Żebrak i mściciel - Wojciech Tut Chechliński

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1. W poszukiwaniu szczęścia

Rozdział 2. Jezusik

Rozdział 3. Pierwszy dom Bartosza

Rozdział 4. Przeprowadzka

Rozdział 5. Oględziny

Rozdział 6. Pierwsze śniadanie w nowym domu i wyjazd do kościoła

Rozdział 7. Wątpliwości

Rozdział 8. Lekcja ekonomii

Rozdział 9. Ucieczka z gestapo

Rozdział 10. Bartosz i Anna

Rozdział 11. Spotkanie Bartosza z Niezgodą

Rozdział 12. Kościół źródłem informacji

Rozdział 13. Pierwszy dzień w oddziale

Rozdział 14. Zniknięcie oddziału

Rozdział 15. Droga do koszar SS

Rozdział 16. Umiejętność latania

Rozdział 17. Zasadzka i szpital

Rozdział 18. Rozterki Bartosza

Rozdział 19. Rekonwalescencja Antoniego

Rozdział 20. Proces

Rozdział 21. Zwierzenia Franciszka Niezgody

Rozdział 22. Narada

Rozdział 23. Atak na siedzibę gestapo

Rozdział 24. Pierwszy dzień wolności

Rozdział 25. Sowieci w Nowym Świecie

Rozdział 26. Spotkanie na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie

Rozdział 27. Nowe życie Bartosza Batora

Rozdział 28. Garnitur Bartosza

Rozdział 29. Major Jędrzej rozwiązuje oddział

Rozdział 30. Droga do domu

Rozdział 31. Komendant Nowego Miasta

Rozdział 32. Likwidacja rytuałów

Rozdział 33. Wizyta Anatola Borowskiego

Rozdział 34. Pojednanie

Rozdział 35. Parcelacja

Rozdział 36. Imponderabilia

Rozdział 37. Samochód służbowy

Rozdział 38. Rewolucyjne zmiany

Rozdział 39. Interwencja Anny w sprawie Antoniego

Rozdział 40. Awans Anny

Rozdział 41. Decydujące rozmowy

Rozdział 42. Walka o życie Antoniego

Rozdział 43. Anna stawia na baczność majora Janowskiego

Rozdział 44. Urząd i wieś

Rozdział 45. Niedzielny spacer

Rozdział 46. Łuski

Rozdział 47. Koniec pułkownika Konwiejewa

Rozdział 48. Anna rozdaje karty

Rozdział 49. Major Jędrzej zostaje ostrzeżony

Rozdział 50. Atak na oddział kapitana Lasa

Rozdział 51. Anna oskarża Bartosza

Rozdział 52. Przesłuchanie kapitana Lasa

Rozdział 53. Interwencja Anny w sprawie Franciszka

Rozdział 54. Kolejna przeprowadzka Batorów

Rozdział 55. Walka o życie

Rozdział 56. Franciszek i inni na Zamkowej

Rozdział 57. Cela

Rozdział 58. Podstęp i strata

Rozdział 59. Teatr

Rozdział 60. Upadek

Rozdział 61. Przewrócona karafka

Rozdział 1W poszukiwaniu szczęścia

Bartosz Bator, bezrolny chłop, przez długie lata nie potrafił utrzymać siebie ani swojej rodziny. Żył z tego, co rzucili mu ludzie litujący się nad nim, a zwłaszcza nad jego dziećmi i żoną. W Michałowie, swojej rodzinnej wsi, mieszkał w zniszczonej chacie, która dawniej służyła wyłącznie zwierzętom. Wprowadził się tam, gdy zmarł jego dotychczasowy chlebodawca Marian Litwin, a jego żona nie potrzebowała już parobka.

Przez parę tygodni chodził po wsi i oferując różne usługi, prosił, by ktoś go przygarnął. Nikt jednak nie wyrażał ochoty, gdyż powszechnie Bartosz był uważany za lenia, który unikał wykonywania prac, jakie mu powierzano. Po prostu ludzie nie wierzyli, że opowieść o rzetelnej pracy jest prawdą. Wieś jest bardzo małą społecznością. Tam wszyscy się znają, więc jeśli raz do kogoś przylgnie jakaś opinia, to pozostaje na wieki. Bardzo trudno ludzi przekonać, że człowiek jest inny, że się zmienił.

W tym dziurawym szałasie deszcz lał się na głowę, panowała przeraźliwa wilgoć, widać było klepisko na dole i prześwitujące niebo na górze. Wszyscy spali na jednej wielkiej pryczy. W chacie właściwie nie było okien, jedynie niewielki otwór w jednej ze ścian po zmurszałej desce, która wypadła na zewnątrz. Było prawie całkiem ciemno, dlatego przebywanie tam sprawiało trudności. Właściwie przez cały czas trzeba było palić pod kuchnią, co z kolei powodowało, że w środku panowało duże zadymienie. Gdy przychodziła zima, Bartosz zatykał wszystkie dziury, ale mimo palenia drewnem z lasu i tak było bardzo zimno. Czasem nawet woda, którą nosiło się ze studni oddalonej o ponad dwieście metrów, zamarzała w wiadrach.

Na palenisku Maryśka usiłowała coś gotować, a że zazwyczaj nie miała czego, jedli na ogół tylko to, co nazbierali w lesie lub co Bartoszowi udało się upolować. Miał strzelbę, którą dostał od dawnego chlebodawcy, gdy razem chodzili na polowania. Bartosz strzelał wtedy do saren i królików. Lubił to zresztą najbardziej, a jego chlebodawca był zadowolony, że ma towarzysza w czasie leśnych eskapad. Siedzieli sobie czasami całymi dniami w lesie, popijając gorzałkę. Bartosz przyzwyczaił się do tego i czuł, że Marian Litwin też jest zadowolony z jego towarzystwa. Ten okres w życiu wspominał nie najgorzej. Wszyscy mieli dach nad głową i jedzenie, a chlebodawca dbał o niego i jego rodzinę, głównie dlatego, że odpowiadało mu jego towarzystwo w trakcie polowań, które często przekształcały się w wieczorne popijanie wódki zakąszanej upolowanym królikiem upieczonym nad ogniskiem. Bartosz czuł się jak jego kompan. Gdy Marian Litwin zmarł, jego żona usunęła Batora i jego rodzinę, wiedziała bowiem, że nie będzie miała z niego pożytku w swoim gospodarstwie.

Gdy Bartosz mieszkał w szałasie na skraju wsi, czasami usiłował polować. Udawało mu się to jednak raczej rzadko, ponieważ robił to niewprawnie, nie potrafił właściwie podejść zwierzyny, która na ogół mu uciekała, więc wracał z niczym. Kiedy chodził na polowania z Marianem Litwinem, nawet nie zauważał, że wszystko przygotowywał gospodarz. Bartosz był jedynie po to, by oddać strzał do wystawionej przez niego zwierzyny, a potem nalać wódki do szklanki, gdy zaczynali biesiadę przy ognisku.

Bartosz tułał się po różnych wsiach, liczył na to, że gdzieś mu się poszczęści i ktoś da mu stałe zajęcie, dach nad głową, suchy i ciepły kąt i wyżywienie. Bał się głodu i tego, że go znowu ktoś przepędzi i poszczuje psami, gdy będzie prosił o pracę czy kawałek chleba. Robił to nie tylko dla siebie, ale także dla całej rodziny. Miał żonę i sześcioro dzieci: trzech chłopców w wieku siedemnastu, piętnastu i trzynastu lat oraz trzy dziewczynki, znacznie młodsze, które miały dziewięć, sześć i pięć lat. Gdy nie było go tygodniami, najmowali się do prostych prac na parę godzin dziennie, a czasami na krócej. Maryśka i dzieci wykonywały wszystko za jakąś strawę. Pieniędzy właściwie nie dostawały. Najmłodsze dzieci pasały gęsi, karmiły inwentarz różnych gospodarzy, w związku z czym wstawały bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem. Chłopcy, którzy byli starsi, pomagali niekiedy przy drobnych naprawach czy wykopkach. Maryśka cerowała skarpety albo naprawiała odzież, za co mogła liczyć na miskę ziemniaków.

Gdy Bartosz Bator zdecydował się szukać szczęścia poza swoją wsią, wiedział, że nie będzie to łatwa droga, zdawał sobie sprawę, że będzie przepędzany i traktowany jak obcy, natręt, który nie wiadomo skąd przychodzi i nie wiadomo dlaczego próbuje coś uzyskać od osób, których nigdy na oczy nie widział. Ludzie musieli go źle traktować, co wynikało z połączenia strachu, niepewności i tendencji w małych społecznościach do zamykania się przed obcymi. Nasi są tutaj, mieszkają obok. A obcy to zagrożenie, ich się nie zna, więc nie wiadomo czego można się po nich spodziewać, najpewniej wszystkiego najgorszego. Obcy zaburzają błogi spokój i poczucie, że ludziom na wsi dobrze się nie powodzi, a tu przychodzi ktoś, kto od nich, biednych, jeszcze czegoś chce. Byli oczywiście tacy, którzy zauważali w tej sytuacji psychologiczną korzyść dla siebie. Nagle mogli się poczuć lepsi, szczęśliwsi i silniejsi mimo wielu trudnych problemów, które ich trapiły, bo był ktoś w jeszcze gorszej sytuacji. Większość jednak wolała chwycić za kij i w ten sposób poczuć się lepiej.

Obcy zaburzali pewien powtarzalny rytm. Tam nie było spokoju, w tych chałupach też panowała bieda, trwała walka o przetrwanie. Były jednak dach nad głową, poczucie choćby niewielkiej stabilizacji i szansa, że uda się zaspokoić głód dzięki dostępowi do bardzo skromnego, ale własnego jedzenia. Zmieniało się to naturalnie w różnych okresach roku. Najgorszy był przednówek – wtedy bieda była największa i Bartosz najdotkliwiej ją odczuwał.

Chodził od chałupy do chałupy, szukając zajęcia. Robił to od rana do wieczora. Psy na niego szczekały, czasami nawet go atakowały, ale najczęściej to ludzie wyganiali go ze swoich posesji, nierzadko uderzali kijem. Na początku tej wędrówki buntował się, chciał oddawać, bić, krzyczeć, ale później spokorniał, zauważył, że tylko niepotrzebnie traci energię. Zaczął takie reakcje przyjmować jako coś zwykłego, normalnego. Założył, że gdy wchodzi na czyjąś posesję, może go spotkać coś złego: albo ktoś go uderzy i przepędzi, albo przynajmniej zbeszta i upokorzy. Gdy zbliżał się wieczór, zwłaszcza w okresie jesiennym i wczesną wiosną, szukał miejsca, gdzie mógłby przenocować. Najczęściej gdy zapadał zmrok, wkradał się niezauważalnie do stodół, gdzie zasypywał się sianem i zasypiał bez jedzenia. Gdy głód go mocno przyciskał, wtedy nie zważając na ewentualne konsekwencje, pukał do chałup i prosił o kawałek chleba, wodę czy kubek mleka. Czasami dostawał, ale najczęściej zasypiał głodny tam, gdzie się wkradł po kryjomu. Nigdy nie miał pewności, czy nie obudzi się w nocy z przeraźliwym ssaniem w żołądku, które nie pozwoli mu już dalej spać. Mimo głodu i pragnienia był szczęśliwy, gdy znalazł miejsce w jakiejś stodole.

"Na chwilę mam swój kąt, z którego nikt mnie nie usunie" – myślał wtedy.

Kładł się na sianie, później zakopywał się w nim, by nie było go widać, czuł się wtedy bezpieczny, odcięty kopcem od świata. Gdy już tak poleżał dłuższy czas z głową w środku sterty, nagle wynurzał się z niej i leżąc na plecach, gapił się przez dziurę w dachu na czarne sklepienie, gdzie migoczące iskierki dawały znać, że życie trwa i że trzeba będzie następnego dnia, od samego rana, próbować od nowa.

Migoczące gwiazdy zniknęły, ale za to pojawił się dom, a właściwie chałupa. W izbie stał gorący piec, wspaniale rozgrzany, na stole leżał wielki bochen chleba, świeżego, chrupiącego, a on kroił potężny kawał, prawie połowę bochna. Następnie zanurzał nóż głęboko w kamiennym garnku i tak gmerał nim na boki, aby wyciągnąć jak najwięcej skwarek, które jak rodzynki w serniku oblepiały bryłę smalcu. Bartosz zadowolony z udanej akcji jednym ruchem chlasnął nożem po wielkim kawale chleba. Trzymał go w lewej ręce, a prawą rozsmarowywał swoją zdobycz, zatykając bardzo dokładnie wszystkie dziurki w chlebie, aby płaszczyzna pajdy była w pełni pokryta jasną masą gdzieniegdzie przystrojoną skwarkami, na które spoglądał z namiętnym pożądaniem. Ten posmarowany bochen jeszcze bardziej przycisnął do siebie i szybkim, wprawnym ruchem odciął nożem potężną skibę już przygotowaną do jedzenia. Ślina spływała mu po brodzie. Dwa dni nic nie jadł i dużo nachodził się po wsiach, więc żołądek domagał się swojego. Mężczyzna wziął do prawej ręki tak przygotowaną kromkę i już ją prawie gryzł, czuł smak i zapach tego świeżego chleba, grubo okraszonego smalcem ze skwarkami, czuł, jak gryzie, rozkoszuje się, połyka. Kęsy chleba z pachnącym smalcem przechodzą przez usta, gardło i docierają do przełyku, a następnie, po przekazaniu najwspanialszych doznań, wpadają do żołądka. Poczuł spełnienie marzeń, wielką radość i błogą rozkosz. Głód odchodził, znikał, a pojawiało się uczucie szczęścia.

Nad nim dalej migotały gwiazdy i znowu poczuł dojmujący ścisk żołądka, ale głównie zawód, że te doznania, których przed chwilą doświadczył, okazały się tylko złudą. Wstał, otrzepał się z siana. Było zupełnie ciemno. Bartosz Bator wiedział jedno: musi natychmiast coś zjeść. W tym momencie to było ważniejsze od wszystkiego. Tyle razy już myślał, że znajdzie gdzieś miejsce, w jakimś gospodarstwie, będzie ciężko pracował, pomagał, ale się wreszcie naje do syta i zaśnie pod dachem. Udawało się czasem na jedną, dwie noce. Czasami miał nawet jakąś pracę na dzień lub dwa, ale ciągle nic stałego, a tym bardziej nic, co by mogło zmienić jego życie i losy rodziny.

Wyszedł ze stodoły, podszedł do chałupy stojącej obok. Zawahał się, rozejrzał. Zacisnął pięść, jakby chciał kogoś pobić. Zrobił duży zamach, a potem już uderzał serią jak z karabinu. Nie zastanawiał się, jakie to będzie miało konsekwencje. Był obdarty, brudny, śmierdzący, widać było, że chodzi po wsiach i żyje z tego, co ludzie mu z łaski rzucą, nie wzbudzał zaufania. Cisza, nikt się nie ruszał, nie było słychać żadnego dźwięku, który mógłby świadczyć, że przynajmniej ktoś jest w środku.

"Musieli to słyszeć" – pomyślał Bartosz.

Walenie w drzwi całą pięścią było tak silne, że zbudziłoby umarłego, zwłaszcza że odbywało się w środku nocy, gdy każdy szelest słyszy się podwójnie. Na pewno słyszał je sam Pan Bóg lub diabeł. Bartosz uderzył następną serią, jeszcze mocniej. Cisza była tak samo głęboka jak przed chwilą. Odsunął się od chałupy i zszedł dwa schodki niżej. Obszedł ją dookoła, chociaż bezksiężycowa ciemność utrudniała poruszanie się. Jedynie migoczące gwiazdy dawały trochę światła. Próbował zajrzeć przez okno, ale nic nie widział. Nagle, gdy był już z drugiej strony chałupy, poczuł silne uderzenie w plecy. Osunął się na trawę. Pamiętał, że był głodny. Stracił przytomność.

Gdy po jakimś czasie otworzył oczy, usłyszał czyjeś słowa:

– Walnij go w pysk, to się ocknie.

Bartosz poczuł, jak ktoś uderza go otwartą dłonią w twarz.

– Co jest? Przestań! – krzyknął.

– Teraz to "przestań"!? – odezwał się głos dobiegający z ciemnej strony pomieszczenia.

– Kto ty jesteś? Gdzie jesteś? – zawołał Bartosz.

– Kto ja jestem? Kim ty jesteś? – zabrzmiał głos z głębi pomieszczenia. – To ty waliłeś do drzwi. Chciałeś nas obrabować? Sprawdzałeś, czy nikogo nie ma w domu?

Bartosz poczuł, że nie może ruszyć ani ręką, ani nogą. Nie wiedział, co się dzieje, było ciemno i nic nie widział.

– Co to? Dlaczego nie mogę się ruszyć?

– Bo bandytów się wiąże i oddaje policji.

– Ja nie jestem bandytą.

– A kim?

– Jestem głodny. Nazywam się Bartosz Bator, muszę coś zjeść, tylko tyle.

– Dlaczego waliłeś w drzwi? W nocy się śpi, nie łazi się po domach, a tym bardziej się nie żre. W nocy łażą tylko bandyci i złodzieje.

– Nie jestem ani bandytą, ani złodziejem – odparł Bartosz. – Zawsze szukam zajęcia, teraz żadnego nie mam, ale jeść muszę. Już nie wytrzymuję, dlatego pukałem.

– Ty nie pukałeś, tylko waliłeś.

– Tak, może, ale musiałem. Odwiążcie mnie!

– Skąd mamy wiedzieć, że nie jesteś złodziejem albo kimś jeszcze gorszym?

– Odwiążcie mnie, jestem uczciwy! – zawołał Bartosz. – Ja tylko szukam pracy i jedzenia. Dajcie mi jeść. Ja to odpracuję.

– Odwiąż go – polecił stary głos z głębi pomieszczenia.

– Ale ojciec, nie wiadomo, co on nam może zrobić!

– Nic wam nie zrobię i nic nie chciałem zrobić, chcę tylko coś zjeść.

– Odwiąż go – zadźwięczał głos starszego pana.

– Ale ojciec...

– Powiedziałem, już!

Młodszy odpiął paski z rąk i nóg Bartosza, którymi ten był przymocowany do ławy.

Bator uniósł głowę i zaczął rozmasowywać sobie nadgarstki. Szybkim ruchem usiadł i chwycił się dłońmi za kostki u nóg.

– Nie tak gwałtownie, powoli – powiedział młodszy mężczyzna. – Musimy cię kontrolować.

– Idź do chałupy i przynieś chleba – polecił starszy.

– Jak to? – zapytał młodszy.

– Rób, co mówię, i nie zadawaj pytań. Przynieś chleb, tę dużą pajdę, co ją wieczorem odkroiłem. Leży na stole.

– Ale ona jest ze smalcem.

– O nią mi chodzi. Przynieś ją tutaj.

Młody, ociągając się, poszedł, by wykonać polecenie ojca. Przyniósł wielką pajdę świeżego chleba, na której lśniła warstwa jasnego smalcu ze skwarkami.

– Przyniosłem, jak ojciec kazał.

– To dobrze, teraz mu ją daj.

– Masz, weź – zwrócił się młody do Bartosza.

Bartosz wyciągnął rękę, ale było tak ciemno, że nic nie widział, poczuł jedynie zapach świeżego chleba i smalcu, który uderzał mu przez całą noc do mózgu.

– O Boże! Dziękuję.

– Zapal świecę, tę dużą, co stoi w rogu – zarządził starszy.

Młodszy zapalił świecę, a po chwili knot zabłysnął jasnym płomieniem i rozświetlił całe pomieszczenie.

Bator ujrzał dwie postacie. Jedna, młodsza, stała obok niego z wielką pajdą chleba ze smalcem. Źrenice Bartosza się rozszerzyły, mężczyzna przełknął ślinę i dostrzegł skwarki poukładane równo, stojące na chlebie jak żołnierze w szeregu. Jeszcze bardziej powiększyły mu się oczy, głośniej westchnął i ponownie przełknął ślinę.

– Daj mu to, nie drażnij się z nim – powiedział starszy i podszedł bliżej do ławy, na której siedział Bartosz.

Ukazała mu się poorana twarz, na której bruzdy układały się w regularny, harmonijny wzór. Na głowie zobaczył burzę siwych włosów, które zakrywały uszy, a z przodu – sumiaste wąsy zakręcone do góry.

– Daj mu to, jak mówię – powtórzył lekko poirytowanym tonem.

Młody wyciągnął rękę z pajdą chleba ze smalcem. Bartosz wyciągnął swoją delikatnie, jakby brał do ręki drogocenny porcelanowy wazon. Zaczął unosić chleb do ust z wielkim namaszczeniem, żeby nie uszkodzić tego, co właśnie zostało mu podarowane. Wpatrywał się w pajdę chleba ze smalcem jak zahipnotyzowany. Mijały długie sekundy.

– Jedz – zachęcił starszy. – Zacznij w końcu jeść – ponaglił go trochę ostrzejszym tonem. – Wiem przecież, że jesteś bardzo głodny.

Bartosz bardzo powoli uniósł kromkę do ust. Zbliżała się milimetr po milimetrze, tak że czuł ją już wszystkimi zmysłami, chociaż jeszcze nie ugryzł ani kęsa. Coraz mocniej i wyraźniej wyobrażał sobie, co się stanie, gdy ją napocznie. Czy smak, jakiego się spodziewał, będzie równy jego wyobrażeniom? Ugryzł i powoli, z namaszczeniem, jakby dokonywał jakiegoś świętego rytuału, rozgryzał kolejne kawałki chleba, rozmasowując smalec i skwarki dokładnie po całym podniebieniu, żeby w pełni i do końca doświadczyć smaku i tej radości, gdy uczucie głodu zaczyna powoli się zmniejszać, aż w końcu znika, aż pozostają zadowolenie i satysfakcja, które są objawem poczucia panowania nad ciałem i siły wynikającej z kolejnej obrony przed zbliżającym się końcem.

– Masz gdzie spać? – zapytał starszy.

To pytanie, na które Bartosz zawsze czekał w nadziei, że ktoś zainteresuje się jego złym losem, nagle jakby go nie dotyczyło. Teraz to, co robił, czyli dojadanie kromki chleba ze smalcem, było dla niego najważniejszą czynnością i na tym był w pełni skupiony.

– Masz gdzie spać? – powtórzył pytanie mężczyzna.

Bartosz Bator przełykał chleb ze smalcem powoli, koncentrując się na każdej chwili i na każdym doznaniu, jakiego doświadczał, gdy miał chleb, smalec i skwarki w ustach. Gdy przełknął i pożywienie poszło dalej, miał chwilę, by przed kolejnym kęsem zająć się odpowiedzią na pytanie, jakie zadał mu starszy.

– O tam, tam już byłem. – Pokazał na stodołę ośmielony dobrocią starszego mężczyzny.

– Prześpisz się w stodole – zarządził starszy mężczyzna, jakby nie zważając na to, co odpowiedział Bartosz.

"Boże, jakie życie bywa piękne, jakie bywa wspaniałe. Mam w ręku wielką, pachnącą pajdę chleba ze smalcem, na której jeszcze sterczą skwarki, mogę legalnie spać w ciepłym sianku. Jakie życie jest piękne!" – pomyślał.

– Jutro rano zdecydujemy, co dalej – powiedział starszy mężczyzna, odchodząc, po czym zwrócił się do syna: – Idziemy. – Na koniec spojrzał jeszcze raz na Bartosza i rzekł: – Po drabinie wejdź na górę do stodoły i tam możesz spać.

– Wiem – odparł Bartosz.

– Tylko niczego nie spal – dodał starszy mężczyzna.

Bartosz został sam z pajdą chleba w ręku. Patrzył na nią i na wielką świecę palącą się w rogu pomieszczenia, do którego został wciągnięty. Znowu zastygł w bezruchu. Po chwili wstał, zgasił świecę i powoli wszedł na górę do stodoły, tam skąd przed godziną wyszedł. Położył się. Ukojony i z nadzieją zasnął głębokim snem, takim, jakim śpią ludzie spokojni o swoją przyszłość, nieznający strachu, zasypiający bez tego charakterystycznego skurczu żołądka, który dławi i powoduje bezsenność. Takim snem zasypiają też dzieci nieświadome tego, co je niedługo czeka, ani tego, ile trudu będą musiały znieść, by życie je zaakceptowało. Twarz Bartosza była spokojna, malował się na niej delikatny uśmiech. Wtedy właśnie mężczyzna po raz kolejny przełykał pachnący chleb ze smalcem i skwarkami. Długo delektował się tymi smakołykami, bo uśmiech na jego twarzy utrzymywał się jeszcze przez chwilę po zaśnięciu.

Gdy otworzył oczy, świtało. Wstał, kromki ze smalcem nie znalazł. Zdenerwował się, ale potem przypomniał sobie, że ją zjadł poprzedniego wieczora. Pamiętał każdy szczegół, każdą chwilę, jej zapach i tę wspaniałą nadzieję, która dominowała nad wszystkim, co się wydarzyło. Pamiętał dobrze, że pragnął tej pajdy chleba ze smalcem jak niczego przedtem. Gdy ugryzł pierwszy kęs, opanowało go uczucie całkowitego spełnienia. A gdy przełknął ostatni – wielkiego smutku, że to już koniec i że na powtórzenie tej sytuacji będzie musiał czekać zapewne bardzo długo.

Po przebudzeniu czuł jeszcze w ustach smak i zapach chleba i skwarek. Martwił się tylko, że sam się najadł, a jego żona i dzieci zapewne głodują. Poczuł wyrzuty sumienia, poczuł się źle, jakby swoim odebrał jedzenie.

"Powinienem im to zanieść, jakoś dostarczyć. Tylko jak?" – zastanawiał się.

Wiedział, że teraz nie jest w stanie pomóc swojej rodzinie, ale próbuje coś załatwić, aby raz na zawsze poprawił się ich los.

"Z drugiej strony gdybym był z nimi w chałupie, to i tak zjadłbym większość, bo taka jest kolej rzeczy. Nie mogłoby być inaczej. To ja najciężej pracuję, więc też jem najwięcej. Jestem w końcu najważniejszy w tej rodzinie. Jestem głową tej rodziny, pozostali muszą mnie słuchać i podporządkować się mojej woli. Maryśka by nie dopuściła do tego, bym nie wziął największego kawałka chleba. Pewne zasady są nienaruszalne. Przecież gdy siedzimy w domu i coś jemy, ja zaczynam, pierwszy sobie nakładam i decyduję, ile zostawię dla reszty".

Bartosz pocieszał się, jak mógł, a na myśl o chlebie ze smalcem przełknął ślinę.

"Wczoraj to był piękny, niezapomniany wieczór" – pomyślał.

Marzył o chałupie, w której już na stałe mógłby mieszkać ze swoją babą i z dzieciakami, w której nie ma dziur, a w zimie jest ciepło, i woda w wiadrach nie zamarza. Widział siebie i rodzinę najedzonych i należycie ubranych, zadowolonych z pewnej przyszłości. Ciągle brakowało mu tego poczucia bezpieczeństwa. Ciepły piec i pełna kartofli piwnica. Tego chciał, o tym marzył, gdy chodził po wsiach i prosił o jakieś zajęcie. Te myśli go przytłaczały i nie potrafił myśleć o niczym innym. Wyobrażał sobie, jak to będzie, gdy tak w końcu się stanie. Wierzył głęboko, że pewnego dnia jego marzenia się spełnią, że stanie się cud, że ktoś poda mu pomocną dłoń, a on sam już się postara, że będą razem siedzieli w cieple, najedzeni i spokojni o przyszłość. Nie wiedział tylko, kiedy i w jaki sposób się to ziści. Modlił się o to każdego wieczora, a gdy wychodził z chałupy w poszukiwaniu szczęścia, przykazał wszystkim, i Maryśce, i dzieciom, by każdego dnia przed spaniem modlili się żarliwie w intencji takiej przyszłości. Z takimi myślami Bartosz zasypiał i z takimi też się budził. Ludzie dawali mu kawałek chleba od czasu do czasu, ale bywały takie dni, że nie natrafiał na ludzkie zmiłowanie. Wtedy głodował, a gdy już nie dawał rady, wkradał się do ziemianek, w których chłopi trzymali zapasy. Nie zawsze mu się to udawało. Wówczas uciekał w sen, chciał przespać to wzmagające się uczucie przeraźliwego ssania w żołądku, ale najczęściej głód nie pozwalał mu na zaśnięcie, więc leżał na sianie, tam gdzie się właśnie zakradł, i patrzył bezmyślnie na chmury przesuwające się ponad dziurami w sklepieniu szałasów czy stodół.

Rozdział 2Jezusik

Bartosz szedł obdarty i brudny, żywiąc nadzieję, że ktoś się nad nim zlituje. Nie wyglądał zachęcająco. Nogi grzęzły mu w błocie. Mijał kolejne chałupy. Zawsze mierzył, gdzie pukanie może przynieść ewentualny sukces, a gdzie te szanse są mniejsze. Sam nie wiedział, co o tym decydowało, ale chyba głównie wygląd domów. Te gorsze omijał, chyba słusznie, walił do tych lepszych, bardziej zamożnych. Była jesień. Chłód doskwierał już bardzo mocno. Padał lekki deszczyk, ale że działo się tak od trzech dni, Bator był prawie całkowicie przemoczony. Trzy dni nic nie jadł, udało mu się zebrać na skraju lasu jedynie garść jagód, które pochłonął błyskawicznie, i spróbował zaspokoić pragnienie, popijając wodą ze strumyka. Wiedział, że musi się ogrzać i coś zjeść, bo tak dłużej już nie da rady. Trząsł się z zimna. Cały czas przed oczami miał główny cel swojej wędrówki: stałe zajęcie i chatę, gdzie mógłby sprowadzić swoją rodzinę.

Było popołudnie, panowała prawie całkowita ciemność, na wsi nie było żadnego oświetlenia, tylko od czasu do czasu w jakimś oknie migotała maleńka świeczka. Typowa jesienna szarówka. Nie było widać ani księżyca, ani gwiazd. Szedł przemoknięty i ledwo powłóczył nogami. Był bardzo zmęczony. Brnięcie w błocie jeszcze go osłabiało. Znajdował się na granicy całkowitego wyczerpania, tylko ta myśl, po co to robi, dodawała mu sił, więc stawiał kolejny ciężki krok. Nie miał nawet gdzie siąść, żeby choć trochę odpocząć, bo wilgoć i błoto na to nie pozwalały. Szmaty, które miał na sobie – bo nie można było nazwać ich ubraniem – były tak przemoczone, że z każdym krokiem woda lała się z nogawek i rękawów. Zalewała mu oczy, co jeszcze dodatkowo utrudniało poruszanie się w terenie. Tylko wiara, że spełni swoje marzenia, pozwalała mu iść dalej. Głęboko wierzył, że w końcu coś znajdzie, że spotka kogoś, kto mu pomoże, nie odmówi strawy, pozwoli się ogrzać i wysuszyć rzeczy, da zajęcie i pozwoli pozostać na stałe. Będzie mógł sprowadzić wszystkich, całą rodzinę. Bartosz był pewien, że tak się w końcu stanie.

– Nieszczęścia nie mogą trwać wiecznie – powtarzał.

Gdy tak szedł wycieńczony, z poobcieranymi stopami, zapominał o swoich.

"Teraz muszę usiąść, ogrzać się, zjeść, stopy opatrzyć i się przespać w cieple".

To był moment, w którym jego cierpienie było na tyle duże, że przysłaniało wszystkie inne cele, które chciał osiągnąć tą tułaczką.

"Muszę za wszelką cenę wejść do jakiejś stodoły" – zdecydował w myślach.

Nogi miał już tak poranione i zmęczone, że ledwo nimi powłóczył. Zauważył, że prawie się nie przemieszcza. Jego kroki stały się bardzo małe, przesuwał się po parę centymetrów. Był we wsi, mijał kolejne chałupy, w każdej panowała ciemność. Szukał takiej, w której paliłaby się chociaż najmniejsza świeczka, bo to by oznaczyła, że jeszcze tam nie śpią.

"Lepiej zastukać, gdzie nie śpią. Jeśli pobudzę ludzi, to będą bardziej niechętni, może jeszcze mnie psami poszczują albo pobiją. Na pewno lepiej tam, gdzie się świeci".

Gdy szedł, obmyślał, co powie, kiedy otworzą mu drzwi, jak się zachowa. Nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, jak wygląda. Jego wygląd był tragiczny, napawał wstrętem i niechęcią. Zastanawiał się, co powinien powiedzieć, żeby się go nie przestraszyli, żeby dali mu coś do jedzenia i jakiś kąt do spania.

"Nie, spania nikt mi nie da" – pomyślał. "Co najwyżej kawałek chleba, jak dobrze pójdzie. Ale przecież muszę mieć stałe zajęcie".

Jakby nagle przypomniał sobie, po co chodzi po wsiach.

"Tylko wtedy będę miał nadzieję, będę mógł sprowadzić moich bliskich. Co oni teraz robią? Jak sobie radzą?"

Szedł i rozmyślał.

"Chłopaki może pasają krowy, a dziewczyny gęsi. Dziewczyny może jeszcze pomagają komuś w chałupie, a chłopaki robią jakieś naprawy gdzieś u obcych. Maryśce może udało się złapać robotę w polu, przecież trwają prace jesienne. Ciężka robota, ale lepiej wynagradzana niż pasanie krów czy gęsi".

Nagle Bartosz pomyślał, czy dobrze robi, że tak wędruje w poszukiwaniu pracy, szczęścia i lepszego życia.

"Przecież mógłbym tam na miejscu być parobkiem u kogoś. W końcu ktoś by mnie przyjął".

Zaraz jednak się zreflektował, że tam, gdzie jest cała jego rodzina, miałby jeszcze większe kłopoty ze znalezieniem stałego zajęcia. Poza tym nie dałby rady zarobić tyle, by jakąś lepszą chałupę spłacać, taką, w której byłoby ciepło. Właśnie dlatego ruszył na te poszukiwania, bo u siebie tego wszystkiego nie mógł dostać.

Pomyślał, że musi znaleźć stałe zajęcie i jakiś dach nad głową. Utwierdził się w przekonaniu, że jednak jest na właściwej drodze, choć bardzo uciążliwej, ale musi to wytrzymać. Nie miał już siły. W żadnej chałupie nie dostrzegał najmniejszego światełka, nigdzie nie migotała żadna świeca. Bartosz był tak wycieńczony, że w końcu siadł na poboczu drogi, gdzie było trochę zielonej trawy, wprawdzie mokrej, ale zawsze to nie błoto. Nie zwracał już uwagi na drobiazgi, zobojętniał w obliczu totalnego zmęczenia, głodu i ran na nogach.

Wziął do ręki polano, które akurat leżało obok. Prawdopodobnie ktoś je upuścił, niosąc naręcze do swego domu. W kieszeni marynarki miał kozik. Wyjął go i otworzył. Kozik chwycił w prawą rękę, a polano w lewą. Zaczął strugać, jakby od niechcenia, długimi, zamaszystymi ruchami. Ścinał poszczególne warstwy drewna bezmyślnie, jakby bez celu, kawałek po kawałku, warstwa po warstwie. Pracował powoli, wykonywał takie same powtarzalne ruchy, sprawiał wrażenie, jakby był w transie. Patrzył na polano i na jego powierzchnię, która stawała się coraz cieńsza. Nagle zmienił sposób trzymania kozika i zaczął gwałtownie uderzać nim w drewno, trzymając rękojeść całą dłonią. Z polana zaczęły odpadać szczapki drewna, małe płaskie kawałki, a dotąd bezkształtny kawał zaczął przybierać kształty, które można już było rozpoznać. Powstawały wgłębienia, które Bartosz powiększał i cyzelował. Ponad wgłębieniami pojawiły się, nie wiadomo kiedy, wypukłości i krągłości. Mężczyzna pracował coraz dokładniej. Jeden wzgórek pionowo czyścił i gładził kozikiem, drugi, poprzeczny, dokładnie wyrabiał i pieścił. Po bokach gładził dwa wystające wierzchołki.

"Jeszcze tylko parę ruchów i gotowe" – pomyślał.

Jezus – jego twarz, nos, usta, głowa. Pociągły podbródek.

Bartosz ukończył swoje dzieło.

"Wyrzeźbiłem twarz Jezusa. Gdy zapukam do jakiejś chałupy, wtedy go ofiaruję. Przecież nikt w Polsce nie odwróci się od Chrystusa".

Ta myśl wyraźnie napełniła go radością i przekonaniem, że znalazł sposób, by przynajmniej dostać coś do zjedzenia. Wstał powoli, ostatkiem sił, był bardzo zmęczony. Nogi miał ciężkie jak drewniane kłody, jakby ktoś przyczepił mu do nich wielkie ciężary.

"Nie mogę więcej siadać, bo potem wstanie staje się wielkim problemem".

Nie czuł już, że jest całkowicie przemoczony. Przyzwyczaił się do tej sytuacji. Zrobił ostrożnie pierwszy krok, potem drugi i już poszło, było coraz lepiej. Udało się, powoli ruszył do przodu. Teraz szedł od chałupy do chałupy, brodząc w błocie i wodzie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Nie zwracał uwagi na warunki, jakie go otaczały. Wypatrywał tylko małego światełka, które by świadczyło, że ktoś nie śpi, że można tam zapukać bez większych obaw. Tam gdzie się nie świeciło, nie chciał pukać. Obawiał się, że ludzie wyrwani ze snu będą jeszcze bardziej przestraszeni, a zatem agresywni i nieskorzy do pomocy. Gdy zobaczą obcego, obdartego, zarośniętego, zareagują strachem i odmową lub nawet atakiem z użyciem kija, wideł lub gryzącego psa. A tego za wszelką cenę chciał uniknąć.

Było ciemno, ale późnym popołudniem pod koniec października zawsze jest ciemno. O tej porze dnia na wsi już była noc, wszyscy spali, oszczędzając świece, a co najmniej leżeli. Wstawali wcześnie rano, mimo że prac polowych nie było. Nawet ci, którzy nie hodowali zwierząt, nigdzie się nie wybierali i nie mieli żadnych specjalnie pilnych zajęć. Przyzwyczajenie było silniejsze od konieczności. Rano lekko przemywali twarz, wkładali wierzchnią odzież, wypijali kubek gorącego mleka i siedzieli w izbie bezczynnie aż do południa, jedli trochę kartofli, czasami okraszonych skwarkami, i znowu siedzieli bezczynnie aż do wieczora, a potem szybko uciekali w sen, by ten dzień wreszcie się skończył. Jeśli był inwentarz, to mieli zajęcia, które już trochę inaczej odmierzały czas. Poza tym gdy się śpi, nie chce się jeść, więc można zaoszczędzić na ziemniakach i świecach.

Nagle Bartosz zobaczył w oddali migoczący punkt. Wyraźnie przyspieszył kroku, jakby dostał dodatkową porcję energii. Szedł szybciej, przestał odczuwać zmęczenie, nogi stały się lekkie i niosły go same coraz dłuższymi krokami. Teraz maszerował jak żołnierz na paradzie wojskowej. Krok miał długi i sprężysty, nic nie zostało z tego dziadowskiego człapania, z tego powłóczenia nogami. Sił mu przybyło nie tylko w nogach, ale także w całym ciele. Sunął do przodu niesiony euforią, jakby dobry Bóg natchnął go mocą. Światełko było coraz bliżej. Nadzieja go uskrzydliła. Na twarzy pojawił się lekki uśmiech. Dotarł do płotu, za którym stała chałupa, ale było tak ciemno i powietrze było tak zamglone, że jej właściwie nie widział, jedynie to światełko dawało znać, że jest tam jakiś dom i że są tam jacyś ludzie. Bartosz stanął przed bramą zamkniętą na skobel i wtedy ogarnęły go wątpliwości i lęki.

"Czy aby ci ludzie, którzy są za ścianą, na wyciągnięcie ręki, i grzeją się przy piecu, okażą mu zrozumienie? A jeśli go przegonią?"

Wiedział jednak, że musi zapukać, w końcu po to wędrował z dala od swoich, by wreszcie osiągnąć cel swojej tułaczki. Zrobiło mu się niedobrze, ale siłą woli nie zwymiotował, chociaż właściwie nie miałby czym, bo nie jadł od trzech dni. Wiedział na pewno, że musi coś zjeść, że dalej bez jedzenia i picia nie da rady. Głód wygrał ze strachem. Bator wyjął skobel w bramie i ostrożnie zrobił pierwszy krok, potem drugi. Wszedł na posesję. Była to duża chałupa otoczona płotem, właściwie wyglądająca jak dwór, ale Bartosz nie był w stanie dokładnie się przyjrzeć, gdyż było tak ciemno, że dostrzegał jedynie jej zarysy. Obok domu stały stodoła i jeszcze dwa inne zabudowania.

"Bogate gospodarstwo" – pomyślał. "To dobrze".

Wszedł na dwa murowane schodki przed drzwiami wejściowymi. Spojrzał na nie, otworzył szeroko oczy i wydusił z siebie coś w rodzaju lekkiego uśmiechu. W lewej ręce trzymał wyrzeźbionego przez siebie Jezusika, a prawą dłoń zwinął w pięść i z całą mocą kilka razy uderzył w drzwi. Stał i czekał na reakcję, nadsłuchiwał, czy ktoś podchodzi. Nie dotarł do niego żaden szmer, który mógłby wskazywać, że w środku ktoś jest i może zaraz otworzyć drzwi. Bartosz przytknął do nich ucho, ale mimo to nic nie usłyszał. Ponownie mocno uderzył w drewniane skrzydło drzwi. Cofnął się o krok. Nadal nic. Zrobił parę kroków do tyłu i spojrzał w małe okienko, w którym przed chwilą paliło się światełko. Światła już nie było. Ze środka biła jedynie nieprzenikniona ciemność i nawet sokół nie byłby w stanie dostrzec, czy jest tam ktoś, czy nie. Bartosz się zawahał, nie wiedział, czy podjąć jeszcze jedną próbę. Wizja jakiejkolwiek strawy okazała się jednak silniejsza niż rosnąca obawa. Uderzył pięścią po raz kolejny i odskoczył od drzwi, a po chwili cofnął się aż do bramy. Stał i przypatrywał się wejściu.

Nagle zauważył cień błyskawicznie przesuwający się obok niego. Zwalistą postać z długimi, opadającymi po obu stronach brody wąsami i wielkie wybałuszone oczy ograniczone od góry krzaczastymi brwiami niczym drugą parą wąsów, które zamykały czoło i oddzielały je od oczu. Bartosz wysunął bezwiednie ręce do przodu, pokazując Jezusika, którego na nich trzymał.

– To dla was, gospodarzu.

Deszcz padał bez przerwy, a przeszywające zimno przenikało ciało Bartosza na wylot. Przebijało kręgosłup, tnąc go na pół, jakby ktoś tysiące szpilek wbijał do środka. Szpilki wdzierały się przez łydki i uda do kości, a nos i uszy traciły czucie. Bartosz otworzył oczy, nie wiedział, gdzie jest. Chciał się rozejrzeć, ale nic nie widział. Ręką przeciągnął po włosach, które mu spadły z czoła na oczy. Poczuł lepką maź na twarzy, pełną szorstkości i wilgoci. Po odgarnięciu włosów nadal nic nie widział. Mocno wytężał wzrok, żeby zorientować się, gdzie jest. Panowała czarna noc. Deszcz dalej padał. Nagle zorientował się, że leży na ziemi w błocie i w wodzie. Jest oblepiony nie tylko błotem, lecz także czymś lepkim. Przybliżył palce do oczu, chciał zobaczyć, co ma na rękach. Nic nie widział. Wysunął język i delikatnie dotknął go palcem. Poczuł dziwną lepkość i jakby słodycz. W pierwszej chwili nie wiedział, co to jest, ale zaraz skojarzył ten smak i zapach: w ustach miał krew.

Ręką dotknął głowy, poczuł duży ból. Palcami wyczuł, że głowę ma rozbitą, włosy posklejane, lepkie, a czoło rozcięte na całej szerokości.

"Dawałem im Jezusika" – przypomniał sobie.

– Halo, człowieku, ocknij się! Halo!

Bartosz zobaczył nad sobą okrągłą twarz.

– Człowieku, ocknij się.

Obca dłoń dotykała jego twarzy. Bartosz miał otwarte oczy. Chciał się zorientować, gdzie jest i co się wokół niego dzieje.

"Leżę w łóżku" – pomyślał. "Boże, w prawdziwym łóżku nie leżałem od dzieciństwa. Gdzie jestem i skąd się tu wziąłem? Ale to chyba dobrzy ludzie? A może to wszystko mi się tylko śni?"

Bartosz ruszył głową, zaczął się rozglądać. Leżał w białej pościeli. W rogu izby na stoliku paliły się dwie świece. Twarz nieznajomego była wyraźnie widoczna.

– Gdzie ja jestem? Co ja tu robię?

Dotknął bezwiednie głowy i poczuł na niej czapkę. Ściśle przylegała do głowy, zakrywając czoło, wszystkie włosy i kawałek szyi.

– Po co mi czapka? – zapytał zdziwiony.

– Zrobiłem ci opatrunek – wyjaśnił nieznajomy – owinąłem głowę, zrobiłem okład. Masz rany na głowie. Krew ci płynęła jak z kranu, ale teraz jest już dobrze, zatamowałem krwawienie, więc będzie coraz lepiej. Teraz musisz wypoczywać, a za parę dni wydobrzejesz. Przebrałem cię też w suche ubrania, tamte były podarte, brudne i przemoczone, nadawały się tylko do wyrzucenia. Gdy będziesz już silny, zabierzesz sobie te nowe.

Bartosz poczuł się jak w niebie. Uświadomił sobie, że ten człowiek o zwalistej posturze, z wielkimi wąsami i krzaczastymi brwiami, któremu chciał ofiarować wyrzeźbionego przez siebie Jezusa, musiał go znienacka walnąć czymś mocno w głowę.

– A gdzie jest mój Jezusik? – odezwał się nagle do nieznajomego.

– Jaki Jezusik?

– Mój, miałem go ze sobą, wyrzeźbiłem go.

– Nie wiem, nie widziałem, nie miałeś go ze sobą, gdy cię znalazłem.

– Jak to? Gdy pukałem do tego domu, gdzie paliła się świeca, chciałem go ofiarować za pomoc.

– Przykro mi, ale gdy cię znalazłem, niczego nie miałeś.

– Ktoś musiał mi go zabrać – stwierdził Bartosz. – Mówisz, że miałem zakrwawioną głowę?

– Tak, bardzo krwawiłeś. Leżałeś na drodze, usłyszałem hałas, wyszedłem. Nikogo nie zauważyłem, tylko ciebie po chwili. Byłeś nieprzytomny, poraniony, przemoczony i oblepiony błotem. Zaniosłem cię do mojej chałupy. Umyłem cię i położyłem do łóżka, opatrzyłem ci rany. W tym wszystkim pomagała mi moja żona Anna. Leżałeś parę godzin, majaczyłeś, musiałeś mieć gorączkę. Anna robiła ci okłady. Potem spałeś dwanaście godzin. Dopiero teraz się obudziłeś, a właściwie ocknąłeś.

– Dziękuję – rzekł Bartosz. – Jak mam się do ciebie zwracać?

– Antoni, jestem Antoni.

– A dalej?

– Antoni Małecki.

– Ja nazywam się Bartosz Bator. Gdy szedłem przez tę waszą wieś, zauważyłem światełko w oknie, jedynie tam się paliło, i w dodatku było to światło chyba nie od świec, tylko elektryka, prawdziwa elektryka. Dom ogrodzony płotem.

– Znam ten dom. Tu u nas tylko jeden dom jest ogrodzony i tam rzeczywiście jest elektryczność. Nigdzie we wsi nie ma, tylko tam. Tam mieszka Franciszek Niezgoda.

– To on mnie pobił? To on na mnie napadł, jak mu chciałem dać mojego Jezuska?

– Nie wiem, raczej to niemożliwe, to musiał być ktoś inny.

– Ale dom z płotem, bardzo elegancki dwór.

– To jest dom Franciszka Niezgody.

– Dlaczego mnie uderzył? Ja tylko chciałem mu dać Jezuska i prosić o kawałek chleba. Szukam jakiegoś zajęcia na stałe, ale nie zdążyłem nic powiedzieć.

– To dziwny człowiek – powiedział Antoni – żyje samotnie, mieszka z nim jedynie jego służący. Prawie w ogóle nie opuszcza swojej posesji, do nikogo się nie odzywa. Jest najbogatszy we wsi, ma ponad dwieście hektarów ziemi. U niego pracuje dużo ludzi, bo sam by tej ziemi nie obrobił.

– To przecież mógł mi pomóc.

– Wprawdzie nie mam z nim bliższych kontaktów i przypuszczam, że może się boi obcych, ale on nie atakuje ludzi. Ani on, ani jego służący. Oni żyją spokojnie i nie są agresywni.

– Dlaczego więc mnie pobił? Właśnie szukam pracy i mógłbym mu się przydać. Jesteśmy z Michałowa, ja, moja baba i sześcioro dzieci. Nie mamy nic, nie mamy własnego gospodarstwa. Robimy tylko u ludzi, nie mamy stałej roboty, dlatego chodzę i szukam. Dlaczego nie zapytał mnie, czego chcę?

– Nie wiem – odparł Antoni. – Może w nocy się bał?

– Pewnie czuje się ważny, wynosi się ponad innych, co?

– Raczej nie. Siedzi u siebie spokojnie i nie przejawia takich cech. Ja przynajmniej nie zauważyłem niczego takiego.

– A jaka to wieś?

– Nowy Świat.

– Co?

– Nowy Świat – powtórzył Antoni.

Bartosz odchylił kołdrę i zobaczył, że ma na sobie czyste rzeczy.

– Ty mi to wszystko dałeś?

– Byłeś cały mokry, okropnie brudny, w błocie i we krwi. Umyłem cię i przebrałem. Byłeś nieprzytomny, ale to nie ma znaczenia. Nie jesteśmy bogaci, ale ci pomożemy.

Bartosz zasnął.

Antoni zgasił świecę i wyszedł z izby.

Bartosz zwiesił nogi z łóżka, wyprostował mocno kręgosłup. Wstał i próbował sprawdzić, w jakiej jest kondycji. Przenosił ciężar ciała z nogi na nogę. Był ciekaw, czy już jest na tyle silny, by wstać i czymś się zająć. Miał świadomość, że leżał wiele dni. Czuł się wypoczęty jak nigdy przedtem. Był najedzony i zadowolony. Czuł, że wreszcie trafił tam, gdzie chciał, w miejsce, jakiego szukał tyle czasu.

"Jednak się opłaciło" – pomyślał. "Antoni mi pomoże. Czuję, że jest dobrym duchem, którego szukałem".

Zrobił kilka kroków w kierunku drzwi. Za nimi była druga izba, w której na środku stały stół i cztery krzesła. Ostrożnie postąpił dalej, i usiadł za stołem zmęczony, a jednocześnie zadowolony, że dochodzi do siebie i że niedługo na pewno powróci do swojej dawnej kondycji.

Gdy leżał w łóżku, Antoni przynosił mu kaszę i wodę. Karmił go, a on jadł i pił zupełnie bezwiednie. Teraz tego w ogóle nie pamiętał.

– Jesteś głodny, Bartoszu? – spytał Antoni.

Bartosz się zastanowił.

– Właśnie, przecież ja nic nie jadłem od czasu, gdy tu dotarłem, gdy mnie znalazłeś.

– Bartoszu, już byś z głodu umarł. Jesteś u nas dziesięć dni. Ja cię karmiłem każdego dnia, a Anna, moja żona, przygotowywała jedzenie dla ciebie. Nie pamiętasz, ale tak było.

– A ja sądziłem, że u ciebie jeszcze nic nie jadłem. Ale teraz coś bym zjadł, wreszcie świadomie, skoro mi o jedzeniu przypomniałeś.

– Zaraz ci przyniosę ziemniaków ze skwarkami i chleba ze smalcem.

– O tak, ze smalcem! – wykrzyknął Bartosz.

"Znalazłem wreszcie dobrego człowieka, który rozumie innego. Zostanę tu, a potem sprowadzę wszystkich. Tutaj będę szczęśliwy. Wiele wycierpiałem, ale w końcu dobry Bóg się nade mną zlitował. Teraz zjem, a potem może znajdę tu jakąś robotę".

– Anna zaraz przyjdzie i przyniesie ci coś do jedzenia.

Weszła wysoka kobieta o regularnych rysach, wydatnym nosie i wypukłych policzkach. Była szczupła, uwidaczniały się wyraźnie jej biust i pośladki, które przy każdym kroku jakby puszczały oko do Bartosza i próbowały wzniecić w nim mężczyznę. Zwrócił na nią uwagę, chociaż był osłabiony i jeszcze do końca nie doszedł do siebie. Wyglądem zupełnie odbiegała od kobiet, jakie można było spotkać na wsi. Cała jej postać, sposób poruszania się, poszczególne słowa, jakie czasami rzucała, zupełnie nie pasowały do tego, do czego Bartosz był przyzwyczajony, chodząc po wsiach. Suknię miała do kostek, a białą bluzkę jak dama z miasta, z długimi rękawami, zamykającą szyję koronkowym ornamentem. Niosła dużą tacę, a na niej gorące ziemniaki okraszone skwarkami i pół bochna okrągłego świeżego chleba z przydymioną skórką. Trzy pajdy już były odkrojone. W kamiennym garnku znajdował się smalec, a w wielkim kubku kwaśne mleko, zimne, prosto ze spiżarki, gdzie zawsze panowała niska temperatura. W lecie chłodno, a zimą nigdy poniżej zera. Tam też Anna przechowywała zapasy i produkty, które łatwo się psuły.

Na widok pełnej tacy Bartosz oniemiał z wrażenia.

– Boże, to przecież uczta! – zawołał.

– Nie, Bartoszu – odparł Antoni. – Jedz spokojnie, to po prostu kolacja. Myśmy już jedli.

– Jesteście wspaniali! Nigdy jeszcze nie spotkałem takich ludzi.

– Mylisz się, to nie jest nic nadzwyczajnego.

– Nie wiem, raczej nie. Jak żyję nie widziałem takiej hojności. Chyba jesteście bardzo zamożni.

– Mylisz się znowu. U nas się nie przelewa.

Bartosz spojrzał na Antoniego zdziwiony, nie bardzo rozumiał, co chciał mu przekazać tym ostatnim zdaniem. Popatrzył na te wspaniałe dary i już miał się rzucić, jednym haustem wypić kwaśne mleko, pożreć jeszcze dymiące ziemniaki ze skwarkami i gwałtownie ugryźć chrupiący chleb, na którym dostrzegł połyskujący smalec. Przyhamował jednak swoje instynktowne zapędy. Wziął łyżkę i powoli nabrał kawałek ziemniaka ze skwarkami i jeszcze wolniej włożył do ust. Z namaszczeniem zaczął przeżuwać. Smak i rozkosz rozchodziły się po jego podniebieniu. Ruszał łyżką powoli, ale jednostajnie, nie przerywając nawet na chwilę, w tempie wskazującym, że zaspokajanie głodu jest ciągle najważniejsze. Kiedy te wszystkie wspaniałości stały przed nim i zobaczył, że są dla niego, gdy tylko ma na nie ochotę, szybko poczuł, jakby ten stan był codziennością. Wyobraził to sobie. Czuł, że zawsze miał i ma to wszystko do dyspozycji. W miarę jedzenia, zaspokajania głodu i delektowania się smakiem zrozumiał, że trafił we właściwe miejsce i teraz musi zrealizować to, po co tu przyszedł, wszystkie swoje oczekiwania i marzenia. Bardziej syty zaczął odczuwać większą pewność siebie. Natychmiast zapragnął załatwić następną sprawę, dla której chodził po wsiach. Za długo nie delektował się posiłkiem. Szybko poczuł się najedzony. Po paru łyżkach ziemniaków ze skwarkami, wypiciu kwaśnego mleka i zjedzeniu pajdy świeżego chleba ze smalcem nie mógł więcej, mimo że chciałby się najeść na zapas.

– Może potrzebujesz kogoś do pomocy? – zapytał Antoniego ośmielony gościnnością gospodarzy, choć jego głos brzmiał trochę niepewnie. – Jestem silny, wszystko mogę robić, oczywiście jak do końca wydobrzeję.

Antoni spojrzał na żonę i lekko zmieszany odparł:

– Bardzo chętnie wziąłbym cię do pracy, ale gdzie byś mieszkał?

– Wszystko jedno.

– Dla ciebie jednego może byśmy coś znaleźli, ale przecież masz rodzinę.

Po krótkim milczeniu Bartosz odezwał się cicho, a w jego głosie można było wyczuć pewną rezygnację:

– Tak, mam.

– A gdzie ona jest? Ile to osób? Gdzie mieszkają?

– Już mówiłem. Mieszkają w Michałowie, jakieś trzydzieści kilometrów stąd. Moja baba czasami coś szyje, dzieciaki pomagają w gospodarstwie, pasają krowy i gęsi, starsi coś naprawiają, a gdy zaczynają się prace polowe, są zatrudniani przy żniwach, zbiórce i sadzeniu ziemniaków.

– No dobrze, a gdzie teraz mieszkają? – zapytał Antoni.

– We wsi stoi taka stara dziurawa chałupa, bez ogrzewania – odparł Bartosz. – Jest tylko jedna izba z paleniskiem, wszyscy tam się gromadzą.

– A ile masz tych dzieci?

– Sześcioro. Trzech chłopaków starszych i trzy dziewczyny młodsze.

– To dużo – rzekł Antoni. – Ja tu nie mam tyle miejsca, przykro mi, nie dam rady.

Bartosz siedział na krześle, łokcie oparł o stół, a dłońmi zakrył twarz. Panowała cisza, nikt się nie odzywał. Nagle spojrzał przed siebie przez okno na podwórze i zauważył dwa drewniane budynki.

– A tam co masz? – zwrócił się do Antoniego.

– W tym bliższym trzymam zwierzęta. Konie, trzy krowy, kozy i króliki.

– A w tym drugim?

– W tym drugim nie ma zwierząt, ale on jest bardzo zniszczony i nie nadaje się do zamieszkania. To jest bardzo duża stodoła. W jednej części jest gromadzone siano dla zwierząt, a w drugiej stoją jakieś nasze narzędzia: pług, brony, motyki i wiele innych, których się w polu używa.

Bartosz słuchał uważnie słów Antoniego i nic się nie odzywał.

– A dlaczego pytasz o tę stodołę?

Bartosz milczał, jakby nie dosłyszał pytania.

– Bartoszu, odpowiedz mi. Nie słyszysz, o co pytam?

– Słyszę – odparł Bartosz. – Pomyślałem sobie... – Urwał w połowie zdania.

– Co pomyślałeś?

Bartosz już nie czuł się onieśmielony, gościnność i otwartość gospodarzy dodała mu odwagi. W pewnym momencie zrozumiał, że zaczął stosować pewną taktykę. Świadomie przedłużał swoją odpowiedź, aby ta propozycja wyszła od Antoniego.

– Właściwie nic.

– Co sobie pomyślałeś? – powtórzył Antoni.

– Zastanawiałem się... Ale to już nieważne.

– Powiedz!

– I tak nadużyłem twojej gościnności. Przebiorę się i będę szedł.

– To nie chcesz już tej roboty u mnie?

– Chcę, ale...

– Mogę ci ją dać.

Anna spojrzała na Antoniego z pretensją, ale nie odezwała się słowem. Wiedziała, że Antoni nie jest odporny na ludzkie nieszczęścia i jeśli tylko może komuś pomóc, to zrobi wszystko, by tak się stało. Oczywiście zaakceptowała konieczność opieki nad rannym i głodnym Bartoszem, ale wolałaby, aby na tym się skończyło. Nie znała go, nie przekonywała się do ludzi tak szybko jak Antoni, więc na wszelki wypadek nie chciała składać od razu takich deklaracji i zobowiązań.

– Będziesz mi pomagał przy maszynach, w polu, w warsztacie. Za chałupą mam maszyny stolarskie. Robię meble, które sprzedaję w miasteczku niedaleko. Dostaniesz izbę, gdzie będziesz spał, wikt i trzydzieści pięć złotych na miesiąc. W zimie dwadzieścia pięć. Nie są to może luksusy, ale na początek chyba coś. Co ty na to?

– Antoni! – zawołała Anna. – Jaką ty mu izbę proponujesz? Nie mamy miejsca w chałupie. Pamiętaj, że nasz syn, który nam został, potrzebuje swobody. Jest chory, a i tak nam bardzo pomaga.

– Wiem o tym. Nie ograniczam jego swobody i dbam o niego. Mnie też zależy, by mu było jak najlepiej – stwierdził Antoni, a potem zwrócił się do Bartosza, powtarzając pytanie: – Co ty na to?

– Nie chcę wam robić kłopotu.

– To nie kłopot, oceniam, że jak wydobrzejesz, będziesz w stanie ciężko pracować.

Antoni zamilkł na chwilę. Zapadła cisza.

Bartoszowi zaświeciły się oczy z radości, ale nie pokazał tego po sobie.

"Propozycja Antoniego jest wspaniała" – pomyślał. "Zaczepię się u nich, najpierw sam, a potem jakoś sprowadzę Maryśkę i dzieci. Może wyremontuję jakąś chałupę? Ten Antoni spadł mi jak z nieba, chyba sam Bóg mi go zesłał jak jakiegoś anioła".

– No więc? – dopytywał się Antoni.

– Ale moja rodzina? Przecież nie mogę jej zostawić na pastwę losu, a sam żyć dobrze. Jestem odpowiedzialny za żonę i dzieci, a oni głodują i nie mają odpowiedniego miejsca do spania. Ona tyle potrafi. Szyje, wszystko sama obrabia, ze zwierzętami i w polu, umie gotować. Dzieciaki też pracują w obejściu, pasą krowy i gęsi, a starsi chłopcy potrafią już nawet z maszynami dobrze się obejść, tacy są zdolni.

– Problem w tym, że może bym znalazł robotę dla twojej, ale nie dla dzieci.

– Dzieciaki mogą tu we wsi pasać krowy i gęsi, a i w waszym gospodarstwie mogą od rana pomagać.

– To jest możliwe – zauważył Antoni.

– No właśnie, Antoni. To byłoby dobre.

– To jest możliwe, ale nie mamy gdzie was wszystkich położyć, nie mamy takiego pomieszczenia.

– Choćby izba, my się pomieścimy. Nie mamy wymagań.

– Ale nie mam takiego pomieszczenia – powtórzył gospodarz. – Chyba że... – Zawahał się przez chwilę.

– Chyba że co? – spytał Bartosz.

Anna znowu spojrzała na męża groźnym i niezadowolonym wzrokiem.

– Mogę cię na chwilę prosić na bok na dwa słowa? – zwrócił się Antoni do żony.

Wstał i razem z Anną poszli do drugiego pomieszczenia, gdzie przebywał Alojzy, ich jedyny syn.

– Czy ty oszalałeś?! – odezwała się z pretensjami kobieta. – Nie znasz go, nie wiesz, kto to jest, a wszystko mu ofiarowujesz. Żeby ta twoja uczynność nie skrupiła się kiedyś na nas. On nas obrabuje albo zabije!

– Nie widzisz, że to biedak? Wszystko zrobi, żeby poprawić byt rodziny. Będzie nam potrzebny, a my jemu. Będzie nam wdzięczny. Pracowalibyśmy razem, ona pomagałaby tobie, dzieci albo coś by robiły pomocnego u nas, albo pracowały gdzieś na zewnątrz. Jakoś to wszystko poukładamy i będziemy zadowoleni, a i oni zaczną nowe życie, za co nam odpłacą przywiązaniem i pomocą. Nam został tylko Alojzy, a on jest kaleką. Jeśli się zakolegują, to może w przyszłości będzie miał też w nich oparcie. Pomyśl. Czuję, że mógłbym się z nim zaprzyjaźnić.

– Przecież w ogóle go nie znasz. Może to cwaniak, nierób, naciągacz?

– Ależ, Anno, dlaczego zawsze widzisz wszystko w czarnych barwach?

– Po prostu jestem realistką. Wiem, do czego ludzie są zdolni, wiem, że gdy ktoś jest w takiej potrzebie jak on, stara się być miły, przedstawia się jako inny, niż jest w rzeczywistości. Boję się o nas, Antoni. Bądź ostrożniejszy.

– Postaram się.

Oboje wrócili do izby, gdzie siedział Bartosz.

– Na czym skończyliśmy? – zapytał Antoni.

– Zastanawiałeś się nad czymś, ale nic więcej nie powiedziałeś.

– Pomyślałem, że przerobimy stodołę, a właściwie jej połowę, w której jest siano, i przystosujemy tę część dla was, dla waszej rodziny. To oczywiście potrwa. Ogacimy ściany, postawimy piec, zbudujemy w warsztacie łóżka, stół, jakąś szafę na rzeczy. Wszystko jesteśmy w stanie sami zrobić.

Bartosz słuchał z uwagą tego, co mówił Antoni.

Anna zaś patrzyła na męża i tylko kiwała głową z dezaprobatą, ale Antoni na to nie zważał. Zawsze sądził, że warto pomagać, bo dobro powraca. Anna była innego zdania. Dobrze wiedziała, że ludzie obdarowani, którzy nagle dostaną coś, czego się nie spodziewali, ale o czym latami marzyli, sądząc, że im się to też należy, są gotowi zapomnieć o wdzięczności. Nagle chcą być postrzegani przez otoczenie jak ci, co do wszystkiego doszli sami, a wdzięczność, czyli przyznanie się, że inni wydatnie pomogli, implikuje w ludziach przekonanie, że wcale nie są tacy zdolni, pracowici ani przedsiębiorczy. To, co mają lub co osiągnęli, jest skutkiem pomocy innych, a nie ich własną zasługą. Obdarowani często zapominają o swoich dobroczyńcach, aby poczuć się mocni, samodzielni, sprytni. Oczekują podziwu i uznania ze strony środowiska i wyobrażają sobie, że gdyby ludzie wiedzieli, iż ktoś inny przyczynił się do ich sukcesu, zmieniliby o nich zdanie i nie wyrażaliby już takiego podziwu i uznania. Ludzie chcą być podziwiani, czekają na oznaki uznania, chcą być dla innych autorytetem. To jest oczywiście czysta próżność, ale niestety wszyscy są na nią bardzo podatni.

Bartosz marzył, by coś takiego mu się przytrafiło. Antoni przedstawił mu ofertę, która pozwoliłaby zrealizować wszystko to, co Bator zamierzał osiągnąć.

"Ja o nic nie prosiłem, nie żebrałem, zachowałem twarz" – pomyślał w duchu.

Poczuł się mocny, nagle ujrzał siebie jako wyrastającego ponad tę wiejską przeciętność. Automatycznie uniósł brodę wyżej. Wewnętrznie czuł się niemal na równi z Antonim.

"Ktoś mnie potrzebuje. Stałem się kimś innym, doznałem przemiany. Jestem tam, gdzie zawsze chciałem być".

Bartosz chciał, aby Antoni sam zaproponował mu pracę i miejsce do spania, dlatego naprowadził go na to rozwiązanie, licząc na jego miękkie serce. Bator był inteligentny, chociaż nie kończył szkół, i zdawał sobie sprawę, że Antoniemu przyda się taki pomocnik, a także cała rodzina.

– Jak to widzisz, Bartoszu? – zapytał Antoni. – Polubiłem cię i jestem pewien, że będzie nam razem dobrze. Ty pomożesz mnie, a ja tobie. Godzisz się na to?

Bartosz dopiął swego. Gospodarz, którego znał od niedawna, a właściwie od momentu odzyskania świadomości, zaproponował mu to, o co zabiegał po wsiach od miesięcy. Bator wiedział, że tu osiądzie i sprowadzi całą rodzinę. Jego męczarnia się skończyła. Uśmiechnął się sam do siebie.

– Widzę, że jesteś zadowolony, Bartoszu – odezwał się Antoni. – Cieszę się.

– Nie.

– Nie?

– No tak, jestem – przyznał po chwili Bartosz, ale czuł złość na siebie, że Antoni zobaczył na jego twarzy uśmiech, który pojawił się bezwiednie, zupełnie automatycznie. – Nie chcę być dla ciebie ciężarem.

– Pomożemy sobie nawzajem – zauważył Antoni.

Nagle Bartosz zmienił temat.

– A ty ile masz dzieci?

Antoni wyraźnie posmutniał. Twarz mu się zmieniła. Czoło pokryły zmarszczki, a policzki i oczy zasnuł grymas. Mówił on o cierpieniu i bólu, które nie przeminęły.

– Miałem troje, a mam jedno, ale kalekie, nie może swobodnie się poruszać. Jest nie w pełni sprawne – odrzekł Antoni po chwili ciszy.

– Co się stało? – zainteresował się Bartosz.

– Szli we troje drogą we wsi. Dwóch moich chłopaków i córka. – Antoni zamilkł i widać było, jak łzy napływają mu do oczu. Opuścił głowę. Stał pochylony i rękami zakrył twarz. Po chwili ręce opuścił i ukazały się czerwone oczy, które mówiły o tragedii przeżywanej do dzisiaj. Wziął głęboki oddech. – Ciężarówka w nich wjechała.

– Jak to? Tutaj? – zdziwił się Bartosz. – Przecież tu prawie nic nie jeździ, a poza tym jest dużo miejsca. Dziwne.

– Nam też to wydawało się dziwne, ale policja stwierdziła, że to był wypadek. Problem jeszcze w tym, że ten kierowca się nie zatrzymał, a dzieci szły po drugiej stronie ulicy, więc tego samochodu w ogóle nie powinno tam być. Albo kierowca był pijany, albo...

– Co albo? – zapytał Bartosz.

– Policja stwierdziła, że to na pewno wypadek, chociaż nie było śladów hamowania, jedynie były widoczne wielkie ślady opon ciężarówki, która zjechała z prawej strony na lewą.

– Dlaczego?

– Nie wiem, twierdzą, że wypadek, ale kierowcy nie złapano. Myśmy z okna naszej chałupy widzieli tę ciężarówkę i słyszeli krzyki. Pobiegłem tam zaraz, dzieci leżały dwadzieścia metrów od drogi. Alojzy się ruszał, był ciężko rany, a pozostała dwójka leżała nabita na płocie. Byli martwi.

– Kiedy to się stało?

– Trzy lata temu.

– Będziecie jeszcze mieć dzieci?

– Nie wiem, chyba nie. Anna bardzo się zmieniła po tym wypadku. – Antoni ściszył głos, żeby żona nie usłyszała, co on mówi. – Ona już mnie nie chce.

– Co to znaczy "nie chce"?

– Nie chce ze mną iść do łóżka.

– Wiesz dlaczego?

– Nie wiem, pytałem ją, ale na ogół wtedy milczy. Raz powiedziała mi, że gdy się do niej zbliżam, widzi nasze martwe dzieci. Śpimy razem, ale się nie kochamy jak mąż z żoną.

– I ty się na to godzisz?

– A co mam zrobić? – zdziwił się Antoni.

– Weź ją siłą, w końcu to twoje prawo.

– Nie, tak nie mogę.

Bartosz postanowił zmienić temat.

– Dostaliście jakieś odszkodowanie?

– Nie, przecież nikogo nie znaleziono. Kiedyś przyjechał tu do nas jakiś oficer, bo to była ciężarówka wojskowa. Naciskał na nas, że coś nam da, żeby nie robić z tego afery. Nam nie zależało na pieniądzach za nasze dzieci.

– No ale to wam się należało – stwierdził Bartosz.

– Może i tak, dlatego w trakcie jego trzeciej wizyty się zdecydowaliśmy. Przyniósł pieniądze, ale my ich nie ruszamy. One będą dla Alojza, gdy nas zabraknie. On ich na pewno będzie potrzebował. Ma bezwładne nogi. Teraz chcemy z części tych pieniędzy kupić mu wózek, żeby mógł się poruszać bez naszej pomocy. Na razie przenosi się z łóżka na krzesło, utrzymując się na rękach, a w myciu muszę mu pomagać. Gdy dostanie wózek, będzie bardziej samodzielny, sam sobie poradzi, chociaż od wiosny do późnej jesieni, zanim nie chwycą ostre mrozy, bo po tym błocie wokół nie dałby rady jeździć, jedynie w chałupie, po izbie, ale to już by było coś, mógłby się chociaż sam umyć. Umówiliśmy się z tym oficerem, że gdy Alojzy się zdecyduje, on wózek przywiezie.

– Widzę, że ten wojskowy ma pełną świadomość winy tego kierowcy. Przypuszczam, że to on siedział za kierownicą ciężarówki.

Antoni zamarł. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę.

– Masz rację, to jest możliwe, w ogóle nie wziąłem tego pod uwagę – odezwał się w końcu gospodarz. – Ale nie mogę mu nic udowodnić.

– Udowodnić mu nie możesz, ale możesz z nim tak rozmawiać, jakbyś to wiedział na pewno, a wtedy on się przestraszy i zgodzi się na jeszcze lepsze warunki ugody. Oczywiście zaprzeczy, ale będzie skłonny iść na znaczne ustępstwa, więc będziesz miał pewność, że to on kierował tą ciężarówką i jest odpowiedzialny za śmierć waszych dzieci.

– Trudno odmówić ci sprytu, Bartoszu.

– Wiesz, życie mnie nauczyło, że trzeba pilnować swoich interesów, ale jak widzisz, nie zawsze mi się to udawało. A co robi Alojzy całymi dniami sam w tej izbie?

– Wyplata kosze, które potem sprzedajemy. Bardzo nam pomaga. Wprawdzie ma bezwładne nogi, ale sprawne ręce.

"Takie ich spotkało nieszczęście, a oni mimo to są otwarci i pomocni. Nie zamknęli się w sobie i tak ciepło mnie przyjęli, chociaż ładnie nie wyglądałem, a śmierdziałem całkiem nieładnie. Wyjątkowi ludzie" – pomyślał Bartosz.

– Polubiłem cię, Antoni.

– Ja ciebie też. Myślę, że ułożymy sobie tu wspólnie dobre życie – odparł Antoni.

– Też tak uważam.

"Ale mi się udało, ale mi się poszczęściło, sprowadzę tu swoich. Zaczniemy nowe życie. Będziemy mieli wreszcie gdzie mieszkać i z czego żyć. Boże, jakie to szczęście! Osiągnąłem to, czego chciałem. Wytrwałość popłaca".

Bartosz poczuł się dumny z siebie, zorientował się, że jest już kimś innym, silnym, ważnym, kto odniósł niebywały sukces, z kim teraz będą się musieli liczyć inni. Nie tylko on dostawał coś od Antoniego, ale także Antoni potrzebował jego pomocy. Jego życie miało znaczenie, już nie był żebrakiem. Został nim przez przypadek, ale od teraz już zawsze będzie należał gdzie indziej.

"Każę moim, by milczeli o wszystkim, czego ja i oni doświadczyliśmy przez ostatnie lata. Nikt nie może o tym wiedzieć" – postanowił w duchu. "Teraz będziemy już zupełnie nowymi ludźmi, którzy nie mają nic wspólnego z tamtymi".

Rozdział 3Pierwszy dom Bartosza

Obaj mężczyźni wspólnie przygotowali stodołę do zamieszkania. Bartosz pracował z wielkim zapałem: ocieplał ściany, wycinał otwory na okna, przybijał deski, a Antoni zadbał o materiał, obrabiał go w warsztacie, robił ramy okienne, ciął deski, dostarczał ocieplenie, które Bartosz wtykał pomiędzy zewnętrzne i wewnętrzne ściany. Piła stolarska za chałupą Antoniego pracowała nieustannie przez dwa miesiące. Robili sobie tylko krótkie przerwy na sen i posiłki. W tym czasie prace na roli i w obejściu wykonywała jedynie Anna. Zbliżała się zima 1936 roku. Wiatry były gwałtowne, a i śnieg na początku grudnia padał obficie. Wszyscy spieszyli się, żeby zdążyć przed prawdziwą zimą i żeby przed Bożym Narodzeniem Bartosz i jego rodzina mogli się wprowadzić do swojego pierwszego własnego domu, w którym mogliby razem żyć spokojnie i bezpiecznie. Stara stodoła zmieniła się nie do poznania. Wszędzie były nowe suche deski, o co zadbał Antoni. Okienka zgrabne, nie za duże, ale na tyle funkcjonalne, że do środka wpadała dostateczna ilość światła. Całość została ocieplona różnymi materiałami, które Antoni uzbierał przez lata. Po dwóch miesiącach wszystko było gotowe zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz.

– Wejdźmy do środka – zwrócił się do Bartosza Antoni. – Ty też chodź, Anno, zobaczymy wspólnie, jak wygląda to nasze dzieło.

Przemiana była niesłychana: zniszczona stodoła z dziurami w dachu nagle stała się całkiem porządnym domem, solidnie zbudowanym, z poprawionym dachem, nowymi ścianami, z dobrym ociepleniem, piecem i meblami. Gdy się na ten budynek spojrzało, od razu było widać, że jest to miejsce, gdzie mieszkają ludzie. Bartosz był zachwycony. Efekt przerósł jego najśmielsze oczekiwania.

Na środku obszernej izby, która miała ze trzydzieści metrów, stał duży stół z krzesłami, co było w pełni dziełem Antoniego. Pod ścianą postawiono duże łóżko, a pod drugą dwa kolejne. W rogu izby pod oknem były duża miska do mycia, wielkie wiadra i dzban służący do nalewania czystej wody. Z boku przy wejściu Antoni zbudował dużą kuchnię na drewno i węgiel, gdzie można było gotować i ogrzewać całe pomieszczenie. Z węglem zawsze był problem, ale za to drewna było na ogół pod dostatkiem.

Była też druga izba, w której umieszczono cztery łóżka dla pozostałych dzieci. Bartosz kroczył po podłodze pełen dumy i satysfakcji, że to wszystko należy do niego. Czuł, że stał się kimś. Miał prawdziwy dom, był już innym człowiekiem, który prawie nie pamiętał, co czuł, żebrząc o kawałek chleba. Jego rodzina jeszcze nic nie wiedziała i w dalszym ciągu borykała się z codziennymi problemami. On już się nie tułał, doznał nagłej przemiany, z poczwarki stał się motylem. Po dwóch miesiącach pobytu w Nowym Świecie u Antoniego i budowania domu oswoił się z myślą, że jest jego właścicielem, że ma zapewniony byt i że jego rodzina ma pewną przyszłość. Poczuł się jak pan, ktoś ważny w swojej społeczności i nieznający problemów. Kroczył wokół stołu, trzymając ręce splecione z tyłu, a głowę trzymał wysoko. Stukał głośno wysokimi butami w podłogę, przemierzając przestrzeń między miską do mycia a kuchnią, na której Antoni zapalił ogień, podrzucając parę polan do paleniska. Bartosz paradował wokół stołu, a duma rozpierała go coraz bardziej.

– No, Bartoszu, skończyliśmy – podsumował Antoni. – Teraz już możesz sprowadzić swoją rodzinę.

– Jutro o świcie wyruszę. Do wieczora powinienem dojść.

Z Bartosza emanowała niesłychana siła i energia. Czuł się tak, że mógłby pokonać każdą życiową przeszkodę.

– Ale to bardzo daleko, zwłaszcza droga powrotna będzie trudna z małymi dziećmi. Mamy już grudzień. Jest zimno – zauważył Antoni.

– Wiem, ale damy sobie radę.

– Jak przejdą drogę te najmłodsze? Przecież nie będziesz ich niósł na plecach przez trzydzieści kilometrów.

Bartosz czuł, że jest kimś, więc ta droga nie przedstawiała dla niego żadnego problemu, niczym się nie przejmował.

– Zapewne masz rację, ale jak inaczej mogę się dostać do Michałowa i z powrotem do Nowego Świata?

Antoni milczał. Bartosz już dawno wyczuł, że jego dobroczyńca nie jest odporny na ludzką krzywdę ani potrzeby innych ludzi. Duma nie pozwalała jednak Bartoszowi o nic prosić. Takie odczucia pojawiły się w nim nagle, bo jeszcze parę miesięcy wcześniej potrafił błagać na klęczkach o kawałek chleba lub nocleg na sianie. Świadomość, że ma już dom i jest Antoniemu potrzebny, powodowała, że chciał teraz sam o siebie zadbać. Nastąpiła w nim przemiana ze skromnego, cichego i proszącego, pełnego wdzięczności i obdartego żebraka w chłopa, wręcz pana, któremu już pewne zachowania nie przystoją. Przynajmniej takiego wyobrażenia o sobie coraz mocniej nabierał. Bartosz milczał i spoglądał od czasu do czasu ukradkiem na Antoniego.

– No dobrze – odezwał się po chwili Antoni. – Zrobimy tak. Jutro przed świtem wybierzemy się razem po twoją rodzinę. Weźmiemy wóz, zaprzęgniemy do niego dwa konie. Zaopatrzymy się w jedzenie na drogę dla nas i dla twoich bliskich. Tam i z powrotem to sześćdziesiąt kilometrów. Jeśli wcześnie wyjedziemy, to powinniśmy wrócić wieczorem. Dużo masz rzeczy?

– Niewiele mamy. Trochę ubrań, ze dwa czy trzy tobołki – odrzekł Bartosz.

– Dobrze, to się zmieścimy. Teraz chodźmy spać. Wstajemy przed czwartą.

Pożegnali się. Antoni podszedł do Anny i polecił jej przygotowanie jedzenia na drogę. Dwa bochenki chleba, garnek smalcu i zbożową kawę w specjalnym szklanym pojemniku. Wprawdzie nie trzymał ciepła, ale innego nie mieli.

Rozdział 4Przeprowadzka

Bartosz wszedł do izby, gdzie dotychczas spał, ściągnął buty ze stóp i nie rozebrawszy się, legł na łóżku. Była zimna grudniowa noc. Pierwsze mrozy ścięły kałuże na drogach. Wstał, otworzył okno z haczyka i spoglądał długo na księżyc świecący jak miejska latarnia i na swawolne gwiazdy puszczające do niego oko. Czuł się usatysfakcjonowany.

"Wreszcie jestem tam, gdzie powinienem być, na właściwym miejscu" – pomyślał.

Rozpierała go duma. Czuł się tak, jakby był właścicielem tego gospodarstwa, jakby to on zajmował miejsce Antoniego i wyświadczał mu przysługę. Owionęło go przejmujące zimno. Szybko zamknął okno i znów położył się na łóżku.

"Wszechświat mnie rozumie, ja nad nim panuję".

Nawet przez chwilę nie powracał myślami do czasu, gdy brodził w błocie od chałupy do chałupy, żebrząc o kawałek chleba, o choćby najdrobniejszą pomoc. Już zapomniał, że całymi dniami nie jadł, że opadał zupełnie z sił, że tracił nadzieję, a czasami pojawiały się myśli samobójcze, gdy tak włóczył się głodny, brudny i przemoczony ze świadomością, że jego rodzina też cierpi i liczy na niego. Nie pamiętał, czy wtedy marzył, jakie myśli krążyły po jego głowie. Ten człowiek sprzed paru miesięcy zniknął, tego włóczęgi, który rzucał się na kawałek chleba i wszystko by zrobił, by go dostać, już nie było.

Gdy tak chodził w poszukiwaniu lepszego życia, był przepojony lękiem. Bał się ludzi, a lęk – często zupełnie nieukierunkowany – dławił go tak mocno, że momentami nie mógł złapać tchu, przygniatał go do ziemi, powodował, że bał się nie tylko ludzi, lecz także zwierząt przebiegających mu drogę, psów błąkających się po wsiach samopas, tak samo jak on bezpańskich, wygłodniałych i zdesperowanych, cieni, jakie powstawały, gdy w księżycową noc światło tworzyło dziwne kształty na drodze, tańczące w rytm wiatru poruszającego gałęziami, mocniejszego podmuchu, który energiczniej uginał drzewa. Chodził od chałupy do chałupy i wiedział, że życie jego i całej rodziny zależy wyłącznie od dobrej woli i litości obcych. Robił więc wszystko, żeby ktoś się nad nim zlitował. W pewnym momencie chciał już tylko wzbudzać litość. Uznał, że nie ma innego sposobu na przeżycie. Nauczył się zachwalać swoje przymioty, gdy starał się o jakąś robotę. Na ogół nie robiło to na nikim wrażenia i drzwi się przed nim zatrzaskiwały. Gdyby go nie pobito, tak gwałtownie i dotkliwie, i nie podrzucono potem przed chałupę Antoniego, pewnie cały czas by się jeszcze tak włóczył w nadziei, zaznając głodu i poniewierki, obdarty i cuchnący, z wiernopoddańczym nastawieniem do każdego, kto tylko pojawi się na jego drodze.

Teraz już jednak nie pamiętał tego uczucia ani tamtych myśli, które same mu się cisnęły do głowy. Rozmyślał o życiu, o sobie, o sensie takiego istnienia, zapomniał definitywnie, do czego był zdolny, by tylko coś zjeść. Nie pamiętał, że był na dnie, że nawet sam do siebie stracił szacunek i przestał się dziwić, gdy ludzie traktowali go gorzej niż zwierzę. Zapomniał, jak dziękuje się dobrym ludziom nawet za małe oznaki dobroci. Głowę zaczął nosić wysoko, gdy zobaczył, że stodoła, w której ma zamieszkać, zaczęła przybierać kształty domu, i gdy w nocy przestał się budzić z uczuciem skrętu żołądka z głodu. Już nie zauważał ludzi przechodzących drogą, takich jak on kiedyś. Nie lubił ich, a gdyby podeszli do niego, zrobiłby wszystko, by zniknęli i by nikt ich z nim nie zobaczył. Użyłby nawet siły, żeby ich przepędzić. Nauczył się patrzeć daleko, nie zważając na to, co dzieje się wokół, w jego najbliższym otoczeniu. Gdy się u Antoniego najadł do syta i wyspał w czystej pościeli, poczuł wdzięczność i nawet mu to powiedział, ale później już przestał być tak wyrywny z tymi aktami podzięki. Już nie chciał tak ostentacyjnie okazywać, że jest dłużnikiem, i to dozgonnym, jak to określił na początku. Doszedł do wniosku, że okres miękkości minął i teraz musi nadejść twardość. Jeśli w jego życiu na stałe ma zagościć poczucie panowania nad światem i innymi ludźmi, to on, Bartosz Bator, musi być silny, pozbawiony emocji, twardy i nieugięty. Tylko wtedy, gdy go tak zaczną postrzegać, będą się go bali, będą podziwiali, kojarzyli z kimś, kto sobie radzi i dużo może. Ktoś niedostępny i trzymający wszystkich na dystans staje się przedmiotem podziwu, często nawet strachu. To Bartoszowi imponowało. Chciał, by teraz się z nim liczono.

Wyjechali z Antonim przed świtem, a Bartosz zaczął sobie przypominać drogę, którą kiedyś szedł.

– O tu, tu byłem, w tej chałupie za płotem, pukałem do drzwi – odezwał się zupełnie bezwiednie, gdy zauważył dom, który zapamiętał.

– Tak myślałem – odparł Antoni. – To dom Franciszka Niezgody.

– Znasz go?

– Czy go znam? Dobre pytanie. Jest najbogatszy we wsi, nikt mu nie podskoczy, bo ludzie boją się bogatych, wiedzą, że oni mają środki na to, by innych zniszczyć.

– A to właśnie jest taki człowiek?

Antoni nie odpowiedział wprost na to pytanie, bo właściwie sam nigdy nie zaznał niczego złego od Niezgody, chociaż ludzie różne rzeczy gadali. Antoni na ogół nie powtarzał plotek, ale swoje wiedział.

– Niezgoda ma dużo ludzi, ale prawie nikt z Nowego Świata nie chce u niego pracować.

– Z jakiego powodu?

– Boją się, nie ufają mu.

– Dlaczego?

– Właściwie to nie wiem, może dlatego, że jest inny, wykształcony, nie koleguje się tu z nikim, jest jakiś taki niedostępny. Ludzie wiedzą, że jest potężny. Ma szmat ziemi, piękny dom.

– Zazdroszczą mu?

– Tak, chyba masz rację. To pewnie z zazdrości. Wszyscy czują, że on tu dużo może, a takich się podziwia i obawia zarazem.

– To skąd ma ludzi do pracy? – zainteresował się Bartosz.

– Z różnych okolicznych miejscowości. To na ogół są pracownicy sezonowi, jedynie paru ma na stałe. Dał im pokoje w oficynie, gdzie mieszkają służba i pracownicy rolni, oprócz jednego, który jest na specjalnych prawach. Szczegółów nie znam. Nie utrzymuję z nim kontaktów.

– Masz jakiś powód?

– Może taki, że on jest dla mnie za bogaty. Nie wiem. Namawiał naszych, by przyszli do niego do pracy. Ludzie się go obawiają. Właściwie to nie wiem dlaczego. Ktoś kiedyś coś nagadał o jakichś morderstwach i od tego czasu ludzie się go boją. Na wszelki wypadek nie chodzą tam i nie chcą u niego pracować, mimo że kusi dobrym zarobkiem.

– Czy on mnie pobił?

– Nie, na pewno nie – zaprzeczył Antoni. – Ludzie gadają z zazdrości i ze strachu różne rzeczy, bo nie wiadomo, co tam się dzieje, bo nic nie przedostaje się na zewnątrz. Gdy waliłeś do niego w nocy, dobrze wiedział, że to nikt od nas. Od nas do niego nikt nie chodzi.

– U niego mnie ktoś pobił! Ale kto to był? Ja się dowiem.

– Dowiedz się, Bartoszu. Miałeś szczęście, że to się tak skończyło. Wprawdzie jesteś silny, ale wtedy byłeś wyczerpany.

– Antoni, to w końcu on jest niebezpieczny czy tylko tak ludzie gadają?

– Trudno powiedzieć, ma możliwości, a co on tam robi, tego nikt na pewno nie wie...

– A może właśnie dlatego, że ma możliwości, że jest bogaty, warto z nim podjąć jakąś współpracę? Gdy się zorientuje, że to może mu się opłacać, na pewno skorzysta. Tak robią wszyscy.

– A co masz na myśli?

– Nic konkretnego, to czyste przypuszczenia.

Antoni pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Niektórzy gadają, że gdy pojawia się ktoś obcy, jego ludzie najpierw go biją, a potem dopiero pytają, po co przyszedł. Mówią, że on wtedy ma korzystniejszą pozycję wobec przybysza, ale to są bzdury i ja w nie nie wierzę.

Wyjechali ze wsi i poruszali się drogą między polami, fura skakała na wybojach. Błoto było już w dużej części zamarznięte, za to zwiększyły się nierówności. Wszędzie pusto, jak to jesienią. Na polach nie było już niczego, wszystko dawno zostało zebrane, oziminy wysiane, tylko mgły się snuły pod lasem. Daleko za łąkami, tam gdzie zaczynał się las bukowy, stała chałupa widoczna jedynie w zarysach. Obok wozu w zasięgu wzroku od czasu do czasu przebiegał zając. Panowała absolutna cisza, na której tle skrzypienie poruszającego się wozu, jego stukot i podskoki na nierównościach wydawały się hałasem oznajmiającym wszystkim okolicznym mieszkańcom, że Bartosz Bator jedzie po rodzinę do Michałowa. Jechali w ciszy, długo nie odzywali się do siebie. Mijały godziny.

– Antoni? – zagadnął w końcu Bartosz.

Antoni spojrzał na niego, uniósł brwi, co oznaczało, że słucha.

Bartosz koniecznie chciał wziąć lejce w swoje dłonie.

– Chcesz powozić? Wiem – przyznał Antoni.

"Prawdziwy gospodarz sam powozi" – pomyślał Bartosz.

Tak chciał wjechać do Michałowa, żeby go widziano, żeby Maryśka i dzieci to widziały. Wprawdzie wóz i konie były własnością Antoniego, ale Bartosz od dłuższego już czasu czuł, jakby to on był panem, gospodarzem, i to poczucie z dnia na dzień się pogłębiało.

– Chcesz naprawdę? – upewniał się Antoni. – To nie jest taka przyjemność, jakby się zdawało. Konie trzeba trzymać w ryzach. Szczególnie na takiej nierównej i krętej drodze. To wcale nie jest proste. Powoziłeś kiedyś końmi?

Bartosz właściwie nigdy tego nie robił. Zdarzyło się raz, gdy przez trzy dni pracował jako parobek u bogatego chłopa, że ten był zupełnie pijany, więc kazał się wieźć bryczką przez las do chałupy. To nie była daleka droga. Była też wyjątkowo równa. Poza tym już nigdy nie miał lejców w swoich rękach. Potem chłop kazał Bartosza wychłostać, gdyż koń był brudny i niewyczesany. Bartosz znał konie, ale wyłącznie od strony stajni. Pracował przy nich, czyścił je, czesał, karmił, ale nie powoził, bo to gospodarze robili sami. Kiedy powozili, to jakby pokazywali, że panują nad swoim gospodarstwem, polem i inwentarzem.

– Chcesz coś poczuć? – spytał Antoni.

– Poczuć? – zdziwił się Bartosz.

– Tak, poczuć.

Antoni ściągnął lejce. Konie się zatrzymały. Zamienili się miejscami. Ten, co trzyma lejce, siedzi po prawej. To raczej należało do tradycji arystokratycznej i dotyczyło eleganckich powozów, ale chłopi, zwłaszcza ci lepiej sytuowani, lubili naśladować ziemian.

– Poczuj, jak to jest – rzekł Antoni.

Bartosz pełen energii przejął lejce. Strzelił z bata z fasonem dwa razy i konie poszły przez chwilę lekkim galopem. Antoni się skrzywił, na jego twarzy pojawił się grymas.

– Co? – zapytał Bartosz.

– Dobrze się czujesz? – zaniepokoił się Antoni.

– Wspaniale!

– Cieszę się, ale teraz zwolnij, żeby szły kłusem. Zmęczysz konie.

– Przecież one są bardzo silne.

– Wiem, ale przed nami jeszcze daleka droga, z powrotem będziemy już porządnie załadowani i konie muszą być wypoczęte, więc trzeba o nie dbać. Od teraz też musisz zawsze o tym pamiętać, gdy będziesz miał z nimi do czynienia. Muszą nam służyć wiele lat.

Bartosz przyciągnął lejce i konie mocno zwolniły. Szły kłusem i to było odpowiednie tempo na tę długą drogę. Czasami, gdy Antoni uznał, że można dać im trochę odpoczynku, nakazywał Bartoszowi, by jeszcze bardziej przyciągnął lejce. Wtedy szły stępa.

– Dałbyś jeszcze jednego, Antoni.

– Co? Chcesz gorzałki? Nie za szybko? Za zimno nie jest, ale jak chcesz, czemu nie.

Antoni wyjął z koszyka butelkę i szklanki. Nalał po pół szklanki Bartoszowi i sobie, zakorkował flaszkę i schował ją do koszyka. Szklankę podał Bartoszowi, który cały czas powoził i ani myślał oddawać Antoniemu lejce.

– Do dna, na zdrowie, za twoją rodzinę, Bartoszu!

– I za ciebie, i za Annę! – wtórował mu Bartosz.

Wychylili obaj, strzepnęli ostatnie krople na ziemię.

– Od razu lepiej – rzekł Bartosz.

Antoni schował szklanki.

Jechali polnymi drogami, między łąkami i zaoranymi polami uprawnymi, mijali lasy w oddali, czasami droga prowadziła przez zagajniki. Od czasu do czasu przebiegał zając, a niekiedy całe stada saren, które z ostrożności nie podchodziły bliżej, tylko obserwowały poruszający się wóz, na którym Bartosz odbywał swoją wymarzoną podróż. Był w dobrym humorze, uśmiechał się często do Antoniego i wiedział, że nie tylko ma teraz zapewnioną egzystencję, ale także ma w nim oparcie. Odnosił wrażenie, że poczucie bezpieczeństwa rozpływa się po całym jego ciele, co objawiało się zanikiem skurczów brzucha i ogólnego napięcia wszystkich mięśni. Uwolnił się od tego, poczuł się lekki.

Przemierzali szare pola pełne mgieł, a droga wydawała się teraz przyjemna, chociaż było zimno i czasami mocne uderzenia wiatru dawały im się we znaki. Gdy przychodziła taka fala uderzeniowa, starali się schować za ścianą lasu, która ich chroniła przed największym wiatrem. Czasami stawali na chwilę, by przeczekać nawałnicę, a i konie mogły odpocząć. Potem ruszali w dalszą drogę. Na szczęście nie padał ani deszcz, ani śnieg, chwycił jedynie lekki mróz i gdyby nie ten wicher, byłoby całkiem ciepło. Momentami grzali się od środka za pomocą gorzałki, która zawsze stała w koszu do ich dyspozycji. Na wypadek deszczu też byli przygotowani: mieli ze sobą grube peleryny, które w razie czego mogłyby ich ochronić. Wzięli ich więcej, także dla rodziny Bartosza. Te peleryny były bardzo przydatne, ponieważ osłaniały też przed silnym wiatrem.

Jechali właściwie bez przerwy. Czasami zatrzymywali się za potrzebą, na chwilę, by zaraz ruszyć w dalszą drogę. Na początku jechali parę godzin po ciemku, był grudzień, więc świtać zaczynało około wpół do ósmej. Nad nimi iskrzyło zimowe niebo, jeszcze prawie całkiem nocne. Księżyc i gwiazdy oświetlały im drogę. Myśli Bartosza automatycznie wracały do przeszłości, chociaż tego nie chciał, wręcz się przed tym bronił. Przypominał sobie, jak szedł, gdzie teraz jechali, jak go wtedy wyrzucali z przydrożnych chałup, do których wchodził i prosił o chleb i nocleg, jak myślał, że już nie da rady, jak się wielokrotnie załamywał i siedział obdarty i głodny na drodze przy rowie, i szlochał, gdy nikt go nie widział, płakał nad sobą i swoją rodziną. Uświadomił sobie, jak długą drogę przebył w tak krótkim czasie: i tę między wsiami, i tę życiową. Teraz był w zupełnie innym miejscu i miał inną sytuację, inny status. Wcześniej był przeganianym intruzem i obdartym żebrakiem, a teraz... Nabrał dużo powietrza do płuc.

"Jestem ktoś, już prawie jak pan, a właściwie pan, wszystko mam, nawet jadę wozem i nie męczą się moje nogi, a Antoni mnie lubi i szanuje" – snuł swoje rozważania. "Dostałem to, co od dawna mi się należało, zasługiwałem na to, żadna łaska. Ja, Bartosz Bator, byłem niedoceniany, ale Antoni wreszcie zobaczył we mnie to, co zawsze było, a czego nikt nie chciał dostrzec. Zasługuję na dobre życie i wszyscy muszą mnie szanować".

Wóz podskakiwał na kolejnych dziurach i kamieniach leżących na drodze, a Bartosz Bator siedział wyprostowany jak struna, dumny z siebie i starał się nie myśleć o Antonim jako o swoim dobroczyńcy, ale o sobie jako o człowieku ważnym, z którym wszyscy we wsi powinni się liczyć. No może poza Franciszkiem Niezgodą, do którego jednego czuł respekt – nie znał go, ale szanował. Chciał być taki jak on: bogaty, silny i bezwzględny. Niezgoda miał władzę nie tylko dzięki swojej sile fizycznej, ale przede wszystkim dzięki ludziom, którymi dysponował, majątkowi i pieniądzom oraz dzięki temu, że budził postrach w całym otoczeniu. Od momentu gdy Antoni opowiedział mu trochę o tym człowieku, Bartosz zazdrościł Niezgodzie, a nie Antoniemu. Sądził, że właściwie to on już teraz jest taki jak Antoni. Spojrzał na swojego towarzysza. Antoni uśmiechnął się do niego życzliwie pod wąsem.

"Będę jak Franciszek Niezgoda" – pomyślał Bator.

Mocno ściągnął lejce. Konie się zatrzymały.

– Zjemy coś? – zaproponował.

– Jesteś głodny?

Bartosz potwierdził. Antoni sięgnął po koszyk z jedzeniem. Wyjął z niego nóż, garnek ze smalcem i bochen chleba. Uchwycił chleb w lewą rękę, przyciągnął go mocno do siebie, a prawą, w której trzymał nóż, odkroił dużą pajdę, a potem drugą. Zanurzył nóż w garnku ze smalcem i wyciągnął z niego porcję ze sterczącymi skwarkami. Zamaszystym, szybkim ruchem pokrył kromki chleba pachnącą warstwą. Był świeżutki, Anna upiekła go dwa dni wcześniej. Biała powierzchnia świeciła się niczym ślizgawka, tylko gdzieniegdzie wystawały skwarki jak kamienie na drodze, którą pokrył zlodowaciały śnieg, a ich jeszcze nie zdążył. Obaj ugryźli swoje pajdy chleba równocześnie. Jedli w milczeniu. Widać było, że zgłodnieli. Bartosz łykał kolejne kęsy. Ale to był już inny chleb i inny smalec. Przypomniał sobie, jak parę miesięcy temu spał w stodole, a następnie dostał od gospodarza chleb ze smalcem. Zjadł, a potem spał na sianie. Przypomniał sobie ten smak.

"Jak to wtedy smakowało, zupełnie nadzwyczajnie, a teraz jest dobre, ale to już nie to. Z czego wynika ta różnica?" – zastanawiał się w duchu.

– Dlaczego nie jesz? Nie smakuje ci? – zainteresował się Antoni.

– Nie, bardzo dobre, jem, tylko coś mi się przypomniało.

"To był inny chleb i inny smalec, smakowało jak pokarm jakichś bogów, a to jest zwyczajny chleb ze smalcem" – pomyślał.

– Najedzony? – spytał Antoni.

– Tak – odrzekł Bartosz.

– To jedźmy dalej.

– A coś na rozgrzewkę?

– Masz rację.

Antoni nalał po pół szklanki wódki, wychylili razem, strzepnęli krople na ziemię, po czym Antoni zakorkował butelkę i schował ją do koszyka. Wziął lejce, siadł z prawej strony, strzelił batem. Wóz ruszył gwałtownie, ale nie galopem. Zatrzymywali się jeszcze wiele razy, jedli i pili wódkę, ale Antoni nalewał już po ćwierć szklanki. Bartosz rozmyślał nad tym, co przeżył, a Antoni był zadowolony, że teraz będzie mieć przyjazną duszę w osobie Bartosza i może całej jego rodziny.

Krajobraz cały czas był niezmienny. Pola, lasy, łąki i wyboista droga, na której trzęsło okropnie, ale żaden nie zwracał na to uwagi, gdyż to było normalne. Po drodze widzieli wielokrotnie gromady łani, a nawet jelenia, który stał i spoglądał na nich dumny ze swojego stada.

Było już po południu, gdy fura z Antonim i Bartoszem dotarła do Michałowa, gdzie Maryśka z sześciorgiem dzieci od miesięcy czekała na Bartosza w nadziei, że mu się uda. Serce Bartosza waliło jak młotem, był niesłychanie podekscytowany.

– Antoni, daj mi teraz lejce, przesiądźmy się. Wiesz, że chcę sam zajechać na podwórze.

– Chcesz?

– Tak, mówiłem ci – odparł Bartosz.

Antoni bez słowa wręczył mu lejce i zamienił się z nim miejscami. Gdy Bartosz usiadł na miejscu woźnicy i wziął lejce w swoje ręce, wyprostował się, naprężył, głowę podniósł wysoko, tak by widzieć wszystko, co jest dalej, i nie zważać na to, co dzieje się po bokach, zapiął guziki w marynarce, którą dostał od Antoniego. W ogóle całe ubranie miał od Antoniego i trudno było go poznać. Teraz jego strój niczym się nie różnił od tego, jaki nosił Antoni. Porządne spodnie, ciemna marynarka, pod spodem sweter, na głowie czapka z daszkiem. Na sobie miał jeszcze ciepły płaszcz i pelerynę od wiatru. Bartosz spojrzał na siebie i na Antoniego.

– Nie martw się, zabrałem ciepłe rzeczy dla twoich bliskich. Leżą spakowane na tyle wozu, pomyślałem o tym. A ty teraz dopiero sobie o tym przypomniałeś?

– No, tak, zapomniałem o tym.

Bartosz prowadził konie wolno, dostojnie. Poruszały się wolniej, niż gdy powoził Antoni. Kiedy wjechali do Michałowa, Bartosz skierował wzrok do przodu, ale dyskretnie zerkał na boki i sprawdzał, czy ktoś ze wsi go zauważy i się zatrzyma. Oczekiwał podziwu. Na drodze było dużo ludzi, jednak mieli wzrok skierowany ku ziemi, więc mało kto zwrócił uwagę na poruszający się wóz, zwłaszcza że furmanki nie były na wsi czymś nadzwyczajnym. Nawet gdyby ktoś zauważył Bartosza, ktoś, kto go dawniej znał i pamiętał, zapewne by go nie rozpoznał, bo Bartosz w niczym nie przypominał dawnego nędzarza. Był wściekły, chciał zrobić wrażenie, chciał pokazać, kim teraz jest, a tu taka sytuacja. Stał się nierozpoznawalny. Wóz jechał bardzo wolno, a on był tak mocno wyprostowany jak kawalerzysta siedzący w siodle w czasie parady wojskowej. Daszek czapki przesunął wyżej, by można było zidentyfikować jego twarz. Ogromnie mu zależało, by zrobić wrażenie. Jechał w takiej wypiętej pozie przez kilka minut, co nie było wygodne. Nagle usłyszał okrzyk. Ktoś zawołał do niego:

– Bartoszu! Bartoszu!

Bartosz ściągnął lejce, konie zwolniły jeszcze bardziej, szły stępa, bardzo wolno. Człowiek zrównał się teraz z wozem i krzyknął jeszcze raz:

– Bartoszu!

Bator jeszcze mocniej ściągnął lejce do siebie i konie się zatrzymały.

– Witajcie, Kazimierzu – odpowiedział z lekka przyciszonym głosem i protekcjonalnie. – Przyjechałem po Maryśkę i dzieci i zaraz wracamy.

– Wyprowadzasz się?

– Tak.

– I co, znalazłeś coś lepszego? Widzę, że tak.

– Owszem – odrzekł Bartosz. – Mam dom, ziemię, wszystko, co trzeba. – Bartosz opowiadał o sobie, nie zważając na to, że obok siedzi Antoni. – Dlatego wszystkich stąd zabieram.

– Poszczęściło ci się!

– Mnie? Nie, po prostu gdy ktoś dobrze wie, ile jest wart, w końcu osiąga to, na co zasługuje.

Zaskoczony Antoni odwrócił gwałtownie głowę i spojrzał ze zdziwieniem na Bartosza.

– A ten to kto? – spytał Kazimierz, wskazując palcem na Antoniego.

– Antoni, pracuje ze mną.

– To rzeczywiście ci się poszczęściło, skoro po paru miesiącach masz już nawet swoich ludzi.

Antoni nic się nie odzywał, tylko patrzył to na Bartosza, to na spotkanego na drodze człowieka.

Bartosz milczał, jakby chciał potwierdzić to, co mówi napotkany znajomy. Antoni spoglądał na niego spode łba, robiąc grymas świadczący, że tego nie akceptuje. Bator zauważył minę Antoniego. Strzelił z bata. Konie ruszyły galopem. Po chwili przyciągnął lejce, konie zwolniły, ale dalej poruszały się dość szybko. Znowu siedział wyprostowany, z marsową miną, w ogóle się nie odzywał. Chciał wyglądać dostojnie, więc marszczył brwi, sądząc, że to dodaje mu powagi i dostojeństwa. Najchętniej by spojrzał do lustra i sprawdził, jak wygląda, ale nie było to możliwe, gdyż nie miał żadnego pod ręką. Raz po raz zerkał na Antoniego, który milczał, a na jego twarzy nie rysowała się żadna emocja. Nie mógł więc po niej osądzić, jak ocenia jego rozmowę przed chwilą.

– Daleko jeszcze? – zapytał Antoni.

– Nie, już dojeżdżamy. Jeszcze dwie chałupy i zaraz zobaczysz tę dziurawą budę, w której siedzą. To tu. – Wskazał palcem na rozlatującą się ruderę bez okien. – No, wiśta!

Skręcił i konie wjechały w jeszcze bardziej wyboistą i wąską drogę, po której przejechali kilkanaście metrów. Potem skręcili jeszcze raz w prawo, teraz już bezpośrednio pod chałupę. Oczom Antoniego ukazał się pełny obraz miejsca, w jakim koczowała rodzina Bartosza. To była rzeczywiście buda, nie tylko dziurawa, lecz także rozpadająca się, brudna i śmierdząca. Dawniej żyły tu zwierzęta, ale później gospodarz doszedł do wniosku, że stodoła już się dla nich nie nadaje, i zbudował nową, z prawdziwego zdarzenia. Bartosz nie miał wyjścia, musiał się zadowolić starą. Na podwórzu było tyle wody i błota, że pierwsze mrozy nie skuły tej powierzchni. Gdyby temperatura była trochę wyższa, każdy, kto zrobiłby choć krok, zapadłby się po kolana. Teraz, wysiadając z wozu, obaj mieli buty do kostek ubrudzone błotem. Ziemia lekko stwardniała, więc można było jakoś przejść.

– Tu mieszka twoja rodzina? – zapytał Antoni.

– Tak – odpowiedział nieśmiało Bartosz.

– Boże, przecież tu prawie nie ma dachu, same dziury! Szmatami pozatykane dziurawe ściany.

Bartosz pchnął szerokie wrota jak do stodoły i zrobił krok do przodu. Antoni stał w progu. Podłoga w tej chałupie prawie niczym się nie różniła od błota na zewnątrz. Jedynie w środku błoto było bardziej ubite i bardziej suche. Było tam bardzo ciemno. Dwa małe okienka wpuszczały niewielką ilość światła. Antoni wszedł do środka przerażony.

– Gdzie są wszyscy?

– Maryśka! – wrzasnął Bartosz. – Maryśka! – zawołał równie głośno jeszcze raz.

Nikt się nie odezwał. Bartosz się zdenerwował. Po chwili, gdy wzrok przyzwyczaił się już do tej ciemności, zauważył dużą, szeroką pryczę zbitą z desek, na której leżały razem jakieś osoby.

– Maryśka! – krzyknął Bartosz i podszedł do pryczy.

Na pryczy leżała jego żona z czworgiem dzieci.

– Wstawać! – zawołał Bartosz. – Natychmiast! Przenosimy się!

Dopiero teraz Antoni zobaczył, że na pryczy ktoś się rusza.

– Dlaczego nie reagujesz?

– Leżę – odpowiedziała ospale kobieta.

– Kiedy jedliście? – zapytał Antoni.

– Nie wiem, dawno, już długo leżymy.

– Chyba zdążyliśmy w ostatniej chwili – stwierdził Antoni, pokiwał głową i spojrzał na Bartosza.

– Dlaczego nie odpowiadasz, jak cię przywołuję?

– Nie mam siły.

– Przenosimy się, wstawaj, włóż coś na siebie, jest mróz.

– Dokąd mamy iść?

– Nie iść, tylko jechać, furą do Nowego Świata.

– Gdzie? – Kobieta spojrzała na niego zdziwiona.

– Do Nowego Świata. To wieś leżąca trzydzieści kilometrów stąd – wyjaśnił Antoni. – Tam teraz będziecie mieszkać.

– Ubieraj się, przygotuj dzieci – polecił Bartosz. – A gdzie najstarsi, Janek i Franek?

– Poszli po wodę, zaraz wrócą.

– Wstawaj, Maryśka.

– A dokąd idziemy?

– Nie idziemy, tylko jedziemy furą, już ci mówiłem.

– Więc dokąd jedziemy?

– Już mówiłem, do Nowego Świata, trzydzieści kilometrów, mamy daleką drogę.

– Teraz, na noc? Ja nie dam rady, a i dzieci też.

– Wszystko włóż na siebie i na dzieci, jest zimno.

– Nie damy rady, taki kawał drogi... Gdzie będziemy spać? A najmłodsze?

– Nie gadaj, nie pytaj, szkoda czasu. Jedziemy furą.

– Jaka fura, skąd ta fura?

– Moja – odparł Bartosz.

– Ty masz furę?

– Tak, i dwa konie.

– Jezus Maria, Józefie Święty!

Antoni znowu wykrzywił twarz w grymasie, który był mieszaniną zdziwienia i dezaprobaty.

– Mamy jedzenie, picie, kompot dla dzieci, kawę zbożową, chleb ze smalcem i odzież dla was. Bartoszu, przynieś tę paczkę z wozu, niech wszyscy od razu włożą na siebie ubrania, które przywieźliśmy.

– A wy to kto? – spytała Maryśka, zwracając się do Antoniego.

– Przyjaciel, który wam pomaga.

– Nie ma takich na świecie – powiedziała kobieta.

– Rzeczywiście to rzadkość, ale czasami się zdarzają, prawda, Bartoszu?

– Tak, Antoni to przyjaciel, pomaga nam.

– To prawda, że on ma furę? – spytała Maryśka Antoniego.

– Przyjechaliśmy moją furmanką, której Bartosz używa. To u mnie będziecie w Nowym Świecie. Jest chałupa, robota, jedzenie.

– Dla wszystkich?

– Tak, dla wszystkich – odparł Antoni.

– Ruszajcie się, szybko! – poganiał ich Bartosz.

Chciał jak najszybciej wyjść z tej walącej się chałupy i wreszcie zostawić przeszłość za sobą. Już mocno tkwił w przyszłości, już prawie zupełnie zapomniał, co było dawniej, jak żyli i kim sam był. Teraz ten dom, Maryśka i jego dzieci uprzytomniły mu znowu, że jeszcze ciągle tkwi w przeszłości. Żona była z dziećmi w starym świecie, podczas gdy on już maszerował po nowym. Dlatego poganiał ich jak mógł. Chciał jak najszybciej ruszyć w powrotną drogę, żeby raz na zawsze zamknąć ten rozdział życia i nigdy już do niego nie wracać. Maryśka jeszcze nie rozumiała, co się dzieje, ale jak dowiedziała się, że zaraz dostaną coś do jedzenia i będą mieli ciepłe rzeczy, zaczęła powoli rozumieć, że nastąpiły jakieś wydarzenia, które mogą diametralnie zmienić ich życie.

– Wsadzać rzeczy do tobołków i w drogę! – ponaglał ich Bartosz.

Do izby weszło dwóch starszych synów. Mieli ze sobą dwa dzbany wody ze studni.

– Wodę zostawcie – polecił im ojciec – nie zabieramy jej, mamy picie dla dzieci i starszych. Czy wszyscy są gotowi?

Zobaczył żonę i całą szóstkę dzieci stojących przed nim. Zrozumiał, że jego bliscy mają przed sobą jeszcze długą drogę, którą on już pokonał.

Powoli wszyscy zaczęli wychodzić. Nikt się nie odzywał. Najmłodsza córka Bartosza, Celina, patrzyła na obu mężczyzn wielkimi czarnymi oczami pięciolatki.

– Chcesz jechać? – zapytał ją Antoni.

– Tak. Mama mówiła, że ojciec przyjedzie i nas stąd zabierze.

– Dotrzymał słowa, przyjechał – zauważył Antoni.

– Dzieci ciepło ubrane? – spytał Bartosz.

– Tak – odpowiedziała Celina.

– Wszyscy na podwórze i ładować się na furę, najmłodsze z przodu, starsze bliżej tyłu, a ty, Maryśka, siadasz na końcu fury – zarządził Bartosz.

– Nie macie żadnych garnków ani łyżek? – spytał Antoni.

– Spakowałam do tobołków – wyjaśniła Maryśka.

– Ja z Antonim siadamy z przodu, jedziemy na koźle, powozimy.

Gdy wszyscy byli na furze, Antoni wyjął kosz z jedzeniem, pokroił chleb, posmarował smalcem i dał każdemu po kromce. Następnie dzieciom nalał kompotu, a starsi dostali zimnej kawy zbożowej. Maryśce i dzieciom zaświeciły się oczy z radości na widok jedzenia.

– Spójrzcie jeszcze raz na waszą chałupę i ruszamy – powiedział Antoni.

– To nie nasza – odparła Maryśka. – Ten, co trzymał tu zwierzęta, a później je zabrał, nagle zmarł, nie miał nikogo bliskiego, więc weszliśmy.

– Nie oglądajcie się, patrzcie do przodu – odezwał się Bartosz. – To, co było, nie istnieje. To, co teraz tu widzicie, też nie istnieje, to tylko wasze wyobrażenie, ten głód, dziurawy dach i szmaty na grzbiecie to też tylko wyobrażenie, a realny świat jest gdzie indziej, dopiero go poznacie. To, co zniknie zaraz za horyzontem, to przypadek. Czasem przez przypadek wejdzie się w gówno. Ale trzeba umyć buty i iść dalej.

Maryśka słuchała zadziwiona słów męża.

– Dawniej mówiłeś, żeby tylko było trochę żarcia codziennie, bo wtedy z dachem damy radę – zauważyła.

– Nic takiego nie było, zdawało ci się. Milcz i obserwuj. W swoim czasie dowiesz się, co masz czuć i czego pragnąć – powiedział stanowczo Bartosz, tak by Antoni nie słyszał. – Ty i dzieci patrzcie do przodu, nie oglądajcie się i nie wspominajcie, bo jesteśmy stworzeni do innego życia. To, co tu było, po prostu wam się przywidziało. Teraz jesteśmy już mieszkańcami Nowego Świata. Patrzcie tam, gdzie idą konie, a nawet dalej.

Antoni spoglądał na Bartosza i miał teraz mieszane uczucia. Wiedział, że trzeba ich wyciągnąć z tego marazmu, dodać im energii i siły, by szli odważnie do przodu, ale z drugiej strony ten brak pamięci o swojej przeszłości może zabić człowieczeństwo. Nie odezwał się jednak ani słowem. Miał słabość do Bartosza i cieszył się, że będzie miał stałego pomocnika i kompana, który zawsze będzie doceniał to, co Antoni dla niego zrobił. Sięgnął do kosza po gorzałkę, nalał po pół szklanki, spojrzał na Bartosza, klepnął go po ramieniu, uśmiechnął się do niego i zrobił gest zachęcający do wypicia. Wychylili. Antoni odebrał szklankę od Bartosza, nalał pół.

– Podaj żonie – zdecydował.

– Masz, wypij, żeby ci było cieplej – zwrócił się Bator do Maryśki.

Kobieta wzięła szklankę i wychyliła gorzałkę jednym haustem.

– Ja wezmę lejce – odezwał się Bartosz – i ruszamy stąd.

Bartosz zaciął batem i konie ruszyły z fasonem, aż młodsze dzieciaki spadły z ławeczki, co wywołało jedynie wesołość na ich twarzach. Maryśka spojrzała zadziwiona. Nie widziała uśmiechu u nich właściwie nigdy. Zawsze był smutek, a tu nagle zwykły dziecięcy śmiech, jak w trakcie zabawy.

– Trzymajcie się mocno, droga jest wyboista! – zawołał Bartosz.

Dzieci jeszcze kończyły chleb ze smalcem.

– Wspaniałe smakołyki dostaliśmy. Czegoś takiego nie jedliśmy już parę miesięcy. Byliśmy szczęśliwi, jeśli dostaliśmy ziemniaków bez okrasy, a częściej starego zatęchłego pęczaku, a tu smalec, skwarki. Cudownie! – zauważyła Maryśka.

– Najedliście się? – spytał Antoni.

– Tak, bardzo, dziękujemy.

Dzieciom oczy świeciły się z radości, widać było, że w tym momencie są szczęśliwe. Maryśka też czuła się szczęśliwa.

– To ci się jednak udało, Boże, udało ci się. Ja w to nie wierzyłam, chociaż wmawiałam sobie, że ta nasza bieda nie może przecież trwać wiecznie. Ta bieda i głód były okropne.

Bartosz strzelał z bata po parę razy, gdy widział, że ktoś idzie. Konie wpadły w galop. Mijali błyskawicznie kolejne chałupy. Jeszcze trzy, jeszcze dwie, jedna.

– Wyjechaliśmy! – krzyknął Bartosz. – Wyjechaliśmy, jesteśmy w polach!

Konie galopowały co sił. Bartosz odwrócił się i zobaczył, jak ostatnie chałupy stają się coraz mniejsze. Przez pewien czas w ogóle nie patrzył na drogę, tylko był odwrócony.

– Patrz przed siebie i zwolnij! – huknął nagle Antoni. – Zwolnij!

Bartosz skrzywił się i spojrzał na Antoniego z grymasem niezadowolenia, nie dlatego nawet, że ma zwolnić, by konie się nie męczyły, ale dlatego, że ten rozkaz, który padł z ust Antoniego, pokazał, kto tu rządzi, i że Bartosz będzie musiał się podporządkować. Poza tym wszystko słyszała Maryśka. To było jeszcze gorsze, bo podważało jego pozycję. Chciał przecież jej udowodnić, że to on jest teraz wyłącznym panem swojego losu. Antoni czasem mu pozwalał na pewne zachowania, gesty, słowa, które mogłyby rzeczywiście świadczyć, że Bartosz jest niezależnym chłopem, właścicielem, posiadaczem. Chciał, by Bartosz poczuł się wreszcie wolny i szczęśliwy, ale koni zamęczyć nie pozwoliłby nikomu – tu nie posunął się nawet o milimetr. Bartosz natychmiast wykonał polecenie Antoniego. Konie szły teraz równym tempem, mimo że droga nie była łatwa. Wóz podskakiwał na nierównościach, więc szczególnie dzieci musiały się mocno trzymać, ale o to już dbała z tyłu Maryśka.

Wszyscy, Maryśka i Bartosz, a także dzieci, wiedzieli, że jadą do nowego, lepszego świata, a to, co było straszne, zostawiają bezpowrotnie za sobą. Ta myśl sprawiła, że jazda, która była niewygodna, męcząca i momentami bardzo uciążliwa, stała się dla nich przyjemnością i nie odczuwali niedogodności, a dzieci traktowały ją niemal jak zabawę. Byli najedzeni, chleb ze smalcem i skwarkami zrobił swoje. Co chwilę uśmiechali się do siebie i do swojej przyszłości, którą pierwszy raz realnie widzieli w jasnych barwach.

Antoni odwrócił się do nich i zobaczył zmarnowaną życiem gromadkę, która nieśmiało zaczęła okazywać swoją radość. Gdy wóz wpadał w dziurę lub gwałtownie najeżdżał na wystające kamienie, podskakiwał tak mocno, że wyrzucał ich do góry, po czym spadali i z całym impetem uderzali w ławki. Nie powodowało to nerwowości – choć mogło, bo taka sytuacja powtarzała się ciągle – a jedynie śmiechy dzieci i uśmiech Maryśki. Antoni spoglądał na nich od czasu do czasu i miał wielką satysfakcję, że im pomógł.

Po ośmiu godzinach jazdy, a także kilku przystankach na jedzenie i za potrzebą zaczęli się powoli zbliżać do Nowego Świata. Była już prawie północ, kiedy dotarli na miejsce. Małe dzieci spały oparte o siebie, starsi obserwowali z zainteresowaniem okolicę. Obie wsie nie różniły się specjalnie od siebie. W jednej i w drugiej chałupy były zlokalizowane głównie przy drodze, ale nie były to klasyczne ulicówki, niektóre obejścia leżały w bok od głównej drogi. I w jednej, i w drugiej wsi biegły boczne drogi, którymi można było dotrzeć do domostw położonych dalej od centrum. Zarówno Michałów, jak i Nowy Świat były raczej ubogie i przeważali w nich chłopi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Mieszkali tu także zamożniejsi, którzy mieli więcej ziemi, ale należeli do mniejszości. Przeważały drewniane chałupy, w dużej części pokryte strzechą. Można było też i tu, i tam zauważyć chaty bardziej okazałe, kryte blachą, a nawet dachówką. Poletka były nieduże, cztero- lub pięciohektarowe, choć zdarzały się większe, takie jak pola Antoniego. On posiadał prawie trzydzieści hektarów i należał do zamożniejszych. W Nowym Świecie wyjątek stanowił Franciszek Niezgoda, który był właścicielem dużego majątku.

We wsi od dawna wszyscy spali. Podróżni właśnie dotarli do miejsca, od którego zaczynała się dość lita zabudowa po obu stronach drogi. Droga cały czas była wyboista i po wjeździe do wsi nic się nie zmieniło. Fura i wszyscy na niej mocno podskakiwali, a że cisza była wręcz grobowa, łoskot kół na kamieniach niósł się głośnym echem. Wydawało się, że zaraz wszyscy mieszkający przy drodze zostaną obudzeni, staną w oknach i będą ich obserwować. Antoniego ten hałas denerwował, bo nie chciał budzić sąsiadów, za to Bartosz był zadowolony, że z taką pompą wjeżdża, powożąc.

– Już nigdzie się nie świeci – zauważył Bartosz.

– Nawet Niezgoda już śpi – podkreślił Antoni.

Wprawdzie dom Niezgody nie stał przy samej drodze, był od niej oddalony prawie o sto metrów, ale było widać, czy w oknach pali się światło.

– Daleko jeszcze? – spytała Maryśka.

– Nie, już dojeżdżamy – odpowiedział Antoni.

Teraz to on trzymał lejce. Bartoszowi o tej porze nie zależało, by mocować się z końmi, zwłaszcza że nic nie było widać, a i sam był już zmęczony tą drogą. Wóz zajechał w obejście Antoniego. Było bardzo ciemno, widoczne były jedynie zarysy obu chałup, dzięki gwiazdom i księżycowi, który dawał najwięcej światła, mimo że nie było pełni, a świecił jedynie mały ogarek. Maryśka dojrzała zabudowania. Wydały jej się luksusowe.

– Ta chałupa z lewej jest nasza – poinformował żonę Bartosz, a Antoni potwierdził skinieniem głowy.

Maryśka wstała z miejsca, żeby lepiej widzieć.

– Cała? Cała jest nasza?

– Część zajmuje jeszcze stodoła, ale w środku i tak jest dużo miejsca. Dwie duże izby. Zaraz zobaczysz.

Antoni przyciągnął lejce. Konie się zatrzymały.

Bartosz zeskoczył z wozu, a za nim powoli zsiadła Maryśka. Małe dzieci, które spały, też się obudziły. Wszyscy wysiedli z furmanki.

– Wasze tobołki, zabierzcie je ze sobą! – zawołał za nimi Antoni.

Bartosz, Maryśka i starsze dzieci wrócili po bagaże. Wprawdzie wszyscy byli już mocno zmęczeni, ale podekscytowanie na widok nowego domu spowodowało, że sen natychmiast gdzieś uleciał. Zapaliło się światełko w chałupie Antoniego.

– Patrz, Antoni – powiedział Bartosz. – Anna się obudziła.

– Albo Alojzy.

Po chwili w otwartych drzwiach ukazała się Anna.

– Dzień dobry, witajcie!

– Chodźcie – zwrócił się Antoni do Maryśki i dzieci – poznam was z moją żoną Anną.

– Może jutro? – zaproponował Bartosz. – Jest już późno.

– Nie, zrobimy to teraz – zarządził Antoni. – Potem trzeba wóz i konie do stajni zaprowadzić. Zrobisz to, Bartoszu? Jak już pokażesz rodzinie dom. Gdy będziecie szli do siebie, zabierzcie chleb, który został z drogi, i garnek ze smalcem. Tam jest jeszcze dużo. Będziecie mieli na rano. Chleb pieczemy sami i u was też jest piec chlebowy. Zbudowaliśmy go razem z Bartoszem. Będziesz mogła piec chleb dla swojej rodziny. Stoi tam kuchnia do gotowania, są naczynia, sztućce, łóżka, pościel, stół, wszystko, co jest potrzebne do życia. Przygotowaliśmy to na wasz przyjazd. Bądźcie tu szczęśliwi! – zakończył przywitanie Antoni.

W progu chałupy stała Anna. Antoni przedstawił sobie kobiety. Zbliżyły się do siebie i podały sobie dłonie na przywitanie. Anna wyglądała bardzo młodo, nie miała jeszcze czterdziestki, była szczupła i zgrabna. Trzymała w ręku dużą świecę, której płomień oświetlał całą jej postać. Mimo że było zimno, wyszła na próg jedynie w koszuli nocnej i narzuconym niedbale przeźroczystym szlafroku. Światło świecy migotało na wietrze, a poruszający się płomień odkrywał od czasu do czasu zazwyczaj zakrywane fragmenty ciała. Dostrzec to można było tylko z pewnej odległości, więc Maryśka nic nie zauważyła. Bartosz zwrócił jednak uwagę na żonę Antoniego, zobaczył w niej zgrabną i ponętną kobietę. Spojrzał uważniej i dostrzegł kształty przebijające spod nocnej koszuli. Przez chwilę wyglądała, jakby stała na progu chałupy całkiem naga. Cała jej postać nie pasowała do tego otoczenia. Wiejskie baby były na ogół przy kości i nie dbały o swoją figurę.

"A ona wygląda jak z kabaretu" – pomyślał Bartosz.

Nigdy nie widział kobiet w kabarecie, bo tam nigdy nie był, ale ktoś kiedyś mu opowiadał o tych szczupłych, ponętnych i półnagich niewiastach, które tańcząc, kusiły mężczyzn, a oni poddawali się ich wdziękom.

– Anno! – krzyknął Antoni. – Ubierz się. Co ty naga tu stoisz. Przeziębisz się, a poza tym się zakryj. Jak to wygląda?

– Nie jestem naga, tylko w koszuli i w szlafroku – tłumaczyła się Anna, ale cofnęła się do wnętrza chałupy.

– Teraz wejdźcie do nas, a moja żona pokaże, jaki mamy plan dnia, co robimy – zaprosił ich Antoni.

– Może jednak jutro rano? – próbował oponować Bartosz.

– Nie, zrobimy to teraz – podkreślił Antoni. – Żona opowie, kiedy wstajemy, jakie będą obowiązki twoje i Maryśki, a także dzieci. Co będą robili starsi chłopcy, co dzieci młodsze. Najmłodsze na razie nie będą pracowały.

– U nas w Michałowie te najmłodsze czasami pasały gęsi – zauważyła Maryśka.

– Ani słowa o Michałowie! – krzyknął Bartosz. – Koniec. Tamtego świata nie było, to się wam przyśniło.

– Chodźcie już do środka – polecił Antoni.

Pierwszy wszedł sam, za nim Bartosz, Maryśka i dzieci. Stali w izbie całą gromadą. Było ciepło, paliło się pod kuchnią. Na środku stały stół i krzesła. Szczapy strzelały iskrami, a przez uchylone drzwiczki kuchni widać było niedokładnie położone fajerki i czerwone języki ognia tańczące niczym baletnice na scenie.

Anna postawiła na kuchni duży gar z wodą.

– Podgrzeje się i zabierzecie do siebie. Jutro już sami sobie u siebie przygotujecie. Drzewo macie tam narąbane, leży, tylko podrzucić, już się pali. Zapaliłam wam dwie godziny temu, powinno już być ciepło, ale gara nie chciałam tam grzać.

Maryśka nie wiedziała, co ma powiedzieć, była oszołomiona uczynnością i dobrocią zarówno Anny, jak i Antoniego.

– Boże, jak ja się odwdzięczę za to wszystko!

– Wspólną pracą, lojalnością i rzetelnością – odparł Antoni. – A poza tym nie oczekujemy żadnych podziękowań.

– A co ja mam robić? – spytała Maryśka.

– Rano trzeba oporządzić zwierzęta, dać im jeść i pić, a potem je wyczyścić. Następnie jest sprzątanie pomieszczeń, a później roboty koło chałupy. Do wiosny nie mamy prac w polu. Gdy będzie jeszcze coś do zrobienia, masz to zrobić. Rozumiesz? Wszystko ci powiem.

– Dobrze, proszę pani.

– Nie, Marysiu, nie jestem pani, jestem Anna.

– Mamy współpracować – dodał Antoni. – Na początku będę ci mówił, Bartoszu, co masz zrobić, a za jakiś czas sam będziesz wiedział. Oprócz prac na roli jest jeszcze robota w warsztacie stolarskim. Tam też będziesz mi pomagał.

– Nie znam się na tym.

– Wszystkiego cię nauczę. O to się nie martw, a stolarstwo zawsze ci się przyda. Tobie, Marysiu, moja żona będzie mówiła, co jest do zrobienia, a wkrótce sama już będziesz wiedziała, co i kiedy trzeba robić.

– Wszystko jasne, Marysiu? – spytała Anna.

– A dla ciebie, Bartoszu, też wszystko jest jasne? – zapytał Antoni.

Bartosz jakby się zawahał, cisza się przedłużała, a na twarzy Antoniego znowu pojawił się specyficzny grymas zdziwienia i zaskoczenia.

– Bartoszu? – ponowił pytanie Antoni.

– Tak, wiem, rozumiem – odparł mężczyzna. – Chodźmy już do siebie. Jest bardzo późno.

– Tak, masz rację – zgodził się z nim Antoni.

– Dziękujemy. Dobrej nocy – rzekł Bartosz, wychodząc z chałupy gospodarzy. – Nie ociągajcie się, chodźcie już – ponaglił rodzinę.

Wszyscy wyszli. W izbie zostali jedynie Antoni z Anną.

– Nie wiem, czy zrobiliśmy dobrze, mam coraz więcej wątpliwości – rzekła Anna. – On się czasami dziwnie zachowuje, jakby nam łaskę robił, że mu pomagamy.

Bartosz, Maryśka i dzieci stanęli przed drzwiami wejściowymi do chałupy – teraz już ich chałupy. Maryśka mimo zmęczenia uśmiechała się do Bartosza i z podenerwowaniem oczekiwała wejścia do środka. Ich pierwszy dom, własny, chociaż nie do końca, obszerny, wygodny. W porównaniu z tym, jak żyli wcześniej, ta chałupa przerobiona ze stodoły była wspaniała, miała wszystko, co mogli sobie wymarzyć, a nawet to, o czym nie marzyli. Mieli teraz pewny wikt i dach nad głową, a nawet trochę pieniędzy. Zawsze też mogli liczyć na pomoc Antoniego, który okazywał im wielką życzliwość. Anna była bardziej sceptyczna i krytyczna wobec Bartosza, ale również gotowa nieść pomoc, gdyby zaszła taka potrzeba.

Rozdział 5Oględziny

– Pociągnij za klamkę i wejdź do środka – polecił Bartosz.

– To tu są klamki?

– Oczywiście, skobel jest w stodole i w oborze, a klamka tam, gdzie żyją i mieszkają ludzie, rozumiesz?

– Ale u nas w Michałowie było dużo chałup, które się zamykały na skobel.

– Już ci mówiłem, nie ma Michałowa, zniknęło, nie istnieje, zapadło się pod ziemię, nigdy go nie było, a twoje wspomnienia to tylko zły sen, a co najważniejsze, nieprawdziwy. Pamiętaj, przywidziało ci się, zawsze mieliśmy swój dom, jedzenia pod dostatkiem, byliśmy wolni i niezależni.

– Bartosz, to się tak nie da – rzekła Maryśka.

– Tak ma być! – wrzasnął Bartosz na cały głos, tak że było go słychać w całym obejściu. – Koniec! Nie rozmawiamy o tym, nie było tamtego życia. Teraz masz być kimś innym, masz być panią.

– Chyba żartujesz! Nawet Anna stwierdziła, że nie jest panią, a ja mam nią być? Nigdy taka nie będę.

– Zamilcz! – wrzasnął Bartosz po raz kolejny. – Mówię do was wszystkich, do ciebie i do dzieci. Nie będę dłużej tolerował opowieści o Michałowie ani o tym, co tam się działo. Macie zapomnieć. Pamiętać macie, że zawsze byliśmy kimś.

Wszyscy spojrzeli na niego, nie rozumiejąc do końca, co ma na myśli.

– Tak, jasne! – zawołał najstarszy chłopak, Janek, chociaż nic nie było dla niego jasne. Nie rozumiał, dlaczego ojciec uparcie chce, aby wszyscy udawali, że nie mieszkali w Michałowie, że nie głodowali, że nie mieli dziurawego domu. Jeszcze bardziej nie mógł pojąć, jak to jest możliwe, by coś, co było, nagle zniknęło z przeszłości. – Ja wiem – odważył się powiedzieć.

– Co wiesz? – zapytał ojciec.

– Wiem, co przeżyłem. Pamiętam, jak w lecie chodziłem na jabłka, gruszki, czereśnie. Zakradałem się do sadu, który był niedaleko naszej chałupy, zbierałem do kosza tyle, ile mogłem. Wtedy byłem w raju, czułem się wspaniale. Wiele razy przynosiłem kosze tych owoców. Mieliśmy ucztę, że aż nas brzuchy rozbolały. Trzeba było jednak uważać, żeby nikt nie zauważył, bo wtedy gonił, szczuł psami. Jak dogonił, bił polanem, psy gryzły, a rany goiły się przez długie tygodnie. W końcu się zagoiły, a wspomnienia tej uczty nikt mi nie zabierze. To były wspaniałe chwile i nie mogę o nich zapomnieć.

– Milcz, idioto! Teraz nikt już nie ma prawa rozmyślać ani wspominać. Macie zapomnieć i więcej o tym nie będziemy rozmawiać, a kto złamie mój zakaz, będzie karany, i to ostro. Pamiętajcie, że nie macie żadnej przeszłości, żadnych owoców nie zbierałeś, a i psy też cię nie pogryzły. Teraz rozpoczyna się właściwe życie. I jedyne. Innego nie było. Jesteśmy ważni, nosimy głowy wysoko i nie jesteśmy ani nigdy nie byliśmy parobkami.

– A kim niby? – odezwała się Maryśka. – To, że mamy chałupę, to zasługa Antoniego, dzięki jego dobroci ją mamy.

– Jest nasza i my jesteśmy panami, rozumiesz? Pytasz dzięki komu? To pamiętaj, tylko dzięki mnie. Rozumiesz to? Na pewno nie, bo jesteś głupia. Ale to nieważne. Ważne, że macie pamiętać, co do was mówię. To mój wysiłek sprawił, że tu jesteśmy, a będziemy znacznie dalej. Macie wyłącznie mnie słuchać, a wszystko pójdzie właściwą drogą. Nie wymagam, byście rozumieli. Jasne? – Bartosz kierował te słowa głównie do żony, ponieważ wymagał od niej, aby w odpowiedni sposób wychowywała dzieci, w bezwzględnym posłuchu dla niego, i aby wykonywała polecenia, jakie jej przekaże. – A teraz chodźcie wreszcie do środka.

Bartosz mocnym ruchem nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły. Weszli wszyscy po kolei. Ich oczom ukazała się wielka przestrzeń. Pośrodku zobaczyli stół z krzesłami, a przy ścianach łóżka. Była też kuchnia, pod którą buzował ogień zapalony przez Annę. Maryśka postawiła na kuchni gar z ciepłą wodą, który ofiarowała jej Anna, i rozejrzała się wokół. Wszędzie stały świece: na kuchni, na stole, koło łóżek, a także przy miednicy do mycia. Spacerowali tam i z powrotem, chcieli obejrzeć wszystko, co tam było.

– Jak tu pięknie! – odezwała się Maryśka. – Ile miejsca dla nas, ciepło. Istny raj.

– A będzie jeszcze lepiej, tylko mnie słuchajcie. To, co tu widzicie, sam zrobiłem – pochwalił się Bartosz.

– Sam? Antoni tu nie pracował?

– Owszem, pomagał mi.

– A nie odwrotnie? – dopytywała się Maryśka.

– Nie, i zamilcz. Nie kwestionuj tego, co mówię, bo widzę, że gdy mnie nie było, gdy cierpiałem dla was, ty nauczyłaś się bezczelności. Pamiętaj, kto tu jest panem. W tej izbie będą spać najmłodsze dzieci. Tu są dwa łóżka. A my mamy tu przygotowane podwójne. – Bartosz pokazał palcem, kto gdzie będzie spał.

Otworzył drzwi i nagle ukazała się druga izba, także sporych rozmiarów. Stały w niej cztery łóżka. Każdy miał swoje i nie musiał już z nikim nic dzielić. Maryśka złapała się za głowę, gdy zobaczyła drugą szafę, i aż przysiadła z radości.

– Dbam o was, więc macie mnie słuchać, dla własnego dobra.

– A gdzie wychodek? – zapytał Janek.

– Za chałupą. Spójrz przez okno, widać go stąd. Oni mają oddzielny i my oddzielny.

– Po co nam tyle szaf? – dziwiła się żona.

– Jeszcze zobaczysz po co. Przydadzą się. Kupimy rzeczy dla ciebie, dla dzieci, dla nas, a do tego czasu będziemy korzystać z ubrań od Antoniego.

Bartosz otworzył szafę, która stała w izbie kuchennej, a w niej ukazały się płaszcze, czapki, szaliki, a także męskie spodnie i damskie sukienki. Były też małe ubranka po zmarłych dzieciach Antoniego i Anny.

– Boże, ile tu dobra! – wykrzyknęła Maryśka.

– Buty też tu są, stoją na dole.

Kobieta tylko kręciła głową, bo nie wiedziała, jak ma wyrazić swoje zaskoczenie, zachwyt i szczęście.

– Za naszą robotę będziemy dostawali jedzenie dla wszystkich, a ja jeszcze trzydzieści złotych. Jeśli się dobrze sprawisz, w końcu też dostaniesz jakąś zapłatę. Antoni ma tu warsztat stolarski. Robi meble, krzesła, stoły. Będę mu pomagał. Jak sprzeda, będą dodatkowe pieniądze. Ich syn jest kaleką, ale wyplata koszyki i jest w tym naprawdę dobry. Sporo na nich zarabiają. Po robocie w obejściu też możesz się tym zająć, będziesz miała jakiś grosz dla siebie.

Maryśka zaczęła płakać. Wielkie krople łez spadały jej na kolana. Zakryła twarz rękami. Bartosz to zauważył.

– Maryśka, co się stało? Dlaczego płaczesz? Przecież wszystko jest dobrze, mamy to, co chcieliśmy.

– Bo takie wspaniałe perspektywy, a już teraz jest jak w raju.

– To się nam należało i nie wiadomo, dlaczego tak długo tego nie mieliśmy. Ale teraz już tego nie wypuszczę z ręki. Rozumiesz? Pytam, czy rozumiesz.

Maryśka otarła oczy i powiedziała:

– To były łzy radości i szczęścia.

– Umyj szybko dzieci. Idziemy spać.

Bartosz zzuł buty, odwinął z nóg szmaty, które służyły ma za skarpety, i rzucił je w kąt koło miednicy, płaszcz położył na krześle, a sam runął na łóżko. Po chwili rozległo się głośne chrapanie. Maryśka umyła najmłodsze dzieci i położyła je do łóżek. Starsze same poszły spać. Wszyscy zasnęli w jednej chwili.

Rozdział 6Pierwsze śniadanie w nowym domu i wyjazd do kościoła

Maryśka przez długi czas patrzyła na ich łóżko, nie mogła się nadziwić, że teraz jak normalni ludzie, a nie jak nędzarze, będą spali pod kołdrą, w pościeli, każdy ma nawet własną poduszkę. Pościel była śnieżnobiała. Sama była ciekawa, jak to będzie w takim łóżku. Do tej pory zawsze spali na jednej pryczy, razem przykryci brudnym kocem.

Maryśka ochlapała się trochę wodą i przebrała w nocną koszulę, którą znalazła w szafie wśród rzeczy przygotowanych przez Annę. Weszła pod kołdrę. Gdy tylko dotknęła głową poduszki, zasnęła.

Spała krótko, obudziła się i siadła nerwowo na łóżku. Świeca stojąca obok miednicy dopalała się, a ogień z niej zaczynał dotykać podłogi. Wyskoczyła z łóżka na równe nogi, zagasiła świecę, jeszcze raz rozejrzała się, czy wszystko jest pogaszone. Położyła się znowu, ale teraz nie mogła już zasnąć.

"Boże, jak to trzeba strasznie uważać, mogła się zająć cała chałupa" – pomyślała. "Co wtedy by się stało? Znowu bylibyśmy bezdomni".

Na samą myśl o tym przeszedł ją dreszcz przerażenia. Dopiero teraz dokładnie przyjrzała się białej pościeli na łóżkach. Każdy miał swoją poduszkę. Już wcześniej to zauważyła, ale ten fakt ciągle był dla niej tak fascynujący, że nie mogła się nadziwić.

– Jak tu mamy ciepło, jak tu mamy dobrze – powtarzała zachwycona.

Pod kuchnią tliły się polana, które utrzymywały ciepło w izbie przez całą noc. Postanowiła rano podrzucić do pieca.

Była szczęśliwa. Nie przypuszczała jeszcze parę godzin temu, że ich los tak nagle się odmieni. Nie wyobrażała sobie większego szczęścia i z tą myślą zasnęła pod ciepłą kołdrą.

W drugim pokoju spała Celina, ich najmłodsze dziecko, które jednak już poznało, co to głód, zimno i praca od świtu do zmroku. Celina w Michałowie pasała gęsi. Każdego dnia, poza okresem zimowym, wstawała przed czwartą rano i szła sama kilometr, otwierała zamkniętą na skobel furtkę, gdzie w środku pod wiatą otoczone drewnianym płotem nocowały gęsi. Jej zadanie polegało na pilnowaniu, żeby przemieszczały się powoli po całej łące, skubiąc trawę wszędzie równomiernie. Zawsze robiła kółka: od największego do najmniejszego. Gdy docierała z nimi do punktu, w którym już nie można było zrobić żadnego, kończyła swoją pracę. Na ogół trwało to około dziesięciu godzin. W tym czasie nikt do niej nie przychodził ani nikt się nią nie interesował. Jedynie raz dziennie pojawiał się właściciel gęsi i przynosił talerz ziemniaków, na ogół nieokraszonych, i duży kubek mleka. Na początku, gdy zaczęła je pasać, nie wiedziała, jak zmusić ptaki, by szły tam, gdzie chciała, ale później chodziły już jak po sznurku. Gdy wchodziła po nie, od razu podążały za nią. Gdy szła, one szły, gdy stała, one stały. Kiedy wychodziły spod wiaty na łąkę, zaraz zaczynały skubać trawę swoimi długimi dziobami i robiły to bez przerwy przez cały dzień. Celina szybko nauczyła się nimi kierować. Miała też kijek, którym sterowała ich ruchem. Z dużą dokładnością potrafiła określić, gdzie się zatrzymają.

Teraz Celina śniła o tym, jak biega za gęsiami i jak kieruje nimi za pomocą swojego kijka.

Rano, parę minut po czwartej, obudzili się prawie jednocześnie Bartosz, Maryśka i właśnie Celina. Wszyscy wstali natychmiast, bo nigdy się nie wylegiwali. Bartosz zawsze powtarzał:

– Leży w dzień tylko ten, kto jest chory.

Maryśka nalała wody do miednicy, najpierw zimnej, a potem z dużego gara ciepłej. Ciepła woda była luksusem, wcześniej na ogół jej nie mieli. Bartosz już się do tego przyzwyczaił, od paru miesięcy żył w zupełnie innych warunkach niż jego rodzina. Ochlapali sobie twarz, ręce, trochę tors.

– Wieczorem zrobimy kąpiele, z gorącą wodą. Tu jest duża balia. Naniesie się wody, zagrzeje i będziemy się kąpać po kolei. Najpierw ty, Bartoszu, potem dzieci, a na końcu ja.

– To już twój obowiązek, przypilnuj tego i nanieś wody.

Gdy Bartosz płukał twarz wodą, zatrzymał się na chwilę, jakby zamarł w bezruchu, i przypomniał sobie, jak żona Antoniego niemal naga stała w otwartych drzwiach ich chałupy. Ten widok zrobił na nim wrażenie. Pomyślał, że Maryśka nie może się z nią równać. Tamta jest zgrabna, ponętna, taka jakaś miastowa, a Maryśka raczej zwalista i toporna. Pomyślał o Annie i przez moment jej zapragnął. Przez lata nie myślał o kobietach, wprawdzie miał sześcioro dzieci, ale to było jak kąpiel od czasu do czasu. Własna żona dawno go już nie podniecała, spał z nią czasami, ale wtedy później pojawiało się kolejne dziecko. Wiedział, że nie może już spać ze swoją Maryśką, bo nie stać go na wyżywienie kolejnej gęby. Kiedy myślał o żonie Antoniego, widział w niej bezpieczeństwo.

"Po pierwsze, to żona Antoniego, z którą on, jak mówi, nie śpi, więc w razie czego dziecko nie będzie jego. Ale jakby co, to ona przecież się nie przyzna. I nie trzeba będzie go żywić. Po drugie, Anna jest ponętna, z nią to owszem, miałbym ochotę. Podoba mi się. Jak to się stało? Przecież przez trzy miesiące, gdy u nich mieszkałem i budowaliśmy chatę z Antonim, Anna ciągle się tu kręciła, ale nigdy na nią nie zwróciłem uwagi. A tu nagle coś takiego".

Bartosz dawniej w ogóle nie myślał o tych sprawach, a i ochoty na to też nie miał.

Uśmiechnął się do siebie. No tak, gdy możliwe było bezpośrednie porównanie, Maryśka marnie wypadła.

– Bartosz, co ty tak stoisz nad tą miską, modlisz się do niej? Teraz są dzieci w kolejce.

Mężczyzna jeszcze raz opłukał twarz wodą, wytarł się ścierką i odszedł na bok. Ubrał się w czyste spodnie i koszulę, włożył czystą marynarkę, którą znalazł w szafie. Spojrzał w lustro, które też powiesiła tam Anna, i rzekł:

– Od dzisiaj, od wieczornej kąpieli, będziemy wszyscy kąpać się przynajmniej raz w tygodniu, a ja będę się codziennie golił. Ty masz przypilnować czystości dzieci i swojej.

Żona spojrzała na niego zdziwiona i pomyślała:

"Trzy miesiące pożył w tym dobrobycie i tak się zmienił".

Zagrzała wodę na kuchni i podała Bartoszowi garnuszek.

– A co to jest?

– Tu było, pewnie Anna przyniosła. To chyba herbata. Wsypałam ci do wody. Dawno nie piłam.

– Ja też – przyznał Bartosz.

– Ty chyba piłeś, jak z nimi mieszkałeś?

– Rzadko, na ogół mleko, z przyzwyczajenia.

Bartosz trzymał garnuszek z gorącą herbatą w obu dłoniach, grzejąc je w ten sposób.

– Co, zimno ci? – zapytała zdziwiona Maryśka.

– Nie, to też z przyzwyczajenia.

Po chwili zaczął powoli popijać, siorbiąc głośno, by się nie poparzyć.

– Dobra, gorąca – zauważył.

– Też sobie wzięłam – odpowiedziała Maryśka i zaczęła ubierać najmłodsze dzieci. Nalała herbaty do kubków i postawiła je w rzędzie na stole. – Ta Anna o wszystkim pomyślała, to dobra kobieta. W ogóle to bardzo dobrzy ludzie.

Bartosz spojrzał na żonę, pokiwał głową z dezaprobatą. I nie odezwał się ani słowem.

Zazwyczaj nigdy rano nie jedli, dopiero po południu szukali czegoś do jedzenia, ale teraz, gdy nagle mieli wszystko, czego mogli zapragnąć, Maryśka zapytała nieśmiało:

– Może zjemy śniadanie?

– A czemu ty mnie pytasz? Rano ludzie jedzą śniadanie. Krój chleb, smaruj smalcem, nalewaj herbaty i siadamy.

– Wszyscy?

– Tak, wszyscy.

Pierwszy raz, odkąd w ogóle byli ze sobą, zasiedli do stołu, na którym mieli jedzenia w bród. Jedli chleb ze smalcem i popijali gorącą herbatą. Poczuli, że są najedzeni.

– To miłe uczucie.

– Jakie? – spytał Bartosz.

– Gdy się jest najedzonym – odpowiedział Janek, najstarszy.

Bartosz uśmiechnął się i pokiwał twierdząco głową.

– Dzisiaj ugotuję zupę na prawdziwych warzywach – oświadczyła Maryśka. – Anna zostawiła trochę słoniny.

Gdy przyrządzała zupę, pomyślała, że nie tak dawno w Michałowie jedli coś zrobionego z przydrożnej zieleniny, a teraz, pierwszego dnia na swoim, zjedzą prawdziwe warzywa. Teraz wszyscy dostali po dużej kromce chleba ze smalcem, a skwarek było tyle, że nie trzeba było ich szukać, sterczały bezczelnie i śmiały się z nich, przypominając im, jak jeszcze niedawno ich szukali. Czuli się zadowoleni, ale ociężali, nie byli przyzwyczajeni do porannych posiłków.

