Zdrajca - Geraint Jones

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Lepiej jest umie­rać w ciem­no­ści.

Lepiej nie widzieć otwar­tej rany. Lepiej, żebyś nie widział try­ska­ją­cej krwi. Lepiej nie widzieć fał­szu na twa­rzy kum­pla, który mówi ci: "Wyj­dziesz z tego".

Dowody tych pustych obiet­nic zaście­lają wokół mnie zbo­cze góry. Przy­by­li­śmy o świ­cie, miecz Rzymu, i pode­rżnę­li­śmy gar­dła tym, któ­rzy ośmie­lili się prze­ciw­sta­wić naj­po­tęż­niej­szemu mocar­stwu świata.

Żoł­nie­rze Ósmego legionu zdo­byli wzgó­rze i mały fort na jego szczy­cie, dla chwały Rzymu. Patrzy­łem teraz na tę chwałę. Czu­łem jej smród. Cuch­nęła szczy­nami, fla­kami, dymem i stra­chem.

To nie było ciche miej­sce, jak można by sobie wyobra­żać. Nie, ota­czały mnie dźwięki. Śmiech tych, któ­rzy oszu­kali śmierć. Jęki tych, któ­rzy jej ocze­ki­wali. Bła­ga­nia, modli­twy, bło­go­sła­wień­stwa. Bitwa nie trak­tuje tak samo wszyst­kich ludzi. Ten dzień nie­któ­rych z nich stwo­rzył. Dla innych był tor­turą. Wielu wspo­mni go z uśmie­chem na ustach. Inni w ogóle o nim nie wspo­mną.

A co ze mną?

Na tym wzgó­rzu, i na wielu podob­nych, zabi­ja­łem, mając na sobie zbroję legio­nów, ale nie wal­czy­łem dla Rzymu. Naj­pierw wal­czy­łem za braci, a tego dnia biłem się o odpo­wie­dzi - cho­ciaż były to wyja­śnie­nia, któ­rych nie chcia­łem usły­szeć. Mar­cus, mój naj­daw­niej­szy przy­ja­ciel, nacie­rał na fort prze­ciw­le­głym zbo­czem. Musia­łem zna­leźć go w cha­osie. We krwi. Musia­łem poznać odpo­wiedź na temat jed­nej śmierci - śmierci z naszej prze­szło­ści - zanim spo­tkam się z wła­sną.

Świa­do­mość zdrady Mar­cusa towa­rzy­szyła mi w dro­dze z naszego nad­brzeż­nego mia­sta, lecz nie zaak­cep­to­wa­łem tego faktu. Raczej jechała ze mną nadzieja. Sama myśl o tym, co zro­bił Beacie, roz­dzie­rała mi duszę, liczy­łem jed­nak na to, że skru­cha lub bła­ga­nia z jego strony pozwolą mi wyba­czyć mojemu przy­ja­cie­lowi, mojemu bratu.

Nie zaofe­ro­wał ani jed­nego, ani dru­giego.

Zamiast tego miał pomstę, ale wie­dział, że w głębi duszy bar­dziej chcia­łem odzy­skać przy­ja­ciela.

Więc zaata­ko­wał.

- Ni­gdy nie byłeś moim bra­tem.

Moja nadzieja ode­szła wraz z nim. Zami­ło­wa­nie do wojny, ogień, który pło­nął we mnie jasno od sze­ściu lat, od chwili zamor­do­wa­nia mojej uko­cha­nej Beaty, został stłu­miony. Pra­gną­łem walki i moż­li­wo­ści zatra­ce­nia się w bitwie, ale ten pło­mień mnie spu­sto­szył.

Lękano się mnie. Byłem znany. Corvus zabójca, boha­ter Ósmego legionu... albo tak myśleli inni. W isto­cie byłem popio­łem, który wzle­ciał nad to pole bitwy.

- Cho­rąży?

Ledwo sły­sza­łem. Oczy mia­łem wpa­trzone w orła, któ­rego wnio­słem w obręb niskich murów fortu. Totem był rów­nie potur­bo­wany i skrwa­wiony jak ja. Nazwa­łem go Gal­lu­sem - słyn­nym kur­cza­kiem Ósmego - ale Gal­lus nie doce­niał żartu i jego srebrne oko spo­glą­dało na mnie z góry spod pozła­ca­nej, pokry­tej juchą osłony.

- Cho­rąży?

Dla­czego patrzył na mnie w ten spo­sób?

- Cho­rąży? - Mil­cze­nie, a potem... - Jest piękny, czyż nie?

Odwró­ci­łem się. Jak wyglą­da­łem? Głowę nakry­wała mi gruba zakrwa­wiona niedź­wie­dzia skóra opa­da­jąca na barki. Byłem opa­lony na brąz, a moje oczy oka­lały czarne wojenne obwódki. Ręce i nogi nosiły bli­zny, a mię­śnie były węź­la­ste jak cumy por­to­wego mia­sta, w któ­rym się wycho­wa­łem i marzy­łem o Rzy­mie. Marzy­łem o Beacie.

Nie byłem już jed­nak tam­tym mło­dzień­cem. Sta­no­wi­łem per­so­ni­fi­ka­cję wojny. Nie­sa­mo­wity widok, nawet dla takiego samego zabójcy.

- To był zaszczyt wal­czyć dzi­siaj u two­jego boku - zwró­cił się do mnie przy­były.

Dotarło do mnie, że jestem obser­wo­wany nie tylko przez tego czło­wieka, ale i przez innych. Taki jest los boha­tera. Musia­łem się odna­leźć w nowej sytu­acji. Musia­łem też zna­leźć słowa.

- Pau­lu­sie.

Był cen­tu­rio­nem. Dobrym. Przed świ­tem jesz­cze go nie zna­łem. Kiedy słońce wspięło się na szczyt góry, sta­li­śmy ramię w ramię w pierw­szym sze­regu. Sta­wia­jąc czoło śmierci, gdy obru­szano i spy­chano na nas toczące się głazy, które pozo­sta­wiały w naszej for­ma­cji krwawe wyrwy. Tym dniem rzą­dziły wyszko­le­nie i dys­cy­plina. Wsparte na bar­kach rzym­skie tar­cze utwo­rzyły rampę pro­wa­dzącą do sie­dziby wroga. Potem, na ścia­nach fortu, to my zabi­ja­li­śmy. Powró­ciły myśli o rzezi.

- Oca­li­łeś mi życie - zwró­ci­łem się do Pau­lusa.

To była prawda. Sku­piony na poszu­ki­wa­niu Mar­cusa nie­mal padłem od mie­cza wymie­rzo­nego w moje plecy. Pau­lus ude­rzył pierw­szy. Gdyby nie on, nie uzy­skał­bym odpo­wie­dzi, które pozna­łem. Bole­snych, ow­szem, ale takich, które musia­łem usły­szeć.

Pau­lus miał wąską twarz. Przed bitwą wyda­wała się spra­gniona walki. Teraz miał ape­tyt na coś innego.

- W doli­nie są kurwy i wino, cho­rąży. - Był na to gotowy. - Ode­sła­łem już na tyły moich chłop­ców wraz z poj­ma­nymi przez nas nie­wol­ni­kami. Inna kohorta dokoń­czy burze­nie fortu. Przy­łą­czysz się do nas na kie­li­cha? To byłby zaszczyt dla chło­pa­ków.

- To ja czuję się zaszczy­cony. - Wła­śnie coś takiego powi­nien powie­dzieć cho­rąży, więc to powie­dzia­łem. Byłem zbyt odrę­twiały, aby czuć coś innego. Poru­sza­łem się jak duch. Ostrze zdrady mnie wydrą­żyło.

Ostatni rzut oka na leżące wokoło zwłoki. Zła­mane obiet­nice. Będę jedy­nym tru­pem, który zej­dzie z tej góry.

Star­szy cen­tu­rion pod­szedł i wycią­gnął do mnie rękę.

- Za Rzym! - zawo­łał Pau­lus. - Za Ósmy legion!

Trzy­mał w dłoni kubek wina. Poza tym miał je na bro­dzie, w odde­chu i na tunice.

Wrzawa bitwy jest gło­śna, ale hałas czy­niony przez pija­nych żoł­nie­rzy zawsze z nią współ­za­wod­ni­czy.

- Za zwy­cię­stwo! - zakrzyk­nął jakiś wete­ran.

Toa­sty, roz­le­wa­nie wina na ofiarę bogom, wiwaty i śpiewy. Gdzieś w doli­nie wro­go­wie, któ­rzy prze­żyli ten dzień, byli powią­zani linami, spę­dza­jąc pierw­szą prze­ra­ża­jącą noc jako nie­wol­nicy. Kobiety będą gwał­cone. Męż­czyźni bici lub gorzej. To była fru­stru­jąca wojna - śmier­telna zabawa w cho­wa­nego, w któ­rej jedy­nym zwy­cięzcą było robac­two żeru­jące na pole­głych. W takiej woj­nie nie­wi­doczni wro­go­wie byli z rado­ścią tor­tu­ro­wani, gdy w końcu ich schwy­tano i sta­wali się cie­le­śni.

Przy­glą­da­łem się piją­cym żoł­nie­rzom. Chlali, śmiali się i klęli, nawet pła­kali. Każdy ina­czej świę­tuje to, że prze­żył, pomi­ja­jąc, że to cele­bruje. Może modli­twą. Może z kurwą. Może stwier­dze­niem: "Wcale się nie bałem!".

Pod­cho­dzili do mnie jeden po dru­gim. Chcieli obej­rzeć orła. Ze względu na to, że go nosi­łem, oraz z racji moich poprzed­nich czy­nów, błęd­nie bra­nych za męstwo, legio­ni­stów roz­pie­rała chęć roz­mowy ze mną. Sta­rych i mło­dych.

- Cho­rąży! Byłem w pierw­szym sze­regu razem z tobą! Widzia­łeś mnie?

- Cho­rąży! To był zaszczyt!

- Ilu zabi­łeś, cho­rąży?

Powi­nie­nem być wdzięczny, że jestem znany ze swo­ich doko­nań, nie ze słów. Zwy­kle ski­nię­cie głową wystar­czyło. Albo jedno zda­nie.

- Wpra­wi­łeś towa­rzy­szy w dumę.

Oczy­wi­ście były tutaj duchy, zjawy męż­czyzn, któ­rzy zosta­wili swoją krew i wnętrz­no­ści na zbo­czu wzgó­rza daleko od domu. Zwy­cię­stwo jest jed­nak potęż­nym anti­do­tum na smu­tek. "Ow­szem", powia­damy. "Tamci zgi­nęli, ale pole­gli za coś". Żoł­nierz z kisz­kami na wła­snych sto­pach woła­jący matkę: zgi­nął szla­chetną śmier­cią. Umarł dla chwały Rzymu.

- Wszystko w porządku, cho­rąży?

Tak. Nie. Były tutaj duchy. Zjawy, które mnie nie opusz­czą. Beata. Moich pole­głych towa­rzy­szy: Pri­scusa, Okta­wiu­sza i Vara - tamci nawet nie zosta­wili nam jego zwłok. Były duchy. Duchy doliny. Duchy gór.

I był mój brat. Sądzi­łem, że stra­ci­łem Mar­cusa przez realia wojny. Prawda była taka, że ni­gdy go nie zna­łem. Wojna nie uczy­niła go zabójcą. Uro­dził się nim, a ja byłem za głupi, żeby to dostrzec. Przed laty, gdy zabito Beatę, nie­roz­sąd­nie ucie­kłem do legio­nów, szu­ka­jąc zemsty, obra­ca­jąc miecz prze­ciwko roz­bój­ni­kom i bun­tow­ni­kom. Prze­ciwko ludziom, któ­rzy nie wal­czyli ze mną, póki nie przy­sze­dłem do ich domów i ich do tego nie zmu­si­łem. Praw­dziwy zło­czyńca pozo­sta­wał bez­karny, a ja wzią­łem jedy­nie moje nie­szczę­ście i roz­prze­strze­ni­łem pożogę na całą Pano­nię.

- Wszystko w porządku, cho­rąży?

- Za dużo wina.

- Masz pełny kubek.

- Chyba odpusz­czę.

Wsta­łem. Widzieli, że odcho­dzę. Wszy­scy.

Pau­lus wstą­pił na wóz.

- Trzy wiwaty na cześć cho­rą­żego!

Okrzyki ude­rzyły we mnie. Ledwo usta­łem.

- Za dużo wina - powtó­rzy­łem.

Opu­ści­łem zwy­cięz­ców.

Duchy ode­szły wraz ze mną.

2

Legion się prze­miesz­czał. A przy­naj­mniej jego część: dzie­siąta kohorta wra­cała do obozu, pod­czas gdy pozo­stałe miały zapew­niać prze­pu­sto­wość linii zaopa­trze­nio­wych Rzymu, bro­niąc ich przed nie­przy­ja­cie­lem.

Moje ruchy były mecha­niczne. Wyćwi­czone. Pamięć mię­śniowa. Jecha­łem z grupą dowód­czą, dzier­żąc Gal­lusa. Umysł mia­łem sku­piony na prze­szło­ści, usta zaci­śnięte. Jadący obok mnie wyżsi ofi­ce­ro­wie nie dostrze­gali tego. Poru­czono mi zada­nie nie­sie­nia orła, gdyż udo­wod­ni­łem swoją war­tość w walce. Nie ocze­ki­wano ode mnie myśle­nia ani udzie­la­nia rad. Tę rolę speł­niali szla­chet­nie uro­dzeni, o szla­chet­nej posta­wie. Nale­żeli do rzym­skich nobi­lów, elity z uro­dzenia. Cho­ciaż byłem oby­wa­te­lem Rzymu, rzadko był­bym zapra­szany do wnę­trza ich domów, a ni­gdy do wnę­trza ich córek. Rzym to hie­rar­chia, a na tej dra­bi­nie sta­łem bli­żej ludzi, któ­rych zabi­ja­łem, niż tych, któ­rzy mi mówili, żebym ruszał i zabi­jał.

Bieg wojny niósł mnie do Sisaku. Tam cze­kała armia pod wodzą Tybe­riu­sza. Był suk­ce­so­rem cesa­rza Augu­sta. To nie­wiele mnie obcho­dziło. Ni­gdy nie spo­tka­łem żad­nego z nich, ale to, że Tybe­riusz odzie­dzi­czył też bunt w regio­nie, zna­czyło tro­chę wię­cej. Miał zmiaż­dżyć te same rebe­lianc­kie woj­ska, które utwo­rzył zale­d­wie pół roku wcze­śniej, żeby wal­czyły dla Rzymu. Był jak ojciec zabi­ja­jący syna, bar­dzo rzym­skie postę­po­wa­nie. Romu­lus i Remus zostali wrzu­ceni do rzeki przez swego ojca Marsa. Nie­wąt­pli­wie bóg wojny cie­szyłby się z tego, co działo się w tych górach.

Rzym żądał zbyt wiele od swo­ich tutej­szych nowych pod­da­nych. Jedno poko­le­nie wstecz w trak­cie pod­boju wziął w nie­wolę męż­czyzn w wieku pobo­ro­wym. W tym roku, gdy zażą­dał od synów tam­tych jeń­ców, żeby dla niego wal­czyli, ci zwró­cili broń prze­ciwko ludziom, któ­rzy zro­bili z ich ojców zwie­rzęta. Zma­sa­kro­wani ludzie zaście­la­jący Pano­nię byli pod­da­nymi Rzymu i znaj­do­wali się pod jego ochroną. Mieli prawo głosu i przy­szłość tak długo, jak długo były to głos i przy­szłość zade­kre­to­wane przez cesar­stwo.

W prze­ciw­nym razie musieli umrzeć.

To nie odpo­wia­dało ani mnie, ani Armi­niu­szowi. Był ger­mań­skim księ­ciem, który słu­żył Rzy­mowi na czele swo­jej jazdy, ale robił to z cięż­kim ser­cem. Jako kocha­jący wol­ność i szla­chetny czło­wiek widział tę wojnę taką, jaka była. Nie mia­łem umy­słu księ­cia ani języka nobila, ale to, co uczy­ni­łem dla Rzymu, wyda­wało się po pro­stu...

Złe.

Wie­dzia­łem, że dla męż­czy­zny wojna jest rów­nie natu­ralna jak oddy­cha­nie, ale w mia­stach wpro­wa­dzi­li­śmy prawa, które zabra­niają oby­wa­te­lom zabi­jać się wza­jem­nie na uli­cach, dla­czego więc nie potra­fi­li­śmy tego samego uczy­nić na więk­szą skalę? Dla­czego zda­wało się, że naszą pierw­szą i ostat­nią odpo­wie­dzią jest krew?

Pró­bo­wa­łem roz­ma­wiać o swo­ich nie­po­ko­jach z dowód­cami, ale sły­ną­łem z walecz­no­ści, a nie z myśle­nia, więc zby­wali mnie jako pro­staczka. Byłem tam, żeby dzier­żyć orła i dźgać mie­czem. Tylko nobi­lo­wie i ludzie szla­chet­nego pocho­dze­nia wie­dzieli, czego wymaga rzą­dze­nie Rzy­mem i jego pod­da­nymi. Ja tu byłem po to, żeby zabi­jać tych, któ­rych kazano mi zabi­jać.

Roz­wa­ża­łem ode­bra­nie sobie życia.

Byłem tego bli­ski, z mie­czem wyce­lo­wa­nym w pierś. Wystar­czyło jedy­nie paść naprzód, ale spro­wa­dzi­łem na świat tyle nie­szczę­ścia, że nie wie­dzia­łem, jak mógł­bym po pro­stu go opu­ścić i sta­nąć przed Beatą po śmierci. Na pewno chcia­łaby, żebym napra­wił część wyrzą­dzo­nego zła...

Ale jak?

Armi­niusz wie­dział, że chcę cze­goś wię­cej. Że pra­gnę aktu skru­chy. Chciał, żebym przy­stał do rebe­lian­tów. Żebym przy­niósł im legio­nowy żołd i umie­jęt­no­ści legio­ni­sty.

Ale czy mogłem?

Czy mogłem pod­nieść broń prze­ciwko ludziom, u któ­rych boku wal­czy­łem na zbo­czu wzgó­rza lub w doli­nie pod Sisa­kiem, kiedy roz­gro­mi­li­śmy dzie­się­cio­krot­nie licz­niej­szego wroga? Tam­tego dnia pod­par­łem się drzew­cem orła, nio­sąc ran­nego brata, a ludzie błęd­nie uznali mnie za boha­tera, który trosz­czy się o chwałę Rzymu. Ten dzień spra­wił, że wyłą­czono mnie z sze­re­gów i wynie­siono na pozy­cję, o którą ani nie dba­łem, ani nie pro­si­łem.

Ni­gdy nie widzia­łem Tybe­riu­sza ani nie sta­łem w obec­no­ści żad­nego cesa­rza. Ni­gdy nie posta­wi­łem nogi w Rzy­mie, cho­ciaż w jego imie­niu zakoń­czy­łem wiele ludz­kich egzy­sten­cji.

Ni­gdy wię­cej. Ostat­niego czło­wieka zabi­łem na tym gór­skim zbo­czu. Pozwa­la­łem się nieść legio­nowi, pozwa­la­łem sobie dry­fo­wać, gdyż w Sisaku mia­łem coś do zała­twie­nia.

Może potem zdo­łam uwol­nić się od prze­kleń­stwa, jakim było moje żoł­nier­skie życie.

- Panie!

Zbli­żali się trzej jeźdźcy. Zatrzy­mali wierz­chowce bli­sko try­buna o suro­wej twa­rzy. Konie robiły bokami. Zwia­dowcy mieli wiel­kie oczy.

Kiedy widzia­łem ich ostat­nio, było ich czte­rech.

- Mel­duj­cie - pole­cono im.

- Przed nami jest bród. - Wie­dzia­łem, jakie słowa zaraz padną. - Strzeże go nie­przy­ja­ciel.

Rzeka była czer­wona.

Dowódcy dzie­sią­tej kohorty przy­stali na pro­sty plan odrzu­ce­nia wro­gów od prze­ciw­le­głego brzegu: prze­pra­wią się i ich zabiją.

- Może zdo­ła­li­by­śmy zna­leźć inne miej­sce, żeby prze­kro­czyć rzekę - zasu­ge­ro­wa­łem.

- Uwa­żasz, że powin­ni­śmy zajść ich z flanki? - zapy­tał jeden z młod­szych try­bu­nów.

- Nie, myślę, że powin­ni­śmy ich omi­nąć.

Ofi­ce­ro­wie uznali, że żar­tuję, i wybuch­nęli śmie­chem.

- Poślij­cie siódmą cen­tu­rię - roz­ka­zał dowódca. - Nie użyli sobie zbyt­nio w for­cie. Ta walka im się należy.

I siódma cen­tu­ria wyru­szyła, gotowa, chętna, uśmie­cha­jąc się i obna­ża­jąc zęby.

Teraz umie­rali. Byli mar­twi. Rzeką nie spły­wały trupy za sprawą cięż­kich kol­czug, ale żywa krew roz­lana przez żoł­nie­rzy użyźni zie­mię ich wro­gów.

- Chcę się tam dostać - mruk­nął Pau­lus obok mnie. Powie­dział to po raz piąty. Od pierw­szej chwili, w któ­rej wiatr przy­niósł do nas krzyki i szczęk żelaza, star­szy cen­tu­rion dzie­sią­tej kohorty pra­gnął włą­czyć się do walki.

Nie­przy­ja­ciele strze­gący brodu byli nie­liczni, nie wię­cej jak stu męż­czyzn, ale rzeka była głę­boka, więc mogli utrzy­my­wać wąski front. Legio­ni­ści wal­czący w wodzie musieli sta­wić czoło włócz­niom wroga oraz gra­dowi strzał łucz­ni­ków na wynio­sło­ści terenu.

- Ilu stra­ci­li­śmy, jak sądzisz? - zapy­tał mnie Pau­lus, a potem odpo­wie­dział sobie na wła­sne pyta­nie: - Pew­nie padło ze dwu­dzie­stu chło­pa­ków. Try­bun musi pchnąć kolejną cen­tu­rię. Bun­tow­nicy opie­rają się jedy­nie dla­tego, że nie widzą całej kohorty. Uciekną, gdy ją zoba­czą.

Ski­ną­łem głową, ale się nie ode­zwa­łem. Jak spora część tej kra­iny bród znaj­do­wał się w krę­tej doli­nie, któ­rej ukształ­to­wa­nie nie pozwa­lało widzieć dalej niż na sto kro­ków.

- Powi­nien wszyst­kich pchnąć do rzeki. To im pokaże.

Nie zare­ago­wa­łem. Zamiast tego spoj­rza­łem na zbo­cza doliny oraz na krzaki i drzewa pora­sta­jące pochy­ło­ści. Ostroż­ność try­buna uzna­łem za słuszną. Nie dało się powie­dzieć, czy bród nie sta­no­wił przy­nęty.

- Czy zbo­cza zostały oczysz­czone z wro­gów? - zapy­ta­łem.

Pau­lus ski­nął głową, a potem wzru­szył ramio­nami, gdy już nic nie powie­dzia­łem.

- Wyślę kolejny patrol.

Pod­szedł do try­buna, a ja spoj­rza­łem na plecy ludzi, któ­rzy w rzece wal­czyli na śmierć i życie. Znaj­do­wa­łem się zbyt daleko, żeby widzieć ich twa­rze, ale sły­sza­łem krzyki i wrza­ski. Wróg na­dal trzy­mał brzeg.

Wró­cił Pau­lus. Uśmie­chał się.

- Gotów na odro­binę zabawy?

W for­cie uzna­łem, że zabi­łem dla Rzymu ostat­niego czło­wieka, ale nie mogłem tego otwar­cie powie­dzieć, tak jak nie­wy­obra­żalne byłoby splu­nię­cie na ołtarz bogów. Sfru­stro­wany bra­kiem postę­pów try­bun pole­cił Pau­lu­sowi wziąć czter­dzie­stu ludzi i prze­być rzekę powy­żej brodu, żeby zajść nie­przy­ja­ciela z boku. Ponie­waż wcze­śniej zapro­po­no­wa­łem taki manewr, zało­żyli, że zechcę uczest­ni­czyć w wypa­dzie.

- Zostaw­cie tar­cze - pole­cił Pau­lus for­mu­ją­cym się wokół niego żoł­nie­rzom. - Zbroje też. Weź­cie hełmy i oszczepy. Idziesz, cho­rąży?

Pyta­nie padło, gdyż nie ruszy­łem się, żeby pozbyć się pan­ce­rza.

- Powi­nie­nem zostać przy orle.

Pau­lus ski­nął głową, bo dobrze znał moje obo­wiązki, ale potem się uśmiech­nął.

- Będzie bez­pieczny wśród naszych ludzi. Chodź, nasi umie­rają.

Jego słowa nie były nace­cho­wane emo­cjami. Sta­no­wiły zwy­kłe stwier­dze­nie faktu, mimo to mnie zapie­kły. Odże­gny­wa­łem się od zabi­ja­nia, ale czy mogłem także odwró­cić się od towa­rzy­szy?

Nie.

Zatem pobie­głem wraz z Pau­lu­sem i jego czter­dzie­stoma legio­ni­stami. Pro­wa­dził nas w górę zbo­cza, mię­dzy drzewa i w zaro­śla. Już dysza­łem. Pau­lus był naj­star­szy w gru­pie, ale narzu­cał wście­kłe tempo. Był psem, który zwie­trzył krew.

- Tutaj!

Nie widzia­łem walki, ale na­dal docie­rały do nas jej odgłosy. Znaj­do­wa­li­śmy się na szczy­cie wyso­kiej grani. Rzeka pły­nęła daleko w dole. Nie dało się oce­nić jej głę­bo­ko­ści.

Mimo to Pau­lus sko­czył.

Znik­nął z pola widze­nia, po czym wynu­rzył się po dwóch ude­rze­niach serca.

- Skacz­cie! - zawo­łał, a ludzie z rado­ścią go posłu­chali.

Uśmie­chali się. Nie­któ­rzy się śmiali.

Byłem jed­nym z ostat­nich, któ­rzy sko­czyli. Nie oba­wia­łem się o wła­sne życie, ale o życie każ­dego, kto będzie ze mną wal­czył. Nie chcia­łem zabi­jać, ale czy byłem gotów pod­dać się i umrzeć?

Sko­czy­łem. Wstrzy­ma­łem oddech. Mocno ude­rzy­łem w wodę. Była cie­pła, ale to nie były przy­ja­zne obję­cia. Wynu­rzy­łem się, kasz­ląc i się krztu­sząc, i zaczą­łem pły­nąć. Towa­rzy­sze się­gnęli z brzegu, żeby mnie na niego wcią­gnąć.

- Chodź, cho­rąży! - Młody legio­ni­sta uśmie­chał się sze­roko. - Zabijmy tych drani!

Pau­lus wziął oszczep od jed­nego ze swo­ich ludzi.

- Za mną - pole­cił.

A potem popro­wa­dził swój złak­niony krwi oddział w kie­runku brodu i wynio­sło­ści z łucz­ni­kami.

Wspiął się na grań. Obok jego głowy świ­snęła strzała. Cze­kali na nas i jeden z naszych padł na zie­mię z drżą­cym beł­tem w twa­rzy.

- Zabić ich! - ryk­nął Pau­lus.

Cisnął oszczep. Usły­sza­łem krzyk.

A póź­niej bie­głem wraz z resztą. Zęby mia­łem zaci­śnięte. Miecz w pochwie. Obok sie­bie usły­sza­łem mlasz­czące ude­rze­nie i stęk­nię­cie, gdy tra­fiony został kolejny legio­ni­sta. Uklą­kłem przy nim. W sercu miał strzałę, oczy pozba­wione życia.

- Zabić ich! - roz­ka­zał Pau­lus - Zabij­cie wszyst­kich!

Nie potra­fi­łem. Nie będę zabi­jał. Zamiast tego poru­sza­łem się mię­dzy mar­twymi i umie­ra­ją­cymi.

Bun­tow­nik z try­ska­jącą krwią raną nogi - umrze za chwilę.

Rzy­mia­nin z dziurą w brzu­chu - mógł umie­rać całe dnie.

W oczach nie­któ­rych był strach, we wzroku innych pogo­dze­nie z losem.

- Cho­rąży! - sap­nął żoł­nierz. - Zacze­kasz przy mnie, póki nie umrę?

Był star­szy ode mnie. Praw­dziwy wete­ran. Widział i zadał tyle śmierci, aby wie­dzieć, że się nie wyliże. Sznury jelit wypa­dły mu z brzu­cha. Dyszał i zaci­skał z bólu zęby. To, że z nim byłem, przy­no­siło mu pocie­chę. Nie dla­tego, że byłem dru­gim czło­wie­kiem, ale dla­tego, że sym­bo­li­zo­wa­łem legion. Sym­bo­li­zo­wa­łem Rzym.

Widzia­łem, że chce coś powie­dzieć. Pra­gnął umrzeć god­nie.

Ale cier­pie­nie było zbyt wiel­kie.

Trzy­ma­łem go za rękę. Ści­skał ją ze strasz­liwą siłą.

- Przy­kro mi - powie­dzia­łem, bo nie byłem boha­te­rem, za któ­rego mnie miał.

Jego oddech stał się krótki, płytki i szybki.

Nim umarł, bród został oczysz­czony z nie­przy­ja­ciół. To była tylko kolejna potyczka w nie­koń­czą­cej się woj­nie.

3

Legion wypluł mnie w Sisaku, mie­ście u zbiegu dwóch głę­bo­kich rzek. W oddali wid­niały góry, ale tutaj rów­niny były na tyle roz­le­głe, żeby mogła na nich obo­zo­wać cała armia. Zgro­ma­dziło się wiele legio­nów. Także woj­ska pomoc­ni­cze. Sami obcy - woj­sko, które Tybe­riusz zebrał na wojnę z kró­lem z pół­nocy, ale teraz musiał je zwró­cić prze­ciwko wła­snym pod­da­nym. Przed posze­rze­niem gra­nic Rzymu trzeba było zgnieść bunt w obrę­bie cesar­stwa.

Po zaję­ciu się Gal­lu­sem i opo­rzą­dze­niu konia wysze­dłem z obozu i zapu­ści­łem się w głąb mia­sta. Usły­sza­łem brzęk żelaza i stali. Brzmiało nie­mal jak odgłosy wojny, ale to jedy­nie kowal toczył walkę z kowa­dłem. Przy­sta­ną­łem i zapa­trzy­łem się na iskry. Męż­czy­zna poczuł, że mu się przy­glą­dam.

- Pomóc, panie? - Jego łacina była kiep­ska. Uznał, że pew­nie dla­tego mu nie odpo­wie­dzia­łem. Zapy­tał ponow­nie. Nie wie­dział, co myślę. Co kom­bi­nuję. - Panie?

- Tak - odpar­łem w miej­sco­wym narze­czu. - Możesz mi pomóc.

Póź­niej wędro­wa­łem po mie­ście. Ulice były zatło­czone i hała­śliwe. Dumni Rzy­mia­nie, rudo­włosi Galo­wie i sze­ro­ko­pier­śni Ger­ma­nie. Nie­któ­rzy mówili po łaci­nie, ale wszy­scy śmiali się po swo­jemu. Zebrano tutaj żoł­nie­rzy z całego cesar­stwa. Jeśli odczu­wali wąt­pli­wo­ści w związku z tym, co miało nadejść i z kim będą wal­czyć, dobrze to ukry­wali. Pokle­py­wali się po ple­cach, łapali za tyłki nie­wol­nice i pró­bo­wali osu­szyć mia­sto z trun­ków.

Takie miej­sca ist­niały wszę­dzie tam, gdzie sty­kały się gra­nice, gdzie gro­ma­dziły się armie, a ludzie mówili o wiel­kich czy­nach, któ­rych nie­ba­wem doko­nają. Trudno było to nazwać spo­ko­jem przed burzą, gdyż w chle­ją­cym woj­sku nie ma nic spo­koj­nego. Lepiej myśleć o tym jak o wrza­sku czło­wieka zbie­ra­ją­cego się na odwagę, nim wsko­czy w głę­bo­kie i wzbu­rzone morze.

Wró­ci­łem do kowala. Miał to, czego potrze­bo­wa­łem. Czego potrze­bo­wał Armi­niusz. To było zabez­pie­cze­nie, które scho­wa­łem w obo­zie pod luźną deską pod­łogi, po czym pomy­śla­łem o tym, co następ­nie muszę zro­bić, gdyż przy­by­łem do Sisaku z pew­nego powodu. Z powodu obiet­nicy.

I jej dotrzy­mam.

Przed bitwą w górach otrzy­ma­łem wia­do­mość od uko­cha­nej żony naj­droż­szego towa­rzy­sza, Bru­tusa. Był dowódcą mojej dru­żyny, kiedy wstą­pi­łem do legio­nów. U jego boku pierw­szy raz posma­ko­wa­łem wojny; on wtedy nie­mal został kaleką i ni­gdy sobie nie wyba­czy­łem, że tam­tego dnia nie byłem szyb­szy. To Bru­tus zawsze pra­gnął być cho­rą­żym. To on powi­nien teraz nosić orła.

Wia­do­mość otrzy­mana od Lul­mire była tajem­ni­cza.

- Powie­działa, że musisz wró­cić z orłem - prze­ka­zał konny posła­niec.

Nic ponadto. Uzna­łem, że to zna­czy, iż Bru­tus nie żyje.

Cho­ciaż zwol­niony ze służby lata temu, mój przy­ja­ciel przy­był na pole bitwy, kiedy połowa naszego legionu sta­wiała czoło siłom bun­tow­ni­ków masze­ru­ją­cych do Ita­lii, ale to kosz­to­wało go kolejną ranę. Bru­tus ruszył na pomoc orłu i nawet trzy­mał go przez chwilę, zanim został powa­lony w zażar­tym star­ciu. Kiedy pró­bo­wa­łem wycią­gnąć go z rzezi, potkną­łem się i wycią­gną­łem rękę dla zacho­wa­nia rów­no­wagi. Chwy­ci­łem orła. Jego drzewce stało się dla mnie laską, potrzebę pomy­lono z odwagą - ja otrzy­małem nową pozy­cję, a Bru­tus wyrok śmierci. Miał ponad czter­dzie­ści lat i nie przy­pusz­cza­łem, żeby wyli­zał się z rany gro­żą­cej gan­greną, która zabrała tak wielu.

Mój dawny towa­rzysz wie­rzył w Rzym. Był czci­cie­lem legio­nów. Spo­dzie­wa­łem się, że ostat­nim życze­niem Bru­tusa będzie posta­wie­nie orła przy jego gro­bie, nie­ważne, na jak krótko. Naj­pierw musia­łem się dowie­dzieć, gdzie zostaną zło­żone pro­chy mojego przy­ja­ciela, więc zagłę­bia­łem się w mia­sto, w biedne dziel­nice, gdzie pospołu gnieź­dzili się tubylcy i poszko­do­wani wete­rani.

Zna­la­złem dom Bru­tusa, ale nie odwagę - póki nie usły­sza­łem z ust Lul­mire, że na­dal jest dla niego nadzieja. Mój przy­ja­ciel mógł prze­żyć...

Bar­dzo chciałby zoba­czyć tę armię. To nagro­ma­dze­nie potęgi i maje­statu.

Ode­tchną­łem, jak rzadko wypo­wia­da­jąc modli­twę - nie tylko za przy­ja­ciela, ale i za to, żeby sam widok potęż­nej armii Tybe­riu­sza wystar­czył do zakoń­cze­nia tej wojny, bez bitwy. Już dosyć ludzi zgi­nęło, a przy­go­to­wy­wa­łem się do poże­gna­nia kolej­nego.

Zapu­ka­łem do drzwi.

Otwo­rzyły się.

Powi­nie­nem był wie­dzieć, że będzie na mnie cze­kał.

Patrzy­łem w zahar­to­waną twarz. Ręce mi drżały.

A potem się uśmiech­ną­łem.

- Nie umar­łeś!

- To dla­tego, że jestem zabójcą. - Bru­tus się wyszcze­rzył. - Tacy nie umie­rają tak łatwo.

Wzią­łem go w ramiona. To miał być uścisk, ale nie­mal się prze­wró­ci­li­śmy.

- Uwa­żaj! - zawo­łał. - Nie jestem już tak sprawny jak daw­niej.

Spoj­rza­łem w dół, gdy oparł rękę na moim barku.

- Nie masz nogi...

- Corvu­sie, jesteś nie­zwy­kle bystrym obser­wa­to­rem! Zasta­na­wia­łeś się, czy nie zostać zwia­dowcą?

Wpa­try­wa­łem się w pustą prze­strzeń, gdzie powinna być jego masywna koń­czyna. Od naszego pierw­szego spo­tka­nia Bru­tus bar­dzo się zmie­nił, przy­naj­mniej fizycz­nie. Kie­dyś jego ramiona były sze­ro­kie i musku­larne. Rana to odmie­niła. A teraz noga.

- Tra­cisz czę­ści ciała.

- Potrze­buję tylko jed­nej. - Wete­ran mru­gnął. - Prawda, Lul­mire?

Jego młoda żona stała w rogu pomiesz­cze­nia. Była szczu­pła i ciem­no­włosa, pocho­dziła stąd.

- Tak, w sumie potrze­bu­jesz tylko dupy, skoro o tym mowa.

Bru­tus roze­śmiał się rubasz­nie.

- Widzisz, jak popra­wia się jej łacina? Usiądź, Corvu­sie. Sia­daj. Lul­mire, mogła­byś...?

Poszła po wino. Bru­tus usiadł, a ja zauwa­ży­łem, że jego uśmiech zbladł.

Zja­wi­łem się sam.

- Gdzie pozo­stali?

Pokrę­ci­łem głową. Nie oka­za­łem wiel­kiego smutku. Nie musia­łem powstrzy­my­wać łez. Mia­łem wra­że­nie, że uczu­cia do towa­rzy­szy zostały ze mnie wycięte.

- Okta­wiusz zgi­nął, ratu­jąc swo­ich ludzi - powie­dzia­łem.

- Varo?

- Zagi­niony.

Obaj wie­dzie­li­śmy, co to zna­czy. Poj­ma­nie. Tor­tury. Śmierć.

- Sądzi­łem, że i ty odsze­dłeś - wyzna­łem szcze­rze. - Ta wia­do­mość: "Przy­bądź z orłem". Myśla­łem, że nie żyjesz.

- Żyję, ty nie­do­wiarku. Po pro­stu nie chcia­łem najeść się wstydu, że ktoś, kogo wyszko­li­łem, stra­cił orła. Nie patrz tak na mnie, Corvu­sie! Chyba maja­czy­łem. Nie powi­nie­nem był w cie­bie wąt­pić.

- To dla­czego zwąt­pi­łeś?

- Wie­dzia­łem, że prze­ży­jesz - stwier­dził Bru­tus, zamiast odpo­wie­dzieć. - Widzia­łem podob­nych męż­czyzn, bra­cie. Trudno cię zabić. Jesz­cze trud­niej kon­tro­lo­wać.

Zmru­ży­łem oczy.

- Co sły­sza­łeś?

Bru­tus wzru­szył ramio­nami.

- Wiesz, jak to jest w obo­zo­wym mie­ście. Nic nie podró­żuje szyb­ciej niż plotki. Sły­sza­łem, że kro­czysz od bitwy do bitwy, a ni­gdy cię nie widać przy dowódz­twie legionu.

- Nie da się wal­czyć z namiotu.

Poczu­łem, że Lul­mire sta­nęła w progu, a potem się wyco­fała. W powie­trzu coś wisiało. Nie­za­dane pyta­nie. Bru­tus coś we mnie dostrzegł. Dawał mi oka­zję, bym to powie­dział.

- Zawsze przy mnie sta­łeś, Corvu­sie.

Nie­do­po­wie­dziane: pozwól mi sta­nąć przy twoim boku.

Ale byłem żoł­nie­rzem.

- Nic mi nie jest.

Patrzył.

- Wszystko w porządku.

Pozwo­lił mi zatrzy­mać tajem­nice oraz to, co uwa­ża­łem za swój honor.

- Niech ci będzie, Corvu­sie. Napijmy się wina, a potem...

- A potem?

Przy­ja­ciel bły­snął ku mnie uśmie­chem, któ­rego tak bar­dzo mi bra­ko­wało.

- Co powiesz na to, żeby wyświad­czyć przy­ja­cie­lowi ostat­nią przy­sługę?

Wspie­ra­jąc się na kulach, Bru­tus szedł za mną uli­cami do obozu.

- Mogę wró­cić z wozem - zapro­po­no­wa­łem ponow­nie.

- Powiedz to jesz­cze raz, a wsa­dzę ci tę kulę w dupę tak głę­boko, że drza­zgi wbiją ci się w język - rzu­cił ze śmie­chem, ale w jego oczach było widać ból.

Wie­dzia­łem dla­czego.

- Na­dal za tym tęsk­nisz.

- Oczy­wi­ście - przy­znał. - Kto by nie chciał wyma­sze­ro­wać z tą armią?

Ja. Ale tego nie powie­dzia­łem.

- Dzięki, że to robisz - zwró­cił się do mnie przy­ja­ciel.

- Powie­dzia­łeś to już trzy razy.

- Cóż, w każ­dym razie dzię­kuję, że to robisz.

- Czwarty raz.

Bru­tus się uśmiech­nął. Wyglą­dał jak oszo­ło­mione dziecko.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu się dener­wuję. To mój pierw­szy raz od...

Przed oczami prze­mknęły mi obrazy daw­nych towa­rzy­szy.

- W trak­cie tych przy­go­to­wań Okta­wiusz byłby w swoim żywiole.

Ale Okta­wiusz nie żył. Wszy­scy byli mar­twi.

- Nie opo­wie­dzia­łeś mi o Mar­cu­sie... - zary­zy­ko­wał Bru­tus.

- Żyje.

- I cie­szy się nie­złą repu­ta­cją...

- Jeste­śmy nie­mal u bram obozu - powie­dzia­łem szybko; myśl o Mar­cu­sie paliła mi umysł. - Ja poga­dam.

Od wybu­chu powsta­nia środki bez­pie­czeń­stwa zostały wzmoc­nione, ale żoł­nie­rze w zbro­jach bez trudu wcho­dzili do obozu i z niego wycho­dzili. Z dru­giej strony, ludzie z tabo­rów musieli być trzy­mani poza jego obwa­ro­wa­niami, a nie można było pomy­lić jed­no­no­giego czło­wieka z czyn­nym legio­ni­stą. Na szczę­ście z łatwo­ścią prze­ko­na­łem war­tow­nika, żeby pozwo­lił Bru­tu­sowi wejść.

- Korzy­ści ze zna­jo­mo­ści z cho­rą­żym. - Przy­ja­ciel uśmiech­nął się, gdy prze­szli­śmy przez bramę. - Wszystko w porządku, chło­paki? - Wyszcze­rzył się do ludzi sto­ją­cych na straży. - Na bogów, wyglą­dają tak młodo. Sta­łem na murach fortu, kiedy oni byli w jajach swo­ich ojców - zachi­cho­tał pod nosem.

- Wyda­jesz się szczę­śliwy - zauwa­ży­łem, cie­sząc się z tego.

- Żyję, mam wspa­niałą kobietę i dobrego przy­ja­ciela. Oczy­wi­ście, że jestem szczę­śliwy.

Kiedy szli­śmy ku cen­trum obozu, nie roz­ma­wia­li­śmy wiele. Widzia­łem, że Bru­tus upaja się nostal­gią, wchła­nia­jąc szcze­góły miej­sca, które nie­gdyś było jego domem, i widząc żoł­nie­rzy, któ­rych daw­niej nazy­wał braćmi. Środki bez­pie­czeń­stwa nasi­lały się w miarę zagłę­bia­nia się w obóz, ale byłem znany i moja repu­ta­cja pozwa­lała nam prze­cho­dzić dalej, aż dotar­li­śmy do jego serca - do budynku kwa­tery głów­nej naszego legionu. Bru­tus słu­żył w legio­nie wiele lat, ale był jed­nym z bez­i­mien­nych pie­chu­rów, nie­zna­nych tym, któ­rzy dowo­dzili pię­cioma tysią­cami ludzi.

Ski­nąw­szy głową straż­ni­kom i kil­ka­krot­nie zasa­lu­to­waw­szy, popro­wa­dzi­łem Bru­tusa kory­ta­rzami legio­no­wego mózgu do małego okna wycho­dzą­cego na dzie­dzi­niec.

- Jest tutaj? - szybko zapy­tał Bru­tus.

Poka­za­łem mu.

Na dzie­dzińcu stał stół, przy któ­rym sie­działa i roz­ma­wiała grupa ofi­ce­rów. Miej­sce u szczytu zaj­mo­wał męż­czy­zna o wąskiej szczęce i dum­nym pod­bródku. Twarz miał nieco ponurą, ale pozę roz­luź­nioną.

- Tybe­riusz... - zachły­snął się Bru­tus.

Tybe­riusz. Dowódca armii. Następca Augu­sta i ulu­bie­niec Rzymu.

- Wizy­tuje każdy obóz - wyja­śni­łem przy­ja­cie­lowi.

Był prze­jęty czcią.

- Pew­nego dnia będzie moim cesa­rzem.

To była naj­mniej­sza odle­głość od niego, w jakiej Bru­tus mógł się zna­leźć. Prawda na temat wojny i armii brzmi tak, że więk­szość żoł­nie­rzy ni­gdy nie staje w zasięgu rzutu oszcze­pem od dowódcy. Oso­bi­ste słowa i pry­watne audien­cje są dla szczę­śliw­ców, ska­zań­ców lub kilku walecz­nych. Bru­tus cier­piał za Rzym - oddał mu koń­czynę - ale tego ocze­ki­wano. To był jego obo­wią­zek, za który powi­nien być wdzięczny. W oczach Rzymu to Bru­tus miał dług wobec cesar­stwa i swo­jego dowódcy. Ale jeśli wete­ran był zły lub ura­żony z tego powodu, to tego nie oka­zy­wał.

- Tybe­riusz... - powtó­rzył.

Patrzył na pół­boga. Na ideał. Dla niego Tybe­riusz był wcie­le­niem cnót i woj­sko­wego honoru. Zgru­cho­tane ramię i ampu­to­wana noga to nie dosyć. Widzia­łem, że przy­ja­ciel bez pyta­nia czy waha­nia oddałby życie za tam­tego czło­wieka.

Miał w oczach łzy. Kiedy wypro­wa­dza­łem go z kwa­tery głów­nej, objął mnie.

- Dzię­kuję, Corvu­sie. - Uści­snął mnie. - Dzię­kuję. Ni­gdy nie sądzi­łem, że będę czuł taką dumę jak wtedy, gdy w bitwie trzy­ma­łem orła, ale... to była jedna z naj­wspa­nial­szych chwil w moim życiu.

W jego oczach dostrze­ga­łem szcze­rość. Widzia­łem kie­dy­kol­wiek taką radość? Taką deter­mi­na­cję?

Może to ja się myli­łem. Odno­śnie do wszyst­kiego.

- Corvu­sie, dobrze się czu­jesz?

Dłoń przy­ja­ciela spo­czy­wała na moim ramie­niu. Bru­tus był moim dowódcą. Men­to­rem. Ojcem. Towa­rzy­szem. Był wszyst­kimi nimi i jesz­cze kimś wię­cej, i teraz poją­łem, że przy­by­łem do Sisaku z nadzieją, że żyje, a ja będę mógł mu się zwie­rzyć. Chcia­łem komuś powie­dzieć. Pra­gną­łem wszystko wyznać...

Jed­nak Bru­tus był sługą Rzymu. Co wię­cej, jego wyznawcą. Szcze­rze wie­rzą­cym w jego prawa, w jego wojny, w jego wolę i prawo rzą­dze­nia świa­tem.

Tak samo nie mogłem powie­dzieć jemu, o co mi cho­dzi, jak i Tybe­riu­szowi.

- Wszystko w porządku - skła­ma­łem. - Wszystko w porządku.

Przez mia­sto szli­śmy w mil­cze­niu. Ja posmut­nia­łem, on był pełen naboż­nej czci. Wędrówka do obozu wyczer­pała Bru­tusa, lecz z kolei ujrze­nie Tybe­riu­sza przy­pra­wiło mu skrzy­dła, odjąw­szy kule. A jed­nak...

Zwol­ni­li­śmy. Odgłos naszych kro­ków roz­le­gał się głu­cho. Roz­brzmie­wały na uli­cach niczym wer­bel towa­rzy­szący ska­zań­com. Obaj wie­dzie­li­śmy, co nas czeka na końcu tej drogi. Poże­gna­nie. Trudne.

Teraz wle­kli­śmy się noga za nogą.

Roz­ma­wia­li­śmy, a jed­nak mil­cze­li­śmy. Mówi­li­śmy wszystko i nic. Słońce zacho­dziło na nie­bie i nad naszą przy­jaź­nią. Bru­tus miał być dla mnie stra­cony tak osta­tecz­nie jak pozo­stali, któ­rzy zgi­nęli w górach.

Dotar­li­śmy pod jego drzwi. To była długa wędrówka.

Ocze­ki­wa­łem, że zażar­tuje. Tak byłoby po żoł­nier­sku. Zamiast tego wybrał ścieżkę men­tora i skło­nił mnie, żebym uści­snął mu dłoń.

Oczy miał szare jak łupek. Szu­kały moich oczu. Stary przy­ja­ciel pro­sił mnie, żebym prze­mó­wił, ale wybra­łem mil­cze­nie.

- Corvu­sie, ni­gdy wcze­śniej mnie nie okła­ma­łeś. Cokol­wiek zamie­rzasz, zrób to dobrze i bądź ostrożny.

Wtedy zro­zu­mia­łem. Ostat­nia przy­sługa, powie­dział wcze­śniej. Mój cesarz, nie nasz.

Brat znał mnie na wylot.

Puści­łem jego rękę i go obją­łem. Sta­li­śmy tak, aż słońce znik­nęło, a niebo pomrocz­niało.

Lepiej żegnać się po ciemku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki