Zdecydowani na walkę - Ada Palmer

-
Proszę czekać

Mate­riał ści­śle tajny

MATE­RIAŁ ŚCI­ŚLE TAJNY: NIE­PRZE­ZNA­CZONY DO PUBLI­KA­CJI ANI DYS­TRY­BU­CJI

ZDE­CY­DO­WANI NA WALKĘ KRO­NIKA WYDA­RZEŃ, zaczy­na­jąca się w LIPCU roku 2454 Spi­sana przez MYCRO­FTA CAN­NERA na ROZ­KAZ PEW­NYCH OSÓB

ODTAJ­NIE­NIE DOKU­MENTU WYMAGA ZGODY WSZYST­KICH NIŻEJ WYMIE­NIO­NYCH CIAŁ

ŚCI­ŚLE TAJNE NA POLE­CE­NIE SOJU­SZU

UTAJ­NIŁO: Cen­zor Jung Ance­let Kosala; Roz­po­rzą­dze­nie nr 2454-147 POWÓD: Ope­ra­cje woj­skowe, Zagro­że­nie dla mul­ti­pa­sie­ko­wego bez­pie­czeń­stwa DATA ODTAJ­NIE­NIA: 1 sierp­nia 2504, za zgodą Senatu

ŚCI­ŚLE TAJNE NA POLE­CE­NIE UNII EURO­PEJ­SKIEJ Tr?s Secret Défense

UTAJ­NIŁO: Ich Kró­lew­ska Wyso­kość pre­mier Isa­bel Car­los II POWÓD: Zagro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa Pasieki, Zagro­że­nie dla sto­sun­ków mię­dzy­pa­sie­ko­wych DATA ODTAJ­NIE­NIA: 1 sierp­nia 2504, za zgodą Par­la­mentu

ŚCI­ŚLE TAJNE NA POLE­CE­NIE GOR­DIAN Gehe­ime Verschlußsache

UTAJ­NIŁO: Kanc­lerz wyko­naw­czy Car­lyle Has­sal-Krane POWÓD: Zagro­że­nie dla sto­sun­ków mię­dzy­pa­sie­ko­wych DATA ODTAJ­NIE­NIA DLA CELÓW NAUKO­WYCH: 1 sierp­nia 2459 DATA ODTAJ­NIE­NIA DLA CELÓW PUBLICZ­NYCH: Pięć lat po śmierci J.E.D.D. Masona

ŚCI­ŚLE TAJNE NA POLE­CE­NIE IMPE­RIUM SECRE­TIS­SIMA

UTAJ­NIŁO: DIC­TUM ABSO­LU­TUM

ŚCI­ŚLE TAJNE NA POLE­CE­NIE HUMA­NI­STÓW Ultra Secreto Humano

UTAJ­NIŁO: Pre­zy­dent Vivien Ance­let POWÓD: Ope­ra­cje woj­skowe, Zagro­że­nie dla mul­ti­pa­sie­ko­wego bez­pie­czeń­stwa DATA ODTAJ­NIE­NIA: Dzie­sięć lat po zakoń­cze­niu aktu­al­nego kry­zysu

ŚCI­ŚLE TAJNE NA POLE­CE­NIE UTO­PII Tajem­nica kosmiczna

UTAJ­NIŁO: Icha­bod Hub­ble, Kon­ste­la­cja Straż­ni­ków Zwia­stu­nów POWÓD: Zabez­pie­cze­nie broni jądro­wej i innych broni maso­wego raże­nia DATA ODTAJ­NIE­NIA: Gdy tego rodzaju broń prze­sta­nie być real­nym zagro­że­niem

Lista sied­miu i dzie­się­ciu

Lista sied­miu i dzie­się­ciu

LISTA SIED­MIU I DZIE­SIĘ­CIU

DLA naszego zmie­nia­ją­cego się świata

1. Cor­nel MASON (Masoni) - cesarz Maso­nów

Mycroft "Mar­tin" Guild­bre­aker (Masoni) - mini­ster porphy­ro­geni, fami­lia­ris regni

Xia­oliu Guild­bre­aker (Masoni) - fami­lia­ris regni, mał­żo­nek Mar­tina

Char­le­ma­gne Guild­bre­aker Senior (Masoni) - roma­no­vań­ski sena­tor, badzia­dek Mar­tina

2. Bryar Kosala (Kuzyni) - prze­wod­ni­czący Kuzy­nów

Heloďse (nie­sa­mo­dzielna) - czło­nek dorad­czy Naczel­nej Rady Kuzy­nów

Lore­lei "Cookie" Cook (Kuzyni) - roma­no­vań­ski mini­ster oświaty, przy­wódca frak­cji edu­ka­cjo­ni­stów

3. Vivien Ance­let (Huma­ni­ści) - pre­zy­dent Huma­ni­stów, mał­żo­nek Kosali

Jung Su-Hyeon Ance­let Kosala (Sza­ro­pra­wowcy) - ich badziecko, następca Ance­leta na sta­no­wi­sku cen­zora

Gany­mede Jean-Louis de la Trémoďlle (Huma­ni­ści) - były pre­zy­dent Huma­ni­stów, prze­bywa w wię­zie­niu

Aesop Quar­ri­man (Huma­ni­ści) - roma­no­vań­ski sena­tor, Trium­fa­tor Olim­piady

4. Król Hisz­pa­nii Isa­bel Car­los II (Euro­pej­czycy) - peł­niący obo­wiązki pre­miera Europy

Joyce Faust D'Aro­uet (Czar­no­pra­wowcy) - narze­czona króla Hisz­pa­nii

Mushi Mojave, Aldrin Bester, Vol­ta­ire Sel­don (Uto­pia­nie) - jej zakład­nicy

Sala­din Can­ner (ofi­cjal­nie uwa­żany za zmar­łego) - jej pies

Julia Doria-Pam­phili (Euro­pej­czycy) - prze­wod­ni­czący Kon­klawe Sen­se­istów.

