Eutanazję poproszę raz!
No i masz chłopie plecak...
Zamiast bagażu doświadczeń mądrych, to plecak ze starymi i nowymi bólami wszelakimi wlokę po ziemi, paskami ciorając i kurz nadziei na bruku roztrząsając.
Wszyscy obiecywali: "Będziesz miał fajnie za kilka tygodni", "Od razu to nie widać tych zmian na lepsze, ale po miesiącu czy dwóch... normalnie jak młody bóg! Apollo" - mówili...
Acha! Jasne! Taki Apollo, ale dla ubogich i w ubogim wydaniu. Trzy tygodnie na Sanatorii były cudowne, ale mnie raczej potrzebne są trzy lata i to najlepiej świetlne. Niosły mnie przez tydzień czy dwa te obietnice luksusów w raju. Niosły, niosły i zgasły. Rzeczywistość zapukała do jestestwa i szaro jakoś się tak zrobiło w pogodzie codziennego samopoczucia.
Chyba ten falstart z reanimacją całkowitą zdrowia i samopoczucia wtrącił mnie w potworne bóle głowy. NO JAK TO?! To przecież niemożliwe! Cały urlop wychlapnięty już na początku roku za burtę i zamiast efektów to defekty? VETO! Zgłaszam zaraz reklamację. Szanowny Panie Enefzecie, byłem, przeżyłem, wróciłem i psińco! Miało być tak pięknie. No, proszę ładnie mi tu się wytłumaczyć. Żale poszły, a milczenie wróciło. "Do siebie miej pretensje, do siebie" - jakiś głosik marudny zaczyna sączyć w uszy niemiłą muzykę. Nie wystarczą trzy tygodnie, żeby ogarnąć kilkanaście lat na trzech etatach. Stan pod tytułem "wyczerp-permanent" został osiągnięty. I zobacz, znów wróciłeś do gonitwy - nic się nie uczysz! Czas zatrzymać cię po mojemu - zawyrokowało ciało.
I jakbym wszedł do wesołego miasteczka po dwóch miesiącach wyczekiwania tego "lepszego". Zaczęły się rozkręcać karuzele dolegliwości wszelakich. Niespiesznie uruchomiłem gabinet krzywych luster. Niewyjściowo wyglądałem w tym samoprzeglądzie. Tylko jakoś śmiesznie być nie chciało.
Nadgarstek znów musiał zostać nafaszerowany sterydkami pysznymi, bo powróciła niemożność dokonywania oblucji osobistych samodzielnie. Nie chciał się cholernik zginać w chwilach najbardziej od niego zależnych. Wiem, że kruki korzystają z intelektu w zdobywaniu pożywienia, a naczelne mają nawet narzędzia opanowane, żeby mrówkom unieprzyjemniać życie, a nawet je zakańczać w swoich paszczkach.
W świetle powyższego wyłączenie u mnie jednego nadgarstka nie może być problemem. No był... Pojawiające się wizje narzędzi pomocniczych w połączeniu z czynnościami toaletowymi zadecydowały o sterydkach - niech się jednak zgina. Narzędzia w postaci wygiętych drutów czy konstrukcji wałka malarskiego bez gąbeczki nieco mnie jednak onieśmielały.
Chyba te wszystkie rozkminy nadgarstkowe wprowadziły bałagan w mojej głowie i zaczęła mnie boleć tylna ćwiartka. To w połowie na pewno z żalu, że to wszystko dobre, co miało przyjść, gdzieś czmychnęło, omijając mnie. Może przespałem? Zastanawiająco mocno doskwierała mi prawa potylica. I to tak wyraźnie tylko ona. No przecież jak głowa boli, to rypie cała - tak normalnie, a nie wybiórczo jednoćwiartkowo. Może się gdzieś trzasłem? Nie pamiętam jednak żadnych akcji w rolach głównych z moją prawą potylicą i czymkolwiek zewnętrznym.
Źle spałem... Źle spałem? Źle spałem!
Taaaak... źle spałem i coś tam, coś tam mnie pobolewa. Tylko że pobolewa tak maratońsko, a nie sprintersko.
Groźnie zaczęło być z tym pobolewaniem, gdy atakowało mnie codziennie przez trzy tygodnie. Pobolewanie to też nienajlepsze określenie. Trudno nawet żuchwą ruszać, tak łupie. Grozi niejedzeniem. ALARM! ALARM! Jeszcze groźniej zrobiło się w oczekiwaniu na wizytę u Pani Neurolożki przez następne cztery tygodnie. I to termin w ekspresie! Przecież ma się kartę-srartę firmową, która otwiera wszystkie drzwi lekarskich gabinetów. Widać, że nieoliwiona ta karta, bo drzwi nie chcą się zbyt szybko otwierać.
Dowiedziałem się, że hasło: "gwarancja pierwszeństwa dostępności usług" przewidziana w naszym pakiecie wywołuje takie głośne "phi!" u uprzejmych Pań Rejestratorek. Oczywiście to "phi" jest uprzejmie artykułowane, tak bez nerwów, z małym tylko niesmaczkiem. Są sytuacje niephikowe, gdy jest się Rycerzem VIP. Tak, wtedy to nie phikają, tylko w pas się kłaniają i do gabinetów na rękach niosą. Może nie wszystkich noszą, ja bym pewnie na wózku wylądował, ale na pewno takim komfortowym, wyściełanym różowym futerkiem i z masażem plecków. Status Rycerza VIP nabywa się drogą kupna w pakiecie rocznym za niecałe dziesięć tysi. Tak że tak...
Ja tam będę dalej odbiorcą "phików". Z czachą łupiącą tak, że nie da się funkcjonować, dotrwałem jakoś (jakoś słabo wielce) do wizyty. Pani Neurolożka uprzejmie przejęła się moim stanem (na swój nieuprzejmy sposób). Już się znamy od kilku lat, bo co jak co, ale ja pacierza i lekarza nie odmawiam NIGDY!
- Dzień dobry, panie Pawle. I co tam? Długo się nie widzieliśmy - zagaiła. - To już kilka miesięcy minęło... - Chyba rozpoznaję lekką drwinę.
- Niemożliwe! - zaprotestowałem stanowczo. - Już dawno się nie widzieliśmy, może nawet ponad rok.
- Ach, może. Mnie się wydaje, jakby to wczoraj było.
Widzę tu wspólne zbiory z resztą lekarskiej braci czasów teraźniejszych. Nadają imiona ekranom komputerów i dyskutują z nimi, pozostawiając nas żywych, obecnych gabinetowo, w kontakcie z profilami własnymi.
I nie wiem, czy być wdzięcznym, że mnie pamięta, czy się obrazić, bo insynuuje, że za często bywam. Postanowiłem wdzięcznie się obrazić i czekałem na dalszy rozwój. Niech się dowiaduje co tam u mnie, bo ja na tę chwilę zamykam się w sobie. Gadaj se z ekranem!
A widać, że się dowiaduje, bo skroluje moje dane już kilka minut we wspólnym naszym milczeniu. Jestem cierpliwy, niech pierwsza pęknie. Długą mam tę historię choroby, bo widać, że już palec boli od tego skrolowania. Chyba że memy ogląda, a ja czekam jak debil jakiś. Pierdolę - foch, to foch! Trzymam się z ustami na kłódkę.
- No to z czym tym razem przyczłapał? - Ha, ha! Przegrała! Choć zdanie to bardziej było westchnieniem niż poprawną polszczyzną.
- Tym razem - mówię bardzo wyraźnie i dosadnie - nie wiem z czym. Boli mnie głowa.
- Mnie też zaczyna...
No, bezczelna Baba! Albo chce mnie zniechęcić, albo z zacięciem standaperki jedzie mi po rajtach i czeka, kiedy zapłonę na grillu.
Chyba będę ją musiał zmienić! Ale przecież nie będę znów czekał kolejnych kilku tygodni na wizytę następną i to wstępną. Muszę opanować focha. Słabo mi to opanowanie przechodzi przez mózgownicę. Cedzę najmiększym (jak kaczuszka) głosikiem.
- Mnie, niestety, zaczęła boleć jakieś dwa miesiące temu i nie odpuszcza. Dłuuuugo czekałem na nasze spotkanie od zgłoszenia potrzeby... - A niech ma chociaż cień wyrzutów sumienia albo co tam zamiast sumienia siedzi, niechaj się choć troszkę wyrzuci. - Najgorsze jest jednak to, i to właśnie dlatego się widzimy, że jest to ból punktowy. Martwię się bardzo, bardzo. Łupie mnie tylko jedna czwarta głowy, a dokładniej prawa potylica. Prawa potylica dolna. Tak niecodziennie, bez żadnego urazu, tak odśrodkowo.
- A jaki to ból? - leniwie i z wystudiowanym, ankietowym podejściem, bo przecież trzeba wypełnić pliki z wizyty w komputerku, aby była historia do skrolingu następnego.
- Może panią zaskoczę, ale taki bolący. - Zaczynam tracić pomału nerwy i foch przepoczwarza się we wkurw i to coraz szybciej. Zaraz wzleci motylem pełnym. Wiem, że jestem zylion trzydziesty w tym tygodniu jako pacjent tejże Pani. Dla siebie jestem jednak jedyny i najpierwszy i mam przecież tylko kilka minut pomiędzy następnymi tygodniami czekania. Chciałbym w chwilach ciężkich dla mnie być także takim nadrzędnym składnikiem duetu gabinetowego. Włączają mi się stereotypy i rozglądam się za miejscem na koperty. Parapet najbardziej kopertochłonny zastawiony jest biurkiem i Panią Neurolożką. Będę walczył jednak analogowo. Jedzie z bólami, a ja w cierpliwości się trzymam.
- Kłujący, ciągły, pulsujący, poranny, nocny, uciskający, stały, narastający - kontynuuje bez większych emocji. Widać, że jest w systemie dość dużo czekboksów do wypełnienia. A może źle podchodzę, może to faktyczny wywiad do diagnozy potrzebny?
- Ćmiący ten ból, sączący się cały czas. Poranny najbardziej wyrazisty. W ciągu dnia odcinający myślenie. Taki nawet mdlący - Ha! Ciekawe, czy są takie czekboksy!
- A pan tu ma cały czas tę przepuklinę w odcinku szyjnym z uciskiem na rdzeń - pięknie Pani Neurolożka potrafi czytać w systemie.
- No mam. Nic się nie zmieniło. Nie chce mnie zostawić i pójść sobie.
Za to wiem, kto chciałby, abym to ja sobie poszedł.
- No, to mamy wyjaśnienie. Trza ciąć!
- Ale jak to? - wypłosz z przestrachem weszli na pokład. - Jakie ciąć?
Coś mi się wydaje, że bez głowy to daleko nie zajdę. Rewolucja francuska pokazała, że człowiek słabo działa po spotkaniu z gilotyną. Fochy szybko odpuszczają pod skalpelem, nawet jeśli tylko słownym.
- No, ale nie no... - zaskomlałem w końcu - może nie trzeba, przecież...
- Dam panu skierowanie do neurochirurga. Najpierw jednak rezonansik pan zrobi.
Na hasło "neurochirurg" ból głowy zniknął jak nożem uciął. "Rezonansik" brzmi dobrze i fachowo - bierę!
Poklepawszy w systemy opieki nadzwyczajnie zdrowotnej, pani zaczarowała i wyszły z drukarki skierowania oraz zalecenia.
- Jeszcze witaminkę B przepisałam. Iniekcja będzie, bo ma pan jej permanentnie za mało, a czytałam, że suplementacja doustna nie za bardzo przyniosła poprawę. Pięć zastrzyków pan weźmie, tak codziennie po jednym. - Widziałem jak kąciki ust unoszą się po wypowiedzianych słowach. Jakiś niezdrowy zaciesz zagościł u Pani Neurolożki. Niestety, wiem jak witaminka B12 boli w postaci domięśniowej. - To na pewno nie zaszkodzi. I po rezonansie niech pan zajrzy do mnie. Wtedy zobaczymy, co dalej można będzie zrobić. Tak, że tak... A jeszcze pan będzie takie tableteczki zażywał, aby poprawić gospodarkę neurologiczną. No i co? No i trzeba schudnąć! - Ostatnie zdanie z głębokim zajrzeniem w me oczy wystraszone poszło. Jakbym, kurwa, nie wiedział, że trzeba schudnąć. Wiem to już od kilkunastu lat, a te wszystkie konowały tylko o jednym i to na każdej wizycie. Hellloooł, przecież znamy się już nie od dziś, nie zmieniam się w górę, jestem constans. Mam wrażenie, że całe zło tego świata w tłuszczu mym jest odłożone.
Przy plombowaniu zęba "trzeba schudnąć".
Przy bólu głowy "trzeba schudnąć".
Przy wypalaniu kurzajek "trzeba schudnąć".
Przy zmianie opon "trzeba schudnąć"!
Trochę się rozpędziłem z nerwów. Może przy zamianie opon mózgowych nie jest zbyt konieczne to chudnięcie. O ile w ogóle opony mózgowe są wymienialne. U wielu powinny być i to nawet w komplecie z mózgiem. A w zmianie z zimowych na letnie by się przydało schudnięcie do udrożnienia motoryki skłonów i wyglądu plażowego.
Przy nowych okularach "trzeba schudnąć"!
No bez jaj!
Takie uniwersalne hasło-trzasło. Chyba tylko od urologa nie usłyszałem, że powinienem schudnąć. Swoją drogą to podejrzane. Umówię się na wizytę i zapytam, dlaczego nie każe mi chudnąć, oprotestuję to. Może sympatyk rubensowskich kształtów i jara się miśkami. Obejdzie się jednak bez rozmów. Poszukam innej specjalizacji do zadawania takich pytań.
Wolałbym jednak nie drażnić rekina od ciosów dosłownie poniżej pasa. W gabinecie neurologicznym schudnięcia występują już jako wskazania od lat. Ja rozumiem... jeżeli miałbym problemy z lędźwiami i nawet z piersiowym kręgosłupem, to proszę bardzo - niech mówią! Niech namawiają! A nie że z szyi mam chudnąć! Naciągany temat. I wiem, wiem... zaraz będzie przy protestach mowa o tym, że to wszystko jest połączone i nie mogę tak mówić, bo dla zdrowia w ujęciu holistycznym to powinienem odciążać cały kręgosłup do ostatniego krążka. Kłócić się nie zamierzam. Utrzymam.
- Dziękuję - na tyle mi wystarczyło pary.
Rezonans prawdę mi powie. A witaminkę wezmę do końca, choćby po to, aby pokazać, że twardy jestem i uśmieszki zgasić potrafię.
- Pan się umówi w rejestracji na badanie. Dziękuję i do widzenia. Swoją drogą, to może warto poszukać jakiegoś wsparcia poza naszą instytucją. Dam panu namiary na fajnego rehabilitanta i naprawdę, naprawdę dobrego neurochirurga. Tylko najpierw rezonans.
Czyli, że tutaj nie ogarnę wszystkiego najlepiej. Jednak w całym tym marazmie wizyty odklepanej jakieś światełko zabłysło. Może uda się wyciągnąć diagnozę dobrą i dalsze etapy zaplanować. Odebrałem ostatnie zdanie jako koło ratunkowe: "Panie Pawle, tutaj to nie pomożemy, ale dam panu jakieś dodatkowe ścieżki, aby szukać rozwiązań". Albo chce mi pomóc, albo chce się mnie pozbyć, fifty-fifty.
- Dobra - pokiwałem pomału ze zrozumieniem głową. - Zrobię wszystko i wrócę. Dziękuję, Pani Doktor. Dziękuję, tak naprawdę. Tak serio, serio. - Tak też poczułem. Dobrego neurologa poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna. I to samo pomyślałem o dobrym neurochirurgu. Tutaj nawet bardziej namacalnie może być oceniane po owocach pracy, jak neurochirurg kończy. Albo owoce, albo warzywa.
W recepcji mus odczekać swoje, bo przecież trzeba się odpowiednio ustosunkować do kartki z informacją "Pozwól, że zaprosimy Cię do stanowiska osobiście. Dla Twojego dobra dbamy o każdy obszar wizyty w naszej placówce". I już po kilkunastu minutach i kilkunastu następnych zaproszony, z radością wręczyłem plik karteczek do umówienia na kolejne kroki diagnozy łupania w czaszce.
- Na iniekcje zapraszamy codziennie pod gabinet 7a przed godziną ósmą. Pierwszą zapisuję jutro rano.
- Super, dziękuję - radość wielka, bo szybko się zacznie działanie.
- Co do rezonansu, to pierwszy możliwy termin mamy, mamy, mamy... - Pani Recepcjonistka zawisła chyba wspólnie z systemem, bo ten "zawis" trwał z wpatrywaniem się w monitor dobre pół minuty. - Mamy dwudziestego siódmego w przyszłym miesiącu.
- Eeeeee... a teraz jest trzeci... To znaczy dzisiaj mamy trzeci! To przecież ponad pięćdziesiąt dni!
- No tak, to jest najbliższy wolny termin. Zapisać? - wyszczebiotała ten znak zapytania, jakby termin za chwilę miał zniknąć i to już ostatnia nanosekunda, aby zarezerwować ten wspaniały dzień.
- Zapisać! - wystrzeliłem szybko i stanowczo. Będę się zastanawiał później, czy są jakieś inne opcje.
- Dobrze. Zapisuję. Dwudziesty siódmy, o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści. Proszę się przygotować zgodnie z zaleceniami, które otrzyma pan drogą elektroniczną. A już jutro zapraszam pod gabinet zabiegowy na iniekcję. Czy mogę w czymś jeszcze pomóc?
Dwudziesta pierwsza trzydzieści!!! Ciekawe czy na czczo - pomyślałem. Zawisłem i na odległości dwumiesięcznej, i na godzinie rezonansowej dołóżkowej.
- Czy mogę w czymś jeszcze pomóc? - Pani Szczebiotka zawachlowała rzęsami i wytrzeszczyła gotowe do pomocy oczęta.
- Chyba już nie... A może jednak skierowanie na eutanazję poproszę - poważnie i z pewnym już jednak zniechęceniem wyskoczyło mi z ust. Chyba. Powiedziałem czy pomyślałem? Nie miałem pewności.
- Skierowania na wizyty i zabiegi u specjalistów są wydawane przez lekarzy prowadzących. Umówić?
Jednak powiedziałem!
- Nieeeeee, dziękuję - Pani najwidoczniej nie zrozumiała, a rzęsy dalej wachlowały.
Z drugiej strony to się cieszę, że nie zaczęła szukać w systemie, czy mam usługę w pakiecie.
Zrezygnowany opuściłem stanowisko, aby ktoś inny mógł być uprzejmie zaproszony i uprzejmie poinformowany, że błyskawicznie już za dwa miesiące będzie mógł zacząć diagnozować schorzenie sprzed dwóch miesięcy.
Może samo przejdzie?
Idę to rozchodzić.
Może schudnę przy tym rozchodzeniu i znikną moje wszystkie problemy.