiczną, przybitą do ścian na całą wieczność. Kolory zlewają się ze sobą w groteskową mozaikę. Czerwienie krwawią w żółcie, błękity drżą jak lodowata woda, a czerń spływa po krawędziach ram niczym smolisty cień, wciągając wzrok w bezdenną otchłań. Zdaje się, że nie tylko Phelptoon kupował obrazy Sinéad.

Przypominam sobie słowa Amslera i to, jak mówił, że to jest jak wejście w inny wymiar. Nie mylił się. Bogactwo wewnątrz z jednoczesnym rozpadem poza nim. Jak pałac wyrastający z wysypiska, który udaje ósmy cud świata. Każdy jego błysk jest zapożyczony, każdy oddech karmiony cudzym rozkładem. Im bardziej lśni, tym więcej wokół musi zgnić.

Są i oni... Gospodarze tego niedorzecznego widowiska, rozproszeni po sali, która swoim przepychem wręcz rani oczy. Siedzą tam, wycięci z rzeczywistości, odurzeni własną nietykalnością, którą kupili za cenę, o jakiej nam się nawet nie śniło. Wszyscy w maskach. Co do jednego. Widok tych nieruchomych twarzy, odbijających blask kryształowych żyrandoli, jest jak uderzenie w twarz. Cały ten obraz tworzy jednolity front absolutnej, lodowatej obojętności.

Ich dłonie, wypielęgnowane i nienaturalnie spokojne, jakby nigdy nie zaznały ciężaru pracy, a jedynie chłodu złota i gładkości jedwabiu. Patrzą na nas, a przynajmniej czuję ich wzrok wiercący dziury w naszych maskach, z pozycji istot, które już dawno przestały uznawać istnienie jakichkolwiek granic, poza brzegiem własnego portfela.

Im dłużej tu stoję, tym bardziej wyczuwam mieszankę perfum, które mają za zadanie zdusić jakikolwiek ślad prawdy o tym, co dzieje się za tymi murami.

To nie jest zwykłe spotkanie, to audiencja u potworów, które nauczyły się ukrywać swój głód pod maską nienagannej etykiety. Każdy ich gest, każde lekkie nachylenie głowy ma za zadanie wywołać paraliż lęku u każdego, kto ośmielił się tu wejść bez ich zaproszenia.

Stojąc tam, mam wrażenie, że jesteśmy przekłamaniem w ich idealnie zaprojektowanym świecie, jak brudny ślad na marmurowej posadzce, który zaraz zostanie z należytą starannością usunięty.

Maski... Niektóre są proste, białe, jak nasze. Czyste, bezosobowe, udające niewinność, tak jak my bezczelnie udajemy, że do nich pasujemy. Inne? Są przerysowane do granic absurdu. Złocone, z długimi, zakrzywionymi dziobami, które przypominają niedorzeczny, zbyt szeroki uśmiech. Zbyt pewny siebie. Każda z nich drwi ze mnie swoją sztucznością. Tworzą niemą hierarchię. Te z piórami i szlachetnymi kamieniami zdają się ważyć więcej niż reszta. Ich obecność to oświadczenie. To symbole statusu, stopnie wtajemniczenia, albo po prostu role do odegrania w tym dusznym teatrze pozorów, gdzie każdy jest aktorem i widzem jednocześnie.

Nie widzę ich twarzy, ale wiem, że patrzą. Ich spojrzenia ślizgają się po nas. Czuję je jak dotyk chłodnych, wilgotnych palców przesuwających się po mnie. Obserwują. Oceniają. Czekają.

Powietrze wypełniają dźwięki, które wiją się między nami jak robactwo pod murem. Rwane, kalekie, ginące daleko w morzu sztuczności. To jest szept Maskarady. Tej wielkiej, nienasyconej matki wszystkich kłamstw. To syk formy, która pożarła treść, rytuał, gdzie milczenie jest jedyną dopuszczalną modlitwą. Jest wystarczająco cichy, bym zapomniał własne imię. Jednocześnie wystarczająco namacalny, by poczuć, że moja twarz to tylko rekwizyt pod tą pożyczoną maską.