Ektor Car­lyle Papa­de­lias (Euro­pej­czycy) - roma­no­vań­ski komi­sarz gene­ralny

5. Domi­nic Sene­schal (Czar­no­pra­wowcy) - peł­niący obo­wiązki dyrek­tora naczel­nego Mit­su­bi­shi

Hotaka And? Mit­su­bi­shi (Mit­su­bi­shianie) - dyrek­tor naczelny Mit­su­bi­shi, prze­bywa w wię­zie­niu

Danaë Marie-Anne de la Trémoďlle Mistu­bi­shi (Mit­su­bi­shia­nie) - żona And?, sio­stra Gany­mede'a

Masami (dzien­ni­karz), Toshi (ana­li­tyk pra­cu­jący dla cen­zora), Hiro­aki (pra­cuje w KBIZ) i inni - badzieci baszu Mit­su­bi­shi (nie są skon­fi­gu­ro­wa­nymi)

Car­lyle Foster-Kraye de la Trémoďlle - para­fia­nin Domi­nica, sen­se­ista

Jyothi Ban­dy­opa­dhay (Mit­su­bi­shia­nie) - dyrek­tor Gre­en­pe­ace Mit­su­bi­shi

6. Felix Faust (Gor­dia­nie) - rek­tor Insty­tutu Brilla

Jin Im-Jin (Gor­dia­nie) - mówca Senatu Roma­no­vań­skiego

7. Mycroft Can­ner (usłu­gowcy) - Ósme Ano­nim, nasz kro­ni­karz

8. Jeho­vah Epi­cu­rus Dona­tien D'Aro­uet Mason (nie­sa­mo­dzielny) - Try­bun Bez­pa­sie­ko­wych Sza­ro­pra­wow­ców, por­fi­ro­ge­neta, czło­nek dorad­czy Naczel­nej Rady Kuzy­nów, peł­niący obo­wiązki pro­ku­ra­tora gene­ral­nego Huma­ni­stów, doradca Rady Euro­pej­skiej, doradca Dyrek­to­riatu Naczel­nego Mit­su­bi­shi, pień powsta­ją­cego baszu mózgow­ców Gor­dian, Obcy, dzie­dzic tronu Hisz­pa­nii, Bóg

Gibral­tar Cha­ga­tai (Czar­no­pra­wowcy) - jego gospo­dyni

9. Ojiro Car­di­gan Sni­per (Huma­ni­ści) - trzy­na­ste OS, prze­bywa na wol­no­ści

Ockham Pro­spero Saneer (Huma­ni­ści) - dwu­na­ste OS, prze­bywa w wię­zie­niu

Lesley Juni­per Sni­per Saneer (Huma­ni­ści) - jego zastępca, prze­bywa na wol­no­ści

Tul­lius Mardi (Sza­ro­pra­wowcy) - pod­że­gacz do wojny, jego sprzy­mie­rze­niec, prze­bywa na wol­no­ści

Thisbe Ottila Saneer (Huma­ni­ści) - twórca ście­żek zapa­cho­wych, prze­bywa w wię­zie­niu

Cato Weeks­bo­oth (Huma­ni­ści) - sza­lony popu­la­ry­za­tor nauki, prze­bywa w wię­zie­niu

Eureka Weeks­bo­oth (Huma­ni­ści) - kar­te­zjań­skie skon­fi­gu­ro­wany, prze­bywa na wol­no­ści

Sid­ney Koons (Huma­ni­ści) - kar­te­zjań­skie skon­fi­gu­ro­wany, prze­bywa w wię­zie­niu

Kat i Robin Typer (Huma­ni­ści) - jedno na wol­no­ści, dru­gie w wię­zie­niu

10. Achil­les Mojave - boha­ter

Patro­klos Celu­jący - jego prawa ręka

Wypa­try­wacz, Peł­zacz, Medyk, Sto­jący Ż, Bez­pod­staw­kowy - jego oca­lali ludzie

Różni usłu­gowcy wystę­pu­jący pod pseu­do­ni­mami - jego Myr­mi­doni

Sze­re­gowy Przy­kuc­nięty - dezer­ter

Boo - praw­dziwy pies

In Memo­riam:

Brid­ger - cud

Mama Lalka, Nie­uzbro­jony, Sto­jący Z - jego stwo­rze­nia

Casi­mir Perry (Merion Kraye) - czarny cha­rak­ter

Basz Mardi: Geneva, Aeneas, Jules, Chiasa (Masoni), Leigh (Kuzyni), Malory, Seine (Huma­ni­ści), Jie (Mit­su­bi­shia­nie), Makenna (Euro­pej­czycy), Mer­cer (Gor­dia­nie), Kohaku, Luther Mar­di­gras (Sza­ro­pra­wowcy); ich badzieci Lau­rel i Ken (nie­sa­mo­dzielni) oraz Ibis (Kuzyni); ich przy­ja­ciel Apollo Mojave (Uto­pia­nie) - pierw­sze ofiary wojny

Roz­dział pierw­szy. My, alfa­bet

Roz­dział pierw­szy

MY, ALFA­BET

Napi­sane 6 lipca roku 2454 w Alek­san­drii

To prze­jaw pychy, Czy­tel­niku, twier­dzić, że jest się kimś, kto w całej histo­rii nie ma sobie rów­nych pod takim czy innym wzglę­dem: naj­po­tęż­niej­szym, naj­po­waż­niej skrzyw­dzo­nym, naj­bar­dziej samot­nym. Doświad­cze­nie i grecka krew pły­nąca w moich żyłach uczą mnie, że pychy należy się bać naj­moc­niej ze wszyst­kich grze­chów. Mimo to, gdy przed­sta­wiam się Ci tu po raz kolejny, nie mogę się powstrzy­mać przed napi­sa­niem, że jestem naj­bar­dziej nie­za­słu­że­nie pobło­go­sła­wio­nym czło­wie­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek żył. Ja, który ongiś popeł­ni­łem kolejno wszyst­kie grze­chy z kata­logu, ja, kani­bal, oprawca, zdrajca i baszro­bójca, który w wieku lat sie­dem­na­stu ocze­ki­wał na zasłu­żoną egze­ku­cję, ja, Mycroft Can­ner, mam teraz trzy­dzie­ści jeden lat, żyję, jestem zdrowy i mam znacz­nie wię­cej wol­no­ści, niż powinno się mi przy­znać, wyko­rzy­stuję swe talenty słu­żąc nie tylko jed­nemu, lecz kilku god­nym mojej wier­no­ści panom, a nawet pozwala mi się sypiać w ramio­nach tego, któ­rego obję­cia zawsze będą dla mnie naj­mil­szym miej­scem w całym wszech­świe­cie, pod­czas gdy on rów­nież śpi tam, gdzie jego miej­sce - na pod­ło­dze pod drzwiami sypialni swej pani.

Dzia­ła­nia wojenne jesz­cze się nie zaczęły, ale wody cof­nęły się już przed nadej­ściem przy­pływu, odsła­nia­jąc plaże i ich tajem­nice. Hob­bes mówi nam, że wojna nie polega tylko na walce, lecz jest to rów­nież odci­nek czasu, w któ­rym zde­cy­do­wa­nie na walkę obja­wia się tak wyraź­nie, że czło­wiek, czu­jąc żądzę krwi w innych i w sobie samym, nie może już wie­rzyć, że cywi­li­za­cja spełni swe obiet­nice i utrzyma pokój. W takim przy­padku jeste­śmy w sta­nie wojny już od czte­rech mie­sięcy, od chwili, gdy aresz­to­wa­nie Ockhama oraz zamach prze­pro­wa­dzony przez Sni­pera ujaw­niły zbyt wiele prawdy, by zaufa­nie mogło to wytrzy­mać. Choć jed­nak jeste­śmy zde­cy­do­wani na walkę, nie wiemy, jak ją roz­po­cząć. Od trzy­stu lat cie­szy­li­śmy się poko­jem, praw­dzi­wym, świa­to­wym poko­jem, bez względu na to, co mogą mówić mal­kon­tenci. Ludzie z naszego poko­le­nia ni­gdy nie spo­tkali kogoś, kto spo­tkał kogoś, kto wal­czył na woj­nie. Rządy nie mają już armii, nie mają broni. Czło­wiek może zabić dru­giego czło­wieka z pisto­letu, mie­czem czy zaostrzo­nym kamie­niem, ale rasa ludzka nie pamięta już, jak zmie­nić osiem­na­sto­let­nie dziecko w żoł­nie­rza, ufor­mo­wać tłum w szyki bitewne albo zde­hu­ma­ni­zo­wać nie­przy­ja­ciela do tego stop­nia, że myśl o jego zabi­ciu staje się moż­liwa do przy­ję­cia.

Nie­mniej nauczymy się tego szybko. Czło­wiek na­dal pozo­staje gwał­tow­nym zwie­rzę­ciem. Dowio­dłem tego oso­bi­ście przed trzy­na­stu laty, popeł­nia­jąc serię okrut­nych czy­nów, które zra­niły publiczną świa­do­mość do tego stop­nia, że cały świat jed­nym gło­sem doma­gał się mojej krwi. Będziemy wal­czyć, ale nikt nie chce pierw­szy zapa­lić zapałki, ponie­waż nie wiemy, jak szybko zapło­nie paliwo. Trzy­sta lat temu ludz­kość miała tyle broni, że mogłaby zabić wszyst­kich miesz­kań­ców Ziemi po sto razy. W dzi­siej­szych cza­sach tech­no­lo­gia, która stwo­rzyła tamtą broń, jest tak prze­sta­rzała, że dzieci roz­sz­cze­piają atomy w ramach szkol­nych pro­jek­tów nauko­wych tylko dla­tego, że inte­re­sują się histo­rią. Nie mamy now­szej broni, ale nikt nie wątpi, że wystar­czy mie­siąc sta­rań, by wie­dza, która two­rzy dla nas żyw­ność albo spo­wal­nia sta­rze­nie, zro­dziła okrop­no­ści, jakich obec­nie nawet sobie nie wyobra­żamy. Jeśli prze­trwamy, nasi żyjący wśród ruin potom­ko­wie będą się chcieli dowie­dzieć, jak to się stało. Z myślą o owej docie­kli­wej potom­no­ści naka­zano mi dalej spi­sy­wać tę kro­nikę.

Robi­łem to już przed­tem. Przed tygo­dniem moi pano­wie przed­sta­wili światu napi­saną przeze mnie krótką histo­rię Dni Trans­for­ma­cji, które skoń­czyły się przed czte­rema mie­sią­cami, sta­wia­jąc nas na progu wojny. Mówią mi, że moja opo­wieść speł­niła ich nadzieje: ujaw­niła znaczną część prawdy, nie popy­cha­jąc nas dalej ku prze­pa­ści. Jako histo­ryk mam jedną nie­za­prze­czalną zaletę - wszy­scy wie­dzą, że jestem obłą­kany. Żaden sąd ani żadna rada nie zaufają mojemu świa­dec­twu, a wszy­scy czy­tel­nicy mogą sami wybie­rać, w co zechcą uwie­rzyć, i odrzu­cać to, co zbyt ich nie­po­koi, jako wytwór sza­leń­stwa. Dałem opi­nii publicz­nej tyle prawdy, ile chciała usły­szeć, ale nie wię­cej, zosta­wia­jąc komen­ta­to­rom i pro­pa­gan­dy­stom zada­nie prze­two­rze­nia roz­ma­itych opi­nii we frak­cje, a frak­cji w strony i we wro­gów.

