Rozdział 4
Przez dobrą minutę Łukasz nic nie powiedział, tylko rozglądał się wokoło, jakby ostatnie słowa Gogola w ogóle do niego nie dotarły.
- Ale jak to... zwymiotowała? - zapytał w końcu, krzywiąc się lekko.
- No, mówię ci. - Kostek chichotał. - Haftnęła, aż miło, prosto na tego martwego szuszaka.
Łukasz spojrzał na niego z niesmakiem.
- Ona go zabiła?
- Nie! Już tam był, to znaczy martwy i... i trochę pokancerowany, chyba przez jakieś odłamki.
- O ludzie! I to zrobiło na niej takie wrażenie? Trudno mi w to uwierzyć.
- No, nam właśnie też. - Gogol pokiwał głową. - To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Coś przed wyjściem na czyszczenie tych budynków mówiła, że dziwnie się czuje, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Wczoraj była z tobą, więc podejrzewamy, że szamaliście jakieś paskudztwo.
- Ale mnie nic nie jest. Jadłem to samo.
- To nie wiem. - Kostek wzruszył ramionami. - W każdym razie było to dość zabawne.
- Rzeczywiście - mruknął Łukasz i wrócił do rozglądania się po okolicy. - Żona rzygająca na martwego taliba jest bardzo zabawna.
- Oj, tam, wyluzuj. Wiesz, jak jest z Malinką: zawsze jakieś niespodzianki.
Łukasz obdarzył Gogola morderczym spojrzeniem.
- No co? - Uśmiechnął się Kostek przymilnie. - Mówię, jak jest. Nie ściemniam.
Meyer pokręcił głową z niedowierzaniem, nie przestając obserwować wejścia do budynku będącego w centrum zainteresowania jego i Kostka.
- Kto to jest? To on? - Wskazał na młodego chłopaka o skośnych oczach, który pojawił się w drzwiach.
- Nie. - Kostek spojrzał przez małą lornetkę i wydął usta. - To jeden z ich grupy, ale nie o niego nam chodzi.
- Ale gdy się ten "właściwy" pojawi, to co chcesz z nim zrobić?
- Najpierw, żebyś potwierdził, że to ten, który był u was na budowie, czego ty właśnie nie zrobiłeś, a potem trzeba go będzie ściągnąć... to znaczy powie się naszym, żeby go śledzili i zajęli się nim... odpowiednio.
- Aha... - Łukasz zerknął na wyświetlacz komórki. - Siedzimy w tym dżipie od pół godziny. Nikt się nami nie "zainteresuje"?
- To możliwe. Ale w sumie o to też nam chodzi, robaczku. Jeśli się zainteresuje, będziemy na stówę pewni, że jesteśmy we właściwym miejscu.
- To ktoś nas obstawia w ogóle? - Meyer rozejrzał się wokoło z wyraźną irytacją.
Gogol spojrzał na niego z politowaniem.
- Nie, żabciu, normalnie siedzimy tu sobie samiutcy i nikt o nas nie wie. Oczywiście, że jesteśmy obstawieni.
- Chwilami żałuję, że się w ogóle odzywałem w tej sprawie - westchnął Łukasz.
- Ale jakiej niby?
- No, jak zobaczyłem te zdjęcia u Justyny i tego człowieka na nich.
- Dobrze się czujesz? - Kostek popukał palcem w czoło. - Twoja żona jest w grupie najemników, która śledzi typów spod ciemnej gwiazdy, a na twojej budowie zjawia się jeden z nich... Rzeczywiście, trzeba było nic nie mówić, bo to na pewno przypadek.
Łukasz się uśmiechnął.
- Wiem, wiem. Tak tylko mówię. Staram się nie myśleć, że jedno z drugim ma coś wspólnego, ale to naprawdę mało prawdopodobne, znając życie... Co to w ogóle za ludzie, hm?
- Ot, takie tam łobuzy, które robią różne niemiłe rzeczy innym ludziom.
- Co na przykład?
- Malinka nie opowiadała?
Łukasz pokręcił głową.
- Hm... to dziwne, bo oni jej najbardziej chyba zapadli w pamięć... z tego, co zrozumiałem.
- Dlaczego?
- Bo mówiła, że tylko z nimi miała koszmary po wyjeździe stąd. Konkretnie z takim jednym przyjemniaczkiem, którego kiedyś ganiała po targu, po tym samym, na który szedłeś ze świętej pamięci swoim kolegą.
Meyer wyprostował się i spojrzał na Kostka przenikliwie.
- On był w tej samej grupie?
- A więc coś mówiła. - Gogol się uśmiechnął. - Tak, to ta sama grupa, która szkoli samobójców wysadzających się tu i ówdzie. Są dobrzy, wierz mi.
- Zamachowiec samobójca może nie być dobry?
- Może. Może odstawić taką lipę, że nic tylko na zmianę śmiać się i płakać, i przyznawać nagrodę Darwina. Jak ci w Ghazni, o których opowiadał kiedyś Żółw. Jeden jechał samochodem, takim półciężarowym, po dach wypełnionym saletrą i TNT. Miał plan, że wjedzie w bramę i się wysadzi, wtedy na dźwięk wybuchu czterech jego kolegów miało wyjść z kryjówek, wewnątrz bazy oczywiście, wpaść do czterech schronów i też się w nich nieco rozerwać.
- Ale po co do schronów?
- Bo po takiej eksplozji, kto tylko może, biegnie do schronu, głównie cywile i ci, co akurat nie są pod bronią. Rozumiesz? Chcieli zrobić sieczkę, mielonkę...
- No i co się stało?
- Ten od ciężarówki nie przewidział, że wóz nie udźwignie ładunku, no i mu się dwieście metrów od bramy rozkraczył na amen. Coś tam próbował jeszcze z nim walczyć i był tym tak zajęty, że w tym czasie zdążył podjechać do niego rosiek i przyłożyć mu serią z trzydziechy bez ostrzeżenia.
- A pozostali?
- Cóż, jak pech, to na całego. Pamiętasz tę akcję, z której wróciliśmy, a ty u nas czekałeś na Malinkę?
- Pamiętam.
- No, to wtedy Malinka domyśliła się, że tych miejsc, z których będą walić, jest pewnie więcej. Skontaktowała się z tymi specjalsami, co nam samolot pożyczyli, i oni naprawdę wyniuchali jeszcze ze trzy bazy w górach. No i jak ten szuszak z saletrą na bazę jechał, to nasze GWO akurat dostało gridy na jedną z nich i wypalili z dany, więc ci czterej pomyśleli, że to ich kolega się wysadził. Wpadli do schronów i... bach.
- A w środku nikogo nie było? - Łukasz się roześmiał.
- Nie. I tylko szkoda tych, co musieli ich potem skrobać. Najlepsze było to, że jak się wysadzili, to ludzie nie wiedzieli, o co chodzi, i niektórzy pobiegli do tych schronów. Wtedy niejeden podobno haftował, jak nasza Malinka dziś rano albo i lepiej. Więc, odpowiadając na pytanie: tak, samobójcy mogą spartolić robotę.
- No a ta grupa? Ta, za którą biegacie?
- Nie, oni nie odstawiają fuszerki. Najgorsze jest to, że są nie do wytrzebienia. Zlikwiduje się jeden obóz, to powstają trzy następne. A ten koleś, którego rozpoznałeś na miejscu, zajmuje się werbowaniem narybku.
- I co niby miałby robić na naszej budowie? - Meyer ściągnął brwi. - Może naprawdę nie był tam z mojego powodu, tylko szukał młodych adeptów?
- Może...
- Oni znają Justynę? Wiedzą, kim jest?
- Podejrzewam. Nie pierwszy raz uganiamy się za ich ludźmi, żeby zapobiec ich wysadzeniu się. I my też jesteśmy skuteczni. Akcja z tym, jak Malinka zastrzeliła zamachowca na targu, była głośna na pół Kabulu, a wiesz... dla tych ludzi zginąć z rąk kobiety to gorzej niż wszystko inne.
- Ona go zastrzeliła?
- No, a co niby miała z nim robić? - Kostek chichotał. - Uciąć sobie pogawędkę przy herbatce? Gdyby go nie zabiła, nie miałbyś żony, nawet byś jej nigdy nie poznał.
- Boże - szepnął Łukasz, opierając głowę na dłoni. - To jakiś obłęd. To znaczy, że oni po prostu ścigają Justynę!
- E, bez przesady. - Gogol się skrzywił. - Po pierwsze, trochę jej tu nie było, a po drugie, Malina to nie jedyna kobieta, która lata po Kabulu za złymi ludźmi. Moim zdaniem tu i tak jest bezpieczniejsza niż w tej całej Warszawie.
- Niestety, muszę się zgodzić z tobą - westchnął Meyer.
- A, właśnie... - Gogol chrząknął cicho, jakby zbierał się do powiedzenia czegoś trudnego. - Ptaszki ćwierkają, że nie ma już wśród nas dobrej przyjaciółki twojej ślubnej.
- Kogo znowu?!
- Angie?
- A gdzie niby miałaby być? Jak dla mnie jest jej o wiele za dużo w moim... naszym życiu. Mogłaby trochę zniknąć... na jakiś czas przynajmniej.
- Tyle że my słyszeliśmy... jakoby zniknęła bardziej bezpowrotnie.
- Nie rozumiem.
- No... że ktoś ją... - Gogol zrobił gest na krtani niewidzialnym nożem.
- Kiedy niby?
- Jakiś tydzień temu. W południowej części miasta znaleziono zwłoki kobiety... białej, skróconej o głowę. Od tego czasu nasza słodka Angelina nigdzie się nie pojawiła.
- Daj spokój - prychnął Łukasz. - Narobiłeś mi nadziei.
- A co? Żyje?
- Żyje! Jeszcze dziś w nocy Justyna paplała z nią przez telefon z dobrą godzinę.
- Może to nie ona?
Meyer spojrzał na Gogola jak na idiotę.
- No co? - obruszył się Kostek.
- Ta kobieta na południu, ta z uciętą głową, to jakaś znajoma Angie. Sama nam mówiła o tym chyba ze trzy dni temu.
- Koleżanka z CIA?
- Nie mam pojęcia. Nie interesuje mnie to. Wiem jedynie, że wmieszała się w coś bardzo ryzykownego i nie zabezpieczyła się odpowiednio... No, zaufała nie temu, co potrzeba.
- Jasne.
- A tak poza tym to kobiety powinny zarabiać więcej od mężczyzn, skoro pracują w takim kraju.
- Przecież zarabiają... przynajmniej Malina.
- Jak to? - Łukasz wyprostował się gwałtownie.
- No tak. Malinka zawsze kosiła najwięcej kapusty, z racji narażania się, oczywiście.
- Naprawdę?
- Aha. - Kostek pokiwał energicznie głową. - I nikt się u nas z tym nie kłócił, dopóki nie zjawiło się takich dwóch debili, z którymi chodziła do szkoły w Poznaniu, ale im to nic nie pasuje.
- Boże, ja tej swojej żony nie rozgryzę nigdy.
- Nie martw się, nie jesteś jedyny, mężu Maliny. Wiesz, jak się czuliśmy, kiedy okazało się, że Malina i Angie to przyjaciółki? Przecież ostatnimi czasy De Soto była naszym największym wrogiem. Ile my żeśmy przed jej ludźmi uciekali! A potem ile oni uciekali przed nami! - Kostek roześmiał się i pokręcił głową na to wspomnienie. - Jak banda debili wodzona za nosy przez dwie niepozorne baby. Musiały mieć z nas niezły ubaw.
- Justyna tłumaczyła mi to inaczej...
- Proszę cię, Łukasz. - Kostek spojrzał na Meyera błagalnym wzrokiem. - Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że poniekąd chroniły w ten sposób obie grupy, bo gdyby doszło do konfrontacji, to nie wiem, kto by z tego wyszedł żywy, ale poza tym miały zabawę na całego, wierz mi.
- Ale na czym ten konflikt polegał?
- Konflikt interesów. Oni ścigali samobójców, my też. Dla nas likwidacja jednego przystojnego modela w pasie z kolekcji haute couture TNT przed wysadzeniem się, na przykład w porze lunchu jakiegoś ambasadora, to kupa szmalu. Dla nich... prestiż i dowód na to, że są potrzebni. Potem okazało się, że podzieliły "rynek" zamachowców między siebie, po równo.
- A mówią, że kobiety nie potrafią się dogadać.
- Nie znasz mojej żony i jej przyjaciółek.
- Poznałem twoją żonę, jestem w stanie to sobie wyobrazić.
- No właśnie. Wracając do głównego wątku... Grupa Angie odkryła dwa obozy szkolące przyszłych rozrywkowych chłopaków... i dziewczyn też, niestety. My jeden. Więc, jak się zapewne domyślasz, nie mogło być po równo. No to zorganizowały to tak, że jednak było. Tak się składa, że ten, którego zlikwidowała Malina, był z grupy Angie, więc...
- Zaczęli was nienawidzić.
- Nienawidzić bardziej niż dotychczas. - Kostek uniósł palec wskazujący, zaznaczając wagę swoich słów. - Nawymyślali na nas niestworzone historie... normalnie byliśmy chodzącymi potworami. Szło o to, żeby zaczęły nas ścigać inne grupy łapiące złych najemników...
- Zaczynam się gubić.
- Robaczku, ja nawet jeszcze nie zacząłem. Samo CIA też nas ścigało i parę innych agencji różnej maści. A tymczasem Malinka i Angie wymieniały się informacjami i ani my ich, ani oni nas nie złapali. Mało tego, nigdy się nawet do siebie nie zbliżyliśmy. Kłopoty zaczęły się wówczas, gdy ktoś się zorientował, że De Soto prawdopodobnie pomaga nam w jakiś sposób, i doniósł do Agencji. To było już po wyjeździe Maliny.
- Kto to był? Ktoś od was?
- Hm... my wtedy nie wiedzieliśmy, że dziewczyny tak sobie kolaborowały, więc trudno było podejrzewać kogokolwiek, ale dziś wydaje nam się, że był to ktoś z grupy innych najemników albo nawet od tych samobójców... to znaczy ich szefostwa. Chcieli się pozbyć De Soto i to im się udało. I to tak skutecznie, że według CIA Angie pracuje dla grupy werbującej samobójców. Wyobrażasz to sobie?
- To oni w tej Agencji jacyś idioci są? Chyba da się coś takiego sprawdzić.
- Właśnie... - Gogol zamyślił się na chwilę. - To jest bardzo dziwne. Malina z Jamalem uważają, że chodzi o coś więcej, ktoś załatwił w ten sposób jakieś wewnętrzne porachunki. Byli do tego stopnia zdesperowani, że w końcu przestali się czepiać nas, wmawiając nam, że De Soto działała na naszą szkodę. Maliny już nie było, nie miał kto tego prostować...
- No a teraz? Agencja dalej jej szuka?
- I to jak! Kiedy powiedziałeś, że ta skrócona o głowę pani to jej przyjaciółka i że Angie o jej śmierci wiedziała, od razu przyszło mi do głowy, że wykorzystała ją po to, żeby udawać martwą. Taka okazja może się nie powtórzyć, bo myślę, że zyskała dobry miesiąc, zanim się połapią, że nic jej nie jest.
Łukasz już się nie odezwał. Wpatrywał się w obserwowany budynek, a że zaczynało się ściemniać, co chwilę zerkał przez lornetkę z noktowizją. Po mniej więcej dziesięciu minutach przed wejściem pojawiło się dwóch młodych chłopców, którzy postali chwilę i naradzali się ze sobą - tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy dżipa - po czym weszli do środka.
- No i mamy kolejnych zombie - westchnął Gogol, sięgając pod kurtkę po broń.
- Kogo?
- Tak na nich mówimy: zombie. Idzie taki na ciebie tylko po to, żeby cię zabić, ale sam nie boi się śmierci, bo już czuje się martwy i tylko strzał prosto w głowę może go zatrzymać.
Łukasz zacisnął usta, czując, że robi mu się naprawdę nieprzyjemnie. Do tej pory, gdy spotykał przestępców, zawsze istniała ta cienka granica, której żaden, nawet największy bandzior, nie chciał przekraczać. Widział wiele razy, jak wielki, zły i zdesperowany facet łamie się w obliczu przystawionej mu do czoła broni. Jednak kogoś, kto zamierza zabić siebie, żeby zginęli inni, nie widział nigdy.
- Co się dzieje? - zapytał po chwili, wyczuwając, że Kostek jest gotowy, by gdzieś ruszać z pistoletem.
- Coś. Nie ma tego z budowy, ale jest jakiś ruch, sądząc po tym, że zmieniło się ustawienie naszych na budynku.
Łukasz rozejrzał się, ale nie widział, by na okolicznych dachach ktoś się poruszał.
- Mam coś robić? Iść za tobą?
- Jesteś policjantem. - Kostek się wyszczerzył. - Działaj, jak umiesz najlepiej.
W tym momencie z budynku wyszedł jeden z widzianych przed chwilą chłopców. Odwrócił się w ich stronę i wymierzył, jak się zdawało, z jakiejś broni. Łukasz z Kostkiem nie widzieli, co to było, ale, nie czekając na nic, wyskoczyli z auta, by się schronić na jego tyłach i ustawić do strzału. Nie było to jednak konieczne, bo zanim przyjęli postawę, usłyszeli huk i gdy spojrzeli w stronę wejścia, chłopak leżał na ziemi, prawdopodobnie martwy.
- Bullet - wyjaśnił cicho Gogol. - Nasz snajper go zdjął. Zaraz pewnie się zacznie.
Rzeczywiście, z budynku wypadło kilku uzbrojonych w AK mężczyzn, którzy zaczęli walić na oślep i we wszystkich kierunkach. Meyer ze zdumieniem odkrył, że bardzo łatwo było w nich trafić, i zanim się zorientował, położył przynajmniej dwóch ze swojej broni, którą dostał od Andrzeja w dniu przyjazdu.
- Pamiętaj - krzyknął Gogol. - Wal powyżej szyi. Jeśli mają na sobie pasy, to mogą je w każdej chwili zdetonować.
Łukasz skinął głową. Uważał jednak, że równie dobrze mogły być zdetonowane drogą radiową przez kogoś z budynku, dlatego był przekonany, że należy dostać się do środka i zlikwidować tych, którzy tam byli. Dał Gogolowi znak głową i zrobił pytającą miną. Kostek potwierdził, że rozumie, i przebiegł za jego plecami na drugą stronę ulicy pod ścianę jakiegoś domu, przykląkł i skinął ręką na Meyera.
- Możemy podejść bliżej - powiedział, gdy Łukasz był przy nim. - Z okien nas nie trafią, a poza tym nasi chronią nas ogniem.
Ruszyli więc, przyklejeni do muru, w stronę wejścia. Wtedy Łukasz kątem oka zauważył dwie sylwetki biegnące nisko na ugiętych nogach, zmierzające najwyraźniej w tym samym kierunku co oni, ale Gogol musiał ich znać, bo nie zatrzymał się ani na sekundę. Mężczyźni uzbrojeni byli w karabinki. Dopiero po kilkudziesięciu metrach Meyer rozpoznał w nich kolegów Justyny z grupy, choć nie mógł sobie przypomnieć ich imion.
We czterech zajęli pozycje przy drzwiach wejściowych. Do środka wchodzili, komunikując się tylko na migi i Meyer czuł się zupełnie tak samo, jak podczas którejś z akcji w CBŚ. Później też było podobnie: szybkie przemieszczanie się na piętro, wchodzenie do kolejnych pomieszczeń, robienie zamieszania, obezwładnianie zatrzymanych... Tylko twarze ludzi, których tam znaleźli, były zupełnie inne. Praktycznie nikt nie stawiał oporu. Młodzi mężczyźni, prawie dzieci, siedzieli wystraszeni na podłodze, nie wiedząc, co mają ze sobą zrobić w takiej sytuacji. Nikt nawet nie próbował chować rzeczy, które leżały wokoło nich - pasów, skrzyń z metalowymi kulkami, kabli, środków wybuchowych, zapalników. Dla Łukasza taka sceneria była zupełnie nowa i przez ułamek sekundy miał nawet poczucie, że to nie jest rzeczywistość, tylko jakiś film. Trzech najemników zajęło się krępowaniem i rozbrajaniem ludzi, ale Meyerowi coś w tym wszystkim nie pasowało. Złapał Kostka za rękaw.
- Gogol, coś jest nie tak.
- To znaczy?
- Tu są same dzieci. A gdzie się podziali ci, co nimi dowodzą?
Oczy Gogola zrobiły się duże jak spodki. Rozejrzał się uważnie wokoło, po czym spojrzał w sufit.
- Dach - szepnął. - Idziemy!
Łukasz przeskakiwał po trzy stopnie naraz. Gogol na swoich krótkich nogach i przy krępej budowie ciała nie miał takiej możliwości, ale wcale nie był wolniejszy od Meyera. Dopadli do otwartego włazu na płaski dach i ostrożnie wyjrzeli na zewnątrz.
- Jest ich dwóch - szepnął Kostek. - Stoją przy krawędzi. Wchodzimy.
Łukasz chciał go zatrzymać, żeby powiedzieć, by ich nie zabijał, ale nie zdążył tego zrobić. Gogol wyskoczył z włazu i oddał strzał. Uciekający mężczyzna dostał w ramię, nie zdołał utrzymać równowagi i spadł z dachu, znikając im z pola widzenia.
- Gdzie drugi? - Kostek był wyraźnie pobudzony i gotowy do walki.
Meyer obejrzał się i zobaczył, że człowiek ów zmierza w przeciwną stronę, chcąc najwyraźniej przeskoczyć na dach kolejnego domu. Gogol też go dostrzegł, wymierzył, ale nie zdołał trafić, bo Łukasz w ostatniej chwili trącił jego ramię.
- Co robisz? - syknął wściekły Kostek.
- Zostaw - powiedział spokojnie, ale stanowczo Łukasz i podbiegł do ściganego, który upadł na kolana, gdy usłyszał huk strzału. Przygniótł szyję mężczyzny do ziemi stopą i zaczął go przeszukiwać.
- Zwariowałeś?! - Gogol dopadł do nich z przerażeniem w oczach. - Mógł być cały w ładunkach wybuchowych...
- Nie mógł być. - Łukasz po kolei opróżniał kieszenie człowieka, który coś próbował do niego mówić. - Skoro to ich dowódca, to sam w życiu się nie wysadzi. Poza tym to ten, co był na budowie. Nie możecie go zabić, podobno jest wam potrzebny.
- Serio? - Kostek nachylił się nad mężczyzną, złapał go za gęste czarne włosy i przekręcił i tak wykręconą głowę. Człowiek jęknął z bólu. - Rzeczywiście, wygląda jak ten ze zdjęcia. Podam chłopakom po radiu.
Po dziesięciu minutach zeszli na dół z zatrzymanym mężczyzną, nie tylko skrępowanym, ale też z zasłoniętymi oczami. Łukasz nie wiedział, po co to zrobili, ale nie dociekał. Zresztą, kiedy zajrzał do jednego z wozów, który nagle pojawił się na miejscu zdarzeń, zauważył, że zrobiono tak ze wszystkimi dzieciakami wyprowadzonymi z budynku.
- A co z ciałami? - zapytał Kostka.
- Też zabiorą.
- Naprawdę?
- Tak. Trzeba im porobić zdjęcia do identyfikacji. Musimy wiedzieć, kogo powykreślać z naszych katalogów. - Uśmiechnął się, choć wcale nie wyglądał na wesołego. - Jedźmy stąd. My się tu już do niczego nikomu nie przydamy.
- Mogłeś mnie uprzedzić, że będę częścią jakiejś większej akcji - powiedział Łukasz, kiedy zajęli miejsca w dżipie.
- Nikt nie wiedział, że będzie większa.
- No ale przygotowaliście się jak na wojnę.
- Zawsze tak robimy - westchnął Kostek. - Nawet jeśli to tylko dmuchanie na zimne. Malina mówiła ci o tym, jak siedziała w sklepie?
- Mówiła.
- No, to jak ona tam siedzi z Alim, to jest obserwowana przez co najmniej kilka osób. Zawsze jesteśmy gotowi na najgorsze... przynajmniej staramy się być.
- Rozumiem... Zawieziesz mnie?
- Oczywiście. - Gogol skinął głową. - Ale tylko pod warunkiem, że poczęstujesz mnie wódeczką.
Łukasz uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową. Justyna patrzyła niezbyt przychylnym wzrokiem na codzienne picie alkoholu, nawet jeśli wszyscy wokoło tłumaczyli to ochroną przed skutkami obcego klimatu. Ale dziś wieczorem Justyny miało nie być, a Łukasz bardzo chciał się rozluźnić po dość zaskakującym dniu.
Jechali długo. Kostek kluczył po wąskich uliczkach, rozglądając się uważnie, czy nie są śledzeni. Miasto wyglądało gdzieniegdzie na opustoszałe, ale mieszkańcy po prostu siedzieli w swoich domach. Dopiero centrum, które musieli przejechać, przypominało w miarę normalną stolicę, z otwartymi do późna sklepami, restauracjami i kolorowymi reklamami. Meyer za każdym razem, gdy przejeżdżał przez skrzyżowanie, gdzie zginął Irek, odczuwał przygnębienie. Patrzył przez okno na grupę roześmianych młodych ludzi i myślał o tym, jak niewiele trzeba, żeby zamienić to miejsce w pole śmierci.
- No, to jesteśmy - wesoły głos Gogola rozproszył pochmurne wspomnienia. - Ale... albo zapomniałeś zgasić światło przed wyjściem, albo masz niespodziewanych gości.
- Co? - Łukasz zerknął w górę. Rzeczywiście, w oknach wynajmowanego przez niego mieszkania świeciło się światło. - Ale... może to Justyna?
- Chodźmy sprawdzić - stwierdził Kostek, wyłączając silnik.
W mieszkaniu zastali Jamala, który robił sobie herbatę, dzwoniąc metalową ręką o naczynia.
- A co ty tu robisz? - wypalił bez wstępów Kostek.
- Pst. - Jamal przyłożył palec do ust. - DeeDee śpi.
- Jak to?
- Źle się czuła. Przywiozłem ją, bo nie chciała zostać u nas.
- Gogol? - Łukasz patrzył pytająco na kolegę.
- Mówi, że twoja ślubna źle się czuła. Śpi, więc możesz do niej zajrzeć.
Zaniepokojony nie na żarty Meyer poszedł do sypialni, tymczasem Gogol zaczął przeszukiwać półki kuchenne.
- Co ty robisz? - zmarszczył czarne czoło Jamal.
- Szukam czegoś do picia.
- Weź herbatę.
Kostek spojrzał na Jamala z niesmakiem.
- Sam ją sobie pij. Chcę wódki. O, jest! - Ucieszył się na widok opróżnionej do połowy butelki absolutu, po czym otworzył lodówkę. - Jeszcze tylko lód by się przydał. To o co chodzi z naszą królewną? Chora jest?
- Nie wydaje mi się. - Jamal się skrzywił. - Jest... jak by to powiedzieć... w depresji.
- W czym?
- No... jest mocno przybita. Coś ją trapi... chyba. A jak wasza obserwacja?
- Człowieku! - Kostek machnął ręką. - Normalnie, ja z Łukaszem mogę chodzić na akcje i żaden terrorysta się nam nie oprze. Złapaliśmy tego z budowy.
- O! - Jamal z wrażenia rozlał nieco herbaty. - Czyli że nasz informator miał rację co do miejsca, tak?
- Miał rację - skinął głową Kostek. - Tam była mała wytwórnia pasów, kamizelek i może nawet innych ładunków. Wszystko było: zapalniki, TNT, kulki, nadajniki... No i kupa dzieciaków.
Jamal chciał coś powiedzieć, ale w kuchni zjawiła się bardzo blada Justyna.
- Co to znaczy, że byłeś na akcji z Łukaszem? - Spojrzała na Kostka, jakby chciała go zabić wzrokiem.
- O, masz! - Gogol przewrócił oczami.
- Co "o, masz"? On z nami nie pracuje, nie wolno ci go narażać. To są niebezpieczni ludzie.
- Malina, litości! Twój stary to maszyna, a ty go niańczysz jak dzidziusia.
- A gdyby mu się coś stało?
- To ja pójdę do pokoju - mruknął Jamal, przechodząc obok nich. Rozmowa była prowadzona po polsku, a poza tym wolał nie znajdować się w polu rażenia, gdy Justyna była w takim stanie ducha.
- Co by mu się stało? To stary glina, był na takich akcjach pewnie setki razy...
- Ale nie tutaj!
- Justynka. - Za jej plecami pojawił się Łukasz. - Może powinnaś się znowu położyć? Martwi mnie twoja bladość...
- Odczep się! - Odskoczyła gwałtownie i, omijając Łukasza łukiem, poszła do pokoju, gdzie na kanapie siedział już Jamal.
- Masz babo placek. - Gogol spojrzał na Łukasza z bardzo wymowną miną. - Wszystko źle. Pij tę wódkę tutaj, żeby znowu nie było awantury.
Panowie wychylili po setce i również udali się do pokoju. Justyna nawet na nich nie spojrzała, tylko siedziała obok Jamala zawinięta w pled. Wyglądała, jakby miała zaraz umrzeć. Łukasz z Kostkiem usiedli naprzeciwko przy niskim stoliku. Jednoręki przyglądał im się z lekkim rozbawieniem, ale też nic się nie odzywał.
- Malinka - zaczął w końcu Kostek. - Czy wszystko w porządku? Z tobą, znaczy się.
- Nie - burknęła, krzywiąc się. - Nie jest w porządku.
Spojrzała żałośnie na męża wielkimi, pełnymi łez oczami. Taki widok zazwyczaj wywoływał w Łukaszu wielkie emocje, aż ściskało mu się serce. Miał wrażenie, że w takiej chwili niczego by jej nie odmówił. Podniósł się i podszedł do kanapy, a Jamal dyskretnie zajął jego miejsce obok Gogola. Meyer usiadł, obejmując Justynę, która położyła mu głowę na kolanach i rozpłakała się głośno.
- Myślisz, że powinniśmy wyjść? - zapytał Jamal Kostka, ledwo ruszając ustami.
- Siedź! Bo nie wiadomo, jak zareaguje.
Łukasz głaskał Justynę po głowie i plecach, czekając, aż się nieco uspokoi.
- Justyś, co się dzieje?
- Nie chcę już tu być.
- Gdzie?
- W Afganistanie. Chcę do domu.
- Już nam dużo nie zostało. Przecież niedługo wracamy.
- Ale ja już nie chcę tego robić - chlipała, pociągając nosem.
- Czego? Pracować z nimi?
- No, tego... Nie chcę zabijać. W ogóle nie chcę na to patrzeć. To okropne. Ten martwy chłopak rano... mam już dość.
Kostek dyskretnie tłumaczył Jamalowi przebieg rozmowy. B.B. zmarszczył czoło, gdy usłyszał ostatnią jej część. Łukasz spojrzał na niego z miną świadczącą o tym, że sam nic z tego nie rozumie.
- Justynko. - Nachylił się znowu nad żoną. - Nie chcesz wracać do pracy?
- Nie. Nie chcę. To bez sensu. Nie nadaję się do tego. Powinnam być w ciepłym domu i gotować obiady...
Gogol popatrzył na Meyera z wyrzutem.
- Ej! Dajesz jej jakieś prochy? Gada jak potłuczona. To nie nasza Malina.
Jamal złapał go za rękaw.
- Daj spokój - szepnął. - Trzeba ją zostawić. Niech dojdzie do siebie przez kilka dni i zobaczymy.
- No dobra - mruknął Gogol. - Jak chcesz. Nie ma co tu siedzieć. Jedźmy.
Wyszli po cichu z mieszkania. Justyna, jak się zdawało, w ogóle tego nie zauważyła.
- Idź do łóżka. - Łukasz wytarł jej policzek. - Ja się wykąpię i też odpocznę, OK?
Pokiwała głową, wstała i poszła do sypialni. Nie spała, kiedy kładł się obok niej.
- Powiesz mi, co się tak naprawdę stało? - zapytał w ciemnościach.
- Nic. - Wzruszyła ramionami. - Po prostu już dłużej nie mogę. Coś... pękło we mnie i nie chcę nawet patrzeć na broń, na tych ludzi...
- W porządku. - Odgarnął jej z czoła grzywkę i pogładził po policzku.
- Naprawdę złapałeś tego z budowy?
- Naprawdę. Wiesz, co teraz z nim zrobią?
- Będą przesłuchiwać, dopóki im nie powie, po co tam był... i ogólnie wszystkiego.
- Zabiją go?
- Po wszystkim wydadzą policji. Afgańczycy go rozstrzelają albo powieszą. Pewnie zrobią z tego jakąś pokazówkę.
- Rozumiem. A ty... co ty myślisz o tej sprawie?
- Co mam myśleć?
- No... co on naprawdę u nas robił?
Justyna uniosła się na łokciu i spojrzała na Łukasza przenikliwie. W jej oczach odbijały się światła z ulicy.
- Myślę, że był przez Jasminę.
- Jak to?! - Tego Łukasz się nie spodziewał. - Ale jej od dawna nie ma.
- Ale wciąż jest ta szemrana grupa, z którą ona utrzymywała kontakty. Nikt tak naprawdę nie wie, po co się u Andrzeja zatrudniła, jak do niego trafiła, dlaczego w Kabulu... no i dlaczego zniknęła.
Łukasz pokiwał głową i wyciągnął ramię do Justyny, która położyła się na jego piersi i niemal od razu zasnęła.