2
DEVAN
Wtorek, 3 października 2023 roku
Od dawna się zastanawiam, czemu niektórym ludziom tak przeszkadza, że po lądowaniu samolotu pasażerowie klaszczą pilotowi i załodze. Dla mnie to w pełni zrozumiała reakcja - mówimy przecież o sytuacji, w której człowiek jest na kilka godzin uwięziony w stosunkowo niewielkiej przestrzeni, z której nie ma wyjścia, o awaryjnym nie wspominając, i w dodatku leci jakieś dziewięć do dwunastu kilometrów nad ziemią. Nad oceanami, górami czy miastami! Gdyby coś poszło nie tak, pilot nacisnął nie ten przycisk, co trzeba, albo co tam jeszcze może się spieprzyć w takim kokpicie, to byłoby bez znaczenia, kim jesteśmy na co dzień. Co osiągnęliśmy, ile mamy na koncie, czy jesteśmy dobrymi ludźmi. Gdyby coś się stało na tej wysokości, wszyscy byśmy zginęli. Koniec końców uważam, że to całkiem logiczne podziękować skromnymi oklaskami ludziom, którzy przez ostatnie godziny byli odpowiedzialni za nasze życie, zaledwie poczujemy stały ląd pod nogami - czy tam kołami.
Gdy jednak zaczynam klaskać tuż po lekkim szarpnięciu lądowania, czuję na sobie kilka spodziewanych poirytowanych spojrzeń. Niektórych wszystko obraża. Mam to gdzieś. Nie boję się latania, chociaż ten sposób podróży zdecydowanie nie należy do moich ulubionych i niezmiernie się cieszę, że mam już za sobą niemal siedem godzin podróży z Bostonu w tej przyciętej puszce. Zbieram rzeczy, spoglądając przy tym przez iluminator na drogę kołowania. Ilość śniegu w tym miejscu robi wrażenie, chociaż nie powinna zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że zmierzam w stronę kurortu narciarskiego. Z lotniska Eagle County jest niespełna sześćdziesiąt pięć kilometrów do Eagle Creek, gdzie według mojej wiedzy powinien się znajdować Ortiz Grand Resort. Tam pewnie śniegu będzie jeszcze więcej, przynajmniej jeśli wierzyć zdjęciom z Google i Instagrama.
Kiedy tylko na panelu u góry gaśnie symbol zapiętych pasów, wstaję, sięgam po bagaż podręczny i ustawiam się w kolejce gotowych do wyjścia. W internecie wyczytałem, że zazwyczaj do Ortiz co godzinę jeździ bus z lotniska, ale teraz kursuje tylko sporadycznie, ponieważ ośrodka jeszcze oficjalnie nie otwarto z powodu jakichś remontów na terenie obiektu i w głównym budynku. To oznacza, że mam przed sobą coś na kształt podróży dookoła świata jakimiś trzema autobusami. Jestem na siebie wkurzony, że nie przyszło mi do głowy poprosić ośrodka o kontakt do pozostałych kandydatów. Eagle County to jedyne lotnisko w okolicy, a gdybyśmy przylecieli mniej więcej w podobnym czasie, moglibyśmy wspólnie wziąć taksówkę albo wynająć busik.
Opuszczam samolot i przebiegam przez halę przylotów, sprawdzając po raz kolejny moje notatki w telefonie. Jestem zdecydowanie za wcześnie, bo kolacja z właścicielami ośrodka odbędzie się dopiero dziś wieczorem, ale już zawczasu zapytałem, czy mogę przylecieć wcześniej, żeby się odpowiednio przygotować. Dotąd mejlowałem tylko z osobą z Ortiz, a pierwsze wrażenie odgrywa kluczową rolę. Nie zamierzam przegapić mojej okazji, witając się spocony i obładowany z osobami, które zadecydują, kto dostanie tę pracę. A to dlatego, że cholernie mi zależy na tej posadzie. Moja największa, a przede wszystkim najbardziej dochodowa współpraca w przyszłym roku dobiegnie końca, więc potrzebuję porządnego źródła, które przy okazji będzie dobrze wyglądać w CV i pasować do moich kompetencji.
Odbieram bagaż, po czym z pewnym niezdecydowaniem przyglądam się drogowskazom i w końcu obieram kierunek ku postojowi taksówek, a także, miejmy nadzieję, przystankowi autobusowemu. Zaledwie wychodzę na zewnątrz, owiewa mnie lodowate powietrze. Drżę mimowolnie. Tu w Kolorado faktycznie wieje potwornie zimny wiatr. Na policzki i czoło pada mi śnieg i z całego serca żałuję, że czapkę oraz szalik upchnąłem gdzieś w głębi bagażu. Przez chwilę studiuję okolicę, ale nie ma tu zbyt wiele do oglądania. Lotnisko należy do niedużych, a krajobraz na zewnątrz nie robi wielkiego wrażenia. W oddali rysują się góry zasnute gęstą warstwą chmur i mgły. Nie pada, ale ta wisząca w powietrzu mgła osiada na wszystkim, co zdoła dorwać.
Znowu spoglądam na telefon i otwieram sekcję screenshotów przedstawiających dostępne połączenia autobusowe. Następnie szukam właściwych tabliczek. Jakieś dziesięć minut biegam bezładnie od jednego rozkładu jazdy do drugiego, aż wreszcie zagaduję starszego mężczyznę, który stoi na innym przystanku razem z paroma osobami i wygląda, jakby wiedział, co robi. Cierpliwie wysłuchuje moich wyjaśnień, po czym wskazuje miejsce po drugiej stronie postoju taksówek, tłumacząc, że tam staje bus i jeśli mi się poszczęści, złapię jeden z tych trzech, które tu codziennie kursują.
Fantastycznie.
Zaledwie się odwracam, by kontynuować misję, na mojej drodze staje jakaś młoda kobieta. Sięga mi zaledwie do ramienia, ale ma na sobie niesamowicie grubą puchową kurtkę, przez co ma niemal kwadratowy kształt.
- Jedziesz do Ortiz? - pyta, wskazując głową kierunek, który pokazał mi tamten staruszek.
- Taki mam plan - odpowiadam i unoszę ramiona, gdy uderza mnie kolejny podmuch zimnego wiatru. - Google twierdzi, że gdzieś stąd odjeżdża autobus.
Dziewczyna przygląda się przez chwilę mojej twarzy, a potem przenosi wzrok na bagaż, jakby próbowała ustalić, czy kłamię, czy jednak nie.
- Mogę cię zabrać, jeśli dorzucisz się do benzyny.
Marszczę czoło, spoglądając na nią uważnie. Jest mniej więcej w moim wieku.
- Super, dla mnie idealnie. Też przyjechałaś na assessment center?
Śmieje się i kręci głową.
- Ja już pracuję w Ortiz. Chodź.
Z zaintrygowaniem przyglądam się dziewczynie kątem oka, idąc za nią w stronę parkingu. Ma na głowie ciasny kok, a na twarzy prawie żadnego makijażu. Spod zdecydowanie zbyt dużej kurtki wystają czarne, eleganckie spodnie.
- Na jakim stanowisku tam pracujesz?
- Głównie na recepcji i jako obsługa - odpowiada, po czym przystaje na chwilę i grzebie w torebce. Dopiero teraz spostrzegam, że nie ma żadnego bagażu poza niewielką sportową torbą. - Miałam wolne na czas renowacji, ale od przyszłego tygodnia pewnie znów będziemy przyjmować rezerwacje.
- A przy okazji poszukacie sobie nowego social media managera?
Dziewczyna wzrusza ramionami, a potem triumfalnie wyciąga z torebki spory pęk kluczy i rusza dalej.
- Ja tam nie wiem. O was dowiedziałam się od koleżanki z pracy.
Zatrzymujemy się przed małym, czerwonym pick-upem, a ona gestem zaprasza mnie do środka. Przez chwilę rozważam wskoczenie na pakę, ale deszcz stale przybiera na sile, więc zanim byśmy dojechali, mój bagaż przemókłby na wylot. Wsiadam więc, odkładam torbę na siedzenie między nami, a plecak biorę na kolana. Ona w tym czasie siada za kierownicą.
- Dzięki za podwózkę - odzywam się. - Jak ci na imię?
- Anastasia. - Wyciąga do mnie rękę, ale zaraz zauważa, że zasadniczo przygniótł mnie plecak, więc cofa dłoń. - Ale mów mi Ana, jak wszyscy.
- Devan - odpowiadam z uśmiechem, a ona kiwa lekko głową. Potem odpala ogrzewanie na pełną moc i przekręca kluczyk w stacyjce.
Rozlega się głośne pukanie, a ja podskakuję, aż trafiam kolanem w schowek. Wykrzywiam z bólu twarz, po czym odwracam wzrok. Obok mnie pośród mżawki stoi młoda kobieta, jednocześnie spanikowana i zakłopotana, zerkając na nas siedzących w aucie. Wciąż ma uniesioną rękę, którą chwilę wcześniej pukała w szybę. Oszołomiony spoglądam na Anastasię, ale ona tylko wzrusza ramionami i opuszcza szybę.
- Bardzo przepraszam! - odzywa się tamta i lustruje mnie pospiesznym spojrzeniem, po czym wbija wzrok w Anę. - Nie chciałam was wystraszyć.
- W porządku - odpowiada Ana, marszcząc czoło. - Jak możemy ci pomóc?
- Jestem Luca - przedstawia się dziewczyna tak energicznie, jakby jej imię wyjaśniało wszystko. Następnie krzywi się i pokazuje w tył, na lotnisko. - Jakaś kobieta powiedziała mi, że wybieracie się do Ortiz. Najbliższy autobus odjeżdża dopiero za trzy godziny, a taksówkarz podjedzie do wioski, ale już nie w góry, do ośrodka. Jestem zdesperowana, serio.
Tak też wygląda. Woda cieknie jej z włosów i rzęs, policzki ma zaczerwienione - chociaż nie umiem stwierdzić, czy z przejęcia, czy z powodu chłodu - a jej oczy są tak wielkie, że mimowolnie kojarzy mi się z lalką... w tym najlepszym sensie. Ta dziewczyna, Luca, jest cholerną ślicznotką. Przynajmniej w tej części, którą teraz widzę. Mrużę odrobinę oczy, przyglądając się jej twarzy. Gdzieś już ją widziałem. Imię nic mi nie mówi, ale ona sama wydaje się znajoma.
- Tak, jedziemy do ośrodka - odpowiada Ana, brutalnie wyrywając mnie z otępienia - ale nie mamy już miejsca. Masz bagaż?
Luca unosi demonstracyjnie rękę i prezentuje srebrną walizkę z plastikową obudową. Jest całkowicie jasne, że ona i jej bagaż nijak nie zmieszczą się na wąskie siedzenie pośrodku.
- Przykro mi - odzywa się ze skruchą Ana i wzrusza ramionami. - Nie damy rady.
Luca klnie i się rozgląda, a z włosów cieknie jej coraz więcej wody. Spoglądam przelotnie na Anę, ale nie wydaje mi się, żeby tylko udawała rozczarowanie obrotem sprawy.
- Twoja walizka jest wodoodporna? - pytam Lucę.
Niepewnie kiwa głową.
- A nawet gdyby nie, wszystko jest lepsze niż wciąganie jej pod górę przez pół godziny pieszej wędrówki.
Anastasia się śmieje, po czym wzdycha i odpina pas.
- Dobra, to wrzucimy ją na pakę. Ale to nie będzie zbyt wygodna wyprawa, a ja chcę zrzutę na paliwo.
- Jasne! - Luca niemal krzyczy, a w jej głosie wyraźnie słychać ulgę. - Cokolwiek zechcesz. Dzięki, ogromne dzięki.
Ana już chce wysiadać, ale powstrzymuję ją pospiesznie.
- Siedź. Ja to zrobię.
Uśmiecha się, ale nie protestuje. Wysiadam i zaraz czuję wilgoć na twarzy. Przejmuje mnie dreszcz. Wreszcie sięgam po walizkę, ale Luca już mija mnie z walizką w objęciach, jakby zamierzała nią rzucać jak młotem czy kulą. Idę za nią na pakę i ku własnej uldze odkrywam tam długi pas z klamrą. Nie ma za to plandeki ani niczego, czym moglibyśmy przykryć bagaż. Może i sama konstrukcja paki na jakiś czas powstrzymałaby deszcz, ale przy tym wietrze nie trzeba dużo czasu, żeby wilgoć przeszła przez boki walizki i fragment z zamkiem błyskawicznym.
- Też jesteś kandydatką, nie? - pytam Lucę, a ona w tym czasie ładuje na pakę ewidentnie ciężką walizę.
- Ehe. - Spogląda na mnie przelotnie. - Tak jak ty.
- Tak jak ja. - Rozwijam pas i podaję jej jeden koniec, żeby przypięła go ze swojej strony. - Anastasia pracuje w Ortiz.
Luca unosi rękę i wyciera deszcz z czoła, mocując się z pasem.
- To uspokajające, że wyglądasz na równie nieprzygotowanego, co ja. Wyszłam z założenia, że jak już dolecę, to znajdę drogę z lotniska do ośrodka. Jak goście sobie dają radę?
Chętnie bym zaprotestował, bo twierdzenie, jakobym nie był przygotowany, to niemal oskarżenie.
- Normalnie autobus jeździ co godzinę. Ale obecnie ośrodek jest zamknięty dla gości.
Luca śmieje się cicho i mamrocze coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć. Bez słowa zabezpieczamy jej walizkę, która zdaje się nieco zagubiona na pace. Zauważam jej zaniepokojony wzrok. Równie dobrze jak ja zdaje sobie sprawę, że ubrania, które tam ma, nie dotrą do ośrodka suche. Potem otwieram przed nią drzwi do kabiny i wsiadam za nią do środka. Wewnątrz natychmiast robi się wyjątkowo ciasno. Luca bierze na kolana mój plecak, ja biorę na kolana moją torbę. Kiedy zamykam drzwi od strony pasażera, mam wrażenie, że ktoś zamknął nas w worku próżniowym.
- Lepiej szybko odjeżdżaj - mówię do Any po tym, jak bezskutecznie próbuję zapiąć pas - zanim będziemy musieli robić bagażnik na dachu.
- Przepraszam - mamrocze Luca, choć śmieje się przy tym nerwowo. - Przysięgam, zazwyczaj nie pakuję się do auta obcym ludziom.
W końcu Ana odpala samochód, który budzi się do życia z niepokojąco donośnym rzężeniem. Wyjeżdżamy z parkingu. Próbuję ułożyć rękę w takiej pozycji, żeby dopływała do niej jakaś krew, ale absolutnie nie będzie lepiej. Może i w samochodzie znajdują się trzy miejsca, ale wyglądają na przeznaczone dla dzieci. Ja akurat nie należę do chudzielców, ale Luca jest raczej filigranowa i powinniśmy jakoś razem się zmieścić na dwóch siedzeniach.
Opuszczamy lotnisko. Luca obok mnie pisze coś w telefonie, a ja przez okno przyglądam się okolicy. Wprawdzie jest już przedpołudnie, ale wokół panuje intensywna szarość, jakby dopiero świtało. Słońce nie jest w stanie się przebić przez gęstą warstwę chmur zasnuwającą niebo. Sprawdzałem wcześniej prognozy dla tej okolicy Kolorado. Chociaż opady śniegu - a zatem i sezon narciarski - zaczynają się tu w połowie października, a niekiedy i na początku listopada, jesień w tych stronach ewidentnie ma się ku końcowi. W najbliższych tygodniach temperatura może spaść i poniżej dziesięciu stopni na minusie. Szczerze mówiąc, czuję nieco ulgi, że jesteśmy tu teraz, a nie w grudniu czy styczniu, kiedy będzie znacznie zimniej. Pochodzę z Kalifornii i stanowczo przywykłem do słońca. Gdybym dostał tę pracę, musiałbym tu przyjeżdżać co parę tygodni, ale do tego czasu załatwię sobie porządną zimową garderobę.
Dyskretnie spoglądam na Lucę, która wciąż wpatruje się w wyświetlacz telefonu i pisze tak szybko, że jej palce niemal rozmazują mi się przed oczami. Wydaje się taka niewzruszona, właściwie zamknięta w sobie. Nie wiem w sumie, czego się spodziewałem po mojej konkurencji. Jakaś część mnie obawiała się grupy stereotypowych aspirujących influencerów, ale Luca nie pasuje do tej wizji. Ja sam siebie opisałbym jako przeciętnego, ale z pewnością właśnie ze względu na moją wiedzę i doświadczenie zaproszono mnie do tego etapu rekrutacji. Od lat jestem na scenie gamingowej, w przeszłości miałem już sporo dużych współprac i wykreowałem siebie jako markę w mediach społecznościowych. Nie cierpię na syndrom oszusta i rozumiem, dlaczego Ortiz wybrało mnie spośród wielu kandydatów. Luca nie sprawia wrażenia kogoś, kto najlepiej czuje się w centrum uwagi kamer, nie sądzę też, żeby była znaną influencerką czy kimś w tym stylu. To straszna klisza i stereotypowe myślenie, ale Luca wydaje mi się zbyt normalna na kogoś z tej branży. Śliczna jak z obrazka, lecz w taki subtelny, nienarzucający się sposób.
- Dlaczego tu jesteś? - pytam ją w końcu, nie doszedłszy donikąd w moich rozważaniach. Chciałbym się dowiedzieć, skąd mogę ją znać. Kiedy podnosi na mnie pytające spojrzenie, dodaję: - W sensie dlaczego ubiegasz się o tę posadę?
Śmieje się powściągliwie.
- Przypuszczam, że z tego samego powodu, co ty. Genialna płaca, da się tę pracę pogodzić ze studiami i doskonale wygląda w CV.
Z niedowierzaniem marszczę brwi.
- I tyle?
- To znaczy?
- Spodziewałem się większej... sam nie wiem, większej pasji - próbuję wyjaśnić. - Musisz mieć jakieś podstawy. Słyszałem, że o tę posadę ubiegało się niemal pięćset osób. Musi istnieć jakiś powód, dla którego wybrali właśnie ciebie.
Luca odkłada na bok komórkę i przygląda mi się przez kilka sekund. W oczach ma coś badawczego, niemal nieprzyjaznego.
- Studiuję dziennikarstwo ze specjalizacją media cyfrowe. Social media to zasadniczo moja specjalność.
Nie umiem rozgryźć nuty w jej głosie.
- Brzmi nieźle - odpowiadam niezrażony, uśmiechając się przy tym. Jeśli to jakiś popis umiejętności, to proszę bardzo. - Jestem content creatorem na freelansie w branży gamingu, technologii i adventure. Prowadzę sieć twórców kontentu, gdzie odpowiadam za pośrednictwo w sprawie współprac i partnerstw.
Luca unosi jedną brew.
- Czyli jesteś influencerem.
- Nie - odpowiadam odruchowo. Gdybym za każde takie stwierdzenie dostawał dolara, nie potrzebowałbym już tej przeklętej roboty. - Nie tak, jak ludzie to sobie wyobrażają. Współpracuję z konkretnymi twórcami gier, testuję nowe produkcje, przedstawiam je i tak dalej. I za to dostaję pieniądze.
- Jak influencer.
Odchylam się i wzdycham.
- Jestem freelancerem, ale mam stałe współprace. To nie tak, że każdy może mi coś wysłać, a ja to zareklamuję. Myślę, że w tym tkwi różnica.
Widzę, że ona postrzega to inaczej albo przynajmniej musi jeszcze przemyśleć temat. W porządku. Chociaż żyjemy w świecie mediów i technologii, cały czas czuję, że granice między tymi wszystkimi social media ninjami i content creatorami coraz bardziej się zacierają.
Luca macha ręką.
- Wiem, co robisz. Byłam po prostu ciekawa, jak to przedstawisz.
Przez chwilę czuję się oszołomiony, a potem przygryzam wargę, by stłumić uśmiech. Musiała mnie wyguglować. Jestem na siebie trochę zły, że nie wpadłem na to, by wypytać rekruterów o nazwiska mojej konkurencji. To byłoby dobre przygotowanie. A może ona zna moją działalność, ale nie chce tego zdradzić.
- Jak się tu znalazłeś? - pyta z autentycznym zaciekawieniem, gdy nic nie mówię. - Skoro twoja domena to gaming?
- Sama powiedziałaś: to cholernie dobra oferta. - Luca się śmieje, a ja mimowolnie odpowiadam tym samym. - Przez parę lat oprócz zajmowania się grami współpracowałem z organizatorem przygodowych eventów. Głównie outdoor, sporty ekstremalne, te rzeczy. Przyszło mi do głowy, że te dwie grupy docelowe do siebie pasują. Sądzę, że to dlatego mnie zaprosili.
Luca przechyla głowę.
- W jakim sensie "zaprosili"?
- Nie zgłosiłem się sam. - Wzruszam ramionami, starając się brzmieć nonszalancko, ale sam się orientuję, że nie za bardzo to brzmi. Wiem, jak dużym zainteresowaniem cieszyła się ta oferta, więc nie umiem do końca pozbyć się z głosu poczucia dumy. - Prawdę mówiąc, w ogóle nie słyszałem o tym ogłoszeniu, bo większość studiów robię zdalnie. Kilka dni po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń odezwał się do mnie ktoś z Ortiz i zapytał, czy nie byłbym zainteresowany.
- Wow - mamrocze Luca. - Normalnie jak kujon.
- Doczekałem się, tak to ujmę.
W jej westchnieniu słyszę mieszankę rozbawienia i kiepsko skrywanego zmieszania.
- Może jestem tym przypadkiem, który wzięli w ramach promowania różnorodności.
Uśmiecham się, ale dziewczyna tego nie rozwija. Zamiast tego pochyla głowę i przygląda się swoim ściśniętym dłoniom. Przez chwilę rozważam, czy aby jej czymś nie uraziłem, a potem pochylam się nieco do przodu, by lepiej się jej przyjrzeć. Jest bledsza niż jeszcze kilka minut wcześniej, jakby krew całkiem odpłynęła jej z twarzy.
- Wszystko w porządku? - pytam niepewnie. Luca kiwa głową, ale nadal wygląda tak jak wcześniej. Zauważam, że i Ana oderwała wzrok od drogi i ze zmarszczonym czołem przypatruje się Luce.
- Nie przepadam za ciasnymi przestrzeniami.
Zanim zdołam cokolwiek powiedzieć, Ana wybucha śmiechem, choć próbuje to zamaskować kaszlem.
- Daj znać, jak będzie bardzo źle. Nie chcę zabrzmieć niegrzecznie, ale doceniłabym, gdybyś nie zarzygała mi auta.
- Nie ma sprawy, do tego nie dojdzie. - Luca prostuje się ostrożnie i zatacza koła ramionami. A przynajmniej próbuje, bo nie jest to łatwe, gdy jedziemy ściśnięci jak sardynki w puszce. Odsuwam się od niej lekko i przyciskam do drzwi pasażera, żeby dać jej choć trochę przestrzeni. Nie mam jednak wrażenia, by to cokolwiek dało.
- Jeszcze jakieś plus minus dwadzieścia minut - mamrocze Ana.
Czuję, jak samochód przyspiesza, jakby nasza kierowczyni wcisnęła gaz do dechy. Luca znowu sięga po telefon, a ja wyglądam przez okno. Zostaje mi wierzyć, że Anastasia poprawnie oszacowała pozostałą drogę i że w równaniu nie pojawi się pogoda, zmrożone ulice czy zbłąkane zaspy. Ostatnim, czego potrzebuję na start przygody z assessment center, jest współkandydatka, która po drodze narzyga mi na spodnie.