– Małe dzieci zostają w chałupie, a reszta za mną – zadecydował Bartosz. – Szybciej, ruszać się. Nie będę czekał. Ty też, Maryśka. Idziesz ze mną. Nie ma czasu, już na pewno jest po piątej.

Wyszli na zewnątrz. Doszli do chałupy Antoniego, a Bartosz podszedł do drzwi wejściowych, zwinął dłoń w pięść i uderzył parę razy mocno, tak jak pukał do Niezgody parę miesięcy temu. Drzwi się otworzyły, a w wejściu stanął Antoni.

– Dlaczego tak walisz?

– Myślałem, że jeszcze śpicie.

– My wstajemy zawsze około czwartej, lato, zima, a teraz jest już po piątej. Zaraz idziemy do warsztatu. Będziemy robili meble.

– Tak? – zdziwił się Bartosz.

– Tak. Anna wczoraj przyjęła zamówienie na stoły i krzesła. Nawet nie wiem, kto je złożył.

– Ono jest nie od nas, nie z Nowego Świata – wtrąciła Anna. – Przyjechał ktoś z Nowin. To daleko, około czterdziestu kilometrów.

– To dobrze, bo to oznacza, że dobra opinia o tym, co robimy, dotarła aż tam – ocenił Antoni, a następnie zwrócił się do Bartosza: – Czekaj na mnie w warsztacie, zaraz tam przyjdę.

Warsztat urządzony został pod wiatą, żeby deszcz nie padał na narzędzia, materiały i wyrabiane meble, ale gdy w zimie zacinał śnieg, ciężko było tam pracować. Antoni chciał zatem przekazać Bartoszowi informacje nie tylko na temat spraw technicznych związanych z produkcją mebli, lecz także radzenia sobie w warsztacie przy niesprzyjającej pogodzie.

– Ty, Maryśka, idziesz do obory – kontynuował przydzielanie zadań. – Trzeba obrobić krowy, wysprzątać obejście, a później wyczyścić zwierzęta. Potem trzeba będzie nanieść drzewa, a o reszcie powie ci Anna. Starsze dzieci, czyli chłopaki i najstarsza dziewczyna, pójdziecie do sąsiada, niedaleko, trzecia chałupa po prawej, tam gdzie na szczycie dachu obraca się na wietrze kolorowy kogut.

– Wiemy, wiemy! – wykrzyknęli chłopcy zgodnym chórem.

– Tam dostaniecie robotę, a za nią jedzenie i może nawet parę groszy, jak się dobrze sprawicie. Musicie wykonywać dokładnie to, co wam gospodarz zleci.

– Oczywiście! – odpowiedzieli i pobiegli do swoich zajęć.

Każdego dnia, poza niedzielą, powtarzała się ta sytuacja. Bartosz i pozostali członkowie jego rodziny meldowali się o świcie na progu chałupy Antoniego i dostawali od niego i Anny informacje, co mają robić, gdzie i jak mają być te prace wykonywane.

Mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące. Bartosz, Maryśka i cała rodzina bardzo zadomowili się u Antoniego, było im tam dobrze, byli bardzo szczęśliwi, że udało im się trafić na kogoś takiego. Maryśka odczuwała wielką wdzięczność, bo pamiętała doskonale ich cierpienia z Michałowa, mimo że mąż surowo nakazał, by tamten świat uznać za niebyły. Bartosz coraz bardziej czuł się jak właściciel chałupy, którą zamieszkiwali, warsztatu, gdzie Antoni go nauczył, jak się wyrabia meble, oraz ziemi, na której pracował, orał, bronował i robił zasiewy, a później zbierał plony.

Antoni dokupił jeszcze dwie krowy i przeszło tuzin kur. Codziennie wszyscy mieli dużo mleka i jajek. Nadwyżkę sprzedawał. Od czasu do czasu, nie częściej jednak niż raz w miesiącu, Maryśka gotowała niedzielny rosół na kurze i warzywach. Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc zabijali kury i robili pieczyste. To danie uchodziło za wyjątkowy rarytas, dlatego przyrządzano je tylko dwa razy w roku, z tym że w Święta Wielkanocne mięso spożywano na zimno.

Bartosz pracował z Antonim głównie w polu, a późną jesienią i zimą w warsztacie. Antoni sprzedawał meble oraz nadwyżki żywności. Był pracowity i potrafił myśleć po gospodarsku, ekonomicznie. Bartosz dostawał większą zapłatę, więc rodzina mogła sobie pozwolić na lepsze jedzenie. Na wiosnę byli przy sianokosach, ścinali trawę i ją rozrzucali, by się dobrze ususzyła na słońcu. Suszono ją na pokosach, ostwiach i ostrewkach. Zwykle jesienią był potraw, czyli drugi pokos trawy, którą zbierano, układano w stogi i często przed zimą zwożono do stodoły. Latem wszyscy razem, także dzieci, pracowali w polu przy żniwach. Kosili, ustawiali zboże w snopki, a gdy już było suche, widłami wrzucali je na wóz i zwozili do stodoły. Nie mieli młockarni, więc młócili głównie za pomocą cepów. Była to ciężka i bardzo wyczerpująca robota. Zaangażowani w nią byli wszyscy dorośli, mężczyźni i kobiety. Dzieci do tej pracy nie dopuszczano, nie dlatego, że je chroniono, ale dlatego, że niedokładne młócenie to była strata ziarna, zatem później mąki i chleba. Zbierano też owoce, głównie jabłka z drzewek, które Antoni posadził parę lat wcześniej. Jedli je na surowo, ale Anna i Maryśka robiły z nich również przetwory.

Od połowy sierpnia przez wrzesień ciągnęły się wykopki, zbierano ziemniaki. Gdy zasadzili późniejsze odmiany, zbiory przedłużały się czasami nawet do połowy października. Wtedy też na polu pojawiały się liczne kopce kartofli, które były wynikiem całodziennego wykopywania. Po pracy ludzie siadali przy jakimś kopczyku, zapalali ogień, a później, gdy już właściwie zagasł i pozostał tylko żar, wkładali do niego kartofle. Po godzinie wyciągali te parzące smakołyki. Często taki kartofel po wyjęciu z ognia przerzucali z jednej dłoni do drugiej, gdyż był tak gorący, że nie sposób było go utrzymać. Scyzorykiem rozkrawali go na pół, solili trochę i zajadali się nim dymiącym jeszcze, pachnącym drewnem i ogniem. W trakcie tej wieczornej uczty, która najczęściej odbywała się w soboty, było dużo śmiechu i zabawy. Antoni polewał gorzałkę do szklanek, dzieci skakały nad rozżarzonymi szczapami drewna pomiędzy jednym a drugim ugryzieniem kartofla. Przy takim ognisku zwykle gromadzili się wszyscy od Antoniego, nawet Alojzy, któremu niełatwo było wydostać się z chałupy, wychodził, wspierając się na kulach, bo jego wózek był mało przydatny ze względu na błotnisty i piaszczysty grunt. Takie ogniska były też wielką przyjemnością dla Maryśki, Bartosza i dzieci, dlatego zawsze czekali jesienią nerwowo na koniec tygodnia, by wreszcie ogień się rozpalił i by później wrzucać kartofle pod żar.

Ogniska bywały również wydarzeniami towarzyskimi, gdyż czasami przyłączali się do nich inni sąsiedzi, którzy także byli po całym dniu wykopków. Wtedy przeradzały się w biesiadę, na ogół mocno zakrapianą gorzałką, a nieraz bimbrem, który przynosili ci, co go pędzili. Antoni rzadko pędził, ale robił to ze znawstwem. Uważał, że jest to umiejętność, która się zawsze może przydać, więc o aparaturę dbał jak o wszystko, co posiadał.

Pracowali razem i żyli spokojnie, na ogół nie było między nimi poważnych konfliktów. Bartosz i Maryśka właściwie nie ruszali się z obejścia, chyba że na pole, lecz nigdzie dalej. Starsze dzieci najpierw pracowały trzy domy dalej, ale po paru miesiącach przestały, bo Antoni kupił stado gęsi, dokupił jeszcze kolejny tuzin kur, a także kilkanaście owiec i parę baranów. Po paru latach dokupił też kilka hektarów ziemi. Dzieci Bartosza miały zajęcie na miejscu, zajmowały się tym inwentarzem, a starsi chłopcy, w miarę jak dorastali, pracowali na równi z Bartoszem, a później zaczęli się uczyć we wsi na mechaników.

Kiedy prace polowe ustawały, nasilały się zajęcia w warsztacie stolarskim. Antoni nauczył Bartosza wszystkiego, co sam potrafił. Wcześniej uczył Annę i ona mu też nierzadko pomagała, zwłaszcza gdy następowało spiętrzenie zamówień stolarskich.

Gdy Bartosz doskonale już wiedział, na czym polega praca w gospodarstwie, jak ją dobrze organizować, i gdy nauczył się pracować w warsztacie stolarskim, zaczął inaczej się poruszać po wsi i po obejściu. Głowę trzymał wysoko, czuł się ważny, realizował zamierzenia i plany, jakie miał od początku, gdy przyjął go Antoni. Zawsze po pracy przebierał się i chodził ubrany schludnie, dbał o to, by jego bliscy także byli porządnie ubrani. W domu też musiała być zachowana czystość. Antoni pozwalał mu brać furę z końmi, żeby coś przywieźć, a gdy w niedzielę jechali do kościoła, pozwalał powozić. Im dłużej Bartosz był u Antoniego i mieszkał w jego chałupie, tym bardziej nabierał przekonania, że chałupa jest jego, że w warsztacie może robić, co chce, i że wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie. Podkreślał to często w rozmowie ze swoją żoną. Przekonanie to zaczął też otwarcie wyrażać w stosunku do Anny, a nawet do Antoniego, choć w bardziej zakamuflowany sposób. Wtedy na twarzy Antoniego pojawiał się ten specyficzny grymas zdumienia, zdziwienia, a czasami zażenowania.

Pewnej niedzieli, gdy Antoni chorował na grypę i leżał w łóżku, Bartosz zabrał wszystkich do kościoła. Poszedł do stajni, konie wyszorował drucianą szczotką, potem specjalną z grubym włosiem, a na końcu wygładził mazidłem, żeby sierść pięknie błyszczała. Założył uprząż, nie niedzielną, ale taką na wyjątkowe okazje: śluby, pogrzeby, Boże Narodzenie. Zamiast do fury zaprzągł dwa konie do eleganckiej nowej bryczki, którą Antoni niedawno kupił, a którą jeszcze sam nie jechał, bo uważał, że taka specjalna okazja na razie nie nadeszła. Do tej pory nikt we wsi nie widział tej bryczki. Najpierw Bartosz podjechał po Maryśkę i dzieci, a potem pod wejście do chałupy Antoniego. Gospodarz zmożony wysoką gorączką leżał w łóżku i nie podnosił głowy znad poduszki. W wejściu ukazała się Anna w wiosennej sukni, która delikatnie fruwała na wietrze i podkreślała jej zgrabne i szczupłe ciało. Kobieta przez moment stała na ganku, a Bartosz zwrócił na nią wyraźną uwagę.

– Maryśka, siadaj tu ze mną na koźle.

– Bartosz, to nie wypada – zaprotestowała żona.

– Wypada, wypada. Siadaj natychmiast! – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Maryśka też była wystrojona, ale nie mogła się równać z Anną, której elegancki, wręcz arystokratyczny szyk przykuwał wzrok Bartosza. Odwrócił oczy w drugą stronę. Kobieta podeszła bliżej i zdumiona spytała:

– A ja to niby gdzie mam siedzieć?

– Siadaj na tylnej ławce, obok dzieci, tam gdzie jest miejsce.

– Ale przecież... – Urwała, nie dokończyła zdania.

– Siadaj, bo ruszamy! – zawołał Bartosz.

Wtedy Anna zauważyła jeszcze luksusową uprząż i nową bryczkę. Bartosz strzelił z bata i konie ruszyły gwałtownie. Prezentowali się wspaniale, zwłaszcza Anna wyglądała jak księżna jadąca na przejażdżkę, ale także cała rodzina Bartosza i on sam byli nie do poznania. Mężczyzna siedział wypięty mocno do przodu, głowę trzymał wysoko, a oczy patrzyły przed siebie w taki sposób, że nie zauważały nikogo wokół.

– Bartoszu! – zawołała do niego Anna. – Czy Antoni pozwolił wziąć tę nową bryczkę ze świąteczną uprzężą?

– Anno, my wszyscy to jedna rodzina, po co miałem go niepokoić, gdy jest chory. Po kościele konie jeszcze raz się wyczyści, uprząż wymyje, a bryczkę Maryśka wypucuje na glanc.

– No ale... – próbowała coś powiedzieć Anna.

– Moje, twoje, jakie to ma znaczenie? – perorował Bartosz, jadąc na koźle wyprostowany jak struna i patrząc daleko przed siebie na jakiś punkt na horyzoncie.

Chciał pokazać wszystkim we wsi, że jedzie sam, bez Antoniego, wprawdzie wiezie też Annę, ale głównie swoją rodzinę.

Zajechali przed kościół z fasonem, tak by nikt ich nie przeoczył. To była bardzo krótka droga, nie więcej niż czterysta metrów, więc na dobrą sprawę można było w ogóle nie zaprzęgać, tylko iść na piechotę, ale chodziło o zrobienie odpowiedniego wrażenia. Wprawdzie Antoni też w niedzielę jeździł, ale furą lub zwykłą bryczką, a już na pewno nie w dwa konie wystrojone w świąteczną uprząż.

Bartosz przywiązał lejce do płotu przy kościele. Wszyscy wysiedli i weszli do środka. Mężczyzna kroczył środkiem, mijając innych wchodzących i siedzących już w ławkach. Maryśka szła za nim, a z tyłu dzieci, które utworzyły trzy pary. Jedna szła za drugą. Na końcu dopiero, za nimi, szła Anna, ściągając na siebie spojrzenia wszystkich. Stali, trzymając czapki w dłoniach, z na wpół otwartymi gębami, jakby zobaczyli wchodzącego anioła. Po kościele przeszedł szmer, gdy ludzie ujrzeli dumnie kroczącego Bartosza, który oczy miał tak wysoko, że nie widział nikogo. Niektórzy odruchowo się witali, ale on nikogo nie zauważał, tylko Maryśka odkłaniała się czasami. Szum głosów się nasilił, gdy przechodziła Anna i pozostawiała za sobą zdumioną publiczność. Ktoś zawołał:

– Bartoszu, skąd masz taki powóz?

Bator udawał, że nie słyszy. Jakby ten głos do niego nie docierał, jakby odpowiedź na to pytanie była poniżej jego godności. Czoło miał zmarszczone, chciał być obcy i niedostępny dla każdego w tym kościele. Usiedli na ławce niedaleko ołtarza.

Kiedy wychodzili po mszy, wielu ludzi zgromadziło się wokół bryczki i koni. Podziwiali, wyrażali swój zachwyt na widok iście królewskiego zaprzęgu.

– Bartoszu, a dlaczego taką uprząż dzisiaj założyłeś? – zapytał jeden ze zgromadzonych i podziwiających.

– To u mnie normalne – odparł mężczyzna bez namysłu.

– A gdzie Antoni? – zapytał ten sam głos.

– Nie mógł przyjść.

– A co, chory?

– Nie wiem, tylko prosił, żebym podwiózł do kościoła jego żonę – odrzekł Bartosz.

Anna przystanęła i wprawdzie nie zrobiła takiej miny, jaką w takich sytuacjach zwykle robił Antoni, ale zaprotestowała po swojemu, kręcąc nerwowo głową i mówiąc, że Antoni jest chory.

– A co mu jest?

– Ma grypę – wyjaśniła żona.

– Halo tam! – zawołał Bartosz, udając, że zapomniał, jak pytający ich sąsiad ma na imię. – Jedziemy razem z Anną, bo my z Antonim to jak jedna rodzina.

– Aha.

Słowa Bartosza zirytowały Annę. Czuła niesmak, gdy chciał się wszystkim przedstawiać jako właściciel.

"Wszystko, co dla niego zrobiliśmy, uznał za oczywiste, a teraz pod pozorem zaprzyjaźniania się próbuje zaanektować to, co do niego nie należy" – pomyślała. "Muszę o tym pomówić z Antonim".

Ruszyli w drogę powrotną, a że było to raptem kilkaset metrów, jazda trwała krótko. Bartosz znowu siedział wyprężony, dumny, z groźną miną, która miała ludzi napawać lękiem i zazdrością. Poczucie rosnącej wielkości powodowało, że musiał wszystkich traktować z góry, dlatego nie patrzył na ludzi, tylko spoglądał gdzieś przed siebie, chciał być niedostępny. Siedział wysoko, na koźle, i to miejsce utwierdzało go w przekonaniu, że ci, co poruszają się pieszo, to mierzwa, która powinna mu się kłaniać. Z przyjemnością przypomniał sobie, jak w kościele wszyscy patrzyli na niego z zazdrością.

"Życie tyle jest warte, ile w nim takich przyjemności" – pomyślał.

Część ludzi wiedziała, skąd się u Antoniego wziął Bartosz. Jedni podziwiali i zazdrościli, w końcu takie konie, taka bryczka i taka uprząż to jak u arystokracji, i to w normalną niedzielę. Ludzi zżerała niepewność, jak to w końcu jest z tym Antonim, dlaczego go nie było, a na jego miejscu Bartosz w nowej bryczce i w takim rynsztunku. Bartosz zasiał niepokój, ludzie się zastanawiali, a on był zadowolony. Im bardziej nadęta mina, obca i niedostępna twarz, aroganckie odpowiedzi, urywane zdania, tym ludzie czuli większy respekt. Jedni się obawiali, inni podziwiali i szanowali, jeszcze inni widzieli tylko, czym przyjechał, jak się nosił, i to im wystarczyło, by uznać go za kogoś lepszego, mimo że wszyscy pamiętali, gdy do nich przyszedł. Ludzie nagle poczuli, że on jest ważny, chociaż nie uświadamiali sobie dlaczego. Osiągnął to, co chciał, jeszcze tego nie wiedział na pewno, ale przeczuwał, że tak jest.

Anna wysiadła z bryczki bez słowa. Maryśka jeszcze próbowała do niej coś powiedzieć, ale gospodyni nie zareagowała. Otworzyła drzwi swojej chałupy i weszła do środka, zatrzaskując je za sobą.

– Obraziła się – powiedziała Maryśka.

– A co mnie to obchodzi?

– Oni mogą nas wyrzucić, i co wtedy?

– Nie żartuj, nie odważą się – odrzekł Bartosz. – Poza tym jesteśmy im potrzebni. Beze mnie Antoni musiałby kogoś zatrudnić, wyuczyć do stolarni. Idźcie do chałupy, a ty przygotuj obiad i nie wydziwiaj. Pamiętaj, nasza pozycja rośnie i trzeba każdego dnia ją podnosić na wyższy poziom, dbać o to, nie bać się.

– Dzisiaj na obiad mamy rosół z kury, warzywa, ziemniaki ze skwarkami – pochwaliła się Maryśka.

– Idź z dziećmi do izby i przygotuj wszystko, nakryj do stołu, przygrzej, a ja konie wyprzęgnę i przychodzę.

Maryśka i dzieci wysiadły. Bartosz podjechał do stajni. Wyprzągł konie z bryczki, odpiął uprząż, a bryczkę ustawił przy ścianie. Konie odprowadził do ich boksów, wyciągnął im z pysków wędzidła, poklepał po szyi jednego i drugiego, pogłaskał po łbie aż do nosa, a na koniec klepnął gniadego i kasztana po zadzie jak właściciel dumny ze swojego wspaniałego inwentarza. Wziął szczotkę i z namaszczeniem, powoli posuwał ją po szyi konia, potem zjechał na grzbiet, brzuch i podbrzusze. Druciana szczotka usunęła wszelkie zabrudzenia, oczyścił kopyta i usunął wszystko, co w nie weszło w czasie drogi. Potem powtórzył te czynności, ale tym razem używając szczotki ryżowej, aż w końcu nadał koniom blask i lśnienie dzięki preparatom do pielęgnacji, które dokładnie wtarł w sierść. Odszedł dwa, trzy kroki i ocenił efekty swoich zabiegów. Był zadowolony. Pogładził jednego i drugiego. Był dumny, że ma tak piękne konie. Były rzeczywiście bardzo zadbane i wypielęgnowane. Dał im po worku z obrokiem, które zawiesił im na szyi. Grzywy miały tak wyczesane, że można było policzyć każdy włos. Lśniły jak cała sierść, po dokładnym wyczesaniu nasmarował je jeszcze środkiem wzmacniającym i nadającym blask. Ogon też był wypielęgnowany. Konie wyglądały, jakby miały za chwilę iść na wystawę lub jechać do kościoła z młodą parą. On tak o nie dbał, że nie wyglądały, jakby pracowały w polu, ale jak konie dworskie, które służą wyłącznie do parady. Gdy patrzył na nie, uśmiechał się do siebie i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jest bardzo dobrym gospodarzem. Wkładał mnóstwo wysiłku, by wyglądały wzorowo. Najbardziej lubił tę pracę, co zresztą zauważył Antoni i doceniał, dlatego też pozwalał mu je brać i pracować przy nich. Wiedział, że on o nie zadba, i machał ręką na różne megalomańskie zachowania Bartosza. Śmiał się z nich i często je usprawiedliwiał ciężkimi przeżyciami w przeszłości.

– Ojciec, matka woła na obiad – oznajmił najstarszy syn, który przyszedł po niego.

– Idę, jeszcze parę pociągnięć szczotką i kończę.

Pociągnął szczotką raz i drugi, odszedł na dwa kroki, spojrzał jeszcze raz na konie, zachwycił się nimi i sobą.

– Widzisz, synu, już idę, ale spójrz, jakie piękne są te nasze konie. – Klepnął syna dobrotliwie po plecach.

– Tak, ojcze – odparł nieśmiało Jan.

Bartosz zatrzasnął wrota stajni i wyszli.