Zęby tygrysa - Maurice Leblanc

Kup ebooka

11.49 zł
9.42 zł (9,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Człowiek, który musi umrzeć

Ta tragiczna scena rozegrała się z taką szybkością, że świadkowie jej zdrętwieli. Notaryusz przeżegnał się i ukląkł, prefekt zaś począł mamrotać: - Biedny Verot... Dzielny człowiek! O niczem tak nie myślał, jak o służbie, o obowiązku. Zamiast zająć się sobą w porę, przyszedł tutaj, aby wyjawić swój sekret. Biedny Verot... - Miał żonę? Dzieci? - zapytał Don Luis. - Żonę i troje dzieci - odparł prefekt. - Zajmę się niemi - oświadczył don Luis. Następnie, gdy przyprowadzono lekarza i gdy na rozkaz prefekta przeniesiono ciało zmarłego do sąsiedniego pokoju, don Luis wziął lekarza na stronę i rzekł: - Niema żadnej wątpliwości, że inspektor Verot został otruty. Spojrzyj pan na jego rękę, a zauważysz ślad ukłucia, zaogniony dokoła. - Sądzisz pan zatem, że go w ten sposób zgładzono? - Tak jest, przy pomocy jakiejś szpilki lub pióra. Nie zakłuto go jednak tak, jak sobie tego życzono, albowiem śmierć nastąpiła dopiero w parę godzin. Służba wyniosła ciało nieszczęśliwej ofiary - i w gabinecie prefekta pozostało tylko pięć zaproszonych osób. Sekretarz ambasady amerykańskiej i attaché peruwiański, uważając swą dalszą obecność za zbyteczną, odeszli, winszując Perennie jego przenikliwości. Później przyszła kolej na komendanta d'Astrignaca, który uścisnął rękę swego dawnego podwładnego z widocznem uwielbieniem. Wkońcu panowie Lepertuis i Perenna, umówiwszy się co do miejsca i czasu spotkania, celem podjęcia legatu, zamierzali już wyjść, gdy pan Desmalions wszedł z pośpiechem. - Ach, pan jeszcze znajduje się tutaj, panie Perenna. Tem lepiej. Uderzyła mnie jedna myśl... Te trzy litery, które pan odcyfrował, nakreślone przez Verota przed śmiercią... Czy jest pan tego pewny, że składają one sylabę Fau?... - Tak mi się zdaje, panie prefekcie. Zechciej pan spojrzeć, czy nie są to litery F, A. i U?... Nasuwa mi to przypuszczenie, że sylaba ta jest początkiem nazwiska. - Istotnie... istotnie... - powtarzał Desmalions. - Tak. Rzecz ciekawa, że sylaba ta jest właśnie... Zresztą sprawdzimy to... Desmalions począł szybko przeglądać korespondencyę, wręczoną mu przez sekretarza po przybyciu do biura. - Ach, jest! - zawołał, wyjmując jeden z listów i spoglądając zaraz na podpis. - Jest!... To właśnie, o czem myślałem... Fauvilie... Pierwsza litera ta sama... List ten musiał być pisany w chwili podniecenia... Niema ani daty, ani adresu... List kreślony był ręką, która drżała... I pan Desmalions począł na głos czytać: "Panie Prefekcie! Wielkie nieszczęście zawisło nad moją głową i nad głową mojego syna. Śmierć zbliża się szybkim krokiem. Będę tej nocy, lub najpóźniej jutro rano, w posiadaniu dowodów ohydnego, grożącego nam spisku. Pozwoli pan, że rano je panu przyniosę. Potrzebuję opieki i wzywam pana na ratunek. Racz przyjąć i t. d. Fauvilie". - I nic więcej? - zapytał Perenna. - Nic, ale pomyłki tu być nie może. Oświadczenia inspektora Verota mają widoczny związek z tym rozpaczliwym apelem. To właśnie Fauville i jego syn mają być tej nocy zamordowani... A co jest w tem wszystkiem strasznego, to to właśnie, że nazwisko Fauville jest bardzo rozpowszechnione, a zatem jest rzeczą niemożliwą, abyśmy odnaleźli w porę właściwego Fauville'a. - Jakto, panie prefekcie? Afeż za wszelką cenę!... - Zapewne, że za wszelką cenę. Wszystko, czem rozporządzam, puszczę w ruch, ale nie mamy, przecież, jak pan sam widzi, żadnej absolutnie wskazówki. - Ach! - zawołał don Luis. - To byłoby straszne. Dwie istoty mają umrzeć, a my nie bylibyśmy w stanie ich ocalić! Panie prefekcie, proszę pana bardzo, weź pan tę sprawę w swe ręce. Wola Morningtona od początku wmieszała pana w tę sprawę, a przez swoją powagę i doświadczenie nadasz jej tok energiczny. Zaledwie don Luis powiedział te słowa, gdy sekretarz prefekta wszedł z biletem wizytowym w ręku. - Panie prefekcie, ta osoba tak nalegała.... Wahałem się... Desmalions przeczytał bilet i z radością wykrzyknął: - Patrz pan, panie Perenna! Perenna spojrzał na bilet i przeczytał następujące słowa: "Hipolit Fauville, inżynier, 14 bis, bulwar Suchet". - Przypadek chce - rzekł Desmalions - żeby wszystkie nici tej sprawy skoncentrowały się w moich rękach i ażebym się nią, zgodnie z pańskiem życzeniem, zajął. Zresztą, zdaje się, że wypadki biorą obrót dla nas korzystny. Jeżeli ów pan Fauville jest spadkobiercą sióstr Roussel, to zadanie będzie uproszczone. - W każdym razie - zwrócił uwagę notaryusz - przypominam panu, że w testamencie zastrzeżono, iż odczytanie jego może nastąpić dopiero w czterdzieści ośm godzin, a zatem pan Fauville nie powinien być jeszcze wtajemniczony w sprawę. Przez uchylone zaledwie drzwi wsunął się do gabinetu jakiś mężczyzna. - Inspektor... inspektor Verot? - pytał zdyszany. - Już nie żyje, nieprawdaż? Mówiono mi... - Tak, panie, już nie żyje. - Zapóźno, zapóźno przybywam! - bełkotał przybyły i załamując ręce rozpacznie, począł wołać: - Ach, nędznicy... nędznicy... Był to człowiek około pięćdziesięcioletni, o cerze bardzo bladej, zapadniętych policzkach i chorobliwym wyglądzie. Łzy cisnęły mu się do oczu. - O kim pan mówisz? - zapytał prefekt. - Czy o tych, którzy zgładzili ze świata inspektora Verota? Mógłbyś pan ich nam wskazać, pokierować naszemi dochodzeniami? Hipolit Fauville zaprzeczył ruchem głowy. - Nie. nie. Na razie nie przydałoby się to na nic... Moje dowody jeszcze nie wystarczają... Naprawdę nie wystarczają... - Panie prefekcie - począł się tłumaczyć, wstając z miejsca. - Niepotrzebnie pana fatygowałem, ale chciałem wiedzieć... Przypuszczałem, że inspektor Verot uniknął nieszczęścia... Jego zeznania dołączone do moich byłyby niezwykie cenne... Ale może był jeszcze w stanie pana uprzedzić? - Nie, mówił tylko o dzisiejszym wieczorze, o nadchodzącej nocy... Hipolit Fauville podskoczył. - Dzisiaj wieczór?... A zatem byłby już czas... Ale nie, nie, to niemożliwe... Oni nic jeszcze nie mogą mi uczynić złego... Jeszcze nie są gotowi... - Inspektor Verot zapewniał jednak, że podwójna zbrodnia ma być dokonana jeszcze dzisiejszej nocy. - Nie, panie prefekcie. On się myli... Ja wiem dobrze... Jutrzejszego wieczoru najwcześniej... i schwytamy ich w pułapkę... Ach nędznicy!... Don Luis zbliżył się do Fauville'a i spytał: - Pańska matka nazywała się Hermina Roussel, nieprawdaż? - Tak jest. Już nie żyje. - Pochodziła ona z Saint-Etienne? - Tak... Ale czemu się pan o to pyta? - Pan prefekt wyjaśni to panu jutro, A teraz jeszcze słówko. To mówiąc, don Luis otworzył pudełko, pozostawione przez inspektora Verota. - Czy ta tabliczka czekolady i te odciski zębów wyjaśniają panu cośkolwiek? - Ach! - zawołał inżynier. - Jakaż podłość! Gdzie inspektor to znalazł? i począł w podskokach zmierzać spiesznie ku drzwiom. - Idę już panie prefekcie, idę! Jutro panu wszystko opowiem... Będę miał już wszystkie dowody a wtedy ramię sprawiedliwości mnie wesprze... Jestem chory, to prawda, ale w końcu chcę żyć! Mam wszak prawo do życia!... I mój syn także... I żyć będziemy. Ach, nędznicy!... To rzekłszy, wybiegł szybko, zataczając się jak pijany. Pan Desmalions nagle powstał. - Zasięgnę wiadomości o otoczeniu tego człowieka - powiedział. - Każę otoczyć opieką jego mieszkanie. Już telefonowałem do służby bezpieczeństwa. Oczekuję na człowieka, w którym pokładam pełne zaufanie. Don Luis oświadczył wtedy: - Panie prefekcie, zaklinam pana, abyś mi zechciał pozwolić śledzić tę sprawę pod pańskiem kierownictwem. Testament Morningtona zobowiązał mnie w tym kierunku. Pozwól pan sobie to powiedzieć, że dał mi do tego prawo. Wrogowie pana Fauville'a są ludźmi nadzwyczaj śmiałymi i zręcznymi. Uważam za obowiązek honoru być dziś wieczorem na posterunku u niego i przy nim. Prefekt zawahał się przez chwilę. Jakżeby miała nie nasunąć mu się myśl, że don Luis jest przecież poważnie zainteresowany w tem, aby nie znalazł się żaden spadkobierca Morningtona, któryby stanął pomiędzy nim i milionowem dziedzictwem? Miałżeby przypisać szlachetnemu uczuciu wdzięczności, wysokiemu pojęciu przyjaźni i obowiązku to osobliwe pragnienie osłaniania Hipolita Fauvilie'a przed grożącą mu śmiercią? Przez kilka minut pan Desmalions obserwował tę twarz rezolutną, te oczy inteligentne, zarazem ironiczne i naiwne, poważne i śmiejące się, te oczy, patrzące z takim wyrazem szczerości i swobody, przez które jednak nie można było dotrzeć do tajników duszy tego osobnika, poczem wezwał sekretarza. - Czy przyszedł kto z urzędu bezpieczeństwa? - zapytał. - Jest już tutaj brygadyer Mazeroux. - Niech wejdzie - rzekł prefekt, a zwracając się do Perenny, dodał - Brygadyer Mazeroux jest jednym z najlepszych naszych agentów. Używałem go podobnie, jak nieszczęsnego Verota, gdy chodziło o szybkie i energiczne rozwiązanie jakiejś zawodowej zagadki. Będzie on panu bardzo użyteczny. W tej chwili właśnie wszedł brygadyer Mazeroux. Ten mały człowieczek, o obwisłych wąsach, błyszczących oczach i długich, przylegających do skóry włosach, miał wygląd melancholika. - Mazeroux! - zwrócił się doń prefekt. - Wie pan już zapewne o śmierci swego kolegi Verota i o strasznych towarzyszących jej okolicznościach. Idzie teraz o to, ażeby go pomścić i przeszkodzić w dokonaniu innych jeszcze zbrodni. Ten pan, znający sprawę do głębi, udzieli panu wszelkich koniecznych wyjaśnień. Będzie pan działał z nim razem i jutro rano zda mi pan sprawę z wydarzeń. Oznaczało to pozostawienie wolnej ręki Perennie i zdanie się na jego inicyatywę i przenikliwość. Don Luis podziękował za to zaufanie ukłonem. - Dziękuję panu, panie prefekcie. Spodziewam się, że nie pożałuje pan okazanego mi zaufania. Pożegnawszy się następnie z panami Desmalions i Lepertuis, wyszedł don Luis na ulicę z brygadyerem Mazeroux. Tam Mazeroux został poinformowany o wszystkiem, przyczem zdolności zawodowe Perenny wywarły na nim tak wielkie wrażenie, że poddał się jego kierownictwu. Postanowili udać się przedewszystkiem do kawiarni na Pont-Neuf. Tam dowiedzieli się, że inspektor Verot, stały bywalec tej kawiarni, pisał istotnie tegoż rana w kawiarni długi list. Obsługujący Verota garson przypomniał sobie też dokładnie, że jakiś pan, który przyszedł do kawiarni prawie równocześnie z Verotem i zajął miejsce przy sąsiednim stoliku, również zażądał papieru listowego oraz dwóch żółtych kopert. - A więc nie mylił się pan - oświadczył Mazeroux. - Zachodzi tu, jak to pan słusznie przypuszczał, podsunięcie listu. Rysopis owego jegomościa, udzielony przez garsona, był również dokładny. Miał to być człowiek wysoki, nieco pochylony, noszący ciemną, rozdzieloną na dwie części brodę, patrzący przez binokie w szyldkretowej oprawie, noszone na jedwabnym sznureczku i posiadający hebanową laskę, której srebrna rączka miała kształt głowy bociana. - Będąc w posiadaniu takich szczegółów - oświadczył Mazeroux - policya może przystąpić do działania. Wyszli właśnie z kawiarni, gdy nagle don Luis zatrzymał swego towarzysza. - Poczekaj pan małą chwileczkę! - powiedział. - Co się stało? - Byliśmy śledzeni... - Śledzeni?... Przez kogo? - Nie grozi to nam żadnem niebezpieczeństwem. Wiem, kto to jest i wolę od ręki załatwić tę historyę. Poczekaj pan na mnie. Zaraz wrócę, a przyrzekam panu, że nudzić się nie będziesz. Zobaczy pan typ w swoim rodzaju. Don Luis istotnie powrócił za minutę z jakimś panem szczupłym a wysokim, z twarzą okoloną zarostem. Don Luis przedstawił brygadyerowi nieznajomego. - Pan Mazeroux, jeden z moich przyjaciół. Pan Caceres, attache legacyi peruwiańskiej, który dopiero co uczestniczył w posiedzeniu u prefekta. Jest to ten sam pan Caceres, który z polecenia ministra Peruwii miał zebrać dokumenty, stwierdzające identyczność mojej osoby. - A zatem - dodał wesoło don Luis - drogi panie Caceres, pan mnie szukałeś? Attache peruwiański wskazał ruchem głowy na brygadyera Mazeroux. Perenna zrozumiał, co attache chce przez to powiedzieć, więc oświadczył: - Ależ proszę pana, niech pan się nie krępuje wcale osobą pana Mazeroux. Może pan mówić przy nim... Jest on bardzo dyskretny, a ponadto jest także wtajemniczony w sprawę. Attache umilkł. Wszedłszy z powrotem do kawiarni, Perenna wskazał mu miejsce naprzeciw siebie. - Mów pan bez żadnych obsłonek, drogi panie Caceres - oświadczył. - Jest to sprawa, która powinna być traktowana otwarcie, a zaznaczyć przytem muszę, że nie obawiam się nawet pewnej szorstkości wyrazów. Przystępujmy zatem do rzeczy. Potrzeba panu pieniędzy, nieprawdaż? Pytam otwarcie ile? Peruwiańczyk, pokonywując ostatnie wahania, rzucił okiem na brygadyera, a następnie zdeterminowany nagle oświadczył głucho: - Pięćdziesiąt tysięcy franków! - Jesteś pan żarłoczny! - wykrzyknął don Luis. - Co pan o tem sądzi, panie Mazeroux? Pięćdziesiąt tysięcy franków, to jest poważna suma, tem większa, że... Ale cofnijmy się nieco wstecz, panie Caceres. Przed kilku laty, mając zaszczyt zawrzeć z panem znajomość w Algierze, gdzie pan chwilowo bawił, zrozumiawszy ponadto z kim miałem do czynienia, prosiłem pana, abyś zechciał, jeśli to dla pana będzie możliwe, dostarczyć mi w ciągu trzech lat dokumentów osobistych na nazwisko Perenny, osobistości hiszpańsko-peruwiańskiej, mającej przez swych przodków bardzo chlubne związki z przeszłością. Pan mi na to odpowiedział: "dobrze". Cena została ustalona: dwadzieścia tysięcy franków. Zeszłego tygodnia, gdy prefekt policyi zwrócił się do mnie z żądaniem, abym mu przedstawił swoje papiery, udałem się do pana i dowiedziałem się, że istotnie polecono ci zająć się wyszukaniem dokumentów, dotyczących mego pochodzenia. Zresztą wszystko było gotowe. Zaopatrzywszy mnie w papiery nieboszczyka Perenny, szlachcica hiszpańsko-peruwiańskiego, dałeś mi miejsce w stanie cywilnym pierwszego rzędu. Umówiwszy się z panem, jak należy sprawę przedstawić u prefekta policyi, wręczyłem panu dwadzieścia tysięcy franków. Byliśmy skwitowani. Czego pan chce więcej? Attaché peruwiański nie okazał ani szczypty zaambarasowania. Oparł swe łokcie na stole i spokojnie wyrecytował: - Traktując ongi z panem, sądziłem że traktuję z człowiekiem, który ukrywając się pod uniformem legionisty dla względów osobistych, pragnął odzyskać później możność uczciwego życia. Dzisiaj idzie już o uniwersalnego spadkobiercę Morningtona. Spadkobierca ten ma podjąć jutro, pod fałszywem nazwiskiem, sumę miliona franków, a za kilka miesięcy, być może nawet dwieście milionów franków. To już jest rzecz całkiem inna! Argument ten zdawał się trafiać do przekonania Perenny, który jednak próbował oponować. - A gdybym odmówił? - Gdyby pan odmówił, to ostrzegłbym notaryusza i prefekta policyi, że pomyliłem się w swoich dochodzeniach i że co do osoby don Luisa Perenny znaleźliśmy się w błędzie. W rezultacie nie tknąłbyś pan z zapisanej sumy ani szeląga, a nawet prawdopodobnie zostałbyś aresztowany. - Podobnie jak i pan... - Ja? - Tak jest. Za sfałszowanie dokumentów cywilnych... Bo rozumie pan to dobrze, że jabym zgryzł ten orzech. Attaché nic nie odpowiedział, tylko nos mu się nieco wydłużył, tak, iż don Luis, spostrzegłszy w jego twarzy nagłą zmianę, wybuchnął śmiechem. - Ależ, panie Cacéres, nie róbże pan głupstw. Nie zrobię panu krzywdy, tylko nie staraj się już więcej mnie szkodzić. Złośliwsi od pana ludzie chcieli mi już podstawiać nogę, ale w rezultacie pokręcili karki. Prawdą zresztą mówiąc, nie masz pan wyglądu gagatka pierwszego rządu, gdy idzie o oszukanie bliźniego. Trochę umiarkowania, panie Cacérés, trochę umiarkowania! Zresztą okażę się wobec pana szczodrobliwym księciem... Don Luis wyjął z kieszeni książeczką czekową lyońskiego banku kredytowego. - Bierz drogi przyjacielu! - powiedział. - Oto dwadzieścia tysięcy franków, które ci daje spadkobierca Morningtona. Schowaj je z uśmiechem. Powiedz: dziękuję i zabrawszy swoje manatki, ruszaj stąd, nie odwracając głowy, podobnie jak córka Lota ze Starego Testamentu. Idź już... Między nami skończone! Było to powiedziane w taki sposób, że attaché wypełnił co do joty rozkaz Perenny. Uśmiechnął się, chowając pieniądze powiedział dwa razy "dziękuję" i wyszedł nie odwracając głowy. - Pijaczyna! - warknął don Luis. - I co pan na to powiesz, panie brygadyerze? Brygadyer Mazeroux spoglądał na Perennę zdumiony, rozszerzając źrenice. - Ależ, panie... - Co, brygadyerze? - Ależ panie, kimże pan właściwie jesteś? - Kim jestem? - Tak. - Czyż pana o tem nie poinformowano? Peruwiańczykiem, albo Hiszpanem... Sam wreszcie dobrze nie wiem... Krótko mówiąc, jestem don Luisem Perenną. - Kłamstwo! Wszak byłem świadkiem. - Don Luis Perenna, były legionista... - Dość, panie!... - Umedalowany... udekorowany na każdym szwie swego ubrania... - Jeszcze raz mówię panu, dość tego i wzywam pana, abyś się udał wraz ze mną do prefekta. - Ale pozwól-że mi dalej mówić do dyabła! A zatem... były legionista... były bohater... były aresztant z więzienia a la Sante... były książę rosyjski... były szef służby bezpieczeństwa... były... - Ależ pan jest szalony?! - przerwał brygadyer. - Cóż to znowu za historye pan opowiadasz? - Historye prawdziwe, autentyczne! Pytasz się pan, kim jestem, a więc panu swe stanowiska wyliczam. Czy mam sięgnąć jeszcze wyżej? Mam jeszcze kilka tytułów do zakomunikowania panu. A więc: markiz, baron, książę, arcyksiążę, wielki książę, mały książę, kontr-książę... Gdyby mi powiedziano, że byłem królem, to, do dyabła, nie ośmieliłbym się zaprzeczyć. Brygadyer Mazeroux chwycił swemi, przywykłemi do takiej funkcyi rękami, wątłe pozornie ręce Perenny i rzekł: - Nie wiem, z kim mam do czynienia, ale mimo to pana nie puszczę. Sprawa wyjaśniona będzie w prefekturze. - Ależ nie mów tak... mocno, Aleksandrze! Dwie wątle pięści Perenny uwolniły się z niesłychaną łatwością z żylastych rąk brygadyera, którego ręce z kolei zostały przez Perennę unieruchomione. - A zatem nie poznajesz mnie głupcze? - zawołał don Luis. Brygadyer Mazeroux nie szepnął ani słowa. Źrenice jego zozszerzyły się jeszcze bardziej. Wysilał mózg, aby zrozumięć całe zajście i trwał wciąż w osłupieniu. Ten głos, ten sposób rozmowy, przenikliwy wyraz tych oczu, a przytem to imię Aleksander, które nie było jego właściwem imieniem i którego używała w stosunkach z nim kiedyś jedna tylko osoba... Czyż to możliwe?! - Szef mój... szef?... - bąknął. - Dlaczegóżby nie? - Ależ nie... nie... ponieważ... - Ponieważ co? - Już pan nie żyjesz. - Więc cóż? Czy sądzisz, że śmierć przeszkadza mi żyć?... A gdy brygadyer zdawał się być coraz bardziej ogłupiony tem wszystkiem, Perenna położył mu rękę na ramieniu i rzekł: - Kto kazał ci wstąpić do prefektury policyi? - Szef służby bezpieczeństwa, pan Lenormand. - A kto był owym panem Lenormandem? - Był nim szef. - A zatem Arseniusz Lupin, nieprawdaż? - Tak. - Dobrze! Aleksandrze, czy nie sądzisz zatem że o wiele trudniej było Arseniuszowi Lupinowi zostać szefem służby bezpieczeństwa, którym jednak był jako żywo, aniżeli stać się don Luisem Perenną, aniżeli być udekorowanym medalami, stać się legionistą, być bohaterem, a nawet... nawet być żywym, będąc umarłym?... Brygadyer Mazeroux przyglądał się w milczeniu swemu towarzyszowi, następnie zaś oczy jego się ożywiły, śniada twarz spurpurowiała i nagle, uderzając pięścią w stół, chrapliwym głosem zawołał: - Dobrze więc, niechaj tak będzie! Ale ostrzegam pana, że na mnie liczyć już więcej nie możesz! Ach, nie, nigdy! Znajduje, się w służbie społeczeństwa i w niej pozostanę. Niema na to rady! Zakosztowałem uczciwości. Nie chcę już jeść innego chleba. Ach, nie, nie, nie, nigdy, żadnych głupstw! Perenna wzruszył ramionami. - Jesteś głupi, Aleksandrze. Zaprawdę mówię ci, że od chleba uczciwego nie utyła twoja inteligencya. Któż ci mówi o rozpoczynaniu dawnego życia? - A jednak... - Jednak... kto? - Wszystkie pańskie machinacye... - Moje machinacye? Czy sądzisz zatem, że ja umaczałem ręce w jakikolwiek sposób w tej sprawie? - Widać to... - Ależ nigdy w świecie! Przed dwiema jeszcze godzinami nie wiedziałem o niej ani krztyny więcej, aniżeli ty! To Bóg dobry uczynił mnie spadkobiercą, nie dając żadnego ostrzegającego przedemną znaku i tylko, aby nie wykraczać przeciw Jego świętej woli... - A zatem? - A zatem moim celem jest pomścić śmierć Morningtona, odszukać jego naturalnych spadkobierców, zaopiekować się nimi i rozdzielić pomiędzy nich dwieście milionów, które do nich należą. Oto wszystko. Czy nie jest to misyą człowieka uczciwego? - Tak, ale... - Tak, ale jeżeli nie dokonam tego jak uczciwy człowiek?... Czy to chciałeś powiedzieć? - Szefie!... - Dobrze więc, mój kochany. Jeżeli nawet przez mikroskop dostrzeżesz najbłachszą rzecz w mojem postępowaniu, która ci się podobać nie będzie, jeżeli wykryjesz chociaż jedną czarną plamkę na sumieniu don Luisa Perenny, to bez żadnych wahań chwyć mnie za kołnierz! Upoważniam cię do tego. A nawet rozkazuję ci to zrobić. Czy ci to już wystarcza? - Nie wystarcza jeszcze to, co mnie osobiście wystarcza. - Co śpiewasz ptaszyno? - Są jeszcze inni... - Wyrażaj się jaśniej. - Gdyby naprzykład wpadli na pański ślad? - W jakiż to mogłoby się stać sposób? - Może pan być zdradzony. - Przez kogo? - Przez naszych dawnych kolegów... - Bądź o to spokojny. Wyekspedyowałem ich poza granice Francyi... - Dokądże to? - Jest to moja tajemnica. Ciebie pozostawiłem w prefekturze na wypadek, gdybym potrzebował twoich usług. Sam widzisz teraz, że miałem racyę. - A jeżeli wykryją, kim pan istotnie jesteś? - Więc cóż? - Osadzą pana w areszcie. - To niemożliwe. - Dlaczego? - Nie mogą mnie zaaresztować. - Dlaczego? - Sam przecież wymieniłeś powód. Dla względów wyższych, strasznych, niepokonalnych... - Jakich? - Już nie żyję... Mazeroux był wprost otumaniony. Argumenty byłego szefa trafiały mu do przekonania. Teraz jednym rzutem oka dostrzegł w domniemanym nieboszczyku Arseniusza Lupina w całej jego potędze. I nagle brygadyer wybuchnął śmiechem tak szalonym, że złamał się we dwoje, a konwulsyjne nieledwie drgawki krzywiły pociesznie jego melancholijne oblicze. - Ach, szefie! - wołał. - Więc zawsze tensam?! Boże, jakie to śmieszne! I pytasz się, czy pójdę z tobą? Oczywiście, że pójdę! Jesteś pan nieboszczykiem... pogrzebanym... w proch rozpadłym... Co za śmieszność! Boże, co za śmieszność!... Inżynier Fauville zamieszkiwał na bulwarze Suchet dom dosyć duży, otoczony z lewej strony ogrodem, w którym kazał wznieść budynek, służący mu za gabinet do pracy. W ten sposób ogród zredukowany został do kilku zaledwie drzew i pewnej liczby klombów, otoczony zaś był kratami, oplecionemi pnącym się po nich bluszczem. W okratowaniu tego ogrodu znajdowała się jedna tylko furtka, prowadząca na bulwar Suchet. Don Luis Perenna udał się wraz z Mazeroux do komisaryatu dzielnicy de Passy, gdzie brygadyer, stosując się do wskazówek Perenny, zażądał, aby dom inżyniera Fauville'a był w ciągu nocy strzeżony przez dwóch agentów policyi, którzy mieli aresztować każdą podejrzaną jednostkę, usiłującą przedostać się do wnętrza zabudowań. Komisarz przyrzekł swą pomoc. O godzinie dziewiątej wieczór don Luis, w towarzystwie brygadyera, zjawił się przed głównem wejściem, prowadzącem do domu inżyniera Fauville'a. - Aleksandrze! - ozwał się Perenna. - Co takiego? - Nie boisz się? - Nie. A dlaczego szef się o to pyta? - Dlaczego? Bo broniąc inżyniera Fauville'a i jego syna, natkniemy się na ludzi, którzy mają wybitny interes w tem, aby ich zgładzić. Ludzie ci nie należą bynajmniej do tchórzów. Twoje życie, moje... Jedno westchnienie i po wszystkiem... Nie boisz się? - Szefie! - odrzekł Mazeroux - nie wiem, czy doznam prędzej lub później uczucia strachu, ale jest wszakże jedna okoliczność, w której lęk nie będzie miał nigdy do mnie przystępu. - Jakaż to jest okoliczność, mój stary? - Jeżeli będę przy twoim boku. To mówiąc, brygadyer rezolutnie zadzwonił do bramy. Na odgłos dzwonka zjawił się wkrótce odźwierny. Mazeroux pokazał mu swą legitymacyę. Hipolit Fauville przyjął ich razem w swoim gabinecie. Zastali tam stół zarzucony broszurami, książkami i papierami. Wielka kanapa przylegała do muru, po drugiej zaś stronie znajdowały się drzwi, prowadzące na kręte schody, któremi dojść można było do okrągłej galeryi. Mazeroux, przedstawiwszy swą legitymacyę i zaprezentowawszy Perennę, jako również wysłańca prefekta policyi, zapoznał inżyniera z celem swej wizyty. Oświadczył on, że p. Desmalions, zaniepokojony pewnymi wypadkami, postanowił nie czekać na jutrzejsze z inżynierem spotkanie, ale prosił, przeciwnie, ażeby p. Fauville przedsięwziął wszelkie środki ostrożności, zalecone mu przez jego agentów. Fauville okazał z początku pewne niezadowolenie. - Z mojej strony - powiedział - środki ostrożności są już przedsięwzięte i obawiam się, żeby interwencya panów nie była dla mnie zgubną. - Jakto? - zagadnął Mazeroux. - Może ona zwrócić uwagę moich nieprzyjaciół i przez to samo uniemożliwić zebranie dowodów, których potrzebuję, ażeby ich zdemaskować. - Czy może nam pan tę sprawę wyjaśnić? - Nie, nie mogę... Jutro, jutro rano, nie wcześniej... - A jeżeli będzie zapóźno? - wtrącił don Luis Perenna. - Czyż jutro może być za późno? - Inspektor Verot powiedział sekretarzowi pana Desmalions te słowa: "Podwójne morderstwo ma być dokonane tej nocy. To jest nieodwołalne". - Tej nocy?! - wykrzyknął Fauville ze wściekłością. - Ja panu powiadam, że nie! Nie tej nocy, jestem tego pewien. Są rzeczy, o których ja wiem, a wy nie wiecie... Nieprawdaż? - Tak jest - oponował don Luis - ale są także, być może, rzeczy, o których wiedział inspektor Verot, a o których pan nic nie wiedziałeś. Być może, że wniknął on głębiej, aniżeli pan, w tajemnicę pańskich nieprzyjaciół. Za dowód może posłużyć to, że postarano się go usunąć z drogi. Dowodem jest także to, że pewne indywiduum, noszące laskę hebanową o srebrnej gałce, szpiegowało go. Dowodem wreszcie jest śmierć inspektora Verota. Pewność siebie, objawiana początkowo przez Hipolita Fauville'a, zwolna topniała. Perenna skorzystał z tego, aby nalegać nań jeszcze bardziej, a uczynił to w taki sposób, że Fauville, nie wychodząc bynajmniej rezerwy, poddał się wreszcie jego woli. - A więc cóż będzie? - zapytał Fauville. - Nie zechce pan zapewne przepędzić tu nocy? - Właśnie, że o to mi idzie. - Ależ to absurd! To czas daremnie stracony. Bo wreszcie, przypuszczając nawet rzeczy najgorsze... Ale mniejsza o to... O co panu jeszcze ponadto idzie? - Kto