Zdrada - Paulo Coelho

Kup ebooka

35.00 zł
29.03 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zdrada

Kiedy rano budzę się i zaczy­nam "nowy dzień", mam ochotę zamknąć oczy i zostać w łóżku. Nie­stety muszę wstać.

Mam wspa­nia­łego, sza­leń­czo zako­cha­nego we mnie męża, który jest wła­ści­cie­lem zna­nego fun­du­szu inwe­sty­cyj­nego. Wbrew woli mojego mał­żonka pismo "Bilan" co rok umiesz­cza jego nazwi­sko na liście trzy­stu naj­bo­gat­szych oby­wa­teli Szwaj­ca­rii.

Mam dwoje dzieci, które -?zda­niem moich przy­ja­ció­łek -?są dla mnie "sen­sem życia". Wcze­śnie rano robię im śnia­da­nie i odwożę do szkoły, cho­ciaż na pie­chotę mamy pięć minut. Dzieci spę­dzają tam więk­szość dnia, co pozwala mi zająć się pracą i innymi spra­wami. Po lek­cjach pil­nuje ich fili­piń­ska nia­nia i jest z nimi do naszego powrotu.

Lubię mój zawód. Jestem powa­żaną dzien­ni­karką w zna­nej gaze­cie, którą można kupić na każ­dym rogu Genewy, naszego mia­sta.

Raz do roku całą rodziną jedziemy na waka­cje, zazwy­czaj do baj­ko­wych miejsc z pięk­nymi pla­żami. Zwie­dzamy "egzo­tyczne" mia­sta zamiesz­kałe przez biedną lud­ność. Dzięki temu czu­jemy się bogatsi, bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wani i jeste­śmy wdzięczni losowi za wszyst­kie otrzy­mane dary.

Zapo­mnia­łam się przed­sta­wić. Nazy­wam się Linda. Bar­dzo mi miło. Mam trzy­dzie­ści jeden lat, 175 cen­ty­me­trów wzro­stu i ważę 68 kilo. Dzięki wiel­kiej hoj­no­ści mojego męża noszę naj­droż­sze ubra­nia, na jakie można sobie pozwo­lić, co budzi zachwyt męż­czyzn i zazdrość kobiet.

Mimo to każ­dego ranka, kiedy otwie­ram oczy i spo­glą­dam na ide­alny świat, o któ­rym wszy­scy marzą, a tylko nie­wielu ma szczę­ście w nim żyć, wiem, że nowy dzień zakoń­czy się kolejną klę­ską. Jesz­cze w zeszłym roku wyda­wało mi się, że wszystko jest w porządku. Żyłam nor­mal­nie, choć raz na jakiś czas drę­czyły mnie wyrzuty sumie­nia, że dostaję od losu zbyt wiele. Któ­re­goś pięk­nego dnia, kiedy szy­ko­wa­łam śnia­da­nie dla rodziny (pamię­tam, że była wio­sna, bo w ogro­dzie poja­wiły się kwiaty), pomy­śla­łam: "I to wszystko?".

Nie powin­nam sta­wiać sobie takich pytań, ale to wina pisa­rza, z któ­rym poprzed­niego dnia prze­pro­wa­dzi­łam wywiad.

Pamię­tam, jak powie­dział:

-?Nie inte­re­suje mnie bycie szczę­śli­wym. Wolę być zako­chany, cho­ciaż to bar­dziej ryzy­kowne, bo ni­gdy nie wia­domo, co z tego wynik­nie.

Zro­biło mi się go żal. Nie­speł­niony czło­wiek, który umrze w samot­no­ści, zgorzk­niały.

Następ­nego dnia zda­łam sobie sprawę, że w moim życiu nie ma żad­nego ryzyka.

Wiem, co mnie czeka, bo każdy dzień podobny jest do poprzed­niego. Miłość? Oczy­wi­ście, kocham mojego męża. Dzięki temu nie wpa­dam w depre­sję i wie­rzę, że jestem z nim nie tylko dla pie­nię­dzy, przez wzgląd na dzieci czy na kon­we­nanse.

Miesz­kam w naj­bez­piecz­niej­szym kraju na świe­cie, wszystko w moim życiu jest upo­rząd­ko­wane, jestem dobrą żoną i matką. Otrzy­ma­łam surowe, pro­te­stanc­kie wycho­wa­nie i tak samo zamie­rzam wycho­wać moje pocie­chy. Niczego nie ryzy­kuję z obawy, że mogła­bym wszystko stra­cić. Obo­wiązki wyko­nuję sumien­nie, ale bez zbyt­niego anga­żo­wa­nia uczuć, cho­ciaż w mło­do­ści, jak każdy nor­malny czło­wiek, czę­sto zako­chi­wa­łam się i cier­pia­łam.

Kiedy wyszłam za mąż, czas się zatrzy­mał.

Aż do chwili, gdy spo­tka­łam tego prze­klę­tego pisa­rza i usły­sza­łam jego słowa. Co jest złego w ruty­nie i mono­to­nii?

Dla mnie abso­lut­nie nic, cho­ciaż cza­sem...

... poja­wia się strach, że w jed­nej chwili wszystko się zmieni, a ja nie będę na to przy­go­to­wana.

Od tam­tego pięk­nego, wio­sen­nego dnia, kiedy w mojej gło­wie poja­wiła się owa nie­szczę­sna myśl, zaczę­łam się bać. Czy dała­bym sobie radę, gdyby nagle zmarł mój mąż? Tak, odpo­wie­dzia­łam natych­miast -?jego mają­tek star­czyłby na poko­le­nia. A gdy­bym ja zmarła, kto zająłby się dziećmi? Mój kochany mąż, który prę­dzej czy póź­niej zna­la­złby sobie drugą żonę. Jest prze­cież bogaty, uro­czy, mądry. Ale czy moje dzieci mia­łyby dobrą opiekę?

Naj­pierw sta­ra­łam się odpo­wie­dzieć na wszyst­kie drę­czące mnie pyta­nia, ale wąt­pli­wo­ści było coraz wię­cej. Kiedy się zesta­rzeję, mąż znaj­dzie sobie kochankę. A może już ma romans, bo coraz rza­dziej upra­wiamy seks? On też może podej­rze­wać, że kogoś mam, ponie­waż od trzech lat nie poświę­cam mu dosta­tecz­nie dużo uwagi.

Ni­gdy nie kłó­ci­li­śmy się z powodu zazdro­ści, co mnie cie­szyło. Jed­nak od owego wio­sen­nego poranka zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy przy­pad­kiem nie świad­czy to o braku miło­ści.

Pró­bo­wa­łam o tym nie myśleć.

Przez następny tydzień po pracy szłam na zakupy na Rue du Rhône. Nie mia­łam żad­nych spe­cjal­nych potrzeb, ale czu­łam, że robiąc zakupy, zmie­niam coś w moim życiu. Kupo­wa­łam nie­po­trzebne dodatki do ubrań, kuchenne gadżety, o któ­rych ist­nie­niu nie mia­łam poję­cia (cho­ciaż w tej dzie­dzi­nie trudno wymy­ślić coś nowego). Uni­ka­łam skle­pów z odzieżą dzie­cięcą, żeby nie roz­piesz­czać moich pociech nie­spo­dzie­wa­nymi pre­zen­tami. Nie odwie­dza­łam rów­nież skle­pów z modą męską, żeby moja nagła hoj­ność nie wzbu­dziła podej­rzeń męża.

Po powro­cie do domu, do mojego baj­ko­wego kró­le­stwa, przez trzy, cztery godziny było wspa­niale. Kosz­mar zaczy­nał się dopiero, gdy szli­śmy spać.

Zawsze uwa­ża­łam, że namięt­ność jest dla mło­dych, a w moim wieku jej brak jest rze­czą natu­ralną. Nie mar­twi­łam się tym.

Dziś, po kilku mie­sią­cach, jestem roz­darta mię­dzy stra­chem przed zmianą a stra­chem, że do końca mojego życia nic się nie zmieni. Podobno z nadej­ściem lata ludzie zaczy­nają mieć dziwne myśli, ponie­waż spę­dzają wię­cej czasu na świe­żym powie­trzu. Czują się mali wobec ota­cza­ją­cej ich potęż­nej przy­rody. Hory­zont prze­suwa się daleko poza chmury nad ich gło­wami i ściany ich domów.

Może to prawda, ale w moim przy­padku nie lato było przy­czyną bez­sen­nych nocy. Kiedy robi się ciemno i nikt mnie nie widzi, zaczy­nam się bać - śmierci, miło­ści, jej braku, tego, że każda nowość zmieni się w rutynę. Boję się rze­czy nie­ocze­ki­wa­nych, nawet gdyby miały się oka­zać wspa­niałe i fascy­nu­jące.

Wtedy pró­buję pocie­szać się nie­szczę­ściem innych ludzi.

Wstaję i włą­czam tele­wi­zor. Oglą­dam dzien­nik, z któ­rego dowia­duję się o wypad­kach, kata­kli­zmach, ludziach pozba­wio­nych dachu nad głową, uchodź­cach wojen­nych. Ilu cho­rych jest na świe­cie? Ilu cierpi w ciszy lub gło­śno pła­cząc? Ile jest nie­spra­wie­dli­wo­ści, ile zdrad? Ilu bied­nych, bez­ro­bot­nych, cie­mię­żo­nych?

Zmie­niam kanał. Oglą­dam serial albo film i uspo­ka­jam się na kilka minut. Potem zaczy­nam się dener­wo­wać, że mąż wsta­nie i zapyta: "Co się dzieje, kocha­nie?". Musia­ła­bym odpo­wie­dzieć, że wszystko w porządku. Albo jesz­cze gorzej -?tak jak zda­rzyło się to dwa lub trzy razy w zeszłym mie­siącu -?kiedy wró­cimy do łóżka, mąż położy rękę na moim udzie, a potem powoli prze­su­nie ją w górę i zacznie mnie pie­ścić. Mogę uda­wać orgazm -?robi­łam to nie­raz -?ale nie mogę na zawo­ła­nie być wil­gotna.

Zacznę się tłu­ma­czyć, że jestem zmę­czona. Wtedy on bez znie­cier­pli­wie­nia i gniewu poca­łuje mnie na dobra­noc, odwróci się na bok, spraw­dzi naj­now­sze wia­do­mo­ści na table­cie i jakoś dotrwamy do świtu. A ja będę trzy­mać kciuki, żeby następ­nym razem był bar­dzo, ale to bar­dzo zmę­czony.

Nie zawsze tak jest. Cza­sem muszę prze­jąć ini­cja­tywę. Nie mogę odrzu­cać go przez parę nocy z rzędu, bo znaj­dzie sobie kochankę, a ja nie chcę go stra­cić. Chwila mastur­ba­cji i jestem gotowa. Wszystko wraca do normy.

"Wszystko wraca do normy" ozna­cza, że nic nie jest tak jak daw­niej, kiedy byli­śmy dla sie­bie tajem­nicą.

Przy­ja­ciółki mówią, że mam szczę­ście. Nie zdają sobie sprawy, że kła­mię, kiedy opo­wia­dam, jak czę­sto kochamy się z mężem. Zresztą one też kła­mią, chwa­ląc się, że są przez mężów ado­ro­wane. Wszyst­kie jed­nak zgod­nie przy­znają, że seks jest ważny przez pierw­szych pięć lat mał­żeń­stwa, a potem trzeba wyka­zy­wać wię­cej "inwen­cji". Na przy­kład można zamknąć oczy i wyobra­zić sobie, że upra­wiamy seks z sąsia­dem i robi on rze­czy, na które nie odwa­żyłby się mąż. Albo że odda­jemy się jemu i mężowi jed­no­cze­śnie, wypró­bo­wu­jąc wszel­kie per­wer­sje i zaka­zane zabawy.

Zosta­wiam samo­chód na par­kingu -?"Korzy­staj z trans­portu publicz­nego! Dbaj o śro­do­wi­sko!" -?wsia­dam do auto­busu i w dro­dze do pracy spo­glą­dam przez okno na zna­jome ulice. Mam wra­że­nie, że Genewa nie zmie­niła się od cza­sów mojego dzie­ciń­stwa. Zabyt­kowe kamie­nice upar­cie tkwią mię­dzy budyn­kami wybu­do­wa­nymi z ini­cja­tywy jakie­goś sza­lo­nego pre­fekta, który w latach pięć­dzie­sią­tych odkrył "nowo­cze­sną archi­tek­turę".

Myślę o tym za każ­dym razem, kiedy jadę auto­bu­sem do pracy. Wszystko jest w złym guście, nie ma szkla­nych wie­żow­ców, tras szyb­kiego ruchu, a korze­nie drzew nisz­czą beto­nowe alejki, przez co cią­gle się poty­kamy. W par­kach oto­czo­nych sta­rymi, drew­nia­nymi pło­tami ple­nią się chwa­sty, "bo takie jest prawo natury"... To mia­sto różni się od nowo­cze­snych metro­po­lii, które zatra­ciły swój dawny czar.

Tutaj na­dal mówimy prze­cho­dniowi "dzień dobry", a wycho­dząc ze sklepu, gdzie przed chwilą kupi­li­śmy wodę, żegnamy się grzecz­nym "do widze­nia", nawet jeśli ni­gdy tam nie wró­cimy. Zda­rza nam się też poroz­ma­wiać w auto­bu­sie z obcym pasa­że­rem, wbrew utar­tej opi­nii, że Szwaj­ca­rzy są powścią­gliwi i mało­mówni. Dzięki tym ste­reo­ty­pom łatwiej nam zacho­wać wła­sny styl życia. Mam nadzieję, że będzie tak jesz­cze przez dobrych pięć stu­leci, dopóki przez Alpy nie prze­pra­wią się bar­ba­rzyńcy ze swo­imi elek­tro­nicz­nymi wyna­laz­kami, miesz­ka­niami o mikro­sko­pij­nych sypial­niach i wiel­kich salo­nach na pokaz, ostro uma­lo­wa­nymi kobie­tami, gło­śno mówią­cymi męż­czy­znami, zakłó­ca­ją­cymi spo­kój sąsia­dom, i wyzy­wa­jąco ubra­nymi nasto­lat­kami, które drżą przed tym, co powie mama i tata.

Niech sobie wszy­scy myślą, że zaj­mu­jemy się pro­duk­cją sera, cze­ko­lady, hodu­jemy krowy i robimy zegarki. Niech na­dal wie­rzą, że na każ­dym rogu genew­skiej ulicy stoi bank. Nie zamie­rzamy tego zmie­niać, dobrze nam bez bar­ba­rzyń­ców. Poza tym jeste­śmy solid­nie przy­go­to­wani do obrony. Każdy Szwaj­car musi odbyć służbę woj­skową i posiada w domu broń, choć trzeba przy­znać, że rzadko jej używa prze­ciw dru­giemu czło­wie­kowi.

Jeste­śmy szczę­śliwi, bo od wie­ków nic się tu nie zmie­nia. Jeste­śmy dumni z tego, że zacho­wa­li­śmy neu­tral­ność, gdy reszta Europy wysy­łała swo­ich chłop­ców na bez­sen­sowne wojny. Cie­szy nas, że nikomu nie musimy tłu­ma­czyć się z nie­atrak­cyj­nego wyglądu Genewy, mia­sta, gdzie nie­prze­rwa­nie dzia­łają kawiar­nie z dzie­więt­na­sto­wiecz­nym rodo­wo­dem, a ulice pełne są star­szych pań.

"Jeste­śmy szczę­śliwi". Może nie do końca. Wszy­scy są szczę­śliwi, tylko nie ja. Jadę do pracy i zasta­na­wiam się, czy coś jest ze mną nie tak.

W redak­cji jak zwy­kle wszy­scy dwoją się i troją, żeby zna­leźć jakiś inte­re­su­jący temat, inny niż zwy­kłe banalne infor­ma­cje o wypadku samo­cho­do­wym, napa­dzie (bez uży­cia broni) czy poża­rze (jedzie do niego tuzin wozów stra­żac­kich z wyszko­loną ekipą, a kiedy stra­żacy wtar­gną do sta­rego miesz­ka­nia, okaże się, że powo­dem posta­wie­nia na nogi całego mia­sta było przy­pa­lone mięso).

Powrót do domu, miłe chwile w kuchni, cała rodzina przy nakry­tym stole, modli­twa dzięk­czynna. Po kola­cji każdy wraca do swo­ich spraw. Mąż pomaga dzie­ciom w lek­cjach, żona sprząta kuch­nię, robi inspek­cję miesz­ka­nia i przy­go­to­wuje pie­nią­dze dla sprzą­taczki, która zjawi się jutro rano.

Przez te ostat­nie mie­siące zda­rzają się chwile, gdy czuję się świet­nie. Wtedy wiem, że moje życie ma sens i wie­rzę, że każdy ma do speł­nie­nia w życiu jakąś rolę. Dzieci widzą, że mama jest w dobrym nastroju, mąż od razu jest mil­szy i bar­dziej tro­skliwy, a dom lśni wewnętrz­nym bla­skiem. Jeste­śmy przy­kładną, szczę­śliwą rodziną -?dla sąsia­dów z naszej ulicy, dla miesz­kań­ców mia­sta, kan­tonu, dla całego kraju.

Potem wcho­dzę pod prysz­nic i nagle, bez żad­nego kon­kret­nego powodu zaczy­nam szlo­chać. Pła­czę pod­czas kąpieli, ponie­waż wtedy nikt mnie nie sły­szy i nie dopy­tuje, czy wszystko w porządku.

Jasne, wszystko w porządku. Dla­czego mia­łoby być ina­czej? Zauwa­ży­li­ście, żeby w moim życiu coś zmie­niło się na gor­sze?

Nie.

Gdyby nie te noce pełne stra­chu.

Dni pozba­wione rado­ści.

Wspo­mnie­nia szczę­śli­wych dni i żal za tym, co mogło być, a nie było.

Nie­za­spo­ko­jone pra­gnie­nie przy­gody.

Prze­ra­ża­jąca nie­pew­ność, co będzie z dziećmi.

Kłę­bią się czarne myśli, zawsze te same, jakby jakiś zły duch czy­hał w rogu pokoju i w odpo­wied­niej chwili rzu­cał się na mnie, szep­cząc "szczę­ście nie trwa wiecz­nie". Prze­cież zawsze o tym wie­dzia­łam, prawda?

Potrze­buję zmiany. Muszę się zmie­nić. Dziś w pracy zde­ner­wo­wa­łam się tylko dla­tego, że sta­żystka nie przy­go­to­wała na czas potrzeb­nych mate­ria­łów. Ni­gdy tak się nie zacho­wy­wa­łam. Nie poznaję sie­bie.

Nie mogę za to winić pisa­rza. Prze­cież od naszej roz­mowy minęło kilka mie­sięcy. On tylko wywo­łał erup­cję wul­kanu, z któ­rego wytry­snęła lawa, sie­jąc śmierć i znisz­cze­nie. Rów­nie dobrze powo­dem mógł być film, książka, osoba, z którą zamie­ni­łam dwa słowa. Myślę, że wielu ludzi przez lata żyje w poczu­ciu nara­sta­ją­cej fru­stra­cji. Nie zawsze w pełni zdają sobie z tego sprawę, aż któ­regoś pięk­nego dnia jakiś dro­biazg wypro­wa­dza ich z rów­no­wagi i wybu­chają.

-?Dosyć. Dłu­żej tego nie zniosę -?mówią.

Jedni popeł­niają samo­bój­stwo, inni roz­wo­dzą się albo jadą jako wolon­ta­riu­sze do bied­nego afry­kań­skiego kraju w nadziei, że zba­wią świat.

Ale ja znam sie­bie. Wiem, że moją jedyną reak­cją będzie stłu­mie­nie uczuć i po jakimś cza­sie od środka zacznie mnie zże­rać rak. Jestem prze­ko­nana, że więk­szość naszych cho­rób bie­rze się z tłu­mie­nia emo­cji.

Budzę się o dru­giej nad ranem i patrzę w sufit. Przy­po­mi­nam sobie, że muszę wcze­śnie wstać, cho­ciaż bar­dzo tego nie lubię. Zamiast zasta­no­wić się nad czymś sen­sow­nym, na przy­kład odpo­wie­dzieć na pyta­nie, co się ze mną dzieje, gubię się w natłoku nie­upo­rząd­ko­wa­nych myśli. Cza­sami, na szczę­ście rzadko, poważ­nie roz­wa­żam, czy nie zgło­sić się na oddział psy­chia­tryczny. Nie powstrzy­muje mnie przed tym praca ani mąż, tylko dzieci. Za nic w świe­cie nie mogą dowie­dzieć się, co czuję.

Wra­cają natrętne myśli o mał­żeń­stwie, w któ­rym nie ma zazdro­ści. Kobiety obda­rzone są szó­stym zmy­słem. Być może intu­icja pod­po­wiada mi, że mąż kogoś poznał, cho­ciaż nie zauwa­ży­łam żad­nych oznak potwier­dza­ją­cych moje przy­pusz­cze­nia.

Czy to nie absurd? Prze­cież wyszłam za mąż za ide­al­nego męż­czy­znę. Nie pije, wie­czo­rem wraca do domu, rzadko spo­tyka się z kole­gami. Rodzina jest dla niego wszyst­kim.

Brzmi jak marze­nie, gdyby nie było kosz­ma­rem. Ta sytu­acja spra­wia, że czuję ogromną pre­sję, by spro­stać jego ocze­ki­wa­niom.

Zdaję sobie sprawę, że "opty­mizm" i "nadzieja" to tylko słowa nad­uży­wane w porad­ni­kach uczą­cych, jak żyć. Mądrzy ludzie, któ­rzy je piszą, sami szu­kają sensu życia, nas trak­tu­jąc jak kró­liki doświad­czalne, na któ­rych spraw­dzają reak­cję na wybrane bodźce.

Przy­znaję, że jestem zmę­czona szczę­śli­wym, ide­al­nym życiem, a to nie­za­wod­nie świad­czy o cho­ro­bie psy­chicz­nej.

Zasy­piam. Może rze­czy­wi­ście jest ze mną bar­dzo źle?

Idę na obiad z przy­ja­ciółką.

Pro­po­nuje japoń­ską restau­ra­cję, o któ­rej ni­gdy nie sły­sza­łam. Dziwne, bo prze­pa­dam za japoń­ską kuch­nią. Przy­ja­ciółka zapew­niła, że to świetne miej­sce, cho­ciaż daleko od mojej pracy.

Dotrzeć tam nie było łatwo. Musia­łam jechać dwoma auto­bu­sami i na przy­stanku spy­tać o drogę. Wresz­cie tra­fi­łam do "świet­nej" restau­ra­cji, która znaj­duje się w gale­rii han­dlo­wej. Wszystko wyda­wało mi się okropne -?wystrój, sto­liki z papie­ro­wymi obru­sami, brak okien. Jed­nak przy­ja­ciółka miała rację: to naj­lep­sza restau­ra­cja japoń­ska w Gene­wie.

-?Dotąd jada­łam w innej restau­ra­cji. Nic szcze­gól­nego -?powie­działa przy­ja­ciółka. -?Aż któ­re­goś dnia zapro­sił mnie tu zna­jomy, który pra­cuje w japoń­skim kon­su­la­cie. Jak widzisz, na pierw­szy rzut oka miej­sce wydaje się obskurne, ale kuchni oso­bi­ście doglą­dają wła­ści­ciele. Wiesz, jakie to ważne.

Zazwy­czaj cho­dzę do tych samych restau­ra­cji i zawsze zama­wiam to samo. Nie potra­fię zary­zy­ko­wać nawet w takich małych spra­wach.

Moja przy­ja­ciółka bie­rze leki anty­de­pre­syjne. Nie mam ochoty roz­ma­wiać z nią na ten temat. Dziś zda­łam sobie sprawę, że sama jestem o krok od zała­ma­nia, ale na­dal nie chcę się do tego przy­znać.

I wła­śnie dla­tego, że nie chcę na ten temat roz­ma­wiać, robię dokład­nie odwrot­nie. Cudze nie­szczę­ścia poma­gają ukoić wła­sne cier­pie­nie.

Pytam, jak się czuje.

-?Znacz­nie lepiej. Tro­chę to trwało, ale kiedy leki zaczęły dzia­łać, od razu poczu­łam poprawę. Znik­nęła apa­tia, życie znów ma kolor i smak.

Po raz kolejny prze­mysł far­ma­ceu­tyczny zaro­bił na cudzym cier­pie­niu. Jesteś smutny? Weź tabletkę, a twoje kło­poty znikną.

Ostroż­nie pytam, czy nie zechcia­łaby wypo­wie­dzieć się dla mojej gazety, która przy­go­to­wuje duży arty­kuł o depre­sji.

-?To nie ma sensu. Teraz każdy opo­wiada o swo­ich odczu­ciach w inter­ne­cie. I są na to lekar­stwa.

Cie­kawe, o czym roz­ma­wiają w inter­ne­cie.

-?O efek­tach ubocz­nych zaży­wa­nia leków. Nikogo nie obcho­dzą cudze cho­roby, bo a nuż mogliby się zara­zić albo poczuć coś, czego wcze­śniej nie doświad­czyli.

O czym jesz­cze dys­ku­tują?

-?O ćwi­cze­niach, medy­ta­cji. Oso­bi­ście uwa­żam, że to nic nie daje. Pró­bo­wa­łam wszyst­kiego, ale polep­szyło mi się dopiero, kiedy przy­zna­łam się przed sobą, że mam pro­blem.

Nie pomaga świa­do­mość, że nie jest się osa­mot­nio­nym w nie­szczę­ściu? Czy nie krzepi roz­mowa z dru­gim czło­wie­kiem o swo­ich uczu­ciach?

-?Ależ skąd! Jeśli ktoś wyszedł z pie­kła, nie ma ochoty przy­po­mi­nać sobie, jak tam było.

Dla­czego tyle lat żyła w tym sta­nie?

-?Nie wie­rzy­łam, że mam depre­sję. Kiedy roz­ma­wia­łam z tobą albo z naszymi kole­żan­kami, mówi­ły­ście, że to głup­stwo, że inni prze­ży­wają więk­sze dra­maty i nie mają czasu na depre­sję.

Rze­czy­wi­ście tak mówi­łam. Nie daję za wygraną i upie­ram się, że arty­kuł w gaze­cie albo post na blogu mógłby ludziom pomóc prze­zwy­cię­żyć roz­pacz i zna­leźć pocie­chę. Dodaję z prze­ko­na­niem, że ja nie wiem, czym jest depre­sja i dla­tego liczę na jej wyja­śnie­nia.

Przy­jaź­nimy się od lat, zna mnie. Waha się, jakby mi nie dowie­rzała.

-?To tak, jak­byś zna­la­zła się w pułapce. Widzisz, że jesteś uwię­ziona, ale nie umiesz się uwol­nić...

Dokład­nie to samo poczu­łam parę dni temu.

Przy­ja­ciółka zaczyna wymie­niać objawy znane każ­demu, kto zna­lazł się w "pie­kle". Nie chce się wsta­wać z łóżka. Naj­prost­sze czyn­no­ści wydają się nie­wy­ko­nalne. Poja­wiają się wyrzuty sumie­nia. Nie mamy powodu tkwić w tym sta­nie, kiedy tak wielu ludzi na świe­cie prze­cho­dzi praw­dziwe dra­maty.

Pró­buję skon­cen­tro­wać się na wyśmie­ni­tym jedze­niu, ale nagle traci ono smak.

-?Apa­tia -?cią­gnie moja przy­ja­ciółka. -?Uda­wa­nie rado­ści, uda­wa­nie smutku, uda­wa­nie orga­zmu, uda­wa­nie dobrego humoru, uda­wa­nie życia. W końcu docho­dzisz do czer­wo­nej linii i zda­jesz sobie sprawę, że jeśli ją prze­kro­czysz, nie będzie odwrotu. Wtedy akcep­tu­jesz to, co się z tobą dzieje, bo bunt ozna­czałby, że musisz wal­czyć. Godzisz się na wege­ta­cję i pró­bu­jesz ukryć przed świa­tem swój stan, cho­ciaż wymaga to ogrom­nego wysiłku.

Co było powo­dem two­jej depre­sji?

-?Nic szcze­gól­nego. Wła­ści­wie dla­czego mnie tak wypy­tu­jesz? Źle się czu­jesz?

Oczy­wi­ście, że nie.

Lepiej zmie­nić temat.

Mówię jej o poli­tyku, z któ­rym poju­trze prze­pro­wa­dzam wywiad. To mój były chło­pak z liceum. Pew­nie nawet nie pamięta, że kie­dyś pod­czas poca­łunku chwy­cił mnie za nie­doj­rzałą, małą pierś.

Moja przy­ja­ciółka jest zachwy­cona. Ja sta­ram się o tym nie myśleć. Jest mi to obo­jętne.

Apa­tia. Jesz­cze nie doszłam do takiego stanu, wypie­ram fakt, że coś się ze mną dzieje. Ale to pew­nie kwe­stia czasu, mie­sięcy, dni, godzin. Nie­ba­wem wszystko sta­nie mi się obo­jętne i prze­stanę się bun­to­wać.

Mam wra­że­nie, że moja dusza powoli opusz­cza ciało i udaje się w nie­zna­nym kie­runku, do jakie­goś "bez­piecz­nego" miej­sca, gdzie nie musi zno­sić huś­tawki nastro­jów i noc­nych kosz­ma­rów. Nie ma mnie w brzyd­kiej, japoń­skiej restau­ra­cji z pysz­nym jedze­niem. Zdaje mi się, że oglą­dam scenę z jakie­goś filmu. Nie mogę i nie chcę wpły­wać na akcję.