Rozdział 2.
Henryk
JW. Panie hrabio,
Podczas, gdy Pan ponosiłeś w odosobnieniu konsekwencje swego honorowego czynu, Pańska żona pocieszała się w ramionach innych mężczyzn, także - przykro to stwierdzić - pańskiego własnego brata. Powinien JW. Pan o tym wiedzieć.
Pozostaję etc...
Życzliwy
Tak jak i poprzedni anonim, też pisany całkowicie mu nieznanym charakterem pisma, Henryk zgniótł i wrzucił w ogień.
Cóż zrobić, są podli ludzie na świecie. Tak jakby mało widział złego w życiu, pracując niegdyś u teścia w banku.
Po jego pojedynku gazety pełne były wezwań, by młodzi ludzie przestali wreszcie w imię fałszywie pojętego honoru narażać własne i cudze życie. Tradycję rozstrzygania konfliktów na ubitej ziemi nazywano średniowieczem, barbarzyństwem i magnackimi fumami.
Nikt jednak nie zwrócił uwagi, jak okropny będzie świat bez możliwości obrony własnego honoru. Bo skoro każdy mógłby bezkarnie obrazić czy oszukać innego człowieka - jakże się bronić? Tylko ryzyko utraty własnego życia powstrzymać może zuchwalców od przekroczenia granicy podłości.
Wbrew temu, co pisali dziennikarze, istotą kodeksu honorowego nie była bezsensowna pukanina mężczyzn, ale stała świadomość, że za każdy czyn i słowo człowiek honoru musi być gotów odpowiedzieć własnym życiem. Ten jedyny straszak powstrzymywał zuchwalców. A tych, którzy do obrony własnego honoru nie byli zdolni, należało trzymać na odległość kija.
Taki kiedyś był świat i takim powinien pozostać, powiedziałby jego ojciec. Henryk wiedział jednak, że mieszanie się warstw jest nieuniknione. Tyle że ludzie wspinający się po drabinie awansu społecznego powinni znać prawa rządzące światem, do którego aspirują.
Od obrony człowieka są sądy, piszą dziennikarze. W istocie, czyje sądy? Zaborcy? Być może, gdyby sądy były niezawisłe, własne, a sprawy drażliwe utajnione, ludzie nabraliby zaufania do wyroków jako uczciwych.
Ale są sprawy, które sądów się boją. I to jeszcze rosyjskich sądów.
Polacy, jak mogli, unikali korzystania z rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Mimo że zmieniał się on ostatnio na lepsze, gdyż ławników w sądach gminnych i sędziów przysięgłych wybierano spośród polskiej inteligencji, niemniej starano się radzić sobie z pominięciem tej instytucji. Żydzi mieli własny sąd rabinacki, czyli dintojrę3. Polscy obywatele w sprawach spornych wybierali zaufanych przedstawicieli, którzy starali się ich pogodzić lub doprowadzić do jakiegoś kompromisu - na przykład w przypadku waśni rodzinnych czy niezgody przy podziale schedy. W sprawach honorowych istniał sąd arbitrów.
Żaden z tych sądów nie zająłby się jednak anonimami czy obroną Henryka przed nadmierną ufnością i naiwnością wobec Kłoska - człowieka, który go oszukał, namawiając do hazardu i pożyczając pieniądze bankiera.
Mimo świadomości swej racji wciąż dręczyło go poczucie winy, że o mały włos nie zabił człowieka. Co z tego, że przypadkiem, gdy ręka mu drgnęła przy wystrzale? Widok zakrwawionego Kłosowskiego, padającego w biały szron, śnił mu się od tamtego pojedynku wielokrotnie.
Dni rosyjskich świąt Bożego Narodzenia, gdy wszystko miało być zamknięte, spędzili u Jasia Białczewskiego. A ponieważ w zimie najważniejszą wiejską rozrywką jest polowanie, przyjaciel urządził na cześć Długopolskich wielkie łowy.
Henryk, stojąc na honorowym stanowisku, nie odważył się powiedzieć, że na widok zajęcy z oberwanymi głowami i saren broczących farbą robi mu się niedobrze. Pod koniec polowania świadomie pudłował, a najbliżsi sąsiedzi dziwili się, czemu człowiek słynący z tak pewnej ręki przepuszcza zwierzynę.
W nocy śniły mu się koszmary, jęczał i zaczął krzyczeć, aż Emilia obudziła się przestraszona i zaczęła go uspokajać i tulić jak dziecko.
Potem tego samego uczucia przerażenia i wstrętu doznał na widok krwistego befsztyka, którego podano im na jakimś przyjęciu.
Nikomu, nawet żonie, nie przyznał się do urazu. Przecież był mężczyzną, więc powinien umieć się opanować. Przysiągł sobie na przyszłość trzymać nerwy na wodzy. I - mimo wszystko - unikać pojedynków.
Bo zresztą, o co i z kim miałby walczyć? Ukochaną kobietę zdobył, a ona podbiła serca większości jego krewnych i znajomych. Z dawnych wrogów pozostał mu tylko jeden, lecz nieosiągalny i niezdolny do dania satysfakcji honorowej - własny teść.
Tak, nadal marzył o tym, by zemścić się na bankierze! Ale jak? Dość już szkód sobie narobił w życiu impulsywnym działaniem.
Emilia nawet nie próbowała ojca tłumaczyć ani nie zabiegała o ich pogodzenie się. Całą sobą stanęła po stronie Henryka. Milcząco przyjął, że odwiedza rodziców od czasu do czasu.
Gdy pogodził się z żoną, gdy wszystkie niejasności i tajemnice między nimi zniknęły, nigdy więcej nie wracali do spraw z początków ich małżeństwa. Po co dręczyć się nawzajem? Teraźniejszość była zbyt piękna.
Większość czasu zajmowało Henrykowi rozwijanie nowego projektu: własnego Domu Handlowego. Poza tym, lada dzień, lada rok nadejdzie nowe stulecie, które ma być wiekiem rozumu i zwycięstwa techniki.
Był gotów powtórzyć za Faustem: "Chwilo, trwaj!".
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
3 Nazwa wywodzi się z hebrajskiego: din (sąd) i Tojra (Tora).