zamieszkuje ten dom? - Kto? Przedewszystkiem moja żona. Zajmuje ona pierwsze piętro. - Czy pani Fauville nie jest zagrożona? - Nie, wcale nie! Zagrożeni jesteśmy ja i mój syn Edmund. To też od ośmiu dni, zamiast spać, jak zwykle w swej sypialni, zamykam się w tym oto pokoju, pod pretekstem, że prace moje, rysunki itp. zmuszają mnie do pozostawiania tutaj do późnej nocy. Pracami też swemi wyjaśniam tę okoliczność, iż przetrzymuję u siebie na noc syna, rzekomo dla korzystania z jego pomocy. - Czy syn także tu sypia? - Syn sypia nad nami, w małym pokoiku, który kazałem dla niego przygotować. Można się tam dostać tylko przez te schody wewnętrzne. - Czy znajduje się on tam obecnie? - Tak, Śpi już. - Ile pański syn ma lat? - Szesnaście. - Zarządzenia jednak pańskie wskazują, że pan się obawia ataku? Czy tak? Czy który z pańskich nieprzyjaciół zamieszkuje ten dom? Czy jest nim pański służący lub może ktoś z zewnątrz? Jeżeli jest to wróg zewnętrzny, to w jaki sposób może się on tu dostać? Wszystko zależy od tych kwestyi. - Jutro... jutro... - odpowiadał Fauville. - Jutro panu to wytłumaczę. - Dlaczego nie dzisiaj? - pytaj Perenna uporczywie. - Dlatego, powtarzam panu, że potrzebuję dowodów... Dlatego, że sama rozmowa o tem może sprowadzić straszne skutki... I lękam się... tak, lękam się... Inżynier istotnie trząsł się ze strachu. Wydawał się on tak mizernym i zgnębionym, że don Luis już dłużej nie nalegał. - Niechaj tak będzie - powiedział, - Poproszę tylko pana o pozwolenie, ażebyś pan mnie i mojemu przyjacielowi pozwolił tu, w pobliżu swej osoby, spędzić tę noc. - Dobrze, jeżeli pan sobie tego życzy. Zresztą może to i lepiej. W tej właśnie chwili zapukał jeden ze służących i zaanonsował inżynierowi, że jego żona, przed wyjściem, pragnie się z nim widzieć. Zaledwie służący odszedł, weszła pani Fauville. Wdzięcznym ruchem głowy pani Fauville złożyła ukłon Perennie i brygadyerowi. Była to kobieta mniejwięcej trzydziestoletnia, niezwykłej piękności, którą zawdzięczała błękitowi swych ocząt, bujnym włosom i nad wyraz miłej twarzyczce. Miała na sobie pod obszernym płaszczem jedwabnym tualetę balową, odsłaniającą jej piękne ramiona. Pan Fauville zwrócił się do niej zdziwiony: - Ty wychodzisz dziś wieczór?! - Przypominasz sobie pewnie - odrzekła - że państwo Auverard zaofiarowali mi miejsce w loży na przedstawieniu operowem i że sam mnie prosiłeś, abym po przedstawieniu spędziła chwil kilka na wieczorku u pani Ersinger. - Istotnie... istotnie... Zapomniałem o tym. Jestem taki zapracowany. Pani Fauville, zapinając rękawiczki, zapytała. - Czy nie wybierzesz się dziś do pani Ersinger? - Po co? - Byłoby to wielką dla niej przyjemnością. - Ale nie dla mnie! Zresztą stan zdrowia mego staje mi na przeszkodzie. - A zatem wytłumaczę cię przed nią. - Dobrze. Pani Fauville pięknym giestem owinęła się w płaszcz i stała chwilę nieruchoma, jakgdyby oczekując na słowo pożegnania, poczem rzekła: - A więc Edmunda niema tutaj? Przypuszczałam, że pracuje wraz z tobą? - Był bardzo zmęczony. - Czy śpi już? - Tak jest. - Chciałam go jeszcze uścisnąć. - Ależ nie, wybiłabyś go ze snu. Zresztą już zajeżdża twój samochód, idź, moja kochana i baw się dobrze. - Ach! Bawić się!... - rzekła z goryczą. - Jak gdyby można było bawić się na operze lub na wieczorku! - Zawsze lepsze to, aniżeli pozostać w domu. Z tej krótkiej rozmowy można było odnieść wrażenie, że państwo Fauville nie byli ze sobą zbyt zżyci. On, człowiek chorowity, był wrogiem przyjemności światowych, zamykał się u siebie, podczas gdy żona jego szukała rozrywek, do których dawały jej prawo lata młode i nawyknienia. Ponieważ pan Fauville milczał, małżonka pocałowała go w czoło, a następnie, kłaniając się Perennie i brygadyerowi, wyszła. Wkrótce już słyszano turkot odjeżdżającego samochodu. W tej właśnie chwili Hipolit Fauville powstał i naciskając guzik dzwonka, powiedział: - Nikt tutaj nie przypuszcza nawet, jakie niebezpieczeństwo wisi nad moją głową. Nie zwierzam się nikomu, nawet Sylwestrowi, mojemu służącemu, który jednak służy u mnie oddawna i jest uosobieniem prawości. Na odgłos dzwonka zjawił się Sylwester. - Chcę iść już spać, przygotuj wszystko - rozkazał p. Fauville. Służący podniósł wierzch otomany, która zamieniona została w ten sposób w łóżko, rozciągnął prześcieradło, położył kołdrę, a następnie, na rozkaz inżyniera, przyniósł karafkę, szklankę i talerzyk z suchemi ciastkami, oraz kompotierkę z owocami. Pan Fauville schrupał ciastko i rozkrajał następnie jabłko. Nie było jeszcze dojrzałe, więc wziął jeszcze w ręce dwa inne, ale i te odłożył, poczem obrał i spożył gruszkę. - Pozostaw tu kompotierkę - powiedział do służącego. - Jeśli zechce mi się jeść tej nocy, to mi się przyda... Ach, zapomniałem, że panowie są tutaj! Nie mów o tem nikomu, a rano nie wchodź, dopóki nie zadzwonię. Służący zastosował się ściśle do życzeń inżyniera. Perenna, którego uwagi nic nie uszło i który następnie mógł uprzytomnić sobie wszystkie najdrobniejsze szczegóły tego wieczoru, zarejestrowane w jego pamięci z mechaniczną rzec można ścisłością, zauważył, że w kompotierce znajdowały się trzy gruszki i cztery jabłka. Jednak Fauville nie ułożył się jeszcze do snu, lecz udał się krętemi schodami na górę i przeszedłszy galeryę znalazł się w pokoju, gdzie zastał syna, pogrążonego już we śnie. - Śpi z zaciśniętemi pięściami - rzekł do Perenny, który udał się tam w ślad za nim. Pokój ten był mały, powietrze zaś wchodziło doń w jakiś specyalny sposób, gdyż dach oszklony był hermetycznie zabity drewnianą taflą. - Jest to ostrożność, do której się uciekłem już w zeszłym roku - wyjaśniał Fauville. - Ponieważ robiłem tu swe doświadczenia z elektrycznością, więc obawiałem się, że może kto podpatrzyć i wykraść w ten sposób moje tajemnice zawodowe. - Oddawna już kręcą się koło mnie - dodał cicho. Gdy zeszli na dół pan Fauville spojrzał na zegarek. - Kwadrans na jedenastą - rzekł. - Pora na spoczynek. Jestem bardzo zmęczony, nie weźmie mi pan za złe... Ułożono się, że Mazeroux i Perenna zajmą miejsce w dwóch fotelach, umieszczonych w korytarzu, prowadzącym z gabinetu inżyniera do samego przedsionka domu. Przed rozstaniem się jednak z gośćmi pan Fauville, który mimo widocznego zdenerwowania panował jednak dotychczas nad sobą, nagle przestał być panem siebie. Z ust jego uleciał słaby okrzyk. Don Luis odwrócił się i ujrzał, jak strumienie potu lały się po twarzy i szyi inżyniera, który trząsł się przytem z febry i niepokoju. - Co panu jest? - zapytał don Luis. - Boję się... boję się... - Ależ to szaleństwo! - wykrzyknął don Luis - albowiem jesteśmy tu przecież obaj na straży. Możemy nawet spędzić noc przy pańskiem łóżku. Inżynier chwycił gwałtownie za ramię Perennę i z twarzą, zdradzającą cierpienie i niepokój, mówił: - Gdyby was było dziesięciu... gdyby was było dwudziestu przy mnie, to czy sądzicie, że wasza obecność krępowałaby moich wrogów? Oni mogą wszystko, rozumiecie? Oni mogą wszystko! Oni zamordowali już inspektora Verota... oni zamordują mnie... i mego syna. Ach, nędznicy! Boże, miej litość nademną! Jak cierpię... To mówiąc inżynier padł na kolana i począł uderzać się w piersi, mówiąc: - Boże mój, miej litość nademną... Ja nie chcę umrzeć... Nie chcę także śmierci syna... Błagam Cię Boże, miej litość nad nami!... Nagle Fauville powstał i zaprowadził Perennę ku pewnej zasuwie, umieszczonej w murze, która z łatwością na kółkach mosiężnych, pod naciskiem guzika, podniosła się w górę. Perenna ujrzał we wgłębieniu mały kuferek, wmurowany w ścianę. - Cała moja historya znajduje się tutaj, notowana z dnia na dzień od lat trzech - oświadczył inżynier. - Jeżeli spotka mnie nieszczęście, to zemsta łatwą będzie. Fauville z pośpiechem nastawił litery w zamku i wyjętym z kieszeni kluczykiem otworzył kuferek, który był w trzech czwartych próżny. W jednym tylko jego rogu, wśród stosu papierów, znajdował się szary kajet, przepasany czerwoną taśmą gumową. Fauville sięgnął po ten kajet i rzekł: - Patrz pan. W tym oto kajecie jest wszystko... Przy pomocy zawartych w nim zapisków można odtworzyć sobie ohydne rzeczy. Zanotowane są tam najpierw moje podejrzenia, następnie pewniki... i wszystko... wszystko... co może służyć do schwytania ich w pułapkę... Przypomnij pan sobie o tym szarym kajecie w stosownej chwili... Kładę go z powrotem do kufra... Stopniowo Fauville począł się uspokajać. Zapuścił zasuwę, a udawszy się następnie do siebie, uporządkował papiery, zapalił lampkę elektryczną, umieszczoną nad jego łóżkiem, przyciemnił wiszący na środku sufitu żyrandol i poprosił Perennę i brygadyera, aby pozostawili go samego. Don Luis, który obszedł pokój dookoła i zbadał żaluzye żelazne, w które zaopatrzone były obydwa okna, zauważył drzwiczki nawprost wejścia i zapytał o ich znaczenie. - Drzwiczkami temi - objaśniał Fauville - wchodzą zwykle moi klienci, a niekiedy sam nawet korzystam z tego wyjścia. - Prowadzą one do ogrodu? - Tak. - Czy dobrze są zamknięte? - Może pan to sprawdzić. Zamknięte są na klucz i na zasuwę. Obydwa klucze znajdują się na kółku metalowym wraz z kluczem od ogrodu. Fauville położył klucze na stole. Tam też położył następnie świeżo nakręcony zegarek. Nie krępując się nim wcale, don Luis wziął klucze i wypróbował nimi zasuwę i zamek. Trzy stopnie prowadziły stamtąd do ogrodu, więc znalazłszy się w nim Perenna obszedł niewielki klomb. Zauważył wtedy, że po bulwarze spacerowali postawieni na straży dwaj agenci policyi. Sprawdził następnie, czy zasuwa w okratowaniu ogrodu jest zamknięta, poczem, powróciwszy do Fauville'a, powiedział: - Wszystko jest w porządku, może pan zatem spać spokojnie. Dobrej nocy! - Dobranoc! - powtórzył inżynier, odprowadzając Perennę i brygadyera do drzwi. Między gabinetem inżyniera a korytarzem znajdowały się podwójne drzwi, z których jedne były obite odpowiednią materyą. Druga strona korytarza była przedzielona od przedsionka ciężką portyerą. - Możesz zasnąć - rzekł Perenna do swego towarzysza. - Ja będę czuwał. - A więc szef nie przypuszcza, że możliwy jest jaki alarm? - Nie przypuszczam tego wobec zarządzonych środków ostrożności. Ale ty, który znałeś inspektora Verola, czy przypuszczasz, że był to człowiek skłonny do powzięcia jakichś nieuzasadnionych przywidzeń? - Nie, szefie. - Dobrze. A zatem wiesz, co on zapowiedział? Miał zatem do tego słuszną podstawę. Więc trzeba mieć oczy otwarte. - Niech więc każdy z nas spełni swoją kolejkę. Proszę mnie obudzić, jak przyjdzie moja godzina czuwania. Zasiadłszy jeden przy drugim, zamienili ze sobą jeszcze słów parę, poczem Mazeroux usnął. Don Luis, nie ruszając się z krzesła, czuwał. W całym domu panował spokój, tylko z zewnątrz dochodził czasem odgłos przejeżdżającego samochodu lub doróżki. Don Luis wstawał kilkakrotnie i podchodził ku drzwiom, ale cisza panowała zupełna. Niewątpliwie Hipolit Fauville spał. Doskonale! - monologował Perenna. - Bulwar jest strzeżony. Do pokoju inżyniera niem a innego wejścia, jak tylko to, w którem się znajdujemy, a więc niema się czego obawiać. O godzinie drugiej rano przed domem zatrzymał się samochód i jeden ze służących, który miał oczekiwać od strony oficyn i kuchni, poszedł otworzyć bramę. Perenna przyciemnił światło elektryczne w korytarzu i uniósłszy zlekka portyery, ujrzał panią Fauville, powracającą w towarzystwie Sylwestra. Weszła na górę i w klatce schodowej zrobiło się znów ciemno. Przez pół godziny jeszcze słychać było na górnem piętrze przyciszoną rozmowę, przesuwanie krzeseł, poczem cały dom zaległa cisza i wśród tej ciszy Perennę ogarnął nagle niewypowiedziany niepokój. Dlaczego? Nie umiał sobie tego wytłomaczyć. Ale niepokój był tak gwałtowny i dokuczliwy, że Perenna mruknął: - Pójdę zobaczyć, czy on śpi. Drzwi nie powinny być chyba zamknięte na klucz? Istotnie jedno pchnięcie drzwi wystarczyło, aby wejść do wnętrza. Perenna z lampką elektryczną zbliżył się do łóżka. Hipolit Fauville, odwrócony do ściany, spał. Westchnienie ulgi wydobyło się z piersi Perenny, który, wróciwszy do korytarza, wstrząsnął za ramię brygadyera. Na ciebie kolej, Aleksandrze! - powiedział. - Nic nowego, szefie? - Nic, nic. On śpi. - Skąd się szef o tem dowiedział? - Sam poszedłem sprawdzić. - A ja nie słyszałem. Spałem istotnie, jak zabity. Teraz Perenna z brygadyerem udali się do pokoju inżyniera. - Siedź tutaj - rzekł Perenna - i nie budź go. Perenna jeszcze chwilę czuwał, ale nawet zasnąwszy, zdawał sobie sprawę z tego, co się dokoła niego działo. Jakiś zegar wydzwaniał godziny, a Perenna za każdym razem liczył jego uderzenia. Później zbudziły go odgłosy zewnętrznego życia, przejeżdżające wozy mleczarskie, gwizd pierwszych, odchodzących rano pociągów. Także w całym domu poczęło się budzić życie. Dzień począł przedzierać się przez szpary rolet i dom zwolna wypełniał się światłem. - Chodźmy stąd - ozwał się brygadyer. - Lepiej będzie, jeżeli inżynier, zbudziwszy się, nas tu nie zastanie. - Cicho! - rozkazał Perenna, popierając swój rozkaz odpowiednim gestem. - Dlaczego? - Obudzisz go. - Sam pan widzi, że on ani myśli się zbudzić - odrzekł brygadyer, nie zniżając głosu. - Istotnie... istotnie... - szepnął don Luis zdziwiony, że głos brygadyera nie