ROZDZIAŁ II
Prezes Fundacji Promocji Miast Historycznych Marek Kowalczyk ważył w dłoni książkę, zupełnie, jakby jej ciężar był istotniejszy od zawartości. Uśmiechał się przy tym, dając do zrozumienia, że jest naprawdę zadowolony.
- Muszę przyznać, że wykonał pan dobrą robotę, panie Łukaszu. Wierzę, że "Złota legenda Gdańska" odniesie taki sukces, na jaki liczymy. Nawiasem mówiąc, tytuł chyba z lekka zapożyczony, prawda? "Legenda Aurea" Jakuba de Voragine... Ale to dobrze, takie odwołania wydają się bardzo zacne.
Dybowski skłonił się niczym renesansowy artysta pochwalony przez magnata, który zlecił mu wykonanie rzeźb na rodzinnym grobowcu.
- Zrobiliśmy co w naszej mocy. Gdybym miał trochę więcej czasu, efekt byłby jeszcze lepszy.
- Bez przesadnej skromności - prezes poklepał Dybowskiego po ramieniu i podsunął mu pod nos talerzyk z ciastkami.
- Poza tym, pan prezes widzi jedynie opakowanie. A najważniejsze jest w środku, czyli tekst i ilustracje.
Kowalczyk pokiwał głową i, na chybił trafił, otworzył książkę mniej więcej w samym środku.
Dybowski wstrzymał oddech - choć korekta kilka razy czytała cały tekst, bał się, że jego rozmówca od razu wychwyci jakiś kompromitujący błąd. Ortograficzny, gramatyczny, a może historyczny - bez znaczenia. Gdyby faktycznie książka zawierała jakieś byki, wówczas Dybowski mógłby się pożegnać z kolejnymi zleceniami.
To wygrał w drodze przetargu - fundacja zapragnęła wydać książkę o związkach wielkiego astronoma Mikołaja Kopernika z Gdańskiem. Wprawdzie wydanie nie było związane z jakąkolwiek spektakularną rocznicą, ale skoro Unia Europejska przeznaczyła spore fundusze na promowanie regionów, to grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Fundacja miała bardzo ambitne plany stworzenia całej serii na temat miast związanych z wielkim astronomem. Po Gdańsku miał być Toruń, Frombork i Olsztyn.
Łukasz Dybowski był właścicielem malutkiej oficyny wydawniczej, której udało się przetrwać na rynku tylko i wyłącznie dzięki kupionym (rzecz jasna, za kredyt) prawom do książek Roberta Millera. Wprawdzie za oceanem Miller uchodził za autora drugiej, a może nawet trzeciej ligi, jednak Dybowskiemu udało się go wypromować w Polsce jako autentyczną gwiazdę literatury sensacyjnej. Amerykanin pisał książki osadzone we współczesności, ale ich akcja zawsze toczyła się wokół jakiejś historycznej zagadki. Jej bohaterem był fajtłapowaty prywatny detektyw włoskiego pochodzenia Bill Paolini - zupełnie niepodobny do bohaterów Chandlera - obdarzony wszakże wspaniałą intuicją. Można było odnieść wrażenie, że archetypem Paoliniego był porucznik Colombo. Miller należał do pokolenia, które wychowało się na serialu z owym pozornie groteskowym, a tak naprawdę - genialnym gliniarzem.
Trzeci tom przygód Paoliniego (Dybowski już pracował nad czwartą częścią) dotyczył pewnego wstydliwego sekretu Girolamo Savonaroli, XV-wiecznego reformatora życia religijnego we Florencji. Rewoltę Savonaroli, który publicznie krytykował zarówno Kościół Katolicki, jak i samego papieża, popierały tłumnie kobiety, które opuszczały swych mężów i wstępowały do klasztorów, by oddawać się kontemplacji i ascezie.
Według pewnego nieznanego dotychczas (bądź bardzo mało znanego) dokumentu, Savonarola miał urządzać seksualne orgie ze swymi "aniołkami", zamieniając żeńskie klasztory w domy nieokiełznanej rozpusty.
Detektyw Paolini prowadził zaś śledztwo w sprawie śmierci antykwariusza, który nieopacznie wszedł w posiadanie owego dokumentu.
Wprawdzie Dybowski odczuwał pewien moralny dyskomfort, publikując, jak sam to określał, "ten stek bzdur", ale skoro ludzie chętnie kupowali książki o Paolinim, skoro cały czas było zapotrzebowanie na thrillery parahistoryczne, choćby o najbardziej niewiarygodnej akcji, nie zamierzał z tego rezygnować. Zresztą uspokajał swe sumienie, powtarzając sobie: dzięki tej książce znacznie poszerzyła się liczba Polaków, którzy usłyszeli nazwisko Savonarola. A to już jest coś warte.
Co więcej - udał się nawet na targi książki do Frankfurtu, by wybadać możliwość przejęcia praw do kolejnych autorów tego gatunku.
Jednak kiedy dotarła do niego informacja o przetargu na książkę o związkach Kopernika z Gdańskiem, poczuł, iż jest to coś, na co czekał. Jako historyk - tak, skończył studia w tym zakresie, nawet z całkiem przyzwoitą oceną, tyle że nigdy w wyuczonym zawodzie nie pracował - wiedział na ten temat całkiem sporo. Szczególnie interesowała go historia domniemanego romansu fromborskiego kanonika z pewną piękną gdańszczanką, Anną Schilling. Jeśli zatem Kopernik miał jakieś związki z Gdańskiem, to ten był szczególnie intensywny i wart opisania. Nawet jeśli w gruncie rzeczy stanowił li tylko uroczą legendę, wyśmiewaną przez profesorów historii.
Na szczęście książka, którą zlecała Fundacja Promocji Miast Historycznych, nie miała być naukowym opracowaniem, a raczej pozycją bliższą temu, co oferował światu Robert Miller. Oczywiście, w miarę możliwości, opartą na faktach, ale omawiającą także legendy, które przecież dla promocji miasta bywają lepsze niż dobrze udokumentowana i wszystkim znana prawda.
Stając do przetargu, miał w ręku kilka poważnych atutów. Był w miarę doświadczonym wydawcą, a także historykiem, który zleci właściwej osobie napisanie tekstu i zagwarantuje jego wysoki poziom (tak naprawdę napisał to wraz z przyjacielem, Hubertem Stopniakiem, asystentem na wydziale historii Uniwersytetu Warszawskiego, przy czym dzieło sygnował wyłącznie ten drugi). A poza tym... był tani. Pod tym, trzecim, względem pozostawił konkurencję daleko w tyle.
Teraz mógł wręczyć prezesowi Kowalczykowi owoc swej pracy.
Niestety, stało się to, czego się obawiał. Twarz zleceniodawcy nagle spochmurniała.
Czy coś nie tak? - zaniepokoił się Dybowski.
- Bo ja wiem? Mógł pan sobie darować wątek tego zaginionego egzemplarza "Narratio Prima".
- Przecież Joachim Retyk wydał to dzieło w Gdańsku! Ta informacja chyba powinna być w tej książce. Według mnie to szalenie ważne.
- To, że Retyk wydał w 1540 roku tak istotną - nie tylko dla Polaków - publikację, jak przedstawienie najważniejszych tez kopernikańskich, bez wątpienia musi być w tej książce. I bardzo dobrze, że jest. Ostatecznie, to właśnie po sukcesie "Narratio Prima" Kopernik postanowił przemówić własnym głosem i wydać, niestety już nie w Gdańsku, pod swoim nazwiskiem "De revolutionibus orbium coelestium". Tyle, że... Sam pan rozumie - teoria, jakoby istniał egzemplarz dzieła Retyka, na którym Kopernik, bojąc się reakcji Kościoła, własnoręcznie odżegnuje się od swych tez i zapewnia, iż wierzy w obroty Słońca, jest niezbyt wiarygodna. Poza tym, robi z naszego geniusza tchórza. A tchórzem nie był, jest na to wiele dowodów.
- Przecież konsultowałem to z pana pracownikami, oni rozmawiali z ekspertami. Nikt nie miał nic przeciwko tej teorii. W końcu to nie ja ją wymyśliłem - opublikowała ją niemiecka prasa.
- No, ale ten profesor, który ogłosił rewelację, jakoby widział taki egzemplarz w którymś z antykwariatów Uppsali, to chyba mitoman. Widział, ale nie jest pewien, czy widział, to było dawno temu, nie zdawał sobie wówczas sprawy z wagi tego odkrycia, poza tym było bardzo drogie. Z pewnością nie na kieszeń profesora historii. Bo gdyby było tańsze, kupiłby i mielibyśmy czarno na białym.
- Legenda, panie prezesie, taka sama jak romans Kopernika i Anny Schilling. Ja też nie ufam temu profesorowi. Poza tym, mógł wymyślić coś bardziej oryginalnego niż Uppsala, gdzie - jak wiadomo - znajduje się najwięcej pism Kopernika i jego księgozbiór.
Kowalczyk wypił kawę, odstawił filiżankę na wielkie biurko, będące uosobieniem tego, co określa się mianem mebla gdańskiego i puścił oko do Dybowskiego.
- Wydaje mi się, że jedna, niezbyt wiarygodna legenda, czyli ta o życiu erotycznym naszego kanonika, wystarczyłaby w zupełności. Ale skoro jest i druga - to nic już na to teraz nie poradzimy. Przecież nie zmielimy nakładu, zresztą szkoda byłoby tak ładnej książki. Nawarzyliśmy piwa, gdańskiego rzecz jasna, albo nie - warszawskiego - to teraz trzeba je wypić. Ktoś na pewno się do tego przyczepi.
- Przed wojną mieliśmy w Warszawie świetny browar, Haberbusch i Schiele. Ale nic z niego nie zostało.
- W Gdańsku też były browary. Słynne na całą Europę. Sam Heveliusz miał pod swoją pieczą ponad dwadzieścia browarów. Mam nadzieję, że napisał pan o tym?
Dybowski pokiwał głową: jakże mógłby pominąć tak wdzięczny wątek?