Zdolni i bogaci - Olivie Blake

Kup ebooka

66.50 zł
53.20 zł (66,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Meredith Wren, sucz nad sucze, nie żeby ten fakt, choć już teraz warto na niego zwrócić uwagę, miał znaczenie w tym konkretnym momencie opowieści, siedziała oślepiona górnymi światłami sceny i mrużąc oczy, co nie dodawało jej urody, patrzyła w głąb nowiutkiej, nowoczesnej sali widowiskowej, niedawno otwartej na nieetycznie zielonym kampusie Tyche. Było to zbyt duże miejsce na tego rodzaju wydarzenie, na które, jak założyłby każdy rozsądny człowiek, przybędą jedynie najzagorzalsi z nerdów. No cóż, oni i wszyscy ci, którzy mogą zarobić na jej sukcesie. Forum dla frajerów i despotów.

Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do widoku podziwiających jej wielkość tłumów, Meredith przestała widzieć cokolwiek poza pustymi miejscami. "Jezu", pomyślała i przez głowę przemknęło jej pytanie, czy mrużenie oczu może pogłębiać jej kurze łapki. Zamrugała, z całych sił próbując po prostu oślepnąć. Nagle zdała sobie z czegoś sprawę - to jęczmień. O Boże, jęczmień! Nie pojawił się od jej studenckich dni, kiedy to miała jeszcze na tyle bezczelnej odwagi, żeby kłaść się spać bez zmywania makijażu. Teraz dbała o skórę nadzwyczaj skrupulatnie - jak to możliwe, żeby na tym etapie życia zgromadziła tyle brudu? Jak mogła w k w i e c i e w i e k u ulec czemuś tak prozaicznemu jak jęczmień? Zamrugała i zapragnęła się położyć, pochłonąć całe opakowanie pistacjowych makaroników. Napchać się w łóżku i nigdy więcej nie wstawać. Taki żarcik. Przezabawne.

Dostrzegła w tłumie znane twarze. Był oczywiście Ward. Jej partner w interesach, nieważne, czy jej się to podobało, czy nie. Cass też się pojawił, bardzo miło z jego strony. W sumie się tego spodziewała, w końcu był kimś tam od wdrożeń w Tyche (kiedy ujawniono współpracę między Tyche a Birdsong, ona i Cass musieli również ujawnić łączące ich stosunki - do tej pory nie mogła wyjść ze zdumienia, że Cass zdołał wymyślić na nie termin, który brzmiał inaczej niż "okazjonalne ruchanko"), ale nadal miło. Ten dupek, Foster, uśmiechał się do niej dobrotliwie. Kim się stała, skoro wzięła forsę? Dobra, zdrajczynią, zamknij dziób. (Nieprzyjemne komentarze zawsze rozbrzmiewały jej w głowie głosem Lou). "Nie kąsaj ręki, która cię karmi", pomyślała po raz milionowy. Kolejna z mądrości jej ojca - możesz mieć albo forsę, albo dumę, ale tylko jedno pomoże ci zmienić świat. Dalej rząd zwyczajnych, wypucowanych do połysku ludzi, prawdopodobnie dziennikarzy. Ta, widać legitymacje prasowe, to dziennikarze. Ktoś z "Wired", kilka osób z "Magiteka", ktoś, kto wyglądał jak chłopak, z którym nieomal uciekła z domu, ale to codzienność - widziała Jamiego Ammara co najmniej pięć razy w tygodniu, zazwyczaj w sklepowej kolejce. W Demeter, żeby być dokładną. I zawsze się okazywało, że to jakiś absurdalnie przystojny nieznajomy w dżinsach z wczesnych lat dwutysięcznych.

Boże, ale ten naprawdę wyglądał jak Jamie.

- Powitajcie, proszę, Meredith Wren, prezeskę Birdsong! - rozległ się bezcielesny głos gdzieś nad głową Meredith.

Przywołała na twarz uśmiech i zamarła, przygotowując się na nieuniknione poczucie zażenowania podczas wysłuchiwania swojej własnej notki biograficznej.

- Niegdyś najbardziej rozchwytywana geniuszka biomancji swojego pokolenia, Meredith rozpoczęła karierę od porzucenia Harvardu i ucieczki do Południowej Kalifornii, gdzie oddała się badaniom nad leczeniem chorób psychicznych, co zaowocowało jednym z najważniejszych, jednym ze zmieniających oblicze świata dokonań technomancji w rozwijającej się wciąż nauce neuromancji...

W kieszeni zawibrował jej telefon. Zignorowała to. Na tarczy zegarka pojawiła się informacja o nieodebranym połączeniu od, ugh, asystentki ojca. Jak jej było? Jenny cośtam. A może to ta poprzednia? Meredith rzadko się fatygowała, żeby tam dzwonić, a i nikt z biura jej ojca nie próbował się z nią kontaktować od co najmniej dziewięciu miesięcy. Może dłużej. Zawsze było to coś oficjalnego - zaproszenie na doroczne przyjęcie firmowe, czasem niezwykle skomplikowane próby ustalenia pasującej wszystkim daty spotkania, do którego ostatecznie i tak nigdy nie dochodziło.

Zamrugała, gdy wzrok nagle jej się rozmazał - zdecydowanie jęczmień, niech go. Światła sceny wciąż były oślepiająco jasne, ale dziennikarz w drugim rzędzie naprawdę wyglądał jak Jamie. Oczywiście, absolutnie niemożliwe, żeby to b y ł Jamie. Chociaż Jamie faktycznie był dziennikarzem. Nie żeby Meredith go śledziła czy coś. (W jej głowie Lou roześmiała się głośno). Dziennikarz, który na milion procent nie był Jamiem, wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął coś pisać. Nieuprzejme.

- ...ponad dziesięć miliardów dolarów, jedna z najwyższych w historii wycen biomancji, wyższa nawet niż początkowa inwestycja Wrenfare Magitech. Po tym, jak zyskał rozgłos w mediach, Chirp ostatecznie został udostępniony szerokiej publiczności w zeszłym roku. Grono użytkowników nie tylko liczyć można w setkach tysięcy, ale i z dnia na dzień rośnie! Wszyscy oni znaleźli w Chirp to, czego tak rozpaczliwie pragnęli: szczęście. Tak, proszę państwa, ta kobieta was uszczęśliwi. Powitajcie, proszę, ciepło niezrównaną Meredith Wren!

Telefon zawibrował. Pewnie Jenny znowu czegoś chce. Albo coś równie ważnego. Zerknęła na ekran i wiadomość od...

Noż kurwa. Kurwa. Kurwa. Jamie Ammar.

Kątem oka ujrzała, że facet na scenie gorączkowo macha rękami, i aż podskoczyła. Mikrofon włączony. Przemówienie na żywo. Czas, by wstać i wygłosić płomienną mowę o ratowaniu świata. Mogła to zrobić. Już to robiła.

Co było w wiadomości? Nie żeby to było ważne. Nie musiała wiedzieć, co ten mężczyzna - niepostrzeżenie cofający ją w poprzednią dekadę życia - ma do powiedzenia. Kiedy dwanaście lat temu opuszczała Boston, powiedzieli sobie wystarczająco dużo, a on zamknął rozdział jakimś "wal się". Od tego czasu rozmawiali... ile? Trzy czy cztery razy? Pierwszy raz zadzwoniła pijana, żeby wygarnąć mu wszystko to, czego wolałaby nie pamiętać, drugi, żeby go zapewnić, że poprzednia noc była pomyłką. Za trzecim razem była na Manhattanie służbowo, a on nawet nie odebrał. I pięć lat temu, żeby pogratulować mu zaręczyn z jakąś przemiłą dziewuszką. Naprawdę przemiłą.

Meredith Wren, prezeska Birdsong, córka Thayera Wrena i Persephone Liang, niegdysiejsza gwiazda okładki "Forbesa", na czele listy "30 przed 30", wstała i zerknęła - oczywiście, że zerknęła - podejrzliwie na wiadomość od byłego. Myślę, że wszyscy się tego zerknięcia spodziewaliśmy. A potem powiodła wzrokiem po tłumie i poczuła, jak serce zwala się jej aż do pochwy.

Wiem, co zrobiłaś.

Zamierzam to upublicznić.

2

Reklamy na Tottenham Court Road wszystkie niczym jakiś pokręcony grecki chór powtarzały ten sam slogan: TA APKA CIĘ USZCZĘŚLIWI! :)

Arthur Wren nauczył się już nie zauważać oznak sukcesów, które odnosili członkowie jego rodziny, a które, jego zdaniem, stały się nużącą monotonią, niemalże mordęgą. Niczym obejrzany zbyt wiele razy trailer filmu, niczym słyszana zbyt często piosenka. Nie zaszczycił nawet spojrzeniem górującego nad Londynem biurowca Wrenfare, tak samo jak pięć lat temu, gdy obojętnie mijał kolejne billboardy swojej młodszej siostry, Eilidh - wszystko to znikało bez śladu, wtapiało się w tło niczym biały szum.

Kiedy po raz pierwszy ujrzał reklamę Chirp w waszyngtońskim metrze - TA APKA CIĘ USZCZĘŚLIWI! :) - strzelił dla Meredith selfika na jej tle i składając palce w znak pokoju jak jakiś smarkacz, modlił się, żeby nie przyuważył go nikt z "Postu". (Imaginujcie sobie te nagłówki! Które, jeśli interesuje was moje zdanie, Arthur wyobrażał sobie zdecydowanie zbyt często. Ten konkretny brzmiałby ZAJĘTY POZOWANIEM DO SELFIE I KUPOWANIEM TOSTÓW Z AWOKADO KONGRESMAN WREN NIE MIAŁ CZASU BIĆ NA ALARM W SPRAWIE OPRESYJNEGO TERRORYZMU FINANSOWANEGO PRZEZ JEGO WŁASNY RZĄD. Albo coś bardzo podobnego, co Arthurowi recytował zazwyczaj melodyjny głos Lou).

W wiadomości napisał: Siostro Uprzykrzona, zbawczyni ludzkości!

Bracie Naprzykrzony, odpisała Meredith, zamknij, zaprawdę nie da się tego powiedzieć dosadniej, dziób.

W tej właśnie chwili Meredith wygłaszała mowę o przyszłości neuromancji i rozwodziła na temat stanu zbiorowej ludzkiej stagnacji, jakby to było coś, z czego można śmiało zrezygnować. Tymczasem Arthur mijał tłum z daleka i rozkoszował się - mimo niekończących się artykułów omawiających to, jaką porażką był jako polityk i jako człowiek - wolnością z trudem wywalczonej anonimowości. Nie założył dziś ciemnego garnituru (Gillian oświadczyła, że w czerni wygląda zbyt surowo, a Gillian zawsze miała rację), ubrał się swobodniej, co już stanowiło swoiste przebranie. W kieszeni zawibrował mu telefon, więc wyjął go i spojrzał na ekran. Biuro ojca.

Intrygujące.

Niecodzienne.

Na tyle niecodzienne, że kusiło go, by powrócić do prawdziwego świata, jego nieodgadnionych autorytetów i nieprzewidywalnych spraw osobistych. Nie było oczywiście najmniejszych szans na to, żeby dzwonił sam Thayer - Arthur, nie myślcie sobie, również był Ważną Osobistością, choć nie dość ważną, by jego własny zespół podwładnych miał jakiekolwiek znaczenie dla ulotnych kaprysów Thayera Wrena - najprawdopodobniej dzwoniła jego osobista asystentka, Julie. Zapewne miała do przekazania niezwykle istotne i równie rozczarowujące pytanie, coś w stylu: "Cześć, Arthur, czy możesz zarezerwować pierwszy weekend grudnia na imprezę świąteczną, czy wolisz porzucić swoją karierę jeszcze przed tym terminem?".

Hm. W wypadku jego niedostępności kolejną osobą, z którą się skontaktują, była Gillian. A ona, niezależnie od tego, o co chodziło, załatwi sprawę bezboleśnie i w niecałe pół minuty.

W tej sytuacji można z tym poczekać.

Arthura zalała nowa fala ekscytacji na myśl o dzisiejszym wieczorze, zrzucił z ekranu powiadomienie o nieodebranym połączeniu i wybrał dobrze zabezpieczony komunikator, a w nim kontakt oznaczony obrazkiem myszy. Nie mogę się doczekać spotkania, napisał.

Bez odpowiedzi, ale się nie zmartwił. Dotrze, gdy przebrnie przez korki.

Miał już chować telefon do kieszeni, ale sprawdził jeszcze w bardziej publicznym komunikatorze, czy nie pojawiło się coś od Gillian. Nic, ostatnia była wiadomość, że już wylądował, na co Gillian odpowiedziała uniesionymi w górę kciukami. Pewnie i ona rozkoszowała się czasem wolnym i zajmowała się taktyką wojskową albo rugby, albo jakimś zupełnie nowym hobby, które uważała za odpowiednie na wieczorny relaks - zazwyczaj były to gry strategiczne i rozlew krwi.

Pośród tych rozważań telefon wypluł tytuł: Kongresmen Arthur Wren (D-CA1) omówi środki i zna...

Litery przesuwały się po ekranie, ale Arthurowi udało się je zignorować. Jak to zwykle czynił. (Nieprawda. W naturze Arthura leżało nałogowe wręcz wścibstwo, gdy w grę wchodziło to, jak postrzegają go inni. Można to nazwać ryzykiem zawodowym, można zwykłym narcyzmem, oba określenia będą stosowne). Zagłębianie się w to nie miało większego sensu, choć Arthur potrafił przewidzieć komentarze, jakie się pod artykułem pojawią. Coś tam, coś tam, nepo baby - to im się nigdy nie nudziło, nawet biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy z kongresmenów pochodził z przynajmniej dobrze sytuowanej rodziny. A czyje, zdaniem komentatorów, miał brać pieniądze? Od firm tytoniowych? NRA2? Czy nie uspokajała ich wiedza, że środki na kampanię Arthura Wrena pochodziły ze źródła tak banalnie niejednoznacznego, a przy tym tak głęboko obojętnego wobec jego programu politycznego, że nie tylko nie zdołał on go przekonać do zadzwonienia osobiście, ale kontakt nawiązano poprzez asystentkę, której imienia Arthur nawet poprawnie nie zapamiętał?

Nie był to zbyt dobry moment na myślenie o ojcu - to niezawodny anihilator erekcji, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Sedno sprawy było takie, że wyborcy prędzej powiązaliby go z ojcem albo siostrami niż z dziadkami, którzy i tak nie byli żadnymi potentatami kolejowymi, więc to "nepo baby" tak średnio pasowało. Tak naprawdę teoretyczna wartość finansowa Arthura była w dużej mierze niewykorzystana - miała charakter pokoleniowy, poprzez ojca, czyli nie była w ścisłym sensie do jego dyspozycji - i nawet wliczając spadek po matce, był po prostu bogaty, a nie nieprzyzwoicie bogaty. Nie tak bogaty jak P h i l i p p a i prawdopodobnie to właśnie czyniło go atrakcyjnym w jej oczach.

Ach, znów przeszył go ten nierozerwalnie związany z Philippą dreszcz. Rozkoszował się tym znajomym, elektryzującym odczuciem. Jego zwykłe życie, poza tym jednym aspektem, stawało się nie do zniesienia. Znów w trasie z kampanią, zawieszony w Kongresie i z perspektywą wyborów prezydenckich oraz ich wyniku, którego, czego był pewien, nie zdzierży. Jego projekty ustaw zrodzone z przyszłościowego - radykalnego! - progresywizmu trafiały do komisji pozbawione zęba, praktycznie bezużyteczne, co czyniło go jakimś newage'owym błaznem, który niczego w życiu nie osiągnął, dorobiwszy się jedynie śmiechu z taśmy, chichotu zaciętej płyty. Te same media społecznościowe, które początkowo - skupione na nim niczym na najświeższym trendzie - głosiły jego wielkość, brutalnie się od niego odwróciły. Zbiorowa świadomość bańki informacyjnej żądała odpowiedzi: co się stało z obietnicami Arthura na temat położenia kresu sponsorowanemu przez Amerykę kolonializmowi? Co z odbudową naturalnych zasobów planety? Ze spłatą rosnących długów jego pokolenia? Z rewitalizacją kluczowych programów społecznych i ułatwieniem dostępu do tanich mieszkań? Z budżetem na nie, który od pokoleń przeznaczano na podżeganie do wojen, ludobójstwa i wypełnianie kieszeni kongresmenów, do których Arthur Wren sam teraz należał?

Czego powiedzieć n i e m ó g ł (bo to niegodne i zrzędliwe), było raczej oczywiste: to nie tak, że nie próbował! Złożona przez niego w nadmiernym optymizmie propozycja prostego projektu ustawy mającej na celu zwiększenie liczby miejsc pracy związanych z ochroną środowiska zakończyła się niespodziewanymi cięciami i ograniczeniem budżetów edukacyjnych przeznaczonych na żywienie w szkołach dla osób o niskich dochodach. I ta w t o p a, sama w sobie wystarczająco koszmarna, była jego jedynym osiągnięciem. Jego natchnione wezwanie do interwencji w Kongo doczekało się ledwie wzmianki i to dopiero wtedy, gdy sfotografowano go idącego ramię w ramię - zbieg okoliczności, złośliwość losu i ograniczona liczba porządnych i otwartych po piętnastej kafejek w pobliżu Kongresu - z kongresmenem sponsorowanym przez przemysł kopalniany. (Powinien był wysłać stażystę jak jego rówieśnicy, ale n i e e e e e, Arthur wolał pójść po kawę osobiście i sprowokować gniew tłumu niczym Odyseusz drwiący z Cyklopa).

Poważne pytanie: co właściwie mógł zrobić inaczej? Ta myśl nie opuszczała Arthura przeglądającego potem media społecznościowe tak długo, aż zmartwiał mu kciuk. Czy miał wypchnąć tamtego na ruchliwą ulicę z okrzykiem "Śmierć kompleksowi przemysłowemu! Dosłownie!"? Może powinien! Tak zdecydowano - a przynajmniej takie odniósł wrażenie - w sieci. A Arthur po prostu szedł obok, uśmiechając się oschle, i popełnił tym samym zbrodnię milczenia, za co doczekał się przedstawienia go na głównych stronach wszystkich liberalnych serwisów internetowych jako przystojnego hipokrytę i oczerniania przez tę samą grupę demograficzną, z której pochodził.

Podsumowując: dla tych, którzy faktycznie zasiadali w Kongresie, był zbyt liberalny, by się nim przejmować. Dla tych, których głosy go tam umieściły, liberalny był niewystarczająco. Niezmienność jego porażek - narosła wokół jego wizerunku mitologia zindywidualizowanej, złowrogiej hipokryzji przesłaniająca mroczniejszą prawdę o systemie, zgodnie z którą kompromis społeczno-polityczny oznacza, że wybór mniejszego zła często ostatecznie sprowadza się do niedopuszczenia do niewyobrażalnego pogorszenia sytuacji - wystarczała, by Arthur marzył o rozstępującej mu się pod nogami i pochłaniającej go ziemi.

Albo jeszcze lepiej, o zanurzeniu się w orgii i niewynurzeniu się już nigdy.

Wreszcie! Samochód się zatrzymał i Arthur z trudem pohamował się przed wyskoczeniem z wozu i odśpiewaniem piosenki wychwalającej ulicę, na której Philippa... nie tyle mieszkała, ile posiadała dom, w którym pomieszkiwali z Yvesem, kiedy nie ukrywali się w wiejskiej posiadłości, nie podróżowali po Europie lub nie rozkoszowali się Arthurem w jego własnym domu.

Lady Philippa Villiers-DeMagnon (dla mediów Pippa, lady Philippa lub PVDM, dla Yvesa, i czasem, gdy zdawało się to stosowne, dla Arthura, Piszczek albo Mysza) była oczywiście jako arystokratka i dziedziczka szykownie bezrobotna, na życie zaś zarabiała, płynnie przechodząc od jednej działalności charytatywnej do kolejnej. Aktualnie planowała wydanie książki kucharskiej napisanej przez mieszkańców londyńskiego schroniska dla bezdomnych. Ona sama, rzecz jasna, nie gotowała i to nie z powodu życia w luksusie (tak naprawdę to jednak z powodu życia w luksusie), ale z racji tego, że było to zajęcie nazbyt domatorskie; uważała się jednak za osobę o szczególnie wyrafinowanym podniebieniu dzięki dzieciństwu spędzonemu na Barbadosie.

Arthura nieszczególnie interesowało, czy to rzekome kosmopolityczne wysmakowanie było prawdziwe, czy nie, zauroczenie Philippą sprawiało, że niektóre rzeczy umykały jego uwadze. Jej szczodrość, fundamentalna niezwykłość, niemal patologiczna przekora, entuzjastyczna akceptacja przydarzających mu się czasem... awarii technicznych - to w niej kochał, te wszystkie dziwactwa, tę kapryśną osobowość, którą zdawała się posiadać w sposób wręcz nadprzyrodzony, z reguły więc nie zadawał sobie zbyt wielu pytań odnośnie do natury jej klasy społecznej. Postanowił się skupić na jej dobrych intencjach, na pragnieniu wzmocnienia pozycji kobiet, na decyzji o poświęceniu swego genialnego umysłu tak powszechnie szczytnym celom.

Kiedy jego umysł nie skupiał się akurat na tej stronie Philippy, zaczynał błądzić: ku burzliwej symbiozie, w jakiej trwała z relacją tabloidów na jej temat, ku podejrzeniu, co naprawdę może znaczyć jej umiłowanie Barbadosu (a i podejrzanie nieokreślone uwielbienie "Afryki"), ku sprawdzaniu, czy jego własny płaszczyk hipokryzji był odpowiednio dopasowany, niezależnie od tego, jak bardzo by go nie uwierał. Niezwykle łatwo było nie mieć tych myśli, gdy przebywał b l i s k o Philippy - jednej z tych zamożnych osób, których bogactwo sprawia, że są hojni nie tylko, gdy w grę wchodzą pieniądze, ale i z łatwością poświęcają swój czas. Niekiedy słodycz jej natury raniła serce Arthura - roztapiała je, niemal wlutowywała między żebra, zostawiając lepki, krówkowy posmak niegasnącej, niezachwianej miłości.

Poznał Philippę na dobroczynnej wystawie należącej do jej rodziny prywatnej kolekcji w National Gallery. Przyciągnęło go to, z jaką miłością i ożywieniem opowiadała o eksponatach. Tak się rozwodziła nad stylem i historią wpisanej w naturę baroku seksualności, że Arthur wziął ją za badaczkę historii sztuki. Tak to właśnie było z Philippą - obezwładniająco bystrą, elokwentną, wykształconą i wyrafinowaną Philippą, która czasem wręcz oślepiała tak, że nie dało się na nią patrzeć. Piękna, a co istotniejsze, niewiarygodnie dziwaczna, istny szwedzki stół osobliwości. Tworzyło to wokół niej aurę tajemniczości, wrażenie, że nie jest dostępna wszystkim. Arthur stał obok niej cały wieczór, nawet nie marząc o zwróceniu na siebie jej uwagi, zwłaszcza że tajemnicą poliszynela był jej związek z Yvesem Rezą, kierowcą w Formule Magitech, który nie był co prawda muzykiem, ale jednocześnie w jakiś sposób był jedynym przedstawicielem ich pokolenia, którego można było uznać za gwiazdę rocka. Jednak Philippa musiała w jakiś sposób wywąchać dziwaczność Arthura i tak się to potoczyło.

Wciąż zajęty pisaniem na telefonie nie zdążył nawet sięgnąć kołatki, kiedy drzwi się otworzyły.

- Jesteś wreszcie! - rozległ się głos, który Arthur rozpoznał jako należący do Yvesa.

W pierwszej chwili nie był pewien, czy to naprawdę on. Twarz zakrywała mu ozdobna złota maska, a przy wejściu tłoczyły się śliskie, wijące się ciała z obliczami zamaskowanymi w sposób tak wyszukany, że Arthur natychmiast poczuł się przytłoczony.

- Arthurze, otwórz usta - rzekł Yves, który zdecydowanie był Yvesem, ponieważ generalnie ludzie nie mówili Arthurowi takich rzeczy.

- Tym razem co? - spytał radośnie, a w każdym razie na tyle radośnie, na ile potrafił po siedmiogodzinnym locie. I było to w istocie nadspodziewanie ciepłe, ponieważ kongresmen Arthur Wren z dwunastego okręgu Kalifornii miał (dla odmiany) zostać wyruchany w sposób przyjemny.

- Coś na ożywienie po locie - odpowiedział Yves, unosząc lekko maskę i pochylając się, by zająć jego usta pocałunkiem, bardzo mokrym i suchym jednocześnie.

Arthur kaszlnął, przyduszony kredowym posmakiem tego, co przekazał mu język Yvesa.

- Kochanie, daj mu odetchnąć, dopiero przyjechał. - Z kłębiącego się tłumu wyłoniła się Philippa w oszałamiającym wirze orchidei; fioletowo-czarny lśniący szlafrok rozlewał się na jej biodrach niczym sine dzieło Georgii O'Keeffe.

Jedną ręką poprawiła dobraną do niego wenecką maskę, drugą wcisnęła w dłoń Arthura kieliszek z musującym szampanem i pochyliła się, by musnąć ustami jego policzek.

- Ukochani. - Arthur stawał się przy nich beznadziejnie pretensjonalny, bardziej nawet niż zazwyczaj. (To moja opinia, nie jego). Tak czy siak, przełknął tabletkę i przepłukiwał usta szampanem tak długo, aż bąbelki zaczęły go szczypać w język. Yves pochylił się, by objąć go w pasie jedną ręką. - Jak zawsze, nie wiem, jak dziękować za waszą gościnność.

- Och, będziesz mieć szansę coś wymyślić - wymruczała Philippa, ujmując w dłoń jego policzek. - A teraz się wyprostuj, niech na ciebie spojrzę.

Przystanął w drzwiach pokoju, w którym wrzała impreza - na której, dla odmiany, czuł się naprawdę akceptowany, był już nie zrodzonym z nepotyzmu (bo też kogo z obecnych nie można by opisać tymi słowami?) nieudacznikiem, ale zwykłym facetem z całkiem niezłym fiutem i żarliwie zdobywaną wiedzą, jak go używać - i poczuł, że serce wypełnia mu radość. Napłynęła strumieniem zbierających się pod powiekami łez, wybuchła nagromadzoną energią i sprawiła, że żyrandol zamigotał, że żarówki gasły i zapalały się, jak fala na trybunach.

Fenomen ten, zwłaszcza że miał miejsce dokładnie nad głową Arthura, nie przeszedł bez echa.

- Kto to? - spytał jakiś zamaskowany mężczyzna, który wynurzył się z tłumu i mierzył teraz Arthura, jedyną obecną tu osobę z odsłoniętą twarzą, podejrzliwym spojrzeniem.

Arthur sięgnął szybko do kieszeni i wyciągnął zwykłą czarną skórzaną maskę.

- To nasz chłopak - obwieścił Yves. - Więc spierdalaj, Felix.

- Aha! - zgodziła się Philippa. - Spierdalaj, Felix.

Niczym średniowieczny motłoch tłum wygwizdał go natychmiast, więc Felix wykonał gest, który mógł oznaczać umywanie rąk albo energiczną masturbację, a potem zniknął wśród skłębionych ciał.

- Felix?

Arthur niejasno przypominał sobie, że takie imię nosił jakiś książę, którego Philippa tak jakby znała, ale wtedy ona pociągnęła go za rękę. Żyrandol zamrugał, zaczął nieco niebezpiecznie iskrzyć i wybuchnął miniaturowym deszczem meteorów, pogrążając pokój w ciemności. Tym razem połączenie Arthura ze świetlistą awarią przyciągnęło uwagę rozszalałego tłumu, który otoczył ich troje, by z bliska przyjrzeć się pokazowi pirotechniki.

- Chryste. - Arthur zlustrował wierzch swojej dłoni. Pokrywające ją włoski stanęły dęba, a szwankujący żyrandol, który sięgał ku niemu chciwymi wiciami, wybuchnął nagle dziką kaskadą rozproszonych, niby choinkowych światełek; pożegnalny rozbłysk awarii zasilania jak ostatni promień umierającego słońca. - Co mi daliście?

Uczestnicy imprezy, którzy właśnie wyrażali swój zachwyt tak głośno, jak to się zdarza tylko osobom odurzonym, byli nieświadomymi świadkami ściśle tajnego powodu... nie tyle nawet samej przerwy w karierze Arthura, co ostrożnego, budzącego lęki, graniczącego z obsesją ukrywania nastoletniej wpadki, z której, jak miał nadzieję, dawno wyrósł, podobnie jak z erotycznych snów i mutacji głosu. Urocze przypomnienie, że Arthur Wren, domniemany prekursor nowej ery, w rzeczywistości był dobiegającym trzydziestki nastolatkiem.

Jeśli wziąć pod uwagę serię politycznych porażek Arthura, jego wycofanie się z życia publicznego wydawało się czymś więcej niż tylko zbiegiem okoliczności; przypisywano je jego lenistwu, niewierności małżeńskiej czy dwulicowości, przez co w ostatecznym rozrachunku zawsze wychodził na zdrajcę i sprzedawczyka. Och, a więc okazało się, że mały biedny bogaty chłoptaś ma jednak cienką skórę? PRZYWILEJ! - grzmiał użytkownik @FuckThePatriarchy420. A to mogło człowieka przytłoczyć.

Arthur, oczywiście, pragnął wierzyć, że nagłe odwołanie jego czterech ostatnich wystąpień zostałoby mu wybaczone, gdyby Oni (ci złowrodzy żyjący mediami Oni) znali prawdę, którą stanowiło spontaniczne odpalanie malutkich rakiet przez każdy nadgorliwy system techniczny, z jakim Arthur miał do czynienia, ilekroć był w pracy. A był w niej prawie zawsze. Wi-Fi regularnie się wyłączało. Kamery zawodziły. Apki wieszały. Najnowszym zdarzeniem było zakłócenie sygnałów telewizyjnych w wyniku tak potężnego skoku napięcia, że przerażony dziennikarz doznał wstrząsu mózgu i zapadł w krótkotrwałą, ale jednak śpiączkę. Arthur czuł się żywym (a można rzec, że półżywym) poltergeistem, nawiedzającym wszystkie elitarne salony polityczne dzięki tajemnej relacji, jaka łączyła go z elektrycznością.

Z całą pewnością ten nagły skok liczby wypadków nie będzie trwał długo - zwyczajnie n i e m ó g ł trwać długo; to byłby straszliwy, niewyobrażalny scenariusz z niezliczonymi koszmarami w rolach głównych - i w tym świetle decyzja Arthura o wycofaniu się, rozprawieniu z problemem i ozdrowieniu w spokoju byłaby całkiem racjonalna - o ile, oczywiście, coś takiego jak spontaniczna elektrokineza mogłoby zostać 1) ogłoszone, 2) uznane za wiarygodne, 3) zrozumiane.

Co się, rzecz jasna, nie zdarzy. I dlatego nie walczył z plotkami, uszczerbek na reputacji był mniejszym złem niż ujawnienie niekontrolowanej magicznej mutacji, której nie wybaczono by niezależnie od liczby postów z przeprosinami zamieszczanych w Notes. Arthur nie miał pojęcia, jak powstrzymać coś, czego nie potrafił nawet wyjaśnić. Nawet Gillian, genialna przecież strateżka, zgodziła się, że nic nie można na to poradzić, najlepsze rozwiązanie to, jak wcześniej, przeczekać.

Na szczęście ujawnienie się tutaj niczym nie groziło, jako że zabroniono korzystania z internetu, mając na uwadze bezpieczeństwo uczestników. Poza tym żaden szanujący się arystokrata nie wierzył, że istnieje cokolwiek, czego nie da się kontrolować.

A do tego wszyscy znajdowali się w bezpiecznej odległości od gniazdek, wszystko więc powinno być w najlepszym porządku. Albo, bo taka możliwość też istniała, cały incydent pójdzie w niepamięć jeszcze przed świtem.

- Coś, co wydobędzie twoje talenty - wyjaśnił Yves, a Philippa pocałowała go z uśmiechem. - D l a n a s zawsze byłeś magiczny, Arthurze, ale rozważ możliwość stania się... erotycznie boskim.

Arthur zerknął na swoją dłoń, poczuł podskórne trzaski statyczne, sprawdzając płynność tego, co można by nazwać "mocą", gdyby nie stanowiło to zbyt pochlebnego określenia. Zwykle nie była niczym więcej niż drobnym zagrożeniem dla jego własnego bezpieczeństwa, niewiele się różniącym od nieproszonej iskry czy natrętnej myśli (jak wspomnienia śmiechu Lou czy zjadliwej krytyki). Błysk światła wystrzelił z żyrandola, wylądował na dłoni Arthura i zatańczył na jego palcach. Szum elektryczności w pomieszczeniu, przez chwilę jakby uśpiony, ożywił się, gdy tylko Arthur go przywołał, oślepiający niczym błysk tropikalnej błyskawicy, i zamienił korytarz w prawdziwą paradę georgiańskich kinkietów. Nie robił tego od wieków, co najmniej od dekady, odkąd po raz ostatni celowo i świadomie dokonał czegoś niezwykłego. Więcej nawet minęło od czasów, kiedy ostatni raz miał poczucie, że kontroluje sytuację.

A to oznaczało całkowitą odwrotność spędzonego w biurze przygnębiającego miesiąca, kiedy zjawiał się jedynie na obowiązkowych głosowaniach i znikał z podkulonym ogonem, mamrocząc pod nosem odmowy, omijając kamery i wybierając nagłówki ze słowami "nieodpowiedzialny krętacz" zamiast "magiczne cyrkowe dziwadło". Bo jakie inne wyjaśnienie, powiedzcie, proszę, mógł zaoferować - byle rozsądne; postępowe, ale niezbyt radykalne, przekonujące wyborców, akceptowane przez opinię publiczną i zgodne z prawami fizyki?

Takie sobie zadawał pytania, być może częściej, niż robiłby to jakiś mniej egotyczny człowiek. Nie nam osądzać. Ale skoro już przy tym jesteśmy, to sobie ulżyjmy.

Nagle dotarło do niego, że jest wygłodniały, że przebył całą tę drogę po to, by się rozebrać i dać rozpieszczać, że ojciec nigdy by mu nie wybaczył, gdyby ujrzał, jakim się stał człowiekiem. Boże, jak cudownie być tak dogłębnym rozczarowaniem! Arthur dopił szampana, sięgnął po telefon, by go odłożyć, i zauważył przelotnie wiadomość od Gillian.

Ach, niestety, telefony były zabronione, a poza tym to mogło poczekać do rana. Żyrandol znów zaiskrzył, świat mruczał w takt, bezprawny i grzeszny, rozpustny i wolny. A on czuł się połączony, kompletny, p o d ł ą c z o n y!

Światła przygasły i rozbłysły, migotały w rytm bezdźwięcznego synthpopowego basu, jakim grzmiało serce Arthura.

- Kto chce zobaczyć sztuczkę?

3

W chwili gdy Arthur Wren wkraczał w orgię, a Meredith Wren niemal posikała się na scenie, Eilidh Wren - nieco mniej sukowata, ale jedynie z powodu prywatnego pecha tak skrajnego, że zdusił w niej wszelką potencjalną sukowatość, która w bardziej sprzyjających warunkach rozkwitłaby niczym czerwcowe piwonie - pikowała na spotkanie śmierci w złapanym w ostatniej chwili samolocie tanich linii lotniczych do San Francisco, jej kość ogonowa wbijała się w kanciasty fotel klasy ekonomicznej (miejsce przy przejściu, 16D), a z magazynu pokładowego sadystycznie puszczała do niej oczko reklama (TA APKA CIĘ USZCZĘŚLIWI! :), wyjątkowo bezduszna drwina.

Samolotem rzucało przez kilka minut, na tyle długo, by maski tlenowe spadły na kolana pasażerów. Eilidh była niewymownie zdziwiona, że nie trzeba było za nie dopłacić. Takie są konsekwencje wcześniejszych, nieplanowanych powrotów do domu i beztroskiego zaniedbania odpowiednich przygotowań. Samolot zdecydowanie spadał. Eilidh nigdy dotąd nie sądziła nawet, że to możliwe. Nie znała się, rzecz jasna, na mechanice, ale na tyle zaznajomiła się z rodzinnymi interesami, by wiedzieć, że nawet w t a k i e j kabinie zastosowano standardowe w branży przeliczenia technomantyczne, które jej ojciec opracowywał we Wrenfare przez ostatnie cztery dekady. Zakładając, że linie lotnicze nadążały za najnowszymi uaktualnieniami systemu, samolot powinien być na skraju zyskania świadomości. Czy nie powinien wylądować praktycznie samodzielnie?

Któraś z osób zajmujących się bezpieczeństwem lotu zjebała kosmicznie, co, Eilidh musiała z niesmakiem przyznać, było z jej strony mocno nieżyczliwą myślą. A tak dobrze jej szło. Niemal od dwóch dni przez głowę nie przemknęła jej sukowata myśl. (W jej głowie, nie tak jak u rodzeństwa, nie mieszkała Lou. Czy było to dla Eilidh dobre czy złe, zależy jedynie od tego, co się uważa za bardziej przytłaczające: bycie obrażaną przez ducha przeszłego dzieciństwa czy przez własne banalne myśli).

Jej imponujący rozwód z mizantropią był nowością, czymś dalece odległym od codzienności. Właśnie wróciła z odosobnienia w Vermont i była w pełni gotowa, by o nim kłamać. Zachwycona? Jak najbardziej. Wypoczęta? Oczywiście. Telefon? Nie, nawet nie zatęskniła. Nie, nie zdruzgotało jej to, że trzy dni ciszy nie były czymś, o co musiała walczyć ani się targować z partnerem, bo zwyczajnie nie miała partnera, współlokatora ani nawet kota (co było nieco nieuprzejme wobec Tego Jedynego Kota, tego, którego pragnęła adoptować, ale wciąż jeszcze nie stała się swoją wymarzoną wersją siebie). Była przeszczęśliwa, że to zrobiła! Akurat tu, przynajmniej częściowo, nie kłamała. Nie była z tego powodu n i e s z c z ę ś l i w a, nie licząc tego, że miała właśnie zginąć w drodze powrotnej do domu.

Samolot wyskoczył w górę, ku niebu, jak zabawka w rękach olbrzyma. Światła migotały niemal histerycznie - niemal b a r d z i e j histerycznie niż kobieta siedząca obok Eilidh. Oddychała do papierowej torby; kiedy wcześniej Eilidh próbowała ująć jej dłoń w geście solidarności, kobieta tylko mocniej się przeraziła, jakby kojący gest nieznajomej jedynie udowadniał, że jest naprawdę bardzo, bardzo źle.

Eilidh zacisnęła palce na podłokietniku, kontemplując perspektywę rychłej śmierci, która to wizja powracała do niej raczej regularnie, jakieś trzy razy w tygodniu (nie więcej). Znów pojawiła się jałowa myśl o jej ciele, jego bezużyteczności, ale zdecydowanie ją odgoniła, kompulsywnie sprawdzając zapisane na mentalnej notce do samej siebie słowa: TWOJE CIAŁO DZIAŁA LEPIEJ NIŻ WIĘKSZOŚĆ CIAŁ I POWINNAŚ BYĆ MU WDZIĘCZNA :), gdy kolejna porcja turbulencji zrzuciła całą jej uważność gdzieś do okrężnicy.

Może nie byłoby to aż tak złe? Co tak naprawdę trzymało ją na tym świecie, co takiego uzasadniało jej zainteresowanie życiem? Od wypadku minęło pięć lat. Pięć lat od operacji. I czego w tym czasie dokonała?

(Oto, czego n i e dokonała: nie zatańczyła Cukrowej Wieszczki, Julii ani Odetty, nie obudziła się, nie czując bólu pleców, choć kiedy ostatnio wspomniała o tym Meredith, ta upomniała ją sucho, żeby przestała narzekać, bo żadne z nich nie robi się młodsze, a grawitacja nie jest szczególnie zainteresowana rujnowaniem życia konkretnie Eilidh - sama Meredith jednak, gdy miała lat dziesięć, zwichnęła kostkę, przez co ominęła ją runda finałów krajowych mistrzostw juniorów w tenisie, i nigdy, przenigdy nie pozwoliła o tym nikomu zapomnieć - co oczywiście nie było tym samym, bo Meredith w końcu się z tenisem rozstała, a ona nigdy nie przestała kochać baletu. Ale posmak miało ten sam, a wszystko i tak działo się w jej własnej głowie, więc Eilidh nie musiała się przed nikim usprawiedliwiać).

Aktualnie Eilidh była dyrektorką do spraw marketingu we Wrenfare. No dobra, "dyrektorka" to trochę za duże słowo. (W jej ocenie, nie mojej. "Dyrektorka" jest zasadniczo poprawnym terminem, choć duchowo nieco kontrowersyjnym). Pracowała w marketingu Wrenfare, ponieważ nosiła nazwisko Wren, a jej ojciec, założyciel i prezes firmy, trzymał na biurku jej zdjęcie i ludzie automatycznie zakładali, że jest ważniejsza niż w rzeczywistości była. Codziennie proszono ją, by podpisywała coś, czym, jej zdaniem, w ogóle nie powinna się interesować, dość regularnie dostawała też prośby o dołączenie do czyjegoś zespołu, jakby jej obecność zapewniała projektowi przychylne spojrzenie szefa.

Co nie do końca było fałszywym założeniem. Ojciec l u b i ł mieć ją na oku i co wtorek jedli lunch w restauracji niedaleko biurowca Wrenfare. Podczas tychże spotkań, rodzinnych i nieformalnych, wystarczyło, by wspomniała czyjeś nazwisko, a ta osoba dostawała awans, albo nazwę projektu, by ten niedługo potem otrzymywał zielone światło; jej tytuł nie był więc kompletnie pozbawiony znaczenia. Mimo to pozostawała zwyczajną osobą pracującą w marketingu, bo była to jedyna rzecz, do której miała choćby strzęp kwalifikacji. (Organizowała bowiem doroczną galę akademii baletowej; to dodatkowe zajęcie wzięła na siebie w ramach zadośćuczynienia, ponieważ po wyjątkowo wyczerpującej próbie sztuki, w której tańczyła główną rolę - och, nie zamierzała się przechwalać, ale skoro tak bardzo chcecie wiedzieć, była to Aurora w Śpiącej królewnie - zaspała i opuściła egzamin).

Eilidh była dobra w tym, co robiła. Eilidh nie była, mówiąc ogólnie, idiotką. I - by uchylić rąbka Wielkiej Tajemnicy - Eilidh nie musiała, przynajmniej technicznie rzecz biorąc, umrzeć w tej katastrofie. Jeśli nie chciała.

I jakby na potwierdzenie tej myśli poczuła skradające się wzdłuż kręgosłupa drżenie, coś na kształt otwierającego się włazu bezpieczeństwa, wysuwającego się z jej wnętrza czerwonego przycisku. Za każdym razem to odczucie objawiało się inaczej, ale wyraźnie i zauważalnie. Często spoczywało gdzieś między jej żebrami, obecne, choć bezwolne, to specyficzne wrażenie, jednocześnie stłumione i niezaprzeczalne, było znajome niczym zgięcie palca kochanki. Podskórne i niepodważalne wrażenie rozpościerania skrzydeł. Rzadko się zdarzało, żeby była z nim jednomyślna, ale wiadomość była jasna. Wystarczyło, że mu się podda, a ocali wszystkich na pokładzie.

Zakładając, że zgodzi się zapłacić cenę.

Samolot spadał, to pewne. Brzydka pogoda, błąd planowania, usterka techniczna, może jakaś kretyńska kombinacja wszystkich trzech czynników. Nie wiedzieć czemu pilot nie wyciszył mikrofonu i wyraźnie słyszeli jego płacz, co nie wpływało pozytywnie na ogólną atmosferę. Kilka rzędów przed Eilidh pewna kobieta kurczowo tuliła płaczące dziecko i choć sama nie mogła powstrzymać się od szlochu, żarliwie je kołysała, desperacko próbując uczynić te ich ostatnie chwile dobrymi, przyjemnymi. Kto z małym dzieckiem wybierał podróż samolotem? Tylko ktoś, kto nie miał wyjścia. Eilidh poczuła ukłucie czegoś strasznego, czegoś jak wyrzuty sumienia, jakby to ona była winna całej tej sytuacji. Odwróciła wzrok i ujrzała odmawiającą różaniec starszą kobietę oraz niepróbującego nawet ukrywać łez mężczyznę, który gładził kciukiem wyświetlone na ekranie telefonu zdjęcie trójki dzieci.

Jeśli zostawić wszystko decyzji pasożyta, Eilidh mogłaby przeżyć katastrofę nawet wbrew własnej woli - wbrew prawom fizyki, wbrew wszelkim możliwym rachubom. Pasożyt - to coś, co bez jej zgody zamieszkało między jej żebrami - już kiedyś interweniował, wpływając na jej los, chyba że istniało jakieś inne wyjaśnienie, dlaczego przeżyła zatrucie tlenkiem węgla (lekarze twierdzili, że istnieje, ale nie było żadnego, które uwzględniałoby żaby).

Rzecz jasna, gdyby przyjęła pomoc pasożyta, konsekwencje mogłyby być poważniejsze, niż gdyby kwestię swojego przeżycia pozostawiła jego decyzji. Zawsze, kiedy się wtrącał, działy się paskudne rzeczy. Choć, jeśli wziąć pod uwagę szerszą perspektywę, co było gorsze? Jaką przyłożyć miarę do dziesiątkującej bydło plagi albo do czerwonych wód? Śmierć pierworodnych zdecydowanie liczyła się jako katastrofa, ale czy spadające z nieboskłonu gwiazdy przewyższały zrównanie gór z ziemią? Jeżeli Eilidh poprosiłaby o pomoc i to coś by się zgodziło, ale w zamian zmieniło całą pitną wodę w krew, to jak uznać to za sprawiedliwą ochronę życia? Rząd, rzecz jasna, nie będzie w tej kwestii zbyt pomocny.

A nawet jeśli apokalipsy byłyby porównywalne, to kiedy przestałyby być tylko strzałami ostrzegawczymi? Jak wiele katastrof pasożyt mógł sprowadzić, zanim świat n a p r a w d ę zacząłby się kończyć, a wraz z nim przestałaby istnieć i Eilidh? Ponieważ gdzieś musiała leżeć granica pozerstwa. W końcu ziemia sobie odpuści i tyle.

Ale to nawet nie były istotne pytania. Moralność Eilidh, jej intelektualizowanie życia to były myśli błahe, co najwyżej coś pobocznego. Prawdziwy problem brzmiał: co z innymi ludźmi na pokładzie samolotu? Co z tymi - jak można założyć - wolnymi od podobnych pasożytów przypadkowymi gapiami, których los miał jedno zakończenie, chyba że Eilidh łaskawie by zainterweniowała, ryzykując zaledwie ciągłość życia na Ziemi w zamian za układ z jakimś przedwiecznym bytem, którego istnienia nie była w stanie racjonalnie wyjaśnić...?

"Popierdolone to jest", pomyślała Eilidh ze znużeniem, z całym tym złożonym w jej młodych, młodych, młodychmłodychmłodychmłodych dwudziestosześcioletnich kościach zmęczeniem. Ci wszyscy ludzie, których będzie brak innym ludziom. Może jakieś ewentualne okropności okażą się tego warte? Z dobroczynnego punktu widzenia, nawet jeśli tylko z niego. Może świat akurat dziś się nie skończy. Teoretycznie ceną mogłaby być jakaś mała, znośna plaga. Zwykła ruletka z nieoptymalnym (ale możliwym do odrzucenia) niezerowym prawdopodobieństwem całkowitej anihilacji! Kolejna niedogodność, musi po prostu, jak zawsze, zacisnąć zęby i przeżyć.

Tak czy siak, ojciec by za nią tęsknił, przypomniał jej wewnętrzny głosik. Wyobraziła go sobie: siedzi sam w restauracji, spogląda na drzwi, sprawdza telefon. Czeka jak zawsze, aż Eilidh wejdzie i siądzie z nim przy ich stoliku, tym samym i w tym samym miejscu od lat. Czy naprawdę byłaby w stanie tak go rozczarować? Nigdy dotąd nie zdołała.

Podczas gdy ona zatapiała się w tych rozważaniach, sytuacja wyraźnie się pogorszyła. Lotowi 2276 Tanich Linii Lotniczych mógł teraz pomóc jedynie cud albo coś, co przypomina cud, ale dokonuje się w najgorszy możliwy sposób - jakkolwiek można to nazwać. Ale, jakby nie patrzeć, wybór był prosty: masakra albo paskudztwo. Zbiorowy całopalny grób gdzieś w Górach Skalistych albo...

Prawdę mówiąc, bała się dowiedzieć. Ale to odczucie w jej ciele, to monstrualne stworzenie wewnątrz niej jednocześnie chroniło ją i więziło - zrobiłoby wszystko to, co chciała, ale tylko wtedy, gdyby pragnęła życia kosztem wszystkich innych żywych istot. Czuła to teraz: tę moc, która nie była niczym innym jak poddaniem się; czerwony guzik, który wystarczyło nacisnąć, by odczuć chwilową ulgę. Która jednak, dopóki nie przeminie, będzie jej ciążyć.

Stewardesy krzyczały, żeby wszyscy przygotowali się na wstrząs, kiedy Eilidh - z braku przekonujących alternatyw - się poddała. Poszła z wszechświatem na kompromis, pogodziła się z losem, odetchnęła głęboko i liczyła na coś łagodnego. Coś niezbyt... katastrofalnego. (Koszt będzie musiała ponieść tak czy siak, ale kompromis oznacza, że tak naprawdę żadna ze stron nie wygrywa).

Dostrzegała ironię w różnicy między codziennym wysiłkiem powstrzymywania tego czegoś, trzymania go na krótkiej smyczy a łatwością, z jaką w końcu odpuściła - co było trudne jedynie na płaszczyźnie metafizycznej. Co by się stało, gdyby odpuściła celowo? Potop? Plaga? Pożoga?

Koniec świata?

Nagle kabinę ogarnęła ciemność. Pasożyt przeciągnął się chciwie, radośnie grzechocząc kratami niebezpiecznej klatki. "Tylko, by przeżyć", błagała desperacko. "Proszę, trzymaj się wyznaczonych ram".

"Nieeee", niemal usłyszała tę odpowiedź.

I wtedy - jakby po dżentelmeńskim uścisku rąk po przyjęciu oferty - Eilidh rozpostarła skrzydła.

4

Jęczmień! Jebany jęczmień! Meredith siedziała przed lustrem i raz za razem podwijała powiekę, nie mogąc się powstrzymać, by jej nie sprawdzać. Szturchnęła lekko paznokciem, zastanawiając się, czy nie mogłaby go po prostu... wycisnąć. Jak pryszcza. Internet był zgodny: miała go pod żadnym pozorem nie dotykać. Powinna za to przykładać ciepły kompres, dziesięć czy coś razy na godzinę, jakiś pierdyliard razy dziennie, jakby miała na to czas. Albo, co również sugerował internet, mogła iść do lekarza. Lekarza! Meredith chciała wybuchnąć histerycznym śmiechem. Mogła, rzecz jasna, umówić wizytę online - jedno wciśnięcie guzika i już po trzech, czterech godzinach czekania w kolejce dowie się, że jęczmień zniknie za trzy do czternastu dni.

Znów szturchnęła jęczmień. Nie był zbyt widoczny z zewnątrz, przynajmniej tak jej się wydawało, a nawet gdyby, to nie był przecież zaraźliwy - to tylko cholerna niedogodność. Nie mogła się na niczym skupić, a jakby tego było mało, telefon nieprzerwanie dzwonił.

Zerknęła na ekran i odrzuciła połączenie od asystentki ojca. Trzecie tego dnia. Wręcz niewiarygodna wytrwałość, ale rozdrażnienie Meredith nie pozwalało na przeprowadzenie rozmowy z ojcem (czy kto tam miał go dziś reprezentować). Wszczęłaby kłótnię albo zrobiła coś głupiego, jak przyznanie mu racji.

Zerknęła w lustro.

Wiem, co zrobiłaś. Wiadomość Jamiego rozbrzmiewała w jej głowie niczym kpina. Słyszała ją wypowiadaną jego głosem, jakby stał swobodnie obok niej w łazience, opuszkami palców muskając jej kark. Niemal widziała, jak odsuwa jej włosy za ucho, niemal widziała tę czułość skrytą w łuku jego brwi. Stare wcielenie Jamiego, martwe i pogrzebane w grobowcu wieku dziewczęcego.

Wiem, co zrobiłaś. Zamierzam to upublicznić.

Z duchów duchy. Jak na zamówienie Lou pojawiła się obok odbicia Meredith. Pomimo lat nastoletniej niemocy, która złączyła je i łączyła, póki nie przestała, we wspomnieniach Meredith Lou zawsze miała dziesięć lat, krągłe policzki i rzucała wokół gniewne spojrzenia.

- Hej, durnoto - przywitał się Loukształtny duch. - Nie możesz być zaskoczona, że cię rozgryzł. Wiedziałaś, że to nieuniknione. Zawsze byłaś oszustką, a cała ta sprawa jest grubymi nićmi szyta.

- Zamknij się - poradziła Meredith bardzo dorośle.

- A jeśli Jamie wie, to ja wiem n a p e w n o - przypomniała jej Lou, z pełnym zadowolenia z siebie uśmieszkiem na twarzy. - To ja cię nauczyłam, jak sobie z tym radzić, zdziro niewdzięczna.

Meredith otrząsnęła się i upomniała, że to psychologicznie nieproduktywne.

- Wal się - szepnęła do wyobrażonej Lou i odwróciła się do wyobrażonego Jamiego, który, jako że w rzeczywistości nie istniał, posłał jej przelotny uśmiech. - A ty gówno wiesz - poinformowała go i patrzyła, jak się rozwiewa w sinej dali, równie bezczelny i arogancki jak zawsze.

Podniesiona na duchu i zdecydowana nie myśleć o jęczmieniu (matka zawsze mawiała, że myślenie o pryszczu sprawia, że ten rośnie, co było prawdą również w odniesieniu do jęczmienia) pieprzona Meredith Wren z hukiem otworzyła drzwi do damskiej łazienki, ruszyła w dół korytarza, niechętnie oddzwaniając do ojca, kiedy brutalnie zderzyła się z kimś właśnie wyłaniającym się zza rogu.

- Kurwa mać - niemal wrzasnęła i upuściła telefon.

A potem zobaczyła, na kogo wpadła.

- Meredith - powiedział Jamie Ammar. Ten prawdziwy. Schylił się po leżącą na ziemi komórkę, podniósł ją i położył jej na dłoni.

Serce waliło jej dwa razy szybciej niż zwykle. Może i więcej. Kobiecy głos w jej dłoni brzmiał cicho i odlegle. Meredith przerwała połączenie.

- Prawie mnie zabiłeś, Jamie. Boże.

Wykorzystała to zderzenie, by mu się dobrze przyjrzeć. Próbowała patrzeć gniewnie, co udało się jej znakomicie, ponieważ Meredith nie była pasywnie zdzirowata. Była zdzirowata bojowo, bo wszystko, co robiła, robiła rozmyślnie. (W chwilach odpoczynku zdzirowatość też jej nie opuszczała).

Jamie miał teraz ile? Trzydzieści dwa lata? Rozpaczliwie chciała czuć do niego odrazę, ale nic z tego. Prezentował się lepiej niż w okolicach dwudziestki, ponieważ oczywiście, że tak. Zbliżał się do tego krytycznego momentu, kiedy ci prawdziwie, wręcz przesadnie przystojni mężczyźni zaczynali prześcigać swoich bardziej zwyczajnych rówieśników. Ci ładni, wymuskani chłopcy, którzy szczyt chwały osiągali w liceum, teraz powoli zaczynali tracić włosy, przybierali na wadze i przytrafiało im się wszystko to, co zwykło się przytrafiać starzejącym się mężczyznom.

Ale nie Jamiemu. Skronie Jamiego przysypała lekko siwizna, srebro pośród gęstwiny czarnych loków, oprószyła też modnie libertyński zarost, wprost ze stron GQ3, ale te niewielkie skazy, spodziewane oznaki starzenia sprawiały jedynie, że Jamie wyglądał lepiej, jakby bardziej kosztownie. Oczywiście, że dla mężczyzn społeczeństwo ukuło termin "atrakcyjny dojrzały mężczyzna", kobietom zostawiając "zaniedbaną starą raszplę". Jamie! Noż jego mać. Zawsze był kanciasty, kościsty, chudy, z cerą zaledwie o ton ciemniejszą od jej brzoskwiniowej skóry, zarumienioną w bezczelnym sprzeciwie wobec bostońskich zim. Teraz był wysportowanym i ozłoconym opalenizną, szczupłym i zaprawionym w boju mężczyzną, zupełnie poważnie gotowym, by dzierżyć miecz. Jego miejsce było na okładce jakiegoś etnicznie postępowego romansu arturiańskiego. Bohater namiętnego, starego romansidła. Boże, jakie to było kurewsko niesprawiedliwe.

Dotarło do niej, że się jej przygląda. Czego chciał? Peanów?

- Czego?

Przewrócił oczami, jakby rozmawiali w zeszły wtorek, a nie lata, całe życie temu.

- Wiem, że widziałaś moją wiadomość.

- Słucham? - Miała wyłączone powiadomienia o odczytaniu, ponieważ unikanie opanowała jak zawodowiec.

- Meredith, jestem pewien, że cała widownia widziała, jak dostajesz moją wiadomość - powiedział.

Zza rogu wyłoniło się stadko pracujących w Tyche programistów ("brygada pieprzonych owiec Kipa Hughesa", jak zwykle nazywał ich jej ojciec), więc Meredith złapała Jamiego za ramię i wepchnęła do pustej sali konferencyjnej. W środku było ciemno, ledwie widoczny zarys wyposażenia wyłaniał się w świetle korytarza wkradającym się przez niewielkie okienko w szczelnie zamkniętych drzwiach.

Meredith była pewna, że sala rozjaśni się automatycznie, kiedy do niej wejdą. Tak się nie stało, ale było też za późno na macanie ścian w poszukiwaniu włącznika.

- Nie rozmawialiśmy od d e k a d y - wysyczała Jamiemu w twarz, a przynajmniej w tę widoczną dzięki okienku połowę. - A ty się teraz bierzesz za szantaż?

- Nie szantażuję cię, Meredith.

Pośród wnikających do ciemnego pokoju cieni trudno o pewność, ale wyglądał na lekko rozbawionego, co było karygodnie irytujące.

- Czyli tak według ciebie wygląda żart? Nie wierzę.

Zamierzała wypaść z pokoju, kiedy Jamie złapał ją za łokieć i zatrzymał.

- Nie. Meredith... - Pokręcił głową i splótł ręce na piersi. - Wiem, co robi Tyche. Wiem, co ty zrobiłaś - powtórzył i niełatwo było ocenić, czy to kolejny odcinek fantazji o życiu Meredith czy prawdziwe oskarżenie. - To nie jest szantaż. Nie potrzebuję haczyka. Wiem, co zrobiłaś, bo spędziłem pół roku na tropieniu wszystkich pacjentów Birdsong i zamierzam opublikować moje odkrycie.

- Czyli? - (W głowie pojawiło się słowo "arytmia").

- Chirp nie działa - ogłosił. - A Tyche o tym wie. Wie, że to oszustwo i że nigdy tak naprawdę nie miał działać. - Przysunął się bliżej, zbyt blisko. - A zaszło to tak daleko tylko dzięki tobie.

Przez chwilę Meredith miała w uszach tylko buczenie, które niemal zagłuszyło jego słowa.

- ...tylko, żeby cię ostrzec - mówił Jamie, zdradziecki Jamie, jakby nie rozłożył właśnie ich wspólnej przeszłości w pustce między nimi. Jakby nie dzierżył jej niczym ostrza. - Pomyślałem, że chociaż tyle jestem ci winny. Nie chciałem, żebyś dowiedziała się w poniedziałek z okólnika czy coś. Chciałem, żebyś to usłyszała ode mnie.

Przyglądała mu się dłuższą chwilę. Myśli kotłowały jej się w głowie. Wszystkie paniczne, co do jednej. Sporo z tej paniki było podszyte wyrzutami sumienia, jak powinno. Nie licząc jakoś szczegółowo, mogę oszacować jej przewiny na jakiś tuzin przypadków oszustwa korporacyjnego. Ale odbiegam od tematu.

Meredith myślała więc o tym, że postrzegano ją jako niebezpieczną, że przegrała bitwę o przysłowiowy nóż wbity w plecy ojca, że dorobek jej życia właśnie spływał w toalecie, o porzuceniu marzenia o Wrenfare, o przyglądaniu się, jak gaśnie światło w oczach Jamiego.

"Działa", niemal powiedziała. Miała to na końcu języka. "Wszyscy, oczywiście, nieco przesadzają, ale tak już jest w tym biznesie! "Wartość" to coś subiektywnego, kapitał to samospełniająca się przepowiednia, z pieniędzmi wiążą się zobowiązania, ale ostatecznie wiem, co stworzyłam. Działa". Działa.

"Przynajmniej z technicznego punktu widzenia".

A wtedy wróciły jej resztki rozsądku. Buczenie zaczęło się rozwiewać, gdy zmusiła usta do ułożenia się w obojętny uśmiech.

Stara sztuczka, której się uczyła - mogę o tym zaświadczyć - zdecydowanie za długo: zaprzeczać, zaprzeczać, zaprzeczać.

- Jamie, to jakaś bzdura. Jestem pewna, że zdajesz sobie sprawę z tego, jak niezwykle jednoznaczne były wyniki. Wręcz zadziwiająco.

- Tak - zgodził się. I nawet w ciemności odnalazł jej oczy. - I oboje wiemy dlaczego.

Tym razem w głowie miała tylko jedno słowo: "przyłapana".

Meredith zrobiła się nagle niezwykle świadoma tego, gdzie stał Jamie. Odległości między ich ustami. Ruchu jej piersi. Chryste, z nim nawet walka o dorobek życia była erotyczna. Przetrwanie wymagało zmiany tematu.

- Mam kogoś - powiedziała.

- Gratulacje - odparł, nie odrywając wzroku od jej oczu.

W jej dłoni znów zawibrował telefon. Odetchnęła głęboko i, wdzięczna za tę chwilę wytchnienia, odrzuciła połączenie jednym ruchem kciuka.

- Co u Sarah? - spytała tak obojętnym tonem, że aż sama chciała sobie wiwatować. Póki nie dostała odpowiedzi.

- Dobrze. Kilka tygodni temu urodziła.

Coś w piersi Meredith zwiędło i opadło, a ton jej głosu stał się bardziej nieprzyjemny, ostrzejszy. To tyle w kwestii obojętności.

- Tak ogłaszasz, że masz dziecko? "Urodziła" i ani słowa o twoim dziecku, ani grama jebanej radości? Boże, faktycznie życie domowe ci służy - wywarczała.

Jamie patrzył na nią dłuższą chwilę.

Potem pokręcił głową.

- Z tego, co wiem, Sarah i jej mężowi służy całkiem nieźle.

- Ty... - Meredith zamrugała i jęczmień znowu na chwilę ją rozproszył. Znów zamrugała. - Nie ożeniłeś się z nią? - Tyle udało się jej wydusić, choć nawet w tych okolicznościach była to raczej słaba odzywka.

Jamie jednak najwyraźniej wiedział, że w tę ścieżkę nie należy się zapuszczać.

- Oboje wiemy, co potrafisz, Meredith. - Pozbierał się szybko, co za szkoda.

Meredith bardzo chciałaby się dowiedzieć, dlaczego nie poślubił kobiety, bez której te lata temu podobno nie potrafił żyć.

- Żaden inny dziennikarz nie miał powodu dociekać, dlaczego wyniki badań klinicznych i wyniki płacących klientów się nie pokrywają. Ja tak. - Rzucił jej znaczące spojrzenie, przedstawiając sądowi niemy dowód w postaci wspólnie spędzonych lat.

No dobra. R o k u, z niewielkim naddatkiem niepoczytalności tu i tam.

Zacisnęła usta.

- A co niby twoim zdaniem zrobiłam?

Ciekawa była, czy zdoła to powiedzieć na głos. Nigdy wcześniej mu się nie udało. Nawet kiedy się kłócili. Nawet kiedy najmocniej, najgłębiej w nią wątpił.

- Wiem, że kłamiesz - powiedział, tak bezczelnie kręcąc, że poczuła się rozchwiana, niestabilna. - Wyniki wczesnych testów Chirpa były kosmiczne. Wszyscy pacjenci kliniczni tak wyraźnie się zmienili, jakby nadpisano im nową osobowość. Ale, Meredith, żadne z badań nie wykazało s z c z ę ś c i a.

- Nie jesteś w stanie tego udowodnić. - Próbowała znaleźć racjonalne argumenty. Tożsamość pacjentów utajniono. A nawet gdyby tego nie zrobiono, i tak wszystko pozostawało dowodem anegdotycznym.

- Jestem dziennikarzem śledczym, Meredith. Udowadnianie to moja praca.

- Skąd miałbyś wiedzieć, kto brał udział w badaniach?

- Dziennikarstwo śledcze - powtórzył sucho, co Meredith zignorowała.

- Chyba że się do nas włamałeś albo...

Zamilkła. Coś sobie nagle uświadomiła. Gdzieś w trybach niestrudzonej maszyny liczącej, którą Meredith Wren nazywała procesem dedukcyjnym, niepostrzeżenie zapaliła się niemożliwa do zignorowania czerwona lampka.

Rzuciła się w jego stronę.

Nie wiadomo, na co Jamie się nastawiał. Jego reakcję należałoby nazwać raczej wzdrygnięciem niż unikiem, a to, czy miała być odpowiedzią czy obroną, początkowo było nie do określenia. Meredith ze swojej strony bezskutecznie próbowała rozerwać mu koszulę i ta nieprzemyślana akcja zakończyła się przewidywalną porażką.

- Jezu, Meredith, co...

- Sprawdzam, czy masz podsłuch - odpowiedziała spokojnie, szarpiąc się z pierwszym, potem drugim, trzecim i kolejnymi guzikami, a Jamie był zbyt oszołomiony, by ją odepchnąć, choć nie szło jej zbyt sprawnie. - Skoro najwyraźniej nie mogę ci ufać.

Zanim Jamie odzyskał rezon na tyle, by podnieść ręce i ją odepchnąć, Meredith dotarła do guzika spodni, niezdolna ocenić, czy ścieżka czarnych włosów wiodących do zamka różniła się od tej, która przetrwała w jej wyobrażeniach. W cieniach spowijających salę konferencyjną nie wiedziała, czy dostrzegła przebłyski srebra albo jakieś inne oznaki upływu czasu. Z całą pewnością nie zaniedbywał ćwiczeń.

Nie było za to żadnego podsłuchu. Oboje zdali sobie sprawę z niespodziewanej niezręczności. Ich spojrzenia się spotkały, aż wreszcie Meredith, zbierając resztki godności, wyznała:

- Dopiero teraz do mnie dotarło, że nie mam pojęcia, jak działa podsłuch. Mikrofon możesz mieć dosłownie wszędzie.

Zmrużyła oczy i spojrzała w stronę rozporka.

- Oszalałaś? - spytał poważnie, choć nie próbował w żaden sposób zaradzić swojej sytuacji odzieżowej. - Wiem, że to drażliwy temat, ale szczerze i z całym szacunkiem: czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach?

- To - warknęła - nie jest mądre pytanie.

Jamie zgromił ją spojrzeniem.

- Skoro już oboje wiemy, że nie jestem policyjnym kapusiem, może zostawisz mojej ocenie, co jest albo nie jest mądre.

- To t y mi grozisz - przypomniała, nagle boleśnie świadoma stawki. - Skąd mam wiedzieć, do czego się posuniesz?

- Posunę? - Wpatrywał się w nią ze zdumieniem, którego wcześniej zdawał się nie odczuwać. - Meredith, nic ci nie jestem winien. To, że w ogóle cię ostrzegam, wynika jedynie z mojej własnej etyki. Wiem, co robisz - powiedział, rzucając jej kolejne znaczące spojrzenie, a raczej skrawek spojrzenia, którego nie skryły cienie. - Wiem, na czym zarabia Tyche, i jeśli myślisz, że będę bezczynnie patrzył, jak oszukujesz nie tylko inwestorów, ale k a ż d e g o ż y j ą c e g o c z ł o w i e k a...

- Nie jestem oszustką. - Oddychała z trudem. Nagle zauważyła, że podczas tej przemowy Jamie się do niej zbliżył. - To nie jest do końca kłamstwo.

- To nigdy nie jest do końca kłamstwo. Ale to nadal kłamstwo.

Patrzyła, jak jego pierś unosi się i opada. A może po prostu widziała to, pamiętała. Była świadoma wszystkiego. Jego bliskości. Tego, jaka ta intymność była karząca, w jakiś sposób gniewna, pomyślana tak, by zadawać cierpienie. (Z mojego punktu widzenia: zasłużone).

- Zawsze zdradzał cię tik - zauważył po chwili.

- Czyżby? - Miało to zabrzmieć drwiąco. I może zabrzmiało, może nie. Tak czy siak, poczuła, jak jej wzrok zmierza ku jego ustom.

W jego uśmiechu pojawił się wyraźny cień arogancji.

- Mówiłem.

Wtedy właśnie drzwi za nimi otworzyły się przy akompaniamencie trzasków budzących się świetlówek sali konferencyjnej. Chwilowo oślepiona Meredith przez moment nie wiedziała, kto za nimi stoi.

A potem stopniowo stało się to karmicznie oczywiste. Brązowo-czarna grzywa swobodnie zaczesana na bok tak, że wiedziała, której dokładnie pomady użył. Szylkretowe oprawki Toma Forda pasujące do delikatnej w dotyku, eleganckiej koszuli. Imponujący wzrost - warto odnotować, że górował nawet nad Jamiem. Nie żeby ktoś pytał albo miało to jakiekolwiek znaczenie.

- Meredith - powiedział jej chłopak, Cass, odnajdując spojrzeniem najpierw ją, a dopiero potem przenosząc wzrok na Jamiego. Brew mu drgnęła, gdy zarejestrował ich pozycje i rozpiętą koszulę Jamiego. - Tak myślałem, że słyszę twój głos. Czy wszystko... - Ponownie obrzucił ich spojrzeniem i zatrzymał się dłużej na Jamiem, który zaczął szybko i sprawnie zapinać koszulę. Jedynie lekkie napięcie w kącikach ust zdradzało zawstydzenie albo zażenowanie. - ...w porządku?

- Cass Mizuno - przedstawiła go Meredith z wymuszoną elegancją. - Jamie Ammar. Jamie pracuje dla... - Przerwała, gdy dotarło do niej, że nie ma zielonego pojęcia, dla kogo Jamie pracuje. - Jest dziennikarzem. A Cass...

- Wiceprezes do spraw wdrożeń w Tyche. Wiem. - Usta Jamiego nadal niczego nie zdradzały. - Gratuluję niedawnego awansu.

- Gratuluję przebywania z Meredith Wren w ciemnym pokoju - odparł Cass.

- Dorośnijcie - powiedziała, czując nagłą falę irytacji. - On tylko grozi mi zniszczeniem mojego życia i kariery, Cass, nie pieprzymy się. To najwidoczniej głęboko nieosobiste.

- Nie powiedziałbym, że głęboko nieosobiste - mruknął Jamie pod nosem lekkim, figlarnym tonem, który przypomniał jej czasy, gdy ten mężczyzna miał lat dwadzieścia jeden, gdy ten ton zarezerwowany był dla przedstawicieli obsługi klienta albo/oraz do rozpraszania jej humorów.

- No to mazeł tow dla mnie - warknęła, rzucając mu wściekłe spojrzenie, i nagle przypomniała sobie, że Cass wciąż jest z nimi w sali. - Co? Cass, przysięgam, że jeśli przyszedłeś tu robić sceny...

- Właściwie to nie miałem takiego zamiaru - powiedział Cass ze spokojem, który, Chryste Panie, brzmiał niemal jak ton, jakiego Jamie dopiero co wobec niej użył. - Dzwoniła asystentka twojego ojca. Nie mogła się z tobą skontaktować.

- Jestem zajęta - odpowiedziała. - Cokolwiek to jest, może poczekać...

- Chodzi o twojego ojca - poinformował ją Cass. - Nie żyje.

5

Jeśli chodzi o orgie, ta okazała się sukcesem. Albo porażką. Głównie z racji tego, że Arthura interesowali tylko jego kochankowie i choć miał ich dwukrotnie więcej, niż wypadałoby ze średniej, to ograniczanie się tylko do nich zdawało się raczej przeciwstawiać założeniom orgii jako takiej.

- Kochanie, zniknąłeś nam z oczu - powiedziała Philippa, cmokając niczym stateczna matrona, co robiła jedynie, gdy czuła się najseksowniej. - Nie znoszę, gdy tak długo cię nie ma.

Kiedy wprowadzali go na górę, dłonie Philippy spoczywały na jego piersi, Yvesa na jego biodrach. Z każdym stopniem pozbywali się kolejnych części garderoby, a przynajmniej robił to Yves, który dawno już porzucił maskę, co miało sens, bo podniecenie zawsze szybko rozpalało jego zmysły. Każda kolejna chwila wymagała powolnych, czułych pocałunków, które Arthur tak bardzo lubił, bo zdawały się niespieszne i luksusowe, jakby prawdziwe bogactwo definiował właśnie tego rodzaju nadmiar czasu.

Koszula Arthura została już rozpięta, a teraz poczuł, że ręce utkwiły mu za plecami, gdy próby Philippy, by go całkowicie rozebrać jeszcze na schodach, zapewniły mu nie-niemile widziane skrępowanie.

- Zaiste, byłem niemądry - powiedział, wpadając w tę brytyjską melodyjność, której nie potrafił się oprzeć, zawsze gdy dryfował w doznaniach po dwóch orgazmach. - Nagle nie umiem wymyślić, co takiego mogłoby być ważniejsze.

Philippa uśmiechnęła się promiennie, uśmiechem, który u żadnej innej kobiety nie zostałby uznany za promienny - zbyt wiele w nim arogancji, co Arthur zauważał jedynie, kiedy Philippę otaczali ludzie, którzy jej nie rozumieli - ale na jej ustach kwitł płynnym złotem.

- Powinieneś zrezygnować z tych głupich politycznych gierek. Nie nużą cię te wszystkie wojenki i czynienie dobra?

Tego czynienia dobra nie było aż tak dużo. Wystarczy zajrzeć do internetu.

- Jak inaczej miałbym pozostać na bieżąco, jeśli chodzi o najnowsze trendy w beztroskich pogaduszkach?

Philippa się zaśmiała, zarzuciła mu ramiona na szyję i przywarła do niego niczym najseksowniejsza koala świata. Zaśmiał się i Yves, którego język był niezwykle zajęty buszowaniem w okolicy pasa spodni Arthura.

Dopiero teraz Arthur sobie przypomniał, że nie odpiął przypinki z amerykańską flagą, którą Gillian kupiła mu z okazji pierwszych wygranych wyborów. "Wszyscy ważniacy takie mają", stwierdziła. "A teraz masz i ty". Przywiodło mu to na myśl uroczyste oświadczyny, wsuwanie narzeczonej na palec pierścionka zaręczynowego, ale wiedział, że Gillian nie była sentymentalna. Dla niej to wszystko - symboliczna biżuteria, sam patriotyzm - stanowiły część strategii. On też był częścią strategii, choć nie miał pojęcia jakiej.

Gdy wtoczyli się do sypialni, przypinka potoczyła się po ziemi, przepadła gdzieś między deskami podłogi. Porzucona między innymi w imię danego od Boga prawa do dążenia do szczęścia.

Czasem, kiedy Arthur Wren czuł się bardzo nieznaczący i bardzo smutny, słyszał wołający go głos; przemawiał on w sposób przypominający Arthurowi (który nigdy nie przeczytał tej akurat książki, ale miał bujną wyobraźnię) ducha przyszłych świąt - przekazywał wiadomość od kogoś ważnego, kogoś, kogo jeszcze nie poznał. Nie potrafił określić, czy głos był damski czy męski, tylko że zdawał się miły i czuły, w pewien sposób delikatny, choć stanowczy i pewny. Najczęściej mówił do niego "kocham cię", dezorientując go wspomnieniem rzewnej chwili między kochankami - chwili, która jeszcze nie nastała. Gdy Arthur dorósł, głos zniknął w zakamarkach jego pamięci, choć nie do końca. Nie odzywał się, Arthur już go nie słyszał, nie potrafił opisać tonu ani barwy, ale pamiętał go, pamiętał, jak się czuł, wiedząc, że przeznaczone mu jest coś tak pięknego. Coś takiego.

W chwilach rozpaczy szukał tego w swoich kochankach, ale życie ma swoje sposoby na zminimalizowanie skuteczności wyimaginowanych głosów, które czynią samotność lżejszą do zniesienia. (A że wszystko można przetrwać, to ostatecznie i Arthur, mimo żalu, mimo straty, dorósł). Jak mógł wciąż być tak podziurawiony - niczym durszlak? I choć Arthur, jako mężczyzna czy czym tam był, zbierał całą czułość, jaką tylko mógł zdobyć i utrzymać, to jedyne, co tak naprawdę miał, to wyimaginowany ciężar tych dwóch nadużywanych słów.

Ale zdarzały się też chwile, przebłyski nawet, kiedy głos - wraz z tym, co wyrażał - zdawał się nie tylko prawdziwy, ale tak potężny, tak proroczo jego, jakby w Arthurze zawsze kryła się zdolność przewidywania przyszłości. To sprawiło, że uwierzył w Plan, co w pewnym sensie było formą relaksu, odprężenia. Nieważne bowiem, jak bardzo by nie spieprzył, istniała kosmiczna ścieżka, z której nie mógł zboczyć, a ta właśnie chwila zawsze była mu przeznaczona. I ta, i każda po niej. Czuł to dawno temu z Lou, czuł, gdy ubiegał się o urząd, z bolesną powagą czuł to również teraz.

- Kocham cię - powiedział Yvesowi, z dłonią na rzeźbionych policzkach, dla których tak wielu wyskoczyłoby z majtek. - Kocham cię - powiedział i Philippie, wyobrażając sobie ceremonię zrękowin, podczas której związałby ich życia ze swoim.

Widział tę scenę niemal jako zaślubiny. Jakby ten głos był tu z nim teraz, a może, gdyby mocniej się nad tym zastanowił, jakby to zawsze był jego własny głos. Może właśnie tę chwilę pamiętał jako dziecko, może tylko nie wiedział, że zdarzy się właśnie w ten sposób - gdy opadnie na wielkie łoże, gdy będzie sięgał ku aureolom nad głowami kochanków.

Ale narkotyki krążyły już w jego organizmie, żyły w jego żyłach, a światła na suficie migotały zmysłowo niczym płomienie świec. Jego magia, czy co to tam było (głupio było nazywać to magią, dorośli mężczyźni nie mają magii, tak samo jak dorośli mężczyźni nie wyobrażają sobie bezcielesnych głosów wyznających im miłość, czasami przypisując je uczłowieczonej firmie stworzonej przez ojca i nadając Wrenfare postać seksownego lisa z kreskówki), stawała się niebezpiecznie potężna. Sam Arthur był już tylko serią iskier opadających kaskadą gwiezdnego pyłu ku pościeli. Gdzieś na obrzeżu świadomości rzeczywistość domagała się uwagi, telefon buczał całą tą nienawiścią, jaką żywiły do niego aplikacje i ich użytkownicy, i Arthur ze zdziwieniem odkrył, że wciąż ma ręce i nogi. I kieszeń. Zignorował to, poczuł tylko, że Yves sięga po telefon - cudowny Yves, sprytny Yves - i usuwa guz niczym chirurg, ocalając życie Arthura swymi wspaniałymi, czarodziejskimi, zręcznymi rękami. Arthur mógłby go za to pocałować. Kocham cię, kocham! A więc to nigdy nie miała być cicha chwila. To zawsze była właśnie ta chwila, ten właśnie Arthur, kojący swoje dziecięce "ja" nie narkotykami, nie powabem seksu, ale czymś zgoła innym - poczuciem, że istnieje we właściwym momencie, we właściwym miejscu, we właściwym czasie - czymś, czego Arthur nigdy nie potrafił odnaleźć.

Dlaczego nie podążył za tym uczuciem, dlaczego nie wybrał takiego życia? Monotonia posiedzeń, cięte nagłówki, wściekłe tagi. Ludzkie życia, które Arthur tak żarliwie pragnął naprawiać, ale nigdy nie był w stanie i pewnie nigdy nie zdoła. Cóż za ironia! Kochać tak mocno i być tak bezradnym, nic tylko gwiazdy i pustka za nimi.

Widział jak przez mgłę, oczy przesłaniał mu fiolet szlafroka Philippy. Philippa, kochana Philippa. Owinął jej lok wokół palca, wyobrażając sobie świat, w którym codziennie budziłby się przy niej, ożywionej jak teraz nieokiełznaną miłością. Nie te strzępy, które pozwalano mu mieć, ale każdy ranek. Och, jakim luksusem byłoby takie życie! Telewizor na dole odtwarzał gamę emocji Arthura, przeskakując przez wszystkie kanały ze szczekającymi psami i łzami radości.

Wyobraź sobie tylko: Philippa wychodząca spod prysznica, perfumy Philippy na toaletce, świeży dzbanek ziółek zaparzonych dla Philippy, bo sernik dał jej popalić. A Yves! Ukochany Yves, wisienka na philippowym torcie. Wieczory i stopy Yvesa, długie palce jego stóp na kolanach, gładzenie jedwabistych mahoniowych loków Yvesa, Yves jak swoisty symbol luksusu, zawsze rozciągnięty niczym kot na aksamitnej sofie, nawet w najbardziej domatorskich scenariuszach stworzonych w wyobraźni Arthura. Pocałował go, pocałował i Philippę. Kochał ich. Kochał ich, pożądał, pragnął życia z nimi!

Pochylił się i z ustami przy szyi Yvesa wyszeptał:

- Chcę wszystkiego. - Słowa tłumiła śliska od potu, słona skóra i ten specyficzny posmak magii Arthura, trochę jak winogronowy syrop na kaszel; magii, która aktualnie służyła jako bardziej zaawansowany technologicznie wibrator, jako ten przysłowiowy elektryzujący dotyk. - Chcę wszystkiego, wszystkiego, dziec...

- To twój telefon? - spytała Philippa, ale Arthur nie miał pojęcia, spodnie gdzieś zaginęły, świat wypełniała euforia, już na zawsze tylko euforia, wieczna euforia, niekończąca się euforia.

Odwrócił usta, by pocałować Yvesa, który nagle był poza jego zasięgiem, i Arthur poczuł się dezorientująco odizolowany. Wszystko się nagle skurczyło. Łóżko, które zaledwie chwilę temu było gigantyczne i bezgraniczne, teraz zdało się za małe, palce rąk i nóg Arthura wystawały poza ramy.

Nie wiedział, co się dzieje, póki w jego uchu nie rozbrzmiał głos Gillian, odległy i mizerny niczym astronauta w głębi kosmosu.

- Arthurze - powiedział głos jego żony. Tak, nie przesłyszeliście się. - Art, jesteś tam?

- Tak. - Usiadł z trudem, z telefonem przy uchu mrużył oczy, zerkając na Philippę, która opuszkami palców kreśliła na jego udzie delikatne arabeski.

- Przykro mi, że psuję ci wycieczkę, ale twój ojciec nie żyje. - W uszach Arthura cichy szum, jakby zerwało połączenie. Plan zawodził. - W mailu masz plan lotu, startujesz za trzy godziny. Zajmę się biurem i wyślę samochód na lotnisko, jeśli nie zdołam sama dotrzeć. Uściskaj ode mnie Philippę i Yvesa.

"Kocham cię", odezwał się w głowie Arthura głos, który mógł być dowolnym innym głosem, ale zawsze był głosem jego ojca. "Kocham cię". I jak zaginiona gdzieś na podłodze przypinka z flagą - cóż za schludność zakończenia - zniknął, jakby nigdy go nie było.

Telefon wypadł Arthurowi z ręki.

6

Ledwie układ Eilidh z pasożytem został zawarty, samolot wyrównał lot. Nie stopniowo, nie, jakby pilot sam odzyskał panowanie nad sterami. Nie, po prostu światła przestały migotać, turbulencje zniknęły, a świat - przynajmniej ta jego część, która miała się skończyć podczas rejsowego lotu z Vermont do San Francisco - nagle się ustabilizował, kobieta z różańcem wzniosła oczy ku niebu, pełna podziwu, jakby niemy Bóg uznał za stosowne odpowiedzieć na jej modlitwy. Płacz dziecka powoli cichł, opadł do kwilenia, do czkawki. Pasażerowie unisono odetchnęli, ściskali sobie dłonie. Szlochający mężczyzna wyglądał teraz, jakby osobiście wyrównał lot, jakby był to skutek jego męskiej odporności.

Eilidh Wren odetchnęła z ulgą na osobności, wpatrując się w zdjęcie na ekranie telefonu, wciąż bezużytecznego w trybie samolotowym. Uśmiechnięta twarz ojca - nie odsłaniał zębów, taki już był - przynosiła chwilowe ukojenie, przelotne pokrzepienie. Nie będzie siedział samotnie, czekając na nią na próżno w ich restauracji. A ona opowie wszystko przydzielonemu przez firmę psychologowi - nie ze szczegółami, oczywiście, tylko to, co najważniejsze, to, że wybrała życie, co nie zawsze było tak pewne, jak można by oczekiwać - i wszystko skończy się dobrze, a ona będzie nadzorować jakąś kampanię w mediach społecznościowych, tak naprawdę nie robiąc niczego istotnego, ale może dzieciak z miejsca 22A odkryje lek na raka.

I czy nie był to swego rodzaju prezent, że Eilidh nigdy się o tym nie dowie?

Pasażerowie zaczęli podnosić rolety, teraz już ośmieleni, pełni nadziei na dar błękitnego nieba szukali dowodów tego wspólnego cudu. Światło wlało się do samolotu ze wszystkich stron, upajające, jaskrawe, jasne.

Eilidh natomiast się przygotowywała. Nieodłącznym towarzyszem błogosławieństwa życia jest nieuchronny koszmar. To nie przenośnia, a przynajmniej nie tylko przenośnia. Przeżycie było połową układu, a ona lepiej od innych rozumiała, że nic nie jest za darmo.

Wbijała więc palce w podłokietnik, gotowa na wstrząs. Na nieuchronne wyrównanie szal. Zamknęła oczy. Serce dudniło jej w piersi.

Jest. Poczuła to, zanim zorientowała się gdzie. Łomotanie w piersi, szalony rykoszet.

I jak w zegarku - pojawiło się.

Najpierw rozbłysło światło - takie, za którym się przestrzega, by nie podążać. Wiodące w głąb tunelu, który pochłania. Światło wpadające do samolotu stopniowo narastało, stało się przytłaczające niczym mocny wstrząs dla zmysłów. Jeden po drugim pasażerowie zaczęli mrużyć oczy.

Światło - czy słońce? - było przerażające, piekielne, jak wpatrywanie się w ziarnisty ekran po seansie Egzorcysty. Było... j a s n e, ale nie blaskiem słońca - przebłyskiem uświadomienia sobie, że ciemny pokój tak naprawdę nigdy nie był pusty. Przebłyskiem objawienia, że nieważne, co sobie myślałeś, nigdy nie byłeś tam sam.

Eilidh spojrzała w okno, mruganiem próbując zmniejszyć uszkodzenia rogówki. Nasycenie jasności było białe i zdawało się lepkie jak wyciekająca z rany ropa. Urzekające oślepienie rozszerzyło się poza okna, stało bardziej natarczywe, zdradliwe. Niektórzy z pasażerów pospiesznie spuszczali rolety, ale nie jej współpasażerka. Po prawej Eilidh wyczuwała sugestię ruchu, wszechobecną gęstość, która zdawała się oddychać. Każdą odsłoniętą szybę wypełniała rozmyta, nieokreślona obecność czegoś litego. Jątrzącego się, niespokojnego.

Żywego.

- Co to? - spytał kilka rzędów przed Eilidh spanikowany głos. - Patrzcie za okno! Co to jest?!

Horda, bo tym właśnie była, stała się rozpoznawalna, nagle widzialna, jakby w końcu odnaleziona w obserwowanym spod półprzymkniętych powiek obrazku w jednej z tych książeczek ze złudzeniami optycznymi. Początkowo była tylko sugestią obrazu, potem namacalną obecnością. Początkowo pojedynczo, potem w grupach. Kolejno przybierały kształt niczym krople wody upuszczane beztrosko do pustej metalowej misy.

Choć nie, nie kropla, ale ukłucia rodzicielskiej dezaprobaty.

Css.

Css.

Css.

- O Boże - odezwała się jakaś nastolatka. - Boże, mamo, czy to robale?

Dezaprobata przerodziła się we wściekłość, w narastające pragnienie przemocy. Już nie syk, lecz klaps. Klaps. Jak śmiesz? Klaps. Patrz tylko, jakie koszmary przywołałaś! Klaps. Wciąż jeszcze klaps otwartą dłonią, ale jak długo? Jak szybko stanie się pięścią, stłuczoną butelką, odbezpieczonym pistoletem? Uczucie narastało, z drżącej zgrozy w roztrzęsiony strach.

Szybciej i szybciej, klapsklapsklapsklaps.

Ciałka rozbijały się o szybę jak wyrzucone spod opon kamyki, jak niezliczone wirujące opale. Ich brzuszki wiły się mięsiście niczym miliardy obnażonych, przełykających gardeł. Rozbijały się o szkło - rojem tak gęstym, że każde z nich zdawało się dusić pozostałe, gdy kłębiły się w mieszaninie rozpaczliwego pragnienia, by dostać się do środka i uwolnić.

Kobieta z różańcem wrzasnęła i pochylona nad koralikami poczęła na przemian szeptać i wykrzykiwać modlitwy.

- To p l a g a s z a r a ń c z y - obwieścił szlochający mężczyzna kobiecie z dzieckiem.

Wewnątrz wieczności, która trwała zaledwie kilka chwil, Eilidh naliczyła osiemdziesiąt osiem uderzeń serca, osiemdziesiąt dziewięć, dziewięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt jeden - ropną jasność zniekształciła plaga, a nieszczęsny samolot otaczała teraz zupełnie inna ciemność. Brzęczenie skrzydeł było nieuchronne, ogłuszające. Dziewięćdziesiąt osiem. Dziewięćdziesiąt dziewięć. Sto.

Niektóre miażdżone na oknach owady stały się ofiarami własnego roju, ich ciała ściekały po szkle. Sto cztery. Sto pięć. Połamane skrzydła, powykrzywiane owłosione odnóża podkreślały miękkość rozsmarowanych na szybach brzuszków. Sto dziesięć. Sto jedenaście. W samolocie bezdusznie błysnęła stłumiona sterylność awaryjnego oświetlenia, cichy znak końca czasów.

Nagle Eilidh zgubiła się w liczeniu uderzeń swojego serca, pozwoliła, by pochłonęła ją arytmia. Jej współpasażerka w końcu zasłoniła okno, nie żeby to teraz miało jakiś sens. Nadal słyszały drapanie i pełzanie, brzęczenie skrzydeł i roztrzaskiwanie się ciał, niczym brzmienie słowa "infestacja". Niczym smak słowa "zaraza" na języku. Kiedyś, zakładając, że przeżyją tę konkretną plagę, podczas ulewy powiedzą: "Ha, brzmi jak szarańcza", od teraz o krok bliżej poznania, jak to się wszystko kończy.

- Kurwa - szepnęła Eilidh do nikogo.

To coś w jej piersi zdawało się chichotać, oblizywać usta, chwilowo nasycone. Obiecanki cacanki. W głowie Eilidh rozbrzmiewali Wagner i Beethoven, piękne nuty wygrywane nienawiścią. Ciemnością, której można było skosztować, akordem, który niósł cierpienie. Jakby cuda były szpetne, jakby los potrafił śpiewać tylko makabryczną pieśń.