Zefiryna i księga uroków - Sasza Hady

Kup ebooka

32.00 zł
24.96 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Rozdział pierwszy,w którym Zefiryna zamyka kufer, a czytelnik dowiaduje się nieco o księżniczce, która wskoczyła do wychodka

- Co ty sobie w ogóle myślałaś? Że złapiesz go w locie? - zapytał książę Narretes, wychylając się z okna, żeby splunąć pestką moreli prosto w kurka na dachu sąsiedniej wieży. Rozległ się satysfakcjonujący brzdęk, a kogutek z cienkiej złotej blaszki zafalował, rozsiewając dookoła drżące słoneczne refleksy. Był środek lata i cały pałac w Bryn tonął w miodowym, gęstym świetle późnego popołudnia. - Nie bałaś się, że złamiesz sobie kark? Przecież wiesz, jak to wysoko.

- Miałam miękkie lądowanie - mruknęła jego siostra, księżniczka Zefiryna, próbując domknąć wieko ciężkiego kufra. - A tak naprawdę to myślałam tylko o tym...

- Że Linnea cofnie zaproszenie - wszedł jej w słowo - kiedy o tym usłyszy?

Zefiryna rzuciła mu ponure spojrzenie spod rzęs. W każdym innym przypadku zarzuciłaby mu, że jest po prostu zazdrosny, bo to ona złapała złodzieja, ale po tym, jak skandaliczne plotki o księżniczce, która wskoczyła do wychodka, obiegły wszystkie Siedem Księstw, sama musiała przyznać, że tym razem być może odrobinę przeholowała.

- Zresztą, może tak byłoby lepiej? - powiedział Narretes z przewrotnym uśmieszkiem. - Nie wiem, czy to na pewno najlepszy moment na odwiedziny. Pogrzeb jej ojca był ledwo trzy miesiące temu, a teraz jeszcze zaginęła d'ara Romania...

- Skoro dla Linnei to był dobry moment, żeby mnie zaprosić, to dla mnie jest dobry, żeby przyjechać - mruknęła księżniczka, mocując się z kufrem. Zerknęła na brata, czy nie zamierza jej pomóc, ale Narretes przyglądał się tym zmaganiom z pogodnym zainteresowaniem i ewidentnie nie miał zamiaru opowiadać się po żadnej ze stron. Zefiryna prychnęła, po czym z rozmachem usiadła na skrzyni, a wtedy wieko wreszcie opadło i zamek zaskoczył z metalicznym trzaskiem.

- W każdym razie, gdyby z tym zaproszeniem nie wyszło, mogłabyś po prostu jechać ze mną do Koryncji - powiedział lekko Narretes. Zefiryna uśmiechnęła się pod nosem, wyczuwając w jego głosie tęskną nutę - pierwszy raz w życiu mieli się rozstać na dłużej i przyjemnie było stwierdzić, że Narretes też czuje się z tym nieswojo.

- I co miałabym tam robić? - Wymierzyła skrzyni solidnego kopniaka. - Siedzieć na trybunach, powiewać wstążką i patrzyć, jak popisujesz się przed Hiacyntą?

- Muszę wygrać wszystkie walki na turnieju. Znam swoje obowiązki. - Uśmiechnął się z wyższością.

Zefiryna prychnęła pogardliwie i przewróciła oczami.

To zwiewne i wdzięczne imię nadała jej kochająca matka, bardzo szybko jednak okazało się, że ma się ono nijak zarówno do wyglądu księżniczki, jak i jej charakteru. Prawdopodobnie już zaskakująco dziarskie wrzaski niemowlęcia powinny dać księżnej do myślenia i podpowiedzieć jej, że tym razem ma do czynienia z nieco innym typem córki, ale jako że dwie starsze nazwała Laurencja i Akwilina, Zefiryna wyszło tak trochę z rozpędu. Książę Narretes urodził się dwadzieścia minut po Zefirynie i krzyczał równie wytrwale i głośno jak ona, ale po chłopcach tego przecież należy się spodziewać.

Nie byli identycznymi bliźniętami, na całe szczęście - jak mawiał ich ojciec - bo wtedy wcale nie dałoby się ich odróżnić. Siedemnastoletni Narretes był przystojny - to od razu rzucało się w oczy. Orzechowe loki, ścięte tuż nad karkiem i podwijające się za uszami, błyszczące, lekko skośne oczy, orli nos i śmiała postawa, jakby nieustannie szykował się do skoku na głęboką wodę - słowem: śliczny i gładki jak dobrze ubite masło, jak mawiała z kolei pałacowa kucharka, z którą wiecznie głodne bliźnięta były w dobrej komitywie.

Jeśli zaś chodzi o Zefirynę, wyglądało na to, że Stworzyciel zaczął od Narretesa, a potem odbił Zefirynę od tej samej sztancy, wprowadzając tylko najbardziej niezbędne poprawki w sferze tego, co różni książęta od księżniczek. Księżna matka biadała nad ciemną karnacją córki, jej wystającymi, wiecznie podrapanymi i poobijanymi kolanami, chłopięcą sylwetką, a nawet nad uroczą przerwą między górnymi jedynkami, przez którą tak wspaniale dało się pluć na odległość. "Może ona jeszcze z tego wyrośnie" - pocieszała się księżna. Owszem, Zefiryna wyrosła - obecnie była wyższa o całe dwa cale od Narretesa i pozostawało tylko mieć nadzieję, że tak wyraźna przewaga ją zadowoli i na tym poprzestanie.

O wiele więcej trosk przysparzało jednak księżnej zachowanie córki, które początkowo próbowała naprostować odpowiednią edukacją: sprowadziła dla małej Zefiryny najlepsze guwernantki i mistrzynie etykiety, które miały się nią zajmować, podczas gdy Narretes uczył się władania mieczem i tropienia zwierzyny w lesie. Szybko jednak stało się jasne, że bliźniąt nie uda się rozdzielić nawet na czas trwania lekcji: zawstydzone guwernantki snuły się po pałacowych korytarzach, nawołując młodą księżniczkę, podczas gdy Zefiryna bawiła się w najlepsze z Narretesem na strzelnicy albo ścigała się z nim konno po lesie. Księżna w końcu zlitowała się nad biednymi nauczycielkami i odesłała je, co dla Zefiryny było ostateczną przepustką do biegania boso, gwizdania na palcach, łażenia po drzewach i przyjaźnienia się z koniuszymi.

Księżna liczyła, że kiedy Zefiryna nieco podrośnie, zacznie spędzać więcej czasu ze swoimi starszymi siostrami i pod ich zbawiennym wpływem zmieni się z opalonego i rozczochranego dzikusa w nieśmiałą, dobrze ułożoną panienkę - albo chociaż przestanie wycierać nos w rękaw. Nic z tego. Zefiryna obchodziła je z daleka, jak cenne eksponaty, które można łatwo zabrudzić albo potłuc, aż w końcu Laurencja i Akwilina, nie zdziaławszy zbyt wiele w kwestii ujarzmienia młodszej siostry i nie mając nic lepszego do roboty, dorosły i kolejno wyszły za mąż, po czym opuściły rodzinny kraj. Teraz zaś bliźnięta miały wyjechać: Narretes na turniej rycerski do Koryncji, a Zefiryna na sarbancki dwór, by odwiedzić przyjaciółkę z dzieciństwa, księżniczkę Linneę.

- Coś ty tam napakowała? - dziwił się Narretes, próbując przesunąć ciężką skrzynię po podłodze.

- Same najpotrzebniejsze rzeczy.

- Ale chyba nic mojego? - Dotknął metalowego zamka i syknął, kiedy siostra dała mu po łapach.

- Skąd! - burknęła, mając nadzieję, że Narretes odkryje brak swojego ulubionego noża i jeszcze kilku drobiazgów dopiero, gdy ona już wyjedzie.

- To chyba największy kufer w całym pałacu. Sam bym się tam zmieścił.

- Może to nie najgorszy pomysł. Linnea byłaby zachwycona. Pamiętasz, jak jej się oświadczyłeś, kiedy mieliśmy po pięć lat?

Narretes zaśmiał się z bezduszną radością kogoś, kto przez kolejne dwanaście lat złamał serca kilkunastu innym panienkom, czasem nie musząc nawet kiwnąć przy tym palcem. Teraz był zaręczony - naprawdę zaręczony - z księżniczką Hiacyntą i wkrótce miał dokonać na jej cześć wielu śmiałych czynów. Zefiryna długo się tym gryzła, bo mdła jak budyń Hiacynta nijak nie pasowała w jej opinii do Narretesa. Istniała oczywiście możliwość, że księcia o wiele bardziej pociągały bohaterskie czyny niż sama Hiacynta, a w takim razie wyszaleje się na turniejach i wróci, nie ma się więc czym martwić. Ale Zefiryna się martwiła - odkąd ogłoszono zaręczyny Narretesa i Hiacynty, z dnia na dzień miała coraz gorszy humor, narzekała, że coś ją gniecie w żołądku, znikała gdzieś bez przerwy i prawie straciła apetyt - aż przyszedł list od Linnei, która zapraszała ją do siebie. Był to zaiste zbawienny zbieg okoliczności. Zefiryna, gdy tylko upewniła się, że to ona wyjedzie z domu pierwsza, od razu odzyskała werwę.

W Lidze Siedmiu Księstw, położonych wokół Morza Seremackiego, panował zwyczaj wzajemnego zapraszania księżniczek na zaprzyjaźnione dwory. Młode damy robiły mnóstwo szumu, celebrując wyjazd, na który oczywiście należało uszyć z tuzin nowych sukien, po czym spędzały miesiąc w sąsiednim księstwie, opychając się ciastkami z lukrem i plotkując na potęgę. Pozornie były to czysto kurtuazyjne wizyty, ale ich polityczny kontekst dawało się łatwo wyczuć. Ponieważ Zefiryna pochodziła z Malgrecji, księstwa, którego nikt w Lidze nie brał całkiem serio, nie miała specjalnych nadziei, że ktokolwiek gdziekolwiek ją zaprosi.

List od Linnei - pierwszy po wielu latach - był dużym zaskoczeniem; Zefiryna myślała, że sarbancka księżniczka całkiem zapomniała o niej i Narretesie, chociaż kiedyś byli sobie tak bliscy. Sama Linnea zaś nie dawała o sobie zapomnieć - jako słynne magiczne dziecko pozostawała od zawsze wdzięcznym tematem plotek. W dzieciństwie Zefiryna uznawała zdolności Linnei za coś naturalnego; oczywiście, czary były cudowne - mniej więcej tak samo jak stanie na rękach i kąpanie się zimą w przeręblu. Teraz, kiedy w pełni zdawała sobie sprawę z możliwości Linnei, kręciło jej się w głowie na samą myśl, czego mogły razem dokonać - zwłaszcza pozbawione nadzoru d'ary Romanii, czarodziejki z Rady Magicznej, która od lat opiekowała się Linneą, a niedawno zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

- Nie zrobisz tam nic głupiego, prawda? - Narretes uniósł brew na widok rozmarzonego uśmiechu, który błąkał się na ustach Zefiryny.

- Ja? W życiu.

- Hm. Zobaczymy. Pozdrów ode mnie Linneę. I nie zapomnij tego. - Podszedł do zabałaganionej toaletki siostry i ujął w palce srebrną szpilkę do włosów z rubinem.

- Nie zapomnę - burknęła Zefiryna, wyrwała mu ją z ręki i spięła spiętrzone nad czołem loki. Dzięki przygodzie z wychodkiem zyskała - poza wątpliwą sławą - nową fryzurę, gdyż trzeba było ściąć jej włosy, oraz tę właśnie zapinkę, którą księżna matka wybrała dla niej z odzyskanego łupu. Zefiryna nigdy dotąd nie nosiła biżuterii, ale dla szpilki z rubinem zrobiła wyjątek i zakładała ją z dumą, niczym trofeum wojenne.

Następnego dnia po schwytaniu złodzieja, który połasił się na klejnoty księżnej, zeszła do pałacowych lochów, żeby z nim porozmawiać. Miała niejasne wrażenie, że połączyło ich coś szczególnego, jakiś rodzaj duchowej więzi - w końcu był jej pierwszym złodziejem. Wyobrażała sobie, że będą prowadzić długo w noc fascynujące rozmowy i szermierki słowne, i kto wie... Niestety złodziej okazał się nabzdyczonym mężczyzną o żenująco wąskich horyzontach, który za nic miał uciechy salonowej konwersacji. Nie chciał opowiadać jej o swoim dzieciństwie, podróżach i dokonaniach, a kiedy zapytała, czy może coś dla niego zrobić, po namyśle poprosił o omastę do kaszy i grubszy koc. Zefiryna poczuła się dotknięta, wyczuwając jego niechęć - zupełnie jakby to nie on sam wkradł się do pałacu, tylko ona ściągnęła go tam podstępem, prosto w zastawioną pułapkę. Po tym rozczarowaniu uznała, że już nic jej nie trzyma w Malgrecji i jest całkowicie gotowa do wyjazdu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki