Zdecydowani na walkę - Ada Palmer

Reflow text when sidebars are open.
MATERIAŁ ŚCIŚLE TAJNY: NIEPRZEZNACZONY DO PUBLIKACJI ANI DYSTRYBUCJI
ZDECYDOWANI NA WALKĘ KRONIKA WYDARZEŃ, zaczynająca się w LIPCU roku 2454 Spisana przez MYCROFTA CANNERA na ROZKAZ PEWNYCH OSÓB
ODTAJNIENIE DOKUMENTU WYMAGA ZGODY WSZYSTKICH NIŻEJ WYMIENIONYCH CIAŁ
ŚCIŚLE TAJNE NA POLECENIE SOJUSZU
UTAJNIŁO: Cenzor Jung Ancelet Kosala; Rozporządzenie nr 2454-147 POWÓD: Operacje wojskowe, Zagrożenie dla multipasiekowego bezpieczeństwa DATA ODTAJNIENIA: 1 sierpnia 2504, za zgodą Senatu
ŚCIŚLE TAJNE NA POLECENIE UNII EUROPEJSKIEJ Tr?s Secret Défense
UTAJNIŁO: Ich Królewska Wysokość premier Isabel Carlos II POWÓD: Zagrożenie dla bezpieczeństwa Pasieki, Zagrożenie dla stosunków międzypasiekowych DATA ODTAJNIENIA: 1 sierpnia 2504, za zgodą Parlamentu
ŚCIŚLE TAJNE NA POLECENIE GORDIAN Geheime Verschlußsache
UTAJNIŁO: Kanclerz wykonawczy Carlyle Hassal-Krane POWÓD: Zagrożenie dla stosunków międzypasiekowych DATA ODTAJNIENIA DLA CELÓW NAUKOWYCH: 1 sierpnia 2459 DATA ODTAJNIENIA DLA CELÓW PUBLICZNYCH: Pięć lat po śmierci J.E.D.D. Masona
ŚCIŚLE TAJNE NA POLECENIE IMPERIUM SECRETISSIMA
UTAJNIŁO: DICTUM ABSOLUTUM
ŚCIŚLE TAJNE NA POLECENIE HUMANISTÓW Ultra Secreto Humano
UTAJNIŁO: Prezydent Vivien Ancelet POWÓD: Operacje wojskowe, Zagrożenie dla multipasiekowego bezpieczeństwa DATA ODTAJNIENIA: Dziesięć lat po zakończeniu aktualnego kryzysu
ŚCIŚLE TAJNE NA POLECENIE UTOPII Tajemnica kosmiczna
UTAJNIŁO: Ichabod Hubble, Konstelacja Strażników Zwiastunów POWÓD: Zabezpieczenie broni jądrowej i innych broni masowego rażenia DATA ODTAJNIENIA: Gdy tego rodzaju broń przestanie być realnym zagrożeniem
LISTA SIEDMIU I DZIESIĘCIU
DLA naszego zmieniającego się świata
1. Cornel MASON (Masoni) - cesarz Masonów
Mycroft "Martin" Guildbreaker (Masoni) - minister porphyrogeni, familiaris regni
Xiaoliu Guildbreaker (Masoni) - familiaris regni, małżonek Martina
Charlemagne Guildbreaker Senior (Masoni) - romanovański senator, badziadek Martina
2. Bryar Kosala (Kuzyni) - przewodniczący Kuzynów
Heloďse (niesamodzielna) - członek doradczy Naczelnej Rady Kuzynów
Lorelei "Cookie" Cook (Kuzyni) - romanovański minister oświaty, przywódca frakcji edukacjonistów
3. Vivien Ancelet (Humaniści) - prezydent Humanistów, małżonek Kosali
Jung Su-Hyeon Ancelet Kosala (Szaroprawowcy) - ich badziecko, następca Anceleta na stanowisku cenzora
Ganymede Jean-Louis de la Trémoďlle (Humaniści) - były prezydent Humanistów, przebywa w więzieniu
Aesop Quarriman (Humaniści) - romanovański senator, Triumfator Olimpiady
4. Król Hiszpanii Isabel Carlos II (Europejczycy) - pełniący obowiązki premiera Europy
Joyce Faust D'Arouet (Czarnoprawowcy) - narzeczona króla Hiszpanii
Mushi Mojave, Aldrin Bester, Voltaire Seldon (Utopianie) - jej zakładnicy
Saladin Canner (oficjalnie uważany za zmarłego) - jej pies
Julia Doria-Pamphili (Europejczycy) - przewodniczący Konklawe Senseistów.
Ektor Carlyle Papadelias (Europejczycy) - romanovański komisarz generalny
5. Dominic Seneschal (Czarnoprawowcy) - pełniący obowiązki dyrektora naczelnego Mitsubishi
Hotaka And? Mitsubishi (Mitsubishianie) - dyrektor naczelny Mitsubishi, przebywa w więzieniu
Danaë Marie-Anne de la Trémoďlle Mistubishi (Mitsubishianie) - żona And?, siostra Ganymede'a
Masami (dziennikarz), Toshi (analityk pracujący dla cenzora), Hiroaki (pracuje w KBIZ) i inni - badzieci baszu Mitsubishi (nie są skonfigurowanymi)
Carlyle Foster-Kraye de la Trémoďlle - parafianin Dominica, senseista
Jyothi Bandyopadhay (Mitsubishianie) - dyrektor Greenpeace Mitsubishi
6. Felix Faust (Gordianie) - rektor Instytutu Brilla
Jin Im-Jin (Gordianie) - mówca Senatu Romanovańskiego
7. Mycroft Canner (usługowcy) - Ósme Anonim, nasz kronikarz
8. Jehovah Epicurus Donatien D'Arouet Mason (niesamodzielny) - Trybun Bezpasiekowych Szaroprawowców, porfirogeneta, członek doradczy Naczelnej Rady Kuzynów, pełniący obowiązki prokuratora generalnego Humanistów, doradca Rady Europejskiej, doradca Dyrektoriatu Naczelnego Mitsubishi, pień powstającego baszu mózgowców Gordian, Obcy, dziedzic tronu Hiszpanii, Bóg
Gibraltar Chagatai (Czarnoprawowcy) - jego gospodyni
9. Ojiro Cardigan Sniper (Humaniści) - trzynaste OS, przebywa na wolności
Ockham Prospero Saneer (Humaniści) - dwunaste OS, przebywa w więzieniu
Lesley Juniper Sniper Saneer (Humaniści) - jego zastępca, przebywa na wolności
Tullius Mardi (Szaroprawowcy) - podżegacz do wojny, jego sprzymierzeniec, przebywa na wolności
Thisbe Ottila Saneer (Humaniści) - twórca ścieżek zapachowych, przebywa w więzieniu
Cato Weeksbooth (Humaniści) - szalony popularyzator nauki, przebywa w więzieniu
Eureka Weeksbooth (Humaniści) - kartezjańskie skonfigurowany, przebywa na wolności
Sidney Koons (Humaniści) - kartezjańskie skonfigurowany, przebywa w więzieniu
Kat i Robin Typer (Humaniści) - jedno na wolności, drugie w więzieniu
10. Achilles Mojave - bohater
Patroklos Celujący - jego prawa ręka
Wypatrywacz, Pełzacz, Medyk, Stojący Ż, Bezpodstawkowy - jego ocalali ludzie
Różni usługowcy występujący pod pseudonimami - jego Myrmidoni
Szeregowy Przykucnięty - dezerter
Boo - prawdziwy pies
In Memoriam:
Bridger - cud
Mama Lalka, Nieuzbrojony, Stojący Z - jego stworzenia
Casimir Perry (Merion Kraye) - czarny charakter
Basz Mardi: Geneva, Aeneas, Jules, Chiasa (Masoni), Leigh (Kuzyni), Malory, Seine (Humaniści), Jie (Mitsubishianie), Makenna (Europejczycy), Mercer (Gordianie), Kohaku, Luther Mardigras (Szaroprawowcy); ich badzieci Laurel i Ken (niesamodzielni) oraz Ibis (Kuzyni); ich przyjaciel Apollo Mojave (Utopianie) - pierwsze ofiary wojny
Rozdział pierwszy
MY, ALFABET
Napisane 6 lipca roku 2454 w Aleksandrii
To przejaw pychy, Czytelniku, twierdzić, że jest się kimś, kto w całej historii nie ma sobie równych pod takim czy innym względem: najpotężniejszym, najpoważniej skrzywdzonym, najbardziej samotnym. Doświadczenie i grecka krew płynąca w moich żyłach uczą mnie, że pychy należy się bać najmocniej ze wszystkich grzechów. Mimo to, gdy przedstawiam się Ci tu po raz kolejny, nie mogę się powstrzymać przed napisaniem, że jestem najbardziej niezasłużenie pobłogosławionym człowiekiem, jaki kiedykolwiek żył. Ja, który ongiś popełniłem kolejno wszystkie grzechy z katalogu, ja, kanibal, oprawca, zdrajca i baszrobójca, który w wieku lat siedemnastu oczekiwał na zasłużoną egzekucję, ja, Mycroft Canner, mam teraz trzydzieści jeden lat, żyję, jestem zdrowy i mam znacznie więcej wolności, niż powinno się mi przyznać, wykorzystuję swe talenty służąc nie tylko jednemu, lecz kilku godnym mojej wierności panom, a nawet pozwala mi się sypiać w ramionach tego, którego objęcia zawsze będą dla mnie najmilszym miejscem w całym wszechświecie, podczas gdy on również śpi tam, gdzie jego miejsce - na podłodze pod drzwiami sypialni swej pani.
Działania wojenne jeszcze się nie zaczęły, ale wody cofnęły się już przed nadejściem przypływu, odsłaniając plaże i ich tajemnice. Hobbes mówi nam, że wojna nie polega tylko na walce, lecz jest to również odcinek czasu, w którym zdecydowanie na walkę objawia się tak wyraźnie, że człowiek, czując żądzę krwi w innych i w sobie samym, nie może już wierzyć, że cywilizacja spełni swe obietnice i utrzyma pokój. W takim przypadku jesteśmy w stanie wojny już od czterech miesięcy, od chwili, gdy aresztowanie Ockhama oraz zamach przeprowadzony przez Snipera ujawniły zbyt wiele prawdy, by zaufanie mogło to wytrzymać. Choć jednak jesteśmy zdecydowani na walkę, nie wiemy, jak ją rozpocząć. Od trzystu lat cieszyliśmy się pokojem, prawdziwym, światowym pokojem, bez względu na to, co mogą mówić malkontenci. Ludzie z naszego pokolenia nigdy nie spotkali kogoś, kto spotkał kogoś, kto walczył na wojnie. Rządy nie mają już armii, nie mają broni. Człowiek może zabić drugiego człowieka z pistoletu, mieczem czy zaostrzonym kamieniem, ale rasa ludzka nie pamięta już, jak zmienić osiemnastoletnie dziecko w żołnierza, uformować tłum w szyki bitewne albo zdehumanizować nieprzyjaciela do tego stopnia, że myśl o jego zabiciu staje się możliwa do przyjęcia.
Niemniej nauczymy się tego szybko. Człowiek nadal pozostaje gwałtownym zwierzęciem. Dowiodłem tego osobiście przed trzynastu laty, popełniając serię okrutnych czynów, które zraniły publiczną świadomość do tego stopnia, że cały świat jednym głosem domagał się mojej krwi. Będziemy walczyć, ale nikt nie chce pierwszy zapalić zapałki, ponieważ nie wiemy, jak szybko zapłonie paliwo. Trzysta lat temu ludzkość miała tyle broni, że mogłaby zabić wszystkich mieszkańców Ziemi po sto razy. W dzisiejszych czasach technologia, która stworzyła tamtą broń, jest tak przestarzała, że dzieci rozszczepiają atomy w ramach szkolnych projektów naukowych tylko dlatego, że interesują się historią. Nie mamy nowszej broni, ale nikt nie wątpi, że wystarczy miesiąc starań, by wiedza, która tworzy dla nas żywność albo spowalnia starzenie, zrodziła okropności, jakich obecnie nawet sobie nie wyobrażamy. Jeśli przetrwamy, nasi żyjący wśród ruin potomkowie będą się chcieli dowiedzieć, jak to się stało. Z myślą o owej dociekliwej potomności nakazano mi dalej spisywać tę kronikę.
Robiłem to już przedtem. Przed tygodniem moi panowie przedstawili światu napisaną przeze mnie krótką historię Dni Transformacji, które skończyły się przed czterema miesiącami, stawiając nas na progu wojny. Mówią mi, że moja opowieść spełniła ich nadzieje: ujawniła znaczną część prawdy, nie popychając nas dalej ku przepaści. Jako historyk mam jedną niezaprzeczalną zaletę - wszyscy wiedzą, że jestem obłąkany. Żaden sąd ani żadna rada nie zaufają mojemu świadectwu, a wszyscy czytelnicy mogą sami wybierać, w co zechcą uwierzyć, i odrzucać to, co zbyt ich niepokoi, jako wytwór szaleństwa. Dałem opinii publicznej tyle prawdy, ile chciała usłyszeć, ale nie więcej, zostawiając komentatorom i propagandystom zadanie przetworzenia rozmaitych opinii we frakcje, a frakcji w strony i we wrogów.
Ta kronika jest inna. Pierwszą opowieść napisałem po to, by moi panowie dzielili się nią i wykorzystywali ją w czasie obecnym. Tej nie można ujawnić, ponieważ opisane w niej sekrety nadal pozostają tajemnicami wojennymi. Władze, które zleciły mi spisywanie kroniki ich poczynań, tydzień po tygodniu, nie pozwalają czytać mojego tekstu nawet sobie nawzajem. Tylko ja jeden cieszę się tym osobliwym zaufaniem wielu przywódców frakcji, które wkrótce staną się toczącymi wojnę państwami. Słyszę tajemne szepty w pałacach i buduarach. Owe szepty wkrótce ukształtują armie, ale historia nigdy się o nich nie dowie, jeśli ktoś ich nie zapisze. Moi panowie każą mi opisać to ludzkie tło wojny nie dla siebie i nie dla ogółu, lecz po to, by relacja o owych czasach przetrwała, a wraz z nią jakaś postać ich obrony, podobnie jak Platon w swej obronie przekazuje nam relację o zapomnianym Sokratesie. Obawiam się, że w tej wonie utracimy ich wszystkich: mądrego, twardego jak żelazo cesarza, patriotyczne Sniper i subtelną Madame. Już utraciliśmy najlepszego z nas. Tego właśnie żałuję najbardziej, Czytelniku. Ponieważ nie możesz zaufać słowom szaleńca, nie przekonam Cię o jedynym fakcie, który pociesza mnie w mej żałobie. Bridger istniał naprawdę. Po naszej Ziemi chodził chłopiec, który był cudem. Trzymałem go w ramionach. Boska Światłość jego dotyku dawała życie zabawkom, zmieniała placki z błota w wykwintne uczty i wskrzeszała umarłych. Za jego pośrednictwem ujawniał się Bóg, Który Wymyślił Ten Wszechświat, Bóg, który zwykle pozostaje ukryty i niewidzialny. Gdybyś tylko mógł mi uwierzyć. Opatrzność istnieje, Czytelniku - niepojęta, lecz inteligentna Wola, która nie bez powodu zaprowadziła nas z pierwotnego błota na to pole bitwy. Ten, Kto włożył w ludzkość tak wiele wysiłku, nie pozwoli, by nasza historia teraz się skończyła. Nie, to fałsz. Nie mam pewności, czy On nadal nas potrzebuje. Fataliści, którzy od dawna głosili, że wszystko, od ruchów skrzydełek owada, aż po słowa, które czytasz w tej chwili, jest z góry zdeterminowane, napisane na Wielkim Zwoju gdzieś na górze, nie brali pod uwagę możliwości, że ten Zwój może mieć Adresata. Czytelniku, istnieje co najmniej dwóch Bogów - Bóg, Który Wymyślił Ten Wszechświat, i Bóg, Który Przybył Do Nas Z Innego, równie Nieskończony i równie Rzeczywisty. My, ludzie, jesteśmy literami w liście, który napisał nasz Stwórca, by nawiązać pierwszy kontakt ze swym Odpowiednikiem, Równym Mu Bogiem. Teraz, gdy ten list dotarł do celu, można go podrzeć i wyrzucić albo zachować na pamiątkę w szufladzie zamkniętej jak trumna. My, alfabet, możemy tylko modlić się, by Ich świeżo zawarta przyjaźń nadal potrzebowała słów. W takim przypadku przetrwamy.
Rozdział drugi
GODNOŚĆ CZŁOWIEKA
Napisane 7-8 lipca roku 2454 Wydarzenia z 8 kwietnia Almoloya de Juáres
- Ja, Vivien Ancelet, niniejszym przysięgam na swą godność człowieka, że będę z wiarą i wigorem wykonywało obowiązki prezydenta Pasieki Humanistów.
Wyobraź sobie, Czytelniku, że słyszysz te słowa, nie na miejscu, w Buenos Aires, stojąc na palcach, by ujrzeć podium nad oceanem głów podekscytowanych ludzi. Widzisz Anceleta na prymitywnym ekranie, szerokim tylko na rozpiętość dłoni, a wytworzony przez antyczną technologię obraz jest pełen pikseli. Oglądasz nagranie, nie dzielisz więc tej chwili z miliardem współbraci. To jedynie dostarczony z opóźnieniem dowód na to, że świat za murami więzienia toczy się dalej bez Twojego udziału.
- Przysięgam, że będę przestrzegało i broniło konstytucji oraz praw Pasieki - kontynuował Ancelet - dbało o jej integralność i niezależność, wspierało wszystko, co jej sprzyja, oraz sprzeciwiało się temu, co może jej zaszkodzić. Będę dbało o drogę do Doskonałości wszystkich Humanistów, o bezpieczeństwo ich praw i swobód, a także Igrzysk Olimpijskich oraz Ducha Olimpijskiego i wszystkich, którzy pozostają mu wierni. W tych celach posłużę się wszelkimi środkami... - W tym punkcie nowy prezydent się zawahał, ponieważ, podobnie jak Ty, Czytelniku, dopiero niedawno dowiedział się, że "wszelkie środki" w konstytucji Pasieki Humanistów już od dawna oznaczały OS. - Wszelkimi środkami, jakie oddaje mi do dyspozycji obecna Konstytucja Humanistów. Jeśli zaś głosowanie zmieni tę konstytucję, będę z równym wigorem służyło jej nowej postaci. Będę sumiennie wykonywało te obowiązki bez uprzedzeń i nie będę ulegało wpływom osobistych więzi, aktualnych bądź dawnych, które łączą mnie z innymi Pasiekami, grupami narodowymi, zespołami ekspertów albo innymi instytucjami. Co więcej, przysięgam, że pozostanę wierne zasadom oraz reformom Thomasa Carlyle'a, a także będę przestrzegało Kompromisu Carlyle'a oraz wszystkich innych traktatów, które służą dobrobytowi Humanistów. Przysięgam, że nie wyjawię związanej z moim urzędem wiedzy, która musi... musi pozostać tajemnicą. - Zająknął się tylko leciutko. - Gdybym kiedyś złamało tę przysięgę albo zawiodło zaufanie członków w jakikolwiek inny sposób, poddam się karze zgodnej z prawem Pasieki. To moja szczera przysięga.
- Pragnę też dodać... - podjął Vivien po chwili przerwy. Jego głos nabrał bardziej ludzkiego brzmienia. Mówił od siebie, a nie recytował przygotowany tekst. - Do tej oficjalnej przysięgi osobiste zapewnienie skierowane do moich nowych braci, Humanistów. Obiecuję, że pozycje, które dotąd zajmowałom, oraz wiążące się z nimi zobowiązania nie wpłyną na to, jak będę piastowało urząd, który mi powierzyliście. Nie jestem już Bezpasiekowym. Nie jestem już cenzorem. Nie jestem romanovańskim urzędnikiem. Szczerze poprzysięgłom, że interesy Humanistów będą miały dla mnie pierwszeństwo, nawet przed Kompromisem Carlyle'a oraz interesami Uniwersalnego Wolnego Sojuszu, gdyby okazało się to konieczne. Nie jestem też Anonimem. Od tej chwili moje komentarze zawsze będą służyły interesom Pasieki, do której się przyłączyłom Jestem Humanistą i mówię jak Humanista, choć jeszcze nie po hiszpańsku - dodał z lekkim zażenowaniem. - Przepraszam was za to, ale myślę, że będzie lepiej, jeśli moje słowa zrozumie cały świat, a nie tylko członkowie Pasieki. Mamy teraz nowego cenzora oraz nowego Anonima i obaj zasługują na te pozycje. Jestem przekonane, że spełnią swe obowiązki równie dobrze, jak mogłobym je spełnić ja czy ktokolwiek inny. Mam nadzieję, że wy również im zaufacie, tak samo jak ufaliście mnie, nim zostałom zmuszone porzucić tamte urzędy, by objąć nowy.
Ekran pociemniał. W moich oczach wezbrały łzy, ale dzięki wprawie nie pozwoliłem im wypłynąć. Jeśli na tym świecie był choć jeden człowiek, który zasługiwał na to, by zobaczyć tę przysięgę na żywo, by być obecnym, gdy jego przysięga wierności przechodziła na nowego wodza naczelnego, tym człowiekiem był Ockham Saneer. Musiał jednak oglądać to tutaj, dziewiętnaście godzin po inauguracji. Nie mógł nawet wstać, by wysłuchać tych słów, bo okowy i więzienne zwyczaje przykuwały go do krzesła. Nie miał też swoich butów, tylko więzienny uniform. Luźny, granatowo-pomarańczowy strój wyglądał wesoło, wręcz błazeńsko - jakby dziecko nieudolnie próbowało zapakować urodzinowy prezent. Ockham nie ronił łez nad swoją sytuacją, ale zauważyłem, że się wzdrygnął, a jego policzek poruszył się w nagłym tiku - jedynej oznace żalu na jego silnej, wykutej z brązu indyjskiej twarzy. Jej widok zawsze przypomina mi, który lud, jako jedyny pośród gotowych do wojny tłumów starożytności, zdołał powstrzymać Aleksandra.
- Oddanie wszystkich głosów zajęło cztery godziny i siedemnaście minut.
Przynajmniej te słowa Ockham usłyszał na żywo. Wypowiedział je po hiszpańsku - ciepło, choć niezbyt poprawnie - prezydent Ancelet, siedzący naprzeciwko niego w sterylnym pokoju przesłuchań.
Ockham uśmiechnął się, słysząc, jak szybko miliard członków jego Pasieki wypełniło swój demokratyczny obowiązek.
- ?Chcecie zobaczyć, jak interimo wiceprezydent Sawyer Dongala składa cérémonia? - zapytał Ancelet. Jego dobroduszny, dziecinny hiszpański był usiany francuskimi i angielskimi słowami. - Po mnie najwięcej głosów otrzymali Sniper, byłe prezydent Ganymede, wy, wasze éspoux Lesley, J.E.D.D. Mason i Sawyer Dongala. Dlatego Dongala zgodziło się pełnić obowiązki wiceprezydenta, zanim ustalimy, czy którekolwiek z pozostałych może pełnić tę funkcję w obecnych circonstances. W drugim, pilnym głosowaniu zatwierdzono Dongalę.
Głos Ockhama załamał się nagle. Jego gardło odmówiło posłuszeństwa po dziesięciu dniach ostrożności, podczas których wypowiadał tylko niewiele mówiące monosylaby oraz słowa "do toalety".
- Przy... grhhh... przyjmuję do wiadomości fakt, że zgodnie z prawem wybrano was na prezydenta Pasieki Humanistów i że macie teraz uprawnienia zadawania pytań i wydawania rozkazów, jakie daje wam ten urząd.
Ciepły uśmiech nowego prezydenta natychmiast przeszedł w skupioną minę. Ancelet był gotowy do działania.
- ?Od kogo Sniper otrzymało rozkaz ataku contre J.E.D.D. Masonowi? - zapytał ostro i szybko, jak człowiek ani przez chwilę niewątpiący, że Ockham, który nie przerwał milczenia w obliczu wszelkich gróźb i obietnic dozwolonych dla przedstawicieli prawa, przerwie je dla niego. - ?Jakie inne osoby o tym wiedziały?
- Możemy mówić po angielsku, jeśli tak będzie dla was łatwiej, członku prezydencie - zaproponował łagodnym tonem Ockham, zmieniając język. - O ile mi wiadomo, Oji... jiro nie powiedziało o tym nikomu. Działało na własną rękę. - Zająknął się przy rzadko wypowiadanym pierwszym imieniu Snipera. - Basz nie miał już wtedy kontaktu z prezydentem Ganymede'em. Nawet Lesley i ja nic nie wiedzieliśmy o planach Ojiro.
Ancelet skinął głową na znak podziękowania za językową uprzejmość Ockhama.
- Zatem Sniper działało samo. - Jego ramiona rozluźniły się nieco. - Opowiedzcie mi o OS.
- Oficjalnie czy poza protokołem, członku prezydencie?
- Na razie poza. Wkrótce będziemy musieli wydać publiczne oświadczenie, ale najpierw samo muszę wszystko zrozumieć.
Ta odpowiedź zadowoliła Ockhama, jeśli dobrze odczytałem jego reakcję.
- Dlaczego Mycroft tu jest? - zapytał.
Ancelet spojrzał na mnie, podążając za przykładem Ockhama. Siedziałem na metalowej ławce w kącie, oplatając rękoma kolana, i starałem się ignorować więzienne widma, szarpiące pazurami moje kończyny oraz barki. Nie potrafię Ci powiedzieć, czy te widma były duchami zmarłych więźniów, czy po prostu emanacją zazdrosnych ścian, wyczuwających we mnie kolejnego zbrodniarza, którego powinny tu zatrzymać. Staram się przekonać samego siebie, że nie ma żadnych więziennych widm. To nawet nie było prawdziwe więzienie, po prostu tymczasowy areszt dla tych, którzy czekali na proces. Nikt nigdy nie siedział tu wystarczająco długo, by pozostawić po sobie zgorzkniałego ducha. Niemniej - podobnie jak w każdym więzieniu, którego progi kiedykolwiek przekroczyłem - widziałem te widma, słyszałem je i czułem dotyk ich witek, równie realny jak dotyk ubrania na mojej skórze.
- Nie wolno mi nigdzie chodzić bez ochroniarza - odparł nowy prezydent. - Uznałom, że będziecie woleli kogoś, kogo obaj znamy i komu ufamy.
Ockham zmarszczył brwi.
- Czy to jedyny powód?
- Nie. Możecie nie zdawać sobie z tego sprawy, ale polegałom na Mycrofcie już od dłuższego czasu, nie tylko jako cenzor, lecz również podczas sprawowania mojego... tajnego urzędu. Mycroft jest moim asystentem, doradcą i uczniem. Moim następcą.
- Nowym Anonimem? Nie wiedziałom o tym. - W spojrzeniu Ockhama nie dało się dostrzec zaskoczenia, a tylko analizę nowego faktu, wolną od wszelkich komentarzy. - Ze względu na preferencje głosujących urząd Anonima często wiązał się z pozycją naszego wiceprezydenta, ale to nie jest humanistyczny urząd, a Mycroft nie jest Humanistą. Jak usprawiedliwiacie wtajemniczenie nowego Anonima w sekrety OS, biorąc pod uwagę wasze zapewnienie, że zerwaliście wszelkie więzi z poprzednio piastowanymi urzędami?
Ancelet zmarszczył brwi.
- Jak rozumiem, Mycroft wiedziało o waszej pracy i dochowywało tajemnicy już od wielu lat. Te informacje nie są dla niego nowe.
- Mycroft nie znało szczegółów - sprzeciwił się Ockham. - Po prostu wiedziało, że jesteśmy zabójcami. W przeszłości zapewnialiśmy jego milczenie za pomocą dwóch gróźb. Groziliśmy, że ujawnimy fakt, iż Mycroft jest usługowcem, a także uniemożliwimy mu kontakty z Thisbe. Mycroft i Thisbe są kochankami - dodał. - Ale obecnie wszyscy już wiedzą o tym pierwszym, a zakładam, że Thisbe albo siedzi w więzieniu, albo zaginęła, więc druga groźba również utraciła znaczenie.
- W rzeczywistości Thisbe i ja nigdy nie byliśmy kochankami, członku Ockham - poinformowałem go cicho po hiszpańsku. Więzienne widma zasyczały, słysząc mój głos. - Niemniej możecie mi zaufać w tej sprawie. Ten, Którego Autorytet przewyższa dla mnie wszystkie pozostałe, rozkazał mi, bym nie zdradziło Nikomu, nawet Jemu, niczego, o czym się tutaj dowiem, bez pozwolenia zarówno waszego, jak i prezydenta Anceleta. Możecie nie wiedzieć, o jakim Autorytecie mówię, ale sądzę, że rozumiecie, iż obaj jesteśmy absolutnie posłuszni tym, którym postanowiliśmy służyć.
- J.E.D.D. Mason? - domyślił się natychmiast Ockham.
Wyczytałem z jego twarzy, że wyraz mojej mnie zdradził. Fakt, że jestem wiernym sługą J.E.D.D. Masona, nie był jeszcze wówczas powszechnie znany. Spodziewałem się, że Thisbe zachowa tę informację dla siebie, by stała się ona kolejną tajemnicą, czyniącą jej księgę zaklęć jeszcze bardziej niebezpieczną. Najwyraźniej jednak tego nie zrobiła.
- Mycroft spisuje historię minionego tygodnia - wstawił się za mną Ancelet. - Na rozkaz J.E.D.D. Masona. Ta książka ma zrelacjonować wydarzenia tak bezstronnie, jak to tylko możliwe, i zawierać tyle prawdy, ile tylko Mycroft zdoła ustalić. Żadna osoba poza nim samym nie będzie miała dostępu do treści wywiadów oraz zebranych materiałów, a wszyscy w niej wymienieni, w tym również wy, będą mieli równe prawo weta w stosunku do każdej linijki tekstu. Obiecuję, że nie zatwierdzę publikacji, dopóki mi nie powiecie, że jesteście usatysfakcjonowani.
- Historia. - Ockham przeciągnął się na swoim krześle, zastanawiając się nad implikacjami. - A po co?
- J.E.D.D. Mason lubi prawdę - odpowiedzieliśmy chórem ja i Ancelet.
Nowy prezydent parsknął śmiechem. Dredy opadły mu na ramiona niczym wierzbowe witki kołysane wiatrem. Ucieszyłem się, że nadal potrafi się śmiać.
- O to właśnie mu chodziło - wyjaśnił. - J.E.D.D. Mason pragnie, by rasa ludzka poznała prawdę. Większość pozostałych, w tym również ja, wolałaby, żeby opinia publiczna otrzymała jakąś kontrolowaną wersję prawdy, ponieważ, jak z pewnością zdajecie sobie sprawę, będzie się rozpowszechniało mnóstwo kłamstw, najczęściej skierowanych przeciwko nam. Będziemy musieli coś im przeciwstawić. Jeśli wolicie, Ockhamie, odeślę Mycrofta i wezwę humanistycznego strażnika, ale wtedy wy, ja albo my obaj będziemy musieli powtórzyć później Mycroftowi te same informacje, a ponieważ nie mam doświadczenia ze strażnikami z naszej Pasieki, nie znam na razie żadnego, któremu ufałobym tak, jak Mycroftowi... - przerwał na chwilę - ...albo wam.
- Prospero.
To imię zabrzmiało w jego ustach zupełnie martwo.
- Słucham?
- Prospero. To moje imię. Drugie imię. Nie jestem już OS, więc nie powinniście zwać mnie Ockhamem.
Te słowa sprawiały mu ból. Czułem się, jakbym słuchał obalonego króla, mówiącego, że nie przysługuje mu już tytuł "Jego Królewskiej Mości".
Prospero Saneer zamknął na moment oczy, by naradzić się z ciemnością, nim złamie pieczęć na tajemnicach, których strzegł od chwili, gdy stał się wystarczająco dorosły, by wiedzieć, co znaczy słowo "tajemnica".
- OS jest organem, który podejmuje działanie, gdy interesy Pasieki Humanistów wymagają odebrania komuś życia - zaczął. - Jego statut, który mogę wyrecytować dla was z pamięci, jeśli sobie życzycie, zaleca, choć oficjalnie nie nakazuje, wybór celów, których związek z interesami Humanistów jest na tyle niejasny, że żadne metody dochodzenia nie powinny umożliwić ustalenia naszych motywów. Podobnie śmierć powinna, jeśli to tylko możliwe, być zadana w tak subtelny sposób, że oficjalne organy nie będą podejrzewały udziału osób trzecich. Podstawowym środkiem używanym przez nas do wyboru i likwidacji celów zawsze był Sześciopasiekowy System Transportu oraz jego komputery, ale w razie potrzeby posługujemy się też innymi metodami. Dziedzicznemu baszowi Saneer-Weeksbooth powierzono zarówno Sieć Transportu, jak i wykonywanie zabójstw. Jesteśmy OS, choć tej nazwy używa się również na określenie osoby kierującej całym systemem. Jako Ockham Saneer byłom Dwunastym OS, a teraz Ojiro Sniper jest trzynastym.
- Organ, który podejmuje działanie... - powtórzył Ancelet. Gdy obracał te słowa w umyśle, w jego samogłoskach pojawił się cień francuskiego akcentu. - Ciekawe sformułowanie. Kto wybiera cele?
- Wy, członku prezydencie. A przynajmniej wy robilibyście to w prostszych czasach.
Nowy prezydent zmarszczył czarne brwi.
- A kto to robił przede mną?
- Statut OS precyzuje, którzy urzędnicy pasiekowi mogą o nas wiedzieć i wydawać nam rozkazy, zależnie od tego, jaką postać przybierze rząd Humanistów po wyborach. Jeśli w Parlamencie jest większość wystarczająca do wyboru przewodniczącego, tylko on wie i wydaje rozkazy, ale może też poinformować wiceprzewodniczącego, jeśli uzna to za stosowne. Gdy władza jest podzielona w ramach Triumwiratu, Rady, Komisji, Kongresu albo Parlamentu, istnieją specjalne protokoły przewidziane dla każdej z tych ewentualności. Z reguły tajemnicę powierza się niewielkiej liczbie osób, od dwóch do czterech, które kontrolują największe bloki w Parlamencie.
- Zatem Ganymede.
- Tak, ostatnio rozkazywało nam byłe prezydent Ganymede. - Prospero zmarszczył brwi. - Nie próbuję się wykręcić, członku prezydencie, ale to dla mnie skomplikowana sprawa. Osobiście uznaję was za prezydenta i pragnę dać wam wszystko, czego potrzebujecie, ale to przewodniczący OS powinien wam mówić te rzeczy, nie jego podkomendny albo były członek. Czasy usprawiedliwiają zawieszenie tej zasady, ale muszę się zastanawiać nad tym, co powiedziałoby na moim miejscu Ojiro.
- Sniper. - Ancelet zaczerpnął głęboko tchu. - Gdybym je teraz wezwało...
- Ojiro - poprawił go Prospero. - Ono jest teraz OS.
- W porządku, Ojiro. Jak myślicie, czy gdybym je teraz wezwało i rozkazało mu, hmm, coś zrobić, to czy posłuchałoby mnie?
- Myślę, że bardzo starannie rozważyłoby wasze rozkazy, nim cokolwiek by zrobiło.
Ancelet przez chwilę się zastanawiał.
- Dlaczego jesteście tutaj, podczas gdy Ojiro z większą częścią OS przeszło do podziemia?
- OS nie przeszło do podziemia. Pozostaje organem, który działa na rzecz Pasieki Humanistów, gdy jej interesom najlepiej służy odbieranie ludziom życia. Wy jesteście organem, który działa na jej rzecz w sprawach powiązanych z rządem i z Romanovą. Czy przyszło wam na myśl, członku prezydencie, że osiągnięcie waszego celu pokojowymi środkami może nie być możliwe?
- Jakiego celu?
- Ocalenia Pasieki. Macie nadzieję uspokoić pozostałe Pasieki i zgodzić się na ustępstwa konieczne, by przestały się domagać rozwiązania Humanistów.
- Rozważałom możliwość, że się nie zgodzą. Według moich obliczeń da się tego uniknąć.
Niemalże widziałem liczby poruszające się za oczami byłego cenzora.
Prospero również.
- A co z możliwością, że zażądają tak wielu zmian, że Pasieka utraci swoją tożsamość? Albo że przemoc eksploduje, zanim skończycie? Albo że padniecie ofiarą zamachu? Wyjątkowe czasy wymagają wyjątkowych środków. Jeśli uznacie, że potrzebujecie tych środków, jeśli skontaktujecie się z Ojiro i wydacie mu rozkazy, niemal na pewno was posłucha. Jeśli zaś będziecie unikać tych środków, a wasze metody zawiodą, OS podejmie niezbędne kroki na własną rękę. Jest jednym organem Pasieki, a prezydent jest drugim. Nie uważajcie się za głowę albo za serce.
Ciekawość przywołała uśmiech na twarz Anceleta.
- A gdzie, waszym zdaniem, są głowa i serce? - zapytał prezydent.
- Głowa to głosujący członkowie - odpowiedział natychmiast Prospero. - A serce to Komitet Olimpijski.
- Zatem dopóki ludzie i Duch Olimpijski żyją, litera prawa może się bujać? - Ancelet zachichotał. Sprawiał wrażenie, że śmieje się głównie z samego siebie. - Nie żartuję z was. Macie rację. Mogę przegrać. Wojna może być nieunikniona, zgodnie z obawami Mycrofta. Cieszę się, że Pasieka ma drugą siłę, niezależną ode mnie, która może jej bronić. Rozumiem też, dlaczego jesteście ostrożni. Macie wszelkie powody, by wątpić w moją przydatność do tego urzędu, moją lojalność wobec Pasieki, a nawet w uczciwość wyborów przeprowadzonych w takich warunkach. Ze swej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że wam ufam, Ockhamie... Prospero - poprawił się pośpiesznie. - Ufam wam bez zastrzeżeń, ale w tej chwili moje zaufanie ma czysto intelektualny charakter. Opiera się na tym, jak Mycroft opisywało was i wasze dawne uczynki. By dojść do osobistego zaufania, potrzeba będzie czasu i wzajemnych kontaktów.
Prospero uspokoił się, choć tylko odrobinę. Widziało się to w pozycji jego ramion i kręgosłupa. Ze świeżo zasianego ziarna optymizmu wyrósł pierwszy, delikatny listek.
- Byłe prezydent Ganymede miało wyłączne prawo wydawania rozkazów OS, ale przed każdym atakiem konsultowało się z dyrektorem naczelnym Hotaką And? Mitsubishim oraz premierem Casimirem Perrym.
- Dlaczego?
- Od samego początku, na podstawie konwencji, a nie prawa, dyrektor naczelny Pasieki Mitsubishi było informowane o poczynaniach OS przez przedstawiciela Humanistów wydającego rozkazy tej instytucji. Co więcej, OS służyło również interesom Mitsubishian.
- Dlaczego?
Tym razem to Prospero zmarszczył czarne brwi.
- Być może dlatego, że personel centrum, które stworzyło Sieć Transportu, składał się częściowo z Mitsubishian. Albo dlatego, że pierwsi współdyrektorzy tego centrum, Orion Saneer i Tungsten Weeksbooth, uważali, że korzystnie będzie zawrzeć długotrwały sojusz z Pasieką Mitsubishi. A może dlatego, że w czasach, gdy tworzono system, prezydent Olimpijczyków Adeline Dembélé chciało włączyć do niego Mitsubishian z jakichś powodów zapomnianych przez historię. OS celowo prowadzi bardzo niewiele zapisków, więc wiele szczegółów zaginęło.
Zastanawiam się, jak czuje się ktoś, kto dźwiga grzechy nie ojca, lecz niemalże zapomnianego półrodzica. Przed założeniem twojej dynastii szlachetny król, jakiś twój pradziadek od strony matki, ze stanowczo zbyt wieloma "pra" dodanymi z przodu, był mordercą. Nim twoi przodkowie zdobyli małą fortunę, z której ty uczyniłeś wielką, kupili sobie bilet do Nowego Świata, ograbiając trupy. Przed prezydentem Humanistów był prezydent Olimpijczyków, którego następcy połączyli się z Wielkim Nieustannym Przyjęciem, żeby stworzyć Pasiekę Humanistów, i to prezydent Olimpijczyków ściągnął na oba wasze domy klątwę OS.
- Czy właśnie dlatego, gdy basz w każdym pokoleniu przyjmuje nowych członków, zawsze wywodzą się oni z mitsubishiańskich baszów?
- Taka jest zasada - potwierdził Prospero. - Małżonków i współbaszowców wywodzących się z zewnątrz musi zaakceptować przewodniczący i muszą oni wywodzić się z Pasieki Humanistów albo Mitsubishi, ewentualnie Europejczyków, ale to wymaga specjalnych pozwoleń oraz sprawdzenia.
Ancelet skinął głową.
- W jaki sposób wciągnięto w to Europę?
- To było w roku dwa tysiące trzysta trzydziestym trzecim. Mam wrażenie, że była to koncesja przyznana Europejczykom w zamian za to, że Unia Europejska nie zakazała nabywania ziemi należącej do Europejczyków nie-Europejczykom, podobnie jak Pasieka Mitsubishi zakazuje jej sprzedaży nie-Mitsubishianom. Wtedy... czy jest z tym jakiś problem?
Gdy Ancelet usłyszał wzmiankę o sprzedaży ziemi, wzdrygnął się, jakby ugryzł go giez. Zauważyłem, że sięgnął odruchowo do konsoli, którą miałby pod ręką, gdybyśmy przebywali w mrocznym azylu o ścianach pełnych ekranów, jakim było Biuro Cenzora w Romanovie. Tam właśnie on, ja, Jung Su-Hyeon, który nie był jeszcze cenzorem, oraz Toshi Mitsubishi, która jeszcze nie dopuściła się zdrady, raz po raz sprawdzaliśmy wszystkie liczby dotyczące sprzedaży ziemi, aż do roku 2330, gdzie nasze równania o węchu czulszym niż węch świń szukających trufli wyczuły węzły napięcia, przerzuty konfliktów wywołanych przez Połączenie Pasieki Gordian z Pasieką Auxilio. Jednakże te liczby i ten azyl należały teraz do Su-Hyeona, nie do Anceleta. To okrutne, gdy żyjący mistrz musi przekazać swe instrumenty jednemu z uczniów, mimo że żaden z nich dotąd go nie prześcignął.
- Czy jest z tym jakiś problem? - powtórzył Prospero.
- Tak, ale nie jest nowy - odparł Ancelet ze szczerością, która mnie zaskoczyła. - Ja i moi współpracownicy... - jego wargi zadrżały, gdy powróciło wciąż nowe wspomnienie zakrwawionych zwłok Kohaku Mardiego - ...już od dawna spodziewaliśmy się, że polityka zagarniania ziemi przez Mitsubishi doprowadzi do kryzysu ekonomicznego. A może nawet nie tylko ekonomicznego. To ciekawe... zobaczyć, jak dawno inni przewidywali to samo niebezpieczeństwo.
Prospero przyjrzał się z uwagą swemu nowemu dowódcy. Po latach obcowania ze złotą fasadą Ganymede'a nie był przyzwyczajony do szczerości.
- Najważniejszym celem OS - zaczął z namysłem - jest zapobieganie wielkim konfliktom, takim jak obecny. Osobiście nigdy nie zajmowałem się wyborem celów ani śledzeniem trendów, ale opierając się na tym, co usłyszałem od Eureki, jestem przekonany, że staraliśmy się powstrzymać ten kryzys już od dość dawna.
Ancelet skinął głową.
- To prawda. Widziałom liczby. To prawda. Dobrze się spisaliście.
- Dziękuję, członku prezydencie.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy Prospero w pełni rozumie wagę tego komplementu, wypowiedzianego przez jedynego człowieka, który potrafił dojrzeć fale wywołane przez wydarzenia z przeszłości być może nawet lepiej niż skonfigurowani. Nieważne. Pochwalił go jego prezydent. Radość włócznika, który otrzymał pochwałę z ust Ateny, nie zależy od tego, czy ten włócznik w pełni rozumie biegłość, z jaką bogini posługuje się pewną metodą.
- Nie twierdzę, że popieram wasz system - ciągnął Ancelet - ale zrobiliście za jego pomocą wiele dobrego. Naprawdę bardzo wiele. A jeśli chodzi o ten statut OS, swoją drogą, będę musiało go przeczytać, czy wspomina się w nim o sojuszach z Europą i Mitsubishi?
- Nie. - Prospero potrząsnął głową, aż jego okowy zadźwięczały. - Nie ma żadnych fizycznych zapisków dotyczących porozumienia z Europejczykami ani z Mitsubishi.
- Nawet sugestii? - Ancelet zaczął zadawać pytanie, nim jeszcze ostatnia sylaba wypłynęła z ust Prospera. - A co z zasadą zabraniającą zabijania członków Unii Europejskiej i Pasieki Mitsubishi. Czy kiedykolwiek ją zapisano?
- Nie. To było ustne porozumienie zawarte przez poprzednich prezydentów. Jeśli postanowicie używać OS, będziecie musieli zdecydować, czy chcecie kontynuować tę politykę.
- A co z Utopianami? - wtrąciłem głosem przenikliwym z wysiłku, z jakim starałem się uwolnić od łaskoczących widm. - Czy zasadę zakazującą zabijania Utopian przyjęliście pod czyimś naciskiem?
Więzień nie odpowiadał, dopóki jego prezydent nie skinął głową.
- Zabijania Utopian zabraniał przepis mówiący, że nie wolno wybierać celów, których eliminacja doprowadziłaby do śledztwa mogącego nas zdemaskować. - Uniósł skute nadgarstki, by światło padło na lśniący żel Cannera. - Wiecie dlaczego.
Prezydent Ancelet siedział bez ruchu, pogrążony w milczeniu. Jego wzrok nie kierował się na ściany więzienia, lecz ku królestwu myśli.
- W takim razie z prawnego punktu widzenia OS popełniło wszystkie swe zabójstwa na bezpośredni rozkaz rządu Humanistów. Żadna inna osoba nigdy nie podjęła takiej decyzji. Zgadza się?
- Prawie, członku prezydencie.
- Prawie?
Prospero Saneer zaczerpnął tchu.
- Jako OS posiadam uprawnienia do wykorzystania dostępnych mi środków celem zapobieżenia nadużyciom tych środków przez kogoś innego. Innymi słowy miałom obowiązek skazać na śmierć każdego, czy to członka OS, czy kogoś z zewnątrz, kto spróbuje nadużyć środków, których używamy do zabijania, ukraść je bądź zastosować niezgodnie z przeznaczeniem.
- I skorzystaliście z tych uprawnień?
- Zabiliśmy swych baszrodziców. - Prospero przerwał, ale spojrzenie prezydenta żądało dalszych wyjaśnień. - Pięć lat temu. Moją matkę Osten Saneer, jedenastego OS; mojego ojca; a także Sniperów, Typerów i Weeksboothów, którzy, zamiast wykonywać polecenia rządu, planowali sami wybierać cele, kierując się własnym wyobrażeniem na temat tego, co byłoby najlepsze dla Humanistów. My, młodsze pokolenie, zaaranżowaliśmy zatonięcie tratwy. Cato wszystko zaplanowało, a ja, Ojiro, Thisbe i Lesley wykonaliśmy właściwą robotę, ale wszyscy się na to zgodziliśmy i wszyscy braliśmy w tym udział. - Zmarszczył brwi na widok cienia litości, który pojawił się na twarzy Anceleta. - Planowali zdradę, członku prezydencie. Byłe prezydent Ganymede pochwaliło naszą decyzję, gdy mu o tym opowiedziałom.
Cóż za absolutny spokój. Coś w moim wnętrzu, jakaś dawna część mojej osobowości zazdrościła mu. Zazdrościła, Czytelniku. No wiesz, nie udało mi się popełnić ojcobójstwa. Ani matkobójstwa. Dopuściłem się wielu baszrobójstw, mordując kolejno członków przybranej rodziny, ale opatrzność zabrała moich biologicznych rodziców, nim zdążyłem popełnić ten jeden czyn tak straszliwy, że moi przodkowie uważali go za dowód świadczący, że wszechświat potrzebuje Furii i wiecznych mąk. Prospero miał wielkie szczęście, że dano mu szansę przejścia ostatecznej próby: miłość, natura i wychowanie po jednej stronie, po drugiej zaś wyłącznie lojalność. Myślę, że bardziej dzikie stworzenie, jakim ongiś byłem, miałoby siłę potrzebną, by zabić rodziców, którzy dali mi życie, ale nigdy nie będę miał pewności. Nie mogę też pocieszać się myślą, że przynajmniej ich śmierć nie powiększyła listy moich występków. Nie zdołałem uratować Bridgera i w związku z tym mam na rękach krew wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek umarli, od moich rodziców aż po kromaniończyka, który pierwszy zaostrzył kamień. Furie świetnie o tym wiedzą.
Prezydent Ancelet odchylił się z głębokim westchnieniem. Jego dredy zastukały o oparcie krzesła z nietłukącej pianki.
- Przynajmniej nie zdołają was oskarżyć o hipokryzję.
- Mogą mnie oskarżać, o co tylko zechcą, członku prezydencie - skwitował Prospero. - Do was należy decyzja, czy te fakty bądź jakiekolwiek inne zostaną ujawnione publicznie podczas mojego procesu. Chyba że wolicie, by procesu nie było.
- Dlatego daliście się aresztować, prawda? Chcecie stanąć przed sądem.
- Uznałom, że ujawnienie całej prawdy to jedyny sposób na uspokojenie pozostałych Pasiek, a przynajmniej zapewnienie, że jeśli postanowią nas zniszczyć, to z powodu prawdy, a nie paranoi. Może się jednak okazać, że proces nie będzie konieczny. Nie spodziewałom się, że po upadku Ganymede'a przyjdzie nam z pomocą strateg waszego kalibru.
Były cenzor skinął z namysłem głową.
- Tak z ciekawości, jak moglibyście w bieżącej chwili uniknąć procesu?
- Poprzez ucieczkę, okaleczenie albo śmierć. Wszystko to można zorganizować. Nadal mamy Ojiro.
Ancelet się wzdrygnął. Myślę, że to był pierwszy raz, gdy ktoś zaproponował, że umrze dla niego.
- Nie. Proces się odbędzie. - Jego ton nagle przeszedł ze swobodnego w rozkazujący. - Powołacie się na terra ignota.
Ockham Prospero Saneer nie boi się potworów, czy to zbudowanych z ciała, czy ze słów, ale ja tak. Terra ignota, niezbadana ziemia naszego młodego prawa. Państwa geograficzne miały 3934 lata, od Hammurabiego aż po Wielkie Zerwanie Więzów, na stworzenie map swoich praw, natomiast prawa Pasiek przyszły na świat poprzez poród pośladkowy pośród chaosu i pośpiechu wojny. Unia Europejska musiała tylko po raz kolejny wprowadzić zmiany do konstytucji, a tradycja głosi, że Masoni nie zmienili ani jednej litery w swoim prawie od chwili, gdy powstały pierwsze prawa, ale normy prawne pozostałych Pasiek sklecono w pośpiechu, łącząc elementy regulaminów korporacji i klubów, zasad życia rodzinnego, zwyczajów, literatur oraz, tak jest, pozostałości praw państw geograficznych. Nowo narodzone Pasieki szybko nauczyły się radzić sobie z przestępstwami dotyczącymi dwóch z nich, co jednak może począć nasze młode prawo, jeśli członkowie dwóch Pasiek złamią prawo trzeciej w domu należącym do członka czwartej? Albo gdy bestia taka jak ja zamorduje w krwawym szale członków wszystkich Siedmiu, a w dodatku Bezpasiekowych? Jeśli prawo Gordian mówi, że wszystkie dane muszą być dostępne dla nauki, a Kuzyni zmuszają ich do ukrywania pochodzenia utajnionych genotypów? Czy jeśli Mitsubishianie uważają zabójstwo w obronie własnej za czyn usprawiedliwiony, to Utopianie, zrównujący książkobójstwo z zabójstwem, mogą na nich wymóc uniewinnienie kogoś, kto przelał krew w obronie nie ludzkiego życia, lecz rękopisu? W przypadku zwyczajnych przestępstw Pasieka, do której należał winny, płaci odszkodowanie Pasiece ofiary, a następnie obie wymierzają karę bądź wypłacają rekompensatę zgodnie z własnymi prawami. Gdy preferencje Pasiek są niekompatybilne, sprawę często rozstrzyga wymiana przysług: ja każę swoim członkom płacić karę za dyskutowanie o waszym Imperator Destinatus, jeśli ty narzucisz moje modo mundo swoim członkom, którzy zabiją Utopianina. Niemniej, podobnie jak mieszające się ze sobą geny zawsze znajdują wciąż nowe sposoby, by uczynić gatunek dziwniejszym, kontaktujący się ze sobą członkowie różnych Pasiek ciągle wpadają na nowe pomysły pozwalające im omijać prawo. Dlatego stworzono konieczne i uczciwe pojęcie terra ignota. Zrobiłem to, ale sam nie wiem, czy mój czyn był przestępstwem. Uzbrój się po zęby przed tą próbą, młody multiprawniku, albowiem na dzikim pograniczu prawa żyją smoki.
- Terra ignota w sprawie o morderstwo?! - sprzeciwiłem się bliskim krzyku głosem. Otaczające mnie widma poruszyły się pełne oburzenia.
Zasłużyłem na złowrogie spojrzenia, jakimi obaj mnie obrzucili.
Prezydent odezwał się pierwszy.
- OS wykonywało polecenia legalnego rządu Humanistów, wydane zgodnie z obowiązującymi prawami. OS służy Humanistom, humanistyczny rząd służy członkom Pasieki, a Pasieki zawierają umowy z Romanovą, nakazujące im pracować dla dobra wszystkich Pasiek oraz rodzaju ludzkiego. Nie potrafię określić ze stuprocentową pewnością, czy autoryzowane przez Pasieki zabójstwa były bądź powinny być nielegalne. Wy również tego nie potraficie.
Prospero przyglądał się z zadowoleniem, jak te słowa prawdy wypływają z ust jego nowego dowódcy.
- Ależ, cenzorze! - zawołałem. - Nawet w czasach państw geograficznych zabójstwa polityczne były...
- I gdybyśmy nadal żyli w tych ciemnych wiekach, mogłoby to mieć jakieś znaczenie - warknął Ancelet. Zbyt mu się śpieszyło, by skarcić mnie za to, że wymsknął mi się jego dawny tytuł. - Państwo miało prawo zabijać, by bronić swego suwerennego terytorium. Potraficie określić, gdzie się znajduje suwerenne terytorium Pasieki, Mycrofcie? Wiecie, jakie są granice jej prawa do samoobrony?
Gdybym był bardziej ustępliwą duszą, mądre słowa Anceleta wystarczyłyby, żeby uciszyć krnąbrnego ucznia. Tak się jednak nie stało. W moim umyśle pojawiło się nagle Wielkie Widmo Thomasa Hobbesa, to samo, które majaczyło nad Europą w ponurych dziesięcioleciach po roku 1651, gdy wszystkie światła rozumu zjednoczyły się w walce o stworzenie jakiejś intelektualnej broni, która zdołałaby przebić pancerz logiki i zabić przerażającego Lewiatana. Być może żaden inny umysł w dziejach nie zdołał połączyć wszystkich włóczni filozofii w jedną, skierowaną przeciwko niemu falangę. Jedynie Bestia z Malmesbury - tytuł Hobbesa budzący grozę w takim samym stopniu, jak tytuł Patriarchy wywołuje szacunek - wykorzystała wszystkie możliwości Rozumu, by przedstawić portrety Natury, Boga i Człowieka tak doskonałe, że nie sposób było skrytykować ani jednego pociągnięcia pędzlem, a zarazem tak odrażające, że ten, kto je poznał, nie mógł już dłużej szanować ludzkości. Dlatego zdesperowani czytelnicy Hobbesa zakrzyknęli chórem: "Nie jesteśmy bestiami! Strach i nienawiść nie władają nami aż w takim stopniu! Ludzkość jest sprawiedliwa! Szlachetna! Dobra!". Nie byli jednak w stanie tego udowodnić, nie potrafili podważyć bezbłędnej wizji ludzkiego zła przedstawionej przez Hobbesa. Wszyscy konni i wszyscy dworzanie byli bezbronni wobec infekcji, jaką był Hobbes. Dopiero po dwudziestu latach John Locke zaprezentował swą tabula rasa, jedyną możliwą odtrutkę. A choć jego dzieła znajdują się na liście naszych lektur, Lewiatan powraca od czasu do czasu, gdy jakiś nowy, straszliwy czyn ludzkości przypomina nam, jak dobrze hobbesowska wizja zimnej, agresywnej wojny wszystkich ze wszystkimi opisuje stan ludzkości. Jej naturę. Czy my, żyjący w roku 2454, z naszym bliskim utopii światem opierającym się na dwóch tysiącach tajnych ofiar OS, możemy twierdzić, że podstawą naszego życia nie jest morderstwo? Znowu ujrzałem ten cień, przywołany przez słowa Anceleta o tym, że państwo ma prawo zabijać w obronie własnej. Z moich ust wydostały się nagle słowa Hobbesa, których mimo wszelkich wysiłków nie potrafię zapomnieć ani podważyć.
- Hobbes mówi, że pragnienia człowieka i inne jego uczucia same przez się nie są grzechem i nie są również grzechem działania, jakie wypływają z tych uczuć, póki człowiek nie zna prawa, które ich zakazuje, a także, że najwyższym uprawnieniem przyrodzonym jest bronić samego siebie wszelkimi środkami, jakie są możliwe1. - Zadrżałem, czując na sobie spojrzenia ich obu. - To znaczy, że prawo natury samo w sobie nie potępia OS. Czy zatem może to zrobić Romanova?
Złowrogi wyraz twarzy byłego cenzora kazał mi zadać sobie pytanie, czy on również pozostaje pod wpływem Madame do tego stopnia, że wyczuwa już cień bestii, jaką był Hobbes. Ancelet ponownie zwrócił się w stronę więźnia.
- Staniecie przed sądem, Prospero. Na początek wy sami. Jesteście jądrem tej sprawy i w ten sposób unikniemy kłopotliwej sytuacji, jaką byłoby postawienie w stan oskarżenia byłej głowy państwa. W przeciwieństwie do większości waszych współbaszowców nie pojawią się też pytania dotyczące waszej poczytalności. Wasza terra ignota stanie się precedensem.
Prospero Saneer zaczerpnął głęboko tchu.
- Czy naprawdę liczycie na to, że mnie uniewinnią?
- To problem na później. W krótkim terminie petycja do Senatu o terra ignota zmusi Romanovę do przyznania, że nie sposób stwierdzić, czy to, co robiło OS, powinno być uznane za przestępstwo. Kiedy ludzie wierzą, że stoją po właściwej stronie, są gotowi walczyć zębami i pazurami, ale nikt nie chce podpalać świata z powodu niepewnej sprawy. Gdy tylko Senat oficjalnie przyzna wam terra ignota, tłumy się uspokoją.
- To... powinno się udać. - To, co słyszało się w głosie Prospera, było nie tyle entuzjazmem, ile czymś bardziej ważkim, przepojoną wdzięcznością ulgą, jaką mógłby czuć rycerz składający przysięgę wierności świeżo koronowanemu księciu, gdy się przekonał, że boskie prawo królów przypadło właściwej osobie. - A co z tłumami zainteresowanymi czymś innym niż OS?
- Macie na myśli Kuzynowskie Biuro Informacji Zwrotnej?
- Mam na myśli incydent z Perrym i wami wszystkimi w tym burdelu, w którym ludzie bawią się w odgrywanie ról płciowych. I o to, co mówi Ojiro o J.E.D.D. Masonie. Czy to prawda, że istnieje spisek mający na celu połączenie Pasiek?
Nowy prezydent spojrzał Prosperowi prosto w oczy.
- Nie wiem.
- Czy jesteście przygotowani, podobnie jak Ojiro, na użycie wszystkich niezbędnych środków do obrony Pasieki Humanistów, gdyby się okazało, że taki spisek istnieje?
- Nie spróbuję zabić J.E.D.D. Masona, jeśli o to pytacie.
- Zabić ponownie - poprawiłem go. Jego pomyłka była tak poważna, że usprawiedliwiało to przerwanie mu.
- Słucham?
- Zabić ponownie. ???? Jehovah zginęło.
Wyrobił się już we mnie odruch atakowania kłamstwa, które tak często powtarzano w ostatnich dniach. "Próba zabójstwa", "nieudany zamach" i tak dalej. Tylko nieliczni chcieli uznać prawdę. Gość Naszego Stwórcy odszedł i powrócił.
Prospero zmarszczył brwi.
- Myślałom, że J.E.D.D. Mason przeżyło.
- Zostało wskrzeszone.
- Dość tego, Mycrofcie - rozkazał Ancelet. - Na tym spotkaniu rozmawiamy o Pasiece Humanistów, nie o teoriach czy teologii. Jeśli zaś chodzi o Ojiro, gdybym mogło się z nim skontaktować... - prezydent zerknął znacząco na mnie - ...powiedziałobym mu, że dopóki na procesie Prospera nie uzna się tego za nielegalne, jestem gotowe odwołać się do śmiercionośnej siły i zrobić użytek z możliwości OS, żeby bronić Humanistów, ale najpierw chcę spróbować innych metod. Jeśli Ojiro powstrzyma się od działania, ale będzie do niego gotowe, gdyby zaszła taka potrzeba, uznam je za sojusznika. Jeśli jednak będzie próbowało pokrzyżować moje plany, podsycało wrogość poprzez rozpowszechnianie wystąpień nawołującego do wojny Tulliusa Mardiego, a zwłaszcza jeśli ponownie spróbuje zamachu na J.E.D.D. Masona, będę zmuszone uznać je i całe OS za wrogów.
Prospero skinął głową.
- To użyteczna wiadomość. Mam nadzieję, że dotrze do Ojiro.
Ancelet odwzajemnił jego gest.
- Mam już wszystko, czego na razie potrzebuję. Senat zbiera się jutro. Jest jeszcze czas, by zebrać głosy potrzebne do przyznania wam terra ignota.
Prezydent wstał i Prospero odruchowo spróbował zrobić to sam, zapominając na moment, że jest unieruchomiony na krześle.
- Czy trudno będzie uzyskać potrzebną większość? - zapytał.
Myślę, że tym razem uśmiechnął się były Anonim.
- Nie mnie. Zostawię Mycrofta na chwilę z wami. Na spółkę z nim napiszecie raport o OS i wydarzeniach, które doprowadziły do jego zdemaskowania. Będzie on potrzebny zarówno do książki Mycrofta, jak i jako dowód podczas procesu. Skupcie się na wydarzeniach kilku ostatnich tygodni, zaczynając od listy Siedmiu i Dziesięciu. Kiedy skończycie, powiedzcie strażnikom, żeby mnie wezwali. Osobiście zabiorę Mycrofta i raport. Jego tekst jest przeznaczony tylko dla moich oczu. Kiedy go przeczytam, poinstruuję was, które informacje podać do wiadomości publicznej, a które muszą pozostać tajemnicą. Kiedy będziecie już pewni, że wiecie, co chcę zachować w tajemnicy, zawiadomcie policję, że jesteście gotowi wygłosić oświadczenie. Do tej chwili nie powinniście nic mówić nikomu poza Mycroftem i mną.
- Tak jest, członku prezydencie. - Przerwał na chwilę. - Te buty pasują do was.
Szok opóźnił na moment uśmiech Anceleta. To była najwyższa pochwała, jakiej mógłby udzielić Prospero.
- Dziękuję.
Nowe humanistyczne buty prezydenta rzeczywiście do niego pasowały. Zdradzały też fakt, że już od dawna zastanawiał się nad tym, jakie buty mógłby wybrać, gdyby wyrzekł się szarfy Bezpasiekowego i wybrał Humanistów zamiast Europy, z której wywodził się jego basz. Ich powierzchnia była palimpsestem, matowy brąz starego pergaminu pokrywał pisany ręcznie tekst o antycznym wzorze liter, pod nim jednak dostrzegało się inne słowa, spisane ciasno w stylu pisma jeszcze wcześniejszego stulecia, wyblakłe, lecz nadal czytelne. Wokół podeszew biegły brązowe i złote olimpijskie paski symbolizujące jego medale w matematyce i krasomówstwie. Pod nimi widziało się trójkolorowy pas francuskiej grupy narodowej. Podeszwę pokrywały gęsto skupione litery, jak w prasie drukarskiej, umocowane luźno, by przy każdym kroku przesuwały się chaotycznie, pozostawiając na ziemi odbicie wciąż innych pseudosłów.
Ancelet wezwał strażników. Zmarszczył brwi, gdy zasuwy zaczęły stukać i zgrzytać.
- Dobrze was traktują, Prospero? - zapytał. - Nie prześladują was?
- Nawet w najmniejszym stopniu, Wasza Ekscelencjo. Ich uprzejmość wydaje się wręcz podejrzana.
- No cóż... podczas oblężenia ludzie robią się nerwowi.
- Oblężenia?
Prospero go nie zrozumiał, ale ja tak. Kiedy przed godziną szliśmy z autolotu na więzienny dziedziniec, po raz pierwszy od pamiętnego, fatalnego dnia znalazłem się na wolnym powietrzu. W mediach widziałem tłumy, zamieszki, policyjne kordony oraz humanistyczne kluby i bary sportowe oblegane przez rozjuszone tłumy, ale tego typu obrazy nie mogą zastąpić smaku i dotyku naszego nowego świata. Najpierw zauważyłem niebo. Dobrze znane smugi autolotów były za wolne i zbyt niskie. Przyciągały uwagę. Nawet ja się przestraszyłem, nie z tego powodu, że Sieć Transportu znalazła się w niepewnych i bojaźliwych rękach, lecz po prostu dlatego, że niebo się zmieniło. Świat się zmienił. Kiedy lądowaliśmy, nie widziałem wokół więzienia ziemi, tylko tłum. Najbliższe szeregi tłoczyły się gęsto jak fani pragnący zobaczyć idola, najdalsze zaś przeradzały się w morze namiotów, krzeseł oraz ławeczek z parasolami. W pierwszej chwili instynktownie nazwałem zgromadzonych "tłuszczą", byli jednak zbyt spokojni. Ancelet trafnie nazwał to oblężeniem. Spokojna, cierpliwa pozbawiona celu siła czekająca na kogoś, kto go jej wskaże. Przez cały wypełniony dezorientacją tydzień, gdy wszyscy chcieli działać, ale nikt nie miał planu, ci ludzie oczekiwali tutaj w pobliżu ośrodka. Dzięki Ockhamowi Saneerowi staną się pierwszymi, którzy zaczną działać, gdy nadejdzie czas. Nie widziało się wśród nich żadnych stron, a jedynie skupiska, wokół których gromadziły się stroje typowe dla poszczególnych Pasiek. Nawet te plamy przechodziły jednak w siebie bez wyraźnych granic, jakby wszyscy mieli opory przed wyjawieniem innym, jakiej sprawie służą. Myślę zresztą, że sami tego nie wiedzieli.
- Ancelet! To prezydent Ancelet!
Ani kamienne mury, ani bariery stworzone przez naukę nie oprą się atakom dźwięku. Mimo że obaj z Prosperem znajdowaliśmy się w samym sercu więzienia, usłyszeliśmy krzyk, jakim tłum przywitał nowego prezydenta, gdy ten wyszedł przez bramę. Mógł skorzystać z lądowiska na dachu, ale postanowił pokazać się oblegającym na kilka minut, jakich potrzebowali, by zrobić mu tyle zdjęć, ilu wymagały jego cele. Następnie skrył się w autolocie i uleciał pod niebo. Wizyta prezydenta w więzieniu w Almoloya de Juáres na szesnaście godzin zaćmiła w oczach świata wszystkie pozostałe wydarzenia. Dlaczego tam poleciał? Co powiedział Ockhamowi Saneerowi? Jaką rolę odegra w nadchodzących procesach? Przez szesnaście godzin każdy poza Anceletem mógł działać niepostrzeżenie.
Fragmenty z Lewiatana Thomasa Hobbesa, przełożył Czesław Znamierowski. [wróć]
Rozdział trzeci
CZY TO ISKRA?
Napisane 11-13 lipca roku 2454 Wydarzenia z 8-9 kwietnia Aleksandria itd.
Pominąłem dziesięć dni dzielących kataklizm od wizyty Anceleta w więzieniu. Były one pełne ważnych wydarzeń: wybór Anceleta na prezydenta, kolejne aresztowania, liczenie ofiar zamachu, który przeprowadził Perry-Kraye, konferencje prasowe potwierdzające fakty i obawy, o których wielu wiedziało już przedtem. Cały świat wstrzymał oddech, zamarł w fałszywym spokoju, jak często robią króliki, liczące na to, że drapieżnik ich nie zauważy, jeśli nie będą się poruszać. Firmy się zamykały, w miastach wprowadzano godzinę policyjną, basze zostawały w domach, by raz po raz oglądać relacje przedstawiające Snipera u Madame, podżegające do wojny apele Tulliusa Mardiego albo ostatnie chwile Perry'ego-Kraye'a, gdy śmiał się jak szaleniec pośród płomieni w Brukseli, a także wydarzenie, którego nikt nie chciał zwać śmiercią Jehovah. Zapamiętałem z tych dni bardzo niewiele. Czytelniku, jeśli kiedykolwiek widziałeś cmentarz, na którym stulecia zeusowych burz wygładziły oblicza rzeźb aniołów i zamazały nazwiska tych, których upamiętniały, możesz sobie wyobrazić, jak wygląda moja pamięć. Fakty, które w zdrowych umysłach zapisują się na stałe, u mnie zamazują się szybko, ich kontury ledwie daje się wymacać na zwietrzałych kamieniach. Tu i ówdzie widzi się pomniki wykonane z solidniejszego materiału, porfiru albo twardego wulkanicznego bazaltu. Tam napisy można jeszcze odczytać. Siedem dni transformacji to monument umieszczony w samym środku cmentarza. Każde ogniwo łańcucha, od kradzieży listy Siedmiu i Dziesięciu Sugiyamy, aż po ostatni czyn Bridgera, wytrawiło się na nim tak głęboko, że wytrzyma cały eon walki z wiatrem i deszczem. Natomiast dziesięć następnych dni przerodziło się w niewyraźną plamę. Były taką plamą nawet, gdy jeszcze trwały. Mgiełka żałoby wysysała ze mnie siły niczym gorączka, bagno, grawitacja, starość czy inne okowy, które każe nam nosić Fortuna, byśmy nie zapomnieli, że cielesna siła jest czymś, co daje nam i odbiera, gdy tylko tego zapragnie. Nie pamiętam nawet, która forteca - Paryż? Aleksandria? - służyła mi za więzienny azyl, ani czym się wtedy zajmowałem poza żałobą i służeniem jako tłumacz Wielkiemu Adresatowi Zwoju, którego mam szczęście zwać swoim Panem. Kontakt z Równym Mu Bogiem dodał Mu tyle wigoru, że musiał się od nowa uczyć, jak oddzielać od siebie poszczególne języki, jak robią to ludzie. Mógłbym sprawdzić w źródłach, co się wydarzyło w ciągu owych dziesięciu dni, ale kryzys może w każdej chwili uniemożliwić mi dalsze pisanie i dlatego najpierw zarejestruję to, co pamiętam, te nieliczne, nadal czytelne inskrypcje, zanikające już na tym cmentarzu, na którym tylko dni transformacji zostawiły naprawdę niezatarty ślad.
Kłamiesz. Zapominasz, jak dobrze cię już poznałem, Mycrofcie. Nie wmówisz mi, że tydzień transformacji jest tym, co zapamiętałeś najlepiej.
Ach, znowu jesteś ze mną, dobry Czytelniku? Miałem nadzieję, że się zjawisz. Czuję się bardzo samotny, pracując nad tą kroniką, która zgodnie z nakazem prawa musi pozostać ukryta przed oczami współczesnych. Cieszę się, że mam kogoś, z kim mogę się nią dzielić.
Tak, jestem z tobą, Mycrofcie. Wróciłem, by po raz kolejny wystawić na próbę swą cierpliwość. Nie nadużywaj jej. Nie zdołasz mnie nabrać. Najlepiej w twojej pamięci zapisały się dwa tygodnie krwawego szału. Bardzo często częstowałeś mnie odrażającymi szczegółami, takimi jak łomot twojego sadystycznego serca czy smak krwi Apolla na twoim języku. Prawdziwym centrum twojej wypaczonej pamięci są owe dwa straszliwe tygodnie, nie siedem dni składających się na twoją pierwszą opowieść.
Mój niewinny Panie, ten błąd jest kolejnym dowodem Twej dobroci. Potworności takie jak moje czyny są tak bardzo oddalone od Twojej wyobraźni, że wierzysz, iż podobne sprawy mogą się stać wspomnieniami zapisanymi w pamięci jak zwyczajne trudy i żale. Nie, Czytelniku. Moje dwa tygodnie nie stały się tekstem wyrytym tak głęboko, że oprze się atakom wiatru i burz na podupadłym cmentarzu mojej pamięci. One są tą burzą.
- Cezarze, jestem Achilles.
Chwili przybycia Majora nie potrafię zapomnieć. Po raz pierwszy ujrzałem człowieka, który wszedł do cytadeli w Aleksandrii, nie okazując drżenia bojaźni, jakie jesteśmy winni pomnikom starożytności. Ich widok przypomina nam górskie stoki, które oddały swe serca, by umożliwić powstanie piętrzących się ku niebu kolumn, tysiące martwych dłoni, które obrabiały te skały, oraz wielki ludzki łańcuch biegnący od głębokiej starożytności, poprzez nas aż po nienarodzone jeszcze pokolenia, które również przystaną tu z bojaźnią. Achilles także zatrzymał się na progu MASONA, ale to był inny rodzaj bezruchu - nie pełne czci drżenie, lecz powolne, pełne namysłu oględziny, jakim poddajemy zachody słońca, kwitnące drzewa, roześmiane dzieci, wszelkie ulotne chwile, które pragniemy zatrzymać na dłużej, zanim znikną. Zastanawiam się, czy to Ilion nauczył go nie mylić cudów stworzonych przez królów z tym, co naprawdę wieczne, czy może zawsze znał tę różnicę z samej swej natury.
- Słyszałom, że trzeba was nauczyć, jak prowadzić wojnę.
- Tak uważa Mycroft - odparł cesarz.
Pomimo ciemnych ścian w komnacie było jasno. Tron MASONA z krwawoczerwonego porfiru odbijał się w tafli wody otaczającej go sadzawki, karmionej strumykami rozgałęziającymi się na marmurowej posadzce niczym tysiąc rzek zmierzających do oceanu. Cornel MASON nie siedział jednak na tronie, lecz stał pod ścianą, wpatrując się w rzeźbioną sieć archaicznych symboli, pokrywającą ściany komnaty na podobieństwo koronek. Choć stał na tej samej posadzce, co goście i strażnicy, sama jego postawa była tak władcza, że mój umysł uparcie twierdzi, że trzymał w dłoni berło, mimo że jestem przekonany, iż w rzeczywistości było to zwyczajne jabłko.
- Myślicie, że Mycroft się myli? Że wojny nie będzie? - spytał Achilles.
- Myślę, że albo będzie, albo nie będzie - odpowiedział MASON, odwracając się. - Nie wierzę, by parowóz ludzkiej cywilizacji poruszał się tylko po jednym torze i by nie można było nim kierować, nawet w chwili takiej jak ta. - Cesarz mówił powoli, tłoki jego umysłu poruszały się nieustannie, gdy przyglądał się niewiarygodnej osobie, o której tak wiele ode mnie słyszał. - Ale wy się ze mną nie zgadzacie, jak sądzę?
Achilles nie potrafi nadać swym błyszczącym oczom łagodnego wyrazu.
- Światem nigdy nie kierowała wola ludzi, nawet królów. Osądzam człowieka po tym, czy śmiało stawia czoło Losowi, czy wykręca się jak tchórz. Historia również.
- Zatem uważacie, że nie powinniśmy próbować powstrzymać wojny? - zapytał cezar.
- Z pewnością powinniście. Po prostu nie liczcie na to, że się wam uda. Jest honor w obronie właściwej drogi, nawet jeśli wkroczono już na niewłaściwą. Wielu moich dawnych przyjaciół nadal zwie się mądrymi, bo próbowali zawrzeć pokój z Troją. Przegrajcie z honorem, jak oni, ale potem bądźcie gotowi do walki.
Cesarz zmarszczył brwi.
- Chcę to usłyszeć z waszych ust. Nie jesteście człowiekiem zrodzonym z ludzkich rodziców, lecz fikcyjnym Achillesem, powołanym do życia boskim rozkazem. Zgadza się?
- Powołanym i przywróconym zarazem. - Heros odgarnął greckie loki, opadające mu na kark niczym płatki hiacyntu. - Widzieliście w muzeach zabytki z Troi i Myken. Ja również miałom teraz okazję je ujrzeć. Troja istniała naprawdę. Myślę, że byłom wówczas prawdziwym Achillesem, ale duchy zapominają. Potrzebujemy przyjaciół i potomków, by wspominali nasze chwalebne czyny, wypowiadali nasze imiona, modlitwami i ofiarami przypominali nam, kim byliśmy. Po trzech tysiącach lat większość moich współczesnych utraciła nawet imiona, ponieważ duchy zapominają je, gdy historia zapomina o nich. Pamiętam siebie w pierwszej kolejności takiego, jakim przedstawił mnie Homer, bo takim znają mnie współcześni ludzie. Dlatego powołano mnie do życia, a zarazem przywrócono, jako że ongiś chodziłom po Ziemi jako żywy człowiek, lecz nigdy dotąd jako ktoś znany z mitów i poezji.
MASON nie zadrżał.
- Ale w jakiś sposób walczyliście również w wojnach światowych?
- I tak, i nie. - Na tle szarego imperialnego marmuru zielony mundur polowy Majora upodabniał go do czegoś w rodzaju inwazyjnego chwastu, jakby cierpliwa Natura w końcu wtargnęła do kamiennej cytadeli i zakorzeniła się w niej, zielona i żywotna, by przynieść wyniosłym wieżom człowieka swą łagodną zagładę. - Młode Bridger, które uczyniło mnie realnym, patrzyło na historię nie chronologicznie, lecz tematycznie. Walczyłom w wielkiej wojnie. Trzysta czy trzy tysiące lat temu, dla dziecka jedno i drugie to starożytność. Myślę, że kto jak kto, ale wy nie powinniście się uskarżać na podobne anachronizmy, cezarze MASONIE.
Cezar milczał tylko przez chwilę.
- I walczyliście też w przyszłej wojnie Apolla?
Achilles naprężył mięśnie.
- Macie na myśli Apolla Mojave? Wszystkie one były wojnami boga o tym imieniu.
MASON potrzebuje kilku głębokich oddechów, żeby przetrawić każde zdanie, w którym wspomina się o naszym utraconym Apollu.
- Tak.
- W takim razie tak - odparł weteran. - Pamiętam, że walczyłom w przyszłej wersji wojny, zrodzonej w wyobraźni Apolla Mojave. Jednakże moje doświadczenia z kierowaniem olbrzymimi robotami i kontaktami z kosmicznymi SI o boskich mocach nie zdadzą się nam na wiele.
- Czy macie jakiś dowód na prawdziwość swych słów?
- Mam Patroklosa.
Podążając za spojrzeniem Achillesa, cesarz skierował wzrok na jego kieszeń. Wyjrzał z niej Patroklos Celujący, tak maleńki, że w porównaniu z nim szachowa bierka wydawałaby się potężnym monolitem.
- To piękna komnata, cezarze! - zawołał słabym głosikiem. - Słyszałom pogłoski, że zbudowało ją Dedal, a następnie Masoni ukrywali ją przez eony, nim w końcu przenieśli tutaj. Dotąd w to nie wierzyłom, ale teraz ujrzałom ją na własne oczy. Wszędzie poznałobym dzieło rąk Dedala. Czy wy również je poznajecie, Majorze?
- Możecie już nazywać mnie po imieniu publicznie. - Szybkonogi Achilles przesunął palcem stopy wzdłuż kanału w marmurowej posadzce. W płynącej w nim wodzie odbijały się przedstawione na suficie gwiazdy, zwierzęta i bogowie starożytnych gwiazdozbiorów rysowali się wyraźnie na lazurowym tle. To nie było prawdziwe niebo, lecz rysunki z żyłek złota, same gwiazdy były zaś ogniem. Tysiąc płomyków, maleńkich jak świece, karmionych paliwem dopływającym przez kanaliki ukryte w suficie. - Tak, poznaję dzieło rąk Dedala - przyznał heros. - Sądzicie, że rozpoznajemy je dlatego, że Masoni wykonali dobrą robotę, wiernie trzymając się starożytnych źródeł, czy raczej dlatego, że nasze wspomnienia opierają się na współczesnych wyobrażeniach starożytnych komnat?
MASON podszedł do Achillesa. Od trzynastu lat ani razu nie widziałem w oczach cesarza błysku zachwytu.
- Czy mogę się dokładniej przyjrzeć waszemu towarzyszowi?
Ostrożnie wyciągnął prawą rękę.
- Trzeba dotknąć, żeby uwierzyć, rozumiem. - Achilles pomógł maleńkiemu Patroklosowi wejść na jego dłoń, po czym podsunął go MASONOWI. - Tylko ostrożnie. Dłonie to niebezpieczne miejsca, gdy nasz świat jest mierzony w centymetrach, a chyba nie muszę wam mówić, co zrobię, jeśli coś się stanie Patroklosowi.
Cezar poświęcił na oględziny więcej czasu niż większość ludzi, był też mniej od nich ostrożny. Nie znaczy to, że nie obchodził się z miniaturowym człowiekiem delikatnie, ale ludzie z reguły dotykają małych żołnierzyków z paranoidalnym lękiem, jakby byli motylami albo skorupkami jaj. MASON traktował Porucznika raczej jak myszkę albo jaszczurkę o długich kończynach. Sprawdzał jego ciężar i podsuwał mu koniuszek palca, każąc mu go złapać albo oprzeć się o niego. Myślę, że tego również nauczył się od Apolla. W dawnych latach ukochany młodego cesarza pokazywał mu wiele cudownych u-bestii i MASON był przyzwyczajony do dotykania stworzeń, które nie powinny istnieć.
- Dziękuję - rzekł z uśmiechem cezar. - Czy podzielicie się ze mną chlebem, kiedy będziemy rozmawiać?
Nie musiał nawet wykonywać żadnego gestu, by ściana komnaty się rozsunęła, odsłaniając jadalnię. Na stole stał skromny, letni obiad, a za zajmującym całą ścianę oknem ciągnęły się dachy i ulice Aleksandrii. Barwione szkło wywoływało wrażenie, że zawsze trwa tu świt.
Starożytny heros ucieszył się, czując zapachy wina, mięsa, serów, owoców oraz moczonych w oliwie podpłomyków.
- Chętnie. Dziękuję za ten gest.
Cesarz ruszył przodem.
- Mój tron jest starszy niż wasz epos, Achillesie. Przekonacie się, że przetrwało tu wiele znanych wam umiejętności i zwyczajów.
Achilles, król Myrmidonów, wszedł do środka. Drzwi nie były prawdziwym łukiem, lecz jego pierwotną wersją - płaskie nadproże z otwartym trójkątem na górze - jakiej używano w czasach, gdy Troja jeszcze stała.
- Ale nie sztuka wojny.
- Nie. To ramię mojego Imperium spało zbyt długo.
Gdy obaj szli przede mną, uświadomiłem sobie nagle, jak mały jest Achilles. Był niższy od Cornela MASONA nie tylko o głowę, lecz prawie o dwie. Nie powinno mnie to zaskakiwać. Stworzono go z dziecięcego ciała Bridgera, podobnie jak Patroklosa stworzono z plastikowej zabawki. Major jednak czuł się w tym ciele bardzo swobodnie, a w moich oczach był tak wielki, że nie zauważałem tego szczegółu, dopóki nie zobaczyłem herosa na tle normalnego mężczyzny. Zapytałem później Achillesa, czy miniaturowe rozmiary mu nie przeszkadzają. Roześmiał się tylko i przypomniał mi, jak małe są przedmioty zachowane ze starożytności. Współcześni ludzie urośli bardzo na skutek dobrobytu i wydawaliśmy mu się ociężałymi olbrzymami. Tylko on zachował lekką budowę psa gończego, typową dla naturalnych ludzi.
Cesarz usiadł na honorowym miejscu i postawił Patroklosa na stole między daniami, dając mu kostkę twardego sera, na której mógł usiąść.
- Uważacie, że wojna jest nieunikniona? - zapytał Achillesa.
- W przeciwnym razie nie byłoby mnie tutaj.
Boski Achilles uniósł kielich wina zmieszanego pół na pół z wodą, ale skrzywił się, poczuwszy efekt dodatkowego rozcieńczenia słabego współczesnego wina.
MASON złamał chleb.
- Po czyjej stronie się opowiecie? Po mojej?
Żołnierz uniósł brwi.
- Nie tracicie czasu. To dobrze. Nie potrafię wam odpowiedzieć. Nawet jeszcze nie wiemy, jakie będą strony.
- Moja będzie najlepsza i najsilniejsza.
Achilles wyciągnął rękę i przerzucił kawałki mięsa, szukając najlepszego.
- Oto przechwałka godna cesarza.
- To nie jest przechwałka. To fakt. Zajmuję się granicami imperium człowieka. Moim zadaniem jest ich stabilizacja, obrona i poszerzanie. Moi poprzednicy robili to, odkąd tylko istniało takie imperium. Jeśli wybuchnie wojna, moim celem będzie ją zakończyć, używając wszelkich środków i zawierając wszelkie sojusze, jakie będą rekomendowali moi doradcy. Jeśli opowiecie się po mojej stronie, udzielę wam pełnego zaufania, oddam do dyspozycji wszelkie zasoby i powierzę dowództwo nad największą armią, jaką kiedykolwiek widziała Ziemia. Udzielę swego wsparcia i opieki każdej sprawie, jaką wybierzecie, a te, którym będziecie się sprzeciwiać, zaatakuję przy użyciu środków, jakich żadna potęga dotąd nie zgromadziła. Jeśli jednak zostaniecie mim wrogiem, być może uda się wam mnie pokonać, ale z wielkim trudem, a straty w ludziach będą astronomiczne.
- Niezła łapówka.
- To nie jest ani łapówka, ani przechwałka. To fakt. Wykorzystam wszystkie swe zasoby do maksimum. Jeśli będziecie ze mną, nie będę musiało tracić czasu na nieufność, zwątpienie, próby odgadnięcia waszych motywów, wyrzuty sumienia, biurokrację, wszystkie takie problemy, jakie utrudnią zadanie innym. Widzicie, w jaki sposób wykorzystuję Mycrofta.
Cesarz nie chciał łamać chleba z Mycroftem Cannerem, ale wskazał mi taboret w kącie, żebym mógł chwilkę odpocząć.
W bystrych oczach Achillesa pojawił się błysk.
- Zatem chcecie uczynić mnie familiarisem?
- Tak, jeśli się zgodzicie. Wiem, że macie powody do nieufności wobec władców, którzy uważają, że mają prawo wam rozkazywać, ponieważ rządzą większymi królestwami...
Achilles, syn Peleusa, uniósł kielich na znak szacunku dla roztropności MASONA, który dostrzegł podobieństwo między sobą a Agamemnonem, a zarazem nie wymienił imienia znienawidzonego greckiego króla.
- ...ale w pozycji familiarisa nie chodzi o rozkazy, tylko o zaufanie - ciągnął MASON. - Kiedy komuś ufam, przekazuję mu ułamek absolutnego obowiązku, który odziedziczyłom po przodkach z minionych epok, obowiązku, który przysięgłom stawiać wyżej niż wszystko inne: przyjaźń, miłość, życie i rodzinę. W zeszłym tygodniu moje jedyne dziecko umarło w moich rękach. Czułom woń jego krwi. Modliłom się w duchu, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. I, choć to niewiarygodne, jakaś cudowna Moc usłyszała moją szaloną, rozpaczliwą modlitwę i przywróciła życie mojemu dziecku. Owa Moc miała Swoje powody, ale to nieważne. Odpowiedziała na modlitwę ojca. Niemniej zniszczyłobym tę Moc i uratowane przez Nią dziecko, gdyby obowiązek tego ode mnie wymagał. Wszyscy, z którymi byłobym gotowe podzielić się owym obowiązkiem, powinni liczyć się z tym, że zginą, jeśli mnie zdradzą, jestem bowiem gotowe poświęcić rzeczy cenniejsze niż własne życie. - Oparł się wygodnie. - Jak sądzę - podjął - wy również jesteście bardziej przyzwyczajeni do świata, w którym za zdradę płaci się śmiercią, a zdradzeni sami wywierają zemstę, niż do współczesnej epoki, która każe nam czekać na obrót ociężałych kół biurokratycznego prawa. Być familiarisem znaczy żyć, ufać i ryzykować jak w czasach starożytnych. Myślę, że w naszym świecie nie znajdziecie oferty bardziej wam odpowiadającej. Jak brzmi wasza odpowiedź?
Achilles przyglądał się cezarowi z równą uwagą, z jaką tamten wpatrywał się w niego. Myślę, że weteran zauważył w oczach Cornela MASONA jakiś dziwny wyraz. Ja również go dostrzegłem. Spojrzenie cesarza wędrowało po całym ciele Herosa, zamiast skupić się na jego twarzy. Zatrzymywało się zwłaszcza na tych fragmentach jego ciała, które wytarty mundur pozostawił odsłonięte - szyi, nadgarstkach, włosach i stwardniałych dłoniach. Ja również się w nie wpatrzyłem i mam wrażenie, że uległem tej samej iluzji, co cesarz. Obaj dopatrywaliśmy się znajomych cech w jego kościach policzkowych, kształcie paznokci i brwiach. Achilles właściwie nie przypomina naszego Apolla, ale samotność każe nam niekiedy dopatrzyć się podobieństwa tam, gdzie go nie ma.
- Jestem wam wdzięczny za posiłek i za szczerość. MASONIE - odparł Achilles. - Dziękuję.
Cesarz zmarszczył brwi.
- Czy to znaczy "nie"?
- To znaczy "jeszcze nie".
- Zamierzacie porozmawiać z każdym przywódcą oddzielnie? - domyślił się natychmiast cezar. - Stracicie tylko czas.
W oczach herosa pojawił się błysk.
- Nie zwykłem marnować godzin swego życia, MASONIE. Wiem, jak się czuje ten, komu nie została już ani jedna. Wy tego nie wiecie. Jeśli porozmawiam z każdym z was, zanim podejmę decyzję, dowiem się wielu rzeczy, których nigdy byście mi nie zdradzili, gdybym wybrało już stronę. Co więcej, w pewnych sprawach zamierzam pomóc wam wszystkim. Jeśli wszyscy uczestnicy wojny wykazują się podstawową kompetencją, jest to korzystne dla każdego z nich. Pomogę wam nie dopuścić, by ta wojna stała się głupia.
- Czyż wojna nie jest zawsze głupia? Czyż nie oznacza masowej utraty ludzkiego życia oraz funkcjonalności cywilizacji?
- Oznacza - zgodził się weteran. - Ale niektóre wojny są głupsze od innych. Nie chcielibyście wojny na wyczerpanie, głodu ani zarazy, czy niepotrzebnej śmierci cywilów.
- Kim są cywile, jeśli nie mamy żołnierzy?
- Celne pytanie. Powstrzymanie grup półcywilów przed masakrowaniem nieprzyjacielskich półcywilów będzie niemal niemożliwe, biorąc pod uwagę, że nie macie ustalonej tradycji płacenia okupów i nie korzystacie z pracy przymusowej, w związku z czym wyłącznie sumienie może powstrzymać walczących przed zabijaniem jeńców.
Cesarz zerknął na mnie, ale się nie odezwał.
- W pierwszej kolejności potrzebujecie jakiegoś planu, który pozwoli wam uniknąć niepotrzebnych zniszczeń. Nie chcielibyście przypadkowo skazywać całych miast na klęskę głodu. Nie chcielibyście zabijać własnych ludzi, ponieważ nie potraficie ich odróżnić od nieprzyjaciela. Nie chcielibyście spalić Aleksandrii jak ten, od kogo wywodzi się wasz tytuł.
Cezar się nie uśmiechnął.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Nova imminentia, Caesar. (Pilna wiadomość, cezarze).
- Wejdźcie - odpowiedział MASON w powszechnie zrozumiałym języku angielskim. - Przekażcie ją wszystkim.
Do komnaty weszła niezwykła osoba: sławny małżonek Martina, Xiaoliu Guildbreaker. Xiaoliu jest szczupły jak młode drzewko, a jego masoński garnitur z przyciągającym uwagę białym rękawem Ordo Vitae Dialogorum zawsze jest wyprasowany tak starannie, że Xiaoliu przypomina raczej obelisk niż żywego człowieka. Jego długa, kobieca szyja dziwnie kontrastuje z szerokimi ramionami garnituru niczym lilia wyrastająca z poszarpanych skał, a kończyny ma tak szczupłe, że końce masońskiego cyrkla i węgielnicy na jego opasce familiarisa spotykają się po wewnętrznej stronie. Młody Xiaoliu wykazał się sporą odwagą, wdziewając tę opaskę. Odwrócił się plecami do swego mitsubishiańskiego baszu i naraził na obelgi takie jak "intruz", "uwodziciel" czy "przybłęda", ponieważ "skusił" Martina Guildbreakera do zmieszania jego stuprocentowo masońskiego dziedzictwa z dziedzictwem nowicjusza. Nie jest też łatwo o małżonka, który nie byłby zazdrosny o niezłomne oddanie, jakie Martin okazuje naszemu Panu. Jednakże w baszu Guildbreakerów niezwykłości nie budzą zdziwienia. Jakiż małżonek mógłby dorównać naszemu Martinowi, zrozumieć go i żyć według tych samych godzin, co on, gdyby, jak on, nie kochał Imperium ponad wszystko inne?
- W Odessie wybuchły masowe zamieszki - zameldował Xiaoliu. - Burmistrz i rada miejska wydali zarządzenie nakazujące redystrybucję nieruchomości, tak by uzgodnić procent ziemi posiadanej przez członków każdej z Pasiek z ich liczebnością wśród mieszkańców miasta.
MASON zamknął oczy. Wszyscy poczuliśmy, jak trucizna wojny przenika do radosnej recytacji, którą słyszeliśmy tak wiele razy: "Sześciopasiekowy System Transportu wita w [nazwa miejsca], żeby otrzymać listę lokalnych przepisów nieznanych w waszym zwyczajowym kodeksie prawnym, naciśnijcie "prawo"". Zarządy miast i burmistrzowie zawsze mieli władzę nad czymś więcej niż tylko wysokość budynków czy uliczne stragany z żywnością. Po prostu ufaliśmy sobie nawzajem, że nie wyjmiemy tych starych mieczy ze szklanych gablot na ścianach. To właśnie się skończyło.
- Jakie są proporcje? - zapytał MASON.
- Więcej niż siedemdziesiąt procent nieruchomości w Odessie jest obecnie własnością Mitsubishian. To bardzo mieszane miasto. Zbliżona liczba mieszkańców ze wszystkich wielkich Pasiek plus bardzo liczna populacja Brillistów.
- Do jakiej Pasieki należy burmistrz? - zapytał natychmiast Achilles.
Xiaoliu nie musiał pytać, kim jest ten niski nieznajomy, by wiedzieć, że człowiekowi siedzącemu za stołem cezara trzeba odpowiedzieć.
- Jest Kuzynem. Wychował się w europejskim baszu i należy do ukraińskiej grupy narodowej. Ma kontakty z edukacjonistami. Jego obwieszczenie zawierało edukacjonistyczne slogany zapożyczone z przemówień Tulliusa Mardiego.
Dłonie cezara zadrżały. Moje również. Te szybkie sygnały poleciły naszym soczewkom wyświetlić przekaz z Odessy. Natychmiast ujrzeliśmy tłum rozwścieczonych Mistubishian rzucających kamieniami w białe jak kreda kolumny odeskiego ratusza. Ich stroje tworzyły gobelin kwitnącej wiosny kontrastujący z klasyczną fasadą. Otaczał ich drugi, jeszcze większy tłum, krzyczący i wymachujący pięściami. Achilles również oglądał tę relację, nie przez soczewki, lecz na ręcznym ekraniku. Trzymał go ostrożnie, jakby urządzenie było magicznym oknem wypożyczonym od jakiegoś życzliwego boga.
- Czyżby się zaczęło? - zapytał cesarz. Jego powolny głos brzmiał jak zgrzyt kamieni umieszczanych przez murarza na przewidzianym dla nich miejscu.
- Iskra, która da początek wojnie?
Weteran Achilles przyglądał się morzu twarzy, podczas gdy MASON i ja gapiliśmy się na nie jak analfabeci. Nieumiejętność czytania nie musi dotyczyć pisma, Czytelniku. Ancelet potrafi czytać liczby, rektor Faust subtelności twarzy i mowy, Madame rumieńce, Eureka Weeksbooth swoje dziesięć miliardów świetlistych kul, inni zaś odczytują kamienie, DNA, światło gwiazd czy lot ptaków. Dla niewtajemniczonych wszystko to są nieczytelne bazgroły. Myślę, że wszyscy ludzie wściekają się z powodu swych ograniczeń, gdy widzą, jak inni czytają coś, co dla nich jest niezrozumiałe. W niektórych epokach rozwiązaniem był ogień. Czarownice i heretyckich filozofów, którzy zbyt wiele potrafili wyczytać z gwiazd i omenów, palono jak zakażoną pościel. Ale w rozsądniejszych okresach wysoko ceniono takich proroków.
- Może to iskra, a może nie - skwitował heros. - Przywódcy, którzy szybko działają, mogą przez długi czas powstrzymywać katastrofę.
Cesarz zmarszczył brwi, jakby wpatrywał się w staw zbyt mętny, by mógł wniknąć wzrokiem w jego głębiny.
Westchnienie Achillesa zabrzmiało niemal przepraszająco.
- Gdyby wiedza o wojnie była nauką ścisłą, nie potrzebowalibyście mnie.
MASON zaczerpnął tchu.
- Xiaoliu, zebraliście wszystkie numery lokalizatorów moich poddanych mieszkających w tej części Odessy?
- Sic, Caesar. (Tak, cezarze).
- Połączcie mnie.
Cesarz usiadł prosto. Uruchomił się mikrofon mający przekazać jego rozkazy odległym uszom.
- Do tych Masonów, którzy biorą udział w aktach przemocy w Odessie. Zaprzestańcie tego natychmiast i opuśćcie obszar objęty zamieszkami. Swym zachowaniem przynosicie hańbę naszemu Imperium i narażacie je na niebezpieczeństwo. Konflikt rozstrzygną moja władza i prawo, nie pięści i kamienie.
Gdzieś na drugim końcu świata z Odessy ulatują przypominające fajerwerki światełka. Widzą je tylko Sidney i Eureka ze swymi bystrymi, ślepymi oczami skonfigurowanych.
Znowu mylą ci się czasy, Mycrofcie. W owej chwili autoloty obserwują inni skonfigurowani. Epoka Saneer-Weeksboothów dobiegła końca.
Jakże cudowna musi być ludzkość w Twoich czasach, mój szlachetny panie, jeśli wierzysz, że dziesięć dni wystarczy, by wyszkolić nowego demona, który będzie kierował lotem ośmiuset milionów autolotów jednocześnie. Niestety, ludzkie zwierzę nie osiągnęło dotąd takiej doskonałości. Perry, jakże przebiegły w swych machinacjach, wyeliminował rezerwową ekipę, a takie umiejętności nie przychodzą łatwo, nawet monstrualnym skonfigurowanym. Sidney Koons po aresztowaniu nadal obsługuje system, siedząc w samym sercu wielkiej sieci. Papadelias strzeże go tak starannie, jak jeździec strzegłby konia, który go niesie. Jeśli zaś chodzi o Eurekę Weeksbooth, która uciekła ze Sniperem, nikt ze skonfigurowanych nie porzuciłby dobrowolnie czterdziestu ze swych czterdziestu pięciu zmysłów.
- Czy macie dla mnie jeszcze jakieś rady? - zapytał cezar.
Sławny wojownik odetchnął głęboko.
- Niezbyt liczne.
- Dlatego że nie jesteście jeszcze pewni, czy będziemy po tej samej stronie?
Szybkonogi Achilles uśmiechnął się szeroko.
- W rzeczy samej. W tej chwili jestem gotowe dzielić się tylko uniwersalnymi zasadami. Pewnych błędów chcielibyście uniknąć nawet u nieprzyjaciół.
- Na przykład?
- Potrzebujecie żywności.
- To oczywiste.
Weteran potrząsnął głową.
- Potrzebujecie jej więcej, niż wam się zdaje. Przyjmijcie założenie, że wasza zdolność produkcyjna zniknie natychmiast po rozpoczęciu wojny. Podczas dni, które wam pozostały, zmagazynujcie sto razy więcej żywności niż zwykle. Stwórzcie zapasy w każdym mieście, wystarczające, by wykarmić wszystkich przez sześć miesięcy albo nawet dłużej. Przyjmijcie założenie, że większość z nich zostanie zniszczona albo skradziona. Traktujcie je nie tylko jako żywność, lecz również jako walutę. Pamiętajcie, że mają służyć nie wyłącznie do spożycia, ale też do handlu wymiennego lub przekupstwa. Przyjmijcie założenie, że macie najwyżej połowę tego, czego potrzebujecie. A także, że wszystkie linie zaopatrzenia zostaną przerwane. Wyobraźcie sobie, że przygotowujecie się do długiego oblężenia, podczas którego każde miasto na Ziemi będzie musiało wyżywić się samo.
- Powiedzielibyście coś takiego nieprzyjacielowi? Głód często bywał kluczem do zwycięstwa.
- Lepiej, żeby przeciwnik miał zapasy żywności, które mogę ukraść, niż żebyśmy obaj zginęli z głodu.
Cezar skinął głową.
- Coś jeszcze?
- Strzeżcie zapasów żywności. Grabieże zaczną się szybko.
- Nie mamy wielkich spichlerzy, jak w dawnych czasach. Większość baszów kupuje dodatkowo ryż, mąkę, śmietanę i tego rodzaju rzeczy, ale mogą się wykarmić przez sześć miesięcy dzięki kilku workom soli i sztucznych nawozów dla kadzi z algami, generatora mięsa oraz kuchennego drzewa.
- Przyjmijcie założenie, że kuchenne drzewa spłoną, a nim jeszcze to się stanie, ludzie będą się bali tej perspektywy i zaczną grabić żywność na wszelki wypadek. W moich czasach, gdy kończyły się nam zapasy, atakowaliśmy jakieś pobliskie miasteczko, łupiliśmy je i zabijaliśmy tych, których nie chciało się nam brać do niewoli. Ta metoda nadal pozostaje skuteczna. Nie chcielibyście, żeby wasi ludzie ją stosowali.
- Co jeszcze?
- Medycyna.
Kosala uśmiechnęła się szeroko.
- To mamy rozpracowane. Zgromadziliśmy potrójne zapasy we wszystkich szpitalach na Ziemi, naszych i tych nielicznych, którymi kierują inne Pasieki.
Achilles pokręcił głową.
- Potrójne to za mało. Wyobraźcie sobie, ile najwięcej możecie potrzebować, i przyjmijcie założenie, że potrzebujecie dziesięć razy więcej. I medycy polowi. Wyszkolcie sto tysięcy medyków polowych, a potem każcie im szkolić następnych. Wasi lekarze są wspaniali, ale zanadto się uzależnili od swoich cudownych maszyn. Macie trochę ludzi, którzy znają dawną medycynę - surwiwalistów, ludzi, którzy lubią piesze wycieczki, albo tych, którzy zajmują się rekonstrukcją historyczną - wszyscy oni wiedzą, jak powstrzymać zagrażający życiu krwotok za pomocą dwóch patyków i kawałka worka. Potrzebujecie ich więcej. Jeśli nawet wyszkolicie wszystkich na Ziemi na polowych medyków, to i tak będzie za mało.
- Jesteście niezachwianie przekonani, że dojdzie do działań wojennych - stwierdziła z westchnieniem przewodniczący Kuzynów.
Mycrofcie, skąd się tu wzięła Kosala? W której chwili zjawiła się w sercu pałacu MASONA? Czy Masoni i Kuzyni naprawdę byli w owej chwili tak sobie bliscy, że cezar zaprosiłby Kosalę na spotkanie o kluczowym znaczeniu?
Pałacu MASONA? Jesteśmy w Casablance, Czytelniku. W stolicy Kuzynów. Jej wielopoziomowe, przypominające namioty dachy piętrzą się nad nami w coraz to liczniejszych fałdach niczym jakiś bajkowy statek - pół żaglowiec, pół ptak - kołysząc się i rozpościerając coraz szerzej, gdy karmią je słońce i wiatr wiejący od oceanu. Spójrz, Kosala i Achilles siedzą obok siebie w jej ogrodzie na dachu, wpatrzeni w ciągle się zmieniające kolory na górze.
Nie, Mycrofcie, jesteśmy w Aleksandrii, za salą tronową Dedala o płomiennym dachu. Cezar i Achilles dzielą się chlebem, wymieniając niewypowiedziane przysięgi gościnności i zaufania. Czyżbyś o tym zapomniał?
W Aleksandrii? Nie. Z pewnością pamiętasz wojnę pustynnych wydm z morskimi falami, gdy lecieliśmy z Achillesem z Aleksandrii do Casablanki, a także to, że po niezwykłych pacyficznych wodach Cielo de Pájaros widok znajomego śródziemnomorskiego błękitu przywołał łzy do oczu nie tylko moich, lecz również Wielkiego Żołnierza? A może to ja się mylę? Ostrzegałem Cię, że moje wspomnienia często zmieniają się w niewyraźną plamę. Tamtego dnia zabrałem Achillesa kolejno do domów wszystkich przywódców. Właściwie to były dwa dni, trzydziesty pierwszy marca i pierwszy kwietnia. W takiej chwili niełatwo było namówić tych, którzy rządzą światem, na coś, co brzmiało jak baśń: spotkanie z Achillesem. To Kosala rozmawiała z nim o szpitalach i o żywności też - a może to był cezar? Albo oboje? Wszystkie spotkania były pod wieloma względami podobne do siebie - pytania, testy, ciekawskie palce dotykające cierpliwego Patroklosa. Wybacz, wyrozumiały Czytelniku, ale wątpię, by nawet Achilles dokładnie zapamiętał, który z potężnych zadał mu które pytanie. Niektóre mogła jednak zadać tylko jedna osoba:
- Achillesie, czy przyszło wam do głowy, że jesteście tu po to, by pomóc w zawarciu pokoju, a nie w prowadzeniu wojny?
Ten, który pustoszył szeregi nieprzyjaciela, roześmiał się w głos.
Ale przewodniczący Bryar Kosala tego nie zrobiła.
- Żadna osoba nie mogłaby mieć lepszych szans od was. Gdybyście na spółkę z Mycroftem przekonali wszystkich ważnych przywódców do uznania was za eksperta, stalibyście się de facto najwyższym autorytetem w sprawie wojny. Moglibyście wtedy wykorzystać swe wpływy, by wprowadzić nas na drogę wiodącą ku pokojowi. Wasz głos wywarłby wielkie wrażenie, większe niż głos kogokolwiek innego. - Tym razem jej westchnienie było cichsze. - Wiem, że wierzycie w los. Biorąc pod uwagę, za kogo się uważacie, być może nie macie innego wyboru. Niemniej nawrót Losu nie musi oznaczać powtarzania tych samych błędów. Może być szansą zmiany, nauczenia się czegoś, zadośćuczynienia za popełnione wcześniej błędy. Odkupienia. Nie musicie być emisariuszem wojny. Możecie przynieść pokój.
Weteran wpatrzył się w widoczne między chwiejnymi namiotami dachów fale tłukące o brzeg w tym miejscu, gdzie Morze Śródziemne oraz ogromny Atlantyk spotykają się ze sobą, by mieszać swe wody.
- Spodziewałom się, że będziecie wzywali do zawarcia pokoju, ale sądziłom, że wasze słowa będą naiwne i tchórzliwe. Nie są takie. Brzmią jak głos zdrowego rozsądku. W gruncie rzeczy świat, jaki w nich przedstawiacie, ma więcej sensu od mojego, ponieważ w waszym świecie wszystkie te powroty prowadziłyby do czegoś, zamiast zmuszać nas do nieustannego powtarzania rzezi. Co więcej, macie wszelkie powody, by wierzyć w ten świat, ponieważ nikt poza mną i Mycroftem nigdy nie widział dowodów jego fałszywości. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Zauważyłom, że unikaliście słowa "karma".
- A wy unikacie odpowiedzi na moje pytanie.
- Wybaczcie, pani.
Skrzywiła się.
- Wiem, że mój związany z płcią kulturową fetysz stał się powszechnie znany, ale udawanie archaicznego szowinizmu nie jest skuteczną drogą do przekonania mnie, że rzeczywiście jesteście tym, za kogo się podajecie.
- Nie chciałom was urazić - zapewnił pośpiesznie Achilles. - To tylko przyzwyczajenie. Przypominacie mi Atenę i moją matkę.
Kosala zrobiła minę, jaka z pewnością nigdy się nie pojawiła na obliczu żadnej z obu bogiń.
- Obie jednocześnie?
Achilles wzruszył ramionami.
- To jedyne kobiety, jakie kiedykolwiek mówiły do mnie tak kompetentnie i władczo. Nie wywodzę się z waszych czasów. Nie przywykłom do tego, że kobiety zasiadają w radach i układają plany razem z mężczyznami, jak wy to robicie. W moim świecie tylko bogini albo królowa mogłaby przemawiać takim tonem. Być może również Amazonka, ale z nimi spotykałom się raczej w bitwach niż na naradach.
- Myślałom, że spędziliście w naszym świecie z górą dziesięć lat.
Achilles zmarszczył brwi, spoglądając na miejsce, gdzie stałem oparty o muskaną przez wiatr poręcz.
- Ukrywałom się na śmietnisku w towarzystwie drużyny żołnierzy, samych mężczyzn, oraz dziecka, a jedyni goście, jacy mnie odwiedzali, Mycroft i Thisbe Saneer, nie dali mi zbyt wielkich szans na kontakt z kobietami przeobrażonymi przez ostatnie tysiąclecia. Z nowoczesnymi przedstawicielkami waszej płci spotykałom się tylko w mediach albo w książkach, ale wy również oglądaliście w mediach mężczyzn podobnych do mnie albo czytaliście o nich. To nie to samo, co spotkanie osobiste.
- Pewnie macie rację.
Kosala raz jeszcze przyjrzała się Wielkiemu Żołnierzowi, jego twardym od ciężkiej pracy ramionom i barkom, które obnażył, by skóra mogła się nacieszyć słonym dotykiem jego dziadka, Starca Morskiego - boga, który albo strzegł bogatych w ryby głębin od chwili powstania Ziemi, albo nigdy nie istniał.
- Nadal nie odpowiedzieliście na moje pytanie - nalegała. - Czy pomożecie mi zawrzeć pokój?
Ze wszystkich śmiertelnych najokrutniejszy, jak według Homera Agamemnon nazwał kiedyś Achillesa, potrząsnął głową.
- To się nie uda. Wojna wybuchnie.
- A po niej nadejdzie pokój. Wojny kończą się wtedy, gdy ktoś zaprowadzi pokój. Zacznę nad tym pracować już teraz. Być może przez chwilę będzie trwała wojna, ale ważny jest pokój, który nastanie później.
- To znaczy... - popatrzył na nią ze zdziwieniem - ...że nie będziecie próbowali powstrzymać wojny?
- Z pewnością będę próbowało, ale na tę kartę stawiam tylko część żetonów. Tak się przy tym szczęśliwie składa, że próby powstrzymania wojny i przygotowania do zawarcia pokoju, który nastanie po niej, często wymagają tych samych działań. Wojny ciągną się długo, kiedy nie ma chętnych do ich zakończenia. Podczas tej wojny, już od chwili jej wybuchu, będzie działał dobrze zorganizowany ruch pacyfistyczny, który pomoże ją zakończyć na najlepszych możliwych warunkach. Pomożecie mi?
- W pracy dla pokoju? Prosicie Achillesa o pomoc w zaprowadzeniu pokoju na świecie? - Chichot zamarł w jego gardle. - Jeśli macie na myśli jakieś służące zawarciu pokoju zadania, które tylko ja mogę wykonać, z chęcią to dla was zrobię. Po samym życiu pokój jest najcenniejszym darem, jakim mogą się cieszyć śmiertelnicy. My dwaj świetnie o tym wiemy. - Spojrzał z zasępioną miną na maleńkiego Patroklosa. - Ale nie zaniedbam przygotowań do wojny dla pracy na rzecz pokoju. O tym drugim wiecie więcej ode mnie. Pokój panuje na całym waszym świecie. Moje zadanie polega na tym, czego nie potrafi zrobić nikt inny. Muszę nauczyć władców tego świata, jak mają zrobić ze swych rozgniewanych ludzi żołnierzy.
- Mnie również musicie tego nauczyć - stwierdziła z westchnieniem przewodniczący Kosala.
- Kuzynów? Nie - odparł pośpiesznie szybkonogi Achilles. - Gdy zacznie się wojna, wy musicie stać z boku.
- Stać z boku? - powtórzyła Kosala, tak zimna, jak z pewnością były Amazonki. - Myślicie, że nie umiemy walczyć? Zamierzam zabiegać o pokój wszelkimi dostępnymi środkami.
- Nie chciałom was urazić. Z pewnością umiecie walczyć, lecz również potraficie nie walczyć lepiej niż ktokolwiek inny.
Zmarszczyła brwi.
- Słucham?
- Nie sformułowałom tego dobrze. Chodziło mi o to, że żadna z pozostałych wielkich Pasiek nie może zachować neutralności w tym konflikcie. Utopii i Gordianom mogłoby się to udać, ale te Pasieki są maleńkie i raczej nie zapewnią nikomu azylu. Wy możecie to zrobić. Ze wszystkich wielkich Pasiek Kuzyni mają największe szanse uniknięcia udziału w konflikcie. Jeśli uda się wam zachować neutralność, część świata pozostanie odrębna, nienaruszalna, bezpieczna. Będzie istniał ktoś zdolny do negocjacji ze wszystkimi stronami. W dawnych czasach taką rolę odgrywali kapłani i kobiety. Tylko wy możecie wstąpić na tę wiodącą ku pokojowi drogę. To cenne.
Kosala skrzywiła się lekko. Wiedziałem, że to oznacza, iż jest bliska łez.
- Nie wiem czy neutralność nadal jest dla nas możliwa - przyznała. - Kuzyni są teraz rozgniewani, bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Doszło do podziałów wewnętrznych. Manipulowano nami, okłamano nas i zdradzono, zamordowano naszych bliskich, a nasze najważniejsze instytucje zatruli ci, którym ufaliśmy. - Nie powiedziała "Vivien" ani "KBIZ", ale wilgoć w jej oczach świadczyła, o czym myśli. - A wszystko to otworzyło jeszcze starsze rany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki