Zdrada doskonała - Lauren North

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Poniedziałek, 12 lutego - 55 dni do urodzin Jamiego

W dniu twojej śmierci rozpaliłam w ogrodzie ognisko.

Tak, zgadza się. Twoja żona, stuprocentowa mieszczuszka, wreszcie zaczęła się przystosowywać do życia na wsi. Wszystko przez tę cholerną stertę gałęzi, która leżała na samym środku trawnika. Ile czasu minęło, od kiedy przyciąłeś żywopłot od strony ulicy i zostawiłeś wszystko na stosie, a potem zapomniałeś to sprzątnąć (kolejna niedokończona robota)?

To było przed Bożym Narodzeniem, przynajmniej tego jestem pewna.

Oczywiście wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie żyjesz. Może gdybym została w kuchni i dalej szorowała szafki, komentując na głos audycję Kena Bruce'a w radiowej dwójce, dowiedziałabym się o tym, zanim policja zapukała do drzwi. Ale akurat w tamtej chwili, tamtego ranka, gałęzie irytowały mnie bardziej niż brudne szafki, a że dzień był pogodny - niebo błękitne i kryształowo czyste - wymaszerowałam na dwór w kapciach, uzbrojona w zapałki, płyn do zapalniczek oraz niedzielną gazetę, i szszszuuuu: buchnęły ogniste jęzory.

Ogarnął mnie dreszcz czystych emocji. Trzaskanie płomieni i woń skwierczących gałęzi rozbudziły we mnie wspomnienie Dnia Guya Fawkesa: hot dogów i palonych kukieł z chyboczącymi się głowami. Szkoda tylko, że nie poczekałam na Jamiego, żeby mógł to zobaczyć. Taka byłam z siebie zadowolona, że miałam ochotę ruszyć w tan dookoła ogniska.

Po chwili płomienie zaczęły lizać wierzch sterty, szary dym wzbijał się kłębami niczym oddech ze smoczej paszczy. I nagle przestał wzbudzać we mnie nostalgię, tylko zwyczajnie drapał w gardło, a ja stałam w przemokniętych kapciach wśród wirujących drobinek popiołu. Uciekłam z powrotem do domu, otrząsając popiół z włosów i śmiejąc się z siebie i ze swojego głupiego momentu szaleństwa. Rozejrzałam się po kuchni za telefonem, żeby wysłać ci zdjęcie.

Lecz ostatecznie tego nie zrobiłam. Zresztą i tak byś go nie zobaczył. Już nie żyłeś.

Próbuję sobie przypomnieć, jakie to uczucie śmiać się tak, jak śmiałam się tamtego dnia, ale nie potrafię. To wspomnienie przedstawia teraz zupełnie obcą osobę. A przecież to było tylko cztery poniedziałki temu. Okazuje się, że cztery tygodnie to całe życie. Ciekawe, czybyś mnie teraz poznał, gdybyśmy minęli się na ulicy. Moje rudawoblond loki, które kiedyś zdawały się żyć własnym życiem, teraz oklapły i wiszą byle jak na karku. Wreszcie udało mi się też stracić resztki ciążowego tłuszczyku - wystarczyło tylko siedem lat i twoja śmierć.

Cztery poniedziałki. Cztery tygodnie bez ciebie.

Promień słońca przebija się przez podzielone na małe szybki okno, rzuca romby światła na kuchenny stół i małe pudełko przede mną. Patrzę, jak romby kładą się na ciemnym drewnie szafek; drzwiczki wiszą nierówno na zawiasach.

Nie cierpię tej kuchni.

Jak w takim wielkim domu może być taka ciasna, ponura kuchnia? Tęsknię za naszą starą kuchnią. Nie jest to ta sama rozdzierająca tęsknota, którą odczuwam na myśl o naszym wspólnym życiu, ale jednak - przelotne szarpnięcie, wspomnienie lśniących białych kredensów, gładkich podłóg i przestrzeni.

Mój wzrok pada na pudełeczko na stole, leżące obok miseczki z rozmokniętym musli, którego nie zdołałam w siebie wmusić. Pudełeczko jest małe, błękitne jak kacze jajo. Nad prostokątną etykietką z moim imieniem i nazwiskiem znajduje się wyraźny, czarny nadruk: "Fluoksetyna. Pani Teresa Clarke. 1 × tabletka 20 mg dziennie".

W ustach lekarza brzmiało to tak prosto: "Pani Clarke, smutek bardzo często prowadzi do depresji. Na podstawie opisanych przez panią objawów zalecałbym leczenie antydepresantami. Na początek wypiszę pani receptę na trzy miesiące, a potem proszę się umówić na kolejną wizytę. Chciałbym też, żeby się pani zapisała na rozmowę z psychologiem specjalizującym się w żałobie".

Byłam u niego zaledwie tydzień temu. Chciałam, żeby przepisał mi coś na sen; jakiś lek, który wciągnie mnie w nicość pozbawioną koszmarów - ale on powiedział, że mam depresję. Wcale nie czuję się tak, jakbym miała depresję. Przeważnie czuję tylko, że jest mi zimno.

Tessie, ty wcale nie potrzebujesz tych leków.

Na dźwięk twojego głosu ból w moich piersiach mięknie. Ale jest jak modelina, którą kiedyś Jamie uwielbiał się bawić: tak plastyczny, że rozciąga się po całym ciele. Ja wiem, że nie żyjesz. Wiem, że ten głos w mojej głowie nie jest prawdziwy. To tylko ja sama: mówię sobie to, co wiem, że byś mi powiedział, gdybyś tu był. Ale to też pomaga.

Nie potrzebujesz ich.

To samo powiedziałeś i wtedy, ostatnim razem, kiedy nie mogłam się zwlec z łóżka, żeby zawieźć Jamiego do przedszkola. Powiedziałeś, że sama to pokonam, że umysł jest silniejszy od materii: że mogę odepchnąć od siebie smutek i poczucie pustki.

I podziałało, prawda? Naprawdę ci się poprawiło.

Po jakimś czasie.

Czuję pulsowanie w oczach - groźbę łez. Dałam się ponieść myślom. Skupiam się na tym, co rzeczywiste, na odgłosach domu. A odgłosów jest tu mnóstwo. Rury z gorącą wodą skrzeczą i pohukują, wiatr w kominkach zawodzi jak upiór, szyby grzechoczą w zbutwiałych drewnianych ramach. Jednak wszystkie te hałasy zagłusza teraz nasz syn. Tup, tup, tup - słychać jego ociężałe od snu kroki w drodze do łazienki.

Wyobrażam sobie, jak myje zęby, przeskakując środkową szczerbę po mleczakach. Napiera językiem na ząb na górze, sprawdzając, czy mocno się rusza, i zastanawia się, czy dziś wreszcie jest ten dzień, kiedy ząb wypadnie. Na pewno urósł od dnia, kiedy umarłeś. Ale ja... ja się skurczyłam. Czuję się taka zagubiona, taka mała, kiedy nie otacza mnie twoje ramię. Lecz naszego synka nic nie powstrzyma przed dorastaniem.

Kroki stają się cichsze - Jamie wraca do swojego pokoju, żeby się ubrać.

Mija minuta czy dwie i pojawia się w kuchni.

Czuję przypływ emocji. Jest nasz chłopczyk. Łagodne fale ulgi zalewają ból, który ściska mnie za serce. Jest Jamie. Ciebie już nie ma, więc świat się zatrzymał, ale jest jeszcze nasz syn. Więc przynajmniej nadal mam swój świat.

- Cześć, skarbie - mówię.

Jamie wsuwa się na krzesło naprzeciwko mnie. Na stole czeka na niego miska z łyżką.

Spoglądam na zegarek na mikrofalówce. Już ósma trzydzieści pięć. Gdzie się podział ten czas?

- Znowu spóźnimy się do szkoły. Przepraszam. Straciłam poczucie czasu.

Na jego czole pojawia się zmarszczka. Jamie nie cierpi się spóźniać. Kiedyś mu to nie przeszkadzało. I nie krzywił się w ten sposób. Ten wyraz wygląda zbyt dorośle na jego siedmioletniej buzi, ale widzę go na niej coraz częściej i częściej, zwłaszcza kiedy Jamie patrzy na mnie i obejmuje wzrokiem moją niezdrową bladość i ciemne smugi pod oczami.

Jego spojrzenie pada na pudełeczko w mojej ręce - leki, które powinnam zażywać, ale nie zażywam. Podnoszę się zbyt szybko, szurając krzesłem po brzydkich czerwonobrązowych płytkach podłogowych, i odkładam tabletki na górę listów piętrzącą się obok mikrofalówki. Sterta chwieje się pod wpływem dodatkowego ciężaru.

Kiedy znowu się odwracam, wyraz troski na jego twarzy już zniknął i Jamie znowu jest tylko chłopcem. Sięga po pudełko z płatkami ryżowymi i przesypuje sobie do miseczki za dużą porcję.

Tessie, trzeba by go ostrzyc.

Zawsze to powtarzasz.

Jego blond loki, tak podobne do moich, są trochę niesforne. Jamie odgarnia je z twarzy, żeby nie wchodziły mu do oczu. Pamiętasz tamtą położną, kiedy się urodził? Jak ona cmokała językiem, kiedy rozpływaliśmy się w zachwytach nad jego intensywnie błękitnymi oczętami. "Niedługo pobędą tak niebieskie" - rzekła pogodnie. Ale pobyły.

Ciągle odkładam wizytę z Jamiem u fryzjera, lecz tym razem z innego powodu niż ten, dla którego nie otwieram poczty i nie sprawdzam wiadomości na automatycznej sekretarce. Chodzi o to, że pod każdym innym względem Jamie wygląda tak jak ty, Mark - długie nogi, kwadratowa szczęka, prosty, spiczasto zakończony nos. Jeśli podetnę mu włosy, stanie się jeszcze bardziej podobny do ciebie. Zresztą on też woli dłuższe. Kiedy dopada go nieśmiałość, może się chować za grzywką.

- Masz wszystko? - pytam. - Gdzie twój sweter od mundurka?

Jamie wzrusza ramionami - usta ma pełne płatków, więc nie może odpowiedzieć.

- Ja też nie mam pojęcia. A gdzie go zostawiłeś w piątek?

- Nie wiem - mówi Jamie.

Ogarnia mnie zniecierpliwienie. Tuż za nim, niczym kowboj na koniu, nadjeżdża złość; słowa wystrzelają z moich ust, zanim mogę się powstrzymać:

- Jamie, na litość boską! Gdzie posiałeś ten cholerny sweter?

On kuli się, cofa przed gniewem w moim głosie i teraz czuję się beznadziejnie. Naprawdę beznadziejnie.

Jamie zwiesza głowę, garbi się nad miską, a po jego policzku stacza się pojedyncza łza.

- Nie przeklinaj. To nieładnie - szepcze.

- Przepraszam - mówię gwałtownie, przykucając obok jego krzesła. - Nie powinnam na ciebie naskakiwać, a tym bardziej przeklinać. Nie zrobiłeś nic złego. Po prostu niezbyt dobrze się dzisiaj czuję. Ale to nie twoja wina. Przepraszam cię. - Podnoszę się, przygryzając dolną wargę. - W weekend zrobiłam pranie. Chyba widziałam ten sweter, kiedy je rozwieszałam - kłamię. - Dokończ śniadanie, a ja pójdę go poszukać.

Jamie kiwa głową i wiem, że wszystko już w porządku. A w każdym razie na tyle, na ile może być w porządku bez ciebie.

Moje kapcie człapią po drewnianym parkiecie, kiedy pospiesznie wychodzę z kuchni do przedpokoju z ciężkimi dębowymi drzwiami wejściowymi. Sprawdzam pokój za pokojem, szukając zaginionego swetra. Najpierw jadalnia: przed ogromnym kominkiem, czarnym po dziesiątkach lat zbierania sadzy, stoi ciemny, lśniący drewniany stół z kompletu mebli po twojej matce. Ma ten sam kolor co dębowe tudorskie belki widoczne na ścianach i suficie.

Ani śladu po swetrze.

Nie pamiętam, czy go prałam. Nie pamiętam, czy rozwiesiłam go do suszenia. Kolejne wspomnienie zagubione we mgle, w której teraz żyję.

Idę przez przedpokój do salonu z kolejnym kominkiem i widokiem na ogród; krawędź orientalnego dywanu znaczą ślady nadpaleń, uzbierane przez lata leżenia przy trzaskającym ogniu. Chciałam go wyrzucić, ale mi nie pozwoliłeś.

Tessie, on świetnie pasuje do tego pokoju.

Może i tak. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to w tej chwili obchodziło. Ale czarna narożna kanapa z naszego dawnego salonu zdecydowanie nie wygląda tu dobrze, prawda? Jest za mała i za nowoczesna, podobnie jak płaskoekranowy telewizor stojący na szklanym stoliku. Świetnie pasowały do kwadratowego salonu w naszym bliźniaku w Chelmsford, ale nie tutaj.

Spodziewałam się, że znajdę sweter Jamiego obok playstation, ale go tam nie ma, więc idę dalej. Korytarzem za schody, do pomieszczeń na tyłach: do biblioteki pełnej starych egzemplarzy "Reader's Digest" i drugiego salonu, czy też bawialni - jak zwał, tak zwał - zastawionej pudłami. Połowy z nich wciąż nie rozpakowaliśmy, a w reszcie są rzeczy po twojej mamie.

Wchodzę na górę wąskimi tylnymi schodkami i zaglądam do kolejnych sypialni. Wszystkie poza naszą i Jamiego pełne są śladów po siedemdziesięciu dwóch latach życia twojej matki, wylewają się z nich brud i kurz pozostawione przez kobietę, która uważała, że sprzątanie jest poniżej jej godności.

Faktycznie, pod koniec nieco zdziwaczała.

Och, Mark, w życiu nie słyszałam takiego eufemizmu - no, ale kimże jestem, żeby komentować czyjeś zdrowie psychiczne. W końcu zdaniem lekarza mam depresję.

Zaglądam do łazienki. Złote armatury, kremowe wyposażenie, na podłodze i ścianach glazura w kolorze bakłażana, ale po swetrze ani śladu. Wreszcie znajduję go w pokoju Jamiego. Jego sypialnię wypełnia mieszanka kolorów: czerwono-niebieska pościel ze Spider-Manem, zielone figurki żółwi ninja na regale, czarno-żółte zasłony z Batmanem i dywanik w samochodziki, który Jamie ma od zawsze, a ja nie umiem się z nim rozstać.

Sweter wisi w szafie. Pachnie lawendowym płynem do płukania. Widać uprałam go i o tym zapomniałam; rozwiesiłam do suszenia na autopilocie, kiedy moją głowę zajmowały myśli o tobie, o nas.

- Znalazłam! - sapię, wpadając z powrotem do kuchni.

Jamie bez słowa wciąga sweter przez głowę.

- Gotowy? - pytam, ściągając włosy w węzeł, po czym obchodzę stół i ruszam w stronę kanciapy przy bocznych drzwiach, gdzie trzymamy płaszcze i buty.

Tylko nie przewracaj oczami - nadal mam na sobie twoje spodnie od piżamy w czerwoną kratkę.

Oj, Tessie. Serio?

Pod płaszczem i w kaloszach prawie ich nie widać. A poza tym przecież tylko odprowadzam Jamiego do szkoły.

Wiem, że gdybym podjechała ten kawałek alejką do wioski, mogłabym pomachać Jamiemu z samochodu i nikt nie zobaczyłby tych spodni od piżamy, ale wiem też, że dziś rano nie nadaję się do siadania za kierownicę. Właściwie to do chodzenia piechotą też nie. Stopy mam jak z ołowiu, a kolana z galarety.

Słońce jest bladożółte, ale świeci jasno, mrużę więc oczy, pochylam głowę i skupiam się na drodze.

Obok rozlega się ryk silnika i znowu na ułamek sekundy błyska mi ta myśl, to straszliwe "a co, gdybym" - zastanawiam się, czy nie wejść prosto pod koła samochodu, żebyśmy znowu mogli być razem. Uczucie natychmiast znika i niemal mogę udawać, że w ogóle go nie było. Niemal.

Przysuwam się do Jamiego i spycham nas oboje pod kłujący żywopłot rosnący po obu stronach alejki. Dni, kiedy Jamie mógł pędzić przodem z kolegami z osiedla i czekać na mnie co trzecią latarnię, już dawno za nami.

Szkoda, że nie ma tu żadnych chodników.

"Tessie, przestań. Przestań się zamartwiać" - powtarzałeś w pierwszy dzień Jamiego w nowej szkole, i w ogóle zawsze, kiedy trzęsłam się o wszystko, co mogłoby się wydarzyć - wszystko, nad czym nie mam kontroli, jak chodniki i katastrofy lotnicze.

Wziąłeś wtedy wolne i poszliśmy do szkoły całą trójką, pamiętasz?

"Taki urok wsi" - powiedziałeś, trącając Jamiego, i obaj się roześmialiście. Bo śmieszyło was, kiedy mogliście mówić: mamusia to głuptasek, nie lubi chodzić drogą obok jeżdżących samochodów. Mamusia to głuptasek, chciałaby chodnik zamiast zarośli. Mamusia to głuptasek, woli osiedla od falujących pól, pokrytych grubą warstwą ciemnego błota.

"Dzisiaj w drodze do szkoły agencja Clarke Tour zabierze państwa na wycieczkę po naszej wiosce" - powiedziałeś, udając głos przewodnika. Jamie i ja wybuchnęliśmy śmiechem. "Nasz dom dzieli około półtora kilometra od kościoła, gospodarstwa Hall Farm oraz budynku starej szkoły, do której uczęszczałem, zanim na osiedlu wybudowano nową. Obecnie w starej szkole mieści się chyba biuro księgowości. W wiosce jest też urząd pocztowy, weterynarz, plac zabaw oraz nowe osiedle".

"Nowe?" - prychnęłam. "Nowy to był nasz dom w Chelmsford".

"No dobrze, więc może nie nowe-nowe, ale nowe jak na tę wioskę. Wybudowano je w latach siedemdziesiątych. Owo nie-tak-nowe osiedle położone jest równolegle do starej drogi, przy której mieszczą się domy w stylu tudorskim, między innymi nasz".

"I chałupy z sianem na dachu" - wtrącił Jamie.

"To się nazywa strzecha" - powiedziałam, ściskając go lekko za rękę.

"A jeśli dopisze państwu szczęście, po szkole zabiorę państwa do jednego z trzech miejscowych pubów na paczkę czipsów, które kosztują o wiele więcej, niż powinny, oraz na gorącą czekoladę".

I wyszczerzyłeś się jak chłopiec, na co ja przewróciłam oczami, a Jamie krzyknął z radości.

"Chyba raczej na lampkę wina, które kosztuje o wiele więcej, niż powinno" - stwierdziłam.

"Podoba mi się pani pomysł, pani Clarke. Jeśli będzie pani bardzo grzeczna - dodałeś, nachylając się do mojego ucha tak, że poczułam na skórze łaskotanie twojego oddechu - to pozwolę się pani pocałować za przystankiem autobusowym, dokładnie w tym samym miejscu, w którym przeżyłem swój pierwszy pocałunek w życiu. Z pewną piersiastą panną o imieniu Kerry Longston".

"Oj, Mark!" - roześmiałam się.

Zawsze potrafiłeś mnie rozśmieszyć.

Kiedy dochodzimy do zakrętu, wyłapuję na wietrze odległy zapach ogniska. Bardzo nikły; może to zwykła sztuczka umysłu, ale mimo to dym łaskocze mnie w płuca i zanim się orientuję, znowu widzę reportaż w telewizji, widzę samolot na czystym błękitnym niebie, widzę kulę ognia. Zaciskam oczy i czuję pod powiekami kłucie łez. Mój oddech robi się szybki i ciężki.

Jeszcze kilka kroków i wreszcie mijamy zakręt, a zapach dymu znika, zastąpiony wonią chłodnego, pełnego rosy poranka.

- Mamo? - W moich uszach rozbrzmiewa głos Jamiego, odległy i miękki.

- Nic mi nie jest, skarbie - szepczę, kłamiąc już po raz enty tego dnia.

- Gdzie mój plecak?

- Ojej. - Wpatruję się w swoje dłonie, jakbym nie widziała, że nic w nich nie mam. Gdzie plecak i butelka z wodą Jamiego? Spoglądam na puste ręce naszego syna i znowu ogarnia mnie złość, ot tak. - Zapomnieliśmy go zabrać - syczę przez zaciśnięte zęby.

Jamie, to przecież twój plecak, do jasnej cholery! Twój, a nie mój. Na litość boską, kiedy ty wreszcie dorośniesz i zaczniesz za siebie odpowiadać?! - krzyczę w myślach, próbując zdusić to wszystko w sobie, ale złość przebija z mojego głośnego westchnienia i widzę, jak Jamie kuli ramiona.

- Przepraszam, mamo - mówi tak cicho, że prawie go nie słyszę.

Czuję w sobie taki ból, że boję się, czy nie rozerwie mnie na pół.

"Kocham cię na Księżyc i z powrotem" - mawiałam kiedyś codziennie do naszego syna. Jego odpowiedź też zawsze brzmiała tak samo: "A ja ciebie na Słońce i z powrotem razy sto".

Nigdy nie było między nami słów złości ani milczenia.

Zawracamy w kierunku naszego dużego, białego domu z czarnymi, lekko odkształconymi belkowaniami. Z powrotem do labiryntu pomieszczeń w kształcie litery L, do zimna i mroku. Z powrotem do zapachu ogniska i wspomnień, które on przywołuje.

Kiedy wreszcie docieramy do szkoły, plac zabaw jest pusty. Wszystkie dzieci weszły już do środka. Jamie się odwraca i znika w budynku, a moja poranna złość nagle ulatuje i czuję już tylko pustkę rozciągającego się przede mną dnia.

Kiedy przypominam sobie tamten pierwszy miesiąc bez ciebie, zastanawiam się, czy powinnam była się spodziewać jej nadejścia. Jak syreny policyjnej, błyskającej w mroku jaskrawo i niebiesko. Czy gdybym nie była tak pochłonięta tobą i swoją żałobą, zauważyłabym, że moje życie przekierowuje się właśnie na zupełnie nowe tory? Dawna Tess - ta, którą byłam przedtem - wrzeszczy, że TAK, ale ta nowa wcale nie jest tego pewna.

Rozdział 1

Poniedziałek, 9 kwietnia - dzień po urodzinach Jamiego

Strzęp czasu - o, jakże krótki - kiedy morfina w moim ciele zaczyna słabnąć, ale ból jeszcze się nie odezwał. Jest na tyle rozmyty, że nie zakłóca moich myśli, mogę więc mieć pewność co do czterech spraw:

PO PIERWSZE - znajduję się w szpitalu.

PO DRUGIE - dźgnięto mnie nożem.

PO TRZECIE - ty żyjesz.

PO CZWARTE - Jamie zaginął.

Pięć minut - zgaduję, że tyle to potrwa. Pięć minut, kiedy moje serce wali z siłą, od której całe ciało podskakuje. Pięć minut, kiedy wiem, że muszę coś zrobić. Nasz syn zaginął, a ja nie jestem pewna, czy ktokolwiek zdaje sobie z tego sprawę, czy ktokolwiek go szuka. Pięć minut, zanim znowu uwięzi mnie ból przerzynający się przez brzuch, jakby krojono mnie od środka, i będę musiała zaciskać usta, żeby nie krzyczeć z tęsknoty za tobą i za środkami przeciwbólowymi.

W trakcie tych pięciu minut uświadamiam sobie, że jest przy mnie Shelley. Jej palce na mojej skórze wydają się lepkie i zastanawiam się, ile czasu już tak siedzi na plastikowym krześle obok mojego łóżka. Cofam rękę, ale otwieram oczy i nasze spojrzenia się spotykają.

- Tess. Jak się czujesz? - Nachyla się do mnie na kilka centymetrów.

Wychwytuję zapach jej perfum Chanel. Przywołuje on we mnie wspomnienie ostatniego razu, kiedy ją widziałam: stała w naszej kuchni obok Iana, ściskała w dłoni nóż do krojenia tortu urodzinowego Jamiego. Jedynym dźwiękiem było kap, kap krwi ściekającej z ostrza na podłogę.

W ustach czuję coś puchatego. Moje policzki wypycha wata. Nie mogę wydobyć głosu.

- Chcesz wody? - pyta Shelley, jak zwykle czytając w moich myślach, tak samo jak ty.

Obok niej stoi dzbanek. Shelley nalewa wody do plastikowego kubeczka i przysuwa mi go do ust. Kręcę głową, a wtedy błękitne ściany oddziału szpitalnego wirują mi przed oczami.

- Gdzie Jamie? - Słowa drapią mnie w gardło jak odłamki szkła, ale zmuszam się, żeby je wypowiedzieć.

Shelley obraca się gwałtownie, rzuca ukradkowe spojrzenie na trzy pielęgniarki siedzące przy biurku po przeciwnej stronie sali.

- Przykro mi, Tess. Proszę cię, skup się na tym, żeby dojść do siebie. Tutaj nic ci nie grozi.

Nic mi nie grozi? A co niby miałoby mi grozić? Albo kto? Gdzie jest Jamie?

Na moim czole zbiera się kropelka potu. Ścieka w tył, pomiędzy moje kręcone włosy, łaskocze. W jamie brzusznej zaczyna się budzić ból. Mój oddech jest płytki - wdech, wydech, wdech, wydech. Przeszywające kłucie unosi się z brzucha do klatki piersiowej.

- Wy to zrobiliście - szepczę. - Ty i Ian.

Shelley kręci głową, jej gładkie jasne włosy kołyszą się z boku na bok.

- Ja tylko chciałam ci pomóc.

- Był tu Mark. On to załatwi.

- Mark? - Coś się zmienia w jej twarzy. Przez ułamek sekundy jej źrenice się rozszerzają, a potem znowu kurczą. Przestraszyłam ją. - Mark nie żyje - mówi Shelley, wolno wypowiadając słowa. - Zginął w styczniu.

To nieprawda. Mark tu był. Siedział na twoim miejscu. Jego palce gładziły grzbiet mojej dłoni, jestem tego pewna.

Shelley nie odpowiada i dopiero po chwili uświadamiam sobie, że powiedziałam to wszystko tylko w myślach.

- Mark... on...

Ból rośnie we mnie jak dzika bestia i niespodziewanie nie mogę znaleźć w sobie ani słów, ani uprzedniej pewności. Mark, byłeś tutaj, prawda?

- Odpocznij trochę. - Shelley ściska moją dłoń. - Kiedy się zdrzemniesz i porozmawiasz z lekarzem, poczujesz się lepiej.

- Chcę zobaczyć Jamiego. - Usiłuję odsunąć rękę, ale nie jestem w stanie. - Proszę, przyprowadź go do mnie. - Mój głos brzmi błagalnie i desperacko, ale nie dbam o to.

- Nie mogę tego zrobić - odpowiada Shelley, znowu kołysząc włosami.

Uśmiecha się, ale widzę strach czający się w jej ładnych zielonych oczach. Czego ty się boisz?

- To mój syn. Nie możesz mi go odebrać.

Shelley po raz ostatni ściska moją dłoń, po czym odsuwa się od łóżka.

- To był kiepski pomysł. Nie powinnam była tu przychodzić. Przepraszam cię, Tess.

Patrzę, jak rozmawia na końcu oddziału z pielęgniarką o włosach ufarbowanych na wiśniową czerwień. Obie odwracają się, żeby na mnie spojrzeć, a potem Shelley znika. Nie dajcie jej odejść! - mam ochotę krzyknąć. Jamie wcale nie zaginął - to ona go ma. Sama nie wiem, która z tych możliwości jest gorsza.

Mark, gdzie ty się podziewasz? Jamie nas potrzebuje.

Pielęgniarka rusza energicznie w moją stronę. Ktoś woła ją z innego łóżka, lecz ona odpowiada: "Chwileczkę", po czym podchodzi do mnie i bierze moją kartę szpitalną. Coś na niej zapisuje. Co takiego? Co jej powiedziała Shelley? Co ona pisze? Chcę zapytać, ale ból odbiera mi siły i czuję narastający w sobie krzyk.

Gdzieś piszczy jakieś urządzenie. Każdy świdrujący pisk jest niczym śrubokręt wwiercający się w moją czaszkę.

- Ma pani dobrą przyjaciółkę - mówi pielęgniarka z silnym dublińskim akcentem.

Ona wcale nie jest moją przyjaciółką. Nigdy nią nie była.

- Mój syn... - Nie mogę dokończyć zdania.

- Podam pani kolejną dawkę środków przeciwbólowych - dodaje pielęgniarka, odkładając kartę z powrotem na miejsce.

Rozpaczliwie pragnę ją jej wyrwać i przeczytać, co w niej zapisała, ale nie robię tego. Nie mogę. Wszystko mnie boli.

Dopiero kiedy wstrzykują mi kolejną dawkę i zaczynam zsuwać się w mętną otchłań nieprzytomności, wraca do mnie głos Shelley. "Tutaj nic ci nie grozi".

Czy na pewno? I co właściwie miałoby mi grozić? Gdzie jest Jamie?

Moje myśli, podobnie jak ból, rozmywają się w niewyraźną plamę, czepiam się więc tego, co wiem na sto procent.

PO PIERWSZE - znajduję się w szpitalu.

Usiłuję przypomnieć sobie resztę, ale wszystko zniknęło.

Skąd ja się tutaj wzięłam?

Jak do tego doszło?