Zdejmij z nieba księżyc - Kristan Higgins

Kup ebooka

42.00 zł
32.76 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Jo­shua

12 dni póź­niej26 lu­tego

Czy wy­pa­try­wa­nie żony pod­czas jej po­grzebu było czymś dzi­wacz­nym?

On tak wła­śnie ro­bił. Roz­glą­dał się za Lau­ren, cze­ka­jąc, aż się zjawi i do­ra­dzi mu, co ma po­wie­dzieć tym wszyst­kim lu­dziom i jak się za­cho­wać pod­czas na­bo­żeń­stwa. Co po­cząć z rę­koma. Jak od­wza­jem­niać uści­ski.

Ona by wie­działa. I w tym wła­śnie pro­blem. Ona była spe­cja­listką od tych wszyst­kich rze­czy - na przy­kład kon­tak­tów z ludźmi. Pod­czas wczo­raj­szego czu­wa­nia po­ra­dzi­łaby mu, co po­wi­nien mó­wić, kiedy jej przy­ja­ciele pła­kali, chwy­tali jego dłoń i przy­tu­lali go, przez co czuł się nie­kom­for­towo, był sztywny i spo­cony. Kla­syczny pro­blem osoby w spek­trum. Nie lu­bił tłu­mów. Nie miał ochoty przy­tu­lać ko­go­kol­wiek poza swoją żoną. Która umarła.

Po­wie­dzia­łaby mu, w co ma się dzi­siaj ubrać. Miał na so­bie swój je­dyny gar­ni­tur. Ten sam, w któ­rym jej się oświad­czył, ten sam, w któ­rym trzy lata temu wziął ślub. Czy można wło­żyć ślubny gar­ni­tur na po­grzeb żony? Po­wi­nien był wy­brać inny kra­wat? Czy ten gar­ni­tur po­tę­go­wał ból jej matki i sio­stry?

Ławka wy­da­wała mu się twarda jak gra­nit. Nie zno­sił drew­nia­nych krze­seł. Ła­wek. Nie­ważne.

Donna, matka Lau­ren, szlo­chała. Dźwięk ten od­bi­jał się echem w ca­łym ko­ściele. Tym sa­mym, w któ­rym Josh i Lau­ren wzięli ślub. Czy gdyby mieli dzieci, ochrzci­liby je tu­taj? Josh był w su­mie ate­istą, gdyby jed­nak Lau­ren się uparła na chrzest, toby się zgo­dził.

Tyle że ona nie żyła.

Od czte­rech dni. Mi­nęło sto dwa­na­ście go­dzin i dwa­dzie­ścia trzy mi­nuty, od­kąd Lau­ren umarła, plus mi­nus kilka se­kund. Naj­dłuż­sze cztery dni w jego ży­ciu. Jed­no­cze­śnie miał wra­że­nie, że od śmierci Lau­ren upły­nęło za­le­d­wie pięć se­kund.

Jej sio­stra, Jen, wy­gła­szała wła­śnie mowę po­grze­bową. Przy­pusz­czal­nie do­brą, gdyż lu­dzie na zmianę śmiali się i pła­kali. Josh nie był jed­nak w sta­nie roz­róż­nić po­szcze­gól­nych słów. Sie­dział i wpa­try­wał się w swoje dło­nie. Kiedy pod­czas ich ślubu Lau­ren za­ło­żyła mu na pa­lec ob­rączkę, nie po­tra­fił ode­rwać od niej wzroku. Zwy­czajna złota ob­rączka, ale coś o nim mó­wiła. Coś do­brego i istot­nego. Nie był już tylko męż­czy­zną... Był mę­żem.

No wła­śnie, był. Te­raz był wdow­cem. Kom­plet­nie bez­u­ży­tecz­nym.

Ty­tuł in­ży­niera bio­me­dycz­nego z mnó­stwem dy­plo­mów i re­nomą w branży tech­no­lo­gii me­dycz­nej zdały się psu na budę. Miał dwa lata i je­den mie­siąc na to, aby zna­leźć lek na idio­pa­tyczne włók­nie­nie płuc, cho­robę, która po­woli wy­peł­nia miąższ płuc tkanką bli­zno­watą, utrud­nia­jąc od­dy­cha­nie. Nie udało mu się. Co nie zna­czy, że ktoś inny go ubiegł i tego do­ko­nał. Je­dyne do­stępne na rynku urzą­dze­nia słu­żyły do wtła­cza­nia po­wie­trza do płuc, wzmac­nia­nia mię­śni od­de­cho­wych i od­sy­sa­nia wy­dzie­liny, ale z tym aku­rat Lau­ren nie miała pro­blemu.

Ni­czego nie stwo­rzył ani nie na­tra­fił na ba­da­nia kli­niczne, dzięki któ­rym można by wy­bić te cho­lerne włókna i tkanki bli­zno­wate. Od dnia, w któ­rym po­znali dia­gnozę Lau­ren, za­an­ga­żo­wał się w szu­ka­nie cze­goś, co ura­to­wa­łoby jego żonę. Nie je­dy­nie spo­wol­niło cho­robę - ist­niały le­kar­stwa, ona je przyj­mo­wała, do tego dwa leki eks­pe­ry­men­talne, ko­rzy­stała też z chiń­skiej me­dy­cyny i ziół oraz or­ga­nicz­nej diety z wy­łą­cze­niem czer­wo­nego mięsa.

Nie. Za­da­niem Jo­sha było zna­le­zie­nie - albo stwo­rze­nie - cze­goś, co by ją wy­le­czyło. I po­zwo­liło, aby zo­stała przy nim.

Nie zro­bił tego.

Na oł­ta­rzu stało jej duże zdję­cie zro­bione pod­czas wy­cieczki do Pa­ryża, tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem, w pierw­szym roku mał­żeń­stwa. Za­nim się do­wie­dzieli. Wiatr roz­wie­wał jej rude włosy, a uśmiech miała pe­łen mi­ło­ści i ra­do­ści. Wpa­try­wał się te­raz w to zdję­cie, na­dal za­dzi­wiony, że udało mu się po­ślu­bić taką ko­bietę.

Tego dnia, kiedy się po­znali, ob­ra­ził ją.

Dzięki Bogu, że otrzy­mał jesz­cze jedną szansę. Tyle że Bóg nie ist­niał. Ina­czej Lau­ren na­dal by żyła. Kto, do cho­lery, od­bie­rał ży­cie dwu­dzie­sto­ośmio­latce? Mi­ło­sierny Bóg? Pier­do­lić to.

Czymś nie­moż­li­wym wy­da­wało się to, że ode­szła na za­wsze. Nie. Miał wra­że­nie, że Lau­ren, która uwiel­biała dzie­cinne żarty, ta­kie jak cho­wa­nie się pod prysz­ni­cem i wy­ska­ki­wa­nie stam­tąd, kiedy mył zęby, może mu wy­krę­cić nu­mer nie z tej ziemi - wy­chyli się zza oł­ta­rza, krzyk­nie: "Buu! Żar­to­wa­łam, skar­bie!", a po­tem za­cznie się śmiać, obej­mo­wać go i oświad­czy, że przez te dwa ostat­nie lata tylko go te­sto­wała. W ogóle nie była chora.

No ale prze­cież zo­stała już skre­mo­wana.

Wy­glą­dało na to, że Jen skoń­czyła swoją mowę, po­nie­waż ze­szła ze schod­ków przed oł­ta­rzem i po­de­szła do Jo­sha.

- Dzię­kuję ci, Jen - po­wie­dział sztywno.

Sie­dząca obok matka szturch­nęła go, więc wstał i uści­skał szwa­gierkę. Byłą szwa­gierkę? To nie fair. Czuł się zwią­zany z Jen i jej mę­żem Da­riu­sem, nie wspo­mi­na­jąc o ich dwójce dzieci. Nie­mal lu­bił Donnę, swoją te­ściową, która po bez­na­dziej­nym po­czątku oka­zała się na­prawdę su­per na ko­niec. Kiedy Lau­ren umie­rała.

Te­raz z jego żony po­zo­stały pro­chy w wo­reczku ukry­tym w me­ta­lo­wym po­jem­niku. Cze­kał, aż z Ka­li­for­nii do­trze spe­cjalna urna, by wy­mie­szać je z or­ga­niczną zie­mią. W bam­bu­so­wej urnie po­sa­dzi drzewo i Lau­ren sta­nie się de­re­niem. Twier­dziła, że cmen­ta­rze, choć piękne, na­ru­szają rów­no­wagę eko­lo­giczną. "Poza tym kto nie chciałby być drze­wem? To lep­sze niż by­cie kom­po­stem".

Nie­mal sły­szał jej głos.

Wszy­scy za­częli kie­ro­wać się do wyj­ścia. Josh przy­sta­nął przy drzwiach ko­ścioła. Jego mama wsu­nęła mu rękę pod ra­mię.

- Za­cze­kaj, skar­bie - szep­nęła.

Kiw­nął głową. Oboje ob­ser­wo­wali, jak Ben i Sumi Ki­mo­wie, są­sie­dzi i jed­no­cze­śnie naj­lepsi przy­ja­ciele jego matki, pod­cho­dzą do oł­ta­rza i za­trzy­mują się przed zdję­ciem Lau­ren. Ben skło­nił się, uklęk­nął i przy­ci­snął czoło do zdję­cia, po czym wstał i znowu się ukło­nił, gdy tym­cza­sem Sumi ci­cho szlo­chała.

Josh mu­siał na chwilę za­sło­nić oczy na wi­dok tego ge­stu wy­ra­ża­ją­cego ogrom sza­cunku i bólu. Lau­ren ko­chała Ki­mów, któ­rzy byli prak­tycz­nie dru­gimi ro­dzi­cami Jo­sha. Można po­wie­dzieć, że Ben za­stę­po­wał mu ojca. Oczy­wi­ście, że Lau­ren ich ko­chała. Ko­chała więk­szość lu­dzi, a wszy­scy od­po­wia­dali jej ta­kim sa­mym uczu­ciem.

Po­de­szli Ki­mo­wie i go przy­tu­lili. Josh stał ra­zem z trójką do­ro­słych, któ­rzy go wy­cho­wali, a wszy­scy w ob­li­czu jego straty byli te­raz bez­radni.

Nikt nie mógł mu po­móc.

- Po­ra­dzisz so­bie, synu - po­wie­dział Ben, pa­trząc mu w oczy. - Wiem, że te­raz w to nie wie­rzysz, ale po­ra­dzisz so­bie.

Josh kiw­nął głową. Ben nie miał w zwy­czaju kła­mać. Chwy­cił go za ra­miona i także ski­nął głową.

- Nie je­steś z tym sam, Josh.

Cóż. To miła myśl, ale oczy­wi­ście, że był sam. Umarła mu żona.

- To co, idziemy? - za­py­tał star­szy męż­czy­zna.

Ben, po­dob­nie jak matka, do­brze opa­no­wał sztukę prze­ka­zy­wa­nia Jo­showi sy­gna­łów, któ­rych czę­sto po­trze­bo­wał w sy­tu­acjach to­wa­rzy­skich. Nie mógł się jed­nak rów­nać z Lau­ren.

Za­lała go fala pa­niki. Co on bez niej po­cznie?

- Chodźmy, skar­bie - ode­zwała się jego mama.

No tak. Prze­cież nie od­po­wie­dział.

- Okej.

Opusz­cza­nie ko­ścioła i koń­cze­nie po­grzebu wy­da­wało mu się jed­nak czymś nie­wła­ści­wym.

Po na­bo­żeń­stwie od­był się po­czę­stu­nek. Przy­nie­siono tak wiele kwia­tów, mimo ży­cze­nia Lau­ren, aby za­miast ku­po­wać bu­kiety, wpła­cić da­tek na Cen­trum Na­dziei, jej ulu­bione miej­sce w ro­dzin­nym Pro­vi­dence. Zja­wili się jej współ­pra­cow­nicy z Pe­arl Chur­chwell Har­ris, firmy ar­chi­tek­to­nicz­nej, w któ­rej pra­co­wała jako pro­jek­tantka prze­strzeni pu­blicz­nej. Bruce, który oka­zał się dla Lau­ren na­prawdę świet­nym sze­fem, pła­kał, jakby stra­cił wła­sne dziecko. San­tino i Lo­uise, któ­rzy za­bie­rali ją na spa­cery, co miało po­móc w utrzy­ma­niu po­jem­no­ści płuc. Ta bez­na­dziejna Lori Can­tore, która dwa lata temu za­py­tała, czy mo­głaby za­jąć ga­bi­net Lau­ren. Co za hiena, przy­szła na po­grzeb, pod­czas gdy w praw­dzi­wym ży­ciu była mak­sy­mal­nie wner­wia­jąca. Josh wy­obra­ził so­bie, jak chwyta ją za ko­ści­ste ra­mię i wy­pro­wa­dza, nie chciał jed­nak, aby zna­la­zła się w cen­trum uwagi. To w końcu był po­grzeb Lau­ren.

No i przy­było mnó­stwo przy­ja­ciół Lau­ren: Asmaa z domu kul­tury; Sa­rah, naj­lep­sza przy­ja­ciółka z dzie­ciń­stwa; Mara z Rhode Is­land School of De­sign; Kosz­marna Char­lotte, sin­gielka miesz­ka­jąca na par­te­rze w ich bu­dynku, która, czego Josh był nie­mal pewny, ro­biła do niego pod­chody, od­kąd się tylko po­znali, w czym w ogóle nie prze­szka­dzała jej obec­ność żony. Zna­jomi z cza­sów dzie­ciń­stwa, szkoły śred­niej i stu­diów, na­uczy­ciele, ko­le­dzy i ko­le­żanki z klasy, dy­rek­torka pod­sta­wówki Lau­ren.

Nie­któ­rzy zja­wili się po to, aby oka­zać sza­cu­nek Jo­showi, po­nie­waż prze­czy­tali ne­kro­log Lau­ren. Nie­zu­peł­nie przy­ja­ciele... on nie miał ich wielu. Lau­ren była jego przy­ja­ciółką. Naj­lep­szą. Jej ro­dzina po­wi­tała go z otwar­tymi ra­mio­nami, w tej chwili jed­nak był ni­czym koń­czyna fan­to­mowa. Strata żony ozna­czała w jego od­czu­ciu am­pu­ta­cję.

Po­de­szła do niego ni­ska i kor­pu­lentna ko­bieta ze sta­lo­wo­sza­rymi lo­kami.

- Moje kon­do­len­cje - po­wie­działa.

Jej głos brzmiał zna­jomo. Josh zer­k­nął na swoją matkę, która lekko wzru­szyła ra­mio­nami.

- Eee... skąd znała pani Lau­ren? - za­py­tał.

- Nie zna­łam. Pra­cuję dla cie­bie. Je­stem Co­okie Gold­berg. Twoja wir­tu­alna asy­stentka.

- Och! Cześć. Eee... no tak.

Co­okie miesz­kała w No­wym Jorku. Na Long Is­land. Choć dość czę­sto spo­ty­kali się na Zoo­mie i Sky­pie, ni­gdy nie po­znali się oso­bi­ście.

- Tak, no cóż, ja... cho­lera. Tak mi przy­kro, Jo­shua. Serce mi pęka. - Jej szorstki głos za­ła­mał się i wy­glą­dała na lekko za­szo­ko­waną wła­snymi sło­wami. - Do­bra. Przede mną długa droga do domu. Za­dzwoń, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wał.

Od­wró­ciła się i ode­szła.

- Pra­cuje dla cie­bie, a ty jej nie roz­po­zna­łeś? Masz tylko jedną pra­cow­nicę, Josh - zbesz­tała go de­li­kat­nie matka.

- W ogóle się jej tu­taj nie spo­dzie­wa­łem - pró­bo­wał się uspra­wie­dli­wiać.

Po­now­nie usiadł. Ni­czego nie jadł, może je­dy­nie coś skub­nął. Da­rius, mąż Jen, przy­niósł mu kie­li­szek wina, za­po­mniaw­szy, że Josh nie pije. W końcu Josh do­stał na ręce Octa­vię. Czy to na­dal jego sio­strze­nica? Był owdo­wia­łym mę­żem jej nie­ży­ją­cej cioci. Czy ona i Se­ba­stian po­zo­staną w jego ży­ciu? Na­dal bę­dzie wuj­kiem Jo­shem?

Czte­ro­letni Se­ba­stian za­no­sił się pła­czem i choć Da­rius ro­bił, co mógł, nie po­tra­fił go uspo­koić. Chło­piec był na tyle duży, aby ro­zu­mieć, że cio­cia Lau­ren już ni­gdy nie wróci. Josh mu za­zdro­ścił. Nie mu­siał trzy­mać fa­sonu. Pła­kał tak, jak miał ochotę Josh: bez skrę­po­wa­nia, wy­le­wa­jąc z sie­bie udrękę i strach.

- Za­dzwoń, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wał - po­wie­działa Kosz­marna Char­lotte z jesz­cze bar­dziej kosz­mar­nymi ja­sno­nie­bie­skimi oczami.

Po­dała mu kar­teczkę. Za­kła­dał, że to jej nu­mer te­le­fonu. Kiedy zro­biła krok w jego stronę, aby go przy­tu­lić, Josh w tym sa­mym cza­sie wy­cią­gnął rękę. Strasz­nie nie­zręczne. Lau­ren prze­ku­łaby tę sy­tu­ację w coś za­baw­nego. Char­lotte unio­sła brew, Josh nie miał jed­nak pew­no­ści, jak zin­ter­pre­to­wać ten gest. Wziął od niej pa­pier i scho­wał do kie­szeni, po czym usiadł. Ta kar­teczka nie da­wała mu spo­koju. Od­czu­wał jej obec­ność jak zdradę, dla­tego wy­jął ją z kie­szeni i rzu­cił pod stół, w du­chu prze­pra­sza­jąc per­so­nel sprzą­ta­jący. Już so­bie wy­obra­żał, co po­wie­dzą: "Co za lu­dzie. Rzu­cają śmieci na pod­łogę jak zwie­rzęta".

Schy­lił się i ro­zej­rzał, szu­ka­jąc zwitka pa­pieru.

- Co ty ro­bisz? - syk­nęła jego matka.

- Ste­pha­nie - usły­szał głos ja­kiejś ko­biety. - Tak bar­dzo mi przy­kro! To była taka uro­cza dziew­czyna. Eee... gdzie jest Jo­shua?

Kar­teczka znaj­do­wała się poza jego za­się­giem. Się­ga­jąc po nią, usły­szał, jak za nim prze­wraca się krze­sło. Chwy­cił kartkę i wstał, po czym pod­niósł krze­sło.

- Wi­tam - po­wie­dział do ko­le­żanki swo­jej matki.

- Jo­shua, pa­mię­tasz Ninę, prawda? Z la­bo­ra­to­rium?

Jego matka przez trzy­dzie­ści lat pra­co­wała w la­bo­ra­to­rium szpi­tala Rhode Is­land. Nie przy­po­mi­nał so­bie tej ko­biety.

- Tak - skła­mał, ści­ska­jąc jej dłoń.

Przy­cią­gnęła go do sie­bie i za­to­piła w uści­sku, na co Josh się skrzy­wił.

- Moje kon­do­len­cje, ko­chany - po­wie­działa.

- Dzię­kuję pani.

Stał tak przez chwilę, po czym się od­wró­cił i po­szedł do to­a­lety, aby wy­rzu­cić kar­teczkę. Nie­po­trzebny był mu nu­mer Kosz­mar­nej Char­lotte ani ni­kogo in­nego. Pra­gnął je­dy­nie, aby jego żona żyła.

Pra­wie nie roz­po­znał twa­rzy, którą zo­ba­czył w lu­strze. Uniósł rękę, chcąc się upew­nić, że to rze­czy­wi­ście on. To mu­siał być sen, prawda? Gra­mo­le­nie się pod stół po ka­wa­łek pa­pieru, ci wszy­scy lu­dzie, któ­rych wła­ści­wie nie znał... W na­stęp­nej ko­lej­no­ści prze­kona się, że jest nagi, a po­tem się obu­dzi obok swo­jej żony. Mocno ją przy­tuli i bę­dzie wdy­chał za­pach jej wło­sów, wtedy ona się uśmiech­nie, nie otwie­ra­jąc przy tym oczu.

Ale Josh na­dal znaj­do­wał się w to­a­le­cie i wzrok miał utkwiony w twa­rzy w lu­strze.

Kiedy wy­szedł, cze­kała na niego Sa­rah, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Lau­ren.

- Do­brze się czu­jesz?

- Nie.

- Ja też nie. - Oczy miała mo­kre. Ujęła jego dłoń i ją uści­snęła. - To ja­kiś pier­do­lony kosz­mar.

- No.

- Zja­dłeś coś?

- Tak - od­parł, mimo że tego nie pa­mię­tał.

Sa­rah od­pro­wa­dziła go do sto­lika. Lu­dzie pod­cho­dzili do niego i coś mó­wili. Nie­któ­rzy pła­kali.

Josh sie­dział ze wzro­kiem wbi­tym w stół. Moż­liwe, że re­ago­wał na mó­wią­cych do niego lu­dzi. Tyle że w grun­cie rze­czy nie miało to zna­cze­nia.

Ja­kiś czas póź­niej Da­rius od­wiózł go do domu miesz­czą­cego się w sta­rym mły­nie prze­ro­bio­nym na miesz­ka­nia.

- Chcesz, że­bym wszedł? - za­py­tał na par­kingu.

- Nie, nie. Ja... chyba chcę zo­stać sam.

- Ja­sne. Słu­chaj, Josh, mo­żesz na mnie li­czyć. Kiedy tylko bę­dziesz po­trze­bo­wał, w dzień czy w nocy. Oże­ni­li­śmy się z sio­strami. Już za­wsze bę­dziemy ro­dziną. Braćmi.

Josh kiw­nął głową. Da­rius był bar­dzo wy­soki i miał brą­zową skórę, więc wąt­pił, aby kto­kol­wiek wziął ich za braci, była to jed­nak przy­jemna myśl.

- Dzięki, Da­rius.

- To jest na­prawdę do bani, stary. - Głos mu się za­ła­mał. - Tak mi przy­kro. Ona była... ona była re­we­la­cyjna.

- Tak.

- Ju­tro się ode­zwę. Spró­buj się prze­spać, do­brze?

- Tak. Dzię­kuję ci.

Po­włó­cząc no­gami, udał się na górę. Przez sześć ostat­nich dni miesz­kał w domu swo­jej mamy, cie­sząc się z po­cie­chy za­pew­nia­nej przez ro­dzinny dom, zna­jome za­pa­chy i wy­strój. Lau­ren, któ­rej matkę można uznać za kró­lową dra­matu, z za­do­wo­le­niem przy­jęła spo­kój te­ścio­wej, do­ce­niała jej od­da­nie je­dy­nemu sy­nowi i po­dzi­wiała Ste­pha­nie za to, że ta sama go wy­cho­wała. Lau­ren jest dla jego mamy wię­cej niż sy­nową; córką, któ­rej Ste­pha­nie nie miała.

Była. Lau­ren była.

Jezu. Mu­siał te­raz zmie­niać czasy, któ­rych używa. Otwo­rzył klu­czem drzwi i wszedł do miesz­ka­nia. Nie był tu­taj, od­kąd Lau­ren tra­fiła do szpi­tala... Kiedy to było? Przed sze­ścioma dniami? Ośmioma? Całe wieki temu.

Nad ku­chenną wy­spą ja­rzyło się de­li­katne świa­tło, lampa pod­ło­gowa obok fo­tela do czy­ta­nia była włą­czona, ale świa­tło mocno przy­ciem­nione. Ktoś tu mu­siał wcze­śniej być. W miesz­ka­niu pa­no­wał ide­alny po­rzą­dek. Po­duszki na so­fie, które ku­piła Lau­ren, były na­pu­szone. Na środku wy­spy stał nie­przy­zwo­icie ra­do­sny bu­kiet żół­tych tu­li­pa­nów. Koce, któ­rych uży­wała Lau­ren, bo za­wsze było jej zimno, zo­stały zło­żone, a je­den prze­rzu­cono przez opar­cie sofy.

Pa­no­wała tu taka ci­sza.

Peb­bles, ma­jąca fiu-bździu w gło­wie suka owczarka au­stra­lij­skiego, od czasu ho­spi­ta­li­za­cji Lau­ren prze­by­wała u Jen; Josh za­po­mniał po­pro­sić o jej zwrot. No cóż. Może to zro­bić in­nego dnia.

Wszedł do sy­pialni. Me­dyczny sprzęt Lau­ren do te­ra­pii tle­no­wej w wa­run­kach do­mo­wych oraz ka­mi­zelka oscy­la­cyjna znik­nęły. Mgli­ście pa­mię­tał, że wy­ra­ził zgodę na prze­ka­za­nie tych rze­czy ko­muś w po­trze­bie czy ja­koś tak. Bu­te­leczki z le­kami, które wcze­śniej stały na noc­nej szafce, sło­iczki z ma­ścią Vicks Va­po­Rub... ich także nie było.

Idio­pa­tyczne włók­nie­nie płuc. Dzie­wię­cio­sy­la­bowe fa­tum. Nie­ule­czalna cho­roba, na którą za­pa­dali za­zwy­czaj starsi lu­dzie, cza­sami jed­nak przy­pusz­czała atak na ko­goś młod­szego. Śred­nia dłu­gość ży­cia z nią wy­no­siła od trzech do pię­ciu lat.

Lau­ren przy­pa­dła w udziale ta dolna gra­nica.

Łóżko było per­fek­cyj­nie za­słane, tak jak ro­biła to Lau­ren, za­nim to za­da­nie za­częło ją prze­ra­stać. Josh za­wsze sta­rał się ście­lić je do­kład­nie w taki sam spo­sób, ni­gdy jed­nak mu się to nie uda­wało, na co jego żona re­ago­wała uśmie­chem. Uro­cze, bez­u­ży­teczne po­duszki w kwie­ci­stych po­szew­kach le­żały na swoim miej­scu.

Wy­glą­dało tak, jakby Lau­ren przed chwilą tu była.

Josh wy­cią­gnął z szafy dżinsy i uczel­nianą bluzę i prze­brał się w nie. W kuchni wy­jął tu­li­pany z wa­zonu i wy­rzu­cił je do ko­sza, na­stęp­nie wy­lał wodę, a wa­zon wci­snął do ko­sza na szkło. Wziął gar­ni­tur, ko­szulę, skar­petki, na­wet bok­serki, i udał się z nimi do ogródka na da­chu przy­na­le­żą­cego do miesz­ka­nia. Choć raz nie my­ślał o tym, jak bar­dzo nie znosi wy­so­ko­ści. Do­brze mu zro­bił po­wiew zim­nego, wil­got­nego po­wie­trza.

Na jed­nym ze słup­ków że­liw­nej ba­lu­strady ota­cza­ją­cej ogród sie­działa mewa i go ob­ser­wo­wała, zaś wiatr stro­szył jej pióra.

Josh uru­cho­mił ga­zowy grill i mak­sy­mal­nie pod­krę­cił ogień.

A po­tem spa­lił ubra­nie, które wło­żył na po­grzeb żony, i stał tam jesz­cze długo po tym, jak za­mie­niło się w po­piół. Za­czął pa­dać śnieg.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Jo­shua

14 lu­tego

W trze­cią rocz­nicę ślubu Jo­shua Park wra­cał do domu w Pro­vi­dence w sta­nie Rhode Is­land z Bo­stonu. Spo­tkał się tam z przed­sta­wi­cie­lami firmy pro­du­ku­ją­cej sprzęt me­dyczny, któ­rej ja­kiś czas temu sprze­dał pro­jekt. Wresz­cie mógł od­po­cząć od kon­taktu z ludźmi, a naj­bar­dziej cie­szył się z tego, że wraca do żony.

Za­trzy­mał się w kwia­ciarni po za­mó­wione wcze­śniej trzy tu­ziny bia­łych róż. Miały one być do­dat­kiem do cze­ko­la­dek, które ku­pił w ulu­bio­nym skle­pie żony, a także ze­garka ze skó­rza­nym pa­skiem, pi­żamy z błę­kit­nego je­dwa­biu i dwóch kar­tek: jed­nej sen­ty­men­tal­nej i jed­nej za­baw­nej. Nie lek­ce­wa­żył rocz­nic, o nie.

Po otwar­ciu drzwi Jo­shuę przy­wi­tała ciem­ność, w któ­rej po­grą­żone było całe miesz­ka­nie z wy­jąt­kiem ko­ry­ta­rza roz­świe­tlo­nego szpa­le­rem świec. Na pod­ło­dze le­żały płatki ró­żo­wych róż. No pro­szę. A więc nie tylko on od­wie­dził dziś kwia­ciar­nię. Na so­fie spała Peb­bles, ich suka.

- To twoja sprawka? - za­py­tał.

Peb­bles za­ma­chała ogo­nem, ale na­wet nie otwo­rzyła oczu.

Zdjął buty i mo­kry od top­nie­ją­cego śniegu płaszcz. Z wiel­kim bu­kie­tem udał się po­woli w stronę sy­pialni, roz­ko­szu­jąc się tą chwilą i od­su­wa­jąc od sie­bie nie­po­kój wy­wo­łany świa­do­mo­ścią, że Lau­ren wy­szła z domu w taką po­godę. W jego ży­łach pul­so­wała nie­cier­pli­wość. Drzwi do sy­pialni były uchy­lone, dzięki czemu wi­dział, że po­kój jest ską­pany w mi­go­czą­cym bla­sku świec. Pchnął drzwi, a na jego twa­rzy po­woli wy­kwitł uśmiech.

Jego żona le­żała na brzu­chu na łóżku, a jej je­dy­nym odzie­niem była ota­cza­jąca ta­lię czer­wona wstążka za­wią­zana na ko­kardę. Brodę opie­rała na dło­niach, a nogi w ko­la­nach zgięła tak, że pięty nie­mal się sty­kały z uro­czym ty­łecz­kiem.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji wa­len­ty­nek - po­wie­działa ochry­ple.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji rocz­nicy ślubu.

Oparł się o fu­trynę i na­pa­wał wi­do­kiem swo­jej żony (to słowo na­dal przy­pra­wiało go o dresz­czyk przy­jem­no­ści) z roz­pusz­czo­nymi ciem­no­ru­dymi wło­sami i ja­rzącą się w świe­tle świec kre­mową skórą.

- Zgad­nij, co dla cie­bie mam - rzu­ciła.

- Nie mam po­ję­cia.

- Pierw­sze słowo to "sek­sowny", a dru­gie "wie­czór".

- Na to wła­śnie mia­łem ochotę. - Po­lu­zo­wał kra­wat. - Nie je­steś zbyt zmę­czona? - za­py­tał.

- Czy ja wy­glą­dam na zmę­czoną? Czy ra­czej jak ktoś, kto za­raz otrzyma bzy­kanko ży­cia?

Za­śmiał się.

