Tradycje skrzydlatego grota
Późnym popołudniem siedemnastego lipca roku tysiąc dziewięćset
czterdziestego pierwszego, gdy większość pilotów wolnych od służby udała
się do pobliskich kafejek, a w pogotowiu bojowym siedzieli przeważnie
najmłodsi stażem pod dowództwem kilku bardziej doświadczonych kolegów,
niespodziewanie zapowiedziano lot. Dowódca trzysta ósmego dywizjonu
myśliwskiego, kapitan pilot Marian Pisarek, stawił się natychmiast w sali odpraw i wyznaczył pilotów.
Lot zapowiadał się spokojnie. Dywizjon miał wykonać wysoki sweep
dookoła Boulogne. Trasa wiodła przez: Northolt -?Le Touquet -?St. Omer -
Calais -?Northolt.
Dwanaście samolotów Spitfire z literami ewidencyjnymi ZF na kadłubach
oderwało się od pasa startowego podlondyńskiego lotniska, uformowało
szyk bojowy i przyjęło kurs południowo-wschodni. Kilkadziesiąt minut
później myśliwce przekroczyły brzeg nieprzyjacielski w rejonie Le
Touquet, skręcając w lewo. W okolicach St. Omer dywizjon krakowski
natknął się na liczące ponad sto maszyn zgrupowanie Messerschmittów
Me-109. Kapitan Pisarek wiedział, co to znaczy. Stosunek sił jeden
przeciw dziewięciu nie pozwalał na złudzenia. Na wycofanie się z pola
walki było jednak za późno. Trzeba było się bronić. Tylko na jak długo
starczy im sił? Pisarek nie zamierzał sprzedać tanio skóry swoich
pilotów. Wiedział, że czeka go klęska, ale nie tracił zimnej krwi. Wydał
dywizjonowi rozkaz zawiązania kółka, stworzenia obronnego szyku przeciw
Niemcom, którzy atakowali z góry, próbując zmusić Polaków do
rozproszenia się. Pisarek kalkulował. Za każdym okrążeniem należy
wybrzuszyć łuk koła w kierunku Kanału i tak wycofywać się w stronę
własnej bazy.
Już jakiś czas trwał ten niezwykły taniec śmierci. Niemcom udało się
zestrzelić podporucznika Maciejewskiego, który wyskoczył ze spadochronem
z płonącej maszyny, ale podporucznik Witold Retinger zrewanżował im się
zapalając przelatującego opodal "messera". Po pewnym czasie niemieccy
myśliwcy wyłuskali z krążącego wianka podporucznika Jana Szyszkę, a później kaprala podchorążego Tadeusza Hagenbartha. Teraz ruszyli
szturmem w kierunku powstałej wyrwy. Pisarek krzyknął, żeby zacieśnić
wianek. Polacy odgryzali się napastnikom krótkimi seriami, nie mieli
jednak czasu na odłożenie prawidłowej poprawki. Pomimo to kapitan
Pisarek ze swym młodym podopiecznym, podchorążym Tadeuszem Schiele,
trafił jednego Messerschmitta.
W połowie Kanału Niemcy zaczęli się wycofywać. Dzięki genialnej taktyce
Pisarka dziewięciokrotnie silniejszy nieprzyjaciel nie zdołał pokonać
walczących mężnie Polaków. Za trzy strącone myśliwce zapłacił dwoma
Messerschmittami.
Tymczasem krakowskie "Zefiry" dobrnęły do bazy w Northolt w poszczerbionym, ale zwartym szyku. Ta walka samotnego dywizjonu
stanowiła przykład świetnego dowodzenia, koleżeństwa i doskonałego
działania w zespole i okryła sławą krakowskie "Zefiry" i ich leadera
Mariana Pisarka.
Czternastego lipca 1928 roku 113 i 114 eskadry, wyposażone w czeskie
samoloty Avia BH-33, zostały wydzielone ze składu 11 myśliwskiego pułku
lotniczego w Lidzie i przebazowały się z Wileńszczyzny do Małopolski,
gdzie na lotnisku Rakowice pod Krakowem znajdował się 2 pułk lotniczy.
Wówczas to zmieniono numerację eskadr na 121 (godło -?grot skrzydlaty
wpisany w kwadrat o błękitnym polu) i 122 (godło -?biały konik papierowy
wpisany w kwadrat o błękitnym polu), tworząc zeń dywizjon myśliwski
numer III/2. W 1936 roku dywizjon powiększył się o trzecią eskadrę, 123,
której Państwowe Zakłady Lotnicze w Warszawie zezwoliły na używanie
własnego godła (biała mewa, którą wpisano w kwadrat o błękitnym polu),
co było dowodem wdzięczności za ofiarność lotników przy oblatywaniu
samolotów PZL P-7.
W czasach pokojowych dywizjon III/2 wyróżniał się w lotnictwie polskim
dwiema cechami: był na wskroś krakowski i miał wybitnych myśliwców.
Cechy te znalazły nawet wyraz w odznace 2 pułku lotniczego, gdzie oprócz
inicjału "2PL" i kościoła Mariackiego znalazło się miejsce dla trzech
myśliwców, przez co zabrakło go dla szachownicy lotniczej i odznaki
pilota, które to elementy doczepiono w końcu niezgrabnie u góry odznaki.
Ta duma mieszkańców Krakowa była zresztą uzasadniona. Któż bowiem w kraju, ba, nawet w Europie, nie słyszał o doskonałych zespołach
akrobacyjnych Bajana, Kosińskiego, Laskowskiego czy Baszkiewicza.
Koledzy z innych pułków nazywali myśliwców krakowskich "Ikacykami", od
popołudniówki krakowskiej "Ilustrowany Kurier Codzienny". W zawodach
myśliwskich polskiego lotnictwa "Ikacyki" zdobyli pięciokrotnie pierwsze
miejsce, otrzymując na własność puchar, który dowódca lotnictwa przykuł
łańcuchem do ściany w jednym z budynków rakowickich. Społeczeństwo
krakowskie dumne ze zwycięstwa swoich lotników ufundowało nowy puchar, o który walka nie skończyła się, bowiem przerwał ją wybuch wojny.
We wrześniu 1939 roku dywizjon III/2 (osłabiony odejściem 123 eskadry do
Warszawskiej Brygady Pościgowej) walczył w składzie lotnictwa armii
"Kraków", zestrzeliwując 10 samolotów nieprzyjacielskich i znów
zdobywając sławę jednostki, w której wydarzyły się najciekawsze fakty.
To przecież w tym dywizjonie zginął pierwszy oficer polskiego lotnictwa
w tej wojnie, to pilot tej jednostki zestrzelił pierwszy niemiecki
samolot, to jej pilot był jednym z dwóch pierwszych lotników
ostrzelanych przez Luftwaffe, gdy wisiał w powietrzu bezbronny na
szelkach spadochronu. Ponura to była w większości wypadków sława, sława
okupiona śmiercią dowódcy dywizjonu (kapitana Mieczysława Medweckiego)
oraz dowódców 121 (kapitan Tadeusz Sędzielowski) i 123 eskadry (kapitan
Mieczysław Olszewski).
Po klęsce wrześniowej krakowscy myśliwcy kontynuowali walkę z Luftwaffe,
tym razem pod niebem Francji, rozrzuceni kluczami po różnych francuskich
eskadrach. Wśród "Ikacyków", którzy zestrzelili w sumie kilkanaście
niemieckich samolotów, wyróżnili się piloci: Chałupa, Chciuk, Flanek,
Gnyś, Kawnik, Kosiński, Łaszkiewicz, Nowakiewicz i Wiórkiewicz.
Kiedy rząd francuski skapitulował, krakowiacy zostali ewakuowani na
Wyspy Brytyjskie. Na mocy umowy polsko-brytyjskiej z 5 sierpnia 1940
roku rozpoczęto formowanie kilku dywizjonów polskich różnego
przeznaczenia, w tym 308 dywizjon myśliwski.
Krakowski dywizjon odrodził się na ziemi brytyjskiej 9 września 1940
roku, na lotnisku Squires Gate pod Blackpool, w hrabstwie Lancashire, w północno-zachodniej Anglii. Personel nowo sformowanej jednostki
rekrutował się głównie ze starej wiary z eskadr 121, 122 i 123,
zasilonej młodymi pilotami krakowskimi z ostatniej promocji dęblińskiej
"Szkoły Orląt". Dywizjon otrzymał litery ewidencyjne Royal Air Force -
ZF, które wymalowane na kadłubach samolotów zyskały pilotom miano
"Zefirów". Jako odznakę dywizjonu przyjęto godło 121 eskadry -?złoty
grot skrzydlaty -?lecz na znak żałoby po opuszczeniu ojczyzny błękitne
tło w kwadracie zastąpiono czernią. W celu odróżnienia od pilotów
myśliwskich innych dywizjonów "Zefirom" przyznano prawo do noszenia
jedwabnego szalika koloru białego do kombinezonu lotniczego.
Trzy dni później, 12 września 1940 roku, personel dywizjonu 308
przeniesiony został ze Squires Gate na lotnisko Speke pod Liverpoolem, w hrabstwie Merseyside. Nazajutrz wydany został rozkaz numer jeden, w którym dowódca dywizjonu, trzydziestopięcioletni kapitan dyplomowany
pilot Stefan Łaszkiewicz, wezwał swych żołnierzy do dalszej walki o Polskę niepodległą. Rozkaz adresowany był do oficerów sztabu, 26 pilotów
i 150 żołnierzy obsługi naziemnej. Nie rozumieli go jednak, z powodów
lingwistycznych, trzej brytyjscy dublerzy: major J.A. Davies (dowódca
dywizjonu) oraz dowódcy eskadr kapitanowie: Young i Husbend.
Dwudziestego piątego września 1940 roku Dowództwo 9 Grupy Myśliwskiej
przenosi dywizjon 308 ze Speke na lotnisko Baginton pod Coventry, w hrabstwie Warwickshire, gdzie będzie on stacjonował przez okres ośmiu
miesięcy. Tuż po przybyciu dywizjonu na nowe miejsce postoju na oczach
całego personelu Junkers Ju-88 prześlizgnął się lekceważąco przez
okoliczną zaporę balonową i zbombardował fabrykę w centrum Coventry.
Wypadek ten przyspieszył wyposażenie Polaków w sprzęt latający i wzmógł
tempo szkolenia. W ciągu dwóch następnych miesięcy piloci wznawiali
nawyki w lataniu na samolotach szkolnych Fairey Battle oraz Miles
Master, a potem przesiedli się na rumaki pościgowe Hawker Hurricane.
Wyszkoleniem sojuszników kierowali trzej Brytyjczycy. Szesnastego
października dowódca dywizjonu, major J.A. Davies, prowadząc klucz w locie ćwiczebnym, wpadł na swej maszynie pomiędzy linki zapory balonowej
i zginął. Brytyjscy zwierzchnicy przysłali na jego miejsce majora
Morrisa.
Dziesiątego listopada nastąpiła także zmiana polskiego dowódcy
dywizjonu. Na miejsce Łaszkiewicza, który zdaniem Brytyjczyków nie
bardzo sobie radził z podległym mu dywizjonem, dowódcą został jego
rówieśnik, kapitan Walerian Jesionowski.
Cztery dni później, w nocy z 14 na 15 listopada 1940 roku, dywizjon
ponosi pierwszą stratę w ludziach. W odwet za zbombardowanie przez RAF
stolicy ruchu narodowosocjalistycznego, Monachium, Hitler, traktujący
ten fakt jako osobistą zniewagę, zarządził bombardowanie Coventry -
siedziby wielu zakładów przemysłu lotniczego i skarbnicy XV-wiecznych
zabytków architektonicznych. Nalotu dokonało 449 samolotów, które
zrzuciły 503 tony bomb burzących i 30 tysięcy sztuk bomb zapalających. W czasie nalotu legło w gruzach 60 tysięcy budynków (80% zabudowy miasta),
zginęło 568 osób, 863 odniosły ciężkie, a 393 lżejsze obrażenia. Między
innymi w kinie "Rialto" poległo trzech krakowiaków (szeregowcy: Edward
Cebula, Józef Jurkowski i Franciszek Krzemiński), którzy przebywali na
przepustce i oglądali nocny seans.
Wiele lat po wojnie wyszło na jaw, że premier Churchill był
poinformowany o planowanym bombardowaniu Coventry, ale nie zastosował
żadnych środków zaradczych, aby nie zdradzić, że dysponuje "Enigmą" -
maszyną szyfrującą, dzięki której Brytyjczycy czytali przez całą wojnę
najtajniejsze rozkazy sztabów niemieckiej armii1.
Podobnie jak słynny dywizjon kościuszkowski 303, dywizjon 308 odniósł
swe pierwsze zwycięstwo powietrzne w czasie zwykłego lotu treningowego
jeszcze przed rozpoczęciem służby operacyjnej. Dwudziestego czwartego
listopada 1940 roku klucz składający się z trzech samolotów ćwiczył lot
w szyku w rejonie lotniska. W pewnym momencie kontroler ostrzegł pilotów
o obecności intruza, który zbliżał się w stronę Coventry. Polacy
dostrzegli nieprzyjaciela i ruszyli do ataku. Ju-88 na widok Hurricane'a wyrzucił bomby w pole i zawrócił do domu. Pierwszy dopadł go
dwudziestosześcioletni plutonowy Mieczysław Jan Parafiński. Niemiec
bronił się zaciekle, jednak Parafiński, trzymając się na odległość
strzału, systematycznie, krótkimi seriami, wykańczał swą ofiarę.
Najpierw unieszkodliwił tylnego strzelca, a później, mogąc podejść na
bliską odległość, zapalił Junkersowi silniki. Bombowiec poszybował w płomieniach do ziemi i roztrzaskał się w rejonie Gloucester.
Uszczęśliwiony zwycięzca zatoczył krąg nad płonącą pochodnią i zawrócił
na północny wschód do swojej bazy.
Tydzień później, 1 grudnia, Dowództwo 8 Grupy Myśliwskiej uznało, iż
dywizjon krakowski jest gotowy do działalności operacyjnej i powierzyło
mu zadanie obrony ośrodków przemysłowych Birmingham i Coventry. Wkrótce
potem (4 grudnia) zginął w wypadku lotniczym pilot dywizjonu
podporucznik Ryszard Koczor.
Wieczorem 3 grudnia 1940 roku przyjechał do Coventry
trzydziestopięcioletni major pilot Jerzy Orzechowski, wychowanek pułku
toruńskiego, który miał zastąpić na stanowisku dowódcy dywizjonu
kapitana Jesionowskiego. Samochód służbowy czekał już przed dworcem
kolejowym i zawiózł go do hotelu, w którym mieszkali oficerowie.
Następnego ranka Orzechowski poznał majora Morrisa oraz kapitana Younga
i Husbenda. Po krótkiej rozmowie poprosił Morrisa, by go przedstawił
dowódcy Sektora, podpułkownikowi More'owi.
Rozmowa zaczęła się od kilku zdań o pogodzie, po czym More przeszedł do
konkretów.
-?Jest to już pański siódmy przydział od dwudziestego siódmego sierpnia
czterdziestego roku, więc zarządziłem w Air Ministry, by na pana teczce
napisano czerwonym atramentem "nie przenosić przez siedem miesięcy".
Wobec tego niech pan sobie spokojnie rozplanuje pracę, by nareszcie ten
dywizjon postawić na nogi!
Potem posypały się skargi na poprzednich dowódców, na pilotów, że
rozbijają samoloty, na słabe postępy personelu w nauce języka
angielskiego, na ciągłe zabawy dla oficerów i tak dalej... Z oficera
technicznego, kapitana inżyniera Franciszka Gomulińskiego, i z mechaników był More zadowolony, i to nawet bardzo. Uważał, że mają
doskonałe wyniki, mimo że pracują w warunkach polowych. Po wypiciu kubka
herbaty z mlekiem major Orzechowski i podpułkownik More pojechali
obejrzeć lotnisko. Wstąpili też do Operation Room Sektora, a na
zakończenie Anglik wysadził Orzechowskiego przed drewnianą budą, gdzie
mieściły się kancelarie dywizjonowe: polska i angielska.
W polskiej kancelarii Orzechowski spotkał kapitana Gomulińskiego,
absolwenta Politechniki Warszawskiej, który był jego kolegą z roku w dęblińskiej podchorążówce.
-?Dywizjon ma wielu pilotów wyszkolonych tuż przed samą wojną -
opowiadał pociągnięty za język oficer techniczny -?więc latają niedbale.
Często mechanicy meldują mi, że piloci zapominają o przestawieniu skoku
śmigła przed lądowaniem lub podniesieniu klapy, a zdarzały się też
przypadki, że schodząc do ziemi nie wypuszczali podwozia, co było
przyczyną poważnych uszkodzeń samolotu. Pamiętasz, że przed wojną w Polsce modna była zasada "siadł i dał gazu", a tu, w Anglii, na
nowoczesnych samolotach trzeba siąść i wykonać szereg skomplikowanych
czynności. Na dowódcy spoczywa zatem obowiązek stałej obserwacji każdego
pilota. Dowódca musi wiedzieć, jak lata jego personel, czy piloci
utrzymują prawidłowo kierunek lotu po starcie, czy nie wykonują zbyt
obszernych lub zbędnych ruchów sterami, czy trzymają przepisową prędkość
przy podchodzeniu do lądowania i temu podobne szczegóły. Jeśli powstaną
wątpliwości, pilota można sprawdzić na dwusterze. Ale o tym musi
pamiętać dowódca, nie można mu tego przypominać.
-?Masz rację, Franku -?zamyślił się Orzechowski. -?To jest prawdziwy
problem.
-?Poza tym -?kontynuował Gomuliński -?zacząłem się ostatnio zastanawiać,
dlaczego niektórzy piloci, mający za sobą parę ładnych lat służby w powietrzu, a nawet dwie kampanie wojenne, też rozbijają maszyny.
Przecież rutyna, obok pewnych ujemnych cech, powinna prowadzić do
perfekcji wykonywania tych samych czynności.
-?Zasadniczo są dwa rodzaje błędów pilotażu -?wyjaśniał major
Orzechowski. -?Pierwszy, gdy pilot został źle wyszkolony, bo instruktor
sam źle latał, drugi występuje u starszych pilotów, którzy przez kilka
lat uważani byli za dobrych. Ci ostatni, jeżeli nie są systematycznie
kontrolowani, zaczynają z czasem nabierać złych nawyków. Dobry samolot
toleruje jeden albo dwa błędy, ale jeśli pilot popełnia kilka błędów
jednocześnie, wówczas kończy się to kalectwem lub pogrzebem. Pamiętasz,
co w takich przypadkach mówili koledzy?
-?To był taki dobry pilot i tak głupio się zabił! -?wyrecytował smutno
Gomuliński.
-?A wina nie była jego, tylko jego dowódcy -?ciągnął dalej Orzechowski.
-?Dowódcy, który nie widział i nie korygował błędów, bo był zajęty
papierkami. Jeszcze przed wojną twierdziłem, że eskadry i dywizjony
powinny mieć oficerów administracyjnych, a dowódcy winni się zająć
wyłącznie lataniem. Tańszy jest etat urzędnika niż strata dwóch lub
trzech samolotów z załogą rocznie...
Kiedy nagadał się już do woli z oficerem technicznym, Orzechowski
spotkał się ze swym brytyjskim dublerem, majorem Morrisem. Po
wysłuchaniu jego uwag Polak zaproponował:
-?Pilotów dywizjonu podzielimy na dwie kategorie. Oczywiście, będzie to
wyłącznie nasza tajemnica -?dodał, widząc zdziwione spojrzenie Anglika.
-?Pierwsza kategoria to ci, którzy uszkodzili samoloty. Zastosujemy im
ćwiczenia mające na celu wyeliminowanie popełnionych błędów. Drugą
kategorię będą stanowili ci, którzy latają lepiej. Tych będziemy
doskonalić w ćwiczeniach bojowych. Naturalnie, jeśli pilot z pierwszej
grupy przestanie robić błędy, to zaliczymy go do grupy drugiej.
-?Można spróbować, czemu nie? -?uśmiechnął się Anglik.
-?A jak z lotami nocnymi? -?spytał Polak. -?Dużo wylataliście
dotychczas?
-?Właściwie niewiele. -?Morris był zażenowany. -?Nie było jakoś na to
czasu. Wie pan, jak to jest, kiedy co chwilę zmienia się dowódca. U nas
było już trzech!
-?W porządku -?machnął ręką Orzechowski. -?Zatem zaczynamy od dzisiaj.
-?Nie mam nic przeciw temu -?zgodził się Morris. -?Sam chętnie będę w nich uczestniczył.
-?Miałbym jeszcze jedną sprawę -?kończył Orzechowski. -?Chciałbym, żeby
brytyjscy dowódcy eskadr uważnie obserwowali każdy start i lądowanie
podległych sobie pilotów i zaraz po locie omawiali to z nimi. Poza tym
dobrze by było, aby personel brytyjski wszelkie problemy z Polakami
załatwiał za moim pośrednictwem. Zaoszczędzi to nam zbytecznych
kłopotów.
Grudzień zszedł dywizjonowi na intensywnym treningu i wytężonej służbie
operacyjnej. Mimo mglistej zimy i świąt dywizjon wylatał więcej godzin
niż w październiku i listopadzie łącznie. W tym trudnym okresie dowódca
dywizjonu otrzymał wiele cennych rad od podpułkownika More'a, który
przyjeżdżał do Baginton prawie codziennie. Poza tym nie skończyło się
tylko na radach. Dzięki jego pomocy sprawy zaopatrzenia technicznego
załatwiane były niemal od ręki. Personel dywizjonu w wolnych chwilach
pogłębiał znajomość języka angielskiego, do czego przyczyniły się walnie
towarzyskie kontakty z gładkimi mieszkankami Coventry.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki