Zdrowe przyjemności - Marcin Góral

Kup ebooka

17.16 zł
14.24 zł (14,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kochanie, zrób mi dziecko

Doktor Mróz, skończywszy kawę, zawołała następnego pacjenta. Do gabinetu weszły dwie osoby. Lekarka spojrzała na kobietę i mężczyznę. Nie była zaskoczona, zjawili się już u niej wcześniej.

- Proszę usiąść - poleciła, wskazując puste krzesła.

Para wysłuchała i usadowiła się na nich wygodnie.

- Mam już państwa wyniki.

Gabrysia i Janek popatrzyli na siebie i złapali się za ręce. Od pół roku starali się o dziecko. Bezskutecznie.

- Proszę mówić, nie zniesiemy już dłużej tego czekania - powiedziała kobieta.

- Dobrze już, dobrze. Panie Janie, wszystkie wyniki ma pan w normie. Zarówno jakość nasienia jak i ilość plemników w nim zawartych nie mają powodu, by przeszkadzać panu w zapłonieniu małżonki.

Janek najpierw odetchnął z ulgą, potem jednak zdał sobie sprawę, ze to jeszcze nic nie znaczy.

- Pani, pani Gabrielo, również nie wykazuje żadnych niepokojących oznak bezpłodności. Testy kompatybilności genetycznej, również wyszły pozytywnie, więc to nie jest kwestia niedopasowania.

Gabriela również odetchnęła, od razu zadając pytanie:

- To w takim razie w czym tkwi problem?

- Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia. Czasem się zdarza, że nawet w szczycie płodności potrzeba czasu, żeby zrobić dziecko, ale pół roku to w waszym wieku już dość długo. Pasowałby tylko Wirtran, ale przecież go odstawiliście. Bo odstawiliście, prawda?

* * *

Kiedy ludzkość zdecydowała się postawić na medycynę naturalną, jednym z pierwszych problemów do rozwiązania była kwestia antykoncepcji. Tabletki nie wchodziły w grę. Przesiadka na prezerwatywy także - środowiska ekologiczne już snuły wizję świata, który z powodu braku antykoncepcji hormonalnej zaśmiecony jest przerażającą ilością zużytych kondomów. WHO przeznaczyło naprawdę grubą kasę dla wynalazcy naturalnego specyfiku.

I wtedy pojawił się John Arthur MacKenzie. Brytyjski podróżnik zapuszczając się w niezbadane tereny Afryki, natrafił na plemię, które wzbudziło jego ciekawość. Powodem tego była niewielka ilość potomstwa, którą posiadały rodziny. Było to zaskakujące o tyle, że plemię to miało bardzo barwne życie seksualne. Nie było dnia bez porządnej orgii, czy choćby trójkąta, a mimo to kobiety nie biegały tłumnie po wiosce z zaokrąglonymi brzuchami. MacKenzie spędził z nimi dwa miesiące, analizując ich styl życia, codzienne rytuały czy dietę. Zwłaszcza jedno przykuło jego uwagę. Codziennie, zamiast herbaty, parzyli sobie tajemnicze ziółka. Nazywali je Witannum. Kwiaty Witannum wyglądały jak rumianek, z tą różnicą, że były całe czarne.

MacKenzie wyjeżdżając, zabrał ze sobą skrzynkę nasion i błyskawicznie skontaktował się ze znamymi naukowcami, w celu gruntownego przebadania rośliny. Skatalogowano ją jako Virtranium, a potocznie przyjęła się nazwa Wirtran. Testy na ludziach wykazały, że napar z tej rośliny w tajemniczy sposób wpływa na płodność i to u obu płci. Wystarczyło pić go raz na dwa dni, by całkowicie zapomnieć o ryzyku zajścia w ciążę. Efekt utrzymywał się od pięciu do siedmiu dni od ostatniej dawki. Napar miał smak łudząco podobny herbaty i - co więcej - nie powodował absolutnie żadnych skutków ubocznych. Nie zostawiał także po sobie w organizmie żadnych śladów.

Już rok później Wirtran na dobre zagościł w każdym domu. Pili go wszyscy. Dzięki temu planowanie rodziny nigdy nie było prostsze. Antykoncepcja hormonalna upadła. Ciągle jeszcze nie wymyślono skutecznego sposobu na zabezpieczenie się przed chorobami wenerycznymi, więc prezerwatywy miały się dobrze. Były jednak używane znacznie rzadziej, głównie poza stałymi związkami; z przypadkowymi kochankami czy podczas dzikich seks-imprez.

Skuteczność Wirtranu była niepodważalna. Szacowało się, że nie przynosi rezultatów tylko u jednej na milion osób. A ponieważ do tanga trzeba dwojga, praktycznie nie było szansy, by para pijąca te ziółka, skończyła z nieplanowaną ciążą. Liczba niechcianych dzieci, oddawanych do domów dziecka, zmalała o 80%.

* * *

Janek skinął głową, Gabrysia zrobiła to mniej pewnie. Doktor Mróz nie uszło to uwadze.

- W takim razie mogę przepisać wam korzeń Potenka. Są to mocne zioła, które drastycznie zwiększają płodność. U zdrowych osób działają cuda. Neutralizują też efekt Wirtranu, lecz nie bez konsekwencji. Dlatego musiałam upewnić się, że na sto procent go odstawiliście.

Niech to szlag - pomyślała Gabryśka. Musiała powstrzymać się przed spytaniem o wspomniane konsekwencje. W żadnym wypadku nie mogła przecież przyznać się do tego, że nie odstawiła ziół. Dlaczego tego nie zrobiła? Z Jankiem układało im się przez jakiś czas różnie. Od kiedy podjęli decyzję o powiększeniu rodziny, ten zmienił się na lepsze. Ciągle ją adorował, dbał o nią, i ten seks... W łóżku był niesamowity. Przez pięć lat ich małżeństwa nie miała tylu orgazmów, co po miesiącu starań. Chciała go jeszcze trochę wykorzystać, zanim odstawi antykoncepcję, lecz doktor Mróz wypisująca receptę, właśnie niszczyła ten plan.

Oczywiście lekarka poinformowałaby o skutkach ubocznych, tak na wszelki wypadek, gdyby zagrażać miały one zdrowiu lub życiu pacjentów. Taki był jej obowiązek, wszyscy o tym wiedzieli. W tym wypadku nie było takiego ryzyka. Potenek w połączeniu z nieodstawionym co najmniej tydzień wcześniej Wirtranem powodował jedynie drastyczny wzrost libido. Wszyscy którzy myśleli, że nie jest to problemem, dowiadywali się, jak to jest, gdy próbujesz zasnąć z bolącą erekcją, lub swędzeniem pochwy, domagającej się natychmiastowego wypełnienia. Gabrysia dopiero miała się o tym przekonać.

- Proszę bardzo. Napar z Potenka, dwa razy dziennie - wręczyła im receptę.

Gabryśka mogła przysiąc, że na twarzy medyczki - dosłownie na moment - pojawił się szelmowski uśmiech.

Pierwszą dawkę postanowili wziąć wieczorem. Janek wrzucił do kubków po jednej saszetce skruszonego Potenka i zalał je wrzątkiem. Gabrysia siedziała przy kuchennym stole. Postawił na nim gorące kubki i usiadł naprzeciwko niej.

- Musimy poczekać, aż trochę ostygną - rzekł podekscytowany Janek.

Jego żona nie podzielała jego entuzjazmu, choć starała się, by tego nie zobaczył. Po około pięciu minutach stukania w stół, Janek odezwał się ponownie:

- To co, za nasze dzieci? - uniósł kubek do toastu.