- Zde­cy­do­wa­nie to dru­gie. - Pod­szedł do łóżka, uklęk­nął i po­ca­ło­wał ją z całą mi­ło­ścią, wdzięcz­no­ścią, po­żą­da­niem i szczę­ściem, ja­kie miesz­kały w jego sercu. - Sma­ku­jesz cze­ko­ladą - po­wie­dział i lekko się od­su­nął. - Wstydź się.

- To moja wina, że zo­sta­wi­łeś mnie samą z tru­flami Fran o smaku sło­nego kar­melu? - za­py­tała. - Chyba oboje wie­dzie­li­śmy, jak to się skoń­czy.

- Scho­wa­łem je.

- Nie­zbyt do­brze. W pu­dełku po bu­tach w wa­lizce na gór­nej półce w sza­fie? Bła­gam. Straszny z cie­bie ama­tor.

- Masz węch jak pies my­śliw­ski.

- Tak, tak, mów jesz­cze wię­cej spro­śno­ści - rze­kła ze śmie­chem. - No już. Od­pa­kuj swój pre­zent i ko­chaj się z żoną.

- Tak jest, psze pani - od­parł.

Prze­su­nął dłońmi po jej je­dwa­bi­stej skó­rze. Boże, ko­chał być żo­naty. Ko­chał Lau­ren, ko­chał ten po­kój i to łóżko oraz fakt, że jego żona za­dała so­bie tyle trudu, aby po­za­pa­lać świeczki, roz­sy­pać płatki róż, ro­ze­brać się i zna­leźć czer­woną wstążkę. Jej skóra pach­niała mig­da­łowo-po­ma­rań­czo­wym że­lem pod prysz­nic. Pa­znok­cie u stóp po­ma­lo­wała na czer­wono. I to wszystko dla niego.

- Je­stem naj­więk­szym szczę­ścia­rzem na świe­cie - wy­szep­tał z ustami przy jej szyi.

- Ja także. To zna­czy szczę­ściarą - po­pra­wiła się i za­częła się śmiać, a kiedy znowu się po­ca­ło­wali, oboje byli uśmiech­nięci.

Mi­łość to nie tylko pu­sta fraza. Oni nią żyli - otu­leni cie­płym, mięk­kim ko­cem wza­jem­nego uwiel­bie­nia, a w tej chwili, tego wie­czoru, nie li­czyło się nic in­nego. Byli nie­ty­kalni, ozło­ceni, nie­śmier­telni. Bę­dzie ją ko­chał do końca swo­jego ży­cia i miał cał­ko­witą pew­ność, że ona bę­dzie go ko­chać do końca swo­jego.

Bez względu na to, ile po­trwa.

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Nie da­ła­bym rady na­pi­sać tej książki bez wdzięku, po­czu­cia hu­moru i szczo­dro­ści Char­lene Mar­shall, która dzie­liła ze mną swoją po­dróż z IPF. Dzię­kuję Ci, Char. Choć nie po­zna­ły­śmy się jesz­cze oso­bi­ście, po­łą­czyła nas przy­jaźń.

Mój ze­spół w Ber­kley jest naj, naj, naj­lep­szy, a do tego prze­fajny. Dzię­kuję Ci, Cla­ire Zion, moja za­bawna, wspa­niała wy­daw­czyni za to, że ra­zem ze mną nada­łaś kształt tej książce (i za łzy, kiedy po­dzie­li­łam się moim po­my­słem, które mi po­wie­działy, że idę do­brym tro­pem). Dzię­kuję Cra­igowi Burke'owi, Je­anne-Ma­rie Hud­son, Erin Gal­lo­way, Da­nielle Keir, Brid­get O'To­ole, Jin Yu, An­thony'emu Ra­mondo i wszyst­kim z działu re­dak­cji, sprze­daży i mar­ke­tingu, któ­rzy wy­ko­nują ka­wał fan­ta­stycz­nej ro­boty pod­czas wy­pusz­cza­nia mo­ich ksią­żek w świat. Jesz­cze raz dzię­kuję. Praca z Wami to czy­sta przy­jem­ność.

Moja agentka Ma­ria Ca­rva­inis i jej nie­za­wodna ekipa - Eli­za­beth Copps, Mar­tha Gu­zman oraz Rose Friel - są ab­so­lut­nie naj­lepsi w tej branży, za­wsze służą mi radą i wspar­ciem.

Ko­rzy­sta­łam z in­for­ma­cji udo­stęp­nia­nych przez Mayo Cli­nic, Pul­mo­nary Fi­bro­sis Fo­un­da­tion, Ame­ri­can Lung As­so­cia­tion oraz z se­tek ar­ty­ku­łów po­świę­co­nych tej zło­żo­nej cho­ro­bie. Pe­te­rze, So­phie i Ri­char­dzie, dzię­kuję za po­dzie­le­nie się Wa­szymi hi­sto­riami zwią­za­nymi z neu­ro­róż­no­rod­no­ścią i za­bu­rze­niami spek­trum au­ty­zmu, dzię­kuję także or­ga­ni­za­cji Au­tism Spe­aks za mno­gość za­pew­nia­nych in­for­ma­cji. Za wszel­kie po­myłki od­po­wie­dzial­ność po­no­szę wy­łącz­nie ja sama.

Oso­bi­ste po­dzię­ko­wa­nia kie­ruję do Jen, która mi ki­bi­co­wała, oraz Joss Sta­cii, Ka­ren i Hun­tleya. Kwana Jack­son, So­nali Dev, Su­san Eli­za­beth Phil­lips, Ro­byn Carr, Ja­mie Beck, Xio Axel­rod, Ken­nedy Ryan, De­eanne Gist, Nana Ma­lone, Nancy Ro­bards Thomp­son, Ma­rie Bo­stwick... li­sta osób, któ­rym je­stem wdzięczna, cią­gnie się bez końca. Mój Boże, ależ ze mnie szczę­ściara. Dzię­kuję szcze­gól­nie mgr La­Qu­ette R. Hol­mes za jej ge­nialne za­ję­cia w The Cri­ti­cal Lens.

Hi­lary Hig­gins Mur­ray, moja naj­droż­sza przy­ja­ciółko i ab­so­lut­nie naj­lep­sza osobo, z którą chce się prze­trwać apo­ka­lipsę zom­bie albo pan­de­mię, dzię­kuję za to, że je­steś ide­alną sio­strą.

Po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się także mo­jemu mę­żowi, Te­rence'owi Ke­ena­nowi, za... cóż, tak na­prawdę za wszystko. I moim za­baw­nym, in­te­li­gent­nym, wspa­nia­łym dzie­ciom - je­ste­ście dla mnie ulu­bio­nymi ludźmi na ziemi. Sie­dze­nie ra­zem z Wami wszyst­kimi (łącz­nie z Tobą, Mike-o!) na we­ran­dzie przed do­mem to naj­lep­sze, co mnie w ży­ciu spo­tyka.

Dzię­kuję mo­jej słod­kiej psicy Wil­low, która przez ostat­nie dzie­sięć lat była przy moim boku, do­trzy­my­wała mi to­wa­rzy­stwa, kiedy pi­sa­łam, i każ­dego dnia spra­wiała, że się uśmie­cha­łam. Do zo­ba­cze­nia za Tę­czo­wym Mo­stem, ko­chana dziew­czynko.

Na ko­niec dzię­kuję Wam, czy­tel­nicy. Dzię­kuję za dar i za­szczyt, ja­kim jest Wasz czas.

1

Lau­ren

Zo­stało osiem dni14 lu­tego

Ko­chany Tato,

umie­ram, mój mąż bę­dzie wdow­cem, a mi­niony rok jest naj­wspa­nial­szym ro­kiem mo­jego ży­cia.

Czy to nie dziwne?

Tych kilka ostat­nich ty­go­dni... mie­sięcy... Czuję, że wszystko się zmie­nia. Pa­mię­tasz, jak po­le­cie­li­śmy całą ro­dziną do Ka­li­for­nii i wró­ci­li­śmy sa­mo­cho­dem? Mia­łam wtedy chyba je­de­na­ście lat. Gdy zbli­ża­li­śmy się do Wschod­niego Wy­brzeża, po­zo­sta­wia­jąc za sobą tyle ki­lo­me­trów, czu­łam, że dom jest co­raz bli­żej, mimo że mie­li­śmy jesz­cze do prze­je­cha­nia ka­wał drogi. Czuło się to. Czuło się, że się zbli­żamy.

Tak wła­śnie ostat­nio dzieje się ze mną.

Ale je­stem zbyt za­jęta ży­ciem, aby to roz­pa­mię­ty­wać. Jak mówi Red w Ska­za­nych na Shaw­shank, zaj­mij się ży­ciem albo umie­ra­niem. Ja wy­bie­ram to pierw­sze.

Lu­dzie róż­nie ra­dzą so­bie z tym, że cier­pią na nie­ule­czalną cho­robę. Ja pra­gnę­łam ją ujeż­dżać jak ko­nia wy­ści­go­wego. I chyba mi się udało. Nie mogę po­wie­dzieć, że cho­roba to naj­lep­sze, co mnie w ży­ciu spo­tkało, bo nie je­stem idiotką, ale to nie­za­prze­czal­nie ogromna część mo­jego ży­cia... A ja ko­cham swoje ży­cie. Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Pi­sa­nie do Cie­bie stało się spo­so­bem, aby po Two­jej śmierci za­cho­wać Cię w moim ży­ciu. Od­sze­dłeś osiem lat temu, ale za­wsze czuję Twoją obec­ność. Coś ta­kiego chcę zro­bić dla Jo­sha. Opra­co­wy­wa­łam pe­wien plan i dziś skoń­czy­łam go re­ali­zo­wać. W su­mie to faj­nie, że mamy aku­rat rocz­nicę ślubu. Trze­cią. Pra­gnę uczy­nić ten dzień fan­ta­stycz­nym dla Jo­sha, pra­gnę spra­wić, aby się śmiał, aby czuł, że ko­cham go jak stąd do księ­życa, bo nie wy­daje mi się, aby udało nam się do­trwać do czwar­tej rocz­nicy.

Je­ste­śmy nie­sa­mo­wi­tymi szczę­ścia­rzami. Bez względu na to, co się sta­nie, bez względu na to, jak szybko.

Ła­two jest pła­kać, a na­wet wpa­dać w pa­nikę. Po­tem jed­nak roz­glą­dam się i wi­dzę wszystko, co mam, i cała ta ra­dość... od­suwa inne rze­czy na dal­szy plan. Na­prawdę. Ni­gdy w ży­ciu nie by­łam taka szczę­śliwa.

Dzięki za wszystko, Tatku. Do zo­ba­cze­nia nie­długo.

Lau­ren