Kamil
I
Pamiętam dokładnie chwilę, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w tamto
ponure piątkowe popołudnie. Był trzydziesty września dwa tysiące
jedenastego roku, a ja siedziałem przy dużym oknie pizzerii Isabella e
Camillo.
Na zewnątrz nie działo się nic ciekawego, co było zresztą zupełnie
naturalne. W niewielkich powiatowych miastach tego typu rzadko dzieje
się coś, na czym warto zawiesić oko na dłużej niż kilka sekund.
Zwłaszcza jeśli spieszące gdzieś co tchu dziewczyny opatulone są w ciepłe ubrania i skryte pod parasolkami przed wczesnojesiennym deszczem,
niesionym porywami nieprzyjemnego, kąśliwego wiatru.
Byłem w tym lokalu po raz pierwszy i stanowił on o niebo ciekawszy
obiekt do obserwacji niż wszystko to, co działo się na dworze. Czekałem
cierpliwie na swoją pizzę i sączyłem drugie piwo, podziwiając wnętrze.
Czego w nim nie było! Na przeciwległej ścianie, drewnianej od podłogi aż
po sufit, pomiędzy zasuszonymi rozgwiazdami wisiały dwa góralskie
kapelusze, a pod nimi rozpięto sporej wielkości kilim z nieforemnymi
dzikami i jeleniem na rykowisku, przypominającym konia, któremu ktoś dla
hecy domalował rogi. W kącie po prawej stała migająca wszystkimi barwami
tęczy maszyna do gier, a obok niej, na parapecie, dwa radia lampowe,
zapewne jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nad moją głową
pyszniło się ogromne poroże jelenia, które zauważyłem dopiero wtedy, gdy
i za sobą zacząłem szukać czegoś ciekawego. Nie zawiodłem się więc,
zwłaszcza że obok rogów wisiały dwie skrzyżowane ciupagi i obraz olejny
przedstawiający nagą, choć wstydliwie zakrywającą się prześcieradłem i zupełnie bez talentu namalowaną kobietę.
Zdążyłem jeszcze omieść wzrokiem toporne drewniane, pokryte grubą
warstwą lakieru stoły wraz z pasującymi do nich krzesłami, gdy brzdąknął
zamontowany przy wejściu dzwoneczek i do knajpy wkroczył trzydziesto-,
może trzydziestopięcioletni mężczyzna. Drzwi musiał otworzyć sobie
barkiem, ponieważ obie ręce miał zajęte hurtowymi ilościami keczupu i na
pierwszy rzut oka nieciekawie wyglądającymi, zapakowanymi próżniowo
wędlinami. Zmierzając do baru, spojrzał w moją stronę i przywitał się
zdawkowym "Dzień dobry".
Odpowiedziałem tym samym, uświadamiając sobie, jak bardzo głupio muszę
wyglądać z wiszącym tuż nad głową wielkim porożem, ale uspokoiłem się,
gdy wyjrzałem przez okno. Na ulicy, dokładnie przed wejściem do pizzerii
na światłach awaryjnych stał biały citroën berlingo z napisem "Isabella
e Camillo". Zapewne taki rogaty klient nie był dla pracownika lokalu
czymś niezwykłym, jednak dla własnego komfortu postanowiłem nigdy więcej
nie siadać w tym miejscu.
Jeśli w ogóle będzie jeszcze jakiś następny raz, pomyślałem.
Piwo było dobrze schłodzone i świeże, ale miałem obawy odnośnie do
pizzy, na którą czekałem. Przyniesione przez tego faceta produkty
prezentowały się naprawdę bardzo nieatrakcyjnie.
Zrzucił balast na kontuar obok sporej wielkości srebrnego ruskiego
samowara, a następnie pchnął drzwi kowbojskie i zniknął w części
kuchennej, z której już od dłuższego czasu dopływał całkiem smakowity,
przyprawiający mnie o lekki ślinotok zapach.
Spodziewałem się, że nie przyjdzie mi już długo czekać, i faktycznie, po
jakichś trzech minutach mężczyzna wrócił, tym razem niosąc spory talerz
z parującą pizzą. Gdy stawiał ją przede mną, mogłem mu się bliżej
przyjrzeć. Miał ociekające wodą, lekko przerzedzone ciemnoblond włosy,
przyjazne oczy i okrągłą, pucułowatą twarz lekko otyłego, mierzącego na
pewno ponad metr osiemdziesiąt dzieciaka, ozdobioną ufnym,
przyjacielskim uśmiechem. Szare oczy również się do mnie śmiały.
-?Pan, zdaje się, pierwszy raz u nas? -?zapytał.
-?Owszem. I nie mogę się nadziwić wystrojowi. Mam nadzieję, że smak
pizzy będzie równie spektakularny -?pozwoliłem sobie na zawoalowany
żart, ciekaw, jak zareaguje mój rozmówca.
Wyszczerzył zęby, więc chciałem jeszcze dodać jakąś złośliwą uwagę, ale
nie zdążyłem, bo z kuchni dobiegło:
-?Kamil, zamówienie!
Rozłożył dłonie w geście bezradności świadczącym o tym, że chętnie by
sobie jeszcze ze mną pogawędził, ale obowiązki wzywają, a następnie
życzył mi smacznego i prawie biegiem pognał po dwa pudełka, które jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się na kontuarze,
zastępując przyniesione przed chwilą zakupy.
Obserwując, jak odjeżdża, zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest
właścicielem lub współwłaścicielem tego przybytku, na co wskazywałby
drugi człon nazwy widocznej na drzwiach białego auta. No i ta
wszechstronność, której trudno byłoby się spodziewać po zwykłym
pracowniku... Wzruszyłem ramionami, po czym zabrałem się do jedzenia.
Moje pierwsze wątpliwości związane z pizzerią Isabella e Camillo zostały
rozwiane niemal natychmiast. Nie przypuszczałem, że w tym obskurnym
przybytku uda mi się dostać tak wyśmienitą pizzę.
II
Mamaj często mawia, że Ryków to dziura w dupie świata. Zwykle odpowiadam
mu wtedy, że wcale niekoniecznie, choć, obiektywnie rzecz biorąc,
faktycznie nie sposób się czymkolwiek w tym miasteczku zachwycić.
Trudno się spodziewać, żeby licząca niecałe piętnaście tysięcy
mieszkańców aglomeracja tętniła życiem, ale jeśli ktoś ma jeszcze
resztki złudzeń, wystarczy kwadrans spędzony w centrum Rykowa, by się
ich pozbył. Jest tu trochę jak w polskim filmie -?nic się nie dzieje,
nuda i dłużyzny. Dialogi pomiędzy mieszkańcami też przeważnie są
niedobre. Inżynier Mamoń i sierżant sztabowy Mamaj z pewnością mogliby
znaleźć wspólny język, gdyby los skrzyżował kiedyś ich drogi.
-?Niekoniecznie? -?odpowiada zazwyczaj z niedowierzaniem Mamaj i kręci
tą swoją wielką głową, która Bóg wie jakim cudem trzyma się na długiej,
przeraźliwie cienkiej szyi.
-?To dlaczego stąd nie wyjedziesz, skoro tak ci źle? -?pytam.
-?Wrosłem tutaj -?mówi stanowczo i dla potwierdzenia swoich słów kiwa
potakująco łepetyną tak energicznie, że siwiejąca grzywka opada mu na
wysokie czoło. -?Zresztą wiesz, Elżbieta gdzie indziej prawie na pewno
nie znalazłaby roboty, no i dzieci nie chciałyby...
Przez niecałe trzy i pół roku znajomości odbyliśmy podobną rozmowę
wielokrotnie. Prawie za każdym razem Mamaj zawieszał się po wspomnieniu
o dzieciach, jakby to właśnie ich zdanie było argumentem koronnym i kończącym wszelkie dywagacje odnośnie do ewentualnej przeprowadzki w jakieś lepsze, bardziej interesujące miejsce. I prawie za każdym razem
po tej rytualnej chwili milczenia pytałem:
-?To po co narzekasz, skoro nie zamierzasz nic z tym zrobić? Widocznie
nie jest ci aż tak źle, jeśli nie próbujesz się stąd wyrwać.
-?Może i tak... -?kwitował zupełnie bez przekonania.
Często łapię się na nadmiernej skłonności do pouczania i dawania
"dobrych rad" innym, zwłaszcza tym, których lubię i na których
przynajmniej trochę mi zależy. Co ciekawe, nie potrafię się przed tym
powstrzymać, ale zawsze gryzę się w język dokładnie wtedy, gdy już jest
za późno, gdy właśnie przed sekundą błysnąłem jakąś swoją złotą myślą.
Wielokrotnie więc doradzałem Mamajowi rozważenie przeprowadzki i tyle
samo razy chwilę potem wściekałem się na siebie.
Z jednej strony, łatwo doradzać komuś, by wywrócił swoje życie do góry
nogami, gdy ma się czterdzieści parę lat i jest samotnym, niezależnym
facetem bez zobowiązań. Z drugiej, w takiej sytuacji warto być
przynajmniej na tyle rozsądnym, żeby zdawać sobie sprawę, komu się
doradza.
To, że ja zdecydowałem się na taki krok, nie znaczy, że każdemu byłoby
równie łatwo.
Kiedy po raz pierwszy jadłem pizzę w dziwacznej knajpie o jeszcze
dziwniejszej nazwie, nie znałem Mamaja, ale dużo myślałem o tym, gdzie i po co się znalazłem. Byłem pewien, że właśnie takiego małego zapyziałego
miasteczka mi potrzeba. Trochę już zdążyłem mu się przyjrzeć przez ten
czas, od kiedy znalazłem robotę w miejscowej fabryce okien, i jego
brzydota wydawała mi się wręcz porażająco piękna. Niewielki rynek, w ładne dni pełen wygrzewających się w słońcu emerytów, dziurawe drogi, po
których miejscowi szpanerzy nie mogli pędzić z wyciem podrasowanych
silników, świeże powietrze przesycone wonią otaczających Ryków sosnowych
lasów. Do tego dochodził brak znajomych i śmiesznie niska cena
mieszkania, w którym metr kosztował mniej więcej połowę tego co w mieście wojewódzkim, więc po sprzedaniu starego lokum mogłem sobie
pozwolić na zakup czegoś przestronniejszego, a i tak zostało jeszcze
sporo na bankowym rachunku.
Kończąc pizzę, która była tak duża, że ledwie udało mi się ją wcisnąć,
solennie przyrzekłem sobie, że zrobię wszystko, by prowadzić tu życie
samotnika i odludka, że będę stronił od ludzi, ich problemów, dzieci,
kłopotów ze zdrowiem, kochanek, teściowych i czort wie czego jeszcze.
Pragnąłem po prostu spokojnej, nudnej egzystencji, dokładnie takiej jak
miejscowość, do której się przeprowadziłem.
Plan był doskonały, dlatego postanowiłem oblać go ostatnim już tego
popołudnia piwem. Nazajutrz miałem się stawić w nowej pracy, a nie
wypadało przecież przyjść na kacu -?właściciel prywaciarz nigdy nie jest
tak wyrozumiały jak państwowy pracodawca.
I wtedy do knajpy ponownie wszedł ten mężczyzna. Spostrzegł, że mój
talerz jest pusty, więc podszedł, by go zabrać.
-?I jak, proszę pana, smakowała pizza? -?zapytał.
-?Muszę przyznać, że dawno nie jadłem tak dobrej.
-?Cieszę się. Recepturę zdobyłem we Włoszech, gdy pojechałem tam po
maturze, żeby trochę zarobić i liznąć prawdziwego życia przed studiami.
Do woja mnie nie chcieli, więc pomyślałem, że może przynajmniej do
kuchni się nadam. -?Patrzył na mnie pogodnymi oczyma z tym swoim
rozbrajającym uśmiechem. Być może z Włoch przywiózł nie tylko przepis na
ciasto, ale też ten otwarty, nieskrępowany sposób bycia, choć
podejrzewałem raczej, że taki się już urodził. -?Ale z włoskiej pizzy
właściwie zostało tylko ciasto, bo Polacy jednak wolą inaczej podane
składniki, prawda?
-?Nie mam pojęcia, nigdy nie byłem we Włoszech -?odparłem zgodnie z prawdą.
Powinienem był pozostać nieprzystępny i oschły, bo przecież nie dalej
niż kilka minut temu sobie to obiecywałem. Ale nie potrafiłem.
Mój rozmówca wziął talerz, a następnie wskazał na pusty kufel.
-?Może jeszcze jedno?
Dziś myślę, że popełniłem wielki błąd, nie odmawiając. Gdybym
podziękował, zapłacił i wyszedł, wszystko potoczyłoby się inaczej. Być
może kilka lat później nie siedzielibyśmy w jego mieszkaniu i nie
zastanawiali się, czy będzie w nim pachniało inaczej, "jeśli one nie
wrócą".
III
Osobiście nalał mi piwo do czystego kufla i przyniósł do stolika.
-?Skoro pizzę da się zjeść, to może zajrzy pan do nas jeszcze kiedyś? -
spytał. -?Chyba że jest pan w Rykowie tylko przejazdem... -?Zawiesił głos.
Uśmiechnąłem się i pociągnąłem łyk. Nie miałem ochoty spowiadać się ze
swoich planów, ale też wiedziałem, że w tym miasteczku nie uda mi się
zbyt długo pozostać anonimowym.
-?Jeśli jest pan przejazdem, to zapraszam, gdy ponownie będzie pan w okolicy -?zakończył i zrobił krok do tyłu.
-?Nie, nie jestem przejazdem, panie Kamilu. Tak ma pan na imię, prawda?
-?Gdy odpowiedział skinieniem głowy, ciągnąłem: -?Od niedawna jestem
nowym mieszkańcem tego uroczego miasteczka i zamierzam się tu zatrzymać
przynajmniej na parę lat. Wcześniej jakoś nie miałem okazji wpaść do... -
spojrzałem przez okno na stojący w deszczu samochód -?Isabella e
Camillo, wie pan, zamieszanie związane z przeprowadzką, ale teraz z pewnością będę tu zaglądał. Zwłaszcza że pizza wyborna.
-?Cieszę się -?rzekł, nie przestając się uśmiechać. -?Niedawno
ruszyliśmy i każdy nowy klient jest na wagę złota. -?Znów zbliżył się do
stolika i wyciągnął do mnie rękę. -?Kamil Szykowiak, współwłaściciel
lokalu, barman, kierowca, sprzątacz, zaopatrzeniowiec i kelner w jednym.
-?Zdzisław Mokryna. -?Uścisnąłem jego dłoń. -?Usatysfakcjonowany klient.
-?Miło mi i mam nadzieję, że tak pozostanie.
-?Ja również.
W tej chwili do pizzerii weszła para nastolatków i skierowała się do
stolika usytuowanego obok wiekowych radioodbiorników. Szykowiak nie
zwracał na nich uwagi, tylko przyglądał mi się jak jakiemuś rzadkiemu
eksponatowi w muzeum.
-?A wie pan... -?zagaił po chwili -?wszyscy stąd wyjeżdżają, zostają
prawie sami emeryci, renciści i zatrudnieni na państwowych albo
samorządowych etatach. Tak się zastanawiam, czy do tej pory zdarzyło mi
się poznać kogoś, kto się tutaj sprowadził i zamieszkał na stałe...
-?Pan, zdaje się, nie należy do żadnej z wymienionych grup?
-?Fakt, są jeszcze handel i usługi, ale od kiedy otworzyli centrum
handlowe przy wylotówce, to wszystko powoli pada na łeb. Czasem ma się
wrażenie, że Ryków to trup, a ci, którzy jeszcze się tu pałętają, są jak
żywiące się resztkami padliny robaki.
Roześmiałem się.
-?Chyba powinienem się cieszyć, że nie spotkałem pana przed
przeprowadzką, bo jeszcze bym zmienił zdanie.
Szykowiak palnął się otwartą ręką w czoło.
-?Faktycznie, ja to potrafię umilić czas i tchnąć w nowego klienta nieco
optymizmu na powitanie. Nie ma co!
Zaraz potem przeprosił mnie i poszedł odebrać zamówienie od dwójki
dzieciaków. Obserwowałem go bacznie, zastanawiając się, czy uprzejmość,
którą mi okazywał, była spowodowana jedynie wyrachowaniem związanym z chęcią zdobycia stałego klienta, ale już po chwili wiedziałem, że nie.
Rozmawiał z nastolatkami jak ze swoimi rówieśnikami, żartował i śmiał
się razem z nimi w sposób zupełnie naturalny. Coś mi mówiło, że jeśli
tego nie zmieni, to nawet na takim nieboszczyku, jakim miał być rzekomo
Ryków, uda mu się ukręcić niezły interes. Dobra kuchnia, przyjemna
obsługa i sympatyczne wnętrze potrafią zdziałać cuda. Dwa pierwsze
elementy prezentowały się nienagannie, gorzej z trzecim, ale skoro
biznes funkcjonował od niedawna, możliwe, że lokal urządzał jeszcze
poprzedni właściciel, a Szykowiak nie zdążył zmienić wystroju.
* * *
Obserwując nowego znajomego przy pracy, trochę zastanawiałem się nad
swoją najbliższą przyszłością, a trochę nad tym, co zostawiłem za sobą.
Nie obawiałem się nadchodzącego czasu, bardziej byłem go ciekaw. Trzy
miesiące wcześniej przeszedłem na emeryturę, i choć zajęć mi przez ten
czas nie brakowało, nie potrafiłem sobie wyobrazić, że zupełnie nie będę
pracował. Było na to za wcześnie, a poza tym, gdyby się okazało, że nowe
zatrudnienie nie będzie mnie satysfakcjonowało, to przecież drzwi do
skromnego, ale w miarę wygodnego życia w każdej chwili mogły stanąć
przede mną otworem.
Kilku kolegów z byłej roboty zdecydowało się odejść mniej więcej w moim
wieku i potem, zwykle po upływie kilku miesięcy, znów starali się o jakąś fuchę, choćby na pół etatu. I nie chodziło tylko o pieniądze -
przede wszystkim nie potrafili się odnaleźć wśród czterech ścian
własnych mieszkań, które nagle zaczęły być niebezpiecznie ciasne.
Czy tamtego dnia w pizzerii Kamila Szykowiaka wyobrażałem sobie, że
resztę życia spędzę w Rykowie? Chyba nie. Ale też, jeśli dobrze
pamiętam, w ogóle nie starałem się planować czegoś w dalszej
perspektywie. Było dobrze i życzyłem sobie, aby ten stan się nie
zmieniał tak długo, jak tylko będzie to możliwe.
* * *
Rozprawiłem się z ostatnim, jak sądziłem, tego dnia piwem i podszedłem
do kontuaru, żeby zapłacić. Szykowiak akurat zniknął gdzieś na zapleczu,
więc o rachunek poprosiłem szczupłą, niebrzydką brunetkę średniego
wzrostu, która przyjmowała moje pierwsze zamówienie.
-?Mąż mówił, że właśnie przeprowadził się pan do Rykowa. -?Nabijając
transakcję na kasę fiskalną, zerkała na mnie z zainteresowaniem.
-?Skoro pan Kamil jest pani mężem, to pani ma zapewne na imię Isabella?
-?Prawie pan zgadł, tyle że po prostu Izabela. Mąż się uparł, żeby było
bardziej po włosku. -?Zabawnie zmarszczyła brwi i pokręciła głową z udawaną irytacją, a potem podała mi paragon. -?Ta nazwa pasuje do Rykowa
jak wół do karety, prawda?
-?Wszystko słyszałem! -?dobiegło z części kuchennej. -?Panie Zdzichu,
niech pan jej powie, że ta nazwa wcale nie jest taka zła!
-?Pani Izabelo, ta nazwa wcale nie jest taka zła -?powiedziałem, dbając,
żeby w moim głosie zabrzmiało jak najmniej entuzjazmu.
Z zaplecza dobiegł wesoły rechot, a zaraz potem w drzwiach pojawił się
Kamil. Podszedł do żony, objął ją ramieniem i czule pocałował w czoło,
po czym zwrócił się w moją stronę:
-?Wie pan, co jest najgorsze, panie Zdzichu? Zawarliśmy z Izą taką
umowę: jedno wybiera nazwę knajpy, a drugie decyduje o wystroju wnętrza.
Poszedłem na to, bo byłem pewien, że żona nie zechce tu zmienić nawet
najdrobniejszego szczegółu. No i niech pan sobie wyobrazi, że ona
zamierza przeprowadzić tu absolutną rewolucję, wszystko powyrzucać,
nawet ściany z drewna odrzeć! -?lamentował, markując oburzenie i żywo
gestykulując wolną ręką. -?Może pan, jako obiektywny i zapewne znający
się na rzeczy światowy człowiek, będzie potrafił ją przekonać?
Pomimo rozbawienia popatrzyłem na niego z powagą i odparłem:
-?Przykro mi, panie Kamilu, ale nawet gdybym chciał wykazać się męską
solidarnością, dla pańskiego dobra nie mogę tego zrobić. Pańska żona ma
w sprawie remontu całkowitą rację.
Izabela klasnęła z zadowoleniem w ręce, a on przewrócił dramatycznie
oczyma i z niedowierzaniem pokręcił głową, nie próbując już hamować
uśmiechu.
-?Ustaliliście to, zanim przyszedłem, prawda? Człowiek nawet na moment
nie może opuścić stanowiska pracy, bo zaraz spiskują za jego plecami.
Wyjąłem pieniądze z portfela i położyłem je obok paragonu.
-?Z ręką na sercu zapewniam, że kiedyś jeszcze pan za to spiskowanie
podziękuje.
Gdy zadzwonił telefon, Izabela wyswobodziła się z objęć męża i podniosła
słuchawkę, a ja raz jeszcze pochwaliłem pizzę, po czym pożegnałem się
skinieniem głowy i ruszyłem w stronę wieszaka, na którym zostawiłem
swoją polarową bluzę.
Ledwie zdążyłem ją włożyć, tuż obok ponownie wyrósł Szykowiak.
-?Przepraszam, mam do pana jeszcze pytanie -?zaczął. -?Mógłby mi pan
powiedzieć, gdzie pan mieszka?
Po pierwszym zaskoczeniu spojrzałem na niego wzrokiem wyraźnie
sugerującym, że są granice, których nie powinien przekraczać, nawet
pomimo przyjaznej atmosfery. W lot pojął niezręczność, bo z zakłopotaniem dodał:
-?Pada coraz bardziej, a pan, jak widzę, nie ma nic przeciwdeszczowego,
więc pomyślałem, że pana podwiozę. Niedługo będę jechał z zamówieniem do
klienta, więc przy okazji mógłby się pan ze mną zabrać.
Tym razem to mi zrobiło się łyso. Spojrzałem za okno na świat tonący w strugach ulewnego deszczu.
-?Bardzo to miłe z pana strony -?powiedziałem. -?Z przyjemnością
skorzystam, jeśli jedzie pan w stronę osiedla Solidarności.
Jego twarz pojaśniała.
-?To prawie po drodze. Może w takim razie jeszcze jedno piwko, zanim
pizza będzie gotowa? Tym razem na koszt firmy.
Z ociąganiem zgodziłem się na małe, zaznaczając jednak, że zapłacę.
-?Skoro ma pan ochotę tylko na małe, tym chętniej zasponsorujemy! -
uciął ze śmiechem i poszedł za bar napełnić szklankę.
IV
-?Wybrał pan chyba najatrakcyjniejsze osiedle w naszej mieścinie -
powiedział Szykowiak, gdy zatrzasnęliśmy za sobą drzwi samochodu. -
Ładne, przestronne mieszkania, niedawno wybudowane bloki z dala od
głównej drogi... Pewnie cisza i spokój, prawda?
-?Tak, wprawdzie dzieci trochę hałasują popołudniami na placu zabaw, ale
da się wytrzymać.
-?To kawałek od centrum, ale za to las pod nosem i powietrze jak balsam
-?ciągnął, jakby mnie nie usłyszał. -?Nie miałby pan nic przeciw temu,
żebym najpierw dostarczył pizzę? Klienci lubią, jak przyjeżdża gorąca.
-?Absolutnie nic.
Lało tak mocno, że wycieraczki z trudem nadążały. Musiałbym być
niespełna rozumu, żeby narzekać na kilka minut zwłoki. Byłem naprawdę
wdzięczny, że pomyślał o podwiezieniu mnie do domu.
-?Do dzieci można się przyzwyczaić, nie tylko do tych hałasujących na
podwórku -?jak gdyby nigdy nic nawiązał do tego, co powiedziałem
wcześniej. -?Kiedyś sądziłem, że to niemożliwe, wnerwiała mnie
gówniarzeria jak nie wiem co... Wszystko się zmieniło, gdy urodziła mi się
pierwsza córa. Jakoś wtedy człowiek inaczej zaczął patrzeć na maluchy.
Pan pewnie nie ma dzieci, panie Zdzichu?
Potwierdziłem jego przypuszczenie dopiero po chwili milczenia. Dziwnie
się czułem z tym, że dopiero co poznany facet zadaje mi osobiste
pytania, ale nie miałem mu tego za złe. Po części ze względu na jego
bezpośredni sposób bycia, a po części dlatego, że było to na swój sposób
ujmujące. Być może przez lata życia w dużym mieście odwykłem od
naturalnych, nieskrępowanych rozmów, które mogą prowadzić ze sobą nawet
prawie obcy ludzie.
Pizzeria Isabella e Camillo położona była jakieś pięćdziesiąt metrów od
rykowskiego ryneczku, przy ulicy Parkowej, prowadzącej do niego od
południowego wschodu. Jechaliśmy nią do samego końca, po czym
skręciliśmy w lewo, w stronę osiedla Solidarności, by zaraz potem odbić
na północ, zagłębiając się w długą na jakieś dwa kilometry ulicę
Łokietka. Widoczne w oddali bloki, w tym mój, zostawiliśmy po prawej.
-?To zabawne, jak człowiekowi zmieniają się priorytety i punkt widzenia
-?odezwał się ponownie Szykowiak. -?Wspomniałem panu wcześniej, że po
maturze wyjechałem do Włoch. To było w tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątym szóstym roku. Miałem tam zostać najwyżej dwa, może
trzy miesiące, a wróciłem dopiero po czterech latach. Dokładnie rzecz
ujmując, wróciliśmy, bo w dziewięćdziesiątym siódmym dołączyła do mnie
Iza. Jesteśmy ze sobą, od kiedy zaczęła liceum. Ja byłem klasę wyżej,
wpadła mi w oko i już w październiku ze sobą chodziliśmy. No i tak
chodzimy aż do teraz, da pan wiarę? -?Spojrzał w moją stronę i się
roześmiał.
-?Dam -?odparłem. Bo i dawałem wiarę. Kiedyś sam byłem w takim związku
przez wiele lat.
-?Przyjechała do mnie, do Neapolu, zaraz po swojej maturze. Ja od roku
już pracowałem w jednej z tamtejszych knajp. Zaczynałem od zmywaka,
poprzez kelnerowanie, na pomocy kucharskiej kończąc. Jak na rok, niezła
kariera, no nie? Chyba właściciel mnie polubił. Zresztą starałem się za
dwóch, więc nawet jakby nie darzył mnie sympatią, nie za bardzo miał się
do czego przyczepić. Przez kilka miesięcy Iza nie mogła niczego znaleźć,
ale wreszcie szczęśliwie zwolnił się etat kelnerki, więc szef dał jej
szansę. Kokosów nie zarabialiśmy, ale to i tak było o wiele więcej niż w Polsce, tym bardziej że z czasem właściciel miał do nas coraz więcej
zaufania. Pod koniec to nawet byłem kimś w rodzaju kierownika lokalu.
Nie na papierze, ale w portfelu dało się to wyraźnie odczuć.
Szykowiak zatrzymał samochód na poboczu, przed eleganckim,
prawdopodobnie niedawno postawionym bliźniakiem.
-?Poczeka pan chwilę? Zaraz jestem z powrotem.
-?No jasne, że poczekam. Zdaje się, że teraz mam do siebie dalej niż z pańskiej pizzerii -?powiedziałem z udawanym wyrzutem.
-?Gdybym był złośliwy, odparłbym, że do tej pory nie byłby pan nawet w połowie drogi, ale z pewnością już przemoknięty do suchej nitki. -
Mrugnął do mnie. -?Ale nie jestem, więc zmykam i za minutę jedziemy
dalej.
-?Mogłem wziąć taksówkę albo pojechać autobusem miejskim.
-?Też prawda. -?Cicho zarechotał, zgarnął pizzę z tylnego siedzenia i już go nie było.
Taksówek w Rykowie jest tyle co miejskich autobusów, więc tak naprawdę w razie ulewy człowiek może liczyć tylko na własne nogi i porządną
parasolkę. O ile, rzecz jasna, nie zainspirował go tańczący w deszczu
Gene Kelly.
Rozejrzałem się po wnętrzu samochodu. Już w trakcie jazdy, gdy jednym
uchem słuchałem Szykowiaka, zwróciłem uwagę, że zawieszenie
niebezpiecznie skrzypi i stuka, a kierownica drży przy prędkości
większej niż czterdzieści kilometrów na godzinę. Citroën na moje oko
miał jakieś dziesięć lat. Widać było, że nie jest zbyt zadbany. Na
podłodze za przednimi siedzeniami walały się papierki po cukierkach i gumach do żucia, a tapicerka była mocno sfatygowana i niezbyt czysta.
Trzy siedzenia w tylnym rzędzie mogły zostać wyjęte w razie potrzeby
powiększenia pakowności kabiny, a jednocześnie można było na nich dość
komfortowo przewozić pasażerów, którym przesuwne drzwi ułatwiały
wsiadanie i wysiadanie. Gdybym miał pięcioosobową rodzinę i firmę, a jednocześnie nie stać byłoby mnie na dwa samochody, to pewnie
rozważyłbym zakup czegoś podobnego.
Po chwili drzwi po stronie kierowcy się otworzyły.
-?Widzę, że ogląda pan moją bestię? -?zapytał Szykowiak, moszcząc się za
kierownicą. -?Szału nie ma, duży przebieg i dziewięć lat dość ostrej
eksploatacji, no ale całe oszczędności władowaliśmy w zakup lokalu i mieszkania, więc poszaleć nie było z czym.
-?Ważne, że w miarę wygodne i że jeździ.
-?Mam nadzieję, że do pana jakoś się doturlamy -?rzekł, przekręcając
kluczyk w stacyjce i wrzucając lewy kierunkowskaz.
-?Co do tego nie mam wątpliwości, ale mam za to wyrzuty sumienia, że
pana fatygowałem. Moje osiedle nie było raczej po drodze.
Szykowiak zawrócił i machnął lekceważąco ręką.
-?Żaden problem. Poza tym skąd miał pan to wiedzieć?
-?Fakt. No i co? Nie lepiej było zostać?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-?Ale gdzie?
-?Mówił pan wcześniej o Włoszech, że wszystko się układało, lepsze
zarobki, praca chyba w miarę pewna dla was obojga...
-?Ach, rzeczywiście. -?Przez moment zastanawiał się nad odpowiedzią. -
Wie pan, niby tak, ale to jednak obca ziemia. Zawsze bylibyśmy tam tymi
napływowymi, imigrantami, czy jak to jeszcze inaczej można nazwać. Nigdy
nie bylibyśmy u siebie, tęskniliśmy. Pieniądze to przecież nie wszystko.
Nie wyobrażaliśmy sobie życia poza Polską. Wróciliśmy ze stuprocentowym
przekonaniem, że tylko tutaj będziemy naprawdę szczęśliwi. No i jak na
razie, odpukać w niemalowane, faktycznie jesteśmy. -?Skręcił w lewo, w stronę mojego osiedla. -?We Włoszech żyliśmy bardzo skromnie -?ciągnął.
-?Odkładaliśmy każdego lira, którego tylko mogliśmy zaoszczędzić... Bo
wtedy tam jeszcze zarabiało się w lirach -?uściślił na wszelki wypadek.
-?Wszystko po to, żeby po powrocie jako tako się urządzić, założyć
biznes, najchętniej właśnie pizzerię. Bo oboje najlepiej się znaliśmy na
prowadzeniu restauracji.
Po chwili zatrzymał citroëna na parkingu przed moim blokiem,
pozostawiając uruchomiony silnik.
-?Ależ pana zanudziłem tą moją gadaniną, co? -?zapytał.
-?A wie pan, panie Kamilu, że nawet nie -?odparłem szczerze. -?Bardzo
interesująco pan opowiada. Jednego tylko nie rozumiem. Mówił pan, że
wróciliście po czterech latach od pana wyjazdu, czyli w roku
dwutysięcznym, a wcześniej wspomniał pan, że Isabella e Camillo działa
od niedawna...
-?Tak, otworzyliśmy z początkiem września. -?Spojrzał na mnie, a na jego
twarzy ponownie zagościł uśmiech. -?A więc i my, i pan zaczynamy w pewien sposób nowe życie.
-?Na to wygląda.
-?Więc mam nadzieję, że i panu wszystko się dobrze poukłada, czego
serdecznie życzę. -?Wyciągnął dłoń i przybiliśmy piątkę. -?Faktycznie,
wróciliśmy już dość dawno, zaraz po wakacjach jedenaście lat temu, dwa
lata przed wyprodukowaniem tego naszego grata. -?Uderzył dłońmi w kierownicę. -?No ale to wszystko nie było takie proste. Harowaliśmy we
Włoszech, cały czas obiecując sobie, że po powrocie jakąś niewielką
część zarobionej kwoty przeznaczymy na podróż po Europie... Na pewno pana
nie nudzę?
-?Bynajmniej -?powiedziałem zgodnie z prawdą. Przyjemnie było słuchać
kogoś, komu się ułożyło w życiu.
Kiwnął głową i wyłączył silnik.
-?No i tak też się stało. Wyjechaliśmy dwa razy: najpierw jesienią w dwutysięcznym, a później wczesną wiosną dwa tysiące pierwszego. Miesiąc
w Hiszpanii, potem miesiąc we Francji. Zamierzaliśmy zobaczyć trochę
świata przed założeniem rodziny i próbą ułożenia sobie na nowo życia. Te
dwa wyjazdy były fantastyczne. Był pan może kiedyś w Hiszpanii?
Pokręciłem głową, a potem, zapewne uprzedzając jego pytanie,
powiedziałem:
-?We Francji też nie.
Spojrzał na mnie z ukosa, chyba z lekkim niedowierzaniem, ale nie
pokusił się o komentarz. Zamiast tego kontynuował swoją opowieść:
-?W czerwcu dwa tysiące pierwszego wzięliśmy ślub. Już wtedy
rozglądaliśmy się za lokalem, w którym moglibyśmy umiejscowić naszą
pizzerię, ale znalezienie czegoś odpowiedniego na naszą kieszeń nie było
proste. Nawet w niewielkim i dość tanim mieście. Wiadomo, że jeśli
chodzi o otworzenie knajpy, najważniejsza jest lokalizacja. Udało mi się
znaleźć pracę w lokalnej hurtowni spożywczej, żeby były pieniądze na
bieżące wydatki. No a potem, dziewiątego marca dwa tysiące drugiego roku
urodziła nam się pierwsza córka, więc trzeba było pozmieniać plany. Iza
chciała poświęcać dziecku jak najwięcej czasu, więc ja pracowałem, a ona
zajmowała się Wiktorią. Oboje uznaliśmy, że takie rozwiązanie będzie dla
nas wszystkich najlepsze...
W tym momencie zadzwoniła jego komórka. Szykowiak spojrzał na
wyświetlacz.
-?Przepraszam, to żona -?powiedział i odebrał.
Chwilę później poinformował mnie, że ma kolejne zamówienie z dostawą do
domu.
-?Dziękuję za podwiezienie -?rzekłem, otwierając drzwi.
-?Nie ma sprawy, panie Zdzichu. Chyba dobrze się stało, że muszę już
jechać. Czasem tak mam, że jak zacznę gadać, to się zapominam i plotę
jak nakręcony.
-?Sam pana ciągnąłem za język, więc ewentualne pretensje mogę mieć tylko
do siebie. A tak serio, bardzo mi było miło pana poznać. Do zobaczenia.
Ponieważ deszcz wciąż mocno padał, nie czekałem, aż Szykowiak odjedzie,
tylko lekkim truchtem pobiegłem do swojej klatki.
Wspinając się po schodach, z niedowierzaniem pokręciłem głową. Nie lubię
swojego imienia, a już wręcz alergicznie reaguję, gdy ktoś zwraca się do
mnie per Zdzichu. Mój nowy znajomy z upodobaniem i kilkakrotnie nazwał
mnie panem Zdzichem, a ja wcześniej zupełnie nie zwróciłem na to uwagi.
Pomyślałem sobie, że następnym razem nie omieszkam poprosić go
delikatnie, by mówił do mnie jakoś inaczej, na przykład panie Zdzisławie
albo panie Zdziszku.
Do dziś nie udało mi się go do tego przekonać, zresztą, tak po prawdzie,
nigdy nawet nie spróbowałem.
Wprawdzie nazajutrz przeszliśmy na ty, ale dla Kamila Szykowiaka już na
zawsze miałem pozostać panem Zdzichem.
V
Sobota była dniem, w którym w moim nowym miejscu zatrudnienia pracowało
się w zależności od liczby zamówień i planowanych terminów ich
realizacji, dlatego podejrzewałem, że pierwszego października nie będzie
zbyt wielkiego ruchu w żadnej z trzech hal produkcyjnych. Kalendarz
mówił mi jasno: w firmie związanej z budowlanką nie może to być
przesadnie gorący okres, dlatego tym bardziej się zdziwiłem, gdy na
pierwszej zmianie stawiła się pełna obsada dwóch budynków. Przeszło mi
przez myśl, że powinienem zweryfikować opinię o swoim nowym pracodawcy i przyjąć do wiadomości, że nawet w takim mieście jak Ryków coś może
funkcjonować ze sporym rozmachem.
Z ostatnich formalności zostało mi jeszcze kilka podpisów w kadrach.
Szefowa tego działu soboty miała wolne, ale już wcześniej ustaliliśmy,
że jeśli odpowiednie cyrografy złożę kilka dni później, to ani firma,
ani tym bardziej świat nie ulegną nagłej destrukcji.
* * *
Już w trakcie pierwszej rozmowy prezes ostrzegł mnie, że stanowisko, o które się ubiegam, jest samodzielne i z reguły na zmianie będę sam.
Trudno mi było sobie wyobrazić lepszą wiadomość po tych wszystkich
latach spędzonych w zdecydowanie zbyt zaludnionym i gwarnym Mordorze,
czyli budynku komendy policji w mieście wojewódzkim. Tu miałem być
zależny tylko od siebie, bez wiecznie ujadającego przełożonego nad
głową, domagającego się kolejnych tabelek ze statystykami, które
potrzebne są jedynie do tego, żeby Główny nie wziął całego tego
pierdolnika na widelec.
-?Będzie pan przeważnie pracował sam, panie Zdzisławie -?usłyszałem. -
Nie przeszkadza to panu?
-?Nie, panie prezesie. Wydaje mi się, że powinienem dać sobie radę.
Lustrował mnie bystrym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu -?człowiek,
który mimo że zatrudnia ponad setkę osób, niczego nie pozostawia
przypadkowi. Właściciel, prezes, a jeśli trzeba, to także sprzedawca
albo szef rekrutacji, przy którym uczestnicząca w rozmowie kadrowa jest
jedynie mało widocznym cieniem. Moja odpowiedź była powściągliwa -?nie
chciałem zanadto eksponować radości, ponieważ mogłoby się to wydać zbyt
podejrzane -?ale i szczera.
Zdążyłem się wcześniej tego i owego dowiedzieć o nowym szefie. W ciągu
kilkunastu lat z niewielkiego zakładu produkcyjnego stworzył jedną z najbardziej liczących się polskich fabryk branży okienniczej. Nie było
dla niego rzeczy niemożliwych, a w dodatku niezwykle rzadko zdarzało mu
się nie dotrzymać terminu, dlatego klienci cenili sobie współpracę z niemłodym już wprawdzie, lecz bardzo rzutkim biznesmenem. Krążyły też
słuchy, że jest niezwykle wymagający wobec swoich pracowników, ale w razie potrzeby potrafi zachować się wobec nich bardziej niż przyzwoicie.
Pokiwał z zadowoleniem głową.
-?Mam nadzieję, że spodoba się panu u nas. Wygląda pan na porządnego
człowieka, panie Mokryna. -?Miał miły, ciepły głos, w którym nie
usłyszałem nawet nuty fałszu.
-?Dziękuję.
-?A tak już trochę bardziej prywatnie, jeśli można i to nie tajemnica...
Podniosłem brwi z udawanym zainteresowaniem, choć w zasadzie
spodziewałem się treści kolejnego pytania.
-?Miał pan dobrą pracę, chyba nieźle płatną, i postanowił pan z niej
zrezygnować... -?Tu zawiesił głos, nie decydując się na domknięcie klamry.
-?Tak, to prawda, ale wie pan, jak to jest. Ponad czterdzieści lat na
karku, całe życie w dużym mieście... Po prostu postanowiłem poszukać
spokojniejszego miejsca. -?Zauważyłem, jak na mnie patrzy. Wiedział, że
ściemniam. Czytałem w jego oczach jak w otwartej księdze. -?Mam
emeryturę, trochę sobie do niej mogę dorobić, żeby odłożyć coś więcej na
starość -?ciągnąłem, ale on wciąż mi nie wierzył.
Na moment zamilkłem, by wyrównać oddech. Nie miałem ochoty mówić nic
więcej, ale wiedziałem, że nie mogę tak skończyć tej rozmowy. W ciągu
tych paru chwil zrozumiałem, że to, co o nim mówią, jest prawdą -
potrafi prześwietlić człowieka na wylot i gdy coś jest nie tak, zauważy
to niemal natychmiast.
-?Jestem już zmęczony -?powiedziałem wreszcie, spuszczając wzrok. -
Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chodzi o to, że nie chcę już
pracować, bo chcę... Chcę, potrafię i dam sobie radę. Tylko że po tych
wszystkich latach w policji...
-?Rozumiem -?przerwał mi w najmniej spodziewanym momencie. Łagodnie, ale
dość zdecydowanie. -?Myślę, że mniej więcej wiem, co chce mi pan
powiedzieć. I tyle mi wystarczy.
* * *
Za pierwszym razem (jak się później okazało, za drugim również) nie
pracowałem jednak sam.
O szóstej rano w drzwiach zakładu powitał mnie barczysty, wyprostowany
jak struna mężczyzna, na pierwszy rzut oka kilka lat młodszy ode mnie.
Miał kwadratową szczękę i ciągnącą się od niej przez prawy policzek aż
do skroni szramę. Przedstawił się jako Janusz Przywara, a mechaniczny
sposób, w jaki to zrobił, sugerował przeszłość w jakiejś formacji
mundurowej.
Przez niemal godzinę, która pozostała do rozpoczęcia zmiany przez
pozostałych pracowników fabryki, o jego przeszłości dowiedziałem się
tylko tyle, że jest byłym wojskowym z dwiema zagranicznymi misjami na
koncie. O moją przeszłość nie pytał, ale stwierdziłem, że na miejscu
będzie odwdzięczyć się równie ogólnikowymi informacjami. Później
zajęliśmy się już tylko przeszkoleniem, podczas którego starałem się być
możliwie najpojętniejszym uczniem. Same konkrety, żadnego pieprzenia.
Monitoring, zasady funkcjonowania przepustek w zakładzie, systemy
alarmowe, zabezpieczenia hal, bramy głównej i samego biurowca.
Myślę, że mógłbym się zakolegować z Przywarą, bo nadawaliśmy mniej
więcej na tych samych falach, ale miałem wrażenie, że żaden z nas tego
nie potrzebuje. Wyglądał mi na kogoś, kto podobnie jak ja szuka w tej
robocie spokoju. Zapewne też wiele razy sparzył się na zawodowych
relacjach i nie miał zamiaru znów pakować się do tej samej rzeki.
Pasował mi ten układ.
Różniło nas głównie to, że u niego na serdecznym palcu prawej dłoni
lśniła obrączka.
Kiedyś często się zastanawiałem, jak bym się czuł z takim świecidełkiem.
Był nawet czas, że chciałem się o tym przekonać, ale życie potoczyło się
tak, że do tej pory nie było mi to dane.
* * *
Skończyliśmy naszą dwunastogodzinną zmianę dokładnie o osiemnastej,
zostawiając zakład pod pieczą zmiennika, po czym ruszyliśmy w milczeniu
do naszych samochodów zaparkowanych na dużym, teraz już prawie pustym
parkingu. Uścisnęliśmy sobie ręce bez słowa i jak na komendę, w jednej
sekundzie, otworzyliśmy centralne zamki naszych aut. Wydawało mi się, że
Janusz podobnie jak ja zwrócił na to uwagę, miałem nawet wrażenie, że
przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu, ale odwrócił głowę, starając
się to ukryć.
Przywara odjechał pierwszy; mijając moją corollę, nawet nie spojrzał w jej kierunku.
Pomyślałem, że to był dobry dzień i że wszystko układa się zgodnie z planem, po czym ruszyłem w stronę wyjazdu z parkingu śladem mojego
nowego kolegi z pracy.
Z pracy i tylko z pracy, przeszło mi przez myśl i uśmiechnąłem się do
siebie szeroko.
VI
W szparze pomiędzy framugą a drzwiami mojego mieszkania tkwiła złożona
wpół żółta kartka. Wejście do klatki zabezpieczone było domofonem, więc
początkowo sądziłem, że to mój sąsiad z naprzeciwka, z którym w trakcie
przeprowadzki wymieniłem wymagane w takich przypadkach uprzejmości, ma
do mnie jakąś sprawę. Okazało się jednak inaczej.
"Panie Zdzichu, proszę o telefon na poniższy numer, K.S.".
Jeśli miałbym jakiekolwiek wątpliwości, kto kryje się pod inicjałami,
bez wątpienia rozwiałaby je forma, w jakiej się do mnie zwrócono.
Wszedłem do środka, zastanawiając się, czego też może ode mnie chcieć
Szykowiak. Znów odezwał się we mnie swoisty mechanizm obronny, który
miał za zadanie ostrzegać przed nadmiernym spoufalaniem się z miejscowymi, ale zaraz potem przypomniałem sobie sytuację z poprzedniego
dnia, gdy okazał się on fałszywym alarmem. Nie znałem tego człowieka
zbyt dobrze, ale raczej nie mogłem go podejrzewać o to, że fatygował się
do mnie z byle powodu.
Wyjąłem z kieszeni komórkę i wybrałem podany numer.
-?Tak, słucham?
-?Dzień dobry, panie Kamilu, Mokryna z tej strony. Zostawił pan kartkę z moich drzwiach, więc...
-?O, dobrze, że pan dzwoni, już miałem do pana jechać -?wszedł mi w słowo. -?Sprzątałem dziś trochę w aucie, bo wybieramy się jutro z Izką i dzieciakami do warszawskiego zoo, i znalazłem pański portfel. Leżał pod
siedzeniem pasażera, więc pewnie musiał panu wczoraj wypaść.
Odruchowo dotknąłem zewnętrznej kieszeni, po czym przypomniałem sobie,
że poprzedniego dnia nosiłem polarową bluzę, którą po powrocie
powiesiłem do przeschnięcia na oparciu krzesła w kuchni i już tam
została.
-?Będzie pan teraz w domu? -?ciągnął. -?Mógłbym wpaść i go podrzucić.
-?Panie Kamilu, dziękuję, że się pan fatygował już wcześniej. No i że
pan go znalazł...
-?Przypadek. Rzadko sprzątam auto, zresztą chyba pan to wczoraj
zauważył. -?Zaśmiał się szczerze.
-?Nie zwracam uwagi na pierdoły, ale faktycznie z tyłu miał pan mały
rozgardiasz. Jakbym nie był wścibski i się nie wiercił, pewnie portfel
do dziś byłby na swoim miejscu.
-?Co racja, to racja. Następnym razem proszę się poprawić, a teraz niech
mi pan powie, czy jest pan w domu, bo Iza już do mnie macha, więc pewnie
zaraz będę jechał z zamówieniem.
-?W sumie przed chwilą wróciłem z pracy i nie zamierzałem się już
nigdzie ruszać, ale jestem głodny jak wilk, w dodatku, jak się okazało,
bez grosza przy duszy, więc z chęcią wpadłbym do was sprawdzić, czy od
wczoraj jakość pizzy się nie pogorszyła.
-?Mogę przywieźć jakąś dobrą, to żaden problem.
-?Dziękuję, ale chętnie się przewietrzę, spacer dobrze mi zrobi. Poza
tym chcę jeszcze nacieszyć oczy tym niesamowitym wystrojem. Tym bardziej
że jego dni są przecież policzone.
-?Chyba że tak. W takim razie zapraszam. O której pan będzie? Mamy
trochę ludzi, więc na wszelki wypadek zarezerwuję dla pana stolik.
-?Pewnie gdzieś tak za godzinę. Mam tylko prośbę, żeby to było inne
miejsce niż wczoraj, bo peszyły mnie trochę te rogi nad głową.
-?Nie ma sprawy! -?Roześmiał się, a potem, jakby po chwili wahania,
dodał: -?Chociaż było panu z nimi bardzo do twarzy. -?Pewnie przez ten
krótki moment zastanawiał się, czy żart przypadkiem nie przekroczy
granicy dobrego smaku.
-?W takim razie niech będzie to samo miejsce -?powiedziałem. -?W moim
wieku każdą okazję do usłyszenia komplementu trzeba brać w ciemno!
* * *
Faktycznie byłem bardzo głodny, ale stwierdziłem, że przed wyjściem
wypadałoby się odświeżyć po dwunastu godzinach w pracy. Wskoczyłem więc
pod prysznic i się ogoliłem. Czekając, aż wyschną mi włosy, włączyłem
komputer i rzuciłem okiem na bieżące wydarzenia, a później nieopatrznie
sprawdziłem skrzynkę mejlową.
Wśród zwyczajowej lawiny spamu przez ostatnie trzy dni trafiły się też
dwie zwyczajne wiadomości.
Na pierwszą odpisałem natychmiast. Andrzej Gierczak, który przejął moje
obowiązki w wydziale kontroli, ostatnio odzywał się do mnie coraz
rzadziej, ale jeszcze od czasu do czasu się to zdarzało. Miał krótszy
ode mnie staż w policji, a w dodatku nigdy dotąd nie musiał szperać we
własnych brudach. Przenieśli go z dnia na dzień i nagle z dobrego,
lubianego przez wielu kolegi musiał przedzierzgnąć się w psa tropiącego
i wyjaśniać nieprawidłowości w policyjnych szeregach. Szczerze mu
współczułem, tym bardziej że był to jeden z porządniejszych ludzi, z jakimi przyszło mi pracować.
Robiłem więc, co mogłem, żeby ułatwić mu odnalezienie się w nowej
sytuacji. Jeśli tylko potrafiłem, wskazywałem sposób zastosowania
poszczególnych procedur, miejsca, gdzie na półkach i w archiwum można
odszukać analogiczne do obecnych sprawy, a także próbowałem pomóc
zastosować stare i rozgryźć nowe wytyczne w zakresie koniecznych
zestawień oraz statystyk. Tym razem prośba dotyczyła tego ostatniego
zagadnienia. Minął właśnie pierwszy kwartał pracy Andrzeja na nowym
stanowisku, żądano więc od niego odpowiednich, choć w moim przekonaniu
nikomu do niczego niepotrzebnych, tabelarycznych wykazów
przeprowadzonych w ostatnich trzech miesiącach postępowań
wyjaśniających, wraz z odniesieniem ich do analogicznych danych za rok
ubiegły.
Uporałem się mniej więcej w dwadzieścia minut. Kwestia była stosunkowo
prosta, a dodatkowo zdawałem sobie sprawę, że moja odpowiedź uspokoi
Andrzeja i dzięki temu będzie miał trochę mniej nerwową resztę weekendu.
W luźniejszej końcówce wiadomości Gierczak ani słowem nie wspomniał o sprawie Pieniążka (za co jak zwykle byłem mu wdzięczny), tylko trochę
poplotkował na tematy bieżące. Jakby bardziej z obowiązku, bo tak
wypada, niż z przekonania, że mnie to obchodzi. Najważniejsza gminna
wieść niosła, że "podobno Stary ma polecieć na jesieni".
Nie obchodziło mnie to.
Tym bardziej że Stary, czyli komendant wojewódzki, miał "polecieć" już
wcześniej wiele razy i tylko pora roku zmieniała się w tej plotce.
Druga wiadomość była od Beaty.
W sumie nic ważnego -?ot, kilka zdań od starej dobrej koleżanki.
Siedziałem jednak dość długo, gapiąc się na tekst, jakby to był mejl od
kogoś z zaświatów.
Najpierw pomyślałem, że odpiszę od razu, nawet wklepałem kilkanaście
pierwszych słów. Zaraz jednak wszystko wykasowałem i usunąłem wersję
roboczą wiadomości, żeby mnie nie kusiło. Zapomniałem o głodzie i o tym,
że w pizzerii czeka na mnie zarezerwowany stolik.
Odchylając się na krześle, przeczesałem palcami włosy, odkrywając
mimowolnie, że zdążyły już wyschnąć, i spojrzałem na zegarek w prawym
dolnym rogu ekranu. Dochodziło wpół do dziewiątej.
Nie wiedziałem, jak postąpić z wiadomością od Beaty, ale przecież nie
musiałem podejmować decyzji tu i teraz. Wyłączyłem więc komputer i zacząłem szykować się do wyjścia.
* * *
Gdy dotarłem do Isabella e Camillo, był już kwadrans po dwudziestej
pierwszej.
Szykowiak nie przesadzał, twierdząc, że w pizzerii panuje spory ruch.
Hałaśliwi goście, wśród których przeważała młodzież, okupowali
zdecydowaną większość miejsc, a stolik zajmowany przeze mnie
poprzedniego dnia otoczony był wianuszkiem zajadających się pizzą
małolatów. Nie mogłem mieć pretensji do właściciela, że nie przytrzymał
dla mnie rezerwacji, skoro spóźniłem się ponad godzinę.
Stałem w drzwiach, zastanawiając się, czy wyjść na zewnątrz i poczekać,
aż się trochę przeludni, czy może poprosić o zwrot portfela, a następnie
kupić coś do zjedzenia w spożywczaku, gdy poczułem, że ktoś kładzie mi
dłoń na ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem stojącego tuż za progiem
Szykowiaka.
-?Zapraszam do środka, miejsce czeka -?powiedział, wskazując zaciszny
stolik w prawym rogu, na którym ustawiono tabliczkę z napisem
"Rezerwacja". -?Właśnie zaliczyłem ostatni kurs z dostawą.
-?Dziękuję i przepraszam za spóźnienie -?odparłem, robiąc krok do
przodu, by wpuścić właściciela. -?A właściwie skąd pan może wiedzieć, że
to był ostatni kurs?
-?Lokal jest czynny do dwudziestej drugiej, ale zamówienia na pizzę
przyjmujemy tylko do dziewiątej.
-?Wygląda więc na to, że się spóźniłem...
-?Dla pana zrobimy wyjątek, panie Zdzichu -?odparł z uśmiechem
Szykowiak. -?Zaraz podam kartę, żeby mógł pan coś wybrać.
-?A mogę zdać się na pański gust?
-?Ostrzegam, że to może być coś ostrego.
-?Żaden problem. Lubię pikantne dania.
-?Rozmiar taki jak wczoraj?
Przez chwilę zastanawiałem się nad tą kuszącą propozycją. Kiszki grały
mi marsza, ale biorąc pod uwagę porę, uznałem, że lepiej nie szarżować.
-?Jest trochę późno, więc może jednak małą -?powiedziałem, po czym,
lawirując pomiędzy siedzącymi klientami, pożeglowałem w stronę
kwadratowego stolika, przy którym zamiast czterech stały tylko dwa
krzesła; brakujące zostały podprowadzone przez siedzącą po sąsiedzku i cisnącą się obok siebie młodzież.
Ledwie zdążyłem zająć miejsce, gdy przede mną jak spod ziemi wyrósł
Szykowiak z kuflem złocistego piwa.
-?Nawet nie pytałem, czy pan sobie życzy -?rzekł. -?Ale pizza będzie
naprawdę ostra, więc to na pewno się przyda. -?Kiedy odchodził, dodał
jeszcze, wskazując na wolne krzesło: -?Zarezerwowałem też miejsce dla
siebie, jeśli nie będzie pan miał nic przeciw mojemu towarzystwu.
-?Bynajmniej. Będzie mi naprawdę miło -?odparłem.
-?W takim razie bardzo się cieszę. Trochę tu ogarnę i jak pizza będzie
gotowa, przyjdę poprzeszkadzać.
Pociągając pierwszy łyk z kufla, przypomniałem sobie plany, które snułem
nad resztkami pizzy nie dalej jak poprzedniego dnia. Miałem tu prowadzić
życie odludka stroniącego od towarzystwa, a wystarczyła nieco ponad
doba, by okazało się, że tak naprawdę chyba zupełnie czego innego mi
potrzeba.
Przez ostatnie lata żyłem wśród ludzi, ale byłem samotny, choć nie
chciałem przyznać tego przed samym sobą, bo przecież miałem wielu
znajomych, a ludzie chętnie spędzali ze mną popołudnia i wieczory.
Kobiety czasem również noce.
Kiedy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku moi
rodzice zginęli w wypadku samochodowym (parę dni po moich trzydziestych
urodzinach), wszystko się zmieniło. Dobrze, że była wtedy przy mnie
Beata, ale i to się skończyło cztery lata później. Od wtedy, kiedy
odeszła, od Wigilii Bożego Narodzenia dwa tysiące trzeciego roku,
dawałem sobie nieźle radę, tkwiąc w iluzorycznych stosunkach
koleżeńskich, zawodowych, sąsiedzkich, bazarkowych i jakich tam jeszcze.
Ale tak naprawdę nie miałem nikogo.
Czasem przeklinałem los, a czasem swoich świętej pamięci starych, że nie
mam rodzeństwa, które, choćby i nawet najpodlejsze, stanowiłoby jakąś
namiastkę bliskości, tworzyłoby złudzenie, że jest na tym świecie ktoś
oprócz mnie. Niechbym nawet nie oglądał tego kogoś albo nie zamienił z nim słowa latami przez telefon, to byłoby nieważne -?w przeciwieństwie
do świadomości, że jestem sam jak palec.
Tak, czasem przeklinałem za to los i moich świętej pamięci starych, a zaraz potem rugałem się w myślach, przekonany, że rodzeństwo i tak by
nic nie zmieniło. Rodzeństwo to przecież tylko więzy krwi i tak naprawdę
poza miłością do rodziców, wspólnym dzieciństwem i zbieżnym DNA
przeważnie nic cię z twoim bratem czy siostrą nie łączy. To niby nie
jest mało, ale też nie na tyle dużo, by zagwarantować, że nie będziesz
samotny, gdy ci się wszystko spierdoli w życiu.
Niektórzy uciekają w alkohol, a niektórzy w samotność. Ja należałem do
tych drugich.
I pewnie tak by zostało, pewnie dotrwałbym w mieście wojewódzkim do
godziwszej emerytury, nie zważając na wszystko i udając "nie samotność"
przed samym sobą (a może nawet sobie jej nie uświadamiając?), gdyby nie
sprawa Pieniążka. Zniosłem brak rodziców, przeżyłem -?choć z trudem -
odejście kobiety, bez której nie wyobrażałem sobie świata, ale sprawa
Pieniążka mnie przerosła. A uświadomiłem to sobie w jednej sekundzie w knajpie Isabella e Camillo w Rykowie -?najpierw pociągając łyk piwa, a później zlizując gęstą, tłustą pianę z górnej wargi.
Do tej pory sądziłem, że to był mój wybór, ale nie -?to była zwyczajna
rejterada. Nie uciekałem do Rykowa od ludzi, a od postępowania
dotyczącego młodego policjanta drogówki, na którego mnie poszczuto i który nie wytrzymał presji. Zanim zdążył oddać odznakę i broń służbową,
pociągnął za spust w kiblu Mordoru, odstrzeliwując sobie spory kawałek
potylicy.
Niewiele później okazało się, że dowody, jakie mi podsunięto, zostały od
początku do końca wyssane z brudnego palca gościa pracującego u nas na
uchu, którego brata Pieniążek swego czasu zatrzymał za przekroczenie
prędkości. W trakcie kontroli okazało się, że auto jest trefne, a młody
gliniarz (w przeciwieństwie do starszego kolegi, z którym pełnił służbę)
całkowicie niechętny do współpracy. Brat informatora trafił pod celę na
trzy miesiące, ponieważ postępowanie wykazało jego związki z międzynarodowym gangiem trudniącym się kradzieżą samochodów w zachodniej
Europie, a później przerzucającym je za wschodnią granicę Polski.
Zaraz potem do komendy wpłynęła skarga na Pieniążka za nieprawidłowości
w innej sprawie. Chodziło o rzekomą łapówkę dość dużej wysokości,
fałszowanie kwitów, a nawet o formułowanie podczas służby gróźb
karalnych. Na początku nikt nie traktował tego poważnie, ale kiedy
zaczęli się pojawiać kolejni świadkowie potwierdzający niekorzystną dla
Pieniążka wersję, musieliśmy się sprawie przyjrzeć bliżej, tym bardziej
że zaczęła przy niej węszyć prokuratura okręgowa. W pewnym momencie
doszło nawet do tego, że zapadła decyzja o zawieszeniu policjanta w czynnościach służbowych. Decyzja, o której Pieniążek dowiedział się
nieoficjalnie -?i której nie pozwolił wejść w życie, wkładając sobie
lufę do ust, a następnie pociągając za spust.
Dwa dni po pogrzebie młodego gliny zjawiła się u nas żona informatora.
Być może ruszyło ją sumienie, ale niewykluczone -?i na mój nos bardziej
prawdopodobne -?że chodziło o odegranie się na ślubnym, ponieważ proces
fabrykowania dowodów przeciw policjantowi opisywała do protokołu,
usiłując bezskutecznie ukryć pod okularami przeciwsłonecznymi wielki
granatowoczarny siniak okalający jej prawe oko. Ruszyło dochodzenie w sprawie formułowania fałszywych oskarżeń. Podejrzani jeden po drugim
przyznawali się do winy, a sierżant Łukasz Pieniążek, na zawsze już
dwudziestodziewięcioletni, został pośmiertnie oczyszczony z zarzutów, co
raczej nie miało już wtedy dla niego specjalnego znaczenia.
Uciekłem więc z Mordoru i z miasta wojewódzkiego. Wydawało mi się, że
chcę uciec do dobrej samotności (złej, w której tkwiłem, dotąd nawet
sobie nie uświadamiałem), wydawało mi się, że chcę spokoju, a tak
naprawdę pragnąłem uciec od Pieniążka i jego sprawy, nie chciałem, żeby
ktokolwiek jeszcze kiedykolwiek spojrzał na mnie przez jej pryzmat.
Jak to mawia Mamaj (chociaż wtedy, pierwszego października, jeszcze tego
nie wiedziałem, bo mieliśmy się poznać dopiero w listopadzie), Ryków to
dziura w dupie świata. A ja pojawiłem się tu, bo chciałem być w niej
samotnym, smutnym palcem, chciałem się nurzać w traumatycznych
wspomnieniach jak w gównie.
Pierwszy łyk piwa ledwie zaczynał chłodzić mi przełyk, gdy zrozumiałem,
że przecież wcale nie musi tak być. Uświadomiłem sobie, że szedłem do
Isabella e Camillo z nadzieją na spotkanie, a może nawet na dłuższą
rozmowę z Szykowiakiem. Znów chciałem spojrzeć w te jego pełne uśmiechu
i optymizmu szare oczy, posłuchać, jak przekomarzają się z żoną, chłonąć
beztroską atmosferę gwarnej knajpki.
Jak się okazało, czasem do zmiany spojrzenia na świat nie potrzeba
wiele. Niekiedy wystarczy, że ktoś zapyta, czy nie masz nic przeciw
temu, aby się do ciebie przysiadł, a ty odpowiesz, że bynajmniej i że
będzie ci naprawdę miło.
I zrobisz to szczerze, wypowiesz te słowa z przekonaniem, o które
jeszcze wczoraj rano sam siebie byś nie podejrzewał.
* * *
Gdy Szykowiak przyniósł moją pizzę i usiadł naprzeciwko, było za
dwadzieścia dziesiąta.
Większość stolików zdążyła się już zwolnić, a w pizzerii od mojego
przyjścia chyba nie pojawił się żaden nowy klient. W międzyczasie
właściciel dwa razy spokojnie, lecz stanowczo uspokajał zbyt głośno
zachowującą się grupkę zajmującą stolik, przy którym siedziałem
poprzedniego dnia. Raz zwrócił uwagę także dwóm lekko podchmielonym
starszym jegomościom, zdecydowanie zbyt żarliwie dyskutującym na temat
mających się odbyć w następną niedzielę wyborów parlamentarnych. W pizzerii panował gwar, ale dzięki reakcjom Szykowiaka bez trudu można
było posłuchać muzyki płynącej z czterech rozmieszczonych wysoko w rogach sali głośników.
Jeszcze zanim wziąłem sztućce do rąk, zaproponowałem, żebyśmy przeszli
na ty. Zaraz potem nie omieszkałem pochwalić Kamila za dbałość o atmosferę.
Skinął głową i powiedział:
-?Wiesz, panie Zdzichu, tak to już jest w tej branży, że na samym
początku należy ustalić zasady, a potem dbać, by goście ich
przestrzegali. Staramy się z Izą, żeby wszystko było, jak należy, bo
jeślibyśmy choć odrobinę odpuścili, później sytuacja byłaby nie do
opanowania. A jeśli sam zauważyłeś, że jakoś nam wychodzi, to znaczy, że
jesteśmy na dobrej drodze do osiągnięcia celu. Jeszcze z miesiąc i nikomu nie przyjdzie do głowy, że w Camillo mógłby się wydzierać albo
zostawać dłużej niż do dwudziestej drugiej.
-?W Camillo? -?zdziwiłem się.
Uśmiechnął się i rozłożył bezradnie ręce.
-?Na robieniu pizzy to może i się znam, panie Zdzichu, ale na marketingu
ani w ząb. Mówiłem wczoraj, że to ja wybrałem nazwę, chciałem, żeby było
światowo, trochę po włosku, a tymczasem okazuje się, że to był niewypał.
W całym Rykowie nie znajdziesz nawet jednej osoby mówiącej o tym
przybytku tak, jak sobie wymarzyłem. Wszyscy upraszczają, niektórzy
nawet mówią, o zgrozo!, że chodzą zjeść "do Kamila".
Przeżuwałem jego słowa wraz z pierwszymi kęsami pizzy, która faktycznie
okazała się piekielnie ostra, ale też chyba nawet lepsza niż pierwsza,
którą tu jadłem. Jakby na potwierdzenie tego, o czym mówił chwilę
wcześniej, grupa młodzieży właśnie zaczęła zbierać się do wyjścia, a dwaj starsi jegomoście co chwila spoglądali na zegarki.
-?Ale twojej żonie, nawet jeśli trochę marudzi, na pewno jest miło, że
chciałeś, by jej imię znalazło się w nazwie -?zauważyłem.
-?Tak sądzisz?
-?Jestem tego pewien.
-?W takim razie dziękuję za dobre słowo. Potrafisz podnieść człowieka na
duchu, panie Zdzichu. Chętnie bym za to z tobą wypił.
-?Co zatem stoi na przeszkodzie?
-?Pomyślałem, że może chciałbyś, żebym podrzucił cię do domu...
-?Miło z twojej strony, ale dziś chętnie się przejdę.
-?W takim razie skończ sobie pizzę, ja w tym czasie rozliczę gości, a potem spokojnie sobie posiedzimy, okej?
-?Jasne.
-?Ja też sobie naleję jasne -?powiedział i zaraz potem zostałem przy
stoliku sam.
Gdy podszedł do grupki młodzieży z paragonem, dla pozostałych klientów
był to znak, że wieczór w Camillo właśnie dobiega końca.
Do dwudziestej drugiej zostało sześć minut.
* * *
Dokładnie o dziesiątej Kamil zamknął od środka drzwi.
Zaraz potem do mojego stolika podeszła Iza, żeby przywitać się i pożegnać jednocześnie. Chwilę porozmawialiśmy; skomplementowałem
przygotowaną przez nią pizzę, co wyraźnie sprawiło jej przyjemność.
-?Obawiałam się, że będzie za ostra, ale Kamil powiedział, żebym zrobiła
dokładnie taką, jak on lubi najbardziej -?wyznała, jakby się trochę
usprawiedliwiając.
-?Widocznie mamy podobny gust -?odparłem.
-?No, no, tylko bez takich -?wtrącił się Szykowiak, stawiając na blacie
dwa pełne kufle. -?Ostrzegam cię, panie Zdzichu, że jestem o małżonkę
chorobliwie zazdrosny, i to, co właśnie powiedziałeś, może obudzić we
mnie podejrzliwą bestię.
-?Chciałabym to zobaczyć, ty mój brutalu! -?Roześmiała się Iza i cmoknęła go w policzek.
Podniosłem ręce w geście poddania.
-?Czuję się ostrzeżony, a nawet z lekka wystraszony, więc ustępuję pola
temu nieokrzesanemu barbarzyńcy.
-?Nie siedź długo, barbarzyńco -?dodała Iza, wciąż się śmiejąc. -?Jutro
mamy w planach Warszawę, a ja średnio się tam czuję za kółkiem, więc nie
przesadź z piwem.
Szykowiak spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.
-?Tak oto obracają się w pył legendy, które jeszcze na dobre nie zdążyły
stać się ciałem. Niedoszły brutal w ułamku sekundy stał się
pantoflarzem.
Iza pożyczyła mi dobrej nocy i poprosiła Kamila, żeby zamknął za nią
drzwi. W progu pocałowali się jeszcze tak namiętnie jak para zakochanych
nastolatków, która ma się rozstać na kilka miesięcy.
-?Może podwieziesz żonę do domu? -?zaproponowałem, gdy Szykowiak
przekręcał zamek. -?Jeszcze nie zdążyłeś się napić, a jest prawie noc,
więc...
-?Daj spokój -?przerwał mi, kierując się w stronę naszego stolika. -
Ryków to może nie metropolia, ale ma swoje plusy. Na przykład taki, że
jest tu bardzo bezpiecznie. Nie pamiętam, żeby wydarzyło się coś
poważniejszego od drobnych kradzieży albo szamotaniny między amatorami
taniego wina. -?Usiadł i kontynuował: -?Zapewniam cię, jeśli istniałoby
choćby najmniejsze zagrożenie, że mojej Izie może się coś stać, nie
zostawiłbym jej samej nawet na sekundę. Zresztą mieszkamy zaraz obok,
pokażę ci później. A teraz się napijmy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki