Rozdział 1
Zdrowie jako alternatywa dla medycyny
Z definicji alternatywa to konieczność wyboru między dwiema wzajemnie wykluczającymi się możliwościami. I takiego wyboru przychodzi nam dokonać między medycyną a zdrowiem. Nie można tych dwóch kierunków pogodzić, ponieważ wzajemnie się wykluczają. Dlaczego tak jest? Przyjrzyjmy się dwóm definicjom tego samego - profilaktyki zdrowotnej:
Profilaktyka zdrowotna to zapobieganie chorobom poprzez utrwalenie prawidłowych wzorów zdrowego stylu życia.
Autorem tej definicji jest prekursor profilaktyki zdrowotnej, ojciec medycyny - Hipokrates. Tutaj profilaktyka zdrowotna jest tym, czym być powinna: alternatywą dla medycyny, gdyż - ucząc ludzi jak zapobiegać chorobom - odbiera jej zyski ze sprzedaży leków i usług medycznych. Inaczej mówiąc: Hipokrates uczy nas, jak zapobiegać chorobom nie po to, by je leczyć, ale żeby ich nie było, czyli że nie byłoby czego leczyć. Bo jak inaczej można rozumieć zapobieganie?
Okazuje się, że można, bo WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) ogłosiła w roku 1996 swoją definicję profilaktyki zdrowotnej:
Profilaktyka zdrowotna to działania mające na celu zapobieganie chorobom, poprzez ich wczesne wykrycie i leczenie.
Ta definicja jest najlepszym dowodem, że WHO nie jest żadnym rzecznikiem zdrowia, jak się mieni, lecz rzecznikiem interesów inwestującego w tę niezwykle dochodową branżę światowego establishmentu, usytuowanym przy innej światowej organizacji - ONZ.
1. Medycyna a zdrowie
Przekręt z profilaktyką to tylko jeden z tysięcy przykładów, jak propaganda stara się wmówić nam, że leczenie chorób to to samo, co dbanie o swoje zdrowie. Tymczasem jest akurat odwrotnie, bowiem zdrowie jest alternatywą dla chorób i - tym samym - czerpiącej z nich zyski medycyny.
Co się mówi, gdy ktoś zachorował na jakąś poważną chorobę, na wyleczenie której jest już za późno? Czy wyjaśnia się, że prowadził nieprawidłowy tryb życia i to go doprowadziło do choroby? Nie! Twierdzi się, że za późno zgłosił się do lekarza, albo nie brał przepisanych mu leków. Tym sposobem stwarza się wrażenie, że przyczyną chorób jest... niedobór leków i usług medycznych.
Albo takie powiedzenie, że na coś przecież trzeba umrzeć. O czym ono świadczy? Otóż ludzie są pogodzeni już z tym, że tak ma właśnie być: najpierw trzeba pochorować, by potem "na coś" umrzeć...
2. Medycyna a choroby
Jest około 400 opisanych przez medycynę jednostek chorobowych, przeciwko którym stosuje się odpowiednie leki. W Polsce lista leków dopuszczonych do obrotu zawiera około 12.000 pozycji, czyli że na każdą chorobę przypada średnio 30 leków. Czy to wystarczy? Ależ skąd! Koncerny farmaceutyczne niezmordowanie wprowadzają na rynek nowe leki - głębiej działające, bardziej skuteczne, a nawet, jak donoszą media... inteligentne. Co rusz, do publicznej wiadomości podawane są sensacyjne doniesienia o odkryciu nowego leku lub szczepionki przeciwko najgroźniejszym chorobom. A co mówią fakty? Czy wraz ze wzrostem liczby leków i rzekomą poprawą ich jakości poprawia się także stan zdrowia społeczeństwa? Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że jest akurat odwrotnie, bo liczba zachorowań na choroby cywilizacyjne wciąż ma tendencję zwyżkową, i nic nie wskazuje na to, by miało coś się zmienić.
Przyczyną takiego stanu rzeczy jest wielopokoleniowy wpływ propagandy lansowanej przez farmaceutyczno-medyczne lobby, które dołożyło wszelkich starań, by wpoić masom irracjonalną wiarę w to, że negatywny wpływ coraz powszechniejszych w środowisku sztucznych związków chemicznych można zniwelować... innymi sztucznymi związkami chemicznymi. No i wprowadza się do organizmów ludzi owe sztuczne związki chemiczne, zwane lekami, wykorzystując do tego celu najrozmaitsze sposoby - doustnie, doodbytniczo, domięśniowo, dożylnie, iniekcje do komory stawowej, zwane blokadami, czy przez skórę, w postaci najrozmaitszych maści i plastrów. Niestety, leki chemiczne mają to do siebie, że wykazują poważne działania uboczne, często groźniejsze od chorób, przeciwko którym zostały zastosowane.
Na fali totalnej klapy medycyny chemicznej powstała tak zwana medycyna naturalna, oparta na lekach pochodzenia naturalnego. Ważne jest tu określenie "pochodzenia naturalnego", bo istotnie, owe leki nie są produkowane z ropy naftowej i węgla, jak to ma miejsce w przypadku medycyny chemicznej, lecz z surowców naturalnych, głównie odpadów produkcyjnych, ale... przy użyciu odczynników chemicznych (rozdział 35, punkt 1). Tak więc owa medycyna naturalna, do końca naturalną nie jest. Niemniej jednak zdobyła ona spore zainteresowanie społeczeństwa zawiedzionego medycyną chemiczną, w wyniku czego powstały wielkie korporacje skupujące wytłoczyny po produkcji soków i inne odpady powstające w produkcji żywności, by produkować z nich quasi-naturalne leki. Czy to istotnie alternatywa, która z definicji jest koniecznością wyboru między dwiema wzajemnie wykluczającymi się możliwościami? Oczywiście, że nie. To tylko inny wariant tego samego - leczenia objawów chorobowych bez usunięcia ich przyczyny.
I tu narzuca się pytanie: co jest przyczyną chorób? W zasadzie odpowiedź na to pytanie znana jest od bez mała dwóch i pół tysiąca lat, gdyż wówczas Hipokrates, zwany ojcem medycyny, oświadczył: Choroby są procesem pozbywania się toksyn z organizmu. Objawy są naturalną ochroną organizmu. Nazywamy je chorobami, lecz one w rzeczywistości leczą choroby. Wszystkie choroby mają jedną przyczynę, choć objawiają się w różny sposób, w zależności od miejsca, w którym występują.
Jak widzimy, medycyna wiedzę o przyczynie chorób dawno już posiadała, ale jej nie wykorzystała. Dlaczego? Otóż nurt hipokratejski był nurtem medycyny profilaktycznej, dążącej do odkrycia praw natury i fizjologii po to, by skutecznie unikać chorób. Ten nurt rozwijał medycynę edukacyjną, zapobiegawczą. Uczono ludzi jak żyć, żeby nie chorować. Podstawą takiego postępowania było założenie, że natura sama wie co robi, więc nie trzeba nic poprawiać.
Niestety, medycyna ucząca ludzi jak nie chorować działa jak brzytwa Ockhama[1], czyli obcina zawód lekarza. Praktycznie rzecz biorąc, lekarz może stać się niepotrzebny, zwłaszcza gdy zabraknie chorób stwarzanych przez medycynę skupioną na blokowaniu objawów chorobowych, szczególnie za pomocą antybiotyków i leków chemicznych. Gdyby nurt hipokratejski znalazł szersze zastosowanie, wówczas liczba lekarzy zajmujących się walką z objawami chorobowymi zostałaby zredukowana niemalże do zera. Wiedza o istocie chorób nie byłaby wiedzą tajemną, dostępną jedynie dla poubieranych w białe kitle namaszczonych kapłanów, lecz byłaby przedmiotem powszechnie nauczanym w szkołach. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tak było, bowiem, jak twierdzi Hipokrates: Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością, i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby. Jeśli zatem chcemy mieć społeczeństwo zdrowe i mądre (a nie jedynie wykształcone), to czemu ukrywać przed nim wiedzę w tej jakże istotnej dziedzinie, jaką jest zdrowie?
Lekarz mógłby funkcjonować jedynie jako nauczyciel albo osoba interweniująca w naprawdę trudnych sytuacjach, gdy w grę wchodzi ratowanie życia. Wówczas mała ilość lekarzy zaspokajałaby potrzeby dużej grupy ludzi. Ale wówczas nie byłoby biznesu, z którego farmaceutyczno-medyczne lobby dobrowolnie raczej nie zrezygnuje.
Niemniej jednak informacje o toksemii jako jedynej przyczynie wszystkich chorób, choć ukrywane skrzętnie przez prawie dwa i pół tysiąclecia, ujrzały wreszcie światło dzienne. I wcale nie stało się to na skutek edukacji społeczeństwa, lecz w efekcie totalnej klapy medycyny skupionej na walce z objawami chorobowymi. I - jak zresztą należało się spodziewać - rzeczywiście, po oczyszczeniu organizmu z zalegających w nim toksyn, niejako samoistnie, ustępuje większość chorób, także tych przez medycynę konwencjonalną uznanych jako nieuleczalne.
Tak oto, niejako z inicjatywy oddolnej, powstał nurt tak zwanej medycyny naturalnej, zajmującej się detoksykacją, czyli leczeniem chorób poprzez oczyszczanie organizmu z nagromadzonych w nim toksyn. Na początku ta medycyna rzeczywiście miała wiele wspólnego z naturą, ponieważ głównie opierała się na ziołach i innych substancjach występujących w naturze. Jednak, wraz ze zdobywaniem popularności, zaczęła być przejmowana przez biznes - jak to medycyna. No i powstały potężne korporacje sprzedające najrozmaitsze specyfiki oczyszczające: tabletki, plastry, kulki homeopatyczne oraz tak zwane suplementy - wszystko pochodzenia naturalnego... prosto z fabryki leków. Do tego doszły także lewatywy (ostatnio bardzo modne), wyimaginowane diety, aparaty generujące prąd elektryczny o specjalnej prostokątnej sinusoidzie (te lepsze nawet z regulowaną częstotliwością), a także aparaty emitujące pole elektromagnetyczne. Nie można oprzeć się wrażeniu, że tak zwana medycyna naturalna obecnie jest już bardziej "naturalna" od samej natury, ponieważ wszelkimi sposobami stara się tę naturę albo wyręczyć, albo poprawić rzekomo tkwiące w niej błędy i niedociągnięcia.
Co z tego wychodzi? Okazuje się, że w obecnych czasach, nawet po gruntownym oczyszczeniu, organizm bardzo szybko się zatoksycznia, w związku z czym kuracje oczyszczające trzeba powtarzać bardzo często, mniej więcej dwa razy do roku. Jest to więc kolejne uzależnienie delikwenta, zwanego pacjentem, od medycyny. Ale nam chodzi o alternatywę dla medycyny, a nie wybór wariantu leczenia chorób. W tej sytuacji detoksykacja organizmu jako metoda leczenia chorób jest metodą tak samo objawową, jak każda inna metoda leczenia chorób bez usunięcia ich przyczyny, z tą niewielką różnicą, że leki i urządzenia nazywają się "oczyszczające".
Wiem. Każdy teraz się zdziwi i pomyśli sobie: - "Jak to? Skoro przyczyną wszystkich chorób jest toksemia, to jej usunięcie jest jednocześnie usunięciem przyczyny wszystkich chorób. Coś ten autor miesza..." Otóż nie. Autor niczego nie miesza. Wyciąga tylko logiczne wnioski, sięgające nieco głębiej niż przysłowiowy wierzchołek góry lodowej, i pyta: - A jaka jest przyczyna toksemii, będącej przyczyną wszystkich chorób?