Zdradzana
- Boże, jak ja nienawidzę tego dnia. - Wiktoria nie dawała za wygraną. -
Dlaczego musimy świętować właśnie TEN dzień? Ja rozumiem, dziewczyny, że
jutro są walentynki, ale uwierzcie mi, że nie można uzależniać swojego
szczęścia od tego, czy się jest w związku, czy nie. Faceci dziś są,
jutro ich nie ma. I za to, że tak znikają i mamy o czym gadać, z przyjemnością postawię wam, kochane, butlę prosecco, którą przegryziemy
ostrygą. Co wy na to?
Julka i Milena patrzyły na nią jak zaczarowane. Dopiero co weszły do tej
modnej hali, pełnej restauracji i barów, a już były niezadowolone.
Wszystkie knajpki znajdowały się tu jedna obok drugiej, jak w korporacyjnym open space. Należało jednak przyznać, że było to
najnowocześniejsze miejsce spotkań towarzyskich w Warszawie. Schodziła
się tutaj cała elita stolicy i typowa "warszawka" - nie tylko po to,
żeby się pokazać, lecz także po to, by poznać nowych ludzi. Wszyscy byli
tutaj bardzo otwarci i, o dziwo, ładni. Wiktoria nieraz zastanawiała się
nad fenomenem tego miejsca. "Czy ci ludzie, przychodząc tutaj, wkładają
na siebie najdroższe ciuchy, jakie mają w szafie? A może po prostu klasa
średnia w ogóle tu nie bywa?" - głowiła się, starając się rozwikłać tę
zagadkę.
Należało przyznać, że Wiki w oczach swoich koleżanek od zawsze była
kobietą sukcesu. Piękna i z klasą. Prawdziwa bizneswoman. Kasztanowe i długie włosy, oczy niebieskie jak morze, mały nosek. Niewielki biust i wąska talia. Była średniego wzrostu, bił jednak od niej blask, który
przyciągał uwagę każdego mężczyzny. Na jej stopach zawsze błyszczały
najwyższej klasy szpilki, a styl ubierania zżynała od niej każda
koleżanka. Wiktoria miała butik przy Mokotowskiej z własną kolekcją
strojów kąpielowych i bielizny, którą mogłaby śmiało prezentować na
wybiegu i w której chodziła na co dzień. Co prawda, zawsze śmiała się z siebie, mówiąc: "Z tyłu plecy, z przodu plecy, Pan Bóg stworzył mnie dla
hecy, więc nikt by się nie kapnął, że to bielizna". Nawet dzisiaj pod
czarną marynarką w delikatne cienkie prążki miała na sobie tylko
koronkowy stanik a la top. Każdy, kto się jej przyglądał, widział
prześwitujące przez materiał sutki. To jej jednak nie krępowało. W takich sytuacjach lubiła wzbudzać zainteresowanie mężczyzn. Na co dzień
była dosyć skromna i nieśmiała i rzadko kiedy wychodziła na miasto.
- Wiki, zdajemy się na ciebie, ty zawsze dobrze doradzasz. Może
wybierzemy się dziś do takiego miejsca, w którym będzie szansa poznać
jakiegoś przystojniaka?
Milena nigdy specjalnie nie kryła się z tym, że jest spragniona miłości.
Od rozstania z Łukaszem, nie licząc kilku jednorazowych przygód, nie
poznała nikogo, z kim mogłaby randkować. Była typem osoby, która nie
radziła sobie z samotnością. Koleżanki często powtarzały jej, że dla
niej nieważne, z kim będzie - ważne, że będzie. I to była chyba prawda.
Milena często myliła uczucie z pożądaniem. Myślała, że idąc z facetem
prędko do łóżka, zdobędzie jego serce. Finalne, po seksie, rzadko który
się do niej odzywał.
- Dobra, dziewczyny. Plan jest taki: mam ochotę na ostrygi i będę chora,
jeśli kilku nie zjem, więc teraz pijemy prosecco, potem idziemy na
drinka, a po drinku do dobrej knajpy. Tam macie szansę poznać bogatego
faceta z klasą. Tylko jedna rada: nie rozglądamy się za nimi. Desperację
widać oczach, drogie panie. Rozglądacie się wtedy jak szalone, głowa
lata wam na wszystkie strony, tak że zaraz odpadnie. Jesteście ze mną,
jesteśmy razem i na tym się skupiamy. Przyszłyśmy tu zapić te posrane
walentynki, a nie szukać kolesia na jedną noc.
- No chyba ty! - Milena się zaśmiała. Spokojnie mogłaby napisać książkę
pod tytułem Jak zrazić do siebie faceta po jednej nocy lub Katalog
warszawskich panów z dokładnymi wymiarami ich członków.
- "Mii... Miii... Milenka, twe ciało w moich rękach, roztapiasz się jak
miód, bo ty to istny cud". - Wiktoria zaczęła nucić piosenkę
discopolowego zespołu.
- Oj, daj spokój, tylko przy żadnym facecie mi tak nie śpiewaj! - Milena
zachichotała.
- Dobra, dziewczyny, my tu gadu, gadu, ale dochodzi dwudziesta, a my
nadal stoimy jak zaczarowane, a ja mam ochotę na lampkę wina. Dodam, że
tylko jedną, bo przyjechałam autem. Więc pośpieszmy się, okej? -
wtrąciła się Julka. - Może podejdziemy już do tej twojej ostrygowej
miejscówki? Zjesz je i pójdziemy dalej?
Wiktorii nie trzeba było dwa razy powtarzać. Odwróciła się energicznie i stanęła przed wielkim szklanym akwarium wyłożonym drobno skruszonym
lodem, na którym leżały afrodyzjaki - świeże langustynki i ostrygi.
Długo patrzyła na nie i na każdy przypisany do danej ostrygi opis.
Najbardziej lubiła holenderskie.
"Dutch oyster. Ostryga ta pochodzi z Holandii; uprawiana jest we
wschodniej Skaldzie oraz w jeziorze Grevelingen. Temperatura, zasolenie
oraz właściwości tamtejszych wód tworzą idealną mieszankę pod uprawę
ostryg, które są delikatne i słodkie w smaku".
- Poproszę cztery holenderskie ostrygi i butelkę prosecco oraz trzy
kieliszki. A wy co zjecie, dziewczyny? Może langustynkę?
- Nie, nie, prosecco nam wystarczy - odpowiedziały zgodnie.
- Polecam jeszcze La Speciale Geay, myślę, że te pani zasmakują bardziej
niż holenderskie - wtrącił się kelner.
Wiktoria rzuciła okiem na witrynę. "La Speciale Geay. Bardzo mięsiste
ostrygi o niezwykłym balansie słodyczy i soli. Utrzymywane przez kilka
tygodni w płytkich glinianych stawach, osiągają wyraźnie lepszą jakość.
W procesie hodowli przenosi się je z jednego basenu do drugiego przez 42
dni. Wszystko po to, aby mogły nabrać jak najwięcej składników
odżywczych oraz królewskiego smaku" - przeczytała.
- Okej. To niech będą trzy holenderskie i cztery Le Speciale Geay.
- Świetny wybór. Już podaję.
Po kilku minutach na wysokim barowym stole przed Wiktorią pojawiła się
ogromna metalowa taca po brzegi wypełniona skruszonym lodem i ostrygami.
Każda z ostryg była już otwarta i odcięta, by Wiki spokojnie mogła
połknąć ją w całości. Do tego dodawano zawsze sos z różowego octu i cebulki, który podkreślał smak ostrygi. Kelner polał dziewczynom
prosecco, a Wiktora zabrała się do kosztowania. Kiedy miała już w dłoni
pierwszy owoc morza, zauważyła, że przygląda jej się pewien nieznajomy.
Brunet z dwudniowym zarostem, w koszuli w czerwono-czarną kratę. Był
nawet całkiem przystojny; może nie jakieś tam okładkowe ciacho, ale
naprawdę męski, nieprzerysowany. Włosy miał krótkie, ale nie na tyle by
nie móc wsunąć w nie dłoni, by poczuć ich gęstość. Uwagę najbardziej
jednak przykuwały jego wielkie migdałowe oczy i bijące z nich ciepło.
- Hmm. - Wiktoria chrząknęła, uśmiechając się do nieznajomego, zanim
połknęła kolejną ostrygę. Kiwnął jej głową na znak powitania. Pozdrowiła
go nieco szerszym uśmiechem i zabrała się do kolejnej muszelki. Po
pięciu minutach po ostrygach nie było już śladu, podobnie jak po
prosecco w kieliszku.
- No to ja już, dziewczyny. Możemy iść.
- Żartujesz? Ja nawet nie jestem w połowie kieliszka! - Julka zaczęła
się dąsać. - A ostrygami to nie trzeba się delektować? Ty je połknęłaś
jak jakaś nienormalna... Chyba że chciałaś, żeby ci tak szybko libido
skoczyło.
- Słońce, z tym libido to mit. Mogę zjeść nawet kilogram ostryg, a wcale
nie sprawią, że będę miała ochotę na seks.
Julka wykrzywiła się, dopijając duszkiem trunek z bąbelkami.
- Potwierdzam. Na mnie też nie działają. - Usłyszały męski, chropowaty
głos. - Przepraszam, nie chciałem podsłuchiwać, ale chyba każdy was tu
słyszał. Jesteście dosyć głośne.
Był to brunet, który chwilę wcześniej bacznie przyglądał się Wiktorii.
Teraz obrócił się na pięcie i odszedł, puściwszy do Wiktorii oko.
"Świetnie, kolejny zboczeniec, który lubi podsłuchiwać babskie rozmowy o seksie" - pomyślała. Ten wieczór mimo ostryg nie zaczął się tak, jakby
tego chciała. Julka grymasiła. Milena jak zawsze nie miała własnego
zdania, a do tego przypałętał się do nich jakiś zboczeniec.
"Takie to właśnie są te, kurwa, wymyślone walentynki" - zaklęła w myślach.
Dziewczyny dopiły drinki i poszły do słynnej Mrocznej. Tutaj Wiki zawsze
miała chody. Nie musiała czekać w kolejce do baru ani na stolik. Dobrze
znała się z menedżerami i szefem kuchni, który zawsze dawał jej do
spróbowania menu degustacyjne. Ledwo zbliżyły się do wejścia, a już
Łukasz, menedżer knajpy, machał im z daleka.
- Chodźcie, dziewczyny, mam dla was specjalne miejsce. Przy samym barze.
Prosecco na mój koszt.
Wiktoria od razu wpadła w jego ramiona i ucałowała go czule. Uwielbiał
ją - zresztą kto jej nie uwielbiał? Była bardzo empatyczna i ciepła, bez
problemu nawiązywała nowe znajomości. Po prostu dało ją się lubić, tym
bardziej że lubiła się uśmiechać i była szczera. Wiedziała dużo o ludziach, bo chętnie jej się zwierzali, o niej samej jednak mało kto coś
wiedział. Nie lubiła się uzewnętrzniać, a już na pewno nie lubiła
zwierzać się ze swoich problemów. Dlatego inni chętnie z nią rozmawiali.
Wiadomo - nikt nie lubi malkontentów ani ludzi wiecznie niezadowolonych
z życia.
- Jak się ma twoja żona, Łukaszku? Bielizna jej się podobała?
- Kochana moja! Jak ty rozumiesz kobiety. W tej czerwonej koronkowej,
którą mi doradziłaś, wygląda bosko! Gdy tylko ją na siebie wkłada, czuję
się tak, jakbym miał w domu gwiazdę! Dziękuję. - Ucałował Wiktorię w oba
policzki. - Panowie - zwrócił się do barmanów - do tej butli prosecco
dajcie jeszcze dziewczynom truskawki, by osłodzić im życie. A wy bawcie
się dobrze. - Skinął na przyjaciółki i odszedł, by powitać nowych gości.
Milena rozglądała się po sali.
- Stara, ty to masz chody. To chyba będą naprawdę fajne walentynki. -
Uśmiechnęła się szeroko, bacznie łypiąc wkoło w poszukiwaniu
przystojniaka, do którego mogłaby zagadać.
Wiktoria miała dość tej dziecinady przyjaciółki. W Warszawie znała
prawie wszystkich, którzy zaszli wysoko, i nie chciała uchodzić za łatwą
dziunię szukającą wrażeń. Ani za taką, która z takimi dziewczynami się
przyjaźni.
- Nie rozglądaj się tak, wariatko! Mówiłam coś na ten temat.
D-E-S-P-E-R-A-C-J-A!!! - wypaliła jej do ucha.
- Już, już, przepraszam.
- Dziewczyny, co wam podać? Zjecie coś czy dziś tylko drinki? - zapytał
kelner, który wyrósł przed nimi nagle niczym maślak po obfitym deszczu.
Wiktoria spojrzała na koleżanki i widząc ich niezdecydowane miny, jak
zwykle przejęła pałeczkę.
- Jemy. Poprosimy tatar wołowy, tost z jajkiem i pieczarkami...
- Dla mnie nic - syknęła Julia. - Odchudzam się, a jak zjecie, to wracam
do domu. Jakoś nie mam nastroju na balowanie. Zresztą zobaczcie, co się
dzieje za oknem. Leje jak z cebra. I to jakiś śnieg z deszczem.
"Może i lepiej, że sobie pójdziesz. Tylko psujesz nastrój" - pomyślała
Wiktoria, która wiele poświęciła, by dziś imprezować razem z nimi.
Za oknem rzeczywiście zrobiło się nieciekawie. Ale przecież był luty. Za
dnia było kilka stopni na plusie, padał śnieg z deszczem, po czym w mgnieniu oka zrobiła się plucha, do tego zacinał ostry wiatr. Wiktoria
lubiła taką pogodę, ale tylko wtedy, gdy była u siebie w mieszkaniu.
Kochała te leniwe wieczory, kiedy mogła leżeć pod kocem w swoim
ulubionym fotelu, ogrzewając się ciepłem małego kominka w stylu
skandynawskim. W takich momentach zazwyczaj piła ciepłą herbatę z miodem, cytryną i imbirem. Lubiła swój azyl. Mieszkała na parterze w przepięknym apartamentowcu na Saskiej Kępie. W jej budynku było tylko
dziewięć mieszkań, z czego dwa na parterze. Jej ogródek zawsze był
zadbany. Latem miała idealnie skoszoną trawę i rozstawione meble
rattanowe, a zimą... Zimą lubiła klimat Bożego Narodzenia. Iglaki
podświetlała lampkami, a ledowy renifer stał aż do wiosny. Wpatrując się
teraz w szybę, przez chwilę zapomniała, gdzie jest, i zamarzyła o powrocie do domu. Wiedziała jednak, że takim zachowaniem zraniłaby swoje
koleżanki, szczególnie Milenę, która liczyła, że dzięki niej tej nocy
pozna mężczyznę na całe życie.
- Dobra, dziewczyny. Dojadajcie te swoje przekąski, bo ja chcę już
jechać. Wejdę tyko z wami dalej na jednego drinka i spadam. - Julka
wyrwała Wiktorię z zamyślenia.
- Dokąd się tak spieszysz? Daj nam dopić, przełknąć. Jesteś okropna. -
Milena nie wytrzymała. - Rozumiem, że dawno nikt cię nie przeleciał, ale
weź wyluzuj. Albo wyjdź już, albo przestań psuć nam wieczór. Nieczęsto
wychodzimy we trzy! Doskona...
Nie zdążyła dokończyć zdania, kiedy Wiktoria ostentacyjnie i z hukiem
wstała, odsuwając bardzo nieelegancko krzesło. Narobiła takiego hałasu,
że wszyscy goście restauracji patrzyli teraz tylko na nią.
- Co ty robisz? - zapytała Julka drżącym głosem.
- Wychodzę! Mam dość twojego zrzędzenia, jęczenia i niezadowolenia.
Odechciało mi się wszystkiego, serio! A wiecie, że takie babskie wyjście
to dla mnie teraz niemal święto!
Sięgnęła po torebkę, zarzuciła na ramiona elegancki wełniany płaszcz i skierowała się do wyjścia, zostawiwszy na blacie pięćdziesiąt złotych za
swój tatar i tosta. Dziewczyny szybko zerwały się i ruszyły za nią,
błagając, by nie wracała do domu. Stojąc przed budynkiem, nie zauważyła
nawet, że całej sytuacji przygląda się tajemniczy nieznajomy od ostryg.
Pan ostryga.
- Przepraszam, chodź z nami. Już się nie dąsaj - prosiła Julka.
- Ale zamówmy taksówkę, inaczej całe przemokniemy - wyszła z propozycją
Milena.
- Przecież bar jest pięćset metrów stąd. Dasz radę pieszo - zarządziła
Julka.
Wiktoria przestała się hamować.
- Ja to pierdolę. Z całym szacunkiem, ale mam na sobie louboutiny za
trzy tysiące i nie zamierzam ich zniszczyć w tak głupi sposób. Albo
zamawiamy taksówkę, albo nas podwieziesz.
Zawsze wiedziała, czego chce. Jej stanowczość sprawiała, że dziewczyny
nigdy nie podważały jej zdania.
- No to może jedna z was pobiegnie ze mną do auta? - zaproponowała
Julka.
Wiktoria przewróciła oczami.
- Przepraszam, dziewczyny - wymianę zdań przerwał im nagle męski głos -
ale obserwuję całą tę dantejską scenę. I mam na to radę. Poczekajcie
chwilkę.
Wiki rzuciła okiem w kierunku nieznajomego. Ach, więc to "pan ostryga".
Po kilku sekundach zjawił się z olbrzymim parasolem.
- Ja pójdę z panią do samochodu i przytrzymam parasol, żeby pani nie
zmokła. Podjedziemy tu autem i zgarnie pani swoje koleżanki.
- Świetny pomysł.
Wiktoria przyjrzała mu się uważniej. Mężczyzna był naprawdę przystojny,
a pierwsze złe wrażenie skutecznie udało mu się zatrzeć propozycją
podania parasola. Wszystko wskazywało jednak na to, że podoba mu się
Julka. No cóż, przynajmniej będą miały podwózkę.
Śnieg z deszczem zacinał coraz mocniej i dziewczyny szczerze się
cieszyły, że nie podjęły się pójścia do kolejnej knajpy pieszo. Czas im
się jednak dłużył na czekaniu na samochód i miały wrażenie, że Julki z "panem ostrygą" nie ma już z dziesięć minut.
- Chyba zaiskrzyło, skoro tak długo ich nie ma - stwierdziła
sarkastycznie Milena, przerywając ciszę.
- Oby mu w tym aucie nie usiadła na klejnoty, desperatka.
Wiki nie kryła oburzenia. W jej życiu w ostatnim czasie zaszły wielkie
zmiany i w efekcie jej podejście do świata się zmieniło, a postępowanie
Julki bardzo ją irytowało. Postanowiła sobie nawet, że pozbędzie się tej
znajomości, bo i tak nic dobrego ona nie wnosi. "Odcinaj się od tego, co
ci nie służy" - powtarzała zawsze jej babcia. "To była mądra kobieta,
czas jej posłuchać" - pomyślała teraz Wiktoria.
- No wreszcie! Są! - Milena aż klasnęła z ekscytacji w ręce. - Ciekawe,
czy wziął od niej numer telefonu...
Julka zaparkowała pod samym wejściem. Tajemniczy nieznajomy wyskoczył z auta i rozłożył parasol, by dziewczyny nie zmokły. Otworzył im nawet
drzwi do samochodu.
- Jeśli mogę spytać: dokąd się panie wybierają potem?
- W kierunku Wisły - wypaliła bez namysłu Milena.
Pokiwał głową.
- Ach tak. A zatem się nie zobaczymy, to zupełnie nie moje klimaty.
Miłej nocy, drogie panie.
Wiktoria uśmiechnęła się lekko do niego, zrozumiawszy aluzję. Siedząca
za kierownicą Julka nadal miała skwaszoną minę i w ogóle się nie
odezwała.
- Co ty taka skrzywiona? Gość był miły, poszedł z tobą. Dałaś mu swój
numer? - zaczęła wypytywać Milena.
- Żartujesz? To jakiś oblech. Nie dałam...
- Jak to? Dobierał się do ciebie? Gadał jakieś głupoty?
- Nie. Po prostu oblech i tyle. Wychodźcie, już jesteśmy pod
restauracją.
Nie drążyły. W środku kelner wskazał im miejsce przy didżejce, z widokiem na ulicę. Wszystkie pozostałe stoliki były zajęte. Didżej grał
podrasowane piosenki z lat osiemdziesiątych. Mężczyźni byli w koszulach,
dostojni, bogaci i z klasą. Wiktoria wiedziała, że byle kto tu nie
przychodzi. Jej przyjaciółki rzucały intensywne spojrzenia po całej
restauracji. Tu było luksusowo. Podłoga w marmurach, zamszowe kanapy i fotele. Bardzo drogie alkohole i kosmicznie wielkie żyrandole z kamieni
Swarovskiego.
- Sto złotych za przystawkę!?! Czyś ty zwariowała? - Julka próbowała być
dyskretna i przekazać szeptem swoje niezadowolenie, ale jej nie wyszło.
Kelner, który wszystko usłyszał, poczęstował ją wymuszonym uśmiechem.
- Spoko, ja stawiam. - Wiktoria nie miała nigdy problemu, by zapłacić za
koleżanki, nawet kiedy jej się nie przelewało.
Kelner wyraźnie się niecierpliwił.
- Czy mogę już przyjąć zamówienie? - zapytał sztucznie grzecznym tonem.
- Tak. Poproszę butelkę tego słodkiego polskiego wina. Przystawkę z krewetkami, tatar z tuńczyka na awokado i mango z ryżem w mleku
kokosowym.
- Oczywiście.
Po tych słowach oddalił się w kierunku kuchni.
- Zwariowałaś. - Julka ciągnęła swoją beznadziejną tyradę. - Kurwa,
zwariowałaś. Dziewczyno, ty zapłacisz za to z siedemset, jak nie
osiemset złotych.
- Jezu Chryste, Jula, zaraz dam ci w pysk! - zirytowała się Milena. -
Weź się w końcu przymknij i przestań robić nam wstyd. Albo wyjdź stąd i więcej się do nas nie odzywaj! Psujesz wieczór, kurwa! Nie możemy sobie
poplotkować, pośmiać się, bo ty od razu się krzywisz! Komentujesz
wszystko głośno, tak że każdy zwraca na nas uwagę. Po cholerę się w ogóle z nami spotykałaś? Mam dość! Opuść ten lokal.
Wiktoria nie poznawała Mileny. Najspokojniejsza z nich, nieczęsto
wybuchała i mówiła wprost, co myśli. To wystąpienie bardzo jej się
podobało. Uśmiechnęła się w duchu.
- Potwierdzam opinię Mileny. Idź już sobie.
Julka zmrużyła oczy, wyraźnie rozgniewana. I choć warga jej nawet nie
drgnęła, widać było, że ciśnie jej się na język słowo "spierdalaj".
Wstała od stolika, odwróciła się na pięcie i wyszła.
Kiedy Julia wyszła, dziewczyny odetchnęły z ulgą. Po chwili na ich stole
wylądowały przystawki i wino. Milena i Wiktoria spojrzały po sobie i się
uśmiechnęły. Obie kochały luksusy. Obie były piękne i faceci za nimi
szaleli. Same nie wiedziały, czemu tak długo trzymały przy sobie
nadąsaną Julkę. Wzniosły toast za bajeczną noc i zaczęły zajadać się
pysznościami. Wreszcie mogły porozmawiać o życiu, o swoich planach.
Wiktoria zdradziła Milenie, że planuje wypuścić seksowną kolekcję
bielizny dla kobiet w ciąży i matek. Milena wreszcie miała okazję
pochwalić się awansem w banku.
- Zostałam wicedyrektorem, więc, moja droga, ja stawiam - cieszyła się.
Nagle przy ich stoliku zjawił się kelner z szampanem w czarnej butli ze
złotą etykietą. Tysiąc złotych za butelkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki