Zdradliwa przyszłość - Róża Lewanowicz

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Dla Elż­biety Ko­wal­skiej brak męża w nocy w ich mał­żeń­skim łóżku mógł ozna­czać tylko dwie rze­czy: jej ślubny albo był w pracy, albo le­żał w kost­nicy. A że Ma­riusz nie za­po­wia­dał po­przed­niego wie­czoru, by miał się wy­bie­rać na ja­kąś ak­cję, pu­ste miej­sce obok po pro­stu wy­bu­dziło ją z głę­bo­kiego snu. Na­słu­chi­wała przez chwilę, czy z miesz­ka­nia nie do­cho­dzą ja­kieś od­głosy, ale poza ty­ka­niem ze­gara ścien­nego w kuchni nie do­tarł do jej uszu ża­den dźwięk.

- Ma­riusz?! - za­wo­łała nie­pew­nie, nie chcąc wsz­czy­nać nie­po­trzeb­nego alarmu i bu­dzić dzieci śpią­cych za ścianą. Wstała, owi­nęła się szla­fro­kiem i po­szła do sa­lonu, gdzie zna­la­zła męża sto­ją­cego przy oknie. Nie za­re­ago­wał ani na jej głos, ani na­wet wów­czas, gdy zna­la­zła się za jego ple­cami. - Co ty ro­bisz?

- Co? - drgnął, kiedy po­czuł jej dłoń na ra­mie­niu. - Co jest, Ela? Idź spać.

- Mo­gła­bym to samo po­wie­dzieć to­bie. Dla­czego tu sto­isz? Jest trze­cia w nocy.

- Nie mo­głem spać.

Elż­bieta par­sk­nęła śmie­chem.

- Ty? Nie mo­głeś spać? Ko­tek, chory je­steś?

- Nie... - Po­krę­cił głową. Wy­glą­dał na bar­dzo roz­tar­gnio­nego. - Nie, ja po pro­stu... coś nie daje mi spo­koju.

- Coś z pracą? - Sta­nęła bli­żej, żeby wy­raź­niej wi­dzieć jego twarz.

- Tak. Mu­szę po­ga­dać z Bren­ne­rem... to zna­czy z Ko­tem.

- Ale kiedy chcesz to ro­bić? Chyba nie te­raz?

- W za­sa­dzie... mia­łem za­miar wyjść. Po­wi­nie­nem je­chać do pracy. To ważne...

Ela pró­bo­wała zła­pać go za rę­kaw ko­szulki, ale nie zdą­żyła. Od­wró­cił się na pię­cie i po­szedł do sy­pialni, gdzie otwo­rzył szafę na ubra­nia. Chcąc nie chcąc, po­szła za nim.

- Wy­ja­śnisz mi to? - szep­nęła, sta­jąc na­prze­ciwko fo­tela, na któ­rym Ma­riusz wkła­dał spodnie i skar­petki.

- Nie mogę... Eluś, nie te­raz. Mu­szę je­chać na Mo­ko­tów do Ko­to­wi­cza i po­wie­dzieć mu coś waż­nego.

- Do niego czy do Ewe­liny?

Ko­wal­ski prze­stał się ubie­rać i spoj­rzał w ciem­no­ściach na żonę.

- Prze­stań! - po­wie­dział ci­cho, ale bar­dzo sta­now­czo. - To nie jest do­bry mo­ment.

- A kiedy bę­dzie? - Pierś Elż­biety unio­sła się w na­głym przy­pły­wie emo­cji.

- Na pewno nie te­raz... je­śli w ogóle. Mo­żemy omó­wić tę sprawę po moim po­wro­cie, ale za­sta­nów się, czy na pewno tego chcesz.

Ela przy­gry­zła wargę, po­wstrzy­mu­jąc na­pły­wa­jące do oczu łzy. Ma­riusz wstał z fo­tela, ze­rwał z wie­szaka ma­ry­narkę i na­chy­lił się nad żoną, żeby po­ca­ło­wać ją w po­li­czek. Uchy­liła się lekko, od­wra­ca­jąc wzrok.

- Zo­staw to, do­brze? - Po­gła­dził ją po ra­mie­niu. - Daj so­bie spo­kój, chyba że chcesz mnie zo­sta­wić... Idę. Wra­caj do łóżka.

Wy­szedł szybko z miesz­ka­nia, ale na scho­dach za­trzy­mał się na parę se­kund, od­dy­cha­jąc ciężko. Kiedy po­my­ślał o tym, żeby je­chać do Kota, na­wet nie po­my­ślał o Ewe­li­nie. W za­sa­dzie pra­wie za­po­mniał o tym, że się z nią prze­spał, nic dla niego nie zna­czyła... Ale do Elż­biety to upo­ko­rze­nie wra­cało każ­dego dnia i cza­sami przy­po­mi­nała mu o tym pod­czas róż­nych zda­rzeń. Gdyby mógł cof­nąć czas, na­wet by tej smar­kuli nie do­tknął, by­leby nie wi­dzieć jej wzroku, nie sły­szeć żalu w gło­sie i nie bać się, że na­prawdę odej­dzie.

Zbiegł po scho­dach, na­wet nie za­pa­la­jąc świa­tła. Są­siedzki "mo­ni­to­ring" skru­pu­lat­nie no­to­wał wszelką ak­tyw­ność przez wi­zjery i okna na po­dwórko. Kiedy szedł do auta, do­brze wie­dział, że jest ob­ser­wo­wany, i to nie tylko przez prze­jętą żonę, która pew­nie już tej nocy nie za­śnie.

Na osie­dle, na któ­rym miesz­kał Łu­kasz Meyer z żoną Ju­styną, wszedł tylko dla­tego, że po­ka­zał le­gi­ty­ma­cję. Od dnia po­rwa­nia Ju­styny wszy­scy ochro­nia­rze speł­niali swoje obo­wiązki bar­dziej niż skru­pu­lat­nie. Do­dat­kowo wpro­wa­dzono kilka no­wych za­sad, jesz­cze bar­dziej utrud­nia­ją­cych in­tru­zom wej­ście na te­ren blo­ko­wi­ska. Zer­k­nął od­ru­chowo w okna Mey­erów i ze zdzi­wie­niem za­uwa­żył, że w kuchni pali się świa­tło. Rze­czy­wi­ście, kiedy na­ci­snął do­mo­fon, Kot ode­brał po kil­ku­na­stu se­kun­dach.

- Kogo nie­sie? - za­py­tał spo­koj­nym to­nem To­mek.

- Ko­wal­ski.

- Pier­do­lisz?! - Spo­kój za­mie­nił się w re­chot. - Wła­zić!

To­mek stał w drzwiach i śmiał się całą gębą do Ma­riu­sza, który był naj­więk­szym śpio­chem, ja­kiego wi­działy całe CBŚ i po­li­cja.

- Co z tobą, hm? - śmiał się, wpusz­cza­jąc Ko­wal­skiego do środka. - Masz guza mó­zgu, który nie po­zwala ci spać?

- Nie, mu­szę po­ga­dać. - Ma­riusz od razu po­ma­sze­ro­wał do kuchni. - To ważne.

- Za­pra­szam więc. Zro­bię ci kawy. So­bie też.

Ko­wal­ski za­jął miej­sce za sto­łem i ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Mey­erów od kilku mie­sięcy nie było w Pol­sce i te­raz w tej kuchni nie­po­dziel­nie rzą­dziła jego ku­zynka Ewe­lina, która, nie wie­dzieć czemu, zwią­zała się ze star­szym o pra­wie dwa­dzie­ścia lat Tom­kiem Ko­to­wi­czem i miesz­kała z nim, jak gdyby ni­gdy nic, pro­wa­dząc mu dom i umi­la­jąc smutne jak do tej pory ży­cie.

- A ty czemu nie śpisz? - za­py­tał Ma­riusz, ścią­ga­jąc kurtkę. - To nie tylko dla mnie chora pora dnia.

- A, szkoda ga­dać. - Kot mach­nął ręką. - Ze­szło nam wczo­raj, bo naj­pierw była u nas moja te­ściowa...

- Matka Ewki? - zdzi­wił się Ma­riusz.

- Tia... przy­je­chała się po­ża­lić na ży­cie. Po­tem zja­wił się oj­ciec Mey­era, żeby za­py­tać, czy wszystko w po­rządku, i opo­wie­dzieć o róż­nych pier­do­łach. Póź­niej sie­dzia­łem z Ewe­liną nad ja­kimś ma­te­ria­łem do ko­lo­kwium, bo od kiedy do­stała sty­pen­dium, to się uczy bar­dziej niż trzeba.

- Sam so­bie wy­ho­do­wa­łeś tę żmiję, Ko­teczku. Na wła­snej piersi w do­datku. -Ko­wal­ski się ro­ze­śmiał.

- Wła­śnie - mruk­nął To­mek, sta­wia­jąc przed Ma­riu­szem ku­bek z kawą. - No a po­tem się oka­zało, że jest strasz­nie późno, a ja cią­gle mam ro­botę z Biura, więc do niej za­sia­dłem, a kiedy koń­czy­łem, to za­dzwo­ni­łeś ty. I noc po­szła się... Ale, ale! My nie o tym, zdaje się, prawda? Da­waj, co masz, bo mnie za­in­try­go­wa­łeś swoją wi­zytą.

- Cho­dzi o Ko­wa­liowa - wy­pa­lił Ma­riusz, za­nim Kot skoń­czył mó­wić.

- Nie! - Dłoń Tomka, którą miał za­miar się­gnąć po ły­żeczkę cu­kru, opa­dła ciężko na stół. - Co znowu? Sprawa za­mknięta.

- A mnie się wy­daje, że nie.

- Bo?

- Bo nie daje mi spo­koju to, co po­wie­dział nam Ja­ku­bow­ski na Ma­zu­rach. Pa­mię­tasz?

- No, jak przez mgłę. - Kot się skrzy­wił. - Szcze­góły po­pro­szę.

- Uwa­żam, że po pierw­sze, nie po­wie­dział wszyst­kiego, a po dru­gie, oni cią­gle wo­dzą nas za nos.

- Kto?

- Ko­wa­liow.

- On sie­dzi. Tak jak pre­zes ze Sło­twiń­skim, tyle że oni w swoim wie­żowcu, ci­cho jak my­szy pod mio­tłą i wiesz, że nie wy­ściu­bią no­sów ze stra­chu... więc nie wiem, czemu mie­liby wo­dzić nas za nos.

- Bo okła­mali nas w kwe­stii tego po­rwa­nia, przy­naj­mniej Ko­wa­liow.

- No... - Kot uniósł brwi i upił łyk kawy. - Słu­cham uważ­nie.

- Ko­cie, jak dla mnie te tłu­ma­cze­nia, że po­rwali Ju­stynę, żeby się do­wie­dzieć, czemu jest cenna dla Sło­twiń­skiego i pre­zesa, są co naj­mniej na­cią­gane.

- Ru­sek po­wie­dział, że po­rwał, żeby nie od­wo­dziła pre­zesa od układu z nimi.

- I my je­ste­śmy de­bi­lami, że w to uwie­rzy­li­śmy! To bez sensu.

- No to co ma sens?

- Po­rwa­nie Ju­styny dla Ju­styny.

To­mek chciał zri­po­sto­wać, ale za­bra­kło mu in­wen­cji.

- Yy... - Słowa ugrzę­zły mu w gar­dle. - Mu­sisz mi to wy­ja­śnić jak kro­wie na ro­wie, bo chyba nie na­dą­żam.

- Wi­dzisz, Ja­ku­bow­ski nie kła­mał, mó­wiąc, że chcą przez Ju­stynę do­trzeć do na­jem­ni­ków, żeby sprze­da­wać im broń, ale my­ślę, że Ko­wa­liow chciał tego sa­mego.

Ko­to­wicz za­marł. Sły­szał, jak serce bije mu klatce pier­sio­wej, a po chwili usły­szał świst.

- Sze­fie? - Ma­riusz po­trzą­snął go za ra­mię. - Je­steś tu?

- Kurwa - szep­nął Kot. - Ona... oni cią­gle są w nie­bez­pie­czeń­stwie... je­śli masz ra­cję.

- No. - Ko­wal­ski po­trzą­snął ener­gicz­nie głową. - Ktoś nie prze­stał się nimi in­te­re­so­wać, zwłasz­cza że są w Afga­nie.

Kot wes­tchnął i scho­wał twarz w dło­niach.

- Cze­kaj. - Po chwili znowu spoj­rzał na Ma­riu­sza. - To trzeba do­brze prze­my­śleć.

- I po­ga­dać z pre­mie­rem.

- Jesz­cze to! - cmok­nął zi­ry­to­wany na do­bre To­mek. - Będę się mu­siał zgło­sić do Ra­siaka... Ale naj­pierw chcę być pe­wien, że to, z czym do niego pójdę, bę­dzie miało sens. Która go­dzina?

- Wpół do szó­stej.

- Za wcze­śnie, żeby je­chać do ro­boty i na­ra­dzać się z ludźmi...

- Le­piej nie - prze­rwał mu Ko­wal­ski. - My­ślę, że nie po­wi­nien o tym wie­dzieć nikt nie­po­wo­łany.

- To jaki masz po­mysł?

- Nie wiem... - Ma­riusz po­dra­pał się po uchu. - My­śla­łem... my­śla­łem, że może trzeba by się sta­rego za­py­tać.

- Kogo?

- No, Bren­nera.

- Cią­gle mó­wi­cie na niego "stary"? - Kot się uśmiech­nął. - Wy­da­wało mi się, że te­raz tak mó­wi­cie na mnie.

- Ja­koś do cie­bie nie pa­suje. - Ko­wal­ski wy­dął usta, przy­glą­da­jąc się uważ­nie Tom­kowi.

- No, do­bra. Po­wiedzmy, że po­je­dziemy do in­spek­tora...

- Jedźmy te­raz! - prze­rwał mu po­now­nie Ma­riusz.

To­mek wes­tchnął ciężko, ale, nie wie­dząc czemu, nie opo­no­wał. Ski­nął głową i wstał od stołu.

- Do­brze, tylko się prze­biorę.

Za­nim do­tarli przed dom, w któ­rym miesz­kali Bren­ne­ro­wie, chciał kilka razy wy­co­fać się z tego po­my­słu i za­wró­cić, uwa­ża­jąc, że były szef uzna ich za wa­ria­tów, ale że nie je­chał jed­nym au­tem z Ma­riu­szem, to nie miał jak mu tego po­wie­dzieć; po te­le­fon też nie chciało mu się się­gać.

Do­mo­fon był ze­psuty, a drzwi do klatki po­zo­sta­wały otwarte, więc we­szli od razu na górę. Nie mu­sieli bar­dzo długo cze­kać, aż ktoś im otwo­rzy, ale in­spek­tor wy­glą­dał na ko­goś, kto zo­stał obu­dzony. Pró­bo­wał uda­wać, że się zło­ści z po­wodu ich naj­ścia, nie po­tra­fił jed­nak ukryć za­nie­po­ko­je­nia wi­do­kiem by­łych pod­wład­nych.

- Co się stało? - wy­szep­tał, a jego twarz wy­raź­nie po­bla­dła.

- Mo­żemy? - Kot uśmiech­nął się Kot. - Po­trze­bu­jemy rady. Dys­kret­nie.

Bren­ner od­su­nął się, ro­biąc im przej­ście, i za­mknął drzwi. Naj­ci­szej, jak się dało, prze­szli do kuchni i usie­dli za sto­łem, nie zdej­mu­jąc na­wet kur­tek.

- No i? - Bren­ner sta­nął przed nimi i roz­ło­żył ręce. - Wy­glą­da­cie, jakby ktoś umarł.

Wtedy do Kota do­tarło, że Bren­ner pew­nie po­my­ślał o Łu­ka­szu i Ju­sty­nie, bo rze­czy­wi­ście wy­glą­dali na po­słań­ców ze złymi wie­ściami.

- Niech pan usią­dzie. Ko­wal­ski, może się cho­ciaż roz­bierzmy.

- Chce­cie coś pić? - za­py­tał Bren­ner, choć chciał już wresz­cie usły­szeć, co mają do po­wie­dze­nia.

- Nie, dzięki.

- Zro­bię wam. - Po­krę­cił głową in­spek­tor i za­mknął drzwi do kuchni. - Moja wła­dza naj­wyż­sza za­raz wsta­nie i mnie opie­przy, że was nie ugo­ści­łem. Ale wy w tym cza­sie mów­cie.

Kot szturch­nął Ma­riu­sza, żeby ten po­wie­dział o swo­ich prze­my­śle­niach. Bren­ner przy­go­to­wy­wał im her­batę, nie pa­trząc w ich stronę ani razu, ale gdy Ko­wal­ski skoń­czył, spoj­rzał na niego w bar­dzo zna­czący spo­sób.

- Mia­łeś słusz­ność, żeby nie mó­wić o tym ni­komu wię­cej. - Kiw­nął łysą głową, po czym po­sta­wił przed ich no­sami dy­miącą her­batę. Sam też so­bie usiadł i po­pa­trzył nad ich ra­mio­nami za okno. - Jest moż­liwe, że twoje przy­pusz­cze­nia nie są słuszne... ale moja ły­sina swę­dzi mnie za bar­dzo, żeby tego nie spraw­dzić. W za­sa­dzie... - Ro­ze­śmiał się ner­wowo. - W su­mie to nie wiem, czemu nie wpa­dli­śmy na to wcze­śniej.

- Bo my cią­gle my­ślimy o Ju­sty­nie jak o kimś, kogo znamy sprzed po­rwa­nia - stwier­dził Kot. - Za­po­mi­namy, że inni tak o niej nie my­ślą. Mało tego: oni mają ra­cję.

- Co masz na my­śli? - zmarsz­czył czoło Bren­ner.

- A czy my tak na­prawdę wiemy, czym ona się tam zaj­muje? Na­wet Meyer do końca tego nie wie, cho­ciaż jest na miej­scu. Ostat­nio, jak po­je­chała na ak­cję, to nie był w sta­nie po­wie­dzieć, czy w ogóle jest w Afga­ni­sta­nie, czy może nie wy­je­chali do ja­kie­goś Pa­ki­stanu czy Iranu... Dla kogo oni pra­cują? Z kim? Za czyje pie­nią­dze? - To­mek po­czuł, że na­gle i jemu to wszystko za­czyna ukła­dać się w nieco inną ca­łość, niż to się do tej pory wy­da­wało. - Przy­jeż­dża do Pol­ski ja­kiś Ru­sek... oka­zuje się, że ściga go cały In­ter­pol i pew­nie parę in­nych służb, ale on wcale nie robi wiel­kiego skoku na kasę, tylko po­rywa biedną dziew­czynę z kor­po­ra­cji, któ­rej szef też za­czyna dziw­nie się za­cho­wy­wać.

In­spek­tor po­ki­wał głową i wpadł w za­dumę.

- Tak... - po­wie­dział ci­cho. - A Ju­styna skądś wie, że po­rwa­nie zle­cał kto inny.

- Wła­śnie - przy­tak­nął Ma­riusz. - Ko­wa­lio­wowi jest na rękę, że łyk­nę­li­śmy jego wer­sję.

- Ale syf. - Bren­ner po­tarł pal­cami oczy. - Naj­gor­sze jest to, że do­póki cze­goś kon­kret­nego się nie do­wiemy, Mey­ero­wie nie mają w War­sza­wie czego szu­kać.

- Tyle że tam też chyba nie są bez­pieczni - za­uwa­żył To­mek. - Przy­szło mi do głowy... choć sam nie wie­rzę, że to mó­wię... żeby po­ga­dać z Mro­zow­skim.

Ko­wal­ski uśmiech­nął się pod no­sem.

- Ga­daj waść. - In­spek­tor zer­k­nął na Ma­riu­sza, po­gła­dził glacę i chrząk­nął zna­cząco. - Je­śli uwa­żasz, że się do­ga­dasz.

- Oj, nie rób­cie min - zi­ry­to­wał się Kot. - A z kim mam roz­ma­wiać? Prze­cież nie z Ju­styną. I tak nie uwie­rzę w żadne jej słowo. Poza tym szcze­rze wąt­pię, żeby była w sta­nie nam po­móc.

- A Mro­zow­ski po­może? - Bren­ner oparł brodę na dłoni, a drugą mie­szał kawę.

- My­ślę, że tak - od­po­wie­dział po­nuro Kot. - Je­śli do­my­sły Ma­riu­sza są słuszne, pro­blem ma nie tylko Ju­styna, ale cała ich grupa. Może go w niej już nie ma, ale z tego, co wiem, za­leży mu na resz­cie lu­dzi... zwłasz­cza na Ju­sty­nie.

In­spek­tor po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krze­śle i od­wró­cił głowę w stronę drzwi, na­słu­chu­jąc, czy od strony sy­pialni nie do­cho­dzą ja­kieś dźwięki. Jego re­ak­cja nie uszła uwa­dze To­ma­sza.

- Hm... do­brze. - Bren­ner mimo wszystko sta­rał się za­cho­wać spo­kój. - To umów się z nim na spo­tka­nie, a ja po­ga­dam z Ra­sia­kiem. I tak mia­łem być dziś u niego.

- Uff... -Ko­to­wicz wes­tchnął. - Cho­ciaż tyle mam z głowy. Kiedy pan wraca do służby?

- Naj­prę­dzej w czerwcu, ale i tak szar­piemy się z Ły­sia­kiem i w pro­ku­ra­tu­rze je­stem czę­ściej niż kie­dy­kol­wiek. Menda ma do­brych ad­wo­ka­tów i cza­sami ża­łuję, że mnie nie wy­koń­czył na tym par­kingu... Gdyby jesz­cze na jaw wy­szły te sprawy, o któ­rych roz­ma­wiamy... - Po­krę­cił głową.

- A co z ak­cją na Pra­dze? - za­py­tał nie­mal szep­tem Kot. - Wy­ry­wał się z tym te­ma­tem?

- Cały czas się wy­rywa. Pró­bo­wał nas tym szan­ta­żo­wać, ale Ra­siak mu obie­cał, że jak bę­dzie da­lej ob­sta­wał przy swoim, to nie ma co li­czyć na ja­ką­kol­wiek ugodę. Jest szansa, że mu zmniej­szą wy­rok za chwi­lową nie­po­czy­tal­ność, ale musi być grzeczny.

- Ro­zu­miem. - To­masz kiw­nął głową i zer­k­nął na ko­mórkę. - Bę­dziemy się zbie­rać. Po­jadę do domu na śnia­da­nie i trzeba wra­cać do pracy. Dzięki, że nas pan przy­jął o tej po­rze.

- To ja dzię­kuję, że mi po­wie­dzie­li­ście. Je­śli coś jest na rze­czy, pre­mier musi o tym wie­dzieć.

- Spo­tka się pan z nim?

- Nie wiem... Brze­ziń­ski robi, co chce. Jak bę­dzie chciał się ze mną wi­dzieć, to się z nim zo­ba­czę.

Kot z Ma­riu­szem za­częli się pod­no­sić z miejsc i ubie­rać, kiedy do kuchni we­szła Gra­żyna Bren­ne­rowa. Sta­nęła w progu onie­miała na ich wi­dok.

- Co... co się stało?

- Nic. - Bren­ner się uśmiech­nął. - Moje dzieci się za mną stę­sk­niły.

- O tej po­rze? Zro­bi­łeś im coś do pi­cia?

- A nie mó­wi­łem? - Bren­ner prze­wró­cił oczami. - Zro­bi­łem. A te­raz idę od­pro­wa­dzić ich do drzwi.

- Do wi­dze­nia, pani Gra­żyno. - Ukło­nił się uprzej­mie Ma­riusz, wy­cho­dząc z kuchni.

- Do wi­dze­nia. - To­masz uści­snął jej dłoń.

- Do wi­dze­nia... - mruk­nęła. - Jak zwy­kle nie wiem, co się dzieje... i jesz­cze mu­szę po wszyst­kich po­zmy­wać.

Przy drzwiach coś się Bren­ne­rowi przy­po­mniało.

- Ko­cie, nie bę­dziesz miał nic prze­ciwko, je­śli do was wpadnę? Do Biura, zna­czy się.

Ko­to­wicz spoj­rzał na Ko­wal­skiego i oby­dwaj wy­bu­chli śmie­chem.

- Co to za py­ta­nie? - re­cho­tał. - Pa­nie in­spek­to­rze, my­śla­łem, że Ły­siak po­strze­lił pana w klatę, a nie w mózg.

- Oj, nie bądź taki prze­mą­drzały. Przyjdę. Jak tylko będę po roz­mo­wie z ge­ne­ra­łem, wpadnę i po­ga­damy.

- Cze­kamy. - Kot wy­cią­gnął dłoń na po­że­gna­nie, uści­snął pra­wicę in­spek­tora i ra­zem z Ko­wal­skim znik­nęli w ciem­nym ko­ry­ta­rzu.

Roz­dział 2

Wi­dok za­mie­sza­nia na par­kingu przed bu­dyn­kiem Biura wy­wo­łał szczery uśmiech na twa­rzy Ko­to­wi­cza. Jego lu­dzie szy­ko­wali się do wiel­kiej ak­cji, ro­biąc przy tym wię­cej ha­łasu, niż to było ko­nieczne, ale nie miał im tego za złe. Sam do­brze wie­dział, ja­kie to uczu­cie, kiedy wkłada się mun­dur, ka­mi­zelkę z na­pi­sem CBŚ, ko­mi­niarkę, a przy bio­drze wisi broń. Nikt ani nic nie było w sta­nie ode­brać tego dresz­czu emo­cji i głę­bo­kiego prze­ko­na­nia o tym, że robi się coś na­prawdę waż­nego. Wów­czas wszyst­kie ma­ru­dzące żony, któ­rym wiecz­nie było cze­goś mało, czy dawni ko­le­dzy prze­śla­dowcy ze szkoły mo­gli co naj­wy­żej im sko­czyć, i to też nie za wy­soko... Zda­wał so­bie sprawę z tego, że naj­więk­szy nie­do­rajda był w sta­nie w ta­kiej chwili wy­le­czyć się ze wszyst­kich swo­ich kom­plek­sów i przy­naj­mniej w cza­sie bra­nia udziału w ak­cji być twar­dzie­lem.

Wy­siadł z sa­mo­chodu i ro­zej­rzał się po twa­rzach. Nikt tu nie był nie­do­rajdą - przy­naj­mniej ni­gdy by tego nie oka­zał. Znał ich do­brze, nie­któ­rych za do­brze, i miał świa­do­mość, że pod wzglę­dem za­wo­do­wym to do­sko­nale do­brany ze­spół, na­wet je­śli nie za­wsze do­ga­du­jący się ze sobą w kwe­stiach oso­bi­stych...

- Co jest ze Słom­kow­skim? - za­py­tał, po­da­jąc dłoń Piotr­kowi Mży­gło­dowi, który stał przy wej­ściu i pa­lił pa­pie­rosa.

- A co ma być? - Py­tany wzru­szył ra­mio­nami.

- Wi­dzę, że się dąsa. Jego foch jest więk­szy niż ten bu­dy­nek.

- A... - Mach­nął ręką Mży­głód i wy­rzu­cił peta do po­piel­niczki. - Jak za­wsze to samo: Ma­licki.

- O Boże! - Kot prze­wró­cił oczami. - Da­lej?

- No. Cho­dzi pod­kur­wiony, bo musi je­chać jed­nym wo­zem z Mi­cha­łem, a prze­cież ze sobą nie ga­dają. Tak to jest, jak chło­paki my­ślą swo­imi dwoma mó­zgami... tymi w ga­ciach.

To­mek par­sk­nął śmie­chem i wszedł szybko do środka. Wo­lał nie wcho­dzić ko­lejny raz po­mię­dzy dwóch fa­ce­tów bi­ją­cych się o ko­bietę - ostat­nio nie skoń­czyło się to do­brze... dla ni­kogo. Uznał, że pa­no­wie mu­szą sami się do­ga­dać, a je­śliby im się to nie udało i ucier­pia­łaby na tym ich praca, był go­tów za­ła­twić któ­re­muś prze­nie­sie­nie. Tym­cza­sem przy­czyna sporu sie­działa na­dą­sana przy swoim biurku, ob­ser­wu­jąc przez okno ko­le­gów pa­ku­ją­cych się do wo­zów.

- Nie smuć się, Iwonka. I na cie­bie przyj­dzie czas. - To­mek sta­nął przed dziew­czyną i wpa­try­wał się w nią wzro­kiem peł­nym zro­zu­mie­nia.

- Kiedy? - mruk­nęła pod no­sem. - Jak Ra­siak kop­nie w ka­len­darz?

- Nie, jak Bren­ner zaj­mie jego miej­sce. - Kot śmiał się gło­śno. - On nie ma nic prze­ciwko dziew­czy­nom na ak­cjach.

- Ja­sne...

- Hej, nie można się tak za­ła­my­wać. Głowa do góry.

- To nie tylko o to cho­dzi. - Iwona się­gnęła po ja­kąś kartkę i po­dała ją sze­fowi. - Kro­nika po­li­cyjna z Wę­go­rzewa. Ko­lejne mor­der­stwo.

- No i? Ktoś zna­jomy zo­stał za­bity?

- Nie. Pro­blem w tym, że od kiedy tu je­stem, tam za­częło się coś dziać.

- Chcesz wró­cić? - To­mek uniósł brwi.

- Po co? Jak wrócę, to pew­nie prze­sta­nie się dziać. Taki mój fart.

- To moż­liwe. - Uśmiech­nął się Kot i od­dał jej pa­pier. - No... a jak sprawy tu­taj? Wszystko do­brze?

- Nie mówmy o tym, OK? - Spoj­rzała na niego bła­gal­nym wzro­kiem i znowu wyj­rzała przez okno. - To mi wy­star­czy.

- Co to zna­czy? - Kot się za­nie­po­koił. - Ktoś ci spra­wia przy­krość, ktoś z chło­pa­ków?

Po­krę­ciła smęt­nie głową i ciężko wes­tchnęła.

- Nie... mój ślubny daje mi do pieca. Nie chce się prze­nieść do War­szawy. Cią­gle mnie szan­ta­żuje... Dzwoni w środku nocy, gada coś go­dzi­nami, po­tem w ogóle nie dzwoni albo nie od­biera mo­ich te­le­fo­nów.

To­mek przy­su­nął so­bie fo­tel z są­sied­niego biurka i klap­nął na nim, nie zdej­mu­jąc na­wet płasz­cza.

- To dla niego trudna sy­tu­acja - po­wie­dział ci­cho.

- Co jest trudne? - unio­sła się Iwona. - Co? Że chcę iść da­lej? Ro­bić coś wię­cej niż być tylko...

- Kim?

- A... nie­ważne. Po pro­stu chcę tu być, chcę to ro­bić, za­wsze chcia­łam... A on... on jest...

- Za­zdro­sny.

- Wła­śnie - kiw­nęła głową, po­wstrzy­mu­jąc łzy. - Gdyby to o niego cho­dziło, gdyby to on miał szansę wy­je­chać z tej za­py­zia­łej dziury i ro­bić coś no­wego, to ja nie mia­ła­bym nic do ga­da­nia, mu­sia­ła­bym się spa­ko­wać i le­cieć za nim, choćby to miało kosz­to­wać mnie ka­rierę. Tacy je­ste­ście wy, fa­ceci.

- Ej... - ob­ru­szył się To­mek niby po­waż­nie. - Nie ge­ne­ra­li­zuj. Nie wszy­scy są tacy...

- Yhy, oczy­wi­ście. A ten pań­ski kum­pel? Ten od żony na­jem­nika? Jak za­re­ago­wał, kiedy się do­wie­dział...

- Wy­star­czy! - Kot uniósł dłoń. - Je­steś roz­ża­lona, ale to nie po­wód, żeby jeź­dzić po moim kum­plu. On już dość prze­szedł i za swoje od­po­ku­to­wał. Bierz się do pracy albo jedź do domu, je­śli masz za­miar da­lej się mi tu ma­zać. Zro­zu­miano?

Po­ki­wała głową, przy­gry­za­jąc wargę.

To­mek wszedł do swo­jego ga­bi­netu od­dzie­lo­nego szklaną ścianą od open space'u, ścią­gnął płaszcz i usiadł za biur­kiem. Chwilę się nad czymś za­sta­na­wiał, pstry­ka­jąc dłu­go­pi­sem, po czym zła­pał za te­le­fon i wy­brał nu­mer.

- Wi­tam szefa - usły­szał po dru­giej stro­nie ni­ski głos z wy­raźną chrypą, na­le­żący do ko­mi­sa­rza Wi­śniew­skiego. - Czyż­bym miał zry­wać się z mo­jego łoża bo­le­ści i biec na ak­cję stu­le­cia?

- Cześć, Wi­śnia. Nie, ku­ruj się da­lej. Cho­dzi mi o coś in­nego. Czy znasz ko­goś ze Sto­łecz­nej... ko­goś bar­dzo za­ufa­nego, kogo mógł­bym po­pro­sić o bar­dzo de­li­katną przy­sługę?

- Hm... znam - po­wie­dział po­woli Ro­bert, jakby mocno się za­sta­na­wiał nad każ­dym sło­wem. - Ale wo­lał­bym nie zdra­dzać...

- OK, nie mu­sisz po­da­wać na­zwi­ska. Ale czy mógł­byś go... albo ją po­pro­sić o spraw­dze­nie mi cze­goś... ko­goś na pro­win­cji?

- No... mów. Zo­ba­czę, co da się zro­bić.

- Na­sza Iwonka zo­sta­wiła męża w Wę­go­rze­wie, wiesz o tym, prawda?

- Wiem. - Wi­śniew­ski ro­ze­śmiał się za­chryp­nię­tym gło­sem. - Ma­licki i Słom­kow­ski wie­dzą to na­wet le­piej. Co z nim?

- Chciał­bym się o nim do­wie­dzieć cze­goś wię­cej. Czy jest znany po­li­cji, czy ma z kimś na pieńku...

- Chcesz mieć na niego ja­kie­goś haka?

- Nie. Chcę wie­dzieć, czy ma zwią­zek z dwoma mor­der­stwami, do któ­rych ostat­nio tam do­szło.

- O... o kurwa! Bez­po­średni je­steś. Ale ro­zu­miem, że to na­prawdę de­li­katna sprawa... Do­bra, To­masz, po­sta­ram się to za­ła­twić.

- Dzięki.

- Słu­chaj, sze­fie... czy ty...

- Wiesz co, wiele razy po­ło­ży­łem sprawę, także po­rwa­nia Ju­styny, bo zi­gno­ro­wa­łem ja­kąś bzdurę, która po­tem oka­zała się klu­czowa. Wolę te­raz wyjść na dur­nia, by­leby nie przy­ło­żyć ręki do... in­nego syfu.

- Ja­sne. Zro­bię, co będę mógł. Bę­dziemy w kon­tak­cie.

- No, na ra­zie, Wi­śnia.

- Na ra­zie.

To­mek rzu­cił ko­mórkę na blat i spoj­rzał na Iwonę, która wciąż ga­piła się przez okno.

"Jak się do­wie, co zro­bi­łem, po­wiesi mnie na su­chej ga­łęzi" - po­my­ślał zre­zy­gno­wany. Wie­dział jed­nak do­brze, że gdyby tego nie zro­bił, nie mógłby póź­niej spać spo­koj­nie. Cią­gle miał w pa­mięci swoją wpadkę z Ko­wa­lio­wem pod­szy­wa­ją­cym się pod ko­legę żony Mey­era...

Pod­niósł się z miej­sca, zła­pał za ku­bek i znowu sta­nął przed biur­kiem Iwony.

- Kawy? - za­py­tał z uśmie­chem.

- W su­mie chęt­nie. - Dziew­czyna też pró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale nie bar­dzo jej to wy­szło. Po­drep­tała za nim do kuchni, gdzie za­stali nie­opi­sany baj­zel. - Oczy­wi­ście za­raz pan po­wie, że ge­ne­ra­li­zuję... ale czy wy mu­si­cie tak sy­fić?

- A ty pew­nie uznasz, że ich bro­nię, ale po­wiem to: je­chali na ważną ak­cję. - To­mek za­czął na­peł­niać zbior­nik na wodę od eks­presu. - Nic in­nego się nie li­czyło. Na pewno nie po­rzą­dek w kuchni.

Iwona uśmiech­nęła się, tym ra­zem szcze­rze, i usia­dła na krze­śle. To­mek bez py­ta­nia wziął jej ku­bek i po­sta­wił na eks­pre­sie.

- Nie musi pan... to zna­czy sama so­bie zro­bię.

- To po­wiedz mi, Iwonko - zi­gno­ro­wał jej ci­chy pro­test Kot - coś wię­cej o tym twoim mężu.

- Co tu mó­wić? - Wzru­szyła ra­mio­nami.

- No, na przy­kład w jaki spo­sób "daje ci do pieca"?

- Ech... wie pan, jak to jest. Za­wsze mu się wy­da­wało, że bę­dzie tak, jak jest. Kiedy się po­bie­ra­li­śmy, li­czył na to, że będę taką żoną, jak jego matka: po­słuszną, po­tulną, sie­dzącą przy ga­rach, no i... co naj­waż­niej­sze, że uro­dzę mu dziecko.

To­mek spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie.

- Długo je­ste­ście ra­zem? - za­py­tał, sta­wia­jąc przed nią ku­bek z kawą i kar­ton mleka.

- Od ma­tury... to zna­czy mo­jej ma­tury, bo Ma­rek nie ma śred­niego wy­kształ­ce­nia. Wie­dzia­łam, że może być ciężko, zna­łam go... Ale ko­cha­łam, to by­łam ślepa.

- Ko­cha­łam? - To­mek usiadł ze swoją kawą na­prze­ciwko dziew­czyny.

- Ko­cham. Ko­cham da­lej i nie wy­obra­żam so­bie mieć in­nego męża. Tylko że... je­stem mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem. Chcę tu być i strasz­nie chcę to ro­bić, ale też chcę jego.

- Ro­zu­miem. - Kot ski­nął głową. Z tru­dem po­wstrzy­mał się od opo­wie­dze­nia Iwo­nie swo­jej hi­sto­rii dłu­giego i bo­le­snego mał­żeń­stwa z ko­bietą, którą też ko­chał i która też była tą je­dyną. Po­dej­rze­wał, że jego pod­władni już to zro­bili, nie był jed­nak prze­ko­nany, czy dziew­czyna przyj­mie do wia­do­mo­ści, że te dwie sprawy mogą być do sie­bie po­dobne. - No a jak za­re­ago­wał na to, że po­szłaś do po­li­cji?

- A jak pan my­śli? - Wy­mow­nie spoj­rzała na niego znad kubka. - To była ka­ta­strofa. Do­piero te­ściowa, jego matka, prze­ko­nała go, że to bę­dzie do­bre, bo pójdę szybko na eme­ry­turę, że stała pen­sja, ubez­pie­cze­nie, a u nas to bez­ro­bo­cie wy­so­kie. Wie pan, jak ktoś do woj­ska się nie do­sta­nie, to za wiele atrak­cyj­nych ofert nie ma do wy­boru.

- Nie my­śla­łaś o woj­sku?

- Nie. - Ener­gicz­nie po­krę­ciła głową. - Za­wsze chcia­łam być po­li­cjantką. Mój brat i ku­zyni są w Bry­ga­dzie w Wę­go­rze­wie ka­pra­lami, więc tro­chę opo­wia­dali... Ja­koś mnie to nie za­chę­ciło.

- A ten twój Ma­rek... ni­gdy nie był agre­sywny?

Iwona wy­pro­sto­wała się gwał­tow­nie.

- Nie! Dla­czego miałby być?

- Tak py­tam. Prze­pra­szam, je­śli cię ura­zi­łem, ale mó­wi­łaś, że te­raz jest uciąż­liwy, więc...

- Nie! Ab­so­lut­nie nie! Jest na­rwany, ale ni­gdy by... nic nie zro­bił. - Zwie­siła wzrok i za­częła mie­szać ły­żeczką w kubku. - Taki cha­rak­ter.

To­mek już tego nie sko­men­to­wał. Jako że był re­gu­lar­nie lany przez swoją ślubną w ciągu dwu­na­stu lat po­ży­cia, uwa­żał się za eks­perta w tym za­gad­nie­niu i do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, że na pew­nym eta­pie do bi­tych mał­żon­ków nie­które fakty w ogóle nie do­cie­rają. Dzięki tej roz­mo­wie jed­nak czuł się nieco mniej nie­swojo na myśl o tym, że za­dzwo­nił do Wi­śniew­skiego.

- No... a jak tu­taj z ko­le­gami ci się układa?

- Do­brze. - Uśmiech­nęła się, a na jej po­licz­kach po­ja­wiły się dwa ru­mieńce. - Ja­koś tak... jest miło.

- Hm... - Kot wy­dął usta. - To do­brze...

Nie dane mu było do­koń­czyć, bo w drzwiach kuchni po­ja­wiła się po­stać Bren­nera.

- No pro­szę... - In­spek­tor cmok­nął zna­cząco. - Lu­dzie na ak­cję jadą, dupy na­ra­żają, oj­czy­znę ra­tują, a pan szef so­bie kawkę z piękną ko­bietą pije.

- Zro­bić panu? - To­mek się ro­ze­śmiał i zer­k­nął na Iwonę, która tym ra­zem zbla­dła. - Niech pan siada.

- Nie, Ko­cie. - Bren­ner spo­waż­niał. - Mu­simy je­chać.

- Do­kąd?

In­spek­tor wbił w niego zimne spoj­rze­nie ban­dyty.

- Na spo­tka­nie - wy­ce­dził.

To­mek po­ki­wał głową i z cięż­kim wes­tchnie­niem świad­czą­cym o tym, że ro­zu­mie po­wagę sy­tu­acji, za­czął się pod­no­sić z miej­sca.

- Iwonka, zo­sta­niesz tu sama przez ja­kiś czas. Pil­nuj go­spo­dar­stwa i ni­kogo nie wpusz­czaj.

- Ale... coś się stało? - wy­szep­tała Iwona, spo­glą­da­jąc to na szefa, to na Bren­nera.

- Nie, pani funk­cjo­na­riusz. - In­spek­tor się do niej uśmiech­nął. Kot w tym cza­sie wy­szedł do swo­jego ga­bi­netu. - Wszystko w po­rządku. A pani? Dla­czego nie na ak­cji?

- Ge­ne­rał Ra­siak nie po­zwala mi jeź­dzić... na­wet na ob­ser­wa­cje. - Znowu się na­bur­mu­szyła.

- Cóż... wi­docz­nie ma swoje po­wody. Każdy tylko na ak­cje by jeź­dził, a tego, co nie wi­dać, to ro­bić nikt nie chce. Pro­szę się nie mar­twić, na wszystko przyj­dzie pora.

- To jedźmy. - Ko­to­wicz zja­wił się ubrany w płaszcz.

- Jedźmy - wes­tchnął Bren­ner. - Do wi­dze­nia, pani Iwono.

- Do wi­dze­nia, in­spek­to­rze.

Na par­kingu nie było już ni­kogo, kiedy Ko­to­wicz z Bren­ne­rem zaj­mo­wali miej­sca z tyłu rzą­do­wego auta. Że­gnało ich je­dy­nie smutne spoj­rze­nie Iwony, która z kub­kiem kawy stała w oknie.

- Jak się spra­wuje wasz ro­dzy­nek? - za­py­tał in­spek­tor ci­cho.

- Ro­dzy­nek do­brze. Go­rzej z resztą tego cia­sta.

- To zna­czy?

- Ma­licki ze Słom­kow­skim... Iwonka bar­dzo im się po­doba i każdy pró­buje swo­ich sił, a przy oka­zji drą koty na każ­dym kroku.

- A ona?

- Ona? - Kot spoj­rzał na Bren­nera wy­mow­nie. - Ona ma męża, który praw­do­po­dob­nie się nad nią znęca, ale ona świata poza nim nie wi­dzi.

- Brzmi zna­jomo. - Bren­ner uniósł brwi.

- Wła­śnie. - Kot po­tarł dło­nią zmę­czone oczy. - Nie wiem, czy mam z nią o tym ga­dać... Chyba nie będę się wtrą­cał, nic to nie da. Go­rzej z tymi dwoma ko­gu­tami. Jak się da­lej będą dzio­bać, trzeba ich bę­dzie roz­dzie­lić.

- Co masz na my­śli?

- Za­ła­twię któ­re­muś prze­nie­sie­nie. Ra­czej bę­dzie to Słom­kow­ski, bo z Ma­lic­kiego mam wię­cej po­żytku.

- Nie mo­żesz go wy­rzu­cić. - Bren­ner na­chy­lił się nad uchem Kota. - Wszyst­kich, byle nie jego.

- A to czemu?

- Ko­cie, po co Słom­kow­ski do nas przy­szedł?

Ko­to­wicz przez chwilę nic nie od­po­wie­dział, jakby szu­kał cze­goś w pa­mięci.

- O kurwa! - Przy­mknął oczy, gdy do­tarło do niego, w czym rzecz. - Zu­peł­nie za­po­mnia­łem. No to mam pro­blem. Będę mu­siał wy­my­ślić coś in­nego.

Bren­ner po­ki­wał ły­siną i od­wró­cił wzrok w stronę okna.

- Mey­ero­wie się od­zy­wali? - za­py­tał po chwili, jakby od nie­chce­nia.

- Tak. Roz­ma­wiam z nimi raz w ty­go­dniu. To zna­czy z Mey­erem, bo Ju­styny czę­sto nie ma... na miej­scu.

- Ro­zu­miem. A jak im się wie­dzie?

- Chyba do­brze. Łu­kasz ja­koś się od­naj­duje na tej bu­do­wie. Aha! Po­wie­dział, że nie wróci do służby.

- Jak to?! - Bren­ner od­wró­cił się gwał­tow­nie w stronę Kota.

- Nie wiem. - To­mek wzru­szył ra­mio­nami. - Mó­wił, że ma w pla­nach coś in­nego, a poza tym nie wy­obraża so­bie, że ja będę jego sze­fem.

Bren­nera to nie roz­ba­wiło. Zmarsz­czył brwi i ścią­gnął usta.

- Nie musi wra­cać do was. Mogę mu zna­leźć coś in­nego.

- Wie pan co? Jak tu zjadą z Ju­styną, to sam mu pan to po­wie.

- Tak zro­bię - po­wie­dział sta­now­czo in­spek­tor, po czym wes­tchnął i po­gła­dził się po glacy, jakby zbie­rał się do po­wie­dze­nia cze­goś jesz­cze. - A Ju­styna? Wszystko do­brze?

- Tak. - To­mek ski­nął głową, uda­jąc, że to py­ta­nie nie zro­biło na nim wra­że­nia. - Cią­gle mi do­ku­cza i pyta, kiedy ogolę się na łyso.

- Dla­czego? - Za­mru­gał po­wie­kami Bren­ner.

To­mek zer­k­nął wy­mow­nie na głowę in­spek­tora, który do­piero po chwili po­jął, o co cho­dzi.

- Ach! - Ro­ze­śmiał się ci­cho i znowu prze­je­chał dło­nią po ły­si­nie. - I co jej po­wie­dzia­łeś?

- Że le­gen­dzie i tak ni­gdy nie do­rów­nam. Do­jeż­dżamy. Mam się bać, pa­nie in­spek­to­rze?

Bren­ner spoj­rzał na bu­dy­nek Kan­ce­la­rię Pre­zesa Rady Mi­ni­strów i uniósł ra­miona.

- Cho­lera wie. Re­ak­cja na to, co mu prze­ka­za­łem przez Ra­siaka, jest, jak wi­dać, bły­ska­wiczna. Mo­żemy się spo­dzie­wać za­równo zwol­nie­nia, jak i awansu. Z nim ni­gdy nie wia­domo.

W mil­cze­niu po­szli za jed­nym z funk­cjo­na­riu­szy BOR, który cze­kał na nich przed wej­ściem. To­mek czuł się bar­dziej niż nie­swojo, zwłasz­cza po ostat­nich sło­wach by­łego szefa. Nie chciał być wy­wa­lony na pysk, nie te­raz, kiedy był tam, gdzie był, i gdy na­wet jego oso­bi­ste sprawy za­częły wy­glą­dać cał­kiem nie­źle. Zer­kał co chwilę na Bren­nera, który wy­da­wał się zu­peł­nie nie­obecny. Szedł lekko po­chy­lony przez długi ko­ry­tarz; jego krok był pewny, do­póki ze zdzi­wie­niem nie skon­sta­to­wał, że BOR-owiec pro­wa­dzi ich w in­nym kie­runku, niż za­zwy­czaj cha­dzał na spo­tka­nia z Brze­ziń­skim.

Po­kój, w któ­rym się zna­leźli, nie wy­glą­dał na ga­bi­net. Na jed­nym z kilku krze­seł sie­dział już ge­ne­rał Ra­siak ubrany w mun­dur, co nie wró­żyło do­brze, tak przy­naj­mniej uwa­żał Bren­ner. Pre­mier stał przy oknie, od­wró­cony ple­cami, z rę­kami za­ło­żo­nymi za sie­bie. Kiedy we­szli do środka i za­mknęły się za nimi drzwi, od­wró­cił się gwał­tow­nie i zmie­rzył go­ści zim­nym spoj­rze­niem. Do­świad­czony in­spek­tor sło­wem się nie ode­zwał - cze­kał, aż Brze­ziń­ski coś po­wie.

- A ten, który to wy­my­ślił? - pa­dło py­ta­nie spod okna.

- Y... - Kot po­czuł się zbity z tropu, ale Bren­ner ubiegł go z wy­ja­śnie­niami:

- Ko­mi­sarz wy­słał go na ak­cję ze wszyst­kimi, żeby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń jego na­głym znik­nię­ciem - od­po­wie­dział spo­koj­nym to­nem.

Brze­ziń­ski ski­nął głową i wska­zał dło­nią na krze­sła obok nie­wy­so­kiego sto­lika.

- Pa­no­wie, to, co dziś usły­sza­łem... te przy­pusz­cze­nia, gdyby oka­zały się prawdą... - Za­milkł, od­wra­ca­jąc się znowu do okna, czym wy­wo­łał nie­po­kój na twa­rzy ge­ne­rała, który przy­glą­dał mu się w na­pię­ciu. - Czy mo­że­cie mi wy­tłu­ma­czyć, jak to się stało, że nikt do tej pory o tym nie po­my­ślał?

Bren­ner wy­mie­nił po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie z Ra­sia­kiem i na­brał po­wie­trza w płuca, tym ra­zem jed­nak to Kot był pierw­szy:

- Pa­nie pre­mie­rze, je­śli można...

- Trzeba! - Brze­ziń­ski od­wró­cił się i spoj­rzał na niego z gnie­wem, bu­dząc tym więk­szy prze­strach u dwóch po­zo­sta­łych.

- Cho­dzi o to, że my... wszy­scy bar­dzo po­my­li­li­śmy się co do Ju­styny, to zna­czy pani Meyer.

- Co to ma zna­czyć?

- To zna­czy, że strasz­nie sku­pi­li­śmy się na po­ry­wa­czach, Ko­wa­lio­wie, woj­sku, a... a naj­mniej na niej. My po pro­stu nic o niej nie wiemy. - Ostat­nie słowa Kot wy­po­wie­dział bar­dzo ci­cho.

Brze­ziń­ski za­ci­snął pię­ści i wbił wzrok w pod­łogę, jakby się nad czymś za­sta­na­wiał.

- Ustalmy fakty - wy­ce­dził po chwili. - Wciąż nie wiemy, czy po­rwa­nie Ju­styny Dą­bek miało coś wspól­nego z jej prze­szło­ścią w Afga­ni­sta­nie, poza tym, że ktoś nam wci­snął kit o po­rwa­niu po­wią­za­nym z han­dlem bro­nią. Ja mu­szę wie­dzieć do­kład­nie, dla­czego i przez kogo zo­stała po­rwana. Mu­szę! Roz­ma­wia­łem z nią wie­lo­krot­nie, nie­stety nie na ten te­mat, ale ja­koś nie mie­ści mi się w gło­wie, żeby miała coś ta­kiego przed nami za­taić... to zna­czy coś, co na­prawdę miało zwią­zek z jej upro­wa­dze­niem. I chcę wie­dzieć, co wy o tym my­śli­cie. Mało tego, chcę, że­by­ście coś z tym zro­bili.

To­mek za­go­to­wał się w środku. Do szału do­pro­wa­dzała go myśl, że znowu mie­liby zaj­mo­wać się ro­botą dla Brze­ziń­skiego za­miast nor­mal­nymi za­da­niami. Nie oka­zał jed­nak swo­jego gniewu.

- Ju­styna praw­do­po­dob­nie tego nie za­ta­iła - po­wie­dział, od­wra­ca­jąc wzrok. - Kilka razy mo­gli­śmy się prze­ko­nać o tym, że po­wie­działa o pew­nych fak­tach do­piero wów­czas, gdy ją o nie za­py­ta­li­śmy, jakby... jakby po pro­stu o nich wcze­śniej nie my­ślała.

- Czy pan wie, czym ona się tam zaj­muje? - W gło­sie pre­miera sły­chać było lekką drwinę.

- Mniej wię­cej.

- Mniej wię­cej? To chyba pan nie jest do końca świa­dom tego, co mówi. Ona za­wsze my­śli o wszyst­kim na­przód, wi­dzi sprawy z wy­prze­dze­niem... I pan uważa, że o ta­kim wy­da­rze­niu jak wła­sne po­rwa­nie nie po­my­ślała tak samo, że nie za­częła ko­ja­rzyć fak­tów, mieć wła­snych przy­pusz­czeń co do mo­ty­wów i osób?

- Wła­śnie tak uwa­żam. - Kot pa­trzył pre­mie­rowi pro­sto w oczy.

- Te­raz ja coś po­wiem - ode­zwał się Bren­ner. - Je­stem zda­nia, że ko­mi­sarz ma ra­cję.

Brze­ziń­ski od­chy­lił nieco głowę i prze­niósł wzrok na Ra­siaka, który lekko wzru­szył ra­mio­nami. Pre­mier po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Więc co? W in­nych spra­wach jest Bon­dem, a w tej jed­nej idiotką?

Kot po­dra­pał się po gło­wie.

- No... tak to wy­gląda z na­szej per­spek­tywy.

- Więc co mamy wo­bec ta­kich fak­tów uczy­nić, pa­no­wie? - Pre­mier spoj­rzał po wszyst­kich trzech po ko­lei jak srogi na­uczy­ciel, który za­daje trudne py­ta­nie ca­łej kla­sie.

- Skoro Ju­styna oka­zała się idiotką w tej kwe­stii, to my po­win­ni­śmy po­my­śleć za nią - po­wie­dział Bren­ner.

Brze­ziń­ski ode­tchnął i po­ki­wał głową.

- Do­brze więc. Ja­kieś pro­po­zy­cje?

- My­śla­łem, żeby po­roz­ma­wiać z Mro­zow­skim - wy­pa­lił Kot szyb­ciej, niż miał za­miar.

- Nie po­roz­ma­wia pan. - Brze­ziń­ski usiadł w końcu na krze­śle i za­ło­żył dło­nie na brzu­chu.

- A to czemu? - To­ma­sza już na­wet nie dzi­wił fakt, że pre­mier wie, kim jest Mro­zow­ski.

- Bo on nie chce z ni­kim o tej spra­wie roz­ma­wiać. My­śli pan, że już nie wpa­dłem na ten po­mysł? Z tego, co mi wia­domo, z pa­nią Dą­bek też nie chce roz­ma­wiać od... od czasu, gdy... coś się stało.

- Od czasu, gdy nie żyje jego przy­ja­ciel - do­po­wie­dział Kot.

Pre­mier zro­bił minę, w któ­rej można było zna­leźć ślad uzna­nia.

- Wła­śnie - mruk­nął, wy­krzy­wia­jąc usta. - Dzwo­ni­łem dziś do niego, pro­po­nu­jąc, żeby po­je­chał do Ka­bulu i z nią po­roz­ma­wiał... Zmie­szał mnie z bło­tem, zmie­szał z bło­tem pa­nią Dą­bek, ja­kiś "sys­tem" i całą "pie­przoną po­li­cję", i... "cały ten po­je­bany CBŚ"... - Spoj­rzał zna­cząco na Ra­siaka. - Po czym za­po­wie­dział mi, jakby tego było mało, że je­śli jesz­cze raz usły­szy o tej spra­wie, to opo­wie o wszyst­kim, co ro­bili w Afga­ni­sta­nie.

To­mek zwie­sił głowę, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach.

- To co? Te­raz bę­dzie go pan mu­siał za­bić? - za­py­tał, wy­wo­łu­jąc lek­kie spa­zmy u ge­ne­rała i in­spek­tora.

Brze­ziń­ski się ro­ze­śmiał.

- Chyba tak. - Chi­cho­tał, wy­raź­nie tym po­my­słem uba­wiony. - Nie po­zo­sta­wił mi wy­boru. Może na­wet za­trud­nię tego... jak mu było? Kum­pla pani Dą­bek ze słyn­nej ak­cji na Pra­dze.

Ra­siak zmarsz­czył czoło, zer­ka­jąc groź­nie na czer­wo­nego w tym mo­men­cie jak ce­gła Bren­nera.

- Na zimne zwłoki to­wa­rzy­sza Gierka. - Pre­mier krę­cił głową. - Do czego to do­szło? Ge­ne­rale nic się pan nie od­zywa. Może z pana ust pad­nie dziś ja­kaś mą­drość, która po­może nam wyjść z tego gówna?

Ra­siak chrząk­nął ci­cho, jakby po­czuł się nieco za­że­no­wany.

- Tak... hm... - Po­tarł dło­nie i wy­pro­sto­wał się na krze­śle. - Ni­gdy nie by­łem su­per­śled­czym... pan in­spek­tor może po­twier­dzić, że nie mam na tym polu zbyt wielu osią­gnięć, ale... uwa­żam, że ktoś po­wi­nien tam je­chać i z pa­nią Meyer... y... Dą­bek po­roz­ma­wiać. Ko­niecz­nie!

Pre­mier uśmiech­nął się z wy­raźną sa­tys­fak­cją i spoj­rzał na Bren­nera.

- I co pan na to?

- Nie mogę się nie zgo­dzić z sze­fem. - Bren­ner też się uśmiech­nął. - Trzeba je­dy­nie ko­goś do­brze przy­go­to­wać, bo z Ju­styną... może być ciężko. Ze mną, na przy­kład, nie chce się kon­tak­to­wać.

- A to czemu? - zdzi­wił się Brze­ziń­ski. Kota też ten fakt bar­dzo za­in­try­go­wał.

- Nie mam po­ję­cia. Po pro­stu prze­stała i już.

- Ko­biety. - Pre­mier się skrzy­wił.

- Ale... - Bren­ner naj­wy­raź­niej nie skoń­czył - mogę spró­bo­wać po­roz­ma­wiać z Mro­zow­skim.

- Do­brze - zgo­dził się pre­mier po chwili na­my­słu. - Może ja mu to przed­sta­wi­łem z nie­wła­ści­wej per­spek­tywy i coś go za bar­dzo ura­ziło. Z tego, co wiem, ci lu­dzie by­wają draż­liwi.

- Jacy lu­dzie? - za­py­tał ci­cho Ra­siak, po­chy­la­jąc się w stronę Brze­ziń­skiego.

- Na­jem­nicy, pa­nie ge­ne­rale.

- Aha... - wy­szep­tał, ale po jego mi­nie wi­dać było, że jest w szoku.

- Kończmy na dziś. - Brze­ziń­ski spoj­rzał na ze­ga­rek. - Ge­ne­rał musi za­raz być na ja­kichś uro­czy­sto­ściach, ja też mam swoje obo­wiązki... Nie po­wiem, że­bym był spo­koj­niej­szy niż przed tym spo­tka­niem, mia­łem na­dzieję, że do­wiem się od was cze­goś wię­cej, ale... trudno. Nikt nie mó­wił, że ży­cie jest pro­ste. Bę­dziemy w kon­tak­cie.

Na te słowa Bren­ner z Ko­to­wi­czem pod­nie­śli się na równe nogi, po­dali dło­nie pre­mie­rowi i Ra­sia­kowi, i czym prę­dzej opu­ścili po­kój. Brze­ziń­ski spoj­rzał na ge­ne­rała, który wcale nie wy­glą­dał na ko­goś, komu się śpie­szy.

- Jak tam, pa­nie pra­wie eme­ry­cie? - za­py­tał, po­pra­wia­jąc man­kiety. - Mam wra­że­nie, że coś pana gry­zie.

- Czuję się jak de­bil - prych­nął Ra­siak, krę­cąc głową, na któ­rej po­ja­wiły się drobne kro­pelki potu. - O co cho­dzi z tą ak­cją na Pra­dze?

- A musi pan to wie­dzieć? - Brze­ziń­ski wy­glą­dał na cał­ko­wi­cie wy­lu­zo­wa­nego.

- Pan wie, a mnie nic łysy nie po­wie­dział... Jaki ko­lega pani Dą­bek? Jacy na­jem­nicy?

- Do­bra, do­bra. - Pre­mier uniósł dło­nie. - Wszystko mamy pod kon­trolą.

- Ja­kie mamy... Pa­nie pre­mie­rze, ja mam na gło­wie po­je­ba­nego Ły­siaka, który od mie­sięcy pi­toli o ja­kiejś ak­cji na Pra­dze. Sta­ram się, jak mogę, go uci­szyć, bo wy­daje mi się, że mu się po­mie­szało. - Zro­bił gest wo­kół czoła. - A dziś się do­wia­duję, że...

- Pa­nie ge­ne­rale. - Pre­mier na­chy­lił się nad twa­rzą Ra­siaka, pa­trząc mu pro­sto w oczy. - Niech pan uci­sza. A jak się panu nie uda, to ja mu po­mogę być ci­cho. Ro­zu­mie mnie pan?

Ra­siak wes­tchnął ciężko i po­ki­wał głową.

- I niech się pan tak nie de­ner­wuje, żeby nam pan się przed eme­ry­turą nie wy­koń­czył. - Brze­ziń­ski wy­pro­sto­wał się z uśmie­chem. - Chyba czas na pana.

- Tak. - Ge­ne­rał mach­nął ręką i wstał z krze­sła. - Cho­ciaż wo­lał­bym, żeby mi pan się pod­pi­sał pod uspra­wie­dli­wie­niem tej nie­obec­no­ści. Nie lu­bię brać udziału w żad­nych szop­kach.

- Nie pod­pi­szę. - Brze­ziń­ski pod­szedł do drzwi, które otwo­rzył na oścież przed go­ściem. - Ktoś musi bła­zno­wać przed ka­me­rami, żeby inni mo­gli w spo­koju pra­co­wać.

Roz­dział 3

- Czy może nas pan tu wy­sa­dzić? - za­py­tał Bren­ner kie­rowcę rzą­do­wej li­mu­zyny, kiedy zna­leźli się na wy­so­ko­ści ronda De Gaulle'a.

- W su­mie nie po­wi­nie­nem - mruk­nął funk­cjo­na­riusz, zer­ka­jąc w lu­sterko na in­spek­tora. - Ale pro­szę bar­dzo.

- Dzię­ku­jemy. Ko­cie, wy­sia­daj.

- A to czemu niby? - Ko­to­wicz był naj­wy­raź­niej na­bz­dy­czony.

- Bo za­pra­szam cię na wódkę.

- Je­stem w pracy...

- Tak, tak, wiem. Rusz dupę i wy­ska­kuj! Jesz­cze raz panu dzię­kuję.

Wy­sie­dli przy przej­ściu dla pie­szych i, chcąc nie chcąc, prze­szli na drugą stronę ulicy, gdzie w od­le­gło­ści kil­ku­na­stu me­trów była przy­tulna mor­dow­nia z wó­deczką za cztery złote i chle­bem sma­ro­wa­nym smal­cem. Po mi­nie To­ma­sza ła­two można się było zo­rien­to­wać, że wcale nie po­doba mu się ten kie­ru­nek i roz­ma­wia­nie z Bren­ne­rem.

- Czego pan chce, co? - burk­nął, kiedy prze­ci­skali się przez tłum na przy­stanku au­to­bu­so­wym.

- Po­pra­wić ci na­strój. Wchodź do środka i nie ma­rudź.

Mimo pory przed­po­łu­dnio­wej i środka ty­go­dnia, lo­kal był pe­łen lu­dzi. Za­jęte były na­wet sto­liki na ze­wnątrz, choć wio­sna była ra­czej chłodna. Udało im się jed­nak zna­leźć mały sto­li­czek, a Bren­ner od razu za­mó­wił po cztery ko­lejki.

- Chyba pan zwa­rio­wał. - Kot się skrzy­wił. - Mam wró­cić do Biura pi­jany?

- Naj­wy­żej nie wró­cisz... albo coś wy­my­ślisz. Mu­sisz cza­sem wy­lu­zo­wać.

Ko­to­wicz ob­da­rzył Bren­nera peł­nym wy­rzutu spoj­rze­niem.

- Ja­koś nie wi­dzia­łem pana wy­lu­zo­wa­nego, kiedy nam pan sze­fo­wał.

- Zdzi­wił­byś się. - In­spek­tor uśmiech­nął się szel­mow­sko. - Poza tym chcę się na­pić, bo mam dość two­jego mó­wie­nia mi per pan.

Cho­ciaż tego nie chciał, To­masz uśmiech­nął się i po­krę­cił głową.

- To może być naj­trud­niej­sze, wbrew po­zo­rom.

- No, da­waj kie­lonka i nie ma­rudź. - Bren­ner uniósł swój kie­li­szek w górę. - Ra­fał.

Po dru­giej ko­lejce i nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym ga­da­niu o bzde­tach na­stała chwila ci­szy.

- Wy­bacz, że wy­sko­czy­łem z tym Mro­zow­skim - za­czął w końcu Bren­ner. - Wiem, że chcia­łeś się z nim roz­mó­wić...

- Nie... spoko. W su­mie to i le­piej, że nie mu­szę znowu oglą­dać jego gęby. Cią­gle mam mu za złe tych kilka słów za dużo, które do mnie po­wie­dział. Mógłby mnie wy­czuć.

- Też mi to prze­szło przez myśl. Tyle że te­raz oba­wiam się jesz­cze jed­nego: że po te­le­fo­nie Brze­ziń­skiego bę­dzie się spo­dzie­wał ko­goś w tej spra­wie i że ge­ne­ral­nie jest w bar­dzo bo­jo­wym na­stroju. My­ślę, że le­piej go zo­sta­wić przez kilka dni bez od­zewu.

To­mek po­ki­wał głową, ale wy­da­wał się nie­obecny du­chem.

- Hej - szturch­nął go Bren­ner. - Co jest? My­śla­łem, żeś się ob­ra­ził o Mro­zow­skiego, a wi­dzę, że nęka cię coś in­nego.

- A... Cho­dzi o to, że znowu je­stem w tym te­ma­cie, przez który zmar­no­wa­li­śmy do­bry mie­siąc, za­miast pra­co­wać jak nor­malni lu­dzie.

- Nie zmar­no­wa­li­ście. Wy­ko­na­li­ście ka­wał do­brej ro­boty. Jak przyj­dzie czas, do­wody, które ma­cie na nie­któ­rych... po­zwolą ich wsa­dzić do wię­zie­nia.

- Tak, żeby ja­kiś po­li­tyk mógł zo­stać pre­mie­rem.

- Ko­cie... - Bren­ner na­brał po­wie­trza w płuca. - Słu­chaj, mo­żesz mi wie­rzyć albo nie, ale mo­gło się wam tra­fić coś o wiele gor­szego.

- To zna­czy? Mo­gli­śmy pra­co­wać dla ob­cego rządu? Wie pan, jak się czu­łem, kiedy ro­bi­li­śmy to dla Brze­ziń­skiego? Jak płatny naj­mita. To już Ju­styna jest w lep­szej sy­tu­acji, bo przy­naj­mniej gra uczci­wie, a poza tym... ma wy­bór.

- Hm... Nie wiem, co ci po­wie­dzieć. Zga­dzam się z twoim po­dej­ściem, ale z per­spek­tywy czasu... także z per­spek­tywy szpi­tal­nego łóżka wi­dzę ży­cie jako splot nie­ocze­ki­wa­nych zda­rzeń, któ­rych bieg pro­wa­dzi nas w dziwne miej­sca. Może nie ma się co zło­ścić o to, co dziś wy­daje się nie­wła­ściwe, nie z na­szego wy­boru oczy­wi­ście, ale na­leży to przy­jąć, za­ci­snąć zęby i... dać się awan­so­wać na in­spek­tora.

To­mek się uśmiech­nął.

- No co? - Bren­ner po­kle­pał go po ple­cach. - Po­doba ci się ta myśl, prawda?

- Nie na­rze­kam.

- W ogóle chyba nie masz ostat­nio po­wo­dów do na­rze­kań, czyż nie? Jak tam pro­ces z pa­nią "eks"?

- Za­koń­czony. Wy­grany. Wal­czę jesz­cze o miesz­ka­nie, które mi za­brała.

- Nie­sa­mo­wite! - Bren­ner po­krę­cił głową. - Po­wiem ci, że w ży­ciu nie zdo­był­bym się na coś ta­kiego, wiesz? Ża­den fa­cet nie ma chyba ta­kich jaj. Aż ta­kich... Ale co? Ska­zali ją na od­siadkę?

- Za­wiasy.

- Fiu. - Ra­fał za­gwiz­dał ci­cho. - Długo?

- Dwa lata za­wie­szone na pięć. Plus od­szko­do­wa­nie dla mnie i dla matki.

- Pięk­nie. Moja Gra­żyna, jak jej o tym opo­wia­da­łem, śmiała się, że te­raz musi uwa­żać na to, co mówi i robi.

- Ewe­lina po­wie­działa to samo. - Kot uśmiech­nął się pod no­sem.

- Cóż... mia­łem nie po­ru­szać tego te­matu, ale skoro sam to zro­bi­łeś...

- Ja­kiego? O mnie i Ewe­li­nie? - To­masz wzru­szył ra­mio­nami. - Nie ma o czym roz­ma­wiać. Na ra­zie jest, jak jest. Mieszka ze mną, a w za­sa­dzie miesz­kamy u Mey­erów, o dziwo się nam układa...

- Ale jako pa­rze?

- No i to jest wła­śnie w tym wszyst­kim naj­dziw­niej­sze. - Kot wy­krzy­wił usta.

- Ko­cie. - Bren­ner na­chy­lił się nad uchem Tomka. - Mam na­dzieję, że nie spie­przysz tego, co do­bre. Je­śli się układa, to nie szu­kaj dziury w ca­łym, tylko łap byka za rogi i żyj w końcu nor­mal­nie.

To­mek po­ki­wał głową, ale nie wy­glą­dał na prze­ko­na­nego.

- Da­waj. - Bren­ner wska­zał na ko­lejny kie­li­szek. - Bo at­mos­fera robi się smutna.

Kiedy mieli za­miar wy­pić ostat­nią ko­lejkę, za­dzwo­nił te­le­fon Kota.

- O Boże! - jęk­nął, się­ga­jąc do kie­szeni. - Mam złe prze­czu­cia. - Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. - Le­nart dzwoni. To nie wróży nic do­brego.

To­mek prze­pro­sił Bren­nera i wy­szedł przed lo­kal, gdzie przez do­bre pięć mi­nut w sku­pie­niu wy­słu­chi­wał re­la­cji Zbyszka, spa­ce­ru­jąc przed oknem tam i z po­wro­tem. Nie pa­trzył na­wet w stronę Ra­fała, ale za to czę­sto prze­wra­cał oczami, które w końcu za­sło­nił wolną dło­nią.

- No i? - za­py­tał spo­koj­nie Bren­ner, kiedy Ko­to­wicz wró­cił do środka. - Coś nie po­szło?

- Na­wet nie wiem, od czego za­cząć. - To­mek rzu­cił ko­mórkę na sto­lik i po­tarł twarz dłońmi. - Za­nim do­je­chali na miej­sce, Ma­licki ze Słom­kow­skim po­kłó­cili się w wo­zie... po­dobno ostro. Nie dało się ich uspo­koić, więc Le­nart, który pro­wa­dził, za­trzy­mał się na mo­ment, żeby coś z tym zro­bić. Wtedy do­szło do szar­pa­niny i Zbych do­stał w pysk...

Bren­ner za­czął się śmiać, cho­ciaż wcale nie miał ta­kiego za­miaru.

- Mów da­lej. - Ze wszyst­kich sił pró­bo­wał być po­ważny.

- Więc za kół­kiem usiadł mistrz kie­row­nicy...

- Mży­głód?

- Tak jest. Po dro­dze oczy­wi­ście "coś" wy­sko­czyło mu na jezd­nię i tym ra­zem był to kiosk z ga­ze­tami. Po chwili do­je­chał drugi wóz, który za­brał wszyst­kich, mimo że byli po­obi­jani, oprócz Słom­kow­skiego, któ­remu ka­zali pil­no­wać roz­bi­tego auta. Na miej­scu zaś oka­zało się, że AT nie cze­kali na na­szych, tylko we­szli do miesz­ka­nia, ale... to, kurwa, nie było to miesz­ka­nie! W efek­cie ja­kaś bab­cia i jej syn mają po­wy­bi­jane zęby i, co gor­sza, po­bite wszyst­kie - Le­nart pod­kre­ślił to dwa razy - wszyst­kie bu­telki z bro­wa­rem, więc nie ma chuja we wsi, żeby po­krzyw­dzeni nie za­częli te­raz AT cią­gać po są­dach i skar­żyć się "Fak­towi" albo i in­nemu pi­smac­kiemu ścierwu.

Bren­ner śmiał się już cał­kiem gło­śno, ścią­ga­jąc na sie­bie uwagę osób z są­sied­niego sto­lika.

- Na­szych to jed­nak nie znie­chę­ciło - kon­ty­nu­ował To­mek, który rów­nież za­czął się śmiać. - Zo­sta­wili awan­turę i po­bie­gli szybko pod wska­zany ad­res, ale za­stali pu­ste miesz­ka­nie, po­nie­waż, jak można było przy­pusz­czać, to­wa­rzy­stwo ulot­niło się przez okno, kiedy tylko zo­rien­to­wali się, że "misz­cze" z AT wpa­dli nie do tej dziu­pli co trzeba. Na szczę­ście Le­nart, który si­kał już wów­czas po­soką z noz­drzy na prawo i lewo, nie po­szedł do miesz­ka­nia, tylko udał się za win­kiel, żeby nieco się ogar­nąć, bo wy­glą­dał po­dobno nie­cie­ka­wie. No i co się wów­czas stało?

- Spo­tkał wa­sze ptaszki?

- Do­kład­nie! On za róg, a tam trzech ban­dzio­rów. Wy­cią­gnął broń... - Ko­to­wi­czowi łzy ze śmie­chu po­pły­nęły w tym mo­men­cie wart­kim stru­mie­niem. - Wy­cią­gnął broń... a oni, jak go... jak go zo­ba­czyli z tą za­krwa­wioną gębą... to swoje gnaty rzu­cili na zie­mię i... i od razu się pod­dali. O matko! - jęk­nął, wy­cie­ra­jąc po­liczki. - Te­raz ja się mu­szę do­pro­wa­dzić do po­rządku.

- No i co da­lej? - Bren­ner też sta­rał się trzy­mać pion.

- Da­lej? Wszy­scy moi lu­dzie ru­szyli za bu­dy­nek, żeby go­nić prze­stęp­ców, a tam Le­nart stoi so­bie przy ja­kimś trze­paku i ma ich sku­tych i na muszce.

- Z tą krwią na gę­bie?

- Tak. Po­wie­dział, że z wra­że­nia za­po­mniał się po­wy­cie­rać. Na to wszystko w końcu do­tarło AT, które jest oczy­wi­ście naj­bar­dziej nie­za­do­wo­lone, bo nie par­ty­cy­po­wali w za­trzy­ma­niu.

- Ko­cie... - Bren­ner znowu po­kle­pał Tomka po ple­cach, ale tym ra­zem moc­niej. - To ozna­cza, że jest pe­łen suk­ces i pój­dzie­cie do wy­róż­nie­nia...

- Ja­kie "do wy­róż­nie­nia"?! Żadne wy­róż­nie­nie! - Kot się ob­ru­szył, choć wi­dać było, że żar­tuje. - Jak tylko wrócę, opier­dolę ich i za­biorę pre­mie.

- Za co? - Bren­ner za­mru­gał po­wie­kami.

- Jak to za co? Spar­to­lili całą ak­cję. I nie mó­wię tu o Słom­kow­skim czy Ma­lic­kim, ale o tym, że nikt tego bu­dynku nie po­szedł ob­sta­wić od tyłu. Fu­szerka i tyle. Gdyby nie przy­pa­dek, Le­narta by tam nie było i ucie­kliby bez pro­blemu.

Bren­ner znowu się ro­ze­śmiał.

- To mu­sisz wy­róż­nić Słom­kow­skiego.

- Za co? Że zo­stał pod kio­skiem? Cho­ciaż w su­mie ra­cja... za nie­obec­ność też nie­któ­rych na­leży na­gra­dzać.

- Nie! Za to, że roz­wa­lił nos Le­nar­towi.

- A, nie. - Kot po­ki­wał pal­cem. - Naj­pierw mu­szę usta­lić, czy nie zro­bił tego Ma­licki.

- Te­raz każdy bę­dzie tym, co wa­lił Zby­cha po mor­dzie - za­uwa­żył Bren­ner.

- Boże Mi­ło­sierny! - Kot scho­wał twarz w dło­niach. - Co za ka­ta­strofa!

- Daj spo­kój. Grunt, że udało się za­ła­twić naj­waż­niej­sze.

- Cie­kawe. - Ko­to­wicz spoj­rzał na Ra­fała, mru­żąc oczy. - Za two­ich cza­sów ni­gdy nie sły­sza­łem ta­kich uwag.

- Te­raz mogę być sobą - wes­tchnął Bren­ner, wy­cią­ga­jąc się na krze­śle i uśmie­cha­jąc z sa­tys­fak­cją. - Na­resz­cie.

- Po­ga­damy, jak za­sią­dziesz w ga­bi­ne­cie Ra­siaka.

- Ja nie mogę, Ko­to­wicz! Ty to wiesz, jak ze­psuć do­bry hu­mor. Pij tę wódkę i wra­caj opier­da­lać lu­dzi. Na­leży im się. Cał­ko­wi­cie po­dzie­lam twoje zda­nie, ale uwa­żam, że trzeba się cie­szyć ze zwy­cięstw, choćby... tro­chę przy­pad­ko­wych.

Wró­cili do Biura tak­sówką. Bren­ner nie mógł od­mó­wić so­bie przy­jem­no­ści wej­ścia do środka i zo­ba­cze­nia na wła­sne oczy ekipy przy­pad­ko­wych bo­ha­te­rów. Przy­wi­tały go nie­we­sołe miny, po­obi­jane twa­rze, za­krwa­wiony nos Le­narta i wal­czący przy swoim biurku ze snem Ko­wal­ski. Ko­to­wicz ener­gicz­nym kro­kiem wpa­ro­wał do open space'u, sta­nął na środku i oparł dło­nie na bio­drach, wo­dząc po wszyst­kich wście­kłym wzro­kiem.

- Czy wam wszyst­kim na raz mó­zgi wy­cięło? - za­czął bez żad­nych wstę­pów. - Co to, kurwa, za ak­cja była, co? I gdzie jest Mży­głód?

- Po­je­chał ze Słom­kow­skim do aresztu od­sta­wić za­trzy­ma­nych - wy­ja­śnił Le­nart, trzy­ma­jąc przy no­sie chu­s­teczkę. - Za­raz po­winni być.

- A ty czemu nie po­je­cha­łeś na po­go­to­wie? Mó­wi­łem przez te­le­fon, że ma­cie się ogar­nąć.

- Nie ma po­trzeby...

- Na­wet nie chcę tego słu­chać. - To­mek za­ci­snął szczęki. - Wy­no­cha mi z tym no­sem. A reszta, jak nie ma po­waż­niej­szych ob­ra­żeń, ma się za­brać do pa­pie­rów. Dziś mają być wy­peł­nione. Wszyst­kie!

W po­miesz­cze­niu roz­legł się szmer nie­za­do­wo­le­nia, nikt jed­nak nie śmiał za­pro­te­sto­wać. Sto­jący za ple­cami Kota Bren­ner z tru­dem po­wstrzy­my­wał się od śmie­chu.

- Czy ktoś może mi wy­ja­śnić, dla­czego ten bu­dy­nek nie był ob­sta­wiony od po­dwórka? - kon­ty­nu­ował To­mek. - Kto miał się tym za­jąć?

- Słom­kow­ski z Ko­wal­skim - po­wie­dział ci­cho Ma­te­usz Le­wan­dow­ski, naj­now­szy i naj­młod­szy na­by­tek w gru­pie, który cza­sami wy­glą­dał tak, jakby bał się wła­snego cie­nia. - Z kimś z AT mieli pójść na tył.

- Ko­wal­ski! - To­masz spoj­rzał groź­nie na Ma­riu­sza.

- No co? - Ma­riusz wzru­szył ra­mio­nami. - Przez po­myłkę "ate­ków" cały plan po­szedł się je­bać...

- Wy­star­czy! Ju­tro i po­ju­trze spę­dza­cie cały dzień na strzel­nicy, a od przy­szłego ty­go­dnia strze­la­nie w ru­chu. Aha! O pre­miach mo­że­cie za­po­mnieć. - Po tych sło­wach Ko­to­wicz ru­szył do swo­jego ga­bi­netu, zo­sta­wia­jąc całe to­wa­rzy­stwo w bez­na­dziej­nych na­stro­jach. Bren­ner po­szedł za nim, za­mknął drzwi i usiadł na wol­nym krze­śle.

- Je­stem z cie­bie dumny. - Ra­fał ki­wał ły­siną z uzna­niem.

- Chcesz kawy? - za­py­tał To­mek, zdej­mu­jąc płaszcz.

- Nie, dzięki... Wiesz, tylko za­sta­na­wia­łem się, czy nie na­le­ża­łoby po­ga­dać z Ko­wal­skim.

- A, ra­cja. - To­mek pac­nął się dło­nią w czoło, nie zdą­żył jed­nak po­wie­dzieć nic wię­cej, bo do ga­bi­netu nie­śmiało zaj­rzał Ma­licki.

- Mogę, sze­fie?

- Wła­zić! Czego du­sza pra­gnie?

- Cho­dzi o tego... no... Słom­kow­skiego...

- Że co? Że za­cho­wa­li­ście się jak dwa de­bile? Po­wiedz mi może coś, czego nie wiem.

- No wła­śnie... wy­szło... nie bar­dzo. - Mi­chał dra­pał się po bro­dzie. - Ale ja...

- Ma­licki, nie będę cię okła­my­wał. Je­śli jesz­cze raz doj­dzie do ta­kiej sy­tu­acji, wy­le­cisz z tej ko­mórki.

- Ale dla­czego?! - Twarz Mi­chała zro­biła się pur­pu­rowa. - Dla­czego ja? To on...

- Bo tak! Oby­dwaj ma­cie się ogar­nąć ze sobą, i to jak naj­szyb­ciej.

Ma­licki od­dy­chał ciężko, wal­cząc ze sobą. Spoj­rzał na Bren­nera, który zro­bił głu­pią minę.

- Mu­sisz się ogar­nąć ze sobą, Ma­licki - po­wie­dział in­spek­tor, a w jego gło­sie sły­chać było lekką drwinę.

- Jest pan pi­jany? - wy­pa­lił ko­mi­sarz, za­nim zdą­żył po­my­śleć.

- A nie wolno mi? - Wzru­szył ra­mio­nami Bren­ner. - Ale po­wiem ci, że nie spo­dzie­wa­łem się po to­bie ta­kiej po­stawy. Żeby przez babę ro­zum tra­cić? Ja to co in­nego, na przy­kład.

- To nie przez żadną... my po pro­stu...

- Prze­stań. - Ko­to­wicz był wy­raź­nie zi­ry­to­wany. Za­jął miej­sce za biur­kiem i spoj­rzał z po­wagą na Ma­lic­kiego. - Mi­chał, tak nie może być. Nie wiem, jak to zro­bi­cie, ale mu­si­cie się uspo­koić. Poza tym... ta wa­sza bie­ga­nina za Iwoną jest da­remna. Roz­ma­wia­łem z nią o jej mężu... w ogóle ją tro­chę pod­py­ta­łem o różne sprawy. I mu­szę po­wie­dzieć, że dziew­czyna na­wet nie wie o wa­szym ist­nie­niu, a wy roz­pę­tu­je­cie mi tu trze­cią wojnę świa­tową. I na­wet nie pró­buj mi wy­jeż­dżać ze mną i Ewe­liną, bo wiem, że to chcesz te­raz zro­bić. - Za­wie­sił na chwilę głos, ob­ser­wu­jąc, jak Ma­licki za­ci­ska usta i od­wraca wzrok. - Za­pro­si­łeś ją gdzieś na dziś?

- Na ju­tro... na pizzę - wy­ce­dził Mi­chał przez zęby, na­dal nie pa­trząc na szefa.

- To od­wo­łaj to. Na­tych­miast.

- Ale...

- Na­tych­miast, po­wie­dzia­łem. Ona przyj­muje te wa­sze oznaki do­broci, bo jest tu sama i tro­chę za­gu­biona, a nie dla­tego, że na was leci. My­śli o was jak o świet­nych kum­plach z pracy, któ­rzy po­ma­gają jej się za­akli­ma­ty­zo­wać... Ale je­śli tylko się zo­rien­tuje, w czym rzecz, albo wy... w końcu przy­cza­icie, jak się sprawy mają, ktoś bę­dzie bar­dzo cier­piał... za bar­dzo. I co wtedy?

Mi­chał po­ki­wał lekko głową na znak, że zro­zu­miał.

- Idź już - po­wie­dział spo­koj­nie To­masz. - A jak zjawi się Mar­cin, po­wiedz, żeby do mnie przy­szedł.

Po wyj­ściu Ma­lic­kiego przez kilka chwil nic do sie­bie nie mó­wili. Bren­ner uśmie­chał się pod no­sem, a Kot mocno się nad czymś za­my­ślił. Ku­siło go, żeby po­cią­gnąć Ra­fała za ję­zyk o tę wy­po­wiedź na te­mat tra­ce­nia ro­zumu z po­wodu ko­biet, skoro wciąż był pod wpły­wem i naj­wy­raź­niej nie krę­po­wał się, by o tym mó­wić. Czuł przez skórę, że cho­dzi o Ju­stynę, ale osta­tecz­nie po­my­ślał, że na­wet je­śli tak jest, to chyba nie­ko­niecz­nie chce znać szcze­góły.

- Więc nie sku­sisz się na kawę? - za­py­tał, włą­cza­jąc lap­topa.

- Nie. Będę się zbie­rał. To zna­czy za­dzwo­nię do Gra­żyny, żeby po mnie przy­je­chała. O cho­lera!

- Co się stało?

- Kom­plet­nie za­po­mnia­łem, że jej nie ma. Po­je­chała rano do Ra­do­mia.

To­mek zmru­żył oczy, szu­ka­jąc cze­goś w pa­mięci.

- Do żony tego ko­legi Ju­styny?

- Tak, do Kasi i jej dzieci. Chciała, że­bym z nią je­chał, ale, jak wi­dzisz, tu cią­gle coś się dzieje.

- Hm... - mruk­nął Kot.

- No co? Coś się stało?

- A nie... Przez mo­ment po­my­śla­łem, żeby może ru­szyć sprawę Ju­styny z tego kie­runku.

- Ale że jak? - Bren­ner zmarsz­czył czoło. Naj­wy­raź­niej ja­sne my­śle­nie nie przy­cho­dziło mu zbyt ła­two.

- No, wiesz... za po­śred­nic­twem jej męża, tej ca­łej Kasi.

- W su­mie... - Ra­fał po­stu­kał pal­cem o blat biurka. - Za­sta­no­wię się nad tym. Może to jest myśl. Tak czy ina­czej nie za­szko­dzi, jak po­jadę pod ten Ra­dom i zo­rien­tuję się w sy­tu­acji. W tym cza­sie może głowa Mro­zow­skiego nieco osty­gnie i sam do nas przyj­dzie. Lecę, Ko­cie. Po­wo­dze­nia, trzy­maj to­wa­rzy­stwo da­lej za mordy, niech wie­dzą, kto tu rzą­dzi. - Pod­niósł się i po­dał dłoń Ko­to­wi­czowi. - Po­wo­dze­nia.

- Nie dzię­kuję. - To­mek się uśmiech­nął.

Roz­dział 4

Przez do­brą mi­nutę Łu­kasz nic nie po­wie­dział, tylko roz­glą­dał się wo­koło, jakby ostat­nie słowa Go­gola w ogóle do niego nie do­tarły.

- Ale jak to... zwy­mio­to­wała? - za­py­tał w końcu, krzy­wiąc się lekko.

- No, mó­wię ci. - Ko­stek chi­cho­tał. - Ha­ft­nęła, aż miło, pro­sto na tego mar­twego szu­szaka.

Łu­kasz spoj­rzał na niego z nie­sma­kiem.

- Ona go za­biła?

- Nie! Już tam był, to zna­czy mar­twy i... i tro­chę po­kan­ce­ro­wany, chyba przez ja­kieś odłamki.

- O lu­dzie! I to zro­biło na niej ta­kie wra­że­nie? Trudno mi w to uwie­rzyć.

- No, nam wła­śnie też. - Go­gol po­ki­wał głową. - To się ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło. Coś przed wyj­ściem na czysz­cze­nie tych bu­dyn­ków mó­wiła, że dziw­nie się czuje, ale nikt nie zwró­cił na to uwagi. Wczo­raj była z tobą, więc po­dej­rze­wamy, że sza­ma­li­ście ja­kieś pa­skudz­two.

- Ale mnie nic nie jest. Ja­dłem to samo.

- To nie wiem. - Ko­stek wzru­szył ra­mio­nami. - W każ­dym ra­zie było to dość za­bawne.

- Rze­czy­wi­ście - mruk­nął Łu­kasz i wró­cił do roz­glą­da­nia się po oko­licy. - Żona rzy­ga­jąca na mar­twego ta­liba jest bar­dzo za­bawna.

- Oj, tam, wy­lu­zuj. Wiesz, jak jest z Ma­linką: za­wsze ja­kieś nie­spo­dzianki.

Łu­kasz ob­da­rzył Go­gola mor­der­czym spoj­rze­niem.

- No co? - Uśmiech­nął się Ko­stek przy­mil­nie. - Mó­wię, jak jest. Nie ściem­niam.

Meyer po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, nie prze­sta­jąc ob­ser­wo­wać wej­ścia do bu­dynku bę­dą­cego w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia jego i Kostka.

- Kto to jest? To on? - Wska­zał na mło­dego chło­paka o sko­śnych oczach, który po­ja­wił się w drzwiach.

- Nie. - Ko­stek spoj­rzał przez małą lor­netkę i wy­dął usta. - To je­den z ich grupy, ale nie o niego nam cho­dzi.

- Ale gdy się ten "wła­ściwy" po­jawi, to co chcesz z nim zro­bić?

- Naj­pierw, że­byś po­twier­dził, że to ten, który był u was na bu­do­wie, czego ty wła­śnie nie zro­bi­łeś, a po­tem trzeba go bę­dzie ścią­gnąć... to zna­czy po­wie się na­szym, żeby go śle­dzili i za­jęli się nim... od­po­wied­nio.

- Aha... - Łu­kasz zer­k­nął na wy­świe­tlacz ko­mórki. - Sie­dzimy w tym dżi­pie od pół go­dziny. Nikt się nami nie "za­in­te­re­suje"?

- To moż­liwe. Ale w su­mie o to też nam cho­dzi, ro­baczku. Je­śli się za­in­te­re­suje, bę­dziemy na stówę pewni, że je­ste­śmy we wła­ści­wym miej­scu.

- To ktoś nas ob­sta­wia w ogóle? - Meyer ro­zej­rzał się wo­koło z wy­raźną iry­ta­cją.

Go­gol spoj­rzał na niego z po­li­to­wa­niem.

- Nie, żab­ciu, nor­mal­nie sie­dzimy tu so­bie sa­miutcy i nikt o nas nie wie. Oczy­wi­ście, że je­ste­śmy ob­sta­wieni.

- Chwi­lami ża­łuję, że się w ogóle od­zy­wa­łem w tej spra­wie - wes­tchnął Łu­kasz.

- Ale ja­kiej niby?

- No, jak zo­ba­czy­łem te zdję­cia u Ju­styny i tego czło­wieka na nich.

- Do­brze się czu­jesz? - Ko­stek po­pu­kał pal­cem w czoło. - Twoja żona jest w gru­pie na­jem­ni­ków, która śle­dzi ty­pów spod ciem­nej gwiazdy, a na two­jej bu­do­wie zja­wia się je­den z nich... Rze­czy­wi­ście, trzeba było nic nie mó­wić, bo to na pewno przy­pa­dek.

Łu­kasz się uśmiech­nął.

- Wiem, wiem. Tak tylko mó­wię. Sta­ram się nie my­śleć, że jedno z dru­gim ma coś wspól­nego, ale to na­prawdę mało praw­do­po­dobne, zna­jąc ży­cie... Co to w ogóle za lu­dzie, hm?

- Ot, ta­kie tam ło­buzy, które ro­bią różne nie­miłe rze­czy in­nym lu­dziom.

- Co na przy­kład?

- Ma­linka nie opo­wia­dała?

Łu­kasz po­krę­cił głową.

- Hm... to dziwne, bo oni jej naj­bar­dziej chyba za­pa­dli w pa­mięć... z tego, co zro­zu­mia­łem.

- Dla­czego?

- Bo mó­wiła, że tylko z nimi miała kosz­mary po wy­jeź­dzie stąd. Kon­kret­nie z ta­kim jed­nym przy­jem­niacz­kiem, któ­rego kie­dyś ga­niała po targu, po tym sa­mym, na który sze­dłeś ze świę­tej pa­mięci swoim ko­legą.

Meyer wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na Kostka prze­ni­kli­wie.

- On był w tej sa­mej gru­pie?

- A więc coś mó­wiła. - Go­gol się uśmiech­nął. - Tak, to ta sama grupa, która szkoli sa­mo­bój­ców wy­sa­dza­ją­cych się tu i ów­dzie. Są do­brzy, wierz mi.

- Za­ma­cho­wiec sa­mo­bójca może nie być do­bry?

- Może. Może od­sta­wić taką lipę, że nic tylko na zmianę śmiać się i pła­kać, i przy­zna­wać na­grodę Dar­wina. Jak ci w Gha­zni, o któ­rych opo­wia­dał kie­dyś Żółw. Je­den je­chał sa­mo­cho­dem, ta­kim pół­cię­ża­ro­wym, po dach wy­peł­nio­nym sa­le­trą i TNT. Miał plan, że wje­dzie w bramę i się wy­sa­dzi, wtedy na dźwięk wy­bu­chu czte­rech jego ko­le­gów miało wyjść z kry­jó­wek, we­wnątrz bazy oczy­wi­ście, wpaść do czte­rech schro­nów i też się w nich nieco ro­ze­rwać.

- Ale po co do schro­nów?

- Bo po ta­kiej eks­plo­zji, kto tylko może, bie­gnie do schronu, głów­nie cy­wile i ci, co aku­rat nie są pod bro­nią. Ro­zu­miesz? Chcieli zro­bić sieczkę, mie­lonkę...

- No i co się stało?

- Ten od cię­ża­rówki nie prze­wi­dział, że wóz nie udźwi­gnie ła­dunku, no i mu się dwie­ście me­trów od bramy roz­kra­czył na amen. Coś tam pró­bo­wał jesz­cze z nim wal­czyć i był tym tak za­jęty, że w tym cza­sie zdą­żył pod­je­chać do niego ro­siek i przy­ło­żyć mu se­rią z trzy­dzie­chy bez ostrze­że­nia.

- A po­zo­stali?

- Cóż, jak pech, to na ca­łego. Pa­mię­tasz tę ak­cję, z któ­rej wró­ci­li­śmy, a ty u nas cze­ka­łeś na Ma­linkę?

- Pa­mię­tam.

- No, to wtedy Ma­linka do­my­śliła się, że tych miejsc, z któ­rych będą wa­lić, jest pew­nie wię­cej. Skon­tak­to­wała się z tymi spe­cjal­sami, co nam sa­mo­lot po­ży­czyli, i oni na­prawdę wy­niu­chali jesz­cze ze trzy bazy w gó­rach. No i jak ten szu­szak z sa­le­trą na bazę je­chał, to na­sze GWO aku­rat do­stało gridy na jedną z nich i wy­pa­lili z dany, więc ci czte­rej po­my­śleli, że to ich ko­lega się wy­sa­dził. Wpa­dli do schro­nów i... bach.

- A w środku ni­kogo nie było? - Łu­kasz się ro­ze­śmiał.

- Nie. I tylko szkoda tych, co mu­sieli ich po­tem skro­bać. Naj­lep­sze było to, że jak się wy­sa­dzili, to lu­dzie nie wie­dzieli, o co cho­dzi, i nie­któ­rzy po­bie­gli do tych schro­nów. Wtedy nie­je­den po­dobno ha­fto­wał, jak na­sza Ma­linka dziś rano albo i le­piej. Więc, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nie: tak, sa­mo­bójcy mogą spar­to­lić ro­botę.

- No a ta grupa? Ta, za którą bie­ga­cie?

- Nie, oni nie od­sta­wiają fu­szerki. Naj­gor­sze jest to, że są nie do wy­trze­bie­nia. Zli­kwi­duje się je­den obóz, to po­wstają trzy na­stępne. A ten ko­leś, któ­rego roz­po­zna­łeś na miej­scu, zaj­muje się wer­bo­wa­niem na­rybku.

- I co niby miałby ro­bić na na­szej bu­do­wie? - Meyer ścią­gnął brwi. - Może na­prawdę nie był tam z mo­jego po­wodu, tylko szu­kał mło­dych adep­tów?

- Może...

- Oni znają Ju­stynę? Wie­dzą, kim jest?

- Po­dej­rze­wam. Nie pierw­szy raz uga­niamy się za ich ludźmi, żeby za­po­biec ich wy­sa­dze­niu się. I my też je­ste­śmy sku­teczni. Ak­cja z tym, jak Ma­linka za­strze­liła za­ma­chowca na targu, była gło­śna na pół Ka­bulu, a wiesz... dla tych lu­dzi zgi­nąć z rąk ko­biety to go­rzej niż wszystko inne.

- Ona go za­strze­liła?

- No, a co niby miała z nim ro­bić? - Ko­stek chi­cho­tał. - Uciąć so­bie po­ga­wędkę przy her­batce? Gdyby go nie za­biła, nie miał­byś żony, na­wet byś jej ni­gdy nie po­znał.

- Boże - szep­nął Łu­kasz, opie­ra­jąc głowę na dłoni. - To ja­kiś obłęd. To zna­czy, że oni po pro­stu ści­gają Ju­stynę!

- E, bez prze­sady. - Go­gol się skrzy­wił. - Po pierw­sze, tro­chę jej tu nie było, a po dru­gie, Ma­lina to nie je­dyna ko­bieta, która lata po Ka­bulu za złymi ludźmi. Moim zda­niem tu i tak jest bez­piecz­niej­sza niż w tej ca­łej War­sza­wie.

- Nie­stety, mu­szę się zgo­dzić z tobą - wes­tchnął Meyer.

- A, wła­śnie... - Go­gol chrząk­nął ci­cho, jakby zbie­rał się do po­wie­dze­nia cze­goś trud­nego. - Ptaszki ćwier­kają, że nie ma już wśród nas do­brej przy­ja­ciółki two­jej ślub­nej.

- Kogo znowu?!

- An­gie?

- A gdzie niby mia­łaby być? Jak dla mnie jest jej o wiele za dużo w moim... na­szym ży­ciu. Mo­głaby tro­chę znik­nąć... na ja­kiś czas przy­naj­mniej.

- Tyle że my sły­sze­li­śmy... ja­koby znik­nęła bar­dziej bez­pow­rot­nie.

- Nie ro­zu­miem.

- No... że ktoś ją... - Go­gol zro­bił gest na krtani nie­wi­dzial­nym no­żem.

- Kiedy niby?

- Ja­kiś ty­dzień temu. W po­łu­dnio­wej czę­ści mia­sta zna­le­ziono zwłoki ko­biety... bia­łej, skró­co­nej o głowę. Od tego czasu na­sza słodka An­ge­lina ni­g­dzie się nie po­ja­wiła.

- Daj spo­kój - prych­nął Łu­kasz. - Na­ro­bi­łeś mi na­dziei.

- A co? Żyje?

- Żyje! Jesz­cze dziś w nocy Ju­styna pa­plała z nią przez te­le­fon z do­brą go­dzinę.

- Może to nie ona?

Meyer spoj­rzał na Go­gola jak na idiotę.

- No co? - ob­ru­szył się Ko­stek.

- Ta ko­bieta na po­łu­dniu, ta z uciętą głową, to ja­kaś zna­joma An­gie. Sama nam mó­wiła o tym chyba ze trzy dni temu.

- Ko­le­żanka z CIA?

- Nie mam po­ję­cia. Nie in­te­re­suje mnie to. Wiem je­dy­nie, że wmie­szała się w coś bar­dzo ry­zy­kow­nego i nie za­bez­pie­czyła się od­po­wied­nio... No, za­ufała nie temu, co po­trzeba.

- Ja­sne.

- A tak poza tym to ko­biety po­winny za­ra­biać wię­cej od męż­czyzn, skoro pra­cują w ta­kim kraju.

- Prze­cież za­ra­biają... przy­naj­mniej Ma­lina.

- Jak to? - Łu­kasz wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie.

- No tak. Ma­linka za­wsze ko­siła naj­wię­cej ka­pu­sty, z ra­cji na­ra­ża­nia się, oczy­wi­ście.

- Na­prawdę?

- Aha. - Ko­stek po­ki­wał ener­gicz­nie głową. - I nikt się u nas z tym nie kłó­cił, do­póki nie zja­wiło się ta­kich dwóch de­bili, z któ­rymi cho­dziła do szkoły w Po­zna­niu, ale im to nic nie pa­suje.

- Boże, ja tej swo­jej żony nie roz­gryzę ni­gdy.

- Nie martw się, nie je­steś je­dyny, mężu Ma­liny. Wiesz, jak się czu­li­śmy, kiedy oka­zało się, że Ma­lina i An­gie to przy­ja­ciółki? Prze­cież ostat­nimi czasy De Soto była na­szym naj­więk­szym wro­giem. Ile my że­śmy przed jej ludźmi ucie­kali! A po­tem ile oni ucie­kali przed nami! - Ko­stek ro­ze­śmiał się i po­krę­cił głową na to wspo­mnie­nie. - Jak banda de­bili wo­dzona za nosy przez dwie nie­po­zorne baby. Mu­siały mieć z nas nie­zły ubaw.

- Ju­styna tłu­ma­czyła mi to ina­czej...

- Pro­szę cię, Łu­kasz. - Ko­stek spoj­rzał na Mey­era bła­gal­nym wzro­kiem. - Ja oczy­wi­ście zdaję so­bie sprawę z tego, że po­nie­kąd chro­niły w ten spo­sób obie grupy, bo gdyby do­szło do kon­fron­ta­cji, to nie wiem, kto by z tego wy­szedł żywy, ale poza tym miały za­bawę na ca­łego, wierz mi.

- Ale na czym ten kon­flikt po­le­gał?

- Kon­flikt in­te­re­sów. Oni ści­gali sa­mo­bój­ców, my też. Dla nas li­kwi­da­cja jed­nego przy­stoj­nego mo­dela w pa­sie z ko­lek­cji haute co­uture TNT przed wy­sa­dze­niem się, na przy­kład w po­rze lun­chu ja­kie­goś am­ba­sa­dora, to kupa szmalu. Dla nich... pre­stiż i do­wód na to, że są po­trzebni. Po­tem oka­zało się, że po­dzie­liły "ry­nek" za­ma­chow­ców mię­dzy sie­bie, po równo.

- A mó­wią, że ko­biety nie po­tra­fią się do­ga­dać.

- Nie znasz mo­jej żony i jej przy­ja­ció­łek.

- Po­zna­łem twoją żonę, je­stem w sta­nie to so­bie wy­obra­zić.

- No wła­śnie. Wra­ca­jąc do głów­nego wątku... Grupa An­gie od­kryła dwa obozy szko­lące przy­szłych roz­ryw­ko­wych chło­pa­ków... i dziew­czyn też, nie­stety. My je­den. Więc, jak się za­pewne do­my­ślasz, nie mo­gło być po równo. No to zor­ga­ni­zo­wały to tak, że jed­nak było. Tak się składa, że ten, któ­rego zli­kwi­do­wała Ma­lina, był z grupy An­gie, więc...

- Za­częli was nie­na­wi­dzić.

- Nie­na­wi­dzić bar­dziej niż do­tych­czas. - Ko­stek uniósł pa­lec wska­zu­jący, za­zna­cza­jąc wagę swo­ich słów. - Na­wy­my­ślali na nas nie­stwo­rzone hi­sto­rie... nor­mal­nie by­li­śmy cho­dzą­cymi po­two­rami. Szło o to, żeby za­częły nas ści­gać inne grupy ła­piące złych na­jem­ni­ków...

- Za­czy­nam się gu­bić.

- Ro­baczku, ja na­wet jesz­cze nie za­czą­łem. Samo CIA też nas ści­gało i parę in­nych agen­cji róż­nej ma­ści. A tym­cza­sem Ma­linka i An­gie wy­mie­niały się in­for­ma­cjami i ani my ich, ani oni nas nie zła­pali. Mało tego, ni­gdy się na­wet do sie­bie nie zbli­ży­li­śmy. Kło­poty za­częły się wów­czas, gdy ktoś się zo­rien­to­wał, że De Soto praw­do­po­dob­nie po­maga nam w ja­kiś spo­sób, i do­niósł do Agen­cji. To było już po wy­jeź­dzie Ma­liny.

- Kto to był? Ktoś od was?

- Hm... my wtedy nie wie­dzie­li­śmy, że dziew­czyny tak so­bie ko­la­bo­ro­wały, więc trudno było po­dej­rze­wać ko­go­kol­wiek, ale dziś wy­daje nam się, że był to ktoś z grupy in­nych na­jem­ni­ków albo na­wet od tych sa­mo­bój­ców... to zna­czy ich sze­fo­stwa. Chcieli się po­zbyć De Soto i to im się udało. I to tak sku­tecz­nie, że we­dług CIA An­gie pra­cuje dla grupy wer­bu­ją­cej sa­mo­bój­ców. Wy­obra­żasz to so­bie?

- To oni w tej Agen­cji ja­cyś idioci są? Chyba da się coś ta­kiego spraw­dzić.

- Wła­śnie... - Go­gol za­my­ślił się na chwilę. - To jest bar­dzo dziwne. Ma­lina z Ja­ma­lem uwa­żają, że cho­dzi o coś wię­cej, ktoś za­ła­twił w ten spo­sób ja­kieś we­wnętrzne po­ra­chunki. Byli do tego stop­nia zde­spe­ro­wani, że w końcu prze­stali się cze­piać nas, wma­wia­jąc nam, że De Soto dzia­łała na na­szą szkodę. Ma­liny już nie było, nie miał kto tego pro­sto­wać...

- No a te­raz? Agen­cja da­lej jej szuka?

- I to jak! Kiedy po­wie­dzia­łeś, że ta skró­cona o głowę pani to jej przy­ja­ciółka i że An­gie o jej śmierci wie­działa, od razu przy­szło mi do głowy, że wy­ko­rzy­stała ją po to, żeby uda­wać mar­twą. Taka oka­zja może się nie po­wtó­rzyć, bo my­ślę, że zy­skała do­bry mie­siąc, za­nim się po­ła­pią, że nic jej nie jest.

Łu­kasz już się nie ode­zwał. Wpa­try­wał się w ob­ser­wo­wany bu­dy­nek, a że za­czy­nało się ściem­niać, co chwilę zer­kał przez lor­netkę z nok­to­wi­zją. Po mniej wię­cej dzie­się­ciu mi­nu­tach przed wej­ściem po­ja­wiło się dwóch mło­dych chłop­ców, któ­rzy po­stali chwilę i na­ra­dzali się ze sobą - tak to przy­naj­mniej wy­glą­dało z per­spek­tywy dżipa - po czym we­szli do środka.

- No i mamy ko­lej­nych zom­bie - wes­tchnął Go­gol, się­ga­jąc pod kurtkę po broń.

- Kogo?

- Tak na nich mó­wimy: zom­bie. Idzie taki na cie­bie tylko po to, żeby cię za­bić, ale sam nie boi się śmierci, bo już czuje się mar­twy i tylko strzał pro­sto w głowę może go za­trzy­mać.

Łu­kasz za­ci­snął usta, czu­jąc, że robi mu się na­prawdę nie­przy­jem­nie. Do tej pory, gdy spo­ty­kał prze­stęp­ców, za­wsze ist­niała ta cienka gra­nica, któ­rej ża­den, na­wet naj­więk­szy ban­dzior, nie chciał prze­kra­czać. Wi­dział wiele razy, jak wielki, zły i zde­spe­ro­wany fa­cet ła­mie się w ob­li­czu przy­sta­wio­nej mu do czoła broni. Jed­nak ko­goś, kto za­mie­rza za­bić sie­bie, żeby zgi­nęli inni, nie wi­dział ni­gdy.

- Co się dzieje? - za­py­tał po chwili, wy­czu­wa­jąc, że Ko­stek jest go­towy, by gdzieś ru­szać z pi­sto­le­tem.

- Coś. Nie ma tego z bu­dowy, ale jest ja­kiś ruch, są­dząc po tym, że zmie­niło się usta­wie­nie na­szych na bu­dynku.

Łu­kasz ro­zej­rzał się, ale nie wi­dział, by na oko­licz­nych da­chach ktoś się po­ru­szał.

- Mam coś ro­bić? Iść za tobą?

- Je­steś po­li­cjan­tem. - Ko­stek się wy­szcze­rzył. - Dzia­łaj, jak umiesz naj­le­piej.

W tym mo­men­cie z bu­dynku wy­szedł je­den z wi­dzia­nych przed chwilą chłop­ców. Od­wró­cił się w ich stronę i wy­mie­rzył, jak się zda­wało, z ja­kiejś broni. Łu­kasz z Kost­kiem nie wi­dzieli, co to było, ale, nie cze­ka­jąc na nic, wy­sko­czyli z auta, by się schro­nić na jego ty­łach i usta­wić do strzału. Nie było to jed­nak ko­nieczne, bo za­nim przy­jęli po­stawę, usły­szeli huk i gdy spoj­rzeli w stronę wej­ścia, chło­pak le­żał na ziemi, praw­do­po­dob­nie mar­twy.

- Bul­let - wy­ja­śnił ci­cho Go­gol. - Nasz snaj­per go zdjął. Za­raz pew­nie się za­cznie.

Rze­czy­wi­ście, z bu­dynku wy­pa­dło kilku uzbro­jo­nych w AK męż­czyzn, któ­rzy za­częli wa­lić na oślep i we wszyst­kich kie­run­kach. Meyer ze zdu­mie­niem od­krył, że bar­dzo ła­two było w nich tra­fić, i za­nim się zo­rien­to­wał, po­ło­żył przy­naj­mniej dwóch ze swo­jej broni, którą do­stał od An­drzeja w dniu przy­jazdu.

- Pa­mię­taj - krzyk­nął Go­gol. - Wal po­wy­żej szyi. Je­śli mają na so­bie pasy, to mogą je w każ­dej chwili zde­to­no­wać.

Łu­kasz ski­nął głową. Uwa­żał jed­nak, że rów­nie do­brze mo­gły być zde­to­no­wane drogą ra­diową przez ko­goś z bu­dynku, dla­tego był prze­ko­nany, że na­leży do­stać się do środka i zli­kwi­do­wać tych, któ­rzy tam byli. Dał Go­go­lowi znak głową i zro­bił py­ta­jącą miną. Ko­stek po­twier­dził, że ro­zu­mie, i prze­biegł za jego ple­cami na drugą stronę ulicy pod ścianę ja­kie­goś domu, przy­kląkł i ski­nął ręką na Mey­era.

- Mo­żemy po­dejść bli­żej - po­wie­dział, gdy Łu­kasz był przy nim. - Z okien nas nie tra­fią, a poza tym nasi chro­nią nas ogniem.

Ru­szyli więc, przy­kle­jeni do muru, w stronę wej­ścia. Wtedy Łu­kasz ką­tem oka za­uwa­żył dwie syl­wetki bie­gnące ni­sko na ugię­tych no­gach, zmie­rza­jące naj­wy­raź­niej w tym sa­mym kie­runku co oni, ale Go­gol mu­siał ich znać, bo nie za­trzy­mał się ani na se­kundę. Męż­czyźni uzbro­jeni byli w ka­ra­binki. Do­piero po kil­ku­dzie­się­ciu me­trach Meyer roz­po­znał w nich ko­le­gów Ju­styny z grupy, choć nie mógł so­bie przy­po­mnieć ich imion.

We czte­rech za­jęli po­zy­cje przy drzwiach wej­ścio­wych. Do środka wcho­dzili, ko­mu­ni­ku­jąc się tylko na migi i Meyer czuł się zu­peł­nie tak samo, jak pod­czas któ­rejś z ak­cji w CBŚ. Póź­niej też było po­dob­nie: szyb­kie prze­miesz­cza­nie się na pię­tro, wcho­dze­nie do ko­lej­nych po­miesz­czeń, ro­bie­nie za­mie­sza­nia, obez­wład­nia­nie za­trzy­ma­nych... Tylko twa­rze lu­dzi, któ­rych tam zna­leźli, były zu­peł­nie inne. Prak­tycz­nie nikt nie sta­wiał oporu. Mło­dzi męż­czyźni, pra­wie dzieci, sie­dzieli wy­stra­szeni na pod­ło­dze, nie wie­dząc, co mają ze sobą zro­bić w ta­kiej sy­tu­acji. Nikt na­wet nie pró­bo­wał cho­wać rze­czy, które le­żały wo­koło nich - pa­sów, skrzyń z me­ta­lo­wymi kul­kami, ka­bli, środ­ków wy­bu­cho­wych, za­pal­ni­ków. Dla Łu­ka­sza taka sce­ne­ria była zu­peł­nie nowa i przez uła­mek se­kundy miał na­wet po­czu­cie, że to nie jest rze­czy­wi­stość, tylko ja­kiś film. Trzech na­jem­ni­ków za­jęło się krę­po­wa­niem i roz­bra­ja­niem lu­dzi, ale Mey­erowi coś w tym wszyst­kim nie pa­so­wało. Zła­pał Kostka za rę­kaw.

- Go­gol, coś jest nie tak.

- To zna­czy?

- Tu są same dzieci. A gdzie się po­dziali ci, co nimi do­wo­dzą?

Oczy Go­gola zro­biły się duże jak spodki. Ro­zej­rzał się uważ­nie wo­koło, po czym spoj­rzał w su­fit.

- Dach - szep­nął. - Idziemy!

Łu­kasz prze­ska­ki­wał po trzy stop­nie na­raz. Go­gol na swo­ich krót­kich no­gach i przy krę­pej bu­do­wie ciała nie miał ta­kiej moż­li­wo­ści, ale wcale nie był wol­niej­szy od Mey­era. Do­pa­dli do otwar­tego włazu na pła­ski dach i ostroż­nie wyj­rzeli na ze­wnątrz.

- Jest ich dwóch - szep­nął Ko­stek. - Stoją przy kra­wę­dzi. Wcho­dzimy.

Łu­kasz chciał go za­trzy­mać, żeby po­wie­dzieć, by ich nie za­bi­jał, ale nie zdą­żył tego zro­bić. Go­gol wy­sko­czył z włazu i od­dał strzał. Ucie­ka­jący męż­czy­zna do­stał w ra­mię, nie zdo­łał utrzy­mać rów­no­wagi i spadł z da­chu, zni­ka­jąc im z pola wi­dze­nia.

- Gdzie drugi? - Ko­stek był wy­raź­nie po­bu­dzony i go­towy do walki.

Meyer obej­rzał się i zo­ba­czył, że czło­wiek ów zmie­rza w prze­ciwną stronę, chcąc naj­wy­raź­niej prze­sko­czyć na dach ko­lej­nego domu. Go­gol też go do­strzegł, wy­mie­rzył, ale nie zdo­łał tra­fić, bo Łu­kasz w ostat­niej chwili trą­cił jego ra­mię.

- Co ro­bisz? - syk­nął wście­kły Ko­stek.

- Zo­staw - po­wie­dział spo­koj­nie, ale sta­now­czo Łu­kasz i pod­biegł do ści­ga­nego, który upadł na ko­lana, gdy usły­szał huk strzału. Przy­gniótł szyję męż­czy­zny do ziemi stopą i za­czął go prze­szu­ki­wać.

- Zwa­rio­wa­łeś?! - Go­gol do­padł do nich z prze­ra­że­niem w oczach. - Mógł być cały w ła­dun­kach wy­bu­cho­wych...

- Nie mógł być. - Łu­kasz po ko­lei opróż­niał kie­sze­nie czło­wieka, który coś pró­bo­wał do niego mó­wić. - Skoro to ich do­wódca, to sam w ży­ciu się nie wy­sa­dzi. Poza tym to ten, co był na bu­do­wie. Nie mo­że­cie go za­bić, po­dobno jest wam po­trzebny.

- Se­rio? - Ko­stek na­chy­lił się nad męż­czy­zną, zła­pał go za gę­ste czarne włosy i prze­krę­cił i tak wy­krę­coną głowę. Czło­wiek jęk­nął z bólu. - Rze­czy­wi­ście, wy­gląda jak ten ze zdję­cia. Po­dam chło­pa­kom po ra­diu.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach ze­szli na dół z za­trzy­ma­nym męż­czy­zną, nie tylko skrę­po­wa­nym, ale też z za­sło­nię­tymi oczami. Łu­kasz nie wie­dział, po co to zro­bili, ale nie do­cie­kał. Zresztą, kiedy zaj­rzał do jed­nego z wo­zów, który na­gle po­ja­wił się na miej­scu zda­rzeń, za­uwa­żył, że zro­biono tak ze wszyst­kimi dzie­cia­kami wy­pro­wa­dzo­nymi z bu­dynku.

- A co z cia­łami? - za­py­tał Kostka.

- Też za­biorą.

- Na­prawdę?

- Tak. Trzeba im po­ro­bić zdję­cia do iden­ty­fi­ka­cji. Mu­simy wie­dzieć, kogo po­wy­kre­ślać z na­szych ka­ta­lo­gów. - Uśmiech­nął się, choć wcale nie wy­glą­dał na we­so­łego. - Jedźmy stąd. My się tu już do ni­czego ni­komu nie przy­damy.

- Mo­głeś mnie uprze­dzić, że będę czę­ścią ja­kiejś więk­szej ak­cji - po­wie­dział Łu­kasz, kiedy za­jęli miej­sca w dżi­pie.

- Nikt nie wie­dział, że bę­dzie więk­sza.

- No ale przy­go­to­wa­li­ście się jak na wojnę.

- Za­wsze tak ro­bimy - wes­tchnął Ko­stek. - Na­wet je­śli to tylko dmu­cha­nie na zimne. Ma­lina mó­wiła ci o tym, jak sie­działa w skle­pie?

- Mó­wiła.

- No, to jak ona tam sie­dzi z Alim, to jest ob­ser­wo­wana przez co naj­mniej kilka osób. Za­wsze je­ste­śmy go­towi na naj­gor­sze... przy­naj­mniej sta­ramy się być.

- Ro­zu­miem... Za­wie­ziesz mnie?

- Oczy­wi­ście. - Go­gol ski­nął głową. - Ale tylko pod wa­run­kiem, że po­czę­stu­jesz mnie wó­deczką.

Łu­kasz uśmiech­nął się pod no­sem i po­krę­cił głową. Ju­styna pa­trzyła nie­zbyt przy­chyl­nym wzro­kiem na co­dzienne pi­cie al­ko­holu, na­wet je­śli wszy­scy wo­koło tłu­ma­czyli to ochroną przed skut­kami ob­cego kli­matu. Ale dziś wie­czo­rem Ju­styny miało nie być, a Łu­kasz bar­dzo chciał się roz­luź­nić po dość za­ska­ku­ją­cym dniu.

Je­chali długo. Ko­stek klu­czył po wą­skich ulicz­kach, roz­glą­da­jąc się uważ­nie, czy nie są śle­dzeni. Mia­sto wy­glą­dało gdzie­nie­gdzie na opu­sto­szałe, ale miesz­kańcy po pro­stu sie­dzieli w swo­ich do­mach. Do­piero cen­trum, które mu­sieli prze­je­chać, przy­po­mi­nało w miarę nor­malną sto­licę, z otwar­tymi do późna skle­pami, re­stau­ra­cjami i ko­lo­ro­wymi re­kla­mami. Meyer za każ­dym ra­zem, gdy prze­jeż­dżał przez skrzy­żo­wa­nie, gdzie zgi­nął Irek, od­czu­wał przy­gnę­bie­nie. Pa­trzył przez okno na grupę ro­ze­śmia­nych mło­dych lu­dzi i my­ślał o tym, jak nie­wiele trzeba, żeby za­mie­nić to miej­sce w pole śmierci.

- No, to je­ste­śmy - we­soły głos Go­gola roz­pro­szył po­chmurne wspo­mnie­nia. - Ale... albo za­po­mnia­łeś zga­sić świa­tło przed wyj­ściem, albo masz nie­spo­dzie­wa­nych go­ści.

- Co? - Łu­kasz zer­k­nął w górę. Rze­czy­wi­ście, w oknach wy­naj­mo­wa­nego przez niego miesz­ka­nia świe­ciło się świa­tło. - Ale... może to Ju­styna?

- Chodźmy spraw­dzić - stwier­dził Ko­stek, wy­łą­cza­jąc sil­nik.

W miesz­ka­niu za­stali Ja­mala, który ro­bił so­bie her­batę, dzwo­niąc me­ta­lową ręką o na­czy­nia.

- A co ty tu ro­bisz? - wy­pa­lił bez wstę­pów Ko­stek.

- Pst. - Ja­mal przy­ło­żył pa­lec do ust. - De­eDee śpi.

- Jak to?

- Źle się czuła. Przy­wio­złem ją, bo nie chciała zo­stać u nas.

- Go­gol? - Łu­kasz pa­trzył py­ta­jąco na ko­legę.

- Mówi, że twoja ślubna źle się czuła. Śpi, więc mo­żesz do niej zaj­rzeć.

Za­nie­po­ko­jony nie na żarty Meyer po­szedł do sy­pialni, tym­cza­sem Go­gol za­czął prze­szu­ki­wać półki ku­chenne.

- Co ty ro­bisz? - zmarsz­czył czarne czoło Ja­mal.

- Szu­kam cze­goś do pi­cia.

- Weź her­batę.

Ko­stek spoj­rzał na Ja­mala z nie­sma­kiem.

- Sam ją so­bie pij. Chcę wódki. O, jest! - Ucie­szył się na wi­dok opróż­nio­nej do po­łowy bu­telki ab­so­lutu, po czym otwo­rzył lo­dówkę. - Jesz­cze tylko lód by się przy­dał. To o co cho­dzi z na­szą kró­lewną? Chora jest?

- Nie wy­daje mi się. - Ja­mal się skrzy­wił. - Jest... jak by to po­wie­dzieć... w de­pre­sji.

- W czym?

- No... jest mocno przy­bita. Coś ją trapi... chyba. A jak wa­sza ob­ser­wa­cja?

- Czło­wieku! - Ko­stek mach­nął ręką. - Nor­mal­nie, ja z Łu­ka­szem mogę cho­dzić na ak­cje i ża­den ter­ro­ry­sta się nam nie oprze. Zła­pa­li­śmy tego z bu­dowy.

- O! - Ja­mal z wra­że­nia roz­lał nieco her­baty. - Czyli że nasz in­for­ma­tor miał ra­cję co do miej­sca, tak?

- Miał ra­cję - ski­nął głową Ko­stek. - Tam była mała wy­twór­nia pa­sów, ka­mi­ze­lek i może na­wet in­nych ła­dun­ków. Wszystko było: za­pal­niki, TNT, kulki, na­daj­niki... No i kupa dzie­cia­ków.

Ja­mal chciał coś po­wie­dzieć, ale w kuchni zja­wiła się bar­dzo blada Ju­styna.

- Co to zna­czy, że by­łeś na ak­cji z Łu­ka­szem? - Spoj­rzała na Kostka, jakby chciała go za­bić wzro­kiem.

- O, masz! - Go­gol prze­wró­cił oczami.

- Co "o, masz"? On z nami nie pra­cuje, nie wolno ci go na­ra­żać. To są nie­bez­pieczni lu­dzie.

- Ma­lina, li­to­ści! Twój stary to ma­szyna, a ty go niań­czysz jak dzi­dziu­sia.

- A gdyby mu się coś stało?

- To ja pójdę do po­koju - mruk­nął Ja­mal, prze­cho­dząc obok nich. Roz­mowa była pro­wa­dzona po pol­sku, a poza tym wo­lał nie znaj­do­wać się w polu ra­że­nia, gdy Ju­styna była w ta­kim sta­nie du­cha.

- Co by mu się stało? To stary glina, był na ta­kich ak­cjach pew­nie setki razy...

- Ale nie tu­taj!

- Ju­stynka. - Za jej ple­cami po­ja­wił się Łu­kasz. - Może po­win­naś się znowu po­ło­żyć? Mar­twi mnie twoja bla­dość...

- Od­czep się! - Od­sko­czyła gwał­tow­nie i, omi­ja­jąc Łu­ka­sza łu­kiem, po­szła do po­koju, gdzie na ka­na­pie sie­dział już Ja­mal.

- Masz babo pla­cek. - Go­gol spoj­rzał na Łu­ka­sza z bar­dzo wy­mowną miną. - Wszystko źle. Pij tę wódkę tu­taj, żeby znowu nie było awan­tury.

Pa­no­wie wy­chy­lili po setce i rów­nież udali się do po­koju. Ju­styna na­wet na nich nie spoj­rzała, tylko sie­działa obok Ja­mala za­wi­nięta w pled. Wy­glą­dała, jakby miała za­raz umrzeć. Łu­kasz z Kost­kiem usie­dli na­prze­ciwko przy ni­skim sto­liku. Jed­no­ręki przy­glą­dał im się z lek­kim roz­ba­wie­niem, ale też nic się nie od­zy­wał.

- Ma­linka - za­czął w końcu Ko­stek. - Czy wszystko w po­rządku? Z tobą, zna­czy się.

- Nie - burk­nęła, krzy­wiąc się. - Nie jest w po­rządku.

Spoj­rzała ża­ło­śnie na męża wiel­kimi, peł­nymi łez oczami. Taki wi­dok za­zwy­czaj wy­wo­ły­wał w Łu­ka­szu wiel­kie emo­cje, aż ści­skało mu się serce. Miał wra­że­nie, że w ta­kiej chwili ni­czego by jej nie od­mó­wił. Pod­niósł się i pod­szedł do ka­napy, a Ja­mal dys­kret­nie za­jął jego miej­sce obok Go­gola. Meyer usiadł, obej­mu­jąc Ju­stynę, która po­ło­żyła mu głowę na ko­la­nach i roz­pła­kała się gło­śno.

- My­ślisz, że po­win­ni­śmy wyjść? - za­py­tał Ja­mal Kostka, le­dwo ru­sza­jąc ustami.

- Siedź! Bo nie wia­domo, jak za­re­aguje.

Łu­kasz gła­skał Ju­stynę po gło­wie i ple­cach, cze­ka­jąc, aż się nieco uspo­koi.

- Ju­styś, co się dzieje?

- Nie chcę już tu być.

- Gdzie?

- W Afga­ni­sta­nie. Chcę do domu.

- Już nam dużo nie zo­stało. Prze­cież nie­długo wra­camy.

- Ale ja już nie chcę tego ro­bić - chli­pała, po­cią­ga­jąc no­sem.

- Czego? Pra­co­wać z nimi?

- No, tego... Nie chcę za­bi­jać. W ogóle nie chcę na to pa­trzeć. To okropne. Ten mar­twy chło­pak rano... mam już dość.

Ko­stek dys­kret­nie tłu­ma­czył Ja­ma­lowi prze­bieg roz­mowy. B.B. zmarsz­czył czoło, gdy usły­szał ostat­nią jej część. Łu­kasz spoj­rzał na niego z miną świad­czącą o tym, że sam nic z tego nie ro­zu­mie.

- Ju­stynko. - Na­chy­lił się znowu nad żoną. - Nie chcesz wra­cać do pracy?

- Nie. Nie chcę. To bez sensu. Nie na­daję się do tego. Po­win­nam być w cie­płym domu i go­to­wać obiady...

Go­gol po­pa­trzył na Mey­era z wy­rzu­tem.

- Ej! Da­jesz jej ja­kieś pro­chy? Gada jak po­tłu­czona. To nie na­sza Ma­lina.

Ja­mal zła­pał go za rę­kaw.

- Daj spo­kój - szep­nął. - Trzeba ją zo­sta­wić. Niech doj­dzie do sie­bie przez kilka dni i zo­ba­czymy.

- No do­bra - mruk­nął Go­gol. - Jak chcesz. Nie ma co tu sie­dzieć. Jedźmy.

Wy­szli po ci­chu z miesz­ka­nia. Ju­styna, jak się zda­wało, w ogóle tego nie za­uwa­żyła.

- Idź do łóżka. - Łu­kasz wy­tarł jej po­li­czek. - Ja się wy­ką­pię i też od­pocznę, OK?

Po­ki­wała głową, wstała i po­szła do sy­pialni. Nie spała, kiedy kładł się obok niej.

- Po­wiesz mi, co się tak na­prawdę stało? - za­py­tał w ciem­no­ściach.

- Nic. - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Po pro­stu już dłu­żej nie mogę. Coś... pę­kło we mnie i nie chcę na­wet pa­trzeć na broń, na tych lu­dzi...

- W po­rządku. - Od­gar­nął jej z czoła grzywkę i po­gła­dził po po­liczku.

- Na­prawdę zła­pa­łeś tego z bu­dowy?

- Na­prawdę. Wiesz, co te­raz z nim zro­bią?

- Będą prze­słu­chi­wać, do­póki im nie po­wie, po co tam był... i ogól­nie wszyst­kiego.

- Za­biją go?

- Po wszyst­kim wy­da­dzą po­li­cji. Afgań­czycy go roz­strze­lają albo po­wie­szą. Pew­nie zro­bią z tego ja­kąś po­ka­zówkę.

- Ro­zu­miem. A ty... co ty my­ślisz o tej spra­wie?

- Co mam my­śleć?

- No... co on na­prawdę u nas ro­bił?

Ju­styna unio­sła się na łok­ciu i spoj­rzała na Łu­ka­sza prze­ni­kli­wie. W jej oczach od­bi­jały się świa­tła z ulicy.

- My­ślę, że był przez Ja­sminę.

- Jak to?! - Tego Łu­kasz się nie spo­dzie­wał. - Ale jej od dawna nie ma.

- Ale wciąż jest ta szem­rana grupa, z którą ona utrzy­my­wała kon­takty. Nikt tak na­prawdę nie wie, po co się u An­drzeja za­trud­niła, jak do niego tra­fiła, dla­czego w Ka­bulu... no i dla­czego znik­nęła.

Łu­kasz po­ki­wał głową i wy­cią­gnął ra­mię do Ju­styny, która po­ło­żyła się na jego piersi i nie­mal od razu za­snęła.

Roz­dział 5

Jesz­cze za­nim do­je­chał w oko­lice Ra­do­mia, wie­dział, że próba po­dej­ścia Ju­styny od strony ro­dziny Bą­ków nie ma więk­szego sensu. Po­sta­no­wił więc w ogóle nie za­czy­nać tego te­matu. Wje­chał na pod­jazd, ale nie zdą­żył na­wet wy­siąść, bo drzwi jego auta otwo­rzyły się gwał­tow­nie i dłu­gie chude ra­mionka oplo­tły jego łysą głowę.

- Ra­fał! - cie­szył się Kuba. - Przy­je­cha­łeś do mnie! Gra­żyna mó­wiła, że nie przy­je­dziesz.

Bren­ner zła­pał chło­paka i wy­siadł z auta, trzy­ma­jąc go na rę­kach.

- Na­my­śli­łem się - po­wie­dział ze śmie­chem. - Nie mo­głem so­bie od­mó­wić ta­kiej przy­jem­no­ści.

Gra­żyna sie­działa z Ka­sią w kuchni przy stole. Po­chy­lały się nad ja­kąś wielką książką ku­char­ską.

- Oho! Chyba coś do­brego bę­dzie do je­dze­nia. - Ra­fał po­sta­wił Kubę na pod­ło­dze i wy­cią­gnął dłoń do jego mamy.

- To się jesz­cze okaże. - Pu­ściła do niego oko. - Za­leży, czy bę­dziesz grzeczny.

Bren­ner zdjął płaszcz, który po­wie­sił przy drzwiach, i po­szedł do ła­zienki. Gra­żyna przy­glą­dała mu się uważ­nie ką­tem oka.

- Coś się stało - szep­nęła do Kasi.

- Co niby?

- Nie wiem jesz­cze, ale wi­dzę po jego za­cho­wa­niu, że coś za­szło.

- Moim zda­niem wy­glą­dał nor­mal­nie.

- Nie. - Skrzy­wiła się Gra­żyna. - I ta na­gła zmiana de­cy­zji co do przy­jazdu świad­czy o tym naj­le­piej.

- Na­prawdę?

- Tak. Pew­nie nie bę­dzie chciał mó­wić, ale gdyby ci się udało, pod­py­taj go dys­kret­nie, co u Ju­styny i Łu­ka­sza.

- Chyba wszystko w po­rządku. - Ka­sia przy­glą­dała się Gra­ży­nie ze zdzi­wie­niem. - Ko­stek nic ostat­nio nie mó­wił.

- Nie­ważne. Za­py­taj...

Ra­fał wy­szedł z ła­zienki i do­piero wtedy za­uwa­żył sto­jący pod ścianą ko­jec, w któ­rym sie­działy bliź­niaki, to zna­czy je­den ma­luch le­żał na plec­kach i ga­wo­rzył do ja­kiejś za­bawki, a drugi stał oparty na wy­pro­sto­wa­nych nóż­kach, usi­łu­jąc wyj­rzeć na ze­wnątrz. Bren­ner pod­szedł do niego, na co bo­bas za­re­ago­wał drże­niem ca­łego ciała, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że na­tych­miast chce zna­leźć się na rę­kach.

- Po­patrz, Graża, jaki fajny. - Ra­fał na­chy­lił się i wy­cią­gnął dziecko z kojca. - W ogóle się mnie nie boi.

- On by się na­wet cza­row­nicy nie wy­stra­szył - mruk­nęła Ka­sia znad książki. - Ni­czego się te dzieci nie boją.

- Ja­kie ma ładne oczka - za­chwy­cał się Bren­ner, który jak się zda­wało, nie sły­szał uwagi Kasi. - Ja­kie małe łapki. Gra­żynka, pa­mię­tasz, jaka była na­sza Mar­tynka? Też taka ma­lutka i śliczna. Ależ szkoda, że tak szybko wy­ro­sła.

- Bren­ner, a ty to do­brze się czu­jesz? - Gra­żyna spoj­rzała na męża z po­li­to­wa­niem. - Pa­mięć to ty masz do­brą, ale krótką. Ile razy się uża­la­łeś, że mo­głaby wresz­cie uro­snąć i iść do szkoły, bo tylko te pie­lu­chy, kupy, nocne wsta­wa­nie i na rę­kach trzeba no­sić.

- Bez prze­sady. - Ra­fał wzru­szył ra­mio­nami i uśmiech­nął się do dziecka. - Co ta cio­cia opo­wiada za głu­poty? To wszystko nie­prawda. O, pa­trz­cie, jak nóżki pro­stuje. Jak małe szpi­leczki.

Do kuchni wpadł z po­wro­tem zdy­szany Kuba, który sta­nął przed Ra­fa­łem.

- Pój­dziesz do mnie? - Szarp­nął go za rę­kaw. - Mu­szę ci coś po­ka­zać.

- No to pójdę, skoro mu­sisz.

- Ale odłóż bliź­niaka - za­żą­dał chło­piec.

- Nie roz­ka­zuj mi. - Ra­fał uda­wał groź­nego. - Z bliź­nia­kiem albo wcale.

- No do­bra - wes­tchnął Kuba. - Niech bę­dzie. Za­wsze tylko te bliź­niaki.

Do mo­mentu, kiedy dzieci nie za­snęły w swo­ich łóż­kach, wszystko w domu krę­ciło się wo­kół nich. Ką­pa­nie, kar­mie­nie, prze­bie­ra­nie, a w wy­padku Kuby i ma­łej Kasi, która wcale nie była taka mała - od­ra­bia­nie lek­cji i wy­kłó­ca­nie się o wy­bór stroju na na­stępny dzień.

- Za­wsze, gdy robi się w końcu ci­cho, od­czu­wam przez do­bre pół go­dziny ja­kiś nie­po­kój. - Ka­sia się uśmiech­nęła, sia­da­jąc za sto­łem w kuchni. Była wy­raź­nie bar­dzo zmę­czona. - Ale pa­nie in­spek­to­rze... pan tak z pu­stymi rę­kami do nas za­wi­tał?

- Ależ pani Bąk, oczy­wi­ście, że nie z pu­stymi. - Ra­fał się­gnął do ma­łej torby, z którą przy­je­chał. - Wino z naj­wyż­szej półki.

- Co to zna­czy? - Ro­ze­śmiała się Gra­żyna. - Że stało na naj­wyż­szej półce w skle­pie, czy że kosz­to­wało dzie­więć dzie­więć­dzie­siąt za­miast piątki?

- Nie. Dzie­więt­na­ście dzie­więć­dzie­siąt, moja droga.

- No, to rze­czy­wi­ście, masz gest. Po­lej, skoro już taki uprzejmy je­steś.

Przez ko­lejną go­dzinę Bren­ner opo­wia­dał o swo­ich wra­że­niach z po­bytu w Biu­rze. O wi­zy­cie u Brze­ziń­skiego nie wspo­mniał ani sło­wem.

- A wie­cie, po czym po­zna­łem, że Kot jest do­brym sze­fem? Bo kiedy tam by­łem, to na­wet mnie nie za­uwa­żyli, wszy­scy wpa­try­wali się w niego jak w święty ob­raz i słu­chali go z naj­więk­szą czcią. Chło­pak na­prawdę daje radę. Oczy­wi­ście, wciąż ma skłon­no­ści do ma­zga­je­nia się i szu­ka­nia dziury w ca­łym, ale przy­naj­mniej nie roz­kleja się przy nich.

- A przy to­bie się roz­kleił? - Gra­żyna uśmiech­nęła się pod no­sem.

- Bo to raz!

- Ale czy dziś się roz­kleił?

- Też. Ga­da­łem z nim dość długo o... róż­nych rze­czach, mię­dzy in­nymi o tej ca­łej Ewe­li­nie...

- Cze­kaj! - prze­rwała mu Ka­sia. - Tej, co z mę­żem Ju­styny...

- Tak, tej sa­mej. No więc są ra­zem i nie­źle im się układa, ale dla Ko­to­wi­cza to oczy­wi­ście po­wód do zmar­twie­nia, bo czuje się nie­swojo, kiedy ko­bieta go nie bije i nie wy­zywa.

- Boże - wes­tchnęła Gra­żyna. - Kosz­mar. Ale ja mu się nie dzi­wię, tyle lat cze­ka­nia, aż się wiedźma za­mieni w księż­niczkę... Więc jak do­stał tę księż­niczkę, to tylko czeka, aż za­mieni się w wiedźmę.

- Żona, ty to jak po­etka ja­kaś. - Ro­ze­śmiał się ci­cho Ra­fał, uchy­la­jąc od razu przed pac­nię­ciem w po­ty­licę. - Ale to i tak nie jest naj­lep­sze. Słu­chaj­cie, chło­paki byli dziś na ak­cji, którą szy­ko­wali od dawna...

Bren­ner ze szcze­gó­łami opo­wie­dział hi­sto­rię z po­ran­nych ma­new­rów swo­jej daw­nej ko­mórki, do­pro­wa­dza­jąc obie pa­nie do łez.

- To który w końcu dał z li­ścia Le­nar­towi? - Gra­ży­nie trudno było zła­pać od­dech ze śmie­chu.

- Nie usta­lono, ale sprawa w toku. Poza tym to nie był liść, ale po­ważny cios, bo twarz Zby­cha wy­glą­dała na­prawdę kiep­sko. Po­dej­rze­wam Ma­lic­kiego, ale Słom­kow­ski już nie raz nas za­sko­czył.

- Ale chwilę. - Kasi coś nie da­wało spo­koju. - O co im po­szło tak na­prawdę? Mó­wi­łeś, że o ko­bietę.

- Szkoda ga­dać. - Bren­ner mach­nął ręką. - Kot ścią­gnął z Wę­go­rzewa taką młodą po­li­cjantkę, Iwonę. Dziew­czyna do­piero co wy­szła z po­ste­run­ko­wej, którą była nieco za długo, ale oka­zało się, że jest zdolna i chętna do na­uki, no i bar­dzo chciała być w tej gru­pie... A Ma­licki to stary ka­wa­ler, który wziął ślub ze służbą. Jako funk­cjo­na­riusz jest spe­cja­li­stą i nikt mu nie pod­sko­czy, ale je­śli cho­dzi o ko­biety, to już nie za bar­dzo. Słom­kow­ski... w za­sa­dzie po­dob­nie. Te­raz, jak o tym po­my­ślę, to wi­dzę, że oby­dwaj są do sie­bie po­dobni pod wie­loma wzglę­dami, tyle że Mar­cin do­dat­kowo jest mały i nie­po­zorny, i cza­sem wy­gląda tak, jakby się bał wła­snego cie­nia.

- I co? I od razu się w niej za­ko­chali? - za­py­tała Gra­żyna.

- Tak to wy­glą­dało. - Bren­ner po­tarł twarz. - Hm... wie­cie, tro­chę z tymi fa­ce­tami po­pra­co­wa­łem, to nieco się orien­tuję, co im pod ko­pu­łami może sie­dzieć.

Gra­żyna o mało nie za­chły­snęła się wi­nem i wiele wy­siłku kosz­to­wało ją to, by nie za­cząć hi­ste­rycz­nie się śmiać.

- Tacy dwaj cią­gle tylko w ro­bo­cie prze­by­wają - kon­ty­nu­ował Ra­fał. - A jak nie w ro­bo­cie, to w domu, bo mu­szą po tej ro­bo­cie od­po­cząć, skoro sie­dzieli w niej dwa­dzie­ścia go­dzin. Ko­biet się boją, więc ni­g­dzie się nie ru­szają, ni­kogo nie za­pra­szają, kom­pleksy le­czą suk­ce­sami w pracy... I zja­wia się młoda dziew­czyna, nieco za­gu­biona... Jesz­cze za­gu­biona, bo jak się roz­kręci, to bę­dzie co in­nego...

- A oni wie­trzą ła­twy łup - do­po­wie­działa Ka­sia z fi­glar­nym uśmie­chem.

- Tak. Po­cząt­kowo wy­daje im się, że może wresz­cie się uda, bo dziew­czyna jest miła, chęt­nie wy­cho­dzi, spo­tyka się... A po­tem i tak nic z tego, bo ona prze­sta­nie być obcą z pro­win­cji, od­naj­dzie się i ułoży ży­cie. I dla­tego uwa­żam, że Kot ro­ze­grał to do­brze.

- Bren­ner, a może wy to źle ro­zu­mie­cie? - Gra­żyna zmru­żyła oczy, pa­trząc prze­ni­kli­wie na męża. - Może któ­ryś jej się na­prawdę po­doba?

- Iwona jest za­mężna.

- O... to... to zmie­nia po­stać rze­czy. - Gra­żyna po­ki­wała głową. - I co ten mąż robi?

- Zo­stał w domu i nie chce się prze­no­sić, szan­ta­żu­jąc żonę na różne spo­soby.

- Ale czemu?

- Bo chce, żeby wró­ciła i żeby ko­niecz­nie było jak wcze­śniej.

- No ale taka praca to duża szansa - za­uwa­żyła Ka­sia. - Także fi­nan­sowa. To chyba ważne.

- Nie wszy­scy męż­czyźni tak uwa­żają, ko­chana - po­wie­działa z prze­ką­sem Gra­żyna. - Gdy­bym ja do­stała su­per­o­fertę gdzieś da­leko, Bren­ner na stówę nie ru­szyłby dupy z War­szawy.

- Ej. - Ra­fał spoj­rzał na nią z lek­kim wy­rzu­tem.

- No co? Wiem, jak jest. Mo­gła­bym mi­liony za­ra­biać, a nie zro­bił­byś tego dla mnie.

- Pa­trz­cie, jaka pewna się zna­la­zła - mruk­nął Ra­fał, się­ga­jąc po bu­telkę z wi­nem.

- No, hi­sto­ria zna przy­padki, że mąż za żoną po­je­chał... da­leko. - Ka­sia spoj­rzała wy­mow­nie na Bren­nera. - I zo­stał.

Ra­fał uśmiech­nął się krzywo, uda­jąc, że jej uwaga nie zro­biła na nim więk­szego wra­że­nia.

- A, wła­śnie! - Gra­żyna po­sta­no­wiła wy­ko­rzy­stać oka­zję. - Skoro o tym mowa. Zdaje się, że nie­długo wra­cają, prawda?

- Kto wraca? - Bren­ner zmarsz­czył brwi.

- No, Ju­styna z Łu­ka­szem. Ka­siu, kiedy mają zje­chać?

- Za trzy ty­go­dnie... - Ka­sia za­częła szu­kać w pa­mięci. - Chyba coś koło tego.

- Cho­lera! - syk­nął Bren­ner, od­wra­ca­jąc wzrok.

- Co się stało? - Gra­żyna za­mru­gała, pa­trząc wy­mow­nie na Ka­się. - Coś nie tak?

- Nie... - Ra­fał po­tarł dło­nią ły­sinę. - To zna­czy... oni nie po­winni te­raz wra­cać.

- Ale czy coś się stało? - Gra­żyna po­waż­nie się za­nie­po­ko­iła.

- Ech... mia­łem nic nie mó­wić... Są pewne kom­pli­ka­cje i mu­simy wy­ja­śnić nie­które sprawy.

- "Mu­simy"?! Ra­fał, o czym ty w ogóle mó­wisz? Śledz­two po­dobno za­mknięte, a ty na­wet tam nie pra­cu­jesz.

Bren­ner nie od­po­wie­dział. Na­chy­lił się nad kie­lisz­kiem z wi­nem i za­czął się nad czymś za­sta­na­wiać.

- Wi­dzia­łem się dziś z Brze­ziń­skim - po­wie­dział w końcu ci­cho, jakby mó­wił do trunku na dnie kie­liszka.

- O nie! - Gra­żyna oparła się bez­rad­nie na krze­śle. - Znowu to samo.

- Z pre­mie­rem? - Oczy Kasi zro­biły się duże jak spodki. - W spra­wie Ju­stynki i jej męża?

Ra­fał po­ki­wał głową.

- Tak. I z Ra­sia­kiem. Słu­chaj­cie, oni na­prawdę nie po­winni te­raz po­ja­wiać się w War­sza­wie. Z tego ca­łego Ka­bulu też mo­gliby gdzieś wy­je­chać. Kaśka, nie orien­tu­jesz się, czy można by ich ja­koś za­trzy­mać tam albo prze­nieść?

- Nie mam po­ję­cia. - Ka­sia roz­ło­żyła sze­roko ręce.

- Niech Brze­ziń­ski to za­ła­twia. - Gra­żyna była obu­rzona. - To są jego po­li­tyczne roz­grywki.

- Ale do­ty­czą ży­cia Mey­erów - po­wie­dział ci­cho. - Cho­dzi o to, że ktoś musi z nimi po­roz­ma­wiać... Z Ju­styną, bo tu cho­dzi o jej prze­szłość.

- To z nią po­roz­ma­wiaj. - Dla Gra­żyny sprawa była oczy­wi­sta. - Za­dzwoń do niej.

Ra­fał spoj­rzał na nią tak, jakby z po­wodu jej słów zro­biło mu się bar­dzo przy­kro.

- No co? Co się tak... A, ra­cja! Za­po­mnia­łam. - Mach­nęła rę­kami.

- Co się stało? - Ka­sia była wy­raź­nie zdez­o­rien­to­wana. - O czym za­po­mnia­łaś?

- Ju­styna nie roz­ma­wia z moim mę­żem - szep­nęła Gra­żyna. - Od­rzu­ciła go.

- Gra­żyna! - Ra­fał zro­bił się pur­pu­rowy.

- Nic nie mó­wię. - Prze­wró­ciła oczami, po czym znowu po­chy­liła się w stronę Kasi. - Ra­fał się za­ko­chał, a Ju­stynka go nie chciała.

Z po­czątku Ka­sia jakby nie ro­zu­miała, ale po chwili za­częła się śmiać.

- O matko! Ależ wy je­ste­ście za­bawni. - Chi­cho­tała, trzy­ma­jąc się za brzuch.

Bren­ner od­wró­cił wzrok i po­krę­cił głową.

- Czemu ro­bisz ze mnie idiotę? - wy­rzu­cił żo­nie.

- Oj, prze­pra­szam. - Po­gła­dziła go po ra­mie­niu. - Mia­łeś taką ża­ło­sną minę, że nie mo­głam się po­wstrzy­mać.

- Daj spo­kój, Ra­fał. - Ka­sia wy­cie­rała łzy z po­licz­ków. - Po pro­stu przy­po­mniał mi się Ko­stek, który kie­dyś za­du­rzył się w jed­nej są­siadce. Nor­mal­nie my­śla­łam, że umrę ze śmie­chu. Jak się tylko zja­wiała na ho­ry­zon­cie, wcią­gał brzuch i pró­bo­wał być wyż­szy. O, tak. - Wcią­gnęła swój brzuch i unio­sła głowę.

Bren­ner nie wy­trzy­mał i też się ro­ze­śmiał.

- Je­ste­ście wiedźmy. - Po­ki­wał groź­nie pal­cem. - Ko­biety....

- Wiem, wiem. - Gra­żyna gła­skała go po gło­wie. - No, to po­wiedz, co z tą Ju­styną i co jej grozi.

- Sam nie wiem... My po pro­stu w ogóle tego śledz­twa nie roz­wią­za­li­śmy, a wszystko przez nią.

- Przez Ju­stynę? Czemu niby?

- Bo nic nie wiemy o jej prze­szło­ści. Ona... o matko, jak wam to po­wie­dzieć? Ona w pew­nej kwe­stii za­cho­wuje się ir­ra­cjo­nal­nie, bez sensu... Uwa­żamy, że tak na­prawdę po­rwano ją przez Afga­ni­stan, ten po­przedni po­byt, ale do­póki ona nie bę­dzie ła­skawa so­bie przy­po­mnieć, co się tam wtedy stało, to ten, kto zle­cał, cią­gle bę­dzie chciał ją za­bić.

- Boże! - Ka­sia za­sło­niła dło­nią usta. - Aż tak?

- No ale po­dobno ma­cie i po­ry­wa­czy, i zle­ce­nio­dawcę... - ar­gu­men­to­wała Gra­żyna. - Wszystko się po­skła­dało do kupy. Sam mó­wi­łeś. A te­raz na­gle twier­dzisz, że to przez Afga­ni­stan?

- Pro­ble­mem oka­zało się woj­sko. Po­rwa­nie wy­cią­gnęło na świa­tło dzienne nie­zły syf, za­sła­nia­jąc nam wi­dok na to, co naj­waż­niej­sze. By­li­śmy cią­gle czymś roz­pro­szeni: a to jej do­wód­cami, a to pa­mięt­ni­kami, tą głu­pią firmą... bo każdy na­gle za­czął się po­dej­rza­nie za­cho­wy­wać, od­gra­żać się jej, chcieli sta­wiać ją przed są­dem, znowu po­wo­łać do woj­ska... Cyrk, w któ­rym umknęło sedno sprawy. I dla­tego ktoś z głową na karku musi do niej po­je­chać i wy­cią­gnąć to, co ona na pewno wie, tylko za­po­mniała nam po­wie­dzieć.

- Mam! - wy­rwała się Ka­sia. - Niech Bambi je­dzie.

- Kto? - Gra­żyna po­trzą­snęła głową.

- Nie po­je­dzie - wes­tchnął Bren­ner. - Brze­ziń­ski już z nim roz­ma­wiał.

- Oj, to szkoda. - Z Kasi jakby uszło po­wie­trze. - Ale za­raz! Dla­czego miałby nie je­chać? To też jego sprawa, on też tam wtedy był.

- Po­cze­kaj, nie de­ner­wuj się - uspo­koił ją Ra­fał. - Dajmy mu kilka dni. Jak zo­ba­czy, że nikt się nie od­zywa, to przyj­dzie sam. Ja z nim wtedy po­roz­ma­wiam.

- Nie wiem, kto to jest Bambi, ale dla­czego twój Ko­stek nie mógłby tego zro­bić? - ode­zwała się Gra­żyna. - Jest na miej­scu.

- Ko­stek? - Ka­sia po­pu­kała pal­cem w czoło. - Sama sły­sza­łaś: po­trzebny jest ktoś z głową na karku, a nie mały pa­jac. Mro­zow­ski za­ła­twi to le­piej, bę­dzie wie­dział, o co py­tać.

- Do­brze wie­dzieć, że nie tylko moja żona ma mnie za bę­cwała. - Bren­ner wy­dął usta i po­stu­kał pal­cem o brzeg kie­liszka.

- Wi­dzia­łaś? - Gra­żyna spoj­rzała wy­mow­nie na Ka­się. - Nie od­pu­ści żad­nej oka­zji.

- Wi­dzia­łam. - Ka­sia się uśmiech­nęła. - Ra­fał, po­roz­ma­wiaj z tym Bam­bim. Niech się nie wy­głu­pia, a oni niech wresz­cie bez­piecz­nie wra­cają.

Sie­dem lat wcze­śniej

At­mos­fera w sa­mo­cho­dzie sta­wała się co­raz bar­dziej na­pięta. Ju­styna jesz­cze ni­gdy nie wi­działa, by To­mek Ko­to­wicz tak się za­cho­wy­wał, i to z po­wodu mi­ga­ją­cej kon­tro­lki na de­sce roz­dziel­czej. Na pewno nie w obec­no­ści Ewy, swo­jej żony, która zaj­mo­wała z nią tylne sie­dze­nie. Ale naj­wy­raź­niej stare do­bre vo­lvo Kota zna­czyło dla niego na­prawdę wiele.

- Stary, zdą­żymy na ten mecz - uspo­ka­jał go Łu­kasz z miej­sca pa­sa­żera. - Wy­star­czy zna­leźć ten warsz­tat.

- W du­pie mam mecz! - wrza­snął To­mek. - Nie wiem, co się dzieje z moim aku­mu­la­to­rem. Do­tąd nie ro­bił pro­ble­mów, ale mu­siał się spie­przyć, kiedy je­stem z dala od War­szawy.

- To­masz, nie je­ste­śmy na końcu świata. - Ewa wal­czyła z chę­cią pu­blicz­nego spo­licz­ko­wa­nia męża. - To Ka­to­wice, samo cen­trum...

- Ale ja nie wiem, gdzie je­stem.

- Na ulicy War­szaw­skiej - po­wie­działa Ju­styna.

- Nie wy­mą­drzaj się!

- Ko­cie, uspo­kój się i spójrz na ta­bliczkę. - Łu­kasz wska­zał bu­dy­nek obok. - War­szaw­ska. Tu ma być warsz­tat.

Je­chali po­woli, roz­glą­da­jąc się za nu­me­rem ka­mie­nicy, jaki po­dano im w cen­trum ser­wi­so­wym.

- To tu­taj! - Ju­styna klep­nęła Tomka w ra­mię. - Tak jak mó­wili: jest wjazd na po­dwórko.

Ko­to­wicz wes­tchnął ciężko, jakby ktoś bli­ski mu umie­rał, i włą­czył kie­run­kow­skaz. Wje­chał do bramy, za którą było nie­duże po­dwórko i ko­lejny bu­dy­nek.

- Co to, kurwa, jest?! - To­mek znów eks­plo­do­wał.

- O matko! - Ewa za­częła się śmiać. - Ju­stynka, wi­dzia­łaś?

Ju­styna spoj­rzała na ta­blicę przy wej­ściu do bu­dynku i za­marła.

- Ja pier­dolę! - re­cho­tał Łu­kasz. - Cen­trum Kul­tury Is­lamu. Tu ci chyba nie zro­bią tego aku­mu­la­tora. Co naj­wy­żej wy­sa­dzą go w po­wie­trze.

To­mek mio­tał się w swoim fo­telu, ale Ju­styna po­ło­żyła mu dłoń na ple­cach i na­chy­liła się do niego.

- Ko­cie, za tym bu­dyn­kiem coś musi być, bo jest prze­jazd. Zo­bacz.

To­mek uspo­koił się nieco i zwol­nił ha­mu­lec.

- To sprawdźmy - mruk­nął i ru­szył przed sie­bie.

- Ile oni mają tu tych po­dwó­rek? - Łu­kasz był zdu­miony, wi­dząc nie­wielki pla­cyk z warsz­ta­tem w sta­rej szo­pie. Duży szyld wy­raź­nie in­for­mo­wał, że na­pra­wiają w nim aku­mu­la­tory sa­mo­cho­dowe.

Wy­sie­dli z auta i wła­ści­ciel vo­lvo po­szedł szu­kać me­cha­nika. Po chwili wró­cił z ni­skim, bar­dzo chu­dym sta­rusz­kiem, ubra­nym w gra­na­towy far­tuch do ko­stek. Męż­czy­zna uśmie­chał się spod swo­jego kasz­kietu na­su­nię­tego na oczy, jakby był cał­ko­wi­cie wy­lu­zo­wany. Trzy­mał dło­nie w kie­sze­niach i ki­wał się lekko w przód i w tył.

- Adaś! - za­wo­łał skrze­kli­wym gło­sem. - Daj mier­nik uni­wer­salny.

Młody po­moc­nik, także w far­tu­chu, wy­padł z szopy obok z mier­ni­kiem pod pa­chą. Klapa nad sil­ni­kiem była już otwarta.

- Czter­na­ście i cztery volta - dzia­dek od­czy­tał wy­nik, nie wyj­mu­jąc rąk z kie­szeni. - Działa.

- No to co, kurwa, się dzieje, że miga? - To­mek był zde­spe­ro­wany. - Ta kon­tro­lka nie może mi­gać!

Łu­kasz za­czął rzu­cać ko­lejne moż­liwe przy­czyny awa­rii, a Ewa pro­po­no­wała szu­ka­nie in­nego warsz­tatu. W tym cza­sie Ju­styna była już przy wjeź­dzie na po­dwórko nu­mer je­den.

Nie wie­działa, dla­czego tam po­szła, do­póki nie wyj­rzała dys­kret­nie zza wę­gła. Po­jęła, że gdy spo­glą­dała na ta­blicę przy drzwiach, mi­gnęła jej jedna zna­joma twarz, któ­rej wi­dok obu­dził pewne wspo­mnie­nie.

Przed drzwiami stało dwóch męż­czyzn - stary i młody. Twarz star­szego wi­działa, ale ten drugi od­wró­cony był do niej ple­cami, a to wła­śnie jemu chciała się przyj­rzeć. Roz­ma­wiali o czymś szep­tem, na­chy­la­jąc się do sie­bie. Po chwili zde­cy­do­wali się odejść od wej­ścia, być może po to, by nikt ich nie sły­szał. Na­gle młod­szy ob­ró­cił głowę tak, że uj­rzała jego rysy. Ju­styna po­czuła, że nie może od­dy­chać.

- Kurwa, kurwa, kurwa... - wy­rzu­cała z sie­bie przy­kle­jona ple­cami do ściany. - To, kurwa, nie­moż­liwe!

W tej sa­mej chwili Ko­to­wicz mó­wił nie­mal te same słowa, ale gdy się uspo­koił, do­szedł do wnio­sku, że chyba wie, w czym jest pro­blem.

- Ostat­nio śmier­działo mi z le­wego re­flek­tora - usły­szała Ju­styna. - Nie śmiej­cie się. Mó­wię wam! Mu­szę go wy­krę­cić.

- Adaś, daj na­rzę­dzia - za­rzą­dził dzia­dek.

"Ja też mu­szę się uspo­koić - po­my­ślała Ju­styna. - I zro­bić, co trzeba".

Wsu­nęła dłoń do kie­szeni kurtki i z ulgą stwier­dziła, że ma w niej port­fel i te­le­fon. Z jed­nej z prze­gró­dek port­fela wy­su­nęła kartę SIM i drżą­cymi dłońmi umie­ściła ją w te­le­fo­nie.

"Po­śpiesz się! Oni za­raz mogą so­bie pójść" - po­ga­niała sie­bie, za­my­ka­jąc po­krywę swo­jego su­per­no­wo­cze­snego apa­ratu, który mąż spra­wił jej na uro­dziny. Przy­su­nęła się do rogu bu­dynku, unio­sła te­le­fon i zro­biła zdję­cie. Po­tem na­stępne i na­stępne. Uścisk dłoni. Kle­pa­nie po ra­mie­niu. Prze­ka­zy­wa­nie so­bie świst­ków pa­pieru. Uśmie­chy. Wy­miany spoj­rzeń.

- Gdy­bym cię nie znała, Ma­lik, po­my­śla­ła­bym, że je­steś ge­jem - mruk­nęła, szu­ka­jąc nu­meru. - Jak ty masz na na­zwi­sko? Ma­lik al-Has­san... Hus­sein... Has­sen... Pie­przyć to! Może się do­my­ślą.

"Ma­lik al-Has­san, ter­ro­ry­sta. Cen­trum Kul­tury Is­lamu, Ka­to­wice. Roz­mówca nie­znany".

Wy­ślij.

Naj­pierw wieki cze­kała na ko­mu­ni­kat "wia­do­mość wy­słana", a po­tem na in­for­ma­cję o otrzy­ma­niu wia­do­mo­ści. Zer­k­nęła w stronę warsz­tatu i po mi­nie Ko­to­wi­cza zo­rien­to­wała się, że kry­zys za­że­gnany, a jej mąż ma ubaw z dy­mią­cego re­flek­tora. Mniej za­do­wo­lona Ewa za­częła na­ci­skać, by je­chać już w stronę Spodka, bo nie mo­gła się do­cze­kać uj­rze­nia do­sko­nale zbu­do­wa­nych siat­ka­rzy.

- Cho­lera! Od­bierz­cie tę wia­do­mość.

Nie zdą­żyła wy­mie­nić kart SIM, bo Łu­kasz znów za­czął się in­te­re­so­wać jej lo­sem.

- Co ty tam ro­bisz? - za­py­tał, wi­dząc, jak kuca przy ścia­nie. - Je­dziemy.

Kiedy prze­jeż­dżali przez pierw­sze po­dwórko, męż­czyzn już nie było. Łu­kasz wciąż żar­to­wał, a Kot wła­śnie so­bie uświa­da­miał, że za swoje eks­cesy cze­kają go ostre cięgi po po­wro­cie do domu. Ju­styna, któ­rej za­zwy­czaj było go żal, nie miała głowy, by się nim przej­mo­wać.

Obie­cy­wała so­bie w du­chu, że znisz­czy tę kartę. Prze­cież nie jest już z nimi...

"Po co w ogóle bra­łam ją od Kro­ko­dyla?" - wy­rzu­cała so­bie.

Nie­znany nu­mer alar­mowy, gdyby się coś działo - tak jej po­wie­dział, jakby miał ją za idiotkę.

Bo miał. Nie zo­rien­to­wał się, że ona wie, dla kogo pra­cują i kto od­bie­rze wia­do­mość. A "gdyby się coś działo" ozna­cza tak na­prawdę "gdy­byś chciała wró­cić"...

Kiedy do­jeż­dżali do ulicy Cho­rzow­skiej, zro­biło się bar­dzo gło­śno. Łu­kasz z Ko­to­wi­czem na­gle stra­cili za­in­te­re­so­wa­nie sa­mo­cho­dem oraz me­czem i wpa­try­wali się w mi­ja­jące ich na sy­gnale wozy po­li­cji i an­ty­ter­ro­ry­stów.

- Ja pier­dolę! - Ko­to­wicz z sze­roko otwar­tymi oczami oglą­dał spek­takl nie­bie­skich świa­teł. - Wi­dzia­łeś to? Jakby na wojnę je­chali.

- Chło­paki, he­li­kop­ter! - Na­wet Ewa była pod­eks­cy­to­wana. - Coś mu­siało się stać nie na żarty.

Na ko­mórkę Ju­styny w końcu przy­szła wia­do­mość zwrotna, a za­raz po niej ko­lejna:

"RGR. Za­płata wpły­nęła na wska­zane konto".

- Nic się nie stało - po­wie­działa spo­koj­nie. - To tylko ćwi­cze­nia. Jedźmy na mecz.