Żeby cię lepiej widzieć - Gina Blaxill

-
Proszę czekać

Prolog

- Opowiedz mi bajkę - powiedziało dziecko zaspanym głosem.

- Jestem lekarką, a nie opowiadaczką bajek - odparła. Ale zrobiło jej się żal chorego chłopczyka, więc przystawiła taboret do łóżka. Skromny pokój oświetlała jedynie stojąca na parapecie świeca, a ponieważ wiatr ucichł, było w nim przytulnie i ciepło. - Opowiem ci krótką bajeczkę. Kiedy byłam mała, najbardziej lubiłam tę o wilku, ale nie jest zbytnio kojąca. Czy słyszałeś o wilku z Aramor?

- Rodzice mówią, że duży, zły wilk jest tylko legendą.

- Ale nie tam, skąd pochodzę. U nas był prawdziwy, jeszcze jak! Ten wilk osaczył całe miasteczko, a trwało to nie jedną długą, mroźną zimę, ale dwie. Wilk mieszkał w sercu mrocznej, pradawnej puszczy i pojawiał się tylko nocą. Polował na swoje ofiary. Polował na ludzi.

Lekarka umilkła, uważnie obserwując chłopczyka. Nie wydawał się już taki senny jak przed chwilą, gorączka też chyba trochę spadła. Być może wybrała jednak odpowiednią bajkę.

- Rodzice uczyli nas, dzieciaki, żebyśmy byli czujni - podjęła opowieść. - Mieliśmy zawsze uważać i bardzo się pilnować. Nigdy, za żadne skarby nie wchodzić do lasu. Jeśli było to absolutnie konieczne, należało trzymać się ścieżki. W lesie Aramor żyły też inne wilki, ale ten był wyjątkowy. Niektórzy wierzyli, że to zjawa, przywołana przez złego czarownika. Ci, którzy ujrzeli go i przeżyli - doprawdy nieliczni - opisywali olbrzymią, cuchnącą bestię o gęstym czarnym futrze i niemal czerwonych ślepiach. Żeby cię lepiej widzieć. Z wielkimi szpiczastymi uszami. Żeby cię lepiej słyszeć. A najbardziej straszne były wielkie ostre zębiska. Żeby cię prędzej pożreć!

Chłopczyk wyprostował się gwałtownie i wytrzeszczył oczy. Po chwili uśmiechnął się i z powrotem położył. Lekarka również się uśmiechnęła.

- Przestraszyłam cię? Jako dziecko lubiłam być straszona, chociaż inni mówili mi, że jestem dziwna.

- Kogo zjadł wilk? Co się stało? Byłaś tam?

Lekarka przymknęła oczy. Nawet po tylu latach wspomnienia zim ze złym wilkiem były bardzo bolesne. Każdy atak - rany, krew, panika - wrył się głęboko w umysły mieszkańców Aramor. Najgorszy był strach. Nie wiadomo było, komu ufać, kogo podejrzewać.

- Tak. Byłam. I chociaż nawet teraz nie znam całej prawdy o tym, co się wtedy wydarzyło, to wiem, że nie było tak, jak się ludziom zdaje. To raczej mroczna opowieść i zbyt długa na dzisiejszy wieczór, ale mogę opowiedzieć ci fragment. - Lekarka znowu się uśmiechnęła. - O dużym, złym wilku i Czerwonym Kapturku.

- A kto to jest?

- Dojdziemy do tego. A więc pewnego razu w pradawnej puszczy w Aramor...

* * *

Dziewczynka wróciła. Peleryna z kapturem migała pomiędzy cienkimi pniami drzew i nagimi gałęziami. Szła sprężystym krokiem dróżką wiodącą prosto w głąb lasu, schodząc niekiedy na bok na błotnistą trawę, by przyjrzeć się z bliska krzakowi, lub przystając i z przekrzywioną głową nasłuchując pohukiwania sowy. W przeciwieństwie do innych śmiałków, którzy odważali się zapędzić tak daleko, nie okazywała nigdy strachu, nawet po ciemku.

Wilk odsłonił kły i wsunął się głębiej w zarośla, podążając ukradkiem za dziewczynką. W powietrzu unosił się jej smakowity zapach. Na wspomnienie ostatniej ludzkiej ofiary pociekła mu ślina. Gdyby tylko zechciał, z łatwością wyskoczyłby z krzaków, przewrócił dziewczynkę i zatopił ostre kły w jej młodym, gładkim ciele. Nie zdążyłaby krzyknąć ani się obronić. Dziewczynka tej wielkości zapewniłaby mu pożywienie na wiele dni. Tyle surowego, soczystego mięsa.

Głodny, taki głodny. I tak zimno. Wilk zaskomlił. Zmrożone drobiny sfruwały z góry i osiadały w koleinach stwardniałego błota. Zimowe dni były ciężkie i puste, naznaczone walką o przetrwanie.

Wilk musiał się pożywić. Potrzebował łupu. Potrzebował mięsa.

I to szybko.

Red

Red usłyszała za sobą suchy trzask. Zatrzymała się, przekładając pakunek z jednej ręki do drugiej. Czy ktoś czaił się w gęstwinie?

Ale słychać było jedynie zwykłe wieczorne odgłosy lasu: cichy szelest kołyszących się na wietrze gałęzi, stłumiony ptasi świergot. Jaka szkoda, pomyślała Red, ruszając dalej, że wszechobecny strach nie pozwalał innym rozkoszować się puszczą w Aramor. Była przecież naprawdę piękna. Wysokie, smukłe drzewa z srebrzystymi plamkami na korze, bujnie zieleniące się latem, cicho szemrzący strumyk, rozmaitość ptaków, które zdawały się oswojone, bo chętnie sfruwały do stóp Red, gdy rzucała im okruchy chleba. W zimie nagie drzewa budziły lekki niepokój, ale lód na strumyku tak pięknie się mienił i można było podziwiać nieskalaną biel śniegu.

Był też rzecz jasna wilk, ale Red nasłuchała się o nim tylu strasznych historii, że już dawno przestała się nimi przejmować. To przecież śmieszne, żeby dorośli ludzie bali się zwierzęcia, niewidzianego już od pięciu lat. Red pamiętała jak przez mgłę pewną zimę, którą ludzie nadal nazywali "zimą wilka". Wielu okolicznych mieszkańców, głównie handlarzy i drwali, którzy skracali sobie drogę do miasta przez las, zostało porwanych i zjedzonych. Tamta zima, kiedy trzeba było siedzieć w domu za szczelnie zamkniętymi drzwiami i okiennicami, zdawała się trwać w nieskończoność.

Była wtedy jeszcze dzieckiem i lubiła wędrować po lesie, zbierając dzikie kwiatki i mocząc stopy w strumyku. Duży, zły wilk od dawna już pewnie był martwy. Red w każdym razie nigdy go nie widziała, a uciekała do lasu, ilekroć tylko mogła, ku rozpaczy mamy.

Red uśmiechnęła się szeroko. Potem, przypomniawszy sobie, co się stało wcześniej, posmutniała.

Kiedy jej oczom ukazał się płomień świecy, którą babcia stawiała co wieczór w oknie chaty, zrobiło się już całkiem ciemno. Mama będzie niezadowolona, że tak późno nie ma jej w domu. Red przyśpieszyła kroku i zastukała energicznie do drzwi.

- To ja - zawołała. Musiała odczekać kilka minut, zanim usłyszała, że babcia podnosi zasuwę. - Przyszłam nie w porę? - zapytała, kiedy drzwi otworzyły się na oścież i ukazała się w nich babcia, okutana w gruby wełniany szal z owczej wełny. Pomimo wieku miała proste plecy. W brązowych jak kasztany oczach zamigotały wesołe iskierki.

- Zawsze jest dobra pora, żeby zobaczyć się z wnusią. - Babcia wydawała się lekko zdyszana, kiedy poprawiała nieco przekrzywiony czepiec. Było to dosyć niezwykłe, bo zazwyczaj wyglądała bardzo schludnie. - Niech no się przyjrzę twoim różanym liczkom! Chodź i ogrzej się trochę. Mam nadzieję, że szłaś grzecznie dróżką, wiesz przecież, jak groźny jest las?

Red zachichotała.

- Głos mamy nigdy nie jest taki cienki.

- Tak lepiej? - zahuczała babcia i Red znowu się roześmiała.

- Gorzej! Babciu, dobrze się czujesz? Wydajesz się trochę...

- Stara i powolna? - przerwała jej babcia ze śmiechem i Red postanowiła zostawić już ten temat. Pewnie przeszkodziła babci w drzemce.

- Babciu, dla mnie nie jesteś stara. Ale masz rację. - Zasępiła się i westchnęła. - Mama na pewno będzie zła, kiedy wrócę do domu. Nie chce, żebym odwiedzała cię po zmroku, ale w takim razie nigdy bym się z tobą nie widziała. Za dnia zawsze jestem w piekarni, a tak wcześnie robi się ciemno.

Babcia mruknęła z sympatią, wzięła od Red pelerynę i powiesiła na haku obok swojej. Mimo że rzadko zapalała ogień, zadowalając się wieloma warstwami odzieży, jej rozpadająca się chata zawsze robiła na Red przytulne wrażenie. Była bardzo mała - jeden pokój, przedzielony wzorzystą kotarą na sypialnię i część dzienną, oraz kuchenka, tak ciasna, że Red niejeden raz uderzała się w biodro albo w ramię, odwracając się od szafki do rozchwierutanego drewnianego stołu, na którym babcia przyrządzała posiłki. Chociaż tu nie mieszkała, czuła się bardziej u siebie niż w domu, który dzieliła z matką.

- A skoro mowa o piekarni, to czy nie mamy tutaj przypadkiem bułeczek z miodem? - Babcia wzięła pakunek z rąk Red, usiadła w fotelu bujanym i położyła sobie paczkę na kolanach. - O, suszone owoce, wspaniale. A jak tam się sprawy mają?

Red przyciągnęła sobie taboret i także usiadła. Babcia nie przyznawała się do tego, ale wzrok stale jej się pogarszał.

- Nadal nie cierpię piekarni. Mogłabym pewnie pracować w gorszym miejscu, ale naprawdę kiepsko sobie radzę. Zagniatanie ciasta wymaga dużo siły, a choć moje ręce nie są już cienkie jak patyki, to jest mi jednak ciężko. Nie umiem też dusić mięsa ani owoców na zapiekanki, zawsze coś źle pokroję albo przypalę. Nie mam też artystycznego zmysłu Marthy do dekorowania wypieków, co oczywiście nie znaczy, że pozwoliłaby mi to robić, nawet gdybym umiała.

- Nie lubi brudzić sobie białych rączek ciężką pracą, co?

- O to mniej więcej chodzi. - Red bawiła się mankietem długiego rękawa, poplamionego zaschniętym ciastem. - Nakrzyczy na mnie jutro rano, bo pomieszałam zamówienia na pieczywo. Jej rodzice ostrzegli mnie już, że jeśli popełnię jeszcze jeden błąd, będę musiała poszukać sobie innej pracy, ale Martha będzie chciała na pewno jeszcze coś dodać. - Zmęczonym ruchem potarła skronie. - To była moja wina. Coś mnie rozkojarzyło. Może naprawdę nie nadaję się do niczego.

- To nieprawda i nie wolno ci tak myśleć, nie przejmuj się tą próżną dziewuchą Marthą Baker. - W głosie babci pojawiły się pstre tony. - Piekarnia to nie miejsce dla rozwoju twoich talentów, i tyle.

- A gdzie jest takie miejsce? - zapytała bezradnie Red. - Próbowałam pracować jako krawcowa tak jak mama, ale nie chciało mi się ślęczeć nad igłą, a nikt nie zatrudni mnie jako służącej. Zawsze mówię nie to, co trzeba.

I dlatego nie mam przyjaciół, pomyślała Red, ale nie powiedziała tego głośno.

- Kochanie. - Babcia chwyciła ją za ramiona, mądre oczy patrzyły łagodnie. - Wiem, że masz ciężkie życie. Ale pamiętaj, nie ma nic złego w tym, że jesteś inna. Nawet jeśli inne dziewczynki dają ci to odczuć. Czują się zagrożone, bo każesz im przejrzeć się w lustrze prawdy, a tego się obawiają.

Red nie umiała sobie wyobrazić, że Martha Baker o lśniących płomiennorudych włosach i doskonałych manierach miałaby się czuć przez nią zagrożona, a przecież Martha nie była jeszcze najgorsza. Na szczęście rzadziej widywała ostatnio Sabine Forrester. Jej drwiny wyryły się w pamięci Red niczym znaki wypalane na bydlęcej skórze.

- One czują się zagrożone jedynie przez wilka.

- A, tamta stara straszna historia?

- Ludzie znowu zaczęli o tym gadać. Było włamanie do kurnika Millerów. Ślady piór wiodły aż do lasu. Paru ludzi twierdziło, że go widziało. - Red nachyliła się, ujmując babcię za rękę. Wydawała się bardziej koścista niż kiedyś. I słabsza. - Babciu, czy naprawdę będziesz tutaj bezpieczna? Martwię się czasem, że mieszkasz sama z dala od miasteczka.

- Na razie nic mnie nie pożarło. - Babcia się roześmiała.

- Babciu, mówię poważnie. Mogłabyś przeprowadzić się do nas na zimę.

- Gdybym musiała dzielić dom z twoją matka, doprowadziłoby mnie to do szaleństwa, a to znacznie straszniejsze niż zwierzę, które być może w ogóle nie istnieje. Ty się przecież nie boisz, prawda?

Red się zawahała. Jak to właściwie z nią jest?

- Inni się boją, i dlatego myślę, że i ja powinnam się bać.

- A ja ci mówię, że nie. Ludzie za dużo rozmyślają o tym jednym zwierzęciu. W puszczy zawsze żyły wilcze stada. Wilki to płochliwe stworzenia, bardziej boją się nas niż my ich. Moja śliczna wnusia... - powiedziała babcia miękkim tonem. - Życie w strachu jest nic niewarte. Krocz śmiało i nigdy nie wątp w siebie. A jeśli chcesz wiedzieć, to uważam, że to miasteczko jest prawdziwie niebezpiecznym miejscem.

- Jak to? Co masz na myśli?

- Nieważne. Mówię, żebyś nie słuchała innych ludzi. Powinnaś słuchać jedynie swojego serca.

W ustach babci brzmiało to tak prosto. I choć Red nie była pewna, czy babcia ma rację, przez tę jedną chwilę czuła wielką moc.

- Chciałabym być taka jak ty.

- Jesteśmy bardziej podobne, niż ci się wydaje, Czerwony Kapturku. Poczęstujmy się teraz bułeczkami i porozmawiajmy o weselszych sprawach, dobrze?

Red uśmiechnęła się, słysząc zdrobnienie z dzieciństwa, i wstała, żeby przynieść nóż.

- Jak sobie życzysz, babuniu. Kto miałby się bać dużego, złego wilka?

Ellis

Ellis nie miał żadnych wątpliwości. Kurnik został całkiem rozwalony. Zagadką pozostawało jedynie, kto to zrobił.

- To zwykła zazdrość, nic dodać, nic ująć - powtarzał ojciec Ellisa chyba po raz setny. Państwo Millerowie przebywali w domu tuż obok młyna, ale drzwi były otwarte na oścież i Ellis doskonale słyszał ich rozmowę. - Ludzie nam zazdroszczą. Widzą nasze nowe buty i ciepłe okrycia i zakładają, że wszystko nam łatwo przychodzi. Pragną, żebyśmy cierpieli jak oni.

- Nie mieli takiej okazji jak my. - Ton matki wydał się Ellisowi zimny i znaczący. Potem rozległo się szuranie i Ellis pomyślał, że ojciec zbliżył się do matki i objął ją ramieniem.

- Zrobiliśmy, co musieliśmy, kochana. To było dawno temu. Trzeba było chronić siebie i swoją przyszłość.

Ellis nie dosłyszał odpowiedzi matki. Ale głos ojca był energiczny i jasny.

- Miałem nieprzyjemną sprzeczkę w miasteczku. Zostałem oskarżony o zawyżanie cen mąki. Amos Baker mocno się zdenerwował. A tamta kobieta wtykała nos w zupełnie nie swoje sprawy.

- Czasami myślę, że ona wie. A przynajmniej coś podejrzewa.

Jaka znowu kobieta? Ellis zbliżył się z wahaniem do otwartych drzwi.

- Niepotrzebnie się tym martwisz, Tamasin. - A jednak w głosie ojca słychać było rezerwę. - Nikt nic nie wie.

- A gdyby jednak, to co wtedy?

Nagły podmuch wiatru zatrzasnął drzwi i przestraszony Ellis odskoczył. Potarł skrzydełko nosa, czując się lekko zmieszany, że podsłuchiwał rodziców. Plotkowanie o sąsiadach nie było niczym nowym ani nawet ciekawym, ale ostatnio prowadzili wiele mglistych, niepokojących rozmów, które urywały się na widok Ellisa albo jego braci. Ellis nie wyobrażał sobie, żeby jego szlachetni rodzice zrobili coś, co należało utrzymywać w tajemnicy, albo kłamali. Mimo to zastanawiał się...

Nie było sensu pytać, bo i tak niczego by się nie dowiedział. Miał prawie piętnaście lat, ale traktowali go jak dzieciaka. Miał zresztą ciekawsze sprawy, o których wolał rozmyślać. Na przykład turniej łuczniczy, który planował razem z innymi chłopcami. Powie o nim Marcie, kiedy zawiezie jutro mąkę do piekarni. Na pewno będzie chciała dodać mu otuchy. "Podoba mi się w tobie to, że dosłownie we wszystkim jesteś lepszy od innych chłopaków" - powiedziała niedawno i choć Ellis roześmiał się i zaprotestował, że przesadza, prawdą było, że mnóstwo rzeczy przychodziło mu z łatwością. Może tym razem rodzice zechcą przyjść i obejrzeć turniej.

Ellis ponownie przyjrzał się kurnikowi. Dałoby się go naprawić za pomocą odpowiednich narzędzi i kilku twardych desek. Ellis umiał wykonywać takie prace, sprawiały mu nawet przyjemność, ale dzisiaj było już za późno. Łatwo się zapomina, jak wcześnie ściemnia się zimą.

Kątem oka zauważył czerwony błysk.

Zmrużył oczy, wycierając brudne ręce o nogawki roboczych portek. Las znajdował się nieopodal młyna. Choć rzadko miewał czas, bo dużo pomagał rodzicom, pilnując młodszych braci, niekiedy w ciepłe, jasne wieczory udawał się spacerem na skraj lasu i z lubością wdychał świeży, ziemisty zapach, rozkoszując się spokojem i ciszą. Oczywiście nigdy nie zapuścił się głębiej. Nie był aż tak głupi. Zresztą wszystko, na czym mu zależało, było w miasteczku.

Red...

Oczywiście. Dziewczyna z piekarni, o której Martha powiedziała, że jest niezdarna i ogólnie dziwaczna. Nosiła zawsze czerwoną pelerynę z kapturem. Kiedy dostarczał mąkę, gapiła się na niego jak na egzotyczne zwierzę, co wprawiało go w pomieszanie. Ellis nie pamiętał jej prawdziwego imienia.

Powinien tam pobiec i krzyknąć, żeby wróciła. Prawdopodobnie nie słyszała jeszcze o kurniku. Z tego co widział, żyła w świecie marzeń. A może była nieszczególnie mądra. Dziwna czy nie, Ellis nie chciał, by została pożarta.

Popędził przez pole tam, gdzie błysnęło mu coś czerwonego.

- Hej! Stój.

Za późno, widział jedynie ciemność. Ellis odsunął płowe włosy z oczu, zastanawiając się, co począć. Mógł pobiec za nią albo odwrócić się, wzruszając ramionami - miał przecież jeszcze mnóstwo pracy, a jeśli zostanie pożarta, to z własnej winy. Był raczej pewien, że nie trzymała się ścieżki. Dróżka zakręcała na południe, a Red kierowała się na południowy zachód.

Naprawdę powinien za nią pobiec. Należało tak postąpić, nawet jeśli koledzy mieliby się śmiać, że obchodzi go, co się stanie z dziewczyną taką jak Red. Nic by mu nie groziło - ciągle miał w rękach siekierę, a dzięki pracy we młynie wyrobił sobie całkiem silne mięśnie.

Przez chwilę Ellis wyobrażał sobie, że biegnie za Red i dogania ją akurat wtedy, gdy wilk wyłania się z gęstwiny gotowy do skoku... Jeden dobrze obliczony cios i byłoby po wszystkim. Uwolnienie Aramor od dużego, złego wilka napełniłoby rodziców dumą.

Teraz to ja jestem głupi, pomyślał, bo w tym czasie, kiedy wyobrażałem sobie coś, co się nigdy nie wydarzy, ona zdążyła już zniknąć w głębi lasu. Zwiesił smętnie ramiona. To dziecinne fantazjować, że jest się bohaterem, powinien już z tego wyrosnąć. Czując się odrobinę nieswojo, powlókł się z powrotem do domu.

Red musi radzić sobie sama.

Sabine

W piekarni było zawsze ciepło, nawet kiedy była nieczynna, i Sabine bardzo lubiła jej zapach, o ileż przyjemniejszy niż w jej rodzinnym domu, gdzie powietrze było ciężkie od zastałego odoru spiętrzonych brudnych naczyń i wiecznego dziecięcego wrzasku. Siedmioro dzieci i dwoje dorosłych, gnieżdżących się w ciasnej chacie, nie sprzyjało przytulnej atmosferze. Dawnymi czasy, kiedy ścinanie drzew było bardziej lukratywnym zajęciem, bywało inaczej. Nie było dnia, żeby nie dziękowała losowi za to, że się stamtąd wyniosła. W porównaniu z dzieleniem wąskiego łóżka z siostrą, która chrapała i wierciła się w nocy, szturchając Sabine lodowato zimnymi stopami, mały pokoik we dworze na poddaszu wydawał się rajem.

- I co było dalej? - zapytała Sabine, oddzierając pasek skórki od niesprzedanego bochenka chleba na drożdżach. Półuchem słuchała opowieści Marthy, jak to udało jej się znaleźć pięć minut sam na sam na podwórzu z Ellisem, który pogładził jej włosy i powiedział, że są barwy bułeczki ze słodem. Też mi romantycznie! Włosy Sabine były rudobrązowe i wolała ściągać je ciasno do tyłu, żeby nie przeszkadzały.

- Nic, koniec opowieści. - Martha posłała jej oburzone spojrzenie. - Nie słuchałaś, prawda?

- Wszystkie twoje historie o Ellisie są zawsze jednakowe. Czy naprawdę uważasz, że jest wyjątkowy, czy też podoba ci się raczej, że inne dziewczyny są o niego zazdrosne?

Martha owinęła sobie lok wokół palca i uśmiechnęła się; a zatem to drugie.

- Jesteś taka przyziemna. Dlaczego wszystko musi mieć ukryty motyw? On lubi mnie, a ja jego, i to wszystko.

- Na pewno.

- On naprawdę mnie lubi. Kiedy przywozi mąkę, zawsze zwleka z powrotem do młyna, wypytuje, co u mnie i czy moglibyśmy się wybrać na spacer. Cieszę się, że mam o kim myśleć. Większość ludzi uważa, że jest bardzo przystojny, wiesz? Kiedy jego matka była w naszym wieku, uważano ją za najpiękniejszą w miasteczku. Myślę, że jesteś zazdrosna.

- Mam już dość gadania o nim, i tyle.

- Bo wolałabyś gadać o wilku? - zadrwiła Martha, ale Sabine uśmiechnęła się na to i wsunęła do ust ostatni kawałek skórki.

- To milion razy ciekawsze niż tępawy chłopak, prawiący nieciekawe komplementy.

- Nie jest wcale tępy! - odwarknęła Martha i Sabine się roześmiała.

- Nie złość się, tylko żartuję. - Zniżyła głos. - Ostatnim razem kiedy wilk terroryzował miasteczko, też zaczęło się od kurnika... Ile jeszcze, nim zabierze się do ludzi? Mam przeczucie, że to będzie bardzo długa zima. Będziemy ukrywać się w domach, wzdrygać na każdy krok i szelest, zastanawiać, kto będzie następny...

- To było dawno temu. Ellis uważa zresztą, że kury ukradł któryś z sąsiadów.

- Tak tylko mówi, bo nie chce, żebyś się martwiła.

W oczach Marthy mignął cień niepewności.

- Dlaczego tak myślisz?

- Wydaje mi się pozbawionym wyobraźni chłopakiem, który wmawia sobie, że powinien bronić innych. - Sabine nachyliła się bliżej i zniżyła głos do szeptu. - Nie uważasz, że to było dziwne? Cała zima spędzona w strachu, potem przychodzi wiosna i wilk znika bez śladu. To prawie... magia. Od tamtej pory nikt go przecież nie widział.

- Ponieważ zdechł. Wilki nie żyją dłużej niż kilka lat. Prawda?

- O wilku opowiadano już w czasach, gdy nasi dziadkowie byli jeszcze dziećmi...

- Ale to nie ten sam wilk - żachnęła się Martha. - To niemożliwe.

- Czyżby? Opisy są jednakowe. Skołtunione czarne futro, nienaturalnie jasne ślepia... To nie jest zwykły wilk. Z pewnością nie jest to jeden z szarych wilków, widywanych przez drwali, jak przemykają po lesie, zresztą jest ich teraz mniej niż kiedyś. Być może duży, zły wilk je pożarł.

- Sabine. Przestań. To tylko dzikie zwierzę. Na pewno nie ma to nic wspólnego z... tym.

- Z czarami?

- Przestań. - Martha cofnęła się gwałtownie i poróżowiała. Zerknęła szybko przez ramię. - Nie powinnyśmy w ogóle o tym rozmawiać. Gdyby ktoś nas usłyszał...

Sabine nie mogła się nadziwić, jaką to słowo posiada moc nad ludźmi. Czary. To naprawdę żałosne, że ludzie boją się tego, czego nie potrafią wytłumaczyć.

- Mówię tylko, że to nienaturalne, i założę się, że to ten sam wilk. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Podłoga nad nimi zaskrzypiała. Obie dziewczyny wzdrygnęły się gwałtownie. Martha zsunęła się z taboretu.

- Lepiej już idź. Ta głupia Red pomyliła dzisiaj zamówienia, więc jutro trzeba będzie upiec więcej chleba. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby była miłym towarzystwem, ale ona całymi dniami milczy. Dosłownie, jak zaklęta.

- I tak nie ma nic mądrego do powiedzenia - skwitowała Sabine, krzywiąc się. Wyobraziła sobie niezdarną, milczącą Red ze spłoszonymi oczami, ukrytymi za szopą potarganych ciemnych włosów, których chyba nigdy nie czesała. Sabine chichotała, ilekroć przypominała sobie prawdziwe imię Red. Grace. Kompletnie niedopasowane! - Nie możesz się jej jakoś pozbyć? Twoi rodzice nie będą chyba tolerować ciągłych pomyłek?

- Nie chcę mieć przez to kłopotów.

Sabine wywróciła oczami, zakładając na głowę kaptur peleryny. Marcie chodziło oczywiście o to, że Red nie konkurowała z nią o uwagę Ellisa, natomiast inna dziewczyna, kto wie... Tak łatwo było odgadywać jej myśli. Jak i większości ludzi.

Ale nie Red.

Dziwna, głupia Red.

Ziąb sprawił, że przyśpieszyła kroku. Krótką drogę do dworu mogłaby pokonać z zamkniętymi oczami. Minąć rząd sklepów - krawca, rzeźnika, sklep. Przeciąć plac, gdzie raz w tygodniu handlarze z okolicy rozstawiali swoje stragany, sprzedając wszystko to, co pozostało im z wyprawy do dużego miasta. Przejść obok bogatszych, piętrowych domostw do traktu przecinającego rzekę, dygając nisko przy spotkaniu ze strażnikiem z patrolu. Dziesięć minut później w oddali zaczynał majaczyć dwór i Sabine znajdowała się znowu w kokonie wygodnego życia lorda Josiaha i lady Katherine. Była to świetna posada, nadzwyczaj dobra dla chłopki, dziewczyny z ludu, o czym nieustannie przypominała jej matka, ale Sabine mogłaby przysiąc, że czuje, jak kurczy jej się mózg. Bywało tak całkiem często.

Miała czternaście lat, a nigdzie jeszcze nie była, niczego nie dokonała.

Doprawdy, pożałowania godne. Wilk niech tu lepiej powróci, inaczej ona umrze - i to nie ze strachu, lecz z nudów.

Red

Red wypadła z lasu zasapana, z rozgrzaną twarzą i butami przemoczonymi od śniegu. Dlaczego zabawiła u babci tak długo? Zamierzała tylko zostawić jej bułeczki, zjeść z nią miskę zupy i pobiec prosto do domu, ale jak zwykle wciągnęły ją babcine opowieści i nagle na świecie zrobiło się ciemno. Nie szarawo tak jak o zmierzchu, ale całkiem czarno. A skoro nic nie widać, to coś może podkraść się niezauważenie.

Drzwi do chaty otworzyły się szeroko, zanim Red dotknęła klamki. Matka stała w progu, krzyżując chude ramiona na piersi.

- Gdzieś ty była? - zawołała. - Dawno temu wyszłaś z piekarni.

Red zwilżyła wargi językiem.

- U babci.

- Martwiłam się o ciebie!

- Przepraszam.

- To nie wystarczy. - Matka weszła do chaty, a Red zdążyła przytrzymać drzwi, żeby nie trzasnęły. Wnętrze było zupełnym przeciwieństwem chatki babci: nienagannie czyste i uporządkowane, stosy haftów schludnie ułożone, w powietrzu unosił się leciutki zapach drzewnego dymu. - Grace, musisz z tym skończyć, bardzo cię proszę.

- Mam nie odwiedzać babci?

- Nie! Masz przestać wychodzić sama po zmierzchu. To niebezpieczne, zwłaszcza teraz. Dlaczego tak trudno ci to zrozumieć? Inne dziewczyny nie wałęsają się same po lesie.

Policzki Red przybrały barwę kaptura. Znowu te same słowa: inne dziewczyny.

- Nie spotkało mnie tam nigdy nic złego.

- Ale mogło cię spotkać, w tym cała rzecz. Nie trzymasz się nawet ścieżek, co?

Red chciała odpowiedzieć: "ścieżka nie zawsze prowadzi tam, dokąd chcę się udać", ale czuła, że to nie jest dobry pomysł.

- Będę się starała.

- Już to kiedyś mówiłaś - warknęła matka ze złością, ale w jej głosie słychać było teraz bezradny ton. Rozejrzała się po pokoju. Zastanawiała się, dlaczego tylko córki nie udaje jej się ułożyć porządnie na swoim miejscu.

- Nie chciałam cię zdenerwować, mamo.

- Czasami mam odmienne wrażenie.

- Babcia mówi, że nie powinnam się bać.

- Babcia powinna się lepiej zastanowić. Ona może robić, co jej się żywnie podoba, przeżyła swoje życie, ale ciebie nie powinna zachęcać do samowoli. - Matka westchnęła, zwieszając ciężko ramiona. Red mogłaby przysiąc, że jej czoło było teraz głębiej poorane zmarszczkami, włosy gęściej poprzetykane siwizną. - Och, Grace. Dlaczego nie możesz być taka jak inni? Starałam się najlepiej, jak umiałam, ale zaczynam myśleć, że poniosłam porażkę. Pragnę tylko, żebyś miała łatwe, bezpieczne życie, ale ty tak bardzo mi to utrudniasz. I nigdy mnie nie słuchasz.

- Ależ słucham. I staram się dogadywać z ludźmi, robić to, co należy, choć wydaje ci się, że tak nie jest. Ale to takie... trudne.

- Żaden młody człowiek nie zainteresuje się tobą, jeśli dalej będziesz tak postępowała.

Red odwróciła się prędko, żeby matka nie zauważyła, jak bardzo zabolały ją te słowa. Przypomniała sobie, jak wyglądał dziś rano Ellis Miller, kiedy stanął w tylnych drzwiach do piekarni z miłym, szczerym uśmiechem, błyskiem w zielonych oczach i szerokimi barkami, dźwigając pod pachą wór mąki, jakby był lekki jak piórko. Chłopcy tacy jak on nie chcieli dziewczyn, które miały własne zdanie i znały się na roślinach, drzewach i ptakach. Podobały im się panny takie jak Martha, umiejące wzbudzać zainteresowanie i sprawiać, że chłopcy czuli się ważni.

Upokorzenie piekło ją w policzki. Chociaż raz Red była rada, że pokój oświetlała tylko pojedyncza świeca. Mogła sobie wyobrazić, jak śmiałyby się z niej Sabine i Martha, gdyby spostrzegły, jak patrzy na Ellisa. Sabine szydziła już wcześniej, że Red nieuchronnie skończy jako smutny wyrzutek, a dzieciaki będą obrzucać ją kamykami, ilekroć odważy się wyjść za próg własnego domu. Red obawiała się, że to może być prawda.

Matka zamknęła starannie drzwi, po czym obeszła dom, sprawdzając szczelność okiennic. Red przymknęła powieki i zmusiła się do kilku głębokich, uspokajających oddechów. Zamknięcie w ciasnej chacie, bez dopływu świeżego powietrza, zawsze wprawiało ją w dygot.

- Czy możemy zostawić choćby szparkę w oknie? - zapytała.

- Nie. To nie jest bezpieczne.

Czyli dowiedziała się już o kurniku Millerów.

- Wilk nie zapuszcza się nigdy tak daleko. Nic nam się nie stanie.

- Nie zamierzam ryzykować.

- A więc mamy co wieczór siedzieć tutaj przy świecy i czekać, aż minie zima?

- Jeżeli to będzie konieczne, żeby przeżyć, to owszem, tak.

Matka poczłapała do kuchenki, gdzie garnek pyrkotał na ogniu. Ręce jej drżały, gdy zanurzyła w nim chochlę i powąchała zawartość. Red zdawała sobie sprawę, że powinna objąć ją i przeprosić, lecz odnosiła wrażenie, że stale tylko przeprasza matkę, ale niczego to nie zmienia. Cokolwiek zrobiła, zawsze było źle. Może to z nią było coś nie w porządku.

Red zdjęła więc czerwoną pelerynę - to dlatego babcia nazywała ją czule Czerwonym Kapturkiem - i poszła obmyć twarz chłodną wodą oraz przygotować się na kolejny wieczór, spędzony w przykrym milczeniu.