[860] Pierwsza wielka impreza w naszej historii
#postrzyżyny, #Piast władcą Polski
Pierwsza impreza w historii naszego kraju,
o której pamiętamy (nie ma pewności czy aby na pewno pierwsza, bo - jak
wiadomo - w przypadku imprez nie zawsze wszystko się pamięta...) to
postrzyżyny5 syna Piasta Kołodzieja i jego żony Rzepichy,
tego, od którego wzięła się dynastia Piastów. Wiem, że wszyscy wiecie,
czym są te całe postrzyżyny, bo przecież głupio się przyznać, że ktoś
nie kojarzy. Pozwólcie jednak, że w kilku zdaniach przypomnę, czym one
są. Wy wiecie, dlatego załóżmy, że wyjaśnię to sam sobie...
Postrzyżyny były obrzędem obecnym w czasach i w kulturze Słowian. W dużym skrócie polegał on na tym, że gdy chłopiec kończył siedem lat,
odbywała się uroczystość. Ojciec lub ktoś inny, jeśli nie miał ojca (a przypominam, że wtedy kwestia testów na ojcostwo dość mocno kulała...),
obcinał mu włosy i nadawał imię. To miał być symbol odcięcia od
dotychczasowego życia pod opieką matki i przejścia pod skrzydła ojca, a do tego osiągnięcie pełni praw w rodzinnej wspólnocie. Z jednej strony
dziwny to musiał być rytuał. Uroczyste obcięcie włosów? Co tu
celebrować?! Ba! Z dzisiejszej perspektywy trudno sobie wyobrazić, gdy
ktokolwiek z nas chciałby coś takiego świętować. No, szaleństwo jakieś.
Jednak gdy tak sobie już człowiek nieco głębiej pomyśli, to dojdzie do
wniosku, że ci nasi przodkowie wcale tak źle nie mieli. Przecież zawsze
mogło być gorzej. Wyobraźcie sobie, że zamiast postrzyżyn nasi
przodkowie postawiliby na inne znane rytuały, np. na... obrzezanie! Tam
też coś się obcina, coś usuwa... Jednak z tych dwóch opcji wolałbym
pozostać przy włosach.
Wróćmy do postrzyżyn. Polak zawsze znajdzie okazję do spożycia czegoś
mocniejszego i na całe szczęście nikt nie wpadł na pomysł, by celebrować
obcięcie paznokci...Nawiasem mówiąc, to by tłumaczyło, dlaczego mój
znajomy, który dość mocno rozkoszuje się alkoholem, zazwyczaj chodzi
obcięty niemal na łyso. Zapewne opija każde swe postrzyżyny, a że pić
lubi, to tnie się co kilka dni i ma okazję, by to czcić. I to już
śmieszne nie jest...Poza tym, jeśli dobrze rozumuję, postrzyżyny są czymś
na wzór pępkowego. Wtedy również z okazji narodzin i przecięcia pępowiny
nowo narodzonego Polacy zadają sobie odwieczne pytanie "Ze mną się nie
napijesz?". A po kilku godzinach biesiady w odpowiedzi dostają zbitkę
słów, które bez ogródek możemy określić jako jeden wielki bełkot.
Jak to w końcu z tymi postrzyżynami syna Piasta było? Ano tak. W wiosce
w pobliżu Kruszwicy położonej nad jeziorem Gopło żył sobie Piast
Kołodziej (nie mylić z Kołodziejczakiem, tym wiceministrem rolnictwa
znanym w przeszłości z rolniczych protestów). Inne źródła mówią, że nie
w pobliżu, a w samej Kruszwicy. No popatrzcie. Tyle lat minęło i nadal
historycy nie mogą się zdecydować! Za to jedno jest pewne. Kołodziej
parał się wyrobem wozów, a w szczególności kół. Wyrabiał również części
do tych wozów, bowiem to były jeszcze czasy, gdy zepsuty wóz się
naprawiało, a nie jak dzisiaj, jak coś się psuje, to wywalamy i kupujemy
nowe. W przeszłości określano go również stelmachem, co ma nawiązywać do
niemieckiego słowa Stellmacher6.
Piast i Rzepicha z dziećmi, rycina z XIX wieku
Ten cały Piast Kołodziej miał żonę Rzepichę. Można by rzec, że jak na
Kołodzieja przystało, skutecznie "zakręcił się" wokół przyszłej żony. A ta, sądząc po imieniu, musiała być Słowianką. Jakoś nie chce mi się
wyobrazić, by była to Germanka. Wówczas pewnie nazywałaby się Helga albo
Angela. A skoro Rzepicha, to od razu wiemy, że nasza! Przecie żaden
Niemiec nie byłby w stanie powiedzieć Rzepicha! Nawiasem mówiąc, ciekawe
jak brzmiało zdrobnienie od tego imienia? Rzepiszka? Nie wspominając o tym, że ciężko z takim imieniem zaprzyjaźnić się z obcokrajowcami i prosić ich o to, by zwracali się do nas po imieniu... I jeszcze to
pochodzenie imienia... Jan Długosz przekonuje, że imię Rzepicha wywodzi
się od słowa "rzepa"7. Skoro tak, to nie jest źle. Lepiej od
rzepy niż od rzepaku. Sami wiecie jak on "pachnie"... Przypomnijcie sobie
ten aromat, gdy jedziecie pociągiem albo autem i mijacie pola, gdzie
nasadzono tego od cholery. Widok piękny, ale... Czujecie to? No właśnie...
Najmocniej za to przepraszam... W każdym razie według starych zapisków
Rzepicha była piękna, co jest oczywiste, bo każda Polka jest piękna i co
do tego nie ma cienia wątpliwości, prawda panowie?! Ponadto miała być
kobietą ubogą, a jednocześnie pełną ciepła, miłości, serdeczności i wszystkiego, co się rymuje i kończy na "ści" (naturalnie poza słowami
"pełna wściekłości").
I teraz najlepsze. Piast i Rzepicha mają syna. Nadchodzi moment, w którym będzie miał siedem lat. Ojciec szykuje coś ostrego, by w niedługim czasie ściąć te włosy. Goście z całej okolicy zostają
zaproszeni. Na biesiadę mają zjechać niemal wszyscy. Będą krewni, w tym
kuzyni, sąsiedzi. Tymczasem plan jest prosty. Stół ma się uginać od
pyszności, w myśl zasady, że nieważne, że nie mam na chleb, ale trzeba
się zapożyczyć i pokazać na bogato, no bo w końcu co sąsiedzi powiedzą?
To jak ze ślubami w czasach współczesnych. Młodzi liczą, że wesele się
zwróci, biorą kredyt na ślub, a później zamiast mieszkania spłacają
wesele... I wesoło już nie jest. Mówiąc wprost, już nikt z tego powodu się
nie weseli.
Z tej przypowieści płynie przy okazji niezbyt optymistyczna historia.
Można z niej wywnioskować za Janem Długoszem, że Piast jest ubogi, bo
jest uczciwy! Gdyby uczciwy nie był, to i pieniądze by się zgadzały. Nie
wiem, ale wydaje mi się, że część polityków wyjątkowo mocno wzięła sobie
wnioski z tej przypowieści do serca i, co gorsza, natychmiastowo
wdrożyła je w życie...
Wróćmy jednak do postrzyżyn. I kwestii kluczowej: kiedy te postrzyżyny
miały miejsce? Ciężko stwierdzić... Wiem, mało odkrywcze. Jednak gdy
bardziej wgryziemy się w temat, to dokopiemy się do informacji, że mogło
to mieć miejsce około 860 roku.
A jak wyglądała sama uroczystość? Tutaj jest już więcej pewników. Otóż
stoły miały być rozstawione na podwórzu. Z jednej strony sprzyjała temu
pogoda, z drugiej zaś, skoro już Piast chciał się pokazać, to lepiej
czynić to ostentacyjnie na podwórku, by cała okolica widziała, że coś
się dzieje. To jak z samochodem. Jak się kupi nowe auto, to typowy Polak
włącza muzykę na full, by okolica "cieszyła się" jego szczęściem.
Sam Piast miał nawet mówić:
"- Mam ci ja beczułkę dobrze sfermentowanego piwa, które przygotowałem
na postrzyżyny jedynego syna, jakiego mam, lecz cóż to znaczy ta
odrobina"8.
I nagle w dniu postrzyżyn do osady, w której żyją Piast i spółka,
zajeżdża dwóch wędrowców. Docierają tam nie z racji tego, że zgubili
sygnał GPS. Gorzej! Docierają tam, bo są zmęczeni. I chcą wejść na
biesiadę na tak zwany krzywy ryj! Widzą, że dzieje się dobra impreza
(wiadomo, dobre, bo polskie!), więc zaczynają jęczeć, że wojna wybuchła,
że stopy procentowe poszły do góry i ich sakwy są nazbyt uszczuplone.
Następnie wprost pytają, czy ktoś postawi im darmowe piwo, a do tego
równie darmową strawę.
Zdenerwowany Piast chce już powiedzieć, że to nie organizacja
charytatywna, tylko porządna słowiańska rodzina, lecz nagle pojawia się
jego żona. Widząc zbłąkanych przybyszów, cieszy się i dochodzi... do stanu
euforii. Oto przyjdzie jej podtrzymać tradycję polskiej gościnności!
Zaprasza niespodziewanych gości na odpoczynek i biesiadę. W dzisiejszych
czasach byłoby to nie do pomyślenia. Jak tak można wpuszczać do osady
nieznajomych? A może to Niemcy? A może wrogowie? Aż chciałoby się
wykrzyczeć: - Uciekajcie z tego katolickiego kraju, szukajcie
miłosierdzia w innych państwach, my już swoje dawno wycierpieliśmy! A jeszcze ich za darmo wykarmić?! Tu musi być jakiś haczyk.
W tamtych czasach jednak nikt tak nie uważał. Rzepicha naprędce wypisała
dwa dodatkowe zaproszenia9 i zaprosiła ich na postrzyżyny
swego syna. Dlaczego się na to zdecydowała? Powiecie pewnie, że
rozchodziło się o polską gościnność?! Pudło! Może i o to chodziło,
jednak zdaje mi się, że jeszcze bardziej chodziło o imiona tych dwóch
przybyszów. Mieli to być10 święci Jan i Paweł. Wyobrażacie to
sobie? Ta kobieta zapewne była jasnowidzką i wiedziała, że jest to
przyszły papież, tyle tylko że w dwóch osobach. Jan i Paweł11, a do tego dwójka! No, czyż mogłoby być lepiej?
Ano mogłoby być! Otóż lada moment nastąpi cud, ale o tym nieco później...
Przejdźmy do samych postrzyżyn. Jak one wyglądały? I czym różniły się od
współczesnej wizyty w zakładzie fryzjerskim? To było tak. Chłopiec
podchodził do ojca i klękał przed nim. Następnie ten odcinał mu kosmyk
włosów i wrzucał go do ogniska, przez co smród był niemiłosierny.
Zaskoczony, że trwało to bardzo krótko, zwykle uznawał, że skoro już
zjechało się tyle osób, to trzeba jakoś przedłużyć uroczystość.
W tej sytuacji nasz Piast Kołodziej poprosił o pomoc Jana i Pawła:
- Panowie, jesteście wyjątkowymi gośćmi...
- Bo nikt was nie zapraszał - wymamrotał pod nosem jeden z kuzynów.
Kołodziej odchrząknął i kontynuował:
- Dlatego chciałbym was prosić, byście czynili powinność.
- Będą polewać? - zapytał z kolei jeden ze starszyzny, mający problem ze
słuchem, ewidentnie zniecierpliwiony oczekiwaniem. Swoją drogą nic
dziwnego. W tym wieku trzeba już szczególnie szanować czas, gdyż jest go
coraz mniej...
Gospodarz lekko się zaśmiał.
- Wszystko po kolei. Na początku chciałbym poprosić naszych gości, by
dokonali obcięcia włosów i nadali memu synowi imię, które od tej pory
będzie nosił.
Nieproszeni goście nieco się zmieszali. Liczyli na dobrą popitkę, a nie
na jakieś ceremoniały. Ale skoro już proszą, to nie można odmówić. Zatem
wędrowcy chwycili za coś ostrego i odcięli po kosmyku włosów.
Następnie jeden z nich na szybko wymyślił najbardziej nietuzinkowe imię,
jakie ostatnio słyszał...
- Od teraz będziesz się nazywał..., dajmy na to... Mam! Ziemowit12!
To wyjątkowe imię zapewni ci sławę, bogactwo i szczęście. Jeszcze ludzie
będą cię wspominać!".
Ceremonia postrzyżyn Ziemowita, syna Piasta Kołodzieja,
dziewiętnastowieczna pocztówka z rysunkiem Władysława Boratyńskiego
Zebrani popadli w euforię. Jedni cieszyli się z ceremoniału, inni - oni
byli akurat w większości - cieszyli się z wypitki, która zbliżała się
coraz większymi krokami. W każdym razie panowała powszechna zgoda -
każdy się z czegoś cieszył. Powszechna zgoda, zwykle w Polsce coś
niespotykanego. Ot, cud postrzyżyn!
No dobrze. Włosy już obcięli, jest okazja, by świętować, można zasiadać
do stołu! No w końcu, jak to czynili nasi przodkowie?! Gall Anonim
twierdzi w swych kronikach, że z tej okazji główną strawą miał być
pieczony prosiak, zapewne z jabłkiem, które już w tamtych czasach pośród
naszych było uznawane za cenne. Zatem młodemu synowi Piasta podłożono
świnię... Najważniejsze jednak były napoje. I tu przechodzimy do płynnego
tematu. Podobno w trakcie uczty postrzyżynowej litrami lało się
sfermentowane piwo. A jakby tego było mało, na stołach miał być obecny
cudownie pachnący, zrobiony na zakwasie chleb! Współcześni
powiedzieliby: - Zagrycha!
A co z tym wspomnianym cudem? Otóż według legend Jan i Paweł mieli
dokonać cudów. Nie, nie zamienili wody w wino, gdy tego drugiego
zabrakło! Lecz zrobili coś równie miłego. By nie naciągać gospodarzy na
dodatkowe wydatki związane z ich gościną, postanowili chwycić za pokarm
i go rozmnożyć. Do tego beczułka z piwem nie miała mieć dna i można było
z niej lać, niczym w ramach wielkiej dolewki w popularnym fast foodzie
od kurczaków. To miało być swoiste podziękowanie za to, że mogli wziąć
udział w tej historycznej popijawce. Co więcej, lekko już wstawiony
Piast i jego bacznie obserwująca towarzystwo Rzepicha dostrzegli w niniejszym rozmnożeniu coś, co później określili jako oznakę tego, że
ich syn w przyszłości będzie prowadził nader dostatnie życie. Do syta i do pełna.
Biesiada zdawała się nie mieć końca. Zgromadzeni pili i jedli do
upadłego. Co rusz ktoś przysypiał, a ktoś inny się budził. Ot, typowa
polska impreza... W tle pobrzmiewały dobrze nam znane słowa: - Ze mną się
nie napijesz? Swoją drogą to dobry moment, by w tym miejscu przytoczyć
fragment księgi z 1895 roku. Jak mawia młodzież, księga może i "stara,
ale jara"!
"Można powiedzieć, że się historya polska zaczyna opisem postrzyżyn.
