Zdrowie... i tyle - Józef Słonecki

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Przejrzyj na oczy albo... daj się leczyć

Znamienne, że w naszym języku nie ma antonimu (słowa oznaczającego przeciwieństwo) pacjenta, czyli człowieka korzystającego z usług medycznych w ograniczonym zakresie, głównie ze zwolnień lekarskich, żeby położyć się do łóżka, wypocić i wyzdrowieć. W tej sytuacji pozostaje wyróżnić pacjenta klasycznego, którego z rozmaitych względów nie interesuje zwolnienie lekarskie, natomiast zależy mu na skierowaniach na badania, diagnozie, no i lekarstwach, co to natychmiast stawiają na nogi, nie licząc się z długofalowymi konsekwencjami zablokowania objawów choroby i pozostawienia jej przyczyny niczym bomby zegarowej, która wcześniej czy później, ale kiedyś w końcu wybuchnie.

Klasycznemu pacjentowi, bo przy tym wyróżnieniu już pozostaniemy, wygodnie się żyje w błogiej nieświadomości, czyli z pobożnym życzeniem, że o swoje zdrowie nie powinien dbać on sam, lecz jego lekarz. Szkopuł w tym, że ów lekarz nic o tym nie wie, ponieważ swój zawód traktuje jako sposób zarabiania pieniędzy na leczeniu chorych, toteż nie jest zainteresowany, żeby jego pacjent tryskał zdrowiem, lecz żeby go leczyć. Mamy więc do czynienia z konfliktem interesów, którego to faktu klasyczny pacjent nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, ponieważ zburzyłoby mu to wygodne życie w błogiej nieświadomości.

Wygodnictwo klasycznego pacjenta przejawia się tym, że bezkrytycznie, wręcz ochoczo, powierza zdrowie nie tylko swoje, ale także zdrowie najbliższych, w tym własnych dzieci, specjalistom od chorób, czyli funkcjonariuszom tak zwanej służby zdrowia. W rzeczywistości ani to służba, ani zdrowia. To po prostu korporacja uzurpująca sobie prawa do zdrowia pacjentów, głównie po to, by za pomocą sztuczki zwanej darmowymi badaniami wynajdywać im prawdziwe bądź urojone choroby, a potem leczyć, zwiększając zyski i tak już nieprzyzwoicie bogatych koncernów farmaceutycznych. Tym sposobem została wprowadzona na globalną skalę popularna maksyma słynnego twórcy psychoanalizy Zygmunta Freuda: Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani.

Trzeba przyznać, że badania zwane darmowymi to zaiste chytra sztuczka farmaceutyczno-medycznej zmowy. Gdyby chcieć owe badania zafundować sobie prywatnie, to trzeba za nie zapłacić niezłą kasę, a tu taka gratka: darmowe badania! - Grzechem by było nie skorzystać - myśli sobie pacjent - a kto je sponsoruje, to już mniejsza o to. - Szkopuł w tym, że w świecie, w którym przyszło nam żyć, nie ma niczego za darmo. Wszystko jest inwestycją, która musi się nie tylko zwrócić, bo to za mało, ponieważ inwestuje się po to, żeby zarobić. Takie są po prostu prawa rynku.

Proceder darmowych badań jest o wiele mniej kosztowną inwestycją niż reklamy, na które wydaje się wielkie pieniądze, co wcale nie zniechęca reklamodawców, bo i tak zyski znacznie przekraczają zainwestowane nakłady. Tak zwane darmowe badania finansowane są na dwa sposoby: skierowania od lekarza, które z naszej kieszeni finansuje NFZ, oraz badania sponsorowane przez firmy farmaceutyczne, które rzekomo w trosce o nasze zdrowie fundują nam nieodpłatne wykrywanie chorób i odpłatne leki na nie. Wszystko zatem sprowadza się do tego, żeby maksymalnie wykorzystać postęp technologiczny w diagnostyce medycznej i dopomóc tym, którym się wydawało, że są zdrowi, a byli tylko... niezdiagnozowani.

A co, jeśli ktoś nie chce być niezdiagnozowany - a więc oczekujący na diagnozę, na jaką chorobę powinien się leczyć - lecz chce mieć zdrowie, czyli najlepsze lekarstwo na wszystkie choroby? Co powinien zrobić? Nade wszystko musi uświadomić sobie, czym jest owo zdrowie, o które tak wszyscy rzekomo dbają, ze służbą zdrowia na czele. Wątpliwości rozwiewa definicja zdrowia, która brzmi: Zdrowie to obiektywny brak potrzeby korzystania z usług medycznych. Jasno z tego wynika, że nie może być zdrowy ten, kto do lekarza idzie... po zdrowie, a tak właśnie postępują klasyczni pacjenci, czyli bezkrytyczni nabywcy usług i leków medycznych.

Przestać być klasycznym pacjentem to znaczy wziąć swoje zdrowie, a także zdrowie własnej rodziny, we własne ręce. Czy jest to trudne? Najtrudniejsze w tej transformacji okazuje się wyrugowanie papki informacyjnej, którą w procesie wielopokoleniowej indoktrynacji wtłaczano nam do głowy.

Gdy klasyczny pacjent zrobi już ten pierwszy krok i wyrzuci z głowy ów owczy pęd nakazujący mu bezrefleksyjnie podążać za resztą stada, to pozostaje już tylko wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie, a także zdrowie najbliższych, we własne ręce. Wbrew pozorom, nie jest to trudne, wystarczy bowiem spełnić jedynie trzy warunki:

1. Zadbać o szczelność jelit

2. Prawidłowo się odżywiać

3. Odchorowywać choroby infekcyjne

1. Szczelność jelit

Fundamentalne znaczenie dla zdrowia ma szczelność jelit, jeśli bowiem są one nieszczelne, to przeznaczone do wydalenia składniki kału jako toksyny egzogenne przenikają do organizmu. Nie trzeba być wielce uczonym specjalistą, by zdać sobie sprawę, że wcześniej czy później musi doprowadzić to do utraty zdrowia. Stąd popularny wśród klasycznych pacjentów slogan: na coś przecież trzeba umrzeć. Jakby nie można było umrzeć po ludzku - ze starości.

Jest jeszcze jeden aspekt nieszczelności jelit, którego nie sposób pominąć. Otóż nieszczelność jelit jest bezpośrednim następstwem istnienia w ich ścianach wyłomów zwanych nadżerkami, w konsekwencji czego w nabłonku jelitowym występują liczne i rozległe stany zapalne, w badaniach wziernikowych opisywane jako... nic takiego. Ot, przekrwienia błony śluzowej. A czymże są owe przekrwienia? To po prostu rany analogiczne do otarcia naskórka, z tym że na rany błony śluzowej nie można nałożyć sterylnego opatrunku, by wyeliminować ryzyko zakażenia. Co więcej, środowisko przewodu pokarmowego jest wręcz przepełnione drobnoustrojami, z których większość to oportuniści posiadający zdolność zainfekowania organizmu i wywołania niezwykle groźnej choroby zwanej sepsą (jeśli jest wywołana przez bakterie) bądź posocznicą (jeśli jest wywołana przez drożdżaki z gatunku Candida - "Zdrowie na własne życzenie", tom 3, wydanie II, str. 199). Jednakże są to sytuacje wyjątkowe, gdyż w normalnych warunkach wszelkie drobnoustroje przenikające w głąb organizmu układ odpornościowy niszczy natychmiast za pomocą omówionej nieco później "wolnorodnikowej artylerii".

Należy sobie zdać sprawę, że drobnoustroje zasiedlające środowisko przewodu pokarmowego żyją, a więc odżywiają się i wydalają produkty przemiany materii. Niektóre z nich, wydalane przez bakterie zwane symbiotycznymi, to potrzebne organizmowi witaminy, większość jednak to groźne trucizny. Dotychczas zbadano 22 rodzaje trucizn wydalanych przez drobnoustroje zasiedlające ludzkie jelito grube, spośród których najczęściej wymieniane są: fenol, amoniak, kadaweryna (trupi jad), muskaryna, agmatyna, tioalkohol metylowy, indol, indykan, siarkowodór, metanotiol, krezol, kwas masłowy, putrescyna, urobilina, botulina (jad kiełbasiany). Trucizny te są bardzo aktywne i nawet w niewielkich ilościach mogą wywołać niespecyficzne, niedające się zdiagnozować objawy chorobowe.

- Czuję się jak struty - tak najczęściej swoje samopoczucie opisują ludzie pozornie zdrowi, czyli niezdiagnozowani, których ściana jelita grubego jest dziurawa jak durszlak. W dalszej kolejności ludzie ci uskarżają się na uczucie ciągłego zmęczenia, brak kondycji, trudności w zapamiętywaniu, kołatanie serca, nerwicę lękową.

Nadżerki występują w każdym odcinku przewodu pokarmowego, w tym także w strefie wchłaniania, czyli w dwunastnicy oraz jelicie czczym. W tych odcinkach najbardziej we znaki dają się lektyny, czyli fragmenty białek, a więc zestawy aminokwasów zbudowane według właściwego dla danego gatunku kodu genetycznego.

Lektyny występują powszechnie w produktach roślinnych, głównie zbożach, ale także w owocach i warzywach. Lektyny w ogóle nie powinny w stanie niezmienionym, a więc jako niestrawione, zetknąć się z systemem obronnym organizmu. W normalnych warunkach jest to niemożliwe, bowiem zapobiega temu pierwsza linia obrony, jaką jest powłoka zewnętrzna organizmu, na którą składają się skóra i błona śluzowa. Wprawdzie przez wyściełający błonę śluzową przewodu pokarmowego nabłonek przenikają do organizmu substancje odżywcze, jednakże przenikanie owo, zwane wchłanianiem, ma charakter wybiórczy. W odniesieniu do białek znaczy to, że nie mogą one być wchłaniane w postaci niezmienionej, a więc jako białka, lecz jedynie po strawieniu, czyli rozerwaniu kodowanej struktury białkowej na poszczególne aminokwasy.

Jeśli białka w postaci niezmienionej przenikają do organizmu, to ani chybi mamy do czynienia z patologią, której na imię nadżerki nabłonka jelitowego. Skrajnym przejawem takiego stanu rzeczy jest skaza białkowa, czyli gwałtowna (według medycyny nadmierna) reakcja układu odpornościowego po wykryciu w krwiobiegu antygenu, którym jest zawierające pełny kod genetyczny obcogatunkowe białko. Najwyraźniej układ odpornościowy uznaje pewną grupę obcogatunkowych białek jako na tyle poważne zagrożenie dla organizmu, że decyduje się na desperackie wyrzucenie ich przez skórę.

Lektyny od antygenów różnią się tym, że zawierają tylko fragment kodu genetycznego, w związku z czym reakcja układu odpornościowego w kontakcie z nimi nie jest aż tak gwałtowna, a bywa, że w ogóle jej nie ma. Według tych kryteriów lektyny można podzielić na dwie wyróżniające się grupy - "przyjazne" i "nieprzyjazne". Na tej podstawie dietetycy, po trosze świadomie, częściej jednak nieświadomie, ustalają delikwentom diety, u podstaw których leży eliminacja lektyn "nieprzyjaznych".

Lektyny "nieprzyjazne" na swe miano zasłużyły tym, że wywołują reakcję układu odpornościowego już przy pierwszym kontakcie, czyli w przewodzie pokarmowym, w rezultacie czego już w trakcie posiłku albo kilka minut po nim pojawiają się dolegliwości, takie jak: wczesne uczucie sytości bądź nieprzyjemnej pełności, zgaga, ból lub uczucie pieczenia w nadbrzuszu. Co charakterystyczne, jedne produkty żywnościowe wywołują powyższe dolegliwości, inne zaś nie. Na tej podstawie chorzy wyciągają logiczny w ich mniemaniu wniosek, że pewnych produktów powinni unikać, bo im szkodzą. Tym sposobem następuje przypadkowe w gruncie rzeczy wyeliminowanie produktów żywnościowych zawierających lektyny "nieprzyjazne" (bo szkodzą) i - siłą rzeczy - pozostawienie produktów żywnościowych zawierających lektyny "przyjazne" (bo nie szkodzą). W rezultacie tej selekcji produktów żywnościowych dolegliwości po spożyciu posiłku, przynajmniej na jakiś czas, ustępują, ale tylko w nielicznych wypadkach całkowicie. Zazwyczaj jedynie zostają zminimalizowane, czyli stają się, by tak rzec, znośne, z czego chorzy na ogół są zadowoleni.

Lektyny "przyjazne" na swe miano zasłużyły tym, że nie wywołują reakcji układu odpornościowego już przy pierwszym kontakcie, czyli w przewodzie pokarmowym, w rezultacie czego swobodnie przenikają przez nadżerki, czyli wyłomy w nabłonku jelitowym, po czym nie niepokojone krążą swobodnie w krwiobiegu. Pytanie tylko, jak długo będą tak krążyć, zanim osiądą, i gdzie osiądą. Bo gdzieś wszak osiąść muszą.

Lektyny "przyjazne" to przyczyny szukające chorób. Chodzi o to, że jako białka wykazują one tak zwane powinowactwo[1] tkankowe, co znaczy, że będą w krwiobiegu krążyć tak długo, aż napotkają na swej drodze pasujące do nich, czyli powinowate im białka komórek którejś z tkanek, do których się przyłączą. Nie trzeba być strasznie mądrym uczonym, żeby się domyślić, że "wzbogacenie" komórek w dodatkowe białka wywołuje zmiany patologiczne. Zazwyczaj są to zmiany zwyrodnieniowe tkanek, czyli dysfunkcja tworzących je komórek, spowodowana oblepieniem ich błon lektynami.

Jest takie powiedzenie, że jeśli kogoś po czterdziestce nic nie boli, to znaczy, że ten ktoś już nie żyje. Dzieje się tak, ponieważ zmiany zwyrodnieniowe rozwijają się długo, dziesiątki lat, zanim zaczną wapnieć i dadzą o sobie znać - po czterdziestce bólem, na starość zaś zniedołężnieniem. Inne powiedzenie mówi, że Pan Bóg źle wymyślił starość. Prawda jest taka, że każdy ma starość taką, na jaką sobie zapracował. W powszechnym mniemaniu znaczy to, że na starość należy zapracować sobie na sowitą emeryturę, żeby wystarczyło na leki, no i na życie żeby ździebko zostało, natomiast o tym, żeby zainwestować w zdrowie na starość... o tym jakoś nikt nie pomyśli. Oczywiście nie musi, ale żeby zwalać winę na Pana Boga... To się po prostu nie godzi! Prawda jest taka, że jesteśmy kowalami swojego losu, w związku z czym to, jakim zdrowiem będziemy dysponowali na starość, zależy nade wszystko od nas.

Szczególnym przypadkiem powinowactwa tkankowego lektyn są choroby z autoagresji, czyli niszczenie komórek organizmu przez własny układ odpornościowy. Medycyna jako sprawcę tej choroby oskarża układ odpornościowy - że mu coś się pomyliło i bez powodu postanowił zniszczyć komórki własnego organizmu, czyli te, których powinien bronić. Czy oskarżenie to jest słuszne?

Znamienne, że w chorobie z autoagresji układ odpornościowy nie atakuje komórek na oślep, lecz metodycznie niszczy komórki wybranej tkanki, a to znaczy, że działanie to nie jest jakąś tam pomyłką, czyli że układ odpornościowy musi mieć konkretny powód do tak radykalnego postępowania.

Nie jest niczym niezwykłym ani rzadkim, że układ odpornościowy zabija komórki własnego organizmu, jeśli uzna, że należy je poświęcić dla dobra organizmu jako całości. Jak to się odbywa?

Odróżnianiem "swoich" od "obcych" zajmuje się główny układ zgodności tkankowej, w którym uczestniczą limfocyty T oraz HLA (ang. human leukocyte antigens - ludzkie antygeny leukocytarne). Odbywa się to w ten sposób, że komórki prezentują limfocytom T swoiste plakietki identyfikacyjne HLA, czyli umieszczone na ścianie komórki zespoły białek kodowane według osobniczego kodu genetycznego. Jeśli kontrola wypadnie pomyślnie, czyli limfocyt T uzna komórkę jako swoją, to pozostawia ją w spokoju, w przeciwnym wypadku niszczy ją. W ten sposób zostają niszczone nie tylko komórki przeszczepu, a więc należące do innego organizmu, ale także komórki organizmu własnego, jeśli zapis na plakietkach identyfikacyjnych HLA zostanie w jakikolwiek sposób zmieniony.

Zmiana zapisu na plakietce identyfikacyjnej komórki może nastąpić wskutek zainfekowania jej wirusem, jednakże nie od razu, ponieważ niektóre wirusy zostają wbudowane w genom komórki gospodarza i przechodzą w stan uśpienia zwany latencją. Gdy zaistnieją odpowiednie warunki, wirus uaktywnia się i rozpoczyna proces namnażania polegający na powielaniu samego siebie, wykorzystując do tego celu materiał genetyczny komórki, co znajduje swe odbicie na plakietce identyfikacyjnej HLA. Taką komórkę kontrolujący ją limfocyt T uzna jako obcą i zniszczy razem z wirusem.

Zmiana, a właściwie sfałszowanie zapisu na plakietce identyfikacyjnej HLA komórki może nastąpić w wyniku działania czynnika zewnętrznego. Mogą to być wolne rodniki i kilka innych wariantów, a jednym z nich jest powinowactwo tkankowe lektyn "przyjaznych" do białek tworzących plakietki identyfikacyjne HLA.

Limfocyty T nie wnikają w głąb komórki, a jedynie na podstawie umieszczonej na zewnątrz błony komórkowej plakietki identyfikacyjnej HLA odróżniają "swoich", których należy pozostawić w spokoju, od "obcych", których należy bezpardonowo zabić. Jeśli owo, chciałoby się powiedzieć, mordowanie spełnia trzy warunki:

1. zabijane komórki należą do tej samej tkanki,

2. zabijanie komórek ma charakter masowy,

3. brak jest widocznych powodów zabijania komórek,

to proces ten wyczerpuje znamiona autoagresji, czyli agresji układu odpornościowego wymierzonej przeciwko komórkom własnego organizmu. Mimo tego, że jest to choroba stosunkowo powszechna, jej przyczyna jest nieznana (albo ukrywana), co sprawia, że pozbawia się ludzi możliwości zapobieżenia jej. Warto zatem uchylić rąbka tajemnicy i przedstawić mechanizm jednej z najpopularniejszych chorób z autoagresji, jaką jest choroba Hashimoto.

Wiele publikacji przestrzega, że spożywanie kapusty może przyczynić się do chorób tarczycy. Jeśli tak jest w istocie, to najprawdopodobniej substancją wywołującą owe choroby nie może być nic innego, jak zawarte w kapuście lektyny. W rzeczywistości nie ma znaczenia, z jakiego produktu żywnościowego pochodzą lektyny, bowiem w postaci niezmienionej, czyli jako niestrawione, żadne obcogatunkowe białka nie powinny dotrzeć do tarczycy. Skoro jest inaczej, to znaczy, że w sposób niekontrolowany przeniknęły one przez wyłomy w nabłonku jelitowym, zwane nadżerkami. Tak więc przyczyną choroby Hashimoto, a także wszystkich innych chorób z autoagresji, nie jest kapusta czy jakikolwiek inny produkt pokarmowy, lecz nieszczelność jelit, w wyniku której "przyjazne" lektyny przenikają do krwiobiegu, a następnie przyłączają się do powinowatych sobie białek. Jeśli są to białka plakietek identyfikacyjnych HLA, to skazują oznaczone nimi komórki na niechybną zagładę.

Ostatecznym rezultatem choroby Hashimoto jest całkowity zanik gruczołu tarczycy i w konsekwencji jej niedoczynność, aczkolwiek na początku nic na to nie wskazuje, bowiem w pierwszej fazie choroby pojawia się nadczynność tarczycy. Powodem takiego obrotu sprawy jest fakt, że na starcie mamy do czynienia z całą jeszcze tarczycą, toteż wystarczy odpowiednia stymulacja, żeby zaczęła ona produkować hormony ponad potrzeby organizmu, czyli weszła w stan nadczynności. W wypadku autoagresji układu odpornościowego czynnikiem stymulującym nadaktywność tarczycy jest temperatura wyzwalana podczas fagocytozy fragmentów komórek zabitych przez limfocyty T.

Gdy limfocyt T uzna, że kontrolowaną komórkę należy zabić, wysyła w jej kierunku gromadę przeciwciał, które - jak to się zwie fachowo - opłaszczają ją, czyli otaczają szczelną warstwą. W ten sposób komórce zostaje odcięta dostawa tlenu, w konsekwencji czego komórka ginie i w niedługim czasie rozpada się na fragmenty. Wówczas do akcji wkraczają neutrofile, czyli wyspecjalizowane komórki układu odpornościowego zwane żernymi.

Komórki żerne (fagocyty) to głównie funkcjonujące we krwi makrofagi oraz funkcjonujące w tkankach neutrofile. Zadaniem komórek żernych jest fagocytoza, czyli pochłanianie fragmentów martwych komórek, a następnie trawienie ich. Produktami przemiany materii tego procesu są ropa oraz temperatura, czyli objawy stanu zapalnego. Z tego też względu objawem wspólnym dla chorób z autoagresji jest zapalenie zaatakowanej tkanki.

Podniesienie temperatury w obrębie tarczycy, związane z jej zapaleniem, skutkuje niekontrolowanym wzmożeniem produkcji hormonów, toteż charakterystycznym objawem zwiastującym chorobę Hashimoto jest nadczynność tego organu. Tymczasem proces niszczenia komórek trwa powodując pomniejszanie tarczycy, co przekłada się na ilość produkowanej przez nią hormonów, toteż drugim charakterystycznym objawem choroby Hashimoto jest pozorne wyzdrowienie, gdyż hormony produkowane przez tarczycę przez pewien czas mieszczą się w granicach normy, jednakże jest tylko kwestią czasu, gdy tarczyca zaniknie całkowicie.

Jest jeszcze jeden arcyważny aspekt, na który koniecznie należy zwrócić uwagę, rozpatrując patologiczny wpływ na zdrowie związany z nieszczelnością jelit. Otóż w sposób niejako naturalny nadżerkom jelitowym towarzyszą liczne i rozległe stany zapalne, w związku z czym wybiórczość nabłonka jelitowego zostaje zakłócona, to zaś powoduje upośledzenie wchłaniania substancji odżywczych.

Jak widzimy, nieszczelne jelita oddziałują podwójnie destruktywnie, z jednej strony bowiem nie przepuszczają tych substancji, których organizm potrzebuje, ale z drugiej strony przepuszczają wszystko inne. Taki stan rzeczy musi doprowadzić do zmian zwyrodnieniowych we wszelkich tkankach organizmu, a w skrajnych przypadkach do ostatecznej katastrofy strutego organizmu, jaką jest rak.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki