ROZDZIAŁ 2
Zawsze lubiłam tę koszulę. Szkoda, że cała została poplamiona krwią.
Dobre to, że większość krwi nie była moja. Zresztą, koszula też nie należała do mnie - pożyczyłam ją od Shazad i nigdy nie pomyślałam, że powinnam ją oddać. Teraz pewnie już jej nie będzie chciała.
- Stój!
Szarpnęło mną, gdy się zatrzymaliśmy. Miałam związane ręce, a sznur boleśnie wrzynał mi się w skórę nadgarstków. Wysyczałam przekleństwo pod nosem, po czym podniosłam głowę, w końcu odrywając wzrok od zakurzonych butów, tylko po to, by dać się oślepić pustynnemu słońcu.
W promieniach zachodzącego słońca mury Saramotai rzucały potężny, długi cień.
Te fortyfikacje obrosły legendą. Przetrwały jedną z największych bitew Pierwszej Wojny pomiędzy bohaterem Attallahem a Pogromczynią Światów. Były tak stare, że wyglądały jakby zbudowano je z kości samej pustyni. Ale słowa wypisane białą farbą nad bramą były jeszcze świeże.
Witamy w Wolnym Mieście.
Widziałam, że farba spłynęła w szczeliny pomiędzy starymi kamieniami, zanim wysuszył ją upał.
Mogłabym powiedzieć kilka rzeczy na temat tego, że zostałam spętana jak koza na ruszcie i przywleczona do tak zwanego Wolnego Miasta, ale nawet ja wiedziałam, że na razie lepiej milczeć.
- Mówcie, kim jesteście, bo będę strzelał! - krzyknął ktoś z muru. Słowa robiły o wiele większe wrażenie, niż głos, który je wymówił. W ostatnim słowie wyraźnie usłyszałam młodzieńcze pianie. Zerknęłam znad szimy na dzieciaka celującego we mnie ze strzelby. Na pewno nie miał więcej niż trzynaście lat. Składał się z samej skóry i kości. Nie wyglądał na takiego, który potrafiłby właściwie chwycić broń, nawet jeśli zależałoby od tego jego życie. O czym mógł się niedługo przekonać. W końcu to było Miraji.
- To my, Ikar, ty idioto! - wrzasnął koło mojego ucha mężczyzna, który mnie trzymał. Skuliłam się. Nie musiał tak krzyczeć. - Otwieraj bramę, bo, niech Bóg będzie mi świadkiem, że powiem twojemu ojcu, by wyklepał cię mocniej niż jedną ze swoich podków, aż wbije ci trochę rozumu do głowy!
- Hossam? - Ikar jeszcze nie opuścił broni. Był spięty do granic możliwości. Co było mocno niepokojące, ponieważ cały czas trzymał palec na spuście. - Kto jest z tobą? - Machnął strzelbą w moim kierunku. Lufa drgała niespokojnie, przestawiłam ciało na działanie instynktowne. Zdawało się, że nie trafi w ścianę stodoły, nawet jak się postara, ale nie wykluczałam, że mogę przypadkiem oberwać. Gdyby tak się stało, lepiej zostać postrzeloną w ramię niż w klatkę piersiową.
- To... - w głosie Hossama słychać było dumę, gdy zadarł moją głowę do góry, jakbym była jakąś upolowaną przez niego zwierzyną - ...jest Niebieskooka Bandytka.
To imię padło z większą mocą niż kiedyś, ciągnąc za sobą ciężką ciszę. Ikar gapił się ze szczytu muru. Nawet z tej odległości widziałam, że aż otworzył usta.
- Otwieraj bramę! - Ikar zaczął w końcu schodzić w dół. - Otwieraj bramę!
Potężne, żelazne drzwi uchylały się strasznie wolno, stawiając opór piaskowi, który zebrał się w ciągu dnia. Hossam i pozostali mężczyźni w naszej grupie popychali mnie w pośpiechu, gdy usłyszeli jęk starych wrót.
Brama nie otworzyła się na całą szerokość, lecz tylko uchyliła, by przez szparę mógł przecisnąć się jeden człowiek. Mimo upływu tysięcy lat, wrota wciąż były zaskakująco solidne - grube na rozpiętość ramion mężczyzny i sterowane przez system ciężarków i przekładni, jakiego nie udało się odtworzyć w żadnym innym mieście. Tych wrót nie dało się zniszczyć. I wszyscy wiedzieli, że nie dało się pokonać murów Saramotai.
Ostatnio do miasta można się było dostać tylko jako więzień, bezceremonialnie wciągnięty za szyję przez wrota. Taka ze mnie szczęściara.
Saramotai znajdowało się na zachód od gór środkowych. Co oznaczało, że należało do nas. A przynajmniej tak powinno być. Po bitwie pod Fahali Ahmed ogłosił, że to terytorium podlega jemu. Większość miast przysięgła mu posłuszeństwo, gdy tylko wycofali się Gallanie, którzy wcześniej okupowali tę część pustyni. Albo sami zażądaliśmy od nich wypowiedzenia posłuszeństwa Sułtanowi.
Z Saramotai było inaczej.
Witamy w Wolnym Mieście.
Saramotai ogłosiło swoje własne prawa, idąc o krok dalej w rebelii.
Ahmed wciąż mówił o równości i dostatku dla biednych. Ludzie z Saramotai postanowili, że jedynym sposobem na stworzenie równości jest obalenie tych, którzy znajdowali się nad nimi. Jedynym sposobem na wzbogacenie się było odebranie im majątków. Zwrócili się więc przeciw bogatym, udając, że zgadzają się z rządami Ahmeda.
On jednak zorientował się, że próbują sięgnąć po władzę. Nie za wiele wiedzieliśmy na temat Malika Al-Kizzama - człowieka, który rządził w Saramotai - oprócz tego, że kiedyś był służącym emira, a teraz, gdy ten nie żył, Malik zamieszkał w pałacu.
Wobec tego wysłaliśmy kilku ludzi, żeby dowiedzieli się więcej. I coś z tym zrobili, jeśli ta wiedza nam się nie spodoba. Żaden nie powrócił.
To był jeden problem. Drugi polegał na tym, że trzeba się było jakoś przedostać do środka, żeby ich poszukać.
I właśnie w tym miejscu pojawiam się ja, z rękami spętanymi tak mocno, że przestałam je czuć, a także świeżą raną na obojczyku, gdzie - zamiast na szyi - wylądował nóż. Zabawne, że sukces oznaczał bycie więźniem.
Hossam popchnął mnie przed siebie, zanim przeszedł przez wąską szparę w bramie. Potknęłam się i upadłam twarzą w piasek, boleśnie uderzając łokciem w żelazne wrota.
Skurwysyn, to zabolało bardziej niż sądziłam.
Spomiędzy moich zaciśniętych zębów wyrwał się syk bólu, gdy przetoczyłam się na bok. Piasek przylgnął do moich dłoni w miejscach, gdzie pot skroplił się pod sznurem. Potem Hossam szarpnął mną i postawił na nogi. Przepchnął mnie do środka, a brama zamknęła się zaraz za nami. Zachowywał się tak, jakby się czegoś obawiał.
Wewnątrz zebrała się już grupka gapiów. Połowa z nich trzymała broń. Kilka luf wycelowali we mnie. Czyli rzeczywiście moja reputacja mnie wyprzedziła.
- Hossam. - Ktoś wypchnął mnie na przód. Był starszy od tych, którzy mnie pojmali, z powagą przyglądał się mojemu żałosnemu położeniu. Patrzył na mnie inaczej niż inni. Nie uda się go omamić tą samą sztuczką. - Co się stało?
- Pojmaliśmy ją w górach - zachrypiał Hossam. - Próbowała zastawić na nas pułapkę, kiedy wracaliśmy z zakupioną bronią. - Dwaj mężczyźni z dumą postawili na ziemi ciężkie torby pełne rewolwerów, jakby chcieli popisać się tym, że nie udało mi się pokrzyżować ich planów. Rewolwery nie były wyprodukowane w Miraji. Były z Amonpour. Wyglądały dziwnie. Były zdobione i rzeźbione, wykonane ręcznie, nie maszynowo, i kosztowały dwa razy tyle, ile były warte, ponieważ komuś chciało się je upiększyć. Broń nie musiała być ładna, zabijała dokładnie tak samo jak brzydka. Tego nauczyłam się od Shazad.
- Tylko ją? - spytał mężczyzna o poważnym spojrzeniu. - Samą? - Znowu na mnie spojrzał. Jakby mógł poznać prawdę od samego patrzenia na mnie. Czy siedemnastoletnia dziewczyna naprawdę sądziła, że uda jej się zatrzymać pół tuzina mężczyzn, mając przy sobie tylko garść nabojów? Czy słynna Niebieskooka Bandytka może być aż tak głupia?
Wolałam słowo "nierozważna".
Trzymałam jednak gębę na kłódkę. Im więcej mówiłam, tym większe były szanse, że wymsknie mi się coś, co będą mogli użyć przeciwko mnie. Milcz, wyglądaj na nadąsaną, nie daj się zabić.
Gdy wszystko inne zawiedzie, trzymaj się ostatniego punktu.
- Czy naprawdę jesteś Niebieskooką Bandytką? - wyrwało się Ikarowi, przez co wszystkie oczy zwróciły się na niego. Zszedł ze swojego stanowiska wartowniczego na murze, żeby móc się na mnie gapić wraz z innymi. Oparł się na lufie swojej strzelby. Gdyby teraz wypaliła, straciłby obie ręce i kawałek twarzy. - Czy to prawda, co o tobie mówią?
Milcz. Wyglądaj na nadąsaną. Nie daj się zabić.
- Zależy, co mówią. - Cholera, nie wytrzymałam zbyt długo. - Nie powinieneś tak trzymać broni.
Ikar automatycznie zmienił pozycję, nie odrywając ode mnie oczu.
- Mówią, że potrafisz strzelić człowiekowi w oko z odległości pięćdziesięciu stóp w całkowitej ciemności. Że w Iliaz przeszłaś niedraśnięta pomiędzy świstającymi kulami i wydostałaś się z tajemnymi planami Sułtana.
Ja pamiętałam nieco inny przebieg zdarzeń w Iliaz. Skończyło się tym, że dostałam kulkę.
- Że uwiodłaś jedną z żon Emira z Jalaz, kiedy przybyli z wizytą do Izmanu.
O, to coś nowego. Słyszałam, że uwiodłam samego emira. Ale może jego żona wolała kobiety. A może historia wypaczyła się od ciągłego powtarzania, skoro ostatnio w połowie plotek byłam mężczyzną. Przestałam zasłaniać twarz i udawać, że jestem chłopakiem, ale chyba musiałabym pokazać więcej, żeby przekonać niektórych ludzi do tego, że bandytka naprawdę jest dziewczyną.
- Zabiłaś stu gallańskich żołnierzy w Fahali - ciągnął chłopak, potykając się o własne słowa i nie zrażając się moim milczeniem. - I słyszałem, że uciekłaś z Malal na grzbiecie wielkiego, niebieskiego Roka, zostawiając za sobą zalany dom modlitewny.
- Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co słyszysz - wtrąciłam się, gdy Ikar wreszcie zamilkł, żeby nabrać powietrza. Jego oczy błyszczały z ekscytacji jak dwie monety louzi.
Zwiesił ramiona z rozczarowania. Był jak dziecko, chciał wierzyć we wszystkie opowieści, podobnie jak ja, gdy byłam w jego wieku. Chociaż nie pamiętam, żebym wyglądała kiedykolwiek tak młodo jak on. Nie powinno go tutaj być, zwłaszcza z bronią. Ale przecież to właśnie robiła z nami pustynia: czyniła z nas marzycieli ze strzelbami. Przesunęłam językiem po zębach.
- Ten dom modlitewny w Malal to był wypadek... no, prawie.
Przez tłum przeszedł pomruk. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie poczułam dreszczyku na karku. A kłamstwo jest grzechem.
Minęło już prawie pół roku, odkąd byłam w Fahali z Ahmedem, Jinem, Shazad, Halą i bliźniakami Izzem i Mazem. My przeciwko dwóm armiom i Noorshamowi, Półdżinem zmienionym w broń przez Sułtana; Półdżinem, który, jak się okazało, był moim bratem.
My w obliczu walki z potężnym, niszczycielskim Półdżinem. Ale przetrwaliśmy. Od tego czasu opowieść o bitwie w Fahali przemierzała pustynię szybciej nawet niż historia o próbach Sultrima. Dziesiątki razy słyszałam powtarzających ją ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że przysłuchuje im się rebelia. Z każdym powtórzeniem tej gawędy nasze czyny stawały się wspanialsze i mniej wiarygodne, ale historia zawsze kończyła się tak samo: poczuciem, że chociaż relacja mówcy już się skończyła, to sama opowieść nie dobiegła jeszcze końca. Tak czy inaczej, pustynia zmieniła się po bitwie w Fahali.
Legenda Niebieskookiej Bandytki wzrastała wraz z opowieścią o Fahali, aż zmieniła się tak, że nie rozpoznawałam jej w całości. Twierdzono, że Niebieskooka Bandytka była złodziejką, a nie buntowniczką. Że wskakiwałam ludziom do łóżek, żeby zdobyć informacje dla mojego Księcia. Że na polu bitwy zabiłam własnego brata. Tej najbardziej nie cierpiałam. Pewnie dlatego, że przez chwilę trzymałam palec na spuście i niewiele brakowało, żebym naprawdę to zrobiła. Ale pozwoliłam mu uciec.
Co było prawie tak samo złe. Ukrywał się i nadal dysponował całą swoją mocą. I w przeciwieństwie do mnie, nie miał żadnych innych Półdżinów do pomocy.
Czasem, późno w nocy, gdy reszta obozu już spała, mówiłam na głos, że on żyje. Po to, by stwierdzić, czy to prawda. Jak dotąd mogłam to wypowiedzieć bez wahania. Bałam się jednak, że nadejdzie dzień, kiedy nie uda mi się tego powiedzieć.
To by wskazywało na kłamstwo, a mój brat byłby martwy, umarłby samotny i wystraszony, gdzieś na bezlitosnej, rozdartej wojną pustyni.
- Jeśli jest tak niebezpieczna, jak mówią, powinniśmy ją zabić - powiedział ktoś w tłumie. Był to mężczyzna z jaskrawożółtą wojskową wstęgą na piersi, która wyglądała, jakby została zszyta z kilku strzępów materiału. Zauważyłam, że kilku innych nosiło podobne. To musieli być nowo mianowani wartownicy Saramotai, ponieważ prawdziwi strażnicy zostali zabici. Mówiący trzymał rewolwer. Lufę skierował w mój brzuch. Postrzał w brzuch jest paskudny. Zabija powoli.
- Ale jeśli jest Niebieskooką Bandytką, to trzyma z Księciem Buntownikiem - powiedział ktoś inny. - To chyba oznacza, że stoi po naszej stronie?
Cóż, to było pytanie za milion fouza.
- Dziwny sposób traktowania kogoś, kto jest po waszej stronie. - Znacząco uniosłam skrępowane ręce. Przez tłum przeszedł szmer. To dobrze - to oznaczało, że nie byli tak jednomyślni, jak wydawało się zza nieprzeniknionych murów. - Więc skoro jesteśmy przyjaciółmi, to może mnie rozwiążecie i porozmawiamy?
- Niezła zagrywka, Bandytko. - Hossam chwycił mnie jeszcze mocniej. - Nie dostaniesz szansy znalezienia się w pobliżu broni. Słyszałem, że zabiłaś tuzin ludzi jedną kulą.
Byłam pewna, że to niemożliwe. Poza tym nie potrzebowałam broni, żeby pokonać tuzin mężczyzn.
To było niemal śmieszne. Użyli liny, żeby mnie związać. Nie żelaza. Gdyby tylko żelazo dotykało mojej skóry, stałabym się człowiekiem, takim jak oni. Dopóki było inaczej, mogłam użyć pustyni przeciwko nim. Co oznaczało, że mogłam uczynić więcej szkód gołymi, związanymi rękami niż za pomocą broni. Ale sianie zniszczenia nie było moim zamiarem.
- I tak to Malik zdecyduje, co zrobimy z Bandytką. - Mężczyzna o poważnym spojrzeniu nerwowo potarł brodę, wypowiadając imię ich samozwańczego przywódcy.
- Mam imię, gdybyś nie wiedział - powiedziałam.
- Malik jeszcze nie wrócił! - zaoponował ten, który celował we mnie. Wydawał się mocno spięty. - Może coś narozrabiać przed jego powrotem.
- Amani. Mam na imię Amani. - Nikt mnie nie słuchał. - Jakbyście się zastanawiali. - Ta sprzeczka może trochę trwać. Rządy komisaryjne nigdy nie były szybkie. W zasadzie... w ogóle się nie sprawdzały.
- Wobec tego zamknijcie ją do czasu przyjazdu Malika - powiedział jakiś głos z tyłu.
- Ma rację - odezwał się ktoś po drugiej stronie tłumu, jego twarzy też nie widziałam. - Wrzućcie ją do lochu, żeby nie narobiła kłopotów.
Przez tłum przeszła fala zadowolenia. W końcu mężczyzna ze smutnymi oczami skinął głową na zgodę.
Tłum szybko się rozstąpił, gdy Hossam zaczął mnie ciągnąć za sobą. Ale nie odeszli daleko. Wszyscy chcieli popatrzeć na Niebieskooką Bandytkę. Gapili się i przepychali między sobą, gdy szłam obok. Wiedziałam, co widzą. Dziewczynę młodszą niż córki niektórych z nich, z rozciętą wargą i ciemnymi, zakrwawionymi włosami przylepionymi do spoconej twarzy. Legendy nigdy nie potwierdzały oczekiwań, gdy człowiek przyjrzał się im bliżej. Ja nie byłam wyjątkiem. Jedyne, co mnie odróżniało od innych chudych, ciemnoskórych dziewczyn z pustyni, to oczy, bardziej niebieskie niż niebo w południe. Jak najgorętszy ogień.
- Jesteś jedną z nich? - To jakiś nowy głos, głośniejszy niż jazgot tłumu. Kobieta w żółtej szimie wyszła przed tłum. Materiał był wyszywany w kwiaty, mające kolor podobny do moich oczu. Na jej twarzy malowała się desperacja, która sprawiała, że zaczęłam się denerwować. Znacząco wypowiedziała słowo "nich". Jakby miała na myśli "Półdżiny".
Nawet ludzie, którzy wiedzieli, kim są Półdżiny, rzadko domyślali się, że jestem jedną z nich. My, dzieci Dżinów i śmiertelnych kobiet, bardziej przypominaliśmy ludzi niż można się było spodziewać. Do licha, sama trwałam w nieświadomości przez siedemnaście lat. Przecież nie wyglądałam niezwykle, tylko trochę inaczej.
Zdradzały mnie oczy, ale tylko wtedy, gdy wiedziało się, na co patrzeć. Wydawało się, że ta kobieta najwyraźniej wiedziała.
- Hossam. - Kobieta starała się dotrzymać nam kroku, gdy ciągnął mnie przez ulice miasta. - Jeśli ona jest jedną z nich, jest warta tyle, co moja Ranaa. Możemy ją wymienić. Możemy...
Hossam odepchnął ją - nieznajoma została z powrotem połknięta przez tłum, a ja wchodziłam coraz dalej w miasto.
Ulice Saramotai były tak wąskie jak wskazywał na to ich wiek, przez co tłum musiał się przerzedzać, gdy przechodziliśmy obok niego. Wszędzie wokół wznosiły się mury rzucające długie cienie. W niektórych miejscach było tak wąsko, że ramionami dotykałam ścian po obu stronach. Minęliśmy dwa kolorowe domy z wysadzonymi drzwiami - na ścianach były jeszcze ślady prochu. Wejścia i okna zostały zabite deskami. Im dalej szliśmy, tym więcej oznak wojny widziałam. Miasto, w którym wojna zaczęła się w środku, a nie nadeszła zza murów. Domyślałam się, że tak właśnie wyglądała rebelia.
Zanim zobaczyłam ciała, poczułam smród gnijącego mięsa.
Przeszliśmy pod wąskim łukiem, na którym w słońcu suszył się dywan. Frędzle połaskotały mnie w szyję, gdy pochyliłam głowę. Kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam dwa tuziny wisielców. Wisieli na tle zewnętrznego muru niczym latarnie.
Latarnie, którym sępy wydziobały oczy.
Nie dało się określić ich wieku ani też tego, czy byli ładni czy dziobaci. Ale wszyscy byli bogaci. Ptaki jeszcze nie dobrały się do haftowanych koszul farbowanych w cennych barwnikach ani do delikatnych muślinowych rękawów ich khalatów. Prawie zwymiotowałam od tego smrodu. Śmierć i pustynny upał szybko dobrały się do ciał.
Za mną zachodziło słońce. Co oznaczało, że kiedy zacznie świtać, ciała zostaną skąpane w świetle.
Nowy świt. Nowa pustynia.