W tej ciszy każde słowo, które nie pada, buduje ścianę między tym, kim jesteś, a tym, co musisz udawać. Tutaj niedopowiedzenie jest najskuteczniejszym narzędziem tortur, bo w tym świecie Maskarady nie zabija się ciosem w serce. Zabija się wykluczeniem z przedstawienia, pozostawiając cię nagim w świetle prawdy, której nikt nie chce znać.

Skóra pod ubraniem drży mimowolnie, próbuję się cofnąć, ukryć. Tylko że tu nie ma gdzie. Jesteśmy zwierzyną w klatce, a oni właśnie zaczynają ucztę.

Dean stoi nieruchomo, przypominając zastygły posąg, ale znam go zbyt dobrze. Napina mięśnie i prostuje plecy. To cicha fala adrenaliny, niewidzialna, ale obecna. Nie musi nic mówić. Czuję to samo: między nami panuje porozumienie, które nie potrzebuje słów. Porozumienie, że oto wpadliśmy między wrony. Na własne żądanie.

Coś się zmieniło. Kobieta... nie wiem, kiedy zniknęła. Rozpłynęła się w dusznych oparach sali, jakby nigdy jej tu nie było, jak iluzja, która właśnie dobiegła końca. Może była tylko pionkiem. Jedną z tych figur na planszy, którą można bezdźwięcznie zdjąć, kiedy przestanie być użyteczna. A może to był celowy ruch. Przemyślany. Wykonany tuż przed moim nosem, a jednak całkowicie wymykający się uwadze. Perfekcyjna manipulacja.

Jeden z zamaskowanych unosi kieliszek. Na pierwszy rzut oka to niewinny toast, ale nic w tym geście nie przypomina świętowania. To nie jest zwykła impreza ani tani bal przebierańców. To rytuał, dla którego nie mam jeszcze nazwy. Tu każdy ruch, każda pauza, każdy kontakt wzrokowy ma swoją wagę. To labirynt, z którego nie ma wyjścia, bo drzwi są tylko złośliwym złudzeniem, gdzie wszystko ma znaczenie, zwłaszcza to, co zostało przemilczane.

Czuję jego obślizgłe spojrzenie, mimo że skrywa je maska. Jest zbyt przenikliwe, zbyt... bliskie. On nie rejestruje faktów, on nie analizuje. On mnie dotyka. To spojrzenie przylega jak cień, wnika przez skórę i zostawia brudny ślad gdzieś głęboko, w miejscu, do którego nikt nie powinien mieć dostępu.

Dean zaciska dłoń w pięść. Wolno, ostrożnie, jakby liczył każde drgnienie mięśnia. Po chwili rozluźnia palce, ale to tylko fasada. Wewnątrz niego wrze, czuję to. Nie pozwoli im zajrzeć głębiej. Nie pokaże im nic więcej. Ani strachu, ani buntu. Choć to, co się tu dzieje, wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Jesteśmy w teatrze, który gra sam dla siebie, bez scenariusza i bez publiczności, z jedną tylko, ukrytą intencją, która powoli zaciska nam się na gardłach.

Instynkt podpowiada, żeby być czujnym.

Cisza. Nie ta muzealna, pełna szacunku. Ta jest zbyt ciasna. Zawieszona, czekająca na coś, co nadchodzi z ciemności. Czy czekali... na nas? Na świeży lęk, którym mogliby się pożywić?

Dopiero teraz dostrzegam detale. Symbole. Znaki. Cała ta przestrzeń tętni zakodowanym komunikatem, którego nie chcę odczytać. Dean porusza dłonią. Ledwie zauważalnie, gestem, który słyszą tylko moje oczy. Wskazuje na filar przy wejściu. Runa.

To nie jest ozdoba ani kaprys dekoratora. To ostrzeżenie. Ma w sobie brutalną symetrię, która nie daje się objąć jednym spojrzeniem.

Krawędzie przecinają się w nienaturalny sposób, celowo zaprzeczając geometrii, której moje oczy bezskutecznie szukają. Może to brama? Jest niewielka, może nie większa niż dłoń, ale jej linie tworzą ściśle symetryczną ramkę z wąskim pionowym otworem pośrodku. Każda linia prowadzi wzrok do środka, jakby ten znak sam wskazywał przejście. Nie jest ozdobna. Krawędzie są ostre, przecięcia pewne siebie, a każda linia wskazuje kierunek, w którym można wejść, nawet jeśli sama runa milczy o tym, czy z tamtej strony istnieje jakakolwiek droga powrotna.

Może to zaklęcie? Jej obecność zmienia gramaturę powietrza. Nagle każdy oddech staje się wysiłkiem. Nie znam tego znaku, ale coś we mnie, na poziomie komórkowym, już zaczęło wyć ze strachu.

Skupiam się. Chcę zapamiętać każdy szczegół, każdą linię i każdą kroplę cienia wokół niej. Muszę zapisać ten kształt w głowie jak pieśń, której nie wolno nucić, jeśli chce się przeżyć.

Z każdym krokiem, z każdym nerwowym spojrzeniem wymienionym z Deanem, dociera do mnie, że ostrożność to za mało. Ta przestrzeń nie jest martwa, ona wyczuwa niepewność, jak drapieżnik wyczuwa krew. Musimy przestać być turystami w tym piekle. Jeśli chcemy stąd wyjść, musimy udawać, że sami rozdajemy karty.

Gracze, nie goście. Kat, nie ofiara.

Krok. Kolejny. I wtedy wyrasta przed nami on. Nie przyszedł, nie podszedł. On po prostu zmaterializował się w miejscu, które sekundę temu było puste, jakby wypluła go sama plugawa ciemność.

Zatrzymuje nas samym swoim bytem. Nie musi unosić ręki. Jest jak cień, który nagle zyskał własną wolę i postanowił nas osądzić.

Maska. Czarna, surowa. Wygląda, jakby została wykuta w gniewie, a nie wyrzeźbiona dla ozdoby. Nie miała być piękna. Miała być skuteczna. I jest. Nie służy do ukrywania twarzy. Służy do wyrywania prawdy z innych. Przy kimś takim zapominasz, jakie kłamstwa przygotowałeś. Odsłaniasz się, zanim zdążysz pomyśleć.

- Nowe maski. - To nie jest pytanie. Ton nie jest nieprzyjazny. Jest czymś gorszym, jest absolutnie wyprany z litości. - Jesteście tu pierwszy raz - dodaje, a ja mam wrażenie, że widzi przez moją skórę.

- Poznałeś to mimo masek? - pytam. Mój głos brzmi obco, jakbym próbował przekonać samego siebie, że jeszcze tu rządzę, a moja pewność siebie jest żałosna. To tylko tania imitacja, drżąca barykada zbudowana z piasku na plaży, czekająca na pierwszy przypływ. Pierwszą falę upokorzenia.

Tą falą jest milczenie. To jego ulubiona broń. Jego spojrzenie przesuwa się po naszych maskach, z obrzydliwą wręcz czułością, jak karaluch przeczesujący każdy ukryty kąt, który znajdzie. Napięcie między nami krzepnie, zamieniając się w próbę, której nie sposób przetrwać.

- Maski nie są w stanie ukryć wszystkiego - cedzi w końcu, a jego głos schodzi do szeptu, który smakuje jak echo słów, które nigdy nie powinny paść. - To miejsce nie chce waszej obecności. Ono łaknie... zrozumienia. Żeruje na nim.

Jego oczy, ukryte w czarnych oczodołach, badają nas. Patrzy jak ktoś, kto widział zbyt wiele, żeby ufać pozorom. Każde drgnięcie mięśni, każde mrugnięcie traktuje jak dane do analizy.

- A wy? Co rozumiecie? Poza tym, że się boicie?

Czuję, jak pot spływa mi po karku. Muszę coś rzucić, cokolwiek, byle nie pokazać mu gardła.

- Sztuka wymaga ciszy - rzucam beznamiętnie, choć w środku wszystko we mnie wrzeszczy.

Czarna maska przekrzywia głowę. Czekał na tę odpowiedź, jak kobra czeka na ciepło myszy. Czy on się właśnie ze mnie śmieje? Czy pod tą parszywą powłoką wykrzywia usta w pogardzie?

- Cisza? - powtarza, a to słowo wibruje w powietrzu jak ostrzeżenie. - Cisza to luksus dla tych, którzy nie mają nic do powiedzenia.

Słowa opadają na nas jak popiół. Ciche i lekkie, ale po czasie czujesz, że dławią każdy oddech.

- A może to po prostu wybór? - Dean w końcu odsłania się. Głos ma irytująco spokojny, jakby pił drinka w barze, a nie stał przed personifikacją naszej własnej zguby. Opiera się o barierkę z taką nonszalancją, że aż robi mi się niedobrze. To gest czysto aktorski, wyważony do milimetra. Mimo to, na moment napięcie się rozluźnia. Pojawia się drobna szczelina w murze, który nas otacza, ale w tym miejscu każda chwila ulgi jest tylko grą wstępną do czegoś znacznie gorszego.

Czarna maska mierzy Deana wzrokiem. To nie jest spojrzenie. To sekcja zwłok przeprowadzona na żywym organizmie. W końcu kiwa nieznacznie głową. Minimalnie, jakby uznał, że materiał badawczy jest przynajmniej wart jego fatygi.

- Może - mówi to, robiąc krok w naszą stronę. Powietrze wokół niego jest stęchłe od arogancji. - Widzicie... sztuka tutaj to nie tylko te martwe płótna. To nie jest kolejna galeria dla znudzonych przybyszy, którzy nigdy nie poczuli prawdziwej siły obrazu.

Jego wzrok znów przeczesuje moją postawę. Szuka miejsc, w których wystarczy mocniej nacisnąć, żeby cała zasłona się rozsypała.

- Ale proces tworzenia... - zawiesza głos, a w pustych oczodołach błyska coś chorobliwego. - Zawsze karmi się poświęceniem. Zawsze wymaga krwi, ale coś już o tym wiecie.

Nagle przed oczami mam obraz atelier, a rana przy obojczyku nabrzmiewa, pulsując bólem.

Słowo poświęcenie wybrzmiewa i nie znika. Ono zawisa między nami, wibrując jak dźwięk zbyt wysoko nastrojonego instrumentu, który nie tyle, ile gra, co wywołuje ból gdzieś pod mostkiem.

Milczę, ale nie z braku słów, ale dlatego, że w tej grze każda odpowiedź jest pułapką.

- Sztuka... - przeciąga to słowo, niemal je liżąc, smakując każdą literę z perwersyjną satysfakcją. - Powiedzcie mi, czym ona jest dla was. Poza tym, że ładnie wygląda na ścianach.

To nie jest pytanie. To nóż przystawiony do gardła. Nie mogę pozwolić, by ten psychol dyktował warunki.

- To doświadczenie - mówię, starając się, by mój głos brzmiał jak góra lodowa, która powaliła Titanica. - Coś, co wstrząsa i zostawia blizny. Coś, co zmienia cię w kogoś, kogo nie poznajesz w lustrze.

Kiwa głową. Uznaje moją próbę, ale nie zamierza popuścić smyczy.

- A ból? - pyta nagle, a jego głos, wcześniej gładki, teraz twardnieje i zaciska się jak szpon na gałęzi. To uścisk, który nie pozwala na żaden zbędny ruch. Każde szarpnięcie tylko głębiej wbija ostrza w korę.

Dean lekko pochyla głowę. Znam ten ruch, to jest jego wewnętrzne: koleś, serio? Maskuje narastającą chęć wbicia pięści w środek tej czarnej plugawej gęby.

- Czasem ból to jedyna uczciwa cena - odpowiadam. - A prawda nigdy nie jest darmowa, zwłaszcza w takim miejscu jak to.

- Ciekawe.

Patrzy na nas jeszcze przez ułamek sekundy, po czym pochyla się bliżej. Nie gwałtownie, ale z taką wilczą zwinnością, że odruchowo napinam ramiona, przygotowany na ugryzienie.