Gallus13 w swej kronice mówi o nich, co następuje: 1) książę
Popiel sprasza do Gniezna przyjaciół ze wszystkich stron kraju. Na
książęcym dworze gotują się do wielkiej uczty, wśród której mają się
odbyć uroczyste postrzyżyny dwóch synów Popielowych. Zdarzyło się, że
przyszli wtedy do grodu z dalekich stron dwaj obcy przybysze. Książę nie
przyzwał ich do siebie, na ucztę nie prosił a nawet kazał precz wygnać.
Wypędzeni przychodzą do chaty ubogiego wieśniaka, który niedaleko grodu
mieszkał. Wieśniak ów nazywał się Piast a żona jego Rzepicha. Przyjął on
ich gościnnie i chętnie częstował wszystkiem, co w domu było. A właśnie
zbierał i on z żoną zapasy, bo i u niego miały się także odbyć
postrzyżyny jedynaka syna. Wdzięczni za gościnność obcy przybysze mnożą
cudownie jadło i napoje, byli to jacyś święci czy aniołowie, tak że
ubogi rolnik może zaprosić do swej chaty samego księcia i całą jego
drużynę. Wszyscy jedzą i piją, nikomu na niczem nie zbywa, a dwaj goście
obcinają chłopcu włosy i dają mu imię Ziemowit. Chłopiec się szczęśliwie
chował i skoro urósł, pozbawił tronu tego samego Popiela i jego
potomków, dał też początek panującemu na Gnieźnie rodowi Piastów,
twórców polskiego państwa"14.
Popiel, jak twierdzi kronikarz Wincenty Kadłubek, był władcą serwującym
tchórzostwo. Nie można mu było ufać na żadnym kroku. Ba, jego żona miała
wręcz namówić męża na otrucie swoich stryjów. Miał im podać zatrute wino
i zapewne podpuszczać, by się wspólnie napili dobrze już nam znanymi
słowami: "- Ze mną się nie napijesz?". Niestety, w tamtych czasach
regularne ćwiczenie asertywności nie było szczególnie popularne.
Rodzinka wypiła zatrute wino i zeszła hurtem dość szybko. Popiel zaś
zakazał pochówku ciał. Miał jednak pecha. Po pewnym czasie z pozostałości po trupach miały wyjść myszy i pożreć niegościnnego księcia
mordercę. Ale to już opowieść na inny dzień.
Zdradziecka uczta polańskiego władcy Popiela, który według legendy otruł
zaproszonych w gości członków swojej rodziny, pocztówka z XIX wieku
Jak doszło do tego, że Ziemowit pozbawił tronu samego Popiela?
Przepraszam, ale z góry muszę Was zawieść. Nie wyzwał go na alkoholowy
pojedynek i wyścig o to, kto ma silniejszą głowę. Ba, tu nawet nie było
pojedynku w stylu "Jednego z dziesięciu" czy dajmy na to "Milionerów".
Choć część źródeł z Gallem Anonimem na czele przekonuje, że na
postrzyżynach Ziemowita miał się zjawić sam panujący w tamtych czasach
książę Popiel. I tu pojawiają się komplikacje.
Wiadomo, jak jest, gdy coś się ustala w trakcie biesiady... Przecież rano
nikt już tego nie pamięta. Nie dziw więc, że jedne źródła twierdzą, iż
Piast został wybrany na tron polski zaraz po Popielu. Inne z kolei
twierdzą, że nie Piast, a dopiero Ziemowit, czyli ten chłopiec od
ściętych włosów. Nawiasem mówiąc, jak mamy rozumieć dzisiejszą polską
konstytucję, skoro początki naszego państwa są tak zawiłe i niepewne, że
nie jesteśmy w stanie ich wyjaśnić?
Rozprawiając o pierwszej zapamiętanej hulance w historii naszego kraju,
warto choć na moment pochylić się nad tym, jak Rzepicha poznała swego
męża. Historia nie jest jakoś szczególnie romantyczna, co wolę zaznaczyć
już na wstępie. A było to tak:
Rzepicha wyruszyła na jarmark kruszwicki. A tam, stojąc w kolejce po
jajka albo inne cenne produkty żywnościowe, dostrzegła jego - Piasta. I trafiła ją strzała Amora! Inna wersja15 z kolei głosi, że
Rzepicha była córką wojewody, a nie żadną tam wieśniaczką, którą Popiel
chciał złożyć w ofierze. I tu pojawia się ten biedny Piast - bierze ją
za żonę i żyją długo i szczęśliwie. A, byłbym zapomniał. W tej wersji w trakcie ich wesela pojawiają się owi dwaj przybysze. Jest dobra impreza,
w trakcie której tajemniczy wędrowcy wznoszą kolejne toasty...
"- Błogo ci, córko Leszka! - odezwał się złotowłosy młodzieniec w uroczystym tonie - błogo małżonkowi, któremu twą rękę dałaś, i domowi, w który wstąpiłaś; gdy prawdziwie, z tobą weszły szczęście i radość pod
ten dach słomiany, a ta niska chatka w której mieszkasz, wzniesie się
wysoko przez twoje cnoty, i wyrówna wspaniałym królów pałacom,
- Dziękuję wam w mojem i Rzepichy imieniu - odpowiedział Piast. -
Życzenia pobożnych młodzieńców przyjemne są duchom światłości, a wymówione w takim dniu, jakim jest dzisiejszy, przynoszą niechybne
błogosławieństwo. Zgadzam się z chęcią mojej kochanej żony i pozdrawiam
was jako moich zacnych przyjaciół i domowników.
Długo jeszcze w nocy trwała uczta weselna, i dopiero gdy się na
wschodzie ciemność przerzedzać zaczęła i pierwszy świt powrót dnia
jasnego obwieścił, rozeszli się weselni goście i przyjaciele do domów
swoich"16.
Zaś kolejnego dnia, z obolałą głową nowym władcą kraju zostaje wybrany
wieśniak Piast. Jak to możliwe? Lud prosty dostrzegł, że Piast musi być
doskonałym gospodarzem, skoro miał tyle jadła i popitki, że cała okolica
mogła pić do samego rana. W tej sytuacji lokalna społeczność
postanowiła, by to właśnie on został nowym władcą.
Intryguje mnie coś jeszcze. Skoro do siedmiu lat ten cały syn Piasta nie
miał imienia, to jak zwracali się do niego inni? Przecież nie "Ej,
młody!", skoro Piast z Rzepakową (tak, tak, taką ksywę nadałem Rzepisze)
mieli więcej potomstwa. No to jak? - ja się pytam. Może mieli przypinki
ze swoim imieniem, takie jak pracownicy na stacjach paliw czy w sklepach: "Jestem Maciek, uczę się, w czym mogę pomóc?". Chociaż i to
odpada. Przecież potomstwo nie miało imion do siódmego roku życia. To
może jakieś numerowanie? Nie, to też durny pomysł. Nie wiem. Oczami
wyobraźni widzę to jako idealny temat do "Trudnych spraw". I ten
nagłówek: "Mają problem, bo imię dostanie dopiero na siódme urodziny, i nie wiedzą, jak go teraz wołać"!
No dobrze, dobrze, a jak to swoimi oczami widzi Jan Długosz, nazywany
wówczas kronikarzem (dzisiaj pewnie nazwalibyśmy go po prostu
plotkarzem)? Oto cytat z jego opasłych, dwunastotomowych"Dziejów
polskich":
"Był w mieście Kruszwicy mąż pewien, imieniem Piast, tak nazwany z przyczyny wzrostu nizkiego, a budowy krępej i silnej; Polacy bowiem tę
część koła grubo a tępo zakończoną, która się na osi obraca, zowią w swoim języku piastą. Człowiek obyczajów prostych i wrodzonej
poczciwości, odznaczający się prócz tego wielu zacnemi przymiotami, lecz
ubożuchny, żyjący bowiem z kawałka roli, lichym lemieszem swoim
uprawianej, w ubostwie, jak zazwyczaj, znajdował pobudkę do cnoty. Miał
on równie zacną i cnotliwą małżonkę, która się zwała Rzepicą (Rzepicza),
i zrodzonego z niej syna jedynaka, żadném jeszcze nie nazwanego
imieniem. Obadwaj zajęci uprawą roli, żywili się wyłącznie jej plonem.
Jakkolwiek poganie i bałwochwalcy, z osobliwszą jednak i powszechnie
wychwalaną ludzkością użyczali wsparcia przychodniom, podróżnym,
żebrakom, i wszystkim wzywającym pomocy, tak, że do ich zagrody więcej
garnęło się biednych, niż do ucztującej gościny królewskiej. Zdarzyło
się, że za życia jeszcze niezbożnego Popiela, od myszy zjedzonego, dwóch
pątników nikomu nieznanych i nigdy wprzód niewidzianych, postaci
poważnej i nader poczesnej, przyszło do Kruszwicy, i naprzód u podwojów
królewskich prosiło o schronienie i posiłek. Gdy ich do zamku nie
wpuszczono i wrota przed nimi zamknięto, udali się do domu Piasta,
gościny dla wszystkich otwartej, gdzie równie od gospodarza, jak i żony
jego Rzepicy mile zostali przyjęci i z wielkiem serca wylaniem
ugoszczeni. Miał bowiem Piast w zapasie sądek miodu i utuczonego
prosiaka, które był przysposobił na uraczenie sąsiadów w czasie
postrzyżyn syna jedynaka, gdy obyczajem pogańskim przy obcięciu włosów
miano chłopcu nadawać imię. Uradowany z przybycia gości, postanowił
uczęstować ich tém co był na ucztę przeznaczył. Zabiwszy więc owego
wieprzka, przyrządza wedle zamożności swojej biesiadę, zastawia stół i na skromne gody zaprasza. Sam z małżonką swoją Rzepicą znosi warzywo i miód hojną ręką nalewa, krzątając się ochoczo i nalegając uprzejmemi
prośby, aby nie gardzili jego chudobą i przyjąć raczyli szczere a gotowe
na ich żądania chęci, chociaż jadło i napitek były dość liche. A gdy
goszczący podróżni wychwalali podany sobie posiłek, błogosławiąc
Piastowi z wdzięcznością i upewniając, że Bóstwo, które cnoty nagradza,
odpłaci mu jego ludzkość, spojrzą, aliści napoju w dzbanie przybywa, tak
iż sam przez się wzbierał i aż po krańcach się rozlewał. Z porady zatém
i upomnienia gości przypożyczono od sąsiadów naczynia, w znacznej
liczbie i sporej miary. Nalewają je miodem coraz obficiej spływającym,
dopokąd wszystkich nie napełniono. A wtém i mięsiwo z wieprzka zabitego
tak się pomnożyło, że je ledwie na dziesięciu nieckach zmieszczono.
Ukazał się tedy jakby powtórnym dziwem cud uczyniony niegdyś przez
Eliaszaw Sarepcie, mieście Sydońskiém, a potém przez Elizeusza, z tą
tylko różnicą, że w miejsce owych proroków wystąpili dwaj Aniołowie czy
Męczennicy. Zbogacony łaską i szczodrotą tak nadzwyczajnych gości,
czynił Piast wszystko, co rozkazali. Z ich przeto zlecenia, na
nadchodzące gody postrzyżyn pozapraszał nietylko sąsiadów i spółmieszkańców, ale samego nawet króla Popiela, którego z wszystkimi
razem wspaniałą ucztą ugościł, gdyż Bóg cudownie wszystkiego
przysparzał. Poczém dwaj goście Piasta postrzygli jego syna i nadali mu
imię Ziemowit, a dopełniwszy obrządku, tegoż samego dnia znikli bez
śladu.
[...]
Gdy tedy panowie Polscy i szlachta, zebrani w Kruszwicy, o wyborze
nowego książęcia napróżno przez wiele dni radzili i nie przychodzili do
zgody (utrudniali bowiem ten wybór niektórzy z możniejszych ubiegający
się o władzę, gniewni, iż rokowanie nie szło im podług myśli), zdarzyło
się, że onej rzeszy licznie zgromadzonych wyborców zabrakło żywności.
Kiedy więc głód wszystkim dokuczał i zanosiło się na rozejście przed
dokonaniem wyboru, dwaj goście, którzy byli wprzódy postrzygli syna
Piastowego i miód z mięsiwem rozmnożyli, wchodzą do domu Piasta, od
obojga małżonków powitani radośnie, i oświadczają, że mu zwiastować
przyszli królestwo Polskie, że w Polsce panować będzie mnogie lata w potomstwie synów i wnuków swoich.
[...]
Piast nauczony i zachęcony od swoich gości wystawia naczynie z miodem,
którym się dotąd sam tylko z domownikami krzepił i strudzonych
przychodniów zasilał. A chociaż wszystek ów tłum spragniony zbiegał się
do jego domu, przecież miód z małego i nader szczupłego sączony naczynia
cudowną Boga i przybyłych gości sprawą nie tylko potrzebie wystarczał,
ale wreszcie i ochotę sprawił, tak iż wszyscy sobie podpili. Gdy się cud
tak osobliwy między ludźmi rozgłosił, a później dowodnie się o nim
przekonano, wszystkich serca jakiś duch wyższy napełnił, i zgodną
natchnął wolą, aby męża tak świątobliwego obrać królem. A że Piast sam
tylko tą cudowną wieszczbą był wskazany, jego więc przed innymi uznano
godnym panowania: i trudno wierzyć, z jakim zapałem wszyscy panowie i szlachta pokwapili się w przyznaniu mu tak wysokiej godności. Jakoż
nazajutrz stawają licznie zgromadzeni na placu zwyczajnym, i Piasta
jednomyślnie królem ogłaszają;
[...]
Gdy więc z lichej zagrody, w której mieszkał, panowie Polscy i starszyzna prowadzili go na pałac królewski, wziął z sobą swoje chodaki
z kory dębowej urobione, kazał je zachować w pałacu i wszystkim potomkom
swoim pokazywać, iżby wstępując na królestwo kajali się a wyrzekali
pychy i próżności, z tém przytomném w myśli wspomnieniem, że pierwotny
ich rodzic z nizkiego stanu wzniósł się do godności królewskiej, i ztąd
za szczęśliwego poczytany być winien, że z niego tyle świetnych wyszło
latorośli, tylu mężów chwalebnych, królów i książąt Polskich, którzy
licznie rozrodzeni aż po te czasy kwitną"17.
Przyznam szczerze, że po tej opowieści dochodzę do wniosku, iż w naszym
kraju pewne są tylko śmierć, podatki i to, że nasza historia jest... mocno
niepewna! Kończąc ten temat, warto podkreślić, że wersji opowieści
związanych z postrzyżynami syna Piasta Kołodzieja jest niemal tyle, ilu
ludzi na świecie. Co podanie to inny wariant. Brakuje tylko, żeby ten
Kołodziej miał korzenie sami wiecie, jakie... A jak nie macie pojęcia, to
zacytuję stereotypową kobietę: - Domyśl się!
[1000] Zdobył koronę za kielichy wódki
#trzylatek na tronie, #zjazd gnieźnieński, #Bolesław Wielki, #ramię,
gwóźdź i włócznia
Bolesław Chrobry jest pierwszym koronowanym
królem w historii Polski. Ze szkolnych lekcji pamiętamy (lub częściej -
nie pamiętamy), że po ten ciężkawy, złoty obciążnik sięgnął wiosną 1025
roku. Wówczas zapewne stwierdził: "Skoro zostałem królem, to mogę
umierać"! I słowa dotrzymał... Zmarł w tym samym roku, 17 czerwca...
Nim jednak król Chrobry pożegna się z tym światem, skupmy się na
kwestii, która żywo nas zainteresuje. Ba, nie bójmy się tego wyjawić.
Bolesław uwielbiał biesiady, co tylko stanowi jeden spośród wielu
dowodów na to, że był... prawdziwym Polakiem! To on stoi za największą
imprezą X wieku! Czyli za tak zwanym zjazdem gnieźnieńskim. Ale o nim za
chwilę. Wcześniej jednak, by uporządkować opowieść, pomówmy o ojcu
Bolesława - Mieszku I, a także o Ottonie III - królu niemieckim, a później również cesarzu rzymskim, który lada moment pojawi się w tej
historii.
Otóż cały ten Otton III - nazywany Rudym - przyszedł na świat w 980
roku, a już w 983 roku został królem Niemiec. Nie, to nie jest
literówka. Tak, został królem mając trzy lata. Wiem, że to niewiele. Z drugiej jednak strony spójrzcie na dowolną zabawkę. Tam zwykle jest
napisane, że dozwolone dla dzieci od lat trzech. Czyli mając te trzy
lata jakąś tam dojrzałość mieć musiał... Naturalnie, gwoli ścisłości, w tamtym czasie panował regent, czyli facet (albo kobieta - nie
faworyzujmy jednej płci!), sprawujący władzę w imieniu tego trzylatka do
momentu, w którym bobas przestanie gaworzyć, zacznie mówić, a nawet
chodzić. I tym regentem był najpierw książę bawarski Henryk II Kłótnik,
a później królewska matka Teofano, wdowa po cesarzu Ottonie II. Otton
III zaczął rządzić we własnym imieniu w 994 roku, czyli mając lat
czternaście. U nas mając lat czternaście, nie można nawet prowadzić
samochodu, a co najwyżej rower. A wtedy? Wtedy w takim wieku można było
być samodzielnym królem! Co za wolność w wieku czternastu lat. A mówią,
że dzisiaj to my jesteśmy postępowi. Wolne żarty!
W każdym razie znamy już nieco życiorys Ottona III. I tu nagle pojawia
się Mieszko I, ojciec Bolesława Chrobrego. Mamy początek kwietnia
(dokładnie imieniny miesiąca - 04.04) 986 roku. Czyli Otton ma lat
sześć. Jak to zwykle u nas bywa, kłócimy się z Niemcami, co nie jest
żadną sensacją, bo przecież trwa to po dziś dzień. Ale akurat w tamtym
czasie idzie nam nieźle. Co prawda, Mieszka I nazywają przyjacielem,
czyli kimś, kto nie jest traktowany na równi, a bardziej jako
sympatyczny kolega drugiej kategorii, lecz dla własnego spokoju
psychicznego pozwólmy sobie to pominąć. Najważniejsze w tym wszystkim
jest coś zgoła innego. Oto 4 kwietnia 986 roku odbywa się zjazd władców
i możnych w Kwedlinburgu. I właśnie tam Mieszko I postanawia pokazać
swoją pozycję i ofiarowuje sześcioletniemu Ottonowi III, w imieniu
którego władzę w tamtym momencie sprawuje matka - uwaga - wielbłąda!
Nie, to nie błąd. Mieszko I normalnie przyjeżdża i mówi:
- Masz chłopie, od wujka ze wschodu wielbłąda! Rozpisuje się na ten
temat w swych kronikach nawet biskup Thietmar z Merseburga:
"Najbliższe Święta Wielkanocne obchodził król18 w Kwedlinburgu,
przy czym czterech książąt pełniło dworskie posługi. [...] W owych
dniach Mieszko podporządkował się królowi i wśród wielu innych darów
ofiarował mu wielbłąda, następnie towarzyszył mu w dwóch wyprawach
wojennych"19.
Skąd w tamtym czasie Mieszko I wytrzasnął wielbłąda? Spośród wielu
teorii ta najbardziej prawdopodobna w przypadku Polaków, Polan czy
Piastów (zwał jak zwał), to słowo KONTAKTY. Mieszko, jak na naszego
rodaka przystało, miał wielu znajomych i dużą książkę adresową. Gdy
czegoś potrzebował, zazwyczaj wiedział, do kogo się udać i poprosić o pomoc. I tak też uczynił w tym przypadku. Był to ruch genialny. Po
pierwsze pokazał Niemcom, że mamy wybitne kontakty, a przez naszą krainę
przebiegają tak przednie szlaki handlowe, że można sobie sprawić
wszystko, w tym nawet wielbłąda. Po drugie udowodnił, że nie jesteśmy
wcale jakimś tam paździerzowym zaściankiem, a krajem, który naprawdę
winien się liczyć na arenie międzynarodowej. Do tego, w ramach wstępu,
dochodzi jeszcze wątek wysłania (prawdopodobnie w 973 roku) syna Mieszka
I, czyli Bolesława Chrobrego, na dwór niemiecki jako zakładnika, który
miał być gwarantem pokoju pomiędzy królem niemieckim a polskim księciem,
ale to już wątek na inny tom.... My tutaj w końcu mamy się przyjrzeć
największym imprezom w historii naszego kraju, a nie jakimś poddańczym
wyjazdom20.
Cesarz Otton III (po prawej), siedzący na tronie, przyjmuje hołd od
personifikacji prowincji imperium (po lewej): Romy (Italii), Galii
(Francji), Germanii (Niemiec) i Sclavinii (Słowiańszczyzny). Te
miniatury z "Ewangeliarza Ottona III", powstałego w Reichenau ok. 1002
roku, ukazywały program polityczny cesarza, który chciał włączyć
Słowiańszczyznę w orbitę swoich wpływów, a za jej przywódcę uznał
księcia polskiego Bolesława Chrobrego. Potwierdził to zjazd w Gnieźnie w 1000 roku i... liczne toasty
No dobrze. W końcu możemy się skupić na clou naszej opowieści, czyli
przyjrzeć się nieco bardziej skrupulatnie imprezom, które dla Chrobrego
były chlebem powszednim. Jak donosi najsłynniejszy w historii Anonim -
zwany Gallem, każdego dnia powszedniego21 władca nakazywał
organizować solidną biesiadę. Według jego rozkazu samych głównych stołów
z jedzeniem miało być aż czterdzieści, a do tego trzeba dorzucić jeszcze
stoły mniejsze z jakimiś przystawkami czy przysłowiową zagryzką. Już na
samą myśl o czterdziestu stołach może się zrobić gorąco. Ile to później
musiało być mycia? Naczyń jednorazowych przecie nie znali, koncepcja
stworzenia zmywarki do naczyń w tamtych czasach jeszcze mocno kulała,
trzeba było więc garować i szorować to wszystko nad jakimś pobliskim
potokiem. Nie chcę nawet sobie wyobrażać, w jakim Chrobry był stanie,
gdy z każdym gościem choć tylko po razie się napił, prowokowany słowami:
"Ze mną się nie napijesz?". Czterdzieści stołów z polskim jadłem
oznaczało zapewne gości liczonych w dziesiątki, jeśli nie pod setkę.
Anonim przekonuje, że Chrobry na swym dworze miał ptaszników i łowców,
którzy przednio sprawdzali się w swych rolach i każdego dnia
"przynoszono do stołów "z tych [...] czworonogów, jak i ptactwa
codziennie przynoszono do jego stołów pełne misy każdego
gatunku"22. Jednym słowem, musiały to być naprawdę solidne
uczty. W myśl dobrze nam znanej zasady: "albo grubo, albo wcale"!
A trzeba przyznać, że Chrobry różańca i jedzenia nie odmawiał. Choć w przypadku tego pierwszego pewnie się mylę, bowiem to przecież za czasów
Bolesława chrześcijaństwo dopiero zaczynało zajmować kluczową pozycję w sferze religii. I choć to za panowania jego ojca. Mieszka I, Polska
została ochrzczona, to Chrobry nie odpuszczał tempa i dbał o to, by w trakcie jego rządów obiekty sakralne rosły jak grzyby po deszczu.
Zresztą... On sam również rósł...W dziele napisanym już po śmierci
władcy23 Chrobry był - zdaniem pisarza - tak wielki, że kilku
chłopa musiało go sadzać na konia24... Ile więc mógł ważyć?
Konkretów szukać na próżno. Możemy jedynie szacować, że mogło to być
jakieś dziewięćdziesiąt, a może i sto kilogramów. Sporo, choć gdy
spojrzymy na część współczesnego społeczeństwa amerykańskiego i na
niekończącą się tam plagę otyłości, to przy nich nasz król będzie
misterem, a wręcz królem szczupłej sylwetki! Tym bardziej że w historii
próżno szukać zapisków konia Chrobrego, który skarżyłby się na jego
wagę. A skoro tak, to może wcale taki otyły nie był?
I jeszcze jedno. To prawda, za jego życia nie był wcale nazywany
Chrobrym, czyli odważnym. Mówiono na niego Bolesław Wielki. I tu już w naszym słowiańskim języku rodzi się spore pole do dwuznaczności. Wielki
to on mógł być z racji swych czynów, ale można go też określić wielkim
pod względem wagi. Jak było naprawdę? Skoro przez blisko tysiąc lat,
jakie upłynęły od jego śmierci, nie udało nam się ustalić niczego
konkretnego, to raczej na tym poprzestaniemy i nic w tej materii już się
nie wydarzy.
W tej sytuacji skupmy się lepiej na pozytywach. I pomówmy nieco o największej popijawie w X wieku (no w końcu!). Za nią stoi nie kto inny,
jak nasz cudowny Bolesław Chrobry. Król, którego większość z nas ma
zwykle przy sobie, w portfelu. Swoją drogą, ciekawe, czy wiecie, na
jakim banknocie widnieje facjata wąsatego Chrobrego? Podpowiem, że
płacicie nim dość często, choć tylko nim już za zakupy w sklepie nie
zapłacicie. Jaki to nominał? Ktoś ma jakieś pomysły? Podpowiem, że jest
to banknot o mniejszej wartości niż sto złotych25.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki