Zdjęcie - Leszek Szaruga
21.75 zł
17.40 zł
(15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Patrzy na zdjęcie w gazecie. Podpis: "Tu umierało z głodu około stu osób dziennie". Jakiś obóz uchodźców w centrum Afryki. Brązowa, zdeptana, zarzucona jakimiś resztkami - szczapami, liśćmi, strzępami papieru - ziemia, na której, jak na klepisku, leży ciemnoskóra postać, szczupła, chuda właściwie, z głową ukrytą w ramionach.
Niezłe zdjęcie, myśli. Jak się umiera z głodu? Długo, krótko, boleśnie? To pytanie jest ważne. Rozmawiał kiedyś z przyjacielem, lekarzem, który pisał pracę o etyce umierania i który mu opowiadał o tym, jak bodaj w dawnej Japonii - ale tego nie jest pewien, może to było gdzie indziej - umieszczano umierających starych ludzi w strzeżonych pomieszczeniach, odmawiając im pożywienia i picia. To tylko nam się wydaje nieludzkie, powiedział ten lekarz, gdy tak naprawdę była to piękna śmierć, ci ludzie umierali jakby w narkotycznym transie, w uniesieniu. Zatruwali się sami sobą.
Być może, myśli oglądając zdjęcie ukazujące umierających z głodu Afrykanów, ale ci tutaj nie wyglądają na takich, co popadli w trans narkotyczny. Choć może to tylko pozory. W powieści czy tylko noweli znanego autora science fiction pojawia się sytuacja, w której bohaterowie, nakarmieni jakimś narkotykiem, wyobrażają sobie, że żyją w dobrobycie, podczas gdy w rzeczywistości znajdują się w skrajnie odrażającej nędzy. Nędza jest odrażająca, to fakt.
A to zdjęcie jest naprawdę znakomite, myśli. Jest piękne. Matowo czarne, lśniące lekkim odblaskiem ciało zwinięte na brunatnym, pokrytym jaśniejszymi cętkami odpadków podłożu i przyodziane w różową koszulę znajduje się na drugim planie. Na planie pierwszym półportret dziecięcy, głowa podparta dłonią i skierowana na patrzącego źrenica migdałowego wykroju oka. Oko, w którego głębi odczytać można wiedzę niewyrażalną w żadnym języku.
Zdjęcie jest dobrze wyeksponowane. Cała strona, niezły papier. Niemal dzieło sztuki. Kompozycyjnie przemyślane: tło, pierwszy plan i to niepokojące oko skierowane na ciebie. Niepokojące swym spokojem. Tym czymś pochwyconym w ułamku sekundy, w zderzeniu spojrzenia z soczewką obiektywu: jedno rejestruje drugie. Ten moment interakcji, która trwa. To oko, myśli, dalej patrzy i będzie patrzyło bez końca. Dlatego, że zostało dostrzeżone. Dlatego, że dostrzegło.
Ten facet - sprawdza podpis pod zdjęciem - tak, ten facet to artysta. Przypomina sobie, że widział już jego zdjęcia, nawet wiele razy. Nieważne, nie o niego mu w tej chwili chodzi. Raczej o grę światłocienia. Światła i cienia. Piękna i grozy. Chodzi o przemianę. O to, jak kilka ruchów pędzla czy pióra, stuknięć w klawisze komputera czy naciśnięć spustu aparatu fotograficznego przemienia zło w dobro, bo piękno jest wszak dobrem, myśli. Jak to się dzieje? Jak obraz zła przeistacza się w piękno? I ten facet, który wyzwalał migawkę - czy on też się przemienia? Jak on w tym uczestniczy? Tajemnica, pomyślał z rezygnacją.
Ale nie przywykł do rezygnacji. Nigdy tak naprawdę nie rezygnował. Zaczął się jeszcze intensywniej przyglądać zdjęciu. Po chwili wstał, podszedł do biurka, wziął nożyczki i wyciął fotografię. Zaciągnął zasłony, umieścił zdjęcie w ramkach, zapalił i odpowiednio rozstawił reflektory, sięgnął po aparat. Długo regulował ostrość, wreszcie wykonał serię własnych zdjęć - klik, klik, klik, klik... Brakuje tylko spadających na podłogę łusek, pomyślał.
Nie miał złudzeń, wiedział, że fotografuje zdjęcie, a nie rzeczywistość. Mimo to próbował, musiał spróbować. To, co dostrzegł - lub co zdawało mu się jedynie, że dostrzegł - zaintrygowało go i zaniepokoiło jednocześnie. Może lepiej mówić tu o przerażeniu, pomyślał. O grozie nawet.
To, ledwo widoczne, zacienione, a przecież też wyraziste i odbijające jakby pełgający blask, leżało na ziemi, nakryte, nie całkowicie jednak, dłonią zwiniętej w kłębek - nie wiadomo: martwej już czy jeszcze żywej - postaci. To coś - coś, co właściwie niemal nikomu nic nie mówiło - dla niego było z dawna oczekiwanym znakiem. Jeśli to, co dostrzegł - co wydawało mu się, że dostrzegł - było tym, o czym myślał.
Zdjął aparat ze statywu i ruszył do ciemni. Zanurzył się w czerwonej, przemieniającej świat, rozmywającej kontury rzeczy poświacie.
+ + +
Nie tak dawno temu znalazł się w innym świecie. Małe sanatorium w Konstancinie-Jeziornej, niedaleko Warszawy, jakieś dwadzieścia kilometrów od jego mieszkania na Stegnach. Wysokie sosny, śpiew ptaków, początek jesieni. Przydzielono mu miejsce w małym, drewnianym baraku, oznaczonym w szpitalnej dokumentacji mianem "domku nr 2". Były jeszcze dwa takie domki i budynek główny, do którego wchodziło się przez automatycznie rozwierane drzwi.
Był jednym z młodszych pensjonariuszy, choć już dawno przekroczył pięćdziesiątkę. Nie, pomyślał rozpakowując plecak w wąskim, dwuosobowym pokoiku, nie, żadnych porównań z tamtym, spotkanym kiedyś w młodości niemieckim chłopakiem, którego postawa stała się przedmiotem sporu z najbliższym przyjacielem. Tamten też znalazł się w sanatorium, lekko chory, zagubiony w świecie, którego nie rozumiał, a którego reguły wyjaśniali mu, każdy na swój sposób, inni pacjenci. Ale tamten był młody, dużo młodszy, u progu życia, u progu pierwszej wojny. Teraz o żadnej wojnie nie ma mowy, a próg życia, dodał, przekroczyłem już dawno.
- Można nawet powiedzieć, panowie - kontynuował podczas pierwszego obiadu, zwracając się do trzech swoich towarzyszy - można powiedzieć, że wielu z nas żyje już jakoś tam bezprawnie, nie tyle na kredyt, co na bój się Boga.
- Tak pan uważa? - starszy pan, dzielący z nim pokój, ożywił się. - Ja nie byłbym tego taki pewien. Bo widzi pan, to, co panu zdaje się jakimś cudem, można potraktować bardzo racjonalnie. To zwykły - powtarzam: zwykły! - postęp medycyny. Nic w tym nadzwyczajnego.
- A jednak - podjął dyskusję - a jednak... Czym innym jest wynalazek nowego leku, szczepionki jakiejś, a czym innym precyzyjna operacje przeszczepienia panu własnej żyły z nogi do serca, otwarcia w ten sposób drogi dla krwi, a tym samym, wiemy wszak o tym, przedłużenia życia. I to czyni w kilka zaledwie godzin inny człowiek, swymi własnymi rękami. Tak, to racjonalne, ale też jednocześnie zdumiewające. Ja w każdym razie - dodał po chwili milczenia - wiem, że ta operacja coś w moim życiu zmieniła, uczyniła je innym. I bardzo mnie, proszę pana, interesuje zasada, istota owej przemiany.
- Jakiej przemiany, o czym pan mówi?!
- Zaraz wyjaśnię. Czym innym otóż jest takie sobie życie, nawet życie naznaczone owym sławnym memento mori, życie więc ze świadomością nieuchronnej śmierci, a czym innym, naprawdę zdumiewająco innym jest życie ze świadomością przeżycia swej własnej śmierci, życie zatem wyrwane, przez bezpośrednią ludzką interwencję, z porządku natury. Właśnie na tym ów cud polega, że nie ma w tym żadnych cudów, przynajmniej pozornie.
Po obiedzie udał się na spacer po okolicy - nie było co robić, obchód lekarski przewidziano na dzień następny, pogoda zaś prowokowała do przechadzki. Szedł wśród drzew i nie poznawał przestrzeni, którą wszak, zdawało mu się, dobrze znał z poprzedniego pobytu, gdy w połowie lat osiemdziesiątych znalazł się tu po pierwszym zawale serca.
Przede wszystkim zgiełk - spokojna niegdyś miejscowość zmieniła się w olbrzymi plac budowy. Pośród drzew stawiano nie domy, nie wille, nie pałace nawet, lecz wręcz zamki. Schludnie ułożone materiały budowlane - deski, cegły, dachówki, worki z cementem - wszystko to dopełniało obrazu bogactwa właścicieli tych najdroższych parceli w Polsce. Co jednak najostrzej zwróciło jego uwagę, to język pracujących tu ludzi, jego śpiewność i jakby niestosowność nawet w tym rejonie kraju. Owo niespodziewane:
- Ta Józik, ta dawaj ta laubzega.
Oto, pomyślał, mamy i my swoich gastarbeiterów.
Szedł dalej. U wejścia na Czarną Drogę wiodącą do Obór, gdzie znajdował się Dom Pracy Twórczej Stowarzyszenia Pisarzy, minął kilkoro dzieci. Szły mu naprzeciw, może dziesięcioletnie, rozgadane, uśmiechnięte. Jedna z dziewcząt była trochę zamyślona. Coś było w jej buzi dwuznacznego, aż zaczął się zastanawiać - a pewnie i przypominać sobie - czy w tym wieku odczuwa się jakieś impulsy erotyczne. Tak, oczywiście, pomyślał, odczuwa się je nawet dość intensywnie. Wiedział jednak, że nie o to tym razem chodzi. Raz jeszcze spojrzał w oczy mijanego dziecka i po kilku krokach aż stanął ze zdumienia. To było to samo spojrzenie, to spojrzenie ze zdjęcia. Tym razem jednak było to też coś więcej, zrozumiał to w jednej chwili. Tym razem spojrzenie dziecka zarejestrowało jego spojrzenie.
+ + +
Cofnął się, cofnął od razu o kilkanaście lat. Wyjechał wówczas, świeżo po zawale, do Berlina Zachodniego. Wtedy nie było to łatwe, wydobycie paszportu, zwłaszcza dla kogoś, kto jak on brał niemal jawnie udział w działaniach opozycyjnych, graniczyło z cudem. No ale też jego sytuacja była wyjątkowa - wyjeżdżał na pogrzeb ojca, który zmarł nagle na emigracji.
Gdy ojciec wyjeżdżał, doszło między nimi do awantury. Czuć było jeszcze ciągle duszny dech antysemickiej hecy z 1968 roku, wokół wyjeżdżali niemal wszyscy znajomi, on sam świeżo wyszedł z więzienia, rozdygotany, ale też zbuntowany. Nie chciał jechać razem z nimi. W jednej z rozmów, wściekły, wyrzucił z siebie:
- Stworzyliście ten pomnik z gówna, teraz uciekacie i w dodatku kradniecie papier toaletowy!
To prawda, pomyślał teraz, papieru toaletowego brakowało chyba przez cały komunizm, to jeden z tych symbolicznych obrazków. Ale wobec ojca nie był przecież sprawiedliwy i wiedział o tym doskonale. Nie on przecież tworzył ten system, a fakt, że przez pewien czas, krótki zresztą, pełnił w nim funkcje urzędnicze, był raczej dziełem przypadku niż świadomego wyboru i zgłoszonego akcesu. Nieważne, myśli, było, minęło, szlus.
Jechał na pogrzeb w ostatniej dosłownie chwili, do końca niemal bowiem nie wiedział czy dostanie paszport. Do Berlina, na szczęście, można było wówczas jechać bez wizy. Prosto z urzędu paszportowego pognał na dworzec, przyjechał na kilka godzin przed rozpoczęciem ceremonii, matka zwątpiła już w to, że się pojawi.
Został na kilka lat. Zakorzeniał się powoli, przezwyciężając problemy z papierami, przedłużaniem wizy, ale też z nieznajomością języka. Aż wreszcie pewnego dnia postanowił, że bierze papiery niemieckie. Formalnie mu przysługiwały, po ojcu właśnie, który był przed wojną obywatelem Wolnego Miasta Gdańsk, a tym samym, po zajęciu miasta przez III Rzeszę stał się od razu obywatelem niemieckim, nosicielem niemieckiej przynależności państwowej automatycznie niejako przysługującej też jego potomkom.
Decyzja nie była łatwa, lecz w końcu postanowił: zostaję, zostaję przy umierającej matce, nie będę wybierał między matką a ojczyzną, bo taki wybór nie istnieje, moim zaś obowiązkiem, psim obowiązkiem, jest pomóc jej umrzeć, jest być z nią do końca. Wziął więc te papiery, tym bardziej że znalazł się w sytuacji przymusowej - w Polsce nie mógł być pewny czy jeszcze kiedykolwiek dadzą mu paszport, Niemcy zaś nie chcieli już przedłużać mu wizy. Wybrał, co musiał. Odebrał na policji paszport i dowód osobisty, oba nowiutkie, świeże, z jeszcze w Polsce zrobionymi zdjęciami. Przyniósł dokumenty do domu, rozłożył na biurku - wspaniałym mahoniowym biurku ojca - i oglądał je jakby z niedowierzaniem. Oto, myślał, jesteś teraz Niemcem, a jako Niemiec możesz bez żadnej wizy jechać niemal gdzie chcesz. Możesz pójść na lotnisko choćby w tej chwili i kupić bilet choćby do Madrytu.
Poszedł do matki, która jak zwykle siedziała przy kuchennym stole i studiowała porozkładane polskie i niemieckie gazety.
- Ty wiesz, że mogę teraz polecieć do Madrytu? Choćby za chwilę?
- Wiem - odparła, niezdziwiona. - Zadzwoń, o której są odloty i czy mają jeszcze wolne bilety.
Zadzwonił. Mieli. Poleciał. Poleciał w swą pierwszą prawdziwą podróż zagraniczną. Wtedy to coś znaczyło, myśli, było otwarciem przestrzeni, szansą otwarcia wyobraźni. Nie przeczuwał jednak, że było to czymś jeszcze innym. Było początkiem. Było spotkaniem z tajemnicą.
+ + +
Zawrócił z Czarnej Drogi. Wracał trochę inną trasą, przez nowo budowane osiedle. Przypomniał sobie podobne budowy sprzed lat. Nie do porównania. Obecna precyzja, logika następstwa czynności oraz schludność i ówczesny bałagan, chaos oraz wszechobecny brud. O tym już zapomniano, pomyślał. Może to i dobrze, choć czasem zadziwiała go ta krótka pamięć ludzi, którzy, żyjąc teraz w nowym, wciąż jeszcze nowym, barwnym świecie, wyparli ów obraz wszechogarniającej i niemal koszarowej szarości, którą powleczone było w tamtej rzeczywistości wszystko - lasy, sklepy, miasta, a nawet tęcza.
To nowe osiedle cieszyło. Było dowodem zmiany, jej głębokości. To nic, że nie składało się ze szklanych domów, że nie było śródmieściem, do którego miał triumfalnie wkraczać wyzyskiwany lud. Wiedział, że dawniej po prostu nie byłoby możliwe, zaś jeśli już, składałoby się z betonowych pudełek, stawianych niemal pokątnie i zbudowanych ze zorganizowanych, jak to wówczas określano, materiałów. Zresztą i czas sprawiał, że ludzie z owego symbolicznego śródmieścia uciekali na obrzeża.
Skręcił w lewo, w stronę lasu. Ze zdziwieniem zauważył, że zniknęła szkółka jeździecka, która tu była przed laty, lecz niebawem odnalazł ją nieco dalej, tuż za zakrętem, teraz rozbudowaną. Wszedł w ścieżkę między drzewami i przypomniał sobie swe pierwsze, pełne lęku spacery podczas poprzedniego pobytu. Bał się zbytnio oddalić od szpitala - niepewny postępów kuracji, wciąż w szoku pozawałowym, z buteleczką sorbonitu pod ręką, pragnął móc w każdej chwili zwrócić się o pomoc, o ratunek być może. Ale jednocześnie z uporem brnął głębiej w las, by owe lęki przezwyciężyć, by nad nimi zapanować.
Wrześniowe, rozgrzane popołudnie budziło słodkawy zapach sosen. Świat zapachów oraz świat smaków otwierały się przed nim powoli. Dopiero niecały rok temu - czując zbliżającą się eksplozję i próbując jej jakoś zapobiec - rzucił palenie. Po czterdziestu latach. I oto teraz właśnie zmysły, tak długo zablokowane, stłumione, budziły się z uśpienia. Szczególnie takie właśnie dni pozwalały mu pojąć jak wiele odczuć było mu dotąd nieznanych. Zdumiewała go zwłaszcza intensywność zapachów. Woń lekko podgrzanego miodu nasycona smugą przydymionego wrzosu wypełniała mu nozdrza. Szedł zdumiony mocą zjawiska, jego materialnością, dosadnością nawet.
Czuł napływ emocji, których charakteru nie umiał określić, jakieś podniecenie, napięcie, wyostrzenie uwagi. Nieświadomie przyspieszył kroku. Zagłębiał się w las, aż natknął się na skrzyżowanie dróg, co powstrzymało wreszcie dość chaotyczną gonitwę myśli. Rozejrzał się. Po prawej stronie - jak dawniej, zauważył z poczuciem odnalezienia się wreszcie u siebie - znajdowało się mrowisko, ogrodzone prowizorycznym płotkiem z gałęzi. Wbita obok w ziemię tabliczka powiadamiała o tym, że jest ono pod ochroną.
Podszedł bliżej. Od razu zauważył, że mrowisko jest nieustannie niszczone. Dostrzegł sterczące zeń, ponadpalane gałęzie, rozorane, rozkopane ściany ruchliwej piramidy, której mieszkańcy jednak jak gdyby tego nie zauważali. Trwała tu niezmienna, odwieczna krzątanina, owa mrówcza praca, która, nie ogarniając zniszczeń całości, a nawet nie zdając sobie sprawy z lokalnych nieszczęść i katastrof, odbywa się cały czas tak, jakby nic się nie stało, jakby owa idealna, doskonała budowla pozostawała cały czas w stanie nienaruszonym.
Tak to i jest, myślał, tak też być musi. Naprawdę istnieje bowiem tylko kreacja, budowa, tworzenie, przy których zarówno lokalne, jak i totalne katastrofy nie znaczą nic, gdyż są zaprzeczeniem tego, co jest, co utrwalone zostało w planie stworzenia. Jest tylko praca, gdy ta zaś ustanie, mówienie o jakimkolwiek istnieniu nie będzie możliwe. Zwodnicza to konstrukcja, ale jakże pocieszająca i jakże ważna dla tych wszystkich, dla których owa mrówcza praca, to hasło nakazujące robić swoje bez względu na to, co się wokół dzieje, nadaje sens ich własnej egzystencji.
Rozejrzał się, podniósł kij, i już miał go wetknąć w mrowisko, gdy nagle dojrzał prawdziwka. Myślał początkowo, że to szatan, trujący, zabójczy, mściwy naśladowca borowika, lecz nie - to był prawdziwek. Prawdziwy.
+ + +
Wywołałem film i natychmiast zabrałem się do kadrowania, powiększania, kopiowania. Cała ta alchemia prowadząca do przetworzenia obrazu w procesach naświetlania, kontrastowania, przenikania pod ziarnistość materialnego podłoża, wszystko to wciągało mnie tym razem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie byłem zawodowym fotografem, od lat jednak bawiłem się nie tyle samym robieniem zdjęć, co właśnie przetwarzaniem obrazu. Ciemnia była moim azylem, miejscem schronienia. Zanurzając się w czerwony półmrok, w świat cienia, lecz cienia jakby rozświetlonego od wewnątrz, zyskującego zatem jakąś mgławicową substancjalność, otóż zanurzając się w tą przestrzeń odnajdywałem dodatkowy wymiar swej egzystencji. Czas tu jakby zwalniał, ostre kontury rzeczywistości ulegały rozmyciu, ale właśnie dzięki temu obrazy odsłaniały w grze światła i cienia coś, co można by nazwać drugą stroną bytu, drugą stroną wszelkiego poznania.
Wejście do ciemni było dla mnie przekroczeniem granicy między światem przypadkowości i światem konieczności. Tu przenikały się, dopełniały we mgle czasoprzestrzeni, w świetlistej grze czerwieni i czerni, dwie sfery niewyrażalnego: cisza i milczenie - cisza poprzedzająca narodziny świata i milczenie po jego śmierci. Tak, po to tu właśnie się kryję, tu chcę doświadczyć siebie naprawdę, tu moje życie, odrealnione, staje się zarazem czymś nadrealnym. Powstaje napięcie, dzięki któremu owo ukrycie się jest jednocześnie odsłonięciem, wystawieniem się na sztych, gotowością przyjęcia tego, co jest rdzeniem egzystencji - bólu istnienia, bólu świata.
I to właśnie zdjęcie, pomyślałem kadrując kolejne zbliżenie, to zdjęcie odsłania obszar szczególnie bolesny, szczególnie uwrażliwiony. Ale przecież, nie jedyny. Na całym świecie umiera codziennie z głodu trzydzieści tysięcy dzieci. Codziennie. Kto jest w stanie to sobie wyobrazić? I gdyby to tak policzyć, sięgnąłem po kalkulator, to wyszłoby, tak, wyszłoby jakieś pięćset czterdzieści milionów zmarłych z głodu dzieci w czasie mojego życia. Czy ktoś może sobie wyobrazić pięćset czterdzieści milionów gasnących słońc?
Naświetliłem papier i po raz kolejny zanurzyłem odbitkę, czekając na wyłonienie się obrazu. Z uwagą, z napięciem obserwowałem pojawianie się konturów, zarysów powiększonego fragmentu zdjęcia. Rozmyte, rozmazane plamy tworzyły konstelację wciąż jeszcze nieczytelnych punktów. Lub już nieczytelnych - być może powiększenie było zbyt duże, być może przekroczyło tę niepochwytną w gruncie rzeczy granicę określającą stan równowagi pomiędzy światem stającym się i światem unicestwianym. Poszukiwanie, namierzanie owej granicy zajęło mi już sporo czasu.
To już nie był obraz lekko uchylonej dłoni leżącej na ziemi postaci, lecz złożona z plam światła i cienia nisza utworzona pod rozmytymi liniami fragmentów kciuka i palca wskazującego. Nisza wypełniona niepochwytnym wciąż konturem tego, co zobaczyłem - lub tylko zdawało mi się, że zobaczyłem - na zdjęciu w gazecie. To coś tam było, byłem już tego pewien, lecz nie umiałem tej pewności potwierdzić, bez potwierdzenia zaś pozostawała jedynie domysłem.
"2008", "2011", "2014" - antologie współczesnych polskich opowiadań
Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
Waldemar Bawołek "To co obok"
Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"
Dariusz Bitner "Książka"
Roman Ciepliński "Diabelski młyn"
Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania"
Krzysztof Gedroyć "Przygody K"
Andrzej Grodecki "Iluzje"
Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
Lech M. Jakób "Ciemna materia"
Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"
Wojciech Klęczar "Wielopole"
Bogusława Latawiec "Ciemnia"
Ryszard Lenc "Chimera"
Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"
Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"
Jarosław Maślanek "Ferma ciał"
Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"
Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"
Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Sycyerz facet"
Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani"
Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"
Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"
Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
Emilia Walczak "Hey, Jude!"
Miłosz Waligórski "Kto to widział"
Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"
Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"