zakłócił wcale snu inżynierowi. I ogarnął go znów podobnie dręczący niepokój, jakiego doznał był w ciągu nocy. Niepokój tym razem był nawet jeszcze gwałtowniejszy, Perenna nie mógł wprost zdać sobie z tego uczucia i jego pobudek sprawy. - Co panu jest? - zagadnął go brygadyer. - Zmienił się pan zupełnie. Co się panu stało? - Nic... nic... Jakiś lęk mnie ogarnął... Mazeroux zadrżał. - Lęk? O co? Pan mówi o tem w taki sam zupełnie sposób, jak to wczoraj mówił pan Fauville. - Tak... tak... I z tego samego powodu.. - Z jakiego powodu? - Nie rozumiesz mnie więc? Nie domyślasz się, że zadaję sobie pytanie, czy on... jeszcze żyje?... - Ależ oszalałeś, szefie! - Nie... Nie wiem... Tylko... tylko... mam wrażenie, że on umarł... Z latarką w ręku stał jak sparaliżowany przy łóżku i on, któremu obce było zupełnie uczucie strachu, nie miał odwaqi oświetlić twarzy Fauville'a! W pokoju zapanowało przytłaczające milczenie. - Istotnie, szefie, inżynier leży, jak nieżywy... - Wiem... wiem... I teraz przypominam sobie, że nie poruszył się na łóżku przez całą noc... I to mnie właśnie przeraża... Perenna musiał uczynić prawdziwy wysiłek, aby się pochylić nad łóżkiem, którego się prawie dotykał. Inżynier zdawał się wcale nie oddychać. Perenna, zdecydowany nagle, chwycił go za rękę. Była zimna... W jednej chwili Perenna odzyskał swą zimną krew. - Okno! Otwieraj okno! - zawołał. Gdy światło dzienne wpadło do pokoju, ujrzano nabrzmiałą twarz Fauville'a, na której widniały sine plamy... - Ach! - zawołał Perenna. - Nie żyje!... - Do pioruna! - ryknął brygadyer. Przez kilka minut stali jak skamieniali, stwierdziwszy ten najbardziej tajemniczy z fenomenów. Po chwili myśl nagła ożywiła Perennę. W kilku susach znalazł się na schodach wewnętrznych, przebiegł wzdłuż galeryę i rzucił się w głąb znajdującego się tam pokoju. Na łóżku swem leżał Edmund, syn Hipolita Fauville'a, rozciągnięty, sztywny, z twarzą trupio-bladą, również martwy... - Ażeby to pioruny! - powtarzał Mazeroux. Nigdy może w ciągu swego awanturniczego życia Perenna nie doznał podobnego wstrząśnienia. Nie był w stanie zrobić żadnego giestu, puścić pary z ust. Ojciec i syn leżeli martwi... Zamordowano ich tej nocy!... Przed kilku godzinami, jakkolwiek byli strzeżeni, chociaż wszystkie wejścia były hermetycznie zamknięte! Zadano im śmierć przy pomocy piekielnie zatrutej igły, zadano im śmierć obu tak, jak to uczyniono z inspektorem Verotem, jak to uczyniono z Ameryrykaninem Morningtonem!... - Ażeby to pioruny!... - powtórzył jeszcze Mazeroux. - I warto było czuwać nad nimi, warto było czynić tyle przygotowań, aby tych nieszczęśników ocalić od śmierci? Był w tych słowach wyrzut pod adresem Perenny, który to zrozumiał i... potwierdził: - Masz racyę, Mazeroux - powiedział. - Nie stałem na wysokości zadania. - Ja tembardziej, szefie. - Ty?... ty?... Ty zajmowałeś się tą sprawą dopiero od wczorajszego wieczoru... - I pan także... - Tak, przyznaję, od wczorajszego wieczoru, podczas gdy oni przygotowywali się do zbrodni od całych tygodni... Zawsze jednak oni wydarli im życie, choć ja tu byłem... Ja, Lupin!... Mord został dokonany w moich oczach, a ja nic nie widziałem... Nic... Czy to możliwe?!... Perenna odsłonił kołdrę i wskazał widniejący na ramieniu ślad ukłócia. - To samo piętno śmierci, które widzieliśmy u ojca. - rzekł. - Dziecko to nie cierpiało zdaje się więcej, niż ojciec. Biedny chłopiec! Jakież nieszczęście spotyka jego matkę! Brygadyer płakał z wściekłości i żalu, powtarzając wciąż: - Ażeby to pioruny!... pioruny!... - Mazeroux, pomścimy się, co? - Czyż potrzeba to mówić? Pomścimy się w dwójnasób. - Raz wystarczy, Mazeroux. Raz, ale dobrze! - Ach, przysięgam! - Dobrze, przysięgnijmy, że te dwie ofiary będą pomszczone. Przysięgnijmy, że nie spoczniemy, dopóki mordercy Hipolita Fauville'a i jego syna nie zostaną należycie ukarani. - Przysięgam na zbawienie wieczne! - Dobrze - rzekł Perenna.- A teraz do dzieła! Idź natychmiast zatelefonować do prefektury policyi o tem, co zaszło. Jestem pewien, że prefekt będzie zadowolony, jeśli uczynisz to bez zwłoki. Sprawa ta interesuje go w najwyższym stopniu. - A jeżeli służba się zjawi? Jeżeli pani Fauville... - Nikt tu nie wejdzie, dopóki my drzwi nie otworzymy, a uczynimy to dopiero, gdy przyjdzie prefekt policyi. On się zajmie zawiadomieniem pani Fauville, że jest już wdową i że niema syna. Zatem idź i spiesz się. - Jeszcze słówko. Zapomnieliśmy o rzeczy, która może nam bardzo wiele pomódz. - O czem? - O szarym kajecie, znajdującym się w kufrze. Tam wszak pan Fauville opowiada o knutych przeciw niemu machinacyach. - Do dyabła! Masz racyę - rzekł Perenna. - Tem więcej, że zapomniał on pomieszać cyfry w zamku, klucz zaś razem z innymi pozostawił na stole. Nie zwlekając dłużej, zbiegli szybko na dół. - Proszę mnie to zostawić - rzekł brygadyer. - Lepiej będzie, jeżeli pan nie tknie się tego kufra. Bryqadyer odsunął zasuwę i drżąc ze wzruszenia, które w silniejszym jeszcze stopniu udzielało się Perennie, włożył klucz w zamek. Mieli wreszcie wejść w głąb tajemniczej historyi. Trup miał im wydać tajemnicę swych katów! - Boże, jak ty się guzdrzesz! - strofował zniecierpliwiony don Luis. Mazeroux zagłębił obie ręce w stosach papierów, wypełniających kufer. - Dajże mi go, Mazeroux. - Co? - Szary kajet. - To niemożliwe, szefie. - Dlaczego? - Bo kajet zniknął!... Don Luis zaklął. Kajet włożony przez inżyniera wobec nich do kufra, zniknął!... Mazeroux potrząsnął głową. - Niechże to pioruny! A zatem oni wiedzieli o istnieniu tego kajetu?... - Wiedzieli o istnieniu jeszcze innych rzeczy. Nie znajdujemy się jeszcze u końca walki z tymi zuchami. Nie traćmy więc czasu. Biegnij do telefonu! Mazeroux spełnił w tej chwili rozkaz. Pan Desmalions prawie natychmiast kazał odpowiedzieć że wnet znajdzie się przy aparacie. Brygadyer czekał. Po kilku minutach Perenna, który spacerował wzdłuż i wszerz pokoju, przyglądając się różnym przedmiotom, przyszedł do brygadyera i usiadł obok niego. Zdawał się być stroskanym. Rozmyślał długo, aż wreszcie spojrzenie jego padło na kompotierkę. - Patrz, na tem naczyniu znajdują się zamiast czterech, tylko trzy jabłka, a zatem kłoś zjadł czwarte? - Istotnie - odrzekł Mazeroux - musiał je zjeść inżynier. - To dziwne, albowiem uznał je wczoraj za niedojrzałe. Perenna znów umilkł, rozmyślając nad czemś uporczywie, aż wreszcie z ust jego padły następujące słowa: - Zbrodnia została popełniona zanim weszliśmy do pokoju, akurat o w pół do pierwszej w nocy. - Z czego pan to wnosi? - Zabójca lub zabójcy inżyniera, ruszając przedmioty znajdujące się na stole, zrzucili na podłogę zegarek, położony tam przez Fauville'a. Położyli go oni wprawdzie na swojem miejscu, ale zegarek wówczas stanął. Wskazuje on godzinę wpół do pierwszej. - Z tego wynika, że kiedyśmy się tu ulokowali o godzinie drugiej rano, to obok nas spoczywał jeden trup, drugi zaś znajdował się nad nami. - Tak jest. - Ale którędyż te złe duchy weszły? - Drzwiami, które prowadzą do ogrodu i przez bramę parkanu, wychodzącą na bulwar Suchet. - Mieli zatem klucze od bramy? - Tak, mieli klucze podrobione. - Ale cóż robili agenci policyi, strzegący domu od zewnątrz? - Strzegą go jeszcze i teraz, tak, jak to czynią zwykle, chodząc z końca w koniec i nie myśląc wcale o tem, że złoczyńcy mogą wtargnąć do ogrodu wówczas, gdy oni są odwróceni do nich plecami. Tak się też napewno stało w czasie ich wtargnięcia i w momencie ucieczki. Brygadyer Mazeroux był wszystkiem jakby ogłuszony. Śmiałość zbrodniarzy, ich zręczność, ścisłość w wykonywaniu zbrodni, detonowały go. - Oni są dyabełnie sprytni! - powiedział. - Dyabelnie! - powtórzył don Luis - i przewiduję, że będziemy mieli ciężką z nimi waikę. Naraz dzwonek telefonu przerwał tę rozmowę. Don Luis pozostawił brygadyera na rozmowie telefonicznej z prefektem, sam zaś, wziąwszy klucze, badał funkcyonowanie zasuwy i zamku we drzwiach, poczem udał się do ogrodu w nadziei, że znajdzie tam jakieś ślady, które ułatwią dalsze poszukiwania. Tak, jak dnia poprzedniego, spostrzegł chodzących poza kratami agentów policyi, spacerujących od latarni do latarni. Agenci ci nie widzieli go wcale. Zresztą to, co się mogło dziać wewnątrz domu, zdawało się im być zupełnie obojętne. - Jest to mój wielki błąd - mruknął pod nosem Perenna. - Nie powierza się ludziom misyi, o znaczeniu której nie są poinformowani. Poszukiwania, czynione przez Perennę, doprowadziły do odnalezienia na trawniku śladu stóp zbyt niewyraźnych, ażeby można było odtworzyć kształt obuwia, dość jednak wyraźnych, aby utrwalić hypotezę, postawioną przez Perennę, że zbrodniarze przeprawili się tą drogą. Nagle Perenna uczynił żywy ruch. Na skraju alei, między liśćmi małego krzaka rododendronów, zauważył coś czerwonego, co go zastanowiło. Pochylił się nad krzakiem, aby rzecz zbadać. Było to jabłko, czwarte jabłko, na którego brak w kompotierce zwrócił był brygadyerowi uwagę. - Tak jest - rzekł do siebie. - Hipolit Fauville nie jadł tego jabłka. Jabłko to zabrał jeden z nich... Ot, fantazya... nagły apetyt... Wypadło mu ono z rąk i nie chciał lub nie miał czasu go poszukać. Podniósł leżący na ziemi owoc i począł mu się przyglądać. - Ach! - wykrzyknął. - Czyż to możliwe?!... Stanął jak wryty, nie mogąc zrozumieć rzeczy niepojętej, która jednak zjawiała się przed nim z całą oczywistością. Jabłko to było nadgryzione, złoczyńca zaś, który je rzucił, gdyż było zbyt kwaśne zapewne, pozostawił na niem odbicie swych zębów... - Czyż to możliwe? - powtarzał don Luis. - Czyż to możliwe, aby jeden z nich dopuścił się podobnej nieostrożności? Widocznie nie zauważył, jak wypadło mu ono z ręki, lub nie mógł odnaleźć go w ciemnościach. Starał się rzecz tę sobie wytłumaczyć, ale fakt był faktem. Dwa rzędy zębów, przecinając w półkole cienką skórkę jabłka, pozostawiały odcisk bardzo dokładny i normalny. Na jabłku zarysowało się sześć zębów górnych, podczas gdy dolne nakreśliły jednolitą niemal wygiętą linię. - Zęby tygrysa! - mruknął Perenna, nie moqąc oczu oderwać od tego podwójnego odcisku zębów. - Zęby tygrysa! Te same, które zasysowały się już na tabliczce czekolady Verota. Jakiż dziwny zbieg okoliczności! Czyż można przypuścić, że jest to tylko traf szczególny? Czy nie należy raczej przypuścić, że są to odciski zębów tej samej osoby, która nadgryzła tabliczkę, przyniesioną do prefektury przez Verota, jako najbardziej niezaprzeczalny dowód? Zawahał się przez chwilę. Czy ma ten dowód zachować dla siebie, dla własnych dochodzeń, które zamierzał prowadzić? Czy może lepiej będzie, jeżeli odda go do użytku władz śledczych. Ale dotknięcie tego jabłka sprawiało mu taki wstręt, czy nawet jakiś dziwny ból fizyczny, ze rzucił je na ziemię, tak, iż z powrotem potoczyło się pod gałęzie krzaku. - Zęby tygrysa! Zęby dzikiej bestyi! - powtarzał. Zamknął następnie drzwi ogrodu, spuścił zasuwę, położył klucze na stole i zwrócił się do bryaadyera z zapytaniem: - Czy mówiłeś z prefektem policyi? - Mówiłem. - Przybędzie tu? - Przybędzie. - Nie kazał ci telefonować do komisaryatu policyi? - Nie. - Chce zatem wszystko sam zobaczyć i zbadać. Tem lepiej. A urząd bezpieczeństwa? Prokuratorya? - Prefekt sam instytucye te uprzedził. - Co ci jest Aleksandrze? Trzeba ci wydobywać odpowiedzi z żołądka?... I patrzysz na mnie tak dziwnie... Cóż to się stało? - Nic. - Gadaj zdrów! To ta cała historya zawróciła ci zapewne w głowie. Istotnie jest nad czem się zastanawiać... I prefekt rozkoszować się tem nie będzie, a to tem mniej, że spuścił się na mnie trochę lekkomyślnie i że zażądają od niego wyjaśnień, skąd ja się wziąłem... Ach, co się tyczy mej obecności tutaj, to lepiej będzie, jeżeli weźmiesz na siebie odpowiedzialność za wszystko, co zrobiliśmy. Nieprawdaż? Tak będzie lepiej dla ciebie samego. Zresztą wysuń się odważnie naprzód, zasłoń mnie sobą, jak to tylko jest możliwe, a przedewszystkiem - sądzę, że nie będziesz widział w tem nic złego - nie rób czasem głupstwa i nie przyznawaj się, żeś spał chociaż przez jedną sekundę tej nocy w korytarzu. Odpowiedzialność za to, po pierwsze, spadłaby na ciebie, a powtóre... No cóż? Zgoda?... A zatem, nie pozostaje nam nic innego, jak się pożegnać... Jeżeli, jak przypuszczam, prefekt będzie mnie potrzebował, to niechaj telefonują do mnie do domu, na Palais-Bourbon. Tam się znajdować będę. Żegnaj! Moja obecność przy dochodzeniach jest zbyteczna i niewłaściwa. Więc żegnaj towarzyszu! To rzekłszy, Perenna zwrócił się ku drzwiom korytarza. - Jeszcze chwilę! - zawołał Mazeroux. - Jeszcze chwilę? Ależ... Brygadyer stanął nagle pomiędzy Perenną, a drzwiami i zagrodził mu swoją osobą drogę. - Tak, jeszcze chwilę... Ja nie podzielam pańskiej opinii. Wolę, ażeby pan pozostał tu aż do przybycia prefekta. - Ależ ja drwię sobie z twej opinii. - To bardzo być może, ale pan nie przejdziesz... - Co? Aż tak? Ależ Aleksandrze, jesteś chyba chory? - Ale cóż to panu szkodzi pozostać tu nieco dłużej? - rzekł, spuszczając z tonu Mazeroux. - Jest rzeczą całkiem naturalną, że prefekt pragnie z panem pomówić... - Ach, to prefekt pragnie ze mną pomówić... Dobrze! A zatem powiesz mu, mój drogi, że ja nie jestem do niczyich rozkazów i że gdyby prezydent republiki, gdyby nawet Napoleon I. własną osobą zagrodził mi drogę... A zresztą dość tego gadania! Ustąp! - Powiedziałem, że pan nie przejdziesz - oświadczył stanowczo Mazeroux, rozkładając ręce. - Jesteś śmieszny! - Nie przejdziesz... - Aleksandrze, licz, proszę cię, do dziesięciu... - Do stu, jeśli pan chcesz tego, ale pan nie przejdzie! - Ach, nudzisz mnie tym swoim refrenem. Precz z drogi! Perenna chwycił brygadyera w ramiona, zakręcił nim jak frygą na miejscu i jednem pchnięciem rzucił go na kanapę, poczem otworzył drzwi. - Stój, lub strzelam! - zawołał Mazeroux, trzymając rewolwer gotowy do strzału i zajmując nieubłaganą postawę. Don Luis zatrzymał się zdumiony. Groźba, rzucona przez brygadyera, była mu zupełnie obojętną i widok wymierzonej weń lufy rewolweru również nie pozbawiał go wcale zimnej krwi, zastanawiało go to tylko, jakim cudem Mazeroux, jego dawniejszy kompan, jego oddany sługa, jakim cudem Mazeroux zdobył się na gest podobny? Zbliżył się do niego i kładąc mu rękę na ramieniu, zapytał: - Rozkaz prefekta, nieprawdaż? - Tak jest - mruknął zmieszany brygadyer. - Rozkaz zatrzymania mnie tutaj aż do jego przybycia? - Tak. - A gdybym objawił chęć oddalenia się stąd to masz rozkaz mnie w tem przeszkodzić? - Tak. - Przy pomocy wszystkich środków? - Tak. - Nawet rażąc mnie z rewolweru? - Tak. Perenna zastanowił się przez chwilę, poczem, jakgdyby z żalem, zapytał: - I ty spełniłbyś rozkaz, Mazeroux? Brygadyer spuścił głowę i wycedził cicho. - Tak szefie! Perenna obrzucił go spojrzeniem wolnem zupełnie od gniewu, spojrzeniem pełnem tkliwej sympatyi. Wzruszającym był dlań widok swego dawnego kompana, tak opanowanego poczuciem obowiązku i dyscypliny. Nic nie było w stanie obalić tego poczucia obowiązku, nic, nawet ślepe uwielbienie, nawet jakgdyby zwierzęce przywiązanie, jakie Mazeroux zachował w sercu dla swego byłego mistrza. - Nie mam do ciebie o to żalu - oświadczył. - Nawet ci to pochwalam. Musisz mi tylko wyjaśnić powód, dla którego prefekt... Brygadyer nie dawał żadnej odpowiedzi, ale spojrzenia jego miały wyraz tak bolesny, że don Luis aż podskoczył zdumiony, zrozumiawszy nagle rzecz całą. - Nie... nie!... - wykrzyknął. - To absurd!... On nie może myśleć coś podobnego!... A ty, Mazeroux, czy ty także uważasz mnie za winnego?... - Ach, szefie! Jestem tak pewny ciebie, jak siebie samego... Ty nie zabijasz, ale mimo wszystko są rzeczy... okoliczności... - Rzeczy... okoliczności... - powtórzył zwolna don Luis. Zamyślił się i począł z cicha mówić: - Tak... w gruncie rzeczy... słowa twe nie są pozbawione prawdy... Tak, wszystko się tak zbiega... Jakże mogło mi to nie przyjść na myśl?... Moje stosunki z Morningtonem, moje przybycie do Paryża na samo otwarcie testamentu, mój upór, aby spędzić noc dzisiejszą w tem miejscu, fakt, że śmierć obojga Fauville'ów daje mi bezwątpienia miliony... A następnie... następnie... Ależ on ma po tysiąckroć racyę, ten twój prefekt policyi!... Tem większą racyę, że... A zresztą... zresztą... No cóż? Zostałem wykryty! - To się dopiero zobaczy, szefie. - Wykryty, tak, wbij sobie to w głowę, przyjacielu! Nie zostałem wykryty jako Arseniusz Lupin, jako eks-bandyta, eks-katorżnik i co chcesz wreszcie... Na tym bowiem gruncie jestem nie do zaatakowania... Ale zostałem wykryty jako don Luis Perenna, jako uczciwy człowiek, jako uniwersalny spadkobierca etc. A jest to bardzo głupia historya, bo wreszcie kto odnajdzie zabójców Morningtona, inspektora Verota i dwóch Fauville'ów, jeśli mnie osadzą w więzieniu? - To się dopiero zobaczy, szefie - powtórzył brygadyer. - Cicho bądź! Słuchaj!... W tej właśnie chwili na bulwarze zatrzymał się samochód, po chwili zaś nadjechał drugi. - Przyjechał prawdopodobnie prefekt, oraz przedstawiciele władz sądowo-śledczych. Don Luis uchwycił brygadyera za ramię: - Jest jeden tylko sposób, Aleksandrze! Nie przyznaj się do tego, żeś spał... - To niemożliwe, szefie. - Kwadratowy ośle! - odburknął don Luis. - Czyż musisz się upierać nawet pod tym względem? Zaprawdę, jesteś w stanie obrzydzić mi uczciwość. A zatem cóż będzie? - Zatem, szefie, wykryj winnych... - Co? Co takiego? Teraz Mazeroux z kolei ujął Perennę za ramię i z rozpaczą oraz ze łzami w oczach począł mówić: - Wykryj winnego, szefie! Jeśli nie wykryjesz, będziesz zamknięty... To pewne... Prefekt mi mówił... Sprawiedliwość musi mieć winnego... I to natychmiast... Potrzeba winnego!... Ty powinieneś go wykryć... - Łatwo to powiedzieć, Aleksandrze. - Dla szefa to jest igraszka. Tylko chcieć... - Ależ niema żadnych śladów, idyoto! - Pan je znajdzie... Trzeba... Błagam pana, wydaj kogokolwiek... Czułbym się zbyt nieszczęśliwym, gdyby pana aresztowano!... A przytem pan oskarżony o dokonanie morderstwa!... Nie!... nie!... błagam pana, wykryj winnego i wydaj go władzom!... Masz na to cały dzień czasu... Lupin daleko większych dokonywał rzeczy. Brygadyer bełkotał coś, płakał, załamywał ręce, krzywiąc się przytem pociesznie. Wzruszające były objawy tego istotnego cierpienia, odczuwanego na myśl, że mistrzowi jego grozi niebezpieczeństwo. Z westybulu dochodził już głos prefekta. Przed domem zatrzymało się znów kilka samochodów, zajętych niewątpliwie przez agentów pollcyi. Dom został otoczony i znajdował się jakby w stanie oblężenia. Perenna milczał, przy nim zaś znajdował się Mazeroux, który zatapiał swe błagalne spojrzenia w twarzy mistrza. Upłynęło jeszcze kilka minut, poczem Perenna oświadczył: - Dobrześ obliczył, Aleksandrze! Przyznaję, żeś jasno zoryentował się w położeniu i że obawy twoje były całkowicie usprawiedliwione. Jeżeli w ciągu kilku godzin nie wydam w ręce sprawiedliwości mordercy lub morderców Hipolita Fauville'a i jego syna, to dzisiejszego wieczoru, we środę, dnia 1 kwietnia, don Luis Perenna spędzi noc na wilgotnej słomie.

D'Artagnan, Monte Christo i Porthos

O godzinie w pół do piątej sekretarz osobisty p. Desmalions'a, prefekta policyi, który jeszcze do biura nie wrócił, ułożył na jego biurku pakiet listów i raportów, zadzwonił i rzekł do odźwiernego, który wszedł głównemi drzwiami: - Pan prefekt wezwał na godzinę piątą kilka osób, których nazwiska są tu zanotowane. Każecie im oczekiwać na prefekta oddzielnie, tak, aby nie mogli się ze sobą porozumieć i mnie oddacie ich wizytówki. Odźwierny wyszedł. Sekretarz zwrócił się ku małym drzwiom, prowadzącym do jego gabinetu, gdy w tem główne drzwi się otwarły, dając przejście mężczyźnie, który się zatrzymał i chwiejąc się na nogach, szukał oparcia o poręcz fotelu. - Ach - rzekł sekretarz. - To pan, panie Verot? Ale cóż to się panu stało? Inspektor Verot był człowiekiem bardzo korpulentnym, dobrze zbudowanym, o potężnych ramionach. Wstrząsnąć nim musiała jakaś silna emocya, gdyż twarz jego, zazwyczaj krwista, zdawała się być prawie bladą. - Ależ nic, panie sekretarzu. - A jednak nie masz pan swego zdrowego wyglądu... Jesteś pan siny... A przytem te strugi potu... Inspektor Verot otarł pot z czoła i przychodząc już nieco do siebie, począł wyjaśniać: - Jestem trochę sfatygowany... Przepracowałem się dzisiaj... Chciałem za wszelką cenę wyjaśnić pewną sprawą, którą mi pan prefekt powierzył... Swoją drogą głupio się jakoś czuję. - Mogę panu służyć proszkiem. - Nie, nie. Raczej pić mi się chce. - A zatem szklaneczkę wody? - Nie... nie... - Więc czego? - Chciałbym... chciałbym... - Głos mu utknął w gardle. Rzucał niespokojne spojrzenia, jak gdyby nagle nie mógł wyrzec ani jednego słowa, aż wreszcie, odzyskując władzę nad sobą, zapytał: - Pana prefekta jeszcze niema? - Nie, nie będzie on wcześniej, jak o godzinie piątej, gdyż o tej porze ma ważne posiedzenie. - Tak... wiem o tem... bardzo ważne. Dlatego właśnie mnie wezwał. Ale chciałbym go widzieć wcześniej. Tak bym go chciał widzieć... Sekretarz spojrzał uważnie na Verota i rzekł: - Jaki pan jesteś zdenerwowany! Pańskie doniesienie ma więc tak wielką wagę? - Bardzo wielką. Idzie tu o zbrodnię, popełnioną akurat przed miesiącem. I idzie tu przedewszystkiem o przeszkodzenie w dokonaniu dwóch morderstw, będących konsekwencyą tej zbrodni, a które mają być spełnione jeszcze tej nocy... Tak jest, tej nocy, o ile nie przedsięweźmiemy środków skutecznych. - Ano, zobaczymy... Siadaj pan zatem. - Ach kiedy wszystko to jest skombinowane w taki szatański sposób... Nie! Wyobrazić sobie tego nie można... - Ale ponieważ jesteś pan uprzedzony, panie Verot... Ponieważ pan prefekt dał panu wolną rękę... - Tak, oczywiście... oczywiście... Ale mimo wszystko strasznie jest pomyśleć, że mogę go nie spotkać. Wobec tego postanowiłem napisać doń ten oto list, w którym spowiadam mu się ze wszystkiego, cokolwiek wiem o tej sprawie. To było najrozsądniejsze. To mówiąc, wręczył sekretarzowi wielką, żółtą kopertę poczem dodał: - Wraz z tem kładę także na biurku małe pu-dełko. Zawiera ono coś, co stanowi uzupełnienie i wyjaśnienie treści listu. - Ale dlaczego nie zatrzymujesz pan teqo przy sobie? - Boję się... Szpiegują mnie... Starają się odemnie uwolnić... Nie uspokoję się, dopóki nie podzielę się z kimś tajemnicą. - Nie bój się pan niczego. Pan prefekt nie omieszka przyjść na czas. Tymczasem radzę panu iść do apteki po jakiś środek uspokajający. Inspektor zdawał się być niezdecydowany. Ponownie otarł pot z czoła, a następnie wyprostował się i wyszedł. Pozostawiony samemu sobie sekretarz wsunął list do wielkiej pliki papierów, rozłożonych na biurku prefekta, skąd udał się następnie do swego gabinetu. Zaledwie się zamknął u siebie, gdy drzwi przedpokoju jeszcze raz się otwarły i zjawił się w nich ponownie inspektor. - Panie sekretarzu... Lepiej będzie, jeżeli panu pokażę... - wybełkotał. Nieszczęśnik ten był całkiem blady. Szczękał zębami. Spostrzegłszy, iż w przedpokoju nikogo nie było, chciał przejść do gabinetu sekretarza, uczuwszy się jednak nagle słabym, opadł na krzesło, na którem pozostał przez kilka minut. - Co się ze mną dzieje?... Czyżbym ja także został otruty?... Ach, boję się... boję się - jęczał. Biurko znajdowało się tuż przy nim. Wziął w rękę ołówek, przysunął sobie notatnik i począł pisać, lecz wkrótce, odłożywszy ołówek, mruknął: - Ale nie, zbyteczna fatyga, gdyż prefekt list mój przeczyta?... Co się ze mną jednak dzieje... Oh, boję się... Naraz powstał z miejsca i zawołał: - Panie sekretarzu, trzeba... trzeba, żebyś... To ma się stać tej nocy... Nic temu nie przeszkodzi... Drobnym krokiem, jak automat, wytężywszy całą siłę woli, ruszył ku drzwiom gabinetu. Zachwiał się jednak po raz wtóry i znów przysiadł na krześle. Jakiś strach szalony go ogarnął. Starał się krzy-czeć, ale głos jego był tak słaby, że usłyszany być nie mógł. Zdawał sobie z tego sprawę, więc począł szukać wzrokiem dzwonka, jakiegoś przedmiotu, ale nic już nie widział. Jakaś ciemna zasłona zdawała się przesłaniać mu oczy. Wtedy padł na kolana, przyczołgał się aż do muru, macając w powietrzu ręką jak ociemniały i dotarł wreszcie do drewnianego przepierzenia. Poczołgał się wzdłuż niego. Niestety w umyśle jego tkwił tylko niejasny obraz pokoju, tak, iż zamiast się zwrócić na lewo, posunął się na prawo, poza parawan, osłaniający małe drzwiczki. Namacawszy klamkę, pchnął drzwi i zawołał: - Na pomoc!... na pomoc... - poczem padł twarzą na podłogę niszy, służącej za tualetę prefektowi policyi. - Tej nocy... - jęczał, sądząc, że jest słyszany i że znajduje się w gabinecie sekretarza. - Tej nocy... Rzecz cała na tę noc jest uplanowana... Zobaczysz pan... ślad zębów... Coś strasznego... Jak cierpię... Na pomoc!... To trucizna... Ratujcie mnie!... Głos jego słabł coraz bardziej. Powtórzył kilka razy jakby w malignie: - Zęby... białe zęby... one się zamykają... Później głos jego jeszcze bardziej przycichł i jakieś niewyraźne dźwięki zaczęły ulatywać z bladych ust inspektora. Począł obracać szczękami, podobnie jak to czynią niektórzy starcy, żujący wiecznie ślinę. Głowa jego pochylała się coraz bardziej na piersi. Potem nastąpiły dwa lub trzy westchnienia, wielki dreszcz przebiegł jego ciało i pozostał bez ruchu. Rozpoczęła się agonia. Na 10 minut przed uderzeniem godziny 5-tej prefekt policyi wszedł do swego gabinetu. Pan Desmalions, który zajmował stanowisko prefekta od lat kilku i którego zasłudze wszyscy hołd oddawali, był człowiekiem lat 50-ciu, ociężałym z wyglądu, ale o twarzy inteligentnej i delikatnej. Ubranie jego - kamizelka i spodnie szare, białe kamasze, krawat luźno związany - nie miało nic wspólnego z mundurem funkcyonaryu-sza. Gesty miał swobodne, proste, pełne dobroci i wdzięku. Skoro tylko zadzwonił, zjawił się przy nim jego sekretarz. P. Desmalions rzucił mu natychmiast pytanie: - Czy osoby przezemnie wezwane są obecne? - Tak, panie prefekcie. Poleciłem nawet, ażeby im kazano czekać w oddzielnych pokojach. - Och, nic mi nie zależy na tem, ażeby się oni nie komunikowali ze sobą. Jednak... może to i lepiej. Spodziewam się, że ambasador Stanów Zjednoczonych nie fatygował się osobiście?... - Nie, panie prefekcie. - Czy ma pan wizytówki tych panów? - Oto one. Prefekt poiicyi wziął 5 biletów wizytowych, które mu podano i czytał: - "Archibald Bright, pierwszy sekretarz ambasady Stanów Zjednoczonych". "Maitre Lepertuis, notaryusz". "Juan Caceres, attache delegacyi peruwiańskiej". "Komendant hrabia d'Astrignac, emeryt". Na piątym bilecie wizytowym widniało tylko nazwisko bez adresu i żadnych innych charakteryzacyi: "Don Luis Perenna". - Chciałbym bardzo zobaczyć tego ostatniego - oświadczył p. Desmalions. - Interesuje on mnie dyabelnie. Czytał pan raport legionu cudzoziemskiego? - Tak, panie prefekcie i przyznaję, że mnie także ten pan intryguje. - Nieprawda? jaka odwaga! Coś jakby heroiczne szaleństwo! A następnie to przezwisko Arseniusz Lupin, nadane mu przez jego kolegów... Tak dalece budził wśród nich podziw!... Jak dawno Arseniusz Lupin nie żyje? - Zginął marnie na dwa lata przed wojną, panie prefekcie. Znaleziono jego ciało wraz z ciałem pani Kesselbach pod pogorzeliskiem małej chałupy, w pobliżu granicy luksemburskiej. Śledztwo wykazało, że zadusił on tę monstrualną damę, której zbrodnie następnie wykryto i że powiesił się, po uprzedniem podłożeniu ognia pod chatę. - Istotnie na taki koniec zasługiwał ten potępieniec - rzekł p. Desmalions - i przyznaję, że co się mnie tyczy, to wolałbym nie mieć z nim do czynienia... Ale czy nie odbiegamy od rzeczy? Czy mianowicie dokumenty spadkowe Morningtona są przygotowane? - Znajdują się na pańskiem biurku, panie prefekcie. - Dobrze. Ale zapomniałem... Czy inspektor Verot już przybył? - Tak, panie prefekcie. Powinien być teraz w aptece, gdyż czuł się słabym. - Cóż mu się stało? - Zdawał mi się być w dziwnym stanie. - Jakto? Tłumacz się pan jaśniej... Sekretarz powtórzył swą rozmowę z inspektorem Verotem. - I mówi pan, że zostawił on dla mnie list? - zapytał p. Desmalions troskliwie. - Gdzież się ten list znajduje? - W papierach, panie prefekcie. - Dziwne... wszystko to jest dziwne! Verot, pierwszorzędny inspektor, umysł trzeźwy! Jeżeli on się niepokoi, to nie bez racyi. Bądź pan łaskaw mi go przyprowadzić. Tymczasem przejrzę raporty. Sekretarz oddalił się spiesznie. Gdy w pięć minut później powrócił, ze zdziwieniem oświadczył, że nie znalazł inspektora Verota. - A co jeszcze w tem wszystkiem najciekawszego, panie prefekcie, to to właśnie, że odźwierny, który go widział wychodzącego stąd, mówi, iż Verot prawie natychmiast powrócił i że już biura nie opuszczał... - Może minął ten pokój, ażeby się udać do pana? - Do mnie, panie prefekcie? Ja nie ruszałem się z miejsca. - A zatem, to rzecz niepojęta!... - Niepojęta... chyba, że odźwierny nie zauważył, jak Verot opuszczał ten lokal, albowiem nie ma go ani tu, ani tam. - Widocznie. Zapewne poszedł zaczerpnąć nieco powietrza i za chwilę wróci. Na razie zresztą go nie potrzebuję. Prefekt spojrzał na zegarek. - Dziesięć minut po piątej. Powiedz pan odźwiernemu, aby sprowadził tych panów... Lecz zaraz... Pan Desmalions zawahał się chwilę. Przeglądając papiery, znalazł list Verota. Była to wielka, żółta koperta handlowa, w rogu której znajdował się napis: "Cafe du Pont-Neuf". Sekretarz rozumował: - Biorąc pod uwagę nieobecność Verota i słowa, które do mnie mówił, uważam za pilne, panie prefekcie, ażeby pan zapoznał się z treścią tego listu. Pan Desmalions zastanowił się. - Tak jest, ma pan może racyę. Prefekt po chwili zastanowienia ujął sztylet i przeciął szybko kopertę. - Ach to jest zastanawiające! - wykrzyknął. - Co zawiera ta koperta, panie prefekcie? - Co? Zechciej pan spojrzeć... Kartkę czystego papieru! Oto wszystko... - Niemożliwe! - Proszę popatrzeć, zwykły arkusik papieru, złożony we czworo. Poza tem ani jednego słowa! - A jednak Verot oświadczył mi, że w liście tym zakomunikował wszystko, co wie o całej sprawie. - Tak panu powiedział, ale pan sam widzi... Zaprawdę, gdybym nie znał inspektora Verota, to sądziłbym, że żartuje. - Roztargnienie, panie prefekcie i nic więcej. - Zapewne, że roztargnienie, które jednak dziwi mnie z jego strony. Nie pora na roztargnienia, kiedy idzie o życie dwóch osób. Bo zapowiedział on wszak panu, że na noc dzisiejszą planowane jest popełnianie podwójnego morderstwa. - Tak, panie prefekcie. Na noc dzisiejszą i to w warunkach szczególnie okropnych, szatańskich, jak się Verot wyraził... Pan Desmalions począł spacerować po pokoju, założywszy ręce z tyłu. Po chwili zatrzymał się przed małym stolikiem. - Co to za pakiet, który jest do mnie tak osobliwie adresowany: "Panu prefektowi policyi... Otworzyć w razie wypadku"... - Istotnie - oświadczył sekretarz - nie pomyślałem o tem... To także od inspektora Verota. Rzecz, według niego, bardzo ważna. Ma ona służyć jako uzupełnienie i wytłumaczenie treści listu. - Zaprawdę - rzekł pan Desmalions, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu - list istotnie wymaga wyjaśnienia i jakkolwiek nie zaszedł żaden wypadek, nie waham się go otworzyć. To mówiąc prefekt przeciął sznureczek. Po rozwinięciu papieru ujrzano pudełko, małe, tekturowe pudełko, podobne do tych, jakie używane są przez aptekarzy, ale brudne i zniszczone wskutek częstego użycia. Prefekt podniósł wieko. Wewnątrz znajdowała się wata, również niezbyt czysta, a w niej zaś pół tabliczki czekolady. - Cóż u dyabła ma to znaczyć? - mruknął zdziwiony prefekt. Wziął w palce czekoladę, obejrzał ją i zaraz zauważył, co jest w tej wilgotnej nieco tabliczce osobliwego. Jasną też stała się dlań przyczyna, dla której Verot tak troskliwie się nią zaopiekował. Z góry i od dołu miała ona na sobie ślady zębów, bardzo wyraźnie zarysowanych, oddzielonych jeden od drugiego i zagłębionych w czekoladę na dwa lub trzy milimetry. A przytem ząb każdy miał specyalny kształt i szerokość. Także odstępy pomiędzy nacięciami zębów nie były jednakowe. Szczęka, która napoczęła tę tabliczkę, pozostawiła w niej odbicie czterech swych zębów górnych i pięciu dolnych. Pan Desmalios zamyślił się i począł znów spacerować ze spuszczoną głową wzdłuż i wszerz pokoju, mamrocząc pod nosem: - Dziwne! Jest w tem wszystkiem zagadka, klucz do której pragnąłbym bardzo mieć w swych rękach... Ten arkusz czystego papieru, to odciski zębów... Co znaczy ta cała historya?... Ale ponieważ prefekt nie był człowiekiem, lubiącym się zastanawiać nad rozwiązaniem zagadki, która miała mu być wyjaśniona lada chwila, albowiem inspektor Verot musiał przecież znajdować się w prefekturze lub w pobliżu, przeto rzekł do swego sekretarza: - Nie mogę dłużej kazać czekać na siebie tym panom, bądź pan zatem łaskaw dać rozkaz, żeby ich wpuszczono. Jeżeli inspektor Verot przyjdzie w czasie naszego posiedzenia, co jest niewątpliwe, to zechciej zawiadomić mnie o tem natychmiast. Chciałbym go jaknajrychlej zobaczyć. Poza tem niech mi nie przeszkadzają pod żadnym pozorem. W dwie minuty potem odźwierny wprowadził pana Lepertuis, tęgiego mężczyznę, w binoklach i z zarostem na twarzy, następnie sekretarza ambasady Archibalda Brighta, oraz attache peruwiańskiego Caceresa. Pan Desmalions, który znał ich wszystkich, począł z nimi rozmawiać i nie opuścił ich aż do chwili, kiedy trzeba było iść na powitanie wchodzącego komendanta, hrabiego d'Astrignaca, bohatera z Maroka, którego rany chwalebne, odniesione w walkach z Marokańczykami, zmusiły do przedwczesnego pójścia na emeryturę. Prefekt skorzystał z okazyi, aby komendantowi powiedzieć parę słów gorących z okazyi jego świetnych czynów, dokonanych w służbie ojczyzny. Wtem drzwi się jeszcze raz otwarły. - Don Luis Perenna, nieprawdaż? - zapytał prefekt, podając rękę człowiekowi średniego wzrostu, szczupłemu, przyozdobionemu medalem wojskowym i wstążką legii honorowej, którego fizyognomia, spojrzenie, sposób zachowania się i chód żwawy pozwalały przypuszczać, iż ma lat około czterdziestu, jakkolwiek pewne zmarszczki pod oczami oraz fałdy na czole wskazywały, iż jest on nieco starszy. Wchodzący ukłonił się. - Tak, panie prefekcie. Komendant d'Astrignac, ujrzawszy wchodzącego, wykrzyknął: - A więc to pan, panie Perenna? Znajduje się pan zatem jeszcze na tym świecie? - Ach, mój komendancie. Jakże się cieszę, że pana widzę. - Perenna żyje! Kiedy wyjeżdżałem z Maroka, nie było o panu żadnych wiadomości. Sądzono, że pan umarł. - Dostałem się tylko do niewoli. - Być jeńcem w rękach tego szczepu, to równa się śmierci. - Nie jest tak źle, mój komendancie, albowiem zewsząd można uciec. Złożyłem dowód... Prefekt przez kilka sekund przyglądaj się z sympatyą tej twarzy energicznej, śmiejącej się, błyskającej swobodnem i rezolutnem spojrzeniem i opalonej na kolor bronzu przez słońce. Następnie, zapraszając obecnych do zajęcia miejsc przy biurku, prefekt usiadł i począł dokładnie, słowo za słowem, wyjaśniać sprawę: - Wezwanie, jakie do panów wystosowałem, wydać się wam musiało dziwnem i tajemniczem... I sposób także, w jaki rozpocznę z wami rozmowę, nie zmniejszy z pewnością tego zdziwienia. Jeżeli jednak zechcecie poświęcić mi chwil kilka, to będziecie mogli z łatwością skonstatować, że w tem wszystkiem niema nic osobliwego. Zresztą będę się starał być zwięzłym, jak to tylko jest możliwe. Prefekt rozłożył leżące przed nim, a przygotowane przez sekretarza papiery i spoglądając na nie, mówił dalej: - Na kilka lat przed wojną roku 1870, trzy siostry, trzy sieroty, liczące lat dwadzieścia dwa, dwadzieścia i ośmnaście, Hermelina, Elżbieta i Armanda Roussel zamieszkiwały Saint-Etienne z kuzynem swym Wiktorem, młodszym jeszcze od nich o kilka lat. - Najstarsza, Hermelina. opuściła Saint-Etienne pierwsza, udając się do Londynu wraz z Anglikiem, nozwiskiem Mornington, którego zamierzała poślubić i z którym miała syna, noszącego imię Cosmo. Małżeństwo to było biedne i przeżyło wiele ciężkich doświadczeń. Hermelina kilkakrotnie pisała do swych sióstr, prosząc o jakąś pomoc. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, przerwała zupełnie korespondencyę. Około roku 1875 państwo Mornington wyjechali do Ameryki. W pięć lat później zaliczali się już do ludzi bogatych. Pan Mornington umarł w r. 1883, ale żona jego pomnażała w dalszym ciągu fortunę, a ponieważ miała zdolności do prowadzenia spekulacyi i inte-resów, podniosła swój majątek do kolosalnej cyfry. Kiedy umarła, a było to w r. 1905, pozostawiła swemu synowi w spadku sumę 400 milionów. Wysokość tej cyfry zdawała się wywierać pewne wrażenie na obecnych. Prefekt, zauważywszy wymianę spojrzeń pomiędzy komendantem i Perenną, zapytał: - Pan znał Cosmo Morningtona, nieprawdaż? - Tak, panie prefekcie - odpowiedział hrabia d'Asirignac. - Przebywał on w Marokku, wówczas kiedy ja i Perenna braliśmy udział w wojnie. - Istotnie - ciągnął dałej p. Desmalions - Cosmo Mornington zaczął podróżować. Zajmował się on medycyną, jak mi mówiono i udzielał rad przy nadarzonej okazyi z wielką kompetencyą i rozumie się bezinteresownie. Mieszkał w Egipcie, później w Algierze i Maroku, a w końcu r. 1914 udał się do Ameryki, ażeby tam podtrzymywać sprawę sprzymierzonych. Zeszłego roku, po zawieszeniu broni, osiedlił się w Paryżu. Umarł tam przed czterema tygodniami na skutek wypadku, budzącego jak najdalej idące refleksye. - Źle dokonane zastrzyknięcie, nieprawdaż panie prefekcie? - zapytał sekretarz ambasady Stanów Zjednoczonych. - Dzienniki pisały o tem i my nawet w ambasadzie zostaliśmy o całem zajściu powiadomieni. - Tak jest - oświadczył p. Desmalions. - Chcąc się pozbyć długotrwałej influenzy, która trzymała go w łóżku przez całą zimę, pan Mornington, z polecenia doktora, kazał sobie zastrzyknąć odpowiedni środek. Jedno z tych zastrzyknięć, dokonane widocznie bez przedsięwzięcia koniecznych środków ostrożności, sprowadziło zakażenie, które rozwijało się z piorunującą szybkością. Po kilku godzinach pan Mornington wyzionął ducha. Prefekt policyi, zwracając się do notaryusza, zapytał: - A zatem moja relacya jest zgodna z prawdą, panie Lepertuis? - Zupełnie zgodna, panie prefekcie. Pan Desmalions mówił dalej: - Na drugi dzień rano pan Lepertuis zgłosił się tutaj i z racyi, którą lektura tego dokumentu panom wytłumaczy, pokazał mi testament Cosmo Morningtona, który został przezeń w jego ręce złożony. Podczas gdy prefekt przeglądał papiery, pan Lepertuis dorzucił: - Pan prefekt pozwoli mi zaznaczyć, że aż do chwili, kiedy mnie powołano do łoża śmierci, widziałem swego klienta tylko raz jeden. Było to wówczas, gdy wezwał mnie do hotelu, ażeby mi wręczyć świeżo napisany testament. Było to w początkach jego influenzy. W czasie naszej rozmowy zwierzył mi się, że w zamiarze odnalezienia rodziny swojej matki poczynił kilka starań, które będzie dalej poważnie kontynuował po powrocie do zdrowia. Okoliczności jednak stanęły temu na przeszkodzie. Jednak prefekt wyjął z dokumentów otwartą kopertę, zawierającą dwa arkusze papieru. Rozwinął większy arkusz i rzekł: - Oto jest testament. Proszę wysłuchać go uważnie, jak również dołączonego doń pisma. "Ja, niżej podpisany - czytał prefekt - Cosmo Mornington, prawy syn Huberta Morningtona i Hermeliny Roussel, naturalizowany obywatel Stanów Zjednoczonych, zapisuję swemu przybranemu krajowi połowę mego majątku na cele dobroczynne, według instrukcyi własnoręcznie przezemnie skreślonej, którą p. Lepertuis doręczy ambasadzie Stanów Zjednoczonych. "Około dwustu milionów złożonych w depozytach, w różnych bankach Paryża i Londynu, w depozytach, których lista znajduje się u p. Lepertuis, przekazuję dla uczczenia pamięci mojej ukochanej matki, przedewszystkiem jej siostrze umiłowanej, Elżbiecie Roussel lub spadkobiercom Elżbiety, albo też jej drugiej siostrze, Armandzie Roussel, lub jej bezpośrednim spadkobiercom, w razie zaś braku spadkobierców, ich kuzynowi Wiktorowi, lub też jego bezpośrednim spadkobiercom. "W razie, gdybym miał umrzeć, nie znalazłszy żyjących członków rodziny Roussel, albo kuzyna trzech sióstr, proszę mojego przyjaciela Don Luis Perennę, ażeby poczynił konieczne poszukiwania. Mianuję go w tym celu egzekutorem testamentu dla europejskiej części mego majątku i proszę, aby wziął w swe ręce bieg wydarzeń, któreby mogły nastąpić po mojej śmierci, albo na skutek mej śmierci. Ma on się uważać za mego reprezentanta i działać dla dobrej o mnie pamięci, oraz w celu wypełnienia mej woli. W uznaniu za tę usługę i pomnąc, że dwukrotnie ocalił mi on życie, zapisuję mu milion z mojego majątku. Prefekt przerwał na chwilę odczytywanie testamentu, don Luis zaś mruknął: - Biedny Cosmo... Nie potrzebuję tego, aby wypełnić jego ostatnią wolę. "Poza tem - czytał dalej p. Desmalions - poza tem, jeżeli w trzy miesiące po mojej śmierci poszukiwania wszczęte przez panów don Luis Perennę i Lepertuis nie osiągną celu, jeżeli nie zgłosi się żaden spadkobierca, ani żaden z pośród żyjących członków rodziny Roussel, celem przejęcia dziedzictwa, dwieście milionów w całości przypadnie memu przyjacielowi don Luis Perennie, bez względu na wszelkie ewentualne późniejsze reklamacye. Znam go dobrze, a zatem wiem, że uczyni z tego majątku użytek harmonizujący z jego szlachetnemi dążeniami i wielkimi planami, z którymi zwierzał mi się pod marokańskim namiotem". Pan Desmalions znów przerwał czytanie i zwrócił spojrzenie na don Luisa. Don Luis był spokojny i milczący. Łzy jednak zaświeciły mu w oczach. - Gratuluję ci, Perenna - ozwał się hrabia d'Astrignac. - Mój komendancie - odrzekł Perenna - zwracam panu uwagę, że zapis ten jest uzależniony od jednego warunku. A przysięgam panu, że, o ile to będzie tylko zależne odemnie, to żyjący jeszcze członkowie rodziny Roussel będą odnalezieni. - Jestem o tem głęboko przekonany - odparł komendant. - Znane mi są pańskie zasady. - W każdym razie - zagadnął prefekt poli-cyi - nie odmawiasz pen przyjęcia tego... warunkowego zapisu? - Oczywiście, że nie! - odrzekł śmiejąc się Perenna. - Są rzeczy, których przyjęcia się nie odmawia. - Pytanie to - oświadczył prefekt - jest umotywowane ostatnim ustępem testamentu, który brzmi, jak następuje: "Jeżeli dla tego, czy innego powodu, mój przyjaciel Perenna odmówi przyjęcia zapisu, albo jeżeli żyć już nie będzie w terminie wyznaczonym dla przejęcia spadku, to proszę pana ambasadora Stanów Zjednoczonych i pana prefekta policyi, ażeby się porozumieli ze sobą w sprawie stworzenia w Paryżu i utrzymania uniwersytetu, przeznaczonego dla studentów i artystów pochodzenia amerykańskiego. Pan prefekt policyi zechce łaskawie podjąć sumę 300.000 franków, którą przeleje następnie do kasy swych współpracowników". Pan Desmalions złożył czytany dokument i sięgnął po inny. - Do tego testamentu dołączony jest kodycyl, stanowiący pismo, które p. Mornington wystosował nieco później do p. Lepertuis. W piśmie tem wyjaśnia on niektóre punkty w sposób bardziej dosadny: "Życzeniem mojem jest, aby p. Lepertuis otworzył mój testament na drugi dzień po mojej śmierci w obecności pana prefekta policyi, którego proszę o zachowanie tej sprawy w tajemnicy w ciągu jednego miesiąca. Punktualnie w miesiąc później będzie on zobowiązany zaprosić do swego gabinetu wybitnego członka ambasady Stanów Zjednoczonych, pana Lepertuis i don Luisa Perennę. Po przeczytaniu tego pisma czek na sumę miliona ma być doręczony memu legataryuszowi i przyjacielowi don Luisowi Perennie, po zwykłem zbadaniu jego papierów i po stwierdzeniu jego identyczności. Pragnąłbym, aby identyczność tę skonstatował komendant hrabia d'Astrignac, który był szefem jego w Maroku, a który niestety musiał przedwcześnie przejść na emeryturę. Co się tyczy stwierdzenia pochodzenia p. Perenny, to pragnąłbym, aby dokonał tego członek legacyi peruwiań-skiej, ponieważ don Luis Perenna, mimo zachowania narodowości hiszpańskiej, urodził się w Peruwii. "Ponadto żądam, ażeby mój testament był zakomunikowany spadkobiercom Roussel dopiero w dwa dni później przez pana Lepertuis. "Wreszcie - i to jest ostatni wyraz mej woli, co się tyczy rozdziału majątku i sposobu jego rozdania - pan prefekt zechce łaskawie zaprosić po raz drugi te same osoby do swego gabinetu w dniu, który może być obrany przez niego pomiędzy sześćdziesiątym a dziewięćdziesiątym dniem, licząc od daty pierwszego zebrania. Wtedy i tylko wtedy, definitywny spadkobierca będzie wskazany i uznany, a nikt nie może być uznany za spadkobiercę, jeśli nie będzie obecny na tem zebraniu. Wynikiem tego zebrania byłoby uznanie don Luisa Perenny za spadkobiercę, o ile, jak to powiedziałem, żaden z żyjących członków rodziny Roussel, ani też kuzyn Wiktor, nie zgłosi się dla przejęcia dziedzictwa. - Tak się przedstawia testament p. Cosmo Morningtona - oświadczył prefekt policyi i to jest właśnie powodem, żem panów tutaj zaprosił. Szósta osoba powinna tu nadejść zaraz, a jest nią agent, któremu poleciłem poczynić pierwsze dochodzenia w sprawie rodziny Roussel. On to zda panom sprawę ze swoich poszukiwań. Na razie jednak musimy postąpić zgodnie z wolą testatora. Papiery, które na moje żądanie doręczył mi przed dwoma tygodniami don Luis Perenna, a które sam zbadałem, znajdują się w zupełnym porządku. Co się tyczy jego pochodzenia, to proszę pana ministra Peruwii, aby zechciał służyć nam bardziej dokładnemi informacyami. - Mnie to panie prefekcie - ozwał się pan Caceres, attache peruwiański - pan minister tę misyę powierzył. Jest ona łatwa do wypełnienia. Don Luis Perenna pochodzi ze starej rodziny hiszpańskiej, która wyemigrowała przed trzydziestu laty, zachowując jednak swe dobra w Europie. Za życia swego ojciec Perenny, którego spotkałem w Ameryce, mówił o swoim jedynaku z zapałem. Nasz to urząd legacyjny doniósł synowi przed pięciu laty o śmierci ojca. Oto kopia tego listu, pisanego w Maroku. - A oto oryginał listu, zakomunikowanego przez don Luisa Perennę - oświadczył prefekt policyi. - A pan, panie komendancie, czy poznajesz pan legionistę Perennę, który walczył pod twymi rozkazami? - Poznaję go - oświadczył hr. d'Astrignac. - Bez żadnej wątpliwości? - Bez żadnej wątpliwości i bez najmniejszego wahania. Prefekt policyi począł się śmiać. - Pan poznajesz legionistę Perennę, którego koledzy z admiralicyi dla jego sztuczek przezywali Arseniuszem Lupinem? - Tak, panie prefekcie - odparł komendant. - Tego, którego koledzy przezywali Arseniuszem Lupinem, ale którego szefowie zwali krótko: bohaterem, tego, który był dzielnym, jak d'Artagnan, a silnym jak Porthos. - A tajemniczym, jak Monte Christo - dodał, śmiejąc się prefekt policyi. - Wszystko to znajduje się istotnie w raporcie, który otrzymałem z 4-go pułku legionów cudzoziemskich, a którego odczytanie w całości byłoby zbytecznem. Raport ten konstatuje jednak rzecz niesłychaną, że legionista Perenna był w okresie dwóch lat udekorowany medalem wojskowym, wstęgą legii honorowej za wyjątkowe zasługi, oraz siedmiokrotnie był wymieniany w rozkazie dziennym. Wspomnę naprzykład o... - Panie prefekcie, bardzo pana proszę! - zaprotestował don Luis. - Są to rzeczy drobnej wagi i nie widzę potrzeby... - Istnieje taka potrzeba - zaprzeczył pan Desmallions. - Ci panowie są tu obecni nie tylko po to, aby się zapoznać z brzmieniem testamentu, ale także w tym celu, aby upoważnić do wykonania jedynej jego klauzuli, która jest natychmiast wykonalna. Idzie mianowicie o upoważnienie do podjęcia legowanej sumy w kwocie jednego miliona. A zatem... - A zatem, panie prefekcie - oświadczył Perenna, powstając z miejsca i zmierzając ku drzwiom - pozwoli pan, że... - Pół obrotu!... Stój!... - zakomenderował żartobliwie hrabia d'Astrignac, który, ująwszy w pół Perennę, zmusił go do zajęcia swego miejsca. - Panie prefekcie - rzekł - proszę o wybaczenie wybryku memu dawnemu towarzyszowi broni, którego skromność byłaby istotnie wystawiona na zbyt bolesną próbę, gdyby wobec niego odczytywano listę jego świetnych czynów. Zresztą raport znajduje się wśród dokumentów i każdy może się z nim zapoznać. Z góry, nie czytając tego raportu, podzielam zawarte w nim pochwały i oświadczam, że w mojej karyerze wojskowej, tak wypełnionej niezwykłymi czynami, nie spotkałem nigdy żołnierza, który mógłby rywalizować Z legionistą Perenną. A jednak widziałem zuchów z dyabłami idących w zawody, jakich spotkać można tylko w legionie cudzoziemskim; widziałem zuchów, którzy daliby sobie skórę w rzeszoto postrzelać dla sportu wprost, dla wyróżnienia się z pośród swych towarzyszów i wzbudzenia w nich zazdrości. Żaden z nich jednak nie dorównywał Perennie. Ten, którego nazywamy d'Artagnanem, Porthosem, de Bussy, zasługuje na to, aby go postawić w jednej paraleli z najbardziej podziwu godnymi bohaterami z legendy i rzeczywistości. Byłem świadkiem, jak dokonywał takich czynów, iż nie poważyłbym się o nich opowiadać, aby nie być posądzonym o kłamstwo: czynów tak nieprawdopodobnych, że dziś nawet, z perspektywy czasu, zadaję sobie pytanie, czy istotnie patrzyły na to moje własne oczy? Oto pewnego dnia, gdy byliśmy ścigani... - Mój komendancie, jedno słowo jeszcze, a opuszczę ten lokal naprawdę! - zagroził wesoło don Luis. - Ma pan zaiste ciekawy sposób oszczędzania czyjejś skromności... - Mój drogi Perenna - mówił dalej hrabia d'Astrignac - zawsze panu mówiłem, że masz pan wszystkie zalety, a tylko jedną stronę ujemną, a mianowicie, że nie jesteś Francuzem. - A ja zawsze panu odpowiadałem na to, że jestem Francuzem z matki i że jestem nim także z uczuć i temperamentu. Są rzeczy, których można dokonać tylko wtedy, jeśli się jest Francuzem. Dwaj przyjaciele uścisnęli sobie ponownie serdecznie ręce. - A zatem - zaczął znów prefekt policyi - nie mówmy już o pańskich zasługach, ani o owym raporcie. Podniosę wszakże jedną rzecz, tę mianowicie, iż w lecie 1915 roku popadł pan w zasadzkę, obmyśloną przez czterdziestu Berberyjczyków, którzy pana wzięli do niewoli. Otóż po wydostaniu się z niewoli pojawiłeś się pan w legionie dopiero zeszłego miesiąca? - Tak, panie prefekcie. Tę przymusową bezczynność wynagrodziło hojnie moich pięć lat nieprzerwanej służby. - W jaki jednak sposób Cosmo Mornington mógł pana wyznaczyć na legataryusza, skoro w momencie układania testamentu uważany pan był od czterech lat za zaginionego? - Korespondowaliśmy ze sobą. - Jakto? - Tak jest. I zawiadomiłem go o mojej bliskiej ucieczce, oraz o zamierzonym powrocie do Paryża. - Ale w jaki to stało się sposób?... Gdzie pan przebywał wówczas?... W jaki sposób był pan w stanie to uczynić?... Don Luis uśmiechnął się miast odpowiedzi. - Tym razem Monte-Christo - oświadczył pan Desmalions. - Tajemniczy Monte-Christo... - Niechaj będzie Monte-Christo, jeśli pan tak sobie życzysz, panie prefekcie. Tajemnica mej niewoli, ucieczki, krótko mówiąc, całego mego życia w czasie wojny, jest istotnie dość osobliwa. Być może, iż interesującą rzeczą będzie wyjaśnienie kiedyś tej tajemnicy. Błagam jednak o szczyptę kredytu... Nastąpiło milczenie. Pan Desmalions znów obrzucił spojrzeniem tę osobliwą postać i jakby ulegając kojarzącym się w jego mózgu myślom, z których sam nie zdawał sobie należycie sprawy, wystąpił z nowem pytaniem: - Jeszcze jedno słowo... Ostatnie! - powiedział. - Z jakiego powodu pańscy koledzy dali panu to osobliwe przezwisko: Arseniusz Lupin? Czy było to tylko aluzyą do pańskiej śmiałości, do pańskiej siły fizycznej?... - Z całkiem innego powodu, panie prefekcie, Z powodu wykrycia bardzo ciekawej kradzieży, której pewne szczegóły, niewytłumaczone pozornie, pozwoliły mi jednak wskazać jej sprawcę. - Ma pan zatem pewne wyczucie w tego rodzaju sprawach? - Tak, panie prefekcie. Mam pewną zdolność tym kierunku, którą miałem okazyę wyzyskać kilkakrotnie w Afryce. Stąd pochodzi przezwisko Arseniusz Lupin, o którym dużo mówiono w owym czasie z powodu jego śmierci. - Czy była to poważna kradzież? - Dość poważna i popełniona właśnie na szkodę Cosmy Morningtona, przebywającego wówczas w Oranie. Stamtąd datują się nasze stosunki. Nastąpiło ponownie milczenie, z którego korzystając don Luis rzekł: - Biedny Cosmo... Zajście to przeniknęło go niezachwianym zaufaniem do moich policyjnych zdolności. Mawiał on do mnie zawsze: Perenna, jeżeli umrę wskutek morderstwa (była to jego "idee fixe", że umrze śmiercią gwałtowną), jeżeli umrę wskutek morderstwa, to przysięgnij mi, że będziesz ścigał zbrodniarzy"... - Te przeczucia nie były usprawiedliwione - ozwal się prefekt policyi. - Cosmo Mornington nie został zamordowany. - Myli się pan właśnie, panie prefekcie - oświadczył stanowczo don Luis. Desmalions skoczył z miejsca. - Co?... Co pan mówi?... Cosmo Mornington... - Powiadam, że Cosmo Mornington nie zmarł wskutek, jak sądzą, źle dokonanego zastrzyknięcia, lecz zginął tak, jak się tego obawiał, śmiercią gwałtowną... - Ależ twierdzenie pańskie nie jest na niczem oparte. - Na fakcie, panie prefekcie. - Byłeś pan tam? Czy wie pan co może? - Nie byłem w Paryżu zeszłego miesiąca. Przyznam się nawet, że z powodu nieregularnego czytywania gazet nie wiedziałem nawet, po przybyciu do Paryża, o śmierci Cosmy. Z pańskich słów, panie prefekcie, wywnioskowałem to, co mówię. - W takim razie nie może pan wiedzieć więcej odemnie. A nie powinieneś pan wszak zapominać o zaświadczeniu lekarza, który skonstatował przyczynę śmierci. - Niestety, co się mnie tyczy, to nie uważam tego świadectwa za wystarczające. - Ale jakiemże prawem w końcu występujesz pan z podobnem oskarżeniem? Czy masz pan na to jaki dowód? - Mam. - Jaki? - Własne pańskie słowa, panie prefekcie. - Moje słowa? - Te oto, panie prefekcie. Powiedział pan najpierw, że Cosmo Mornington zajmował się medycyną, a następnie, że objawiał przytem dużą kompetencyę. Powiedział pan dalej, że kazał on sobie zastrzyknąć jakiś środek i że nieudolność, z jaką się do tego wzięto, sprowadziła śmiertelne zakażenie, które w kilka godzin zakończyło się śmiercią. - Tak jest. - A zatem, panie prefekcie, twierdzę, że człowiek, który zajmuje się medycyną i objawia przytem wielką kompetencyę i który tak się pieczołowicie zajmuje chorymi, jak to czynił Cosmo Mornington, nie mógłby dopuścić do dokonania zastrzygnięcia, nie przedsiębiorąc wszystkich koniecznych środków ostrożności. Widziałem Morningtona przy pracy i wiem, jak w takich razach postępował. - A zatem? - A zatem lekarz napisał świadectwo tak, jak je piszą także inni lekarze, jeśli nie rzuci się im w oczy coś podejrzanego. - Więc pańskiem zdaniem?... - Panie Lepertuis - zapytał Perenna, zwracając się do notaryusza - gdy pana powołano do śmiertelnego łoża nieboszczyka Morningtona, nie zauważył pan nic podejrzanego? - Nie, nie zauważyłem nic takiego. Mornington popadł był już wówczas w malignę. - Już to samo jest dziwne - zaznaczył don Luis - że nawet źle dokonane zastrzyknięcie mogło spowodować tak piorunujący rezultat. Czy Mornington wcale nie cierpiał? - Nie... a raczej tak... O ile sobie przypominam, miał on na twarzy ciemne plamy, których za pierwszej u niego bytności nie zauważyłem. - Ciemne plamy?! To potwierdza moją hypotezę... Cosmo Mornington został otruty!... - Ale w jaki sposób?! - zawołał prefekt. - Jakąś substancyą, którą wprowadzono do ampułek z glicero-fosfatem, lub do strzykawki, którą się chory posługiwał. - A lekarz? - zagadnął pan Desmalions. - Panie Lepertuis - indagował dalej Perenna - czy pan zwrócił uwagę lekarza na owe ciemne plamy? - Tak jest, ale nie przywiązywał on do ich istnienia żadnej wagi. - Czy to był jego zwykły lekarz? - Nie. Jego zwykły lekarz, doktor Pujol, mój osobisty przyjaciel, który polecił mnie Morningtonowi, jako notaryusza, był wówczas chory. Ten, którego zastałem przy jego łóżku, był widocznie lekarzem dzielnicowym. - Oto jego nazwisko i adres - rzekł prefekt, sięgając do dokumentów. - Doktor Bellavoine, ulica d'Astorg, numer 14. - Czy posiada pan spis lekarzy, panie prefekcie? Pan Desmalions sięgnął po spis i począł go przeglądać, po chwili zaś oświadczył: - W spisie niema doktora Bellavoine i żaden doktor pod wymienionym numerem nie mieszka... Po tem oświadczeniu nastąpiło długie milczenie. Sekretarz ambasady i attache peruwiański przysłuchiwali się rozmowie z największem zainteresowaniem. Komendant d'Astrignac kiwał potakująco głową. W jego przekonaniu Perenna nie mógł się mylić. Prefekt począł się również chwiać w swem przekonaniu. - Oczywiście... oczywiście... - powtarzał - jest tu zbieg okoliczności raczej dwuznacznych... Te ciemne plamy... Ten lekarz... Rzecz to wymagająca zbadania... I jakby wbrew woli, zwracając się do Perenny, zapytał: - Według pana istnieje bezwątpienia związek pomiędzy... ewentualną zbrodnią i testamentem Morningtona? - Tego nie twierdzę. Trzebaby w takim razie przypuścić, że ktoś znał treść testamentu. Czy nie sądzi pan, panie Lepertuis, że tak istotnie było? - Nie przypuszczam tego, albowiem pan Mornington działał z wielką przezornością. - A czy nie można zrobić przypuszczenia, że ktoś dopuścił się niedyskrecyi w tym czasie, kiedy testament znajdował się w pańskiem opracowaniu? - Któżby mógł się tego dopuścić? Ja sam opracowywałem testament i ja tylko posiadam klucz od kasy, w której co wieczór składam dokumenty podobnej wagi. - Czy kasa ta nie stała się w tym czasie przedmiotem włamania? - Nie. - Czy widział się pan wówczas z Morningtonem w godzinach porannych? - Tak. Było to w czwartek rano. - Co pan robił z testamentem tego dnia do wieczora, aż do chwili, kiedy umieściłeś go pod kluczem? - Prawdopodobnie umieściłem go w podręcznej skrytce. - I nikt tej skrytki nie usiłował otworzyć? Pan Lepertuis zdawał się być zaskoczony tem pytaniem. - A zatem? - naglił Perenna. - Tak... przypominam sobie... Było istotnie coś takiego... tego samego dnia... we czwartek... - Jest pan tego pewny? - Najpewniejszy. Gdy powróciłem po śniadaniu do domu, skonstatowałem, że szuflada nie była zamknięta na klucz. A jednak nie mam najmniejszej wątpliwości, że ją zamknąłem. Na razie nie przywiązywałem do tego wypadku większego znaczenia. Dzisiaj jednak rozumiem... rozumiem... W ten sposób potwierdzały się stopniowo wszystkie hypotezy, wyimaginowane przez Perennę, hypotezy, oparte wprawdzie na kilku zaledwie poszlakach, ale ujawniające wiele intuicyi i domyślności, zadziwiającej u człowieka, który nie był świadkiem żadnego z tych wydarzeń, a umiał jednak kojarzyć je z taką zręcznością. - Nie omieszkamy - oświadczył prefekt policyi - skontrolować pańskich, przyzna pan, nieco hazardownych twierdzeń, przez relacyę jednego z moich agentów, któremu poleciłem zająć się tą sprawą, a który już tu powinien się znajdować. - Czy jego relacye odnoszą się do spadkobierców Morningtona? - zapytał notaryusz. - Przedewszystkiem do spadkobierców, a następnie telefonował mi onegdaj, że zebrał także wszystkie informacye, dotyczące nawet... Ale zaraz... przypominam sobie, że mówił on sekretarzowi mojemu o zbrodni, dokonanej akurat miesiąc temu, dzień w dzień. Dziś właśnie upływa miesiąc od chwili, kiedy Mornington... Nagłym ruchem pan Desmalions nacisnął guzik dzwonka, na głos którego przybiegł natychmiast sekretarz. - Gdzie jest inspektor Verot? - zapytał żywo prefekt. - Jeszcze nie wrócił. - Niechaj go szukają. Niech mi go przyprowadzą. Trzeba go znaleźć za wszelką cenę i bez zwłoki. Zwracając się następnie do Perenny, prefekt mówił: - Oto już przed godziną przybył tu inspektor Verot bardzo cierpiący i czemś, jak się zdaje, poruszony, mówiąc, że jest strzeżony i śledzony. Miał on mi złożyć niezmiernie ważne relacye w sprawie Morningtona i uprzedzić policyę, że nocy dzisiejszej mają być popełnione dwie zbrodnie, będące konsekwencyą mordu, popełnionego na osobie Morningtona. - I człowiek ten był cierpiący? - Tak jest. Był w bardzo dziwnem usposobieniu. Wyobraźnia jego została widocznie czemś niezwykiem bardzo podrażniona. Przez przezorność tylko zapewne kazał mi doręczyć szczegółowy raport o tej sprawie. Otóż raport ten składa się z arkusza zupełnie nie zapisanego papieru. Oto ten osobliwy raport wraz z kopertą. Tu zaś znajduje się przyniesione przezeń pudełko, zawierające tabliczkę czekolady, na której widnieją odciski zębów. - Czy mogę obejrzeć te przedmioty? - Owszem, ale nie będzie pan miał z tego żadnego pożytku. - Kto wie?... Don Luis przyglądał się uważnie tekturowemu pudełku i żółtej kopercie z napisem: "Cafe du Pont-Neuf". Oczekiwano słów jego, jak gdyby miały one rzucić na sprawę jakieś światło nieoczekiwane, on zaś, jakby niechcący, oświadczył: "Pudełko i koperta nie są zaadresowane jednakowem pismem. Pismo umieszczone na kopercie jest mniej dokładne, trochę chwiejne, najwidoczniej naśladowane. - Co dowodzi?... - Co dowodzi, panie prefekcie, że koperty tej nie adresowała ręka pańskiego agenta. Przypuszczam, że po napisaniu swego raportu na stole w kawiarni "Pont-Neuf" i po włożeniu go do koperty, miał on chwilę roztargnienia, w czasie której podłożono mu inną kopertę z podobnym adresem, ale nie zawierającą raportu, tylko czystą kartkę papieru. - Przypuszczenie! - oświadczył nieco wzgardliwie prefekt. - Być może, ale co jest natomiast pewne, to to właśnie, że przywidzenia pańskiego agenta są usprawiedliwione, że jest on przedmiotem ścisłego nadzoru, że odkrycia, których mógł dokonać, krzyżowały czyjeś zbrodnicze machinacye i że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo... - Och, och... - Trzeba mu pospieszyć z pomocą. Od początku naszego zebrania mam wrażenie, że napotykamy na przedsięwzięcie już rozpoczęte. Pragnąłbym, aby nie było jeszcze za późno i żeby pański inspektor nie stał się pierwszą ofiarą tych machinacyi. - Ach, panie - zawołał prefekt. - Pan rzucasz swoje twierdzenia z podziwu godnem przekonaniem, które jednak nie wystarcza do tego, aby można je było uważać za usprawiedliwione. Najlepszym tego dowodem będzie właśnie powrót inspektora Verota. - Inspektor Verot już nie wróci... - Dlaczego? - Albowiem już wrócił. Wszakże odźwierny widział go powracającego. - Odźwierny miał chwilę zaćmienia. Jeżeli nie masz pan innego dowodu nad świadectwo tego człowieka... - Mam jeszcze inny dowód, panie prefekcie. Oto inspektor Verot tu na tem biurku zostawił dowód swej obecności... Tych kilka słów, prawie niemożliwych do odczytania, skreślonych na papierze, który wpadł mi w oczy. Oto one! Czy nie jest to pismo dowodem, że Verot tu powrócił? Prefekt nie ukrywał swego pomieszania. Wszyscy obecni byli poruszeni. Powrót sekretarza tylko powiększył ich obawy. Sekretarz raz jeszcze stwierdził, że nikt nie widział Verota. - Panie prefekcie - ozwał się don Luis - nalegam na to, aby zawezwano odźwiernego. Gdy odźwierny się zjawił, don Luis sam począł go badać, nie czekając na indagacyę prefekta. - Czy jesteście pewni tego, że inspektor Verot powrócił po raz drugi do tego pokoju? - Jestem tego zupełnie pewny. - I tego, że on stąd nie wychodził? - Tak jest. - Czy nie mieliście ani chwili roztargnienia? - Najmniejszej. - Sam pan widzisz! - krzyknął inspektor. - Gdyby inspektor Verot był tutaj, to nie potrzebowalibyśmy go szukać. - On jest tutaj, panie prefekcie. - Jak to pan rozumie? - Wybacz pan, panie prefekcie, moją uporczywość, ale pozwól sobie powiedzieć, że gdy ktoś wchodzi do pokoju i z niego nie wychodzi, to znaczy to, iż się w nim jeszcze znajduje. - Więc jest schowany? - pyłał zirytowany coraz bardziej Desmalions. - Nie, ale zemdlony, chory, a może nawę martwy? - Ale gdzież, do dyabła? - Za tym parawanem. - Nic nie ma za tym parawanem oprócz drzwi. - A te drzwi prowadzą?... - Do mojej tualety. - A zatem, panie prefekcie, inspektor Verot odurzony, słaby, sądząc, że wchodzi do gabinetu sekretarza, wszedł tam i padł zapewne zemdlony. Pan Desmalions rzucił się w kierunku tualety, lecz w momencie, gdy miał już chwycić za klamkę, cofnął się. Byłaż to obawa, albo może pragnienie wyzwolenia się z pod wpływu tego dziwnego człowieka, który z taką pewnością siebie wydawał rozkazy i zdawał się nawet kierować wydarzeniami? Don Luis był jednak niewzruszony. - Nie, nie mogę w to uwierzyć! - rzekł Desmalions. - Panie prefekcie, przypominam panu, że rewelacye Verota mogą uratować życie dwojga osób, które mają być dziś zamordowane. Każda minuta stracona jest nie do odzyskania. Pan Desmalions wzruszył ramionami, ale ten człowiek tak dominował nad jego wolą, że wreszcie drzwi otworzył. I nie zrobił żadnego ruchu, nie wydał żadnego okrzyku, lecz tylko szepnął: - Ach, czyż to możliwe?... W bladem świetle dnia, wpadającem przez matowe szyby, ujrzano człowieka, rozciągniętego na podłodze. - Inspektor... Inspektor Verot!... - powtarzał zdumiony odźwierny, który rzucił się tam za prefektem. Z pomocą sekretarza podniesiono Verota i usadowiono go w fotelu. Inspektor żył jeszcze, ale były to już resztki życia. Muskuły twarzy poruszały się jeszcze, jak gdyby resztami sił walczył o życie. Don Luis mruknął: - Spojrzyj pan, panie prefekcie... Sine plamy... Wypadek ten wstrząsnął obecnymi, jak grom. Poczęto dzwonić, trzaskać drzwiami i wołać o pomoc. - Doktora!... - wołał Desmalions. - Niechaj zaraz sprowadzą doktora!... Pierwszego lepszego!... I księdza... Nie można przecież zostawić tak tego człowieka. Don Luis zrobił gest, nakazujący milczenie. - Doktor niema tu już wiele do roboty - powiedział. - Starajmy się raczej skorzystać z jego ostatnich minut... Czy pozwoli pan, panie prefekcie? Schylił się nad umierającym, oparł mu głowę o poręcz fotelu i jaknajłagodniejszym tonem pytał: - Panie Verot, to prefekt do pana mówi. Chcemy uzyskać kilka informacyi o tem, co się ma stać dzisiejszej nocy. Czy rozumie pan mnie? Jeżeli tak, to proszę przymrużyć powieki. Verot zawarł powieki, ale czy nie był to tylko przypadek? - Wiemy, że pan odnalazł spadkobierców sióstr Roussel, czy zatem życie ich jest zagrożone? Zbrodnia ma być dokonana tej nocy, ale nazwiska spadkobierców nie są nam znane. Powiedz pan, jak się oni nazywają? Posłuchaj pan: pozostawiłeś na biurku trzy litery skreślone ołówkiem. Zdają się one układać w sylabę FAU?... Czy ja się mylę? Czy jest to początek ich nazwiska? Jakie dalej następują litery? Jestże to B lub C? Lecz twarz Verota nawet nie drgnęła. Głowa opadła mu na piersi i po kilku minutach skonał...