Ta kro­nika jest inna. Pierw­szą opo­wieść napi­sa­łem po to, by moi pano­wie dzie­lili się nią i wyko­rzy­sty­wali ją w cza­sie obec­nym. Tej nie można ujaw­nić, ponie­waż opi­sane w niej sekrety na­dal pozo­stają tajem­ni­cami wojen­nymi. Wła­dze, które zle­ciły mi spi­sy­wa­nie kro­niki ich poczy­nań, tydzień po tygo­dniu, nie pozwa­lają czy­tać mojego tek­stu nawet sobie nawza­jem. Tylko ja jeden cie­szę się tym oso­bli­wym zaufa­niem wielu przy­wód­ców frak­cji, które wkrótce staną się toczą­cymi wojnę pań­stwami. Sły­szę tajemne szepty w pała­cach i budu­arach. Owe szepty wkrótce ukształ­tują armie, ale histo­ria ni­gdy się o nich nie dowie, jeśli ktoś ich nie zapi­sze. Moi pano­wie każą mi opi­sać to ludz­kie tło wojny nie dla sie­bie i nie dla ogółu, lecz po to, by rela­cja o owych cza­sach prze­trwała, a wraz z nią jakaś postać ich obrony, podob­nie jak Pla­ton w swej obro­nie prze­ka­zuje nam rela­cję o zapo­mnia­nym Sokra­te­sie. Oba­wiam się, że w tej wonie utra­cimy ich wszyst­kich: mądrego, twar­dego jak żelazo cesa­rza, patrio­tyczne Sni­per i sub­telną Madame. Już utra­ci­li­śmy naj­lep­szego z nas. Tego wła­śnie żałuję naj­bar­dziej, Czy­tel­niku. Ponie­waż nie możesz zaufać sło­wom sza­leńca, nie prze­ko­nam Cię o jedy­nym fak­cie, który pocie­sza mnie w mej żało­bie. Brid­ger ist­niał naprawdę. Po naszej Ziemi cho­dził chło­piec, który był cudem. Trzy­ma­łem go w ramio­nach. Boska Świa­tłość jego dotyku dawała życie zabaw­kom, zmie­niała placki z błota w wykwintne uczty i wskrze­szała umar­łych. Za jego pośred­nic­twem ujaw­niał się Bóg, Który Wymy­ślił Ten Wszech­świat, Bóg, który zwy­kle pozo­staje ukryty i nie­wi­dzialny. Gdy­byś tylko mógł mi uwie­rzyć. Opatrz­ność ist­nieje, Czy­tel­niku - nie­po­jęta, lecz inte­li­gentna Wola, która nie bez powodu zapro­wa­dziła nas z pier­wot­nego błota na to pole bitwy. Ten, Kto wło­żył w ludz­kość tak wiele wysiłku, nie pozwoli, by nasza histo­ria teraz się skoń­czyła. Nie, to fałsz. Nie mam pew­no­ści, czy On na­dal nas potrze­buje. Fata­li­ści, któ­rzy od dawna gło­sili, że wszystko, od ruchów skrzy­de­łek owada, aż po słowa, które czy­tasz w tej chwili, jest z góry zde­ter­mi­no­wane, napi­sane na Wiel­kim Zwoju gdzieś na górze, nie brali pod uwagę moż­li­wo­ści, że ten Zwój może mieć Adre­sata. Czy­tel­niku, ist­nieje co naj­mniej dwóch Bogów - Bóg, Który Wymy­ślił Ten Wszech­świat, i Bóg, Który Przy­był Do Nas Z Innego, rów­nie Nie­skoń­czony i rów­nie Rze­czy­wi­sty. My, ludzie, jeste­śmy lite­rami w liście, który napi­sał nasz Stwórca, by nawią­zać pierw­szy kon­takt ze swym Odpo­wied­ni­kiem, Rów­nym Mu Bogiem. Teraz, gdy ten list dotarł do celu, można go podrzeć i wyrzu­cić albo zacho­wać na pamiątkę w szu­fla­dzie zamknię­tej jak trumna. My, alfa­bet, możemy tylko modlić się, by Ich świeżo zawarta przy­jaźń na­dal potrze­bo­wała słów. W takim przy­padku prze­trwamy.

Roz­dział drugi. God­ność czło­wieka

Roz­dział drugi

GOD­NOŚĆ CZŁO­WIEKA

Napi­sane 7-8 lipca roku 2454 Wyda­rze­nia z 8 kwiet­nia Almo­loya de Juáres

- Ja, Vivien Ance­let, niniej­szym przy­się­gam na swą god­ność czło­wieka, że będę z wiarą i wigo­rem wyko­ny­wało obo­wiązki pre­zy­denta Pasieki Huma­ni­stów.

Wyobraź sobie, Czy­tel­niku, że sły­szysz te słowa, nie na miej­scu, w Buenos Aires, sto­jąc na pal­cach, by ujrzeć podium nad oce­anem głów pod­eks­cy­to­wa­nych ludzi. Widzisz Ance­leta na pry­mi­tyw­nym ekra­nie, sze­ro­kim tylko na roz­pię­tość dłoni, a wytwo­rzony przez antyczną tech­no­lo­gię obraz jest pełen pik­seli. Oglą­dasz nagra­nie, nie dzie­lisz więc tej chwili z miliar­dem współ­braci. To jedy­nie dostar­czony z opóź­nie­niem dowód na to, że świat za murami wię­zie­nia toczy się dalej bez Two­jego udziału.

- Przy­się­gam, że będę prze­strze­gało i bro­niło kon­sty­tu­cji oraz praw Pasieki - kon­ty­nu­ował Ance­let - dbało o jej inte­gral­ność i nie­za­leż­ność, wspie­rało wszystko, co jej sprzyja, oraz sprze­ci­wiało się temu, co może jej zaszko­dzić. Będę dbało o drogę do Dosko­na­ło­ści wszyst­kich Huma­ni­stów, o bez­pie­czeń­stwo ich praw i swo­bód, a także Igrzysk Olim­pij­skich oraz Ducha Olim­pij­skiego i wszyst­kich, któ­rzy pozo­stają mu wierni. W tych celach posłużę się wszel­kimi środ­kami... - W tym punk­cie nowy pre­zy­dent się zawa­hał, ponie­waż, podob­nie jak Ty, Czy­tel­niku, dopiero nie­dawno dowie­dział się, że "wszel­kie środki" w kon­sty­tu­cji Pasieki Huma­ni­stów już od dawna ozna­czały OS. - Wszel­kimi środ­kami, jakie oddaje mi do dys­po­zy­cji obecna Kon­sty­tu­cja Huma­ni­stów. Jeśli zaś gło­so­wa­nie zmieni tę kon­sty­tu­cję, będę z rów­nym wigo­rem słu­żyło jej nowej postaci. Będę sumien­nie wyko­ny­wało te obo­wiązki bez uprze­dzeń i nie będę ule­gało wpły­wom oso­bi­stych więzi, aktu­al­nych bądź daw­nych, które łączą mnie z innymi Pasie­kami, gru­pami naro­do­wymi, zespo­łami eks­per­tów albo innymi insty­tu­cjami. Co wię­cej, przy­się­gam, że pozo­stanę wierne zasa­dom oraz refor­mom Tho­masa Car­lyle'a, a także będę prze­strze­gało Kom­pro­misu Car­lyle'a oraz wszyst­kich innych trak­ta­tów, które służą dobro­by­towi Huma­ni­stów. Przy­się­gam, że nie wyja­wię zwią­za­nej z moim urzę­dem wie­dzy, która musi... musi pozo­stać tajem­nicą. - Zająk­nął się tylko leciutko. - Gdy­bym kie­dyś zła­mało tę przy­sięgę albo zawio­dło zaufa­nie człon­ków w jaki­kol­wiek inny spo­sób, pod­dam się karze zgod­nej z pra­wem Pasieki. To moja szczera przy­sięga.

- Pra­gnę też dodać... - pod­jął Vivien po chwili prze­rwy. Jego głos nabrał bar­dziej ludz­kiego brzmie­nia. Mówił od sie­bie, a nie recy­to­wał przy­go­to­wany tekst. - Do tej ofi­cjal­nej przy­sięgi oso­bi­ste zapew­nie­nie skie­ro­wane do moich nowych braci, Huma­ni­stów. Obie­cuję, że pozy­cje, które dotąd zaj­mo­wa­łom, oraz wią­żące się z nimi zobo­wią­za­nia nie wpłyną na to, jak będę pia­sto­wało urząd, który mi powie­rzy­li­ście. Nie jestem już Bez­pa­sie­ko­wym. Nie jestem już cen­zo­rem. Nie jestem roma­no­vań­skim urzęd­ni­kiem. Szcze­rze poprzy­się­głom, że inte­resy Huma­ni­stów będą miały dla mnie pierw­szeń­stwo, nawet przed Kom­pro­mi­sem Car­lyle'a oraz inte­re­sami Uni­wer­sal­nego Wol­nego Soju­szu, gdyby oka­zało się to konieczne. Nie jestem też Ano­ni­mem. Od tej chwili moje komen­ta­rze zawsze będą słu­żyły inte­re­som Pasieki, do któ­rej się przy­łą­czy­łom Jestem Huma­ni­stą i mówię jak Huma­ni­sta, choć jesz­cze nie po hisz­pań­sku - dodał z lek­kim zaże­no­wa­niem. - Prze­pra­szam was za to, ale myślę, że będzie lepiej, jeśli moje słowa zro­zu­mie cały świat, a nie tylko człon­ko­wie Pasieki. Mamy teraz nowego cen­zora oraz nowego Ano­nima i obaj zasłu­gują na te pozy­cje. Jestem prze­ko­nane, że speł­nią swe obo­wiązki rów­nie dobrze, jak mogło­bym je speł­nić ja czy kto­kol­wiek inny. Mam nadzieję, że wy rów­nież im zaufa­cie, tak samo jak ufa­li­ście mnie, nim zosta­łom zmu­szone porzu­cić tamte urzędy, by objąć nowy.

Ekran pociem­niał. W moich oczach wez­brały łzy, ale dzięki wpra­wie nie pozwo­li­łem im wypły­nąć. Jeśli na tym świe­cie był choć jeden czło­wiek, który zasłu­gi­wał na to, by zoba­czyć tę przy­sięgę na żywo, by być obec­nym, gdy jego przy­sięga wier­no­ści prze­cho­dziła na nowego wodza naczel­nego, tym czło­wiekiem był Ockham Saneer. Musiał jed­nak oglą­dać to tutaj, dzie­więt­na­ście godzin po inau­gu­ra­cji. Nie mógł nawet wstać, by wysłu­chać tych słów, bo okowy i wię­zienne zwy­czaje przy­ku­wały go do krze­sła. Nie miał też swo­ich butów, tylko wię­zienny uni­form. Luźny, gra­na­towo-poma­rań­czowy strój wyglą­dał wesoło, wręcz bła­zeń­sko - jakby dziecko nie­udol­nie pró­bo­wało zapa­ko­wać uro­dzi­nowy pre­zent. Ockham nie ronił łez nad swoją sytu­acją, ale zauwa­ży­łem, że się wzdry­gnął, a jego poli­czek poru­szył się w nagłym tiku - jedy­nej oznace żalu na jego sil­nej, wyku­tej z brązu indyj­skiej twa­rzy. Jej widok zawsze przy­po­mina mi, który lud, jako jedyny pośród goto­wych do wojny tłu­mów sta­ro­żyt­no­ści, zdo­łał powstrzy­mać Alek­san­dra.

- Odda­nie wszyst­kich gło­sów zajęło cztery godziny i sie­dem­na­ście minut.

Przy­naj­mniej te słowa Ockham usły­szał na żywo. Wypo­wie­dział je po hisz­pań­sku - cie­pło, choć nie­zbyt popraw­nie - pre­zy­dent Ance­let, sie­dzący naprze­ciwko niego w ste­ryl­nym pokoju prze­słu­chań.

Ockham uśmiech­nął się, sły­sząc, jak szybko miliard człon­ków jego Pasieki wypeł­niło swój demo­kra­tyczny obo­wią­zek.

- ?Chce­cie zoba­czyć, jak inte­rimo wice­pre­zy­dent Sawyer Don­gala składa cérémonia? - zapy­tał Ance­let. Jego dobro­duszny, dzie­cinny hisz­pań­ski był usiany fran­cu­skimi i angiel­skimi sło­wami. - Po mnie naj­wię­cej gło­sów otrzy­mali Sni­per, byłe pre­zy­dent Gany­mede, wy, wasze éspoux Lesley, J.E.D.D. Mason i Sawyer Don­gala. Dla­tego Don­gala zgo­dziło się peł­nić obo­wiązki wice­pre­zy­denta, zanim usta­limy, czy któ­re­kol­wiek z pozo­sta­łych może peł­nić tę funk­cję w obec­nych cir­con­stan­ces. W dru­gim, pil­nym gło­so­wa­niu zatwier­dzono Don­galę.

Głos Ockhama zała­mał się nagle. Jego gar­dło odmó­wiło posłu­szeń­stwa po dzie­się­ciu dniach ostroż­no­ści, pod­czas któ­rych wypo­wia­dał tylko nie­wiele mówiące mono­sy­laby oraz słowa "do toa­lety".

- Przy... grhhh... przyj­muję do wia­do­mo­ści fakt, że zgod­nie z pra­wem wybrano was na pre­zy­denta Pasieki Huma­ni­stów i że macie teraz upraw­nie­nia zada­wa­nia pytań i wyda­wa­nia roz­ka­zów, jakie daje wam ten urząd.

Cie­pły uśmiech nowego pre­zy­denta natych­miast prze­szedł w sku­pioną minę. Ance­let był gotowy do dzia­ła­nia.

- ?Od kogo Sni­per otrzy­mało roz­kaz ataku con­tre J.E.D.D. Maso­nowi? - zapy­tał ostro i szybko, jak czło­wiek ani przez chwilę nie­wąt­piący, że Ockham, który nie prze­rwał mil­cze­nia w obli­czu wszel­kich gróźb i obiet­nic dozwo­lo­nych dla przed­sta­wi­cieli prawa, prze­rwie je dla niego. - ?Jakie inne osoby o tym wie­działy?

- Możemy mówić po angiel­sku, jeśli tak będzie dla was łatwiej, członku pre­zy­den­cie - zapro­po­no­wał łagod­nym tonem Ockham, zmie­nia­jąc język. - O ile mi wia­domo, Oji... jiro nie powie­działo o tym nikomu. Dzia­łało na wła­sną rękę. - Zająk­nął się przy rzadko wypo­wia­da­nym pierw­szym imie­niu Sni­pera. - Basz nie miał już wtedy kon­taktu z pre­zy­den­tem Gany­mede'em. Nawet Lesley i ja nic nie wie­dzie­li­śmy o pla­nach Ojiro.

Ance­let ski­nął głową na znak podzię­ko­wa­nia za języ­kową uprzej­mość Ockhama.

- Zatem Sni­per dzia­łało samo. - Jego ramiona roz­luź­niły się nieco. - Opo­wiedz­cie mi o OS.

- Ofi­cjal­nie czy poza pro­to­ko­łem, członku pre­zy­den­cie?

- Na razie poza. Wkrótce będziemy musieli wydać publiczne oświad­cze­nie, ale naj­pierw samo muszę wszystko zro­zu­mieć.

Ta odpo­wiedź zado­wo­liła Ockhama, jeśli dobrze odczy­ta­łem jego reak­cję.

- Dla­czego Mycroft tu jest? - zapy­tał.

Ance­let spoj­rzał na mnie, podą­ża­jąc za przy­kła­dem Ockhama. Sie­dzia­łem na meta­lo­wej ławce w kącie, opla­ta­jąc rękoma kolana, i sta­ra­łem się igno­ro­wać wię­zienne widma, szar­piące pazu­rami moje koń­czyny oraz barki. Nie potra­fię Ci powie­dzieć, czy te widma były duchami zmar­łych więź­niów, czy po pro­stu ema­na­cją zazdro­snych ścian, wyczu­wa­ją­cych we mnie kolej­nego zbrod­nia­rza, któ­rego powinny tu zatrzy­mać. Sta­ram się prze­ko­nać samego sie­bie, że nie ma żad­nych wię­zien­nych widm. To nawet nie było praw­dziwe wię­zie­nie, po pro­stu tym­cza­sowy areszt dla tych, któ­rzy cze­kali na pro­ces. Nikt ni­gdy nie sie­dział tu wystar­cza­jąco długo, by pozo­sta­wić po sobie zgorzk­nia­łego ducha. Nie­mniej - podob­nie jak w każ­dym wię­zie­niu, któ­rego progi kie­dy­kol­wiek prze­kro­czy­łem - widzia­łem te widma, sły­sza­łem je i czu­łem dotyk ich witek, rów­nie realny jak dotyk ubra­nia na mojej skó­rze.

- Nie wolno mi ni­gdzie cho­dzić bez ochro­nia­rza - odparł nowy pre­zy­dent. - Uzna­łom, że będzie­cie woleli kogoś, kogo obaj znamy i komu ufamy.

Ockham zmarsz­czył brwi.

- Czy to jedyny powód?

- Nie. Może­cie nie zda­wać sobie z tego sprawy, ale pole­ga­łom na Mycrof­cie już od dłuż­szego czasu, nie tylko jako cen­zor, lecz rów­nież pod­czas spra­wo­wa­nia mojego... taj­nego urzędu. Mycroft jest moim asy­sten­tem, doradcą i uczniem. Moim następcą.

- Nowym Ano­ni­mem? Nie wie­dzia­łom o tym. - W spoj­rze­niu Ockhama nie dało się dostrzec zasko­cze­nia, a tylko ana­lizę nowego faktu, wolną od wszel­kich komen­ta­rzy. - Ze względu na pre­fe­ren­cje gło­su­ją­cych urząd Ano­nima czę­sto wią­zał się z pozy­cją naszego wice­pre­zy­denta, ale to nie jest huma­ni­styczny urząd, a Mycroft nie jest Huma­ni­stą. Jak uspra­wie­dli­wia­cie wta­jem­ni­cze­nie nowego Ano­nima w sekrety OS, bio­rąc pod uwagę wasze zapew­nie­nie, że zerwa­li­ście wszel­kie więzi z poprzed­nio pia­sto­wa­nymi urzę­dami?

Ance­let zmarsz­czył brwi.

- Jak rozu­miem, Mycroft wie­działo o waszej pracy i docho­wy­wało tajem­nicy już od wielu lat. Te infor­ma­cje nie są dla niego nowe.

- Mycroft nie znało szcze­gó­łów - sprze­ci­wił się Ockham. - Po pro­stu wie­działo, że jeste­śmy zabój­cami. W prze­szło­ści zapew­nia­li­śmy jego mil­cze­nie za pomocą dwóch gróźb. Gro­zi­li­śmy, że ujaw­nimy fakt, iż Mycroft jest usłu­gow­cem, a także unie­moż­li­wimy mu kon­takty z Thisbe. Mycroft i Thisbe są kochan­kami - dodał. - Ale obec­nie wszy­scy już wie­dzą o tym pierw­szym, a zakła­dam, że Thisbe albo sie­dzi w wię­zie­niu, albo zagi­nęła, więc druga groźba rów­nież utra­ciła zna­cze­nie.

- W rze­czy­wi­sto­ści Thisbe i ja ni­gdy nie byli­śmy kochan­kami, członku Ockham - poin­for­mo­wa­łem go cicho po hisz­pań­sku. Wię­zienne widma zasy­czały, sły­sząc mój głos. - Nie­mniej może­cie mi zaufać w tej spra­wie. Ten, Któ­rego Auto­ry­tet prze­wyż­sza dla mnie wszyst­kie pozo­stałe, roz­ka­zał mi, bym nie zdra­dziło Nikomu, nawet Jemu, niczego, o czym się tutaj dowiem, bez pozwo­le­nia zarówno waszego, jak i pre­zy­denta Ance­leta. Może­cie nie wie­dzieć, o jakim Auto­ry­te­cie mówię, ale sądzę, że rozu­mie­cie, iż obaj jeste­śmy abso­lut­nie posłuszni tym, któ­rym posta­no­wi­li­śmy słu­żyć.

- J.E.D.D. Mason? - domy­ślił się natych­miast Ockham.

Wyczy­ta­łem z jego twa­rzy, że wyraz mojej mnie zdra­dził. Fakt, że jestem wier­nym sługą J.E.D.D. Masona, nie był jesz­cze wów­czas powszech­nie znany. Spo­dzie­wa­łem się, że Thisbe zachowa tę infor­ma­cję dla sie­bie, by stała się ona kolejną tajem­nicą, czy­niącą jej księgę zaklęć jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczną. Naj­wy­raź­niej jed­nak tego nie zro­biła.

- Mycroft spi­suje histo­rię minio­nego tygo­dnia - wsta­wił się za mną Ance­let. - Na roz­kaz J.E.D.D. Masona. Ta książka ma zre­la­cjo­no­wać wyda­rze­nia tak bez­stron­nie, jak to tylko moż­liwe, i zawie­rać tyle prawdy, ile tylko Mycroft zdoła usta­lić. Żadna osoba poza nim samym nie będzie miała dostępu do tre­ści wywia­dów oraz zebra­nych mate­ria­łów, a wszy­scy w niej wymie­nieni, w tym rów­nież wy, będą mieli równe prawo weta w sto­sunku do każ­dej linijki tek­stu. Obie­cuję, że nie zatwier­dzę publi­ka­cji, dopóki mi nie powie­cie, że jeste­ście usa­tys­fak­cjo­no­wani.

- Histo­ria. - Ockham prze­cią­gnął się na swoim krze­śle, zasta­na­wia­jąc się nad impli­ka­cjami. - A po co?

- J.E.D.D. Mason lubi prawdę - odpo­wie­dzie­li­śmy chó­rem ja i Ance­let.

Nowy pre­zy­dent par­sk­nął śmie­chem. Dredy opa­dły mu na ramiona niczym wierz­bowe witki koły­sane wia­trem. Ucie­szy­łem się, że na­dal potrafi się śmiać.

- O to wła­śnie mu cho­dziło - wyja­śnił. - J.E.D.D. Mason pra­gnie, by rasa ludzka poznała prawdę. Więk­szość pozo­sta­łych, w tym rów­nież ja, wola­łaby, żeby opi­nia publiczna otrzy­mała jakąś kon­tro­lo­waną wer­sję prawdy, ponie­waż, jak z pew­no­ścią zda­je­cie sobie sprawę, będzie się roz­po­wszech­niało mnó­stwo kłamstw, naj­czę­ściej skie­ro­wa­nych prze­ciwko nam. Będziemy musieli coś im prze­ciw­sta­wić. Jeśli woli­cie, Ockha­mie, ode­ślę Mycro­fta i wezwę huma­ni­stycz­nego straż­nika, ale wtedy wy, ja albo my obaj będziemy musieli powtó­rzyć póź­niej Mycro­ftowi te same infor­ma­cje, a ponie­waż nie mam doświad­cze­nia ze straż­nikami z naszej Pasieki, nie znam na razie żad­nego, któ­remu ufa­ło­bym tak, jak Mycro­ftowi... - prze­rwał na chwilę - ...albo wam.

- Pro­spero.

To imię zabrzmiało w jego ustach zupeł­nie mar­two.

- Słu­cham?

- Pro­spero. To moje imię. Dru­gie imię. Nie jestem już OS, więc nie powin­ni­ście zwać mnie Ockha­mem.

Te słowa spra­wiały mu ból. Czu­łem się, jak­bym słu­chał oba­lo­nego króla, mówią­cego, że nie przy­słu­guje mu już tytuł "Jego Kró­lew­skiej Mości".

Pro­spero Saneer zamknął na moment oczy, by nara­dzić się z ciem­no­ścią, nim zła­mie pie­częć na tajem­ni­cach, któ­rych strzegł od chwili, gdy stał się wystar­cza­jąco doro­sły, by wie­dzieć, co zna­czy słowo "tajem­nica".

- OS jest orga­nem, który podej­muje dzia­ła­nie, gdy inte­resy Pasieki Huma­ni­stów wyma­gają ode­bra­nia komuś życia - zaczął. - Jego sta­tut, który mogę wyre­cy­to­wać dla was z pamięci, jeśli sobie życzy­cie, zaleca, choć ofi­cjal­nie nie naka­zuje, wybór celów, któ­rych zwią­zek z inte­re­sami Huma­ni­stów jest na tyle nie­ja­sny, że żadne metody docho­dze­nia nie powinny umoż­li­wić usta­le­nia naszych moty­wów. Podob­nie śmierć powinna, jeśli to tylko moż­liwe, być zadana w tak sub­telny spo­sób, że ofi­cjalne organy nie będą podej­rze­wały udziału osób trze­cich. Pod­sta­wo­wym środ­kiem uży­wa­nym przez nas do wyboru i likwi­da­cji celów zawsze był Sze­ścio­pa­sie­kowy Sys­tem Trans­portu oraz jego kom­pu­tery, ale w razie potrzeby posłu­gu­jemy się też innymi meto­dami. Dzie­dzicz­nemu baszowi Saneer-Weeks­bo­oth powie­rzono zarówno Sieć Trans­portu, jak i wyko­ny­wa­nie zabójstw. Jeste­śmy OS, choć tej nazwy używa się rów­nież na okre­śle­nie osoby kie­ru­ją­cej całym sys­te­mem. Jako Ockham Saneer byłom Dwu­na­stym OS, a teraz Ojiro Sni­per jest trzy­na­stym.

- Organ, który podej­muje dzia­ła­nie... - powtó­rzył Ance­let. Gdy obra­cał te słowa w umy­śle, w jego samo­gło­skach poja­wił się cień fran­cu­skiego akcentu. - Cie­kawe sfor­mu­ło­wa­nie. Kto wybiera cele?

- Wy, członku pre­zy­den­cie. A przy­naj­mniej wy robi­li­by­ście to w prost­szych cza­sach.

Nowy pre­zy­dent zmarsz­czył czarne brwi.

- A kto to robił przede mną?

- Sta­tut OS pre­cy­zuje, któ­rzy urzęd­nicy pasie­kowi mogą o nas wie­dzieć i wyda­wać nam roz­kazy, zależ­nie od tego, jaką postać przy­bie­rze rząd Huma­ni­stów po wybo­rach. Jeśli w Par­la­men­cie jest więk­szość wystar­cza­jąca do wyboru prze­wod­ni­czą­cego, tylko on wie i wydaje roz­kazy, ale może też poin­for­mo­wać wiceprze­wod­ni­czą­cego, jeśli uzna to za sto­sowne. Gdy wła­dza jest podzie­lona w ramach Trium­wi­ratu, Rady, Komi­sji, Kon­gresu albo Par­la­mentu, ist­nieją spe­cjalne pro­to­koły prze­wi­dziane dla każ­dej z tych ewen­tu­al­no­ści. Z reguły tajem­nicę powie­rza się nie­wiel­kiej licz­bie osób, od dwóch do czte­rech, które kon­tro­lują naj­więk­sze bloki w Par­la­men­cie.

- Zatem Gany­mede.

- Tak, ostat­nio roz­ka­zy­wało nam byłe pre­zy­dent Gany­mede. - Pro­spero zmarsz­czył brwi. - Nie pró­buję się wykrę­cić, członku pre­zy­den­cie, ale to dla mnie skom­pli­ko­wana sprawa. Oso­bi­ście uznaję was za pre­zy­denta i pra­gnę dać wam wszystko, czego potrze­bu­je­cie, ale to prze­wod­ni­czący OS powi­nien wam mówić te rze­czy, nie jego pod­ko­mendny albo były czło­nek. Czasy uspra­wie­dli­wiają zawie­sze­nie tej zasady, ale muszę się zasta­na­wiać nad tym, co powie­dzia­łoby na moim miej­scu Ojiro.

- Sni­per. - Ance­let zaczerp­nął głę­boko tchu. - Gdy­bym je teraz wezwało...

- Ojiro - popra­wił go Pro­spero. - Ono jest teraz OS.

- W porządku, Ojiro. Jak myśli­cie, czy gdy­bym je teraz wezwało i roz­ka­zało mu, hmm, coś zro­bić, to czy posłu­cha­łoby mnie?

- Myślę, że bar­dzo sta­ran­nie roz­wa­ży­łoby wasze roz­kazy, nim cokol­wiek by zro­biło.

Ance­let przez chwilę się zasta­na­wiał.

- Dla­czego jeste­ście tutaj, pod­czas gdy Ojiro z więk­szą czę­ścią OS prze­szło do pod­zie­mia?

- OS nie prze­szło do pod­zie­mia. Pozo­staje orga­nem, który działa na rzecz Pasieki Huma­ni­stów, gdy jej inte­re­som naj­le­piej służy odbie­ra­nie ludziom życia. Wy jeste­ście orga­nem, który działa na jej rzecz w spra­wach powią­za­nych z rzą­dem i z Roma­novą. Czy przy­szło wam na myśl, członku pre­zy­den­cie, że osią­gnię­cie waszego celu poko­jo­wymi środ­kami może nie być moż­liwe?

- Jakiego celu?

- Oca­le­nia Pasieki. Macie nadzieję uspo­koić pozo­stałe Pasieki i zgo­dzić się na ustęp­stwa konieczne, by prze­stały się doma­gać roz­wią­za­nia Huma­ni­stów.

- Roz­wa­ża­łom moż­li­wość, że się nie zgo­dzą. Według moich obli­czeń da się tego unik­nąć.

Nie­malże widzia­łem liczby poru­sza­jące się za oczami byłego cen­zora.

Pro­spero rów­nież.

- A co z moż­li­wo­ścią, że zażą­dają tak wielu zmian, że Pasieka utraci swoją toż­sa­mość? Albo że prze­moc eks­plo­duje, zanim skoń­czy­cie? Albo że pad­nie­cie ofiarą zama­chu? Wyjąt­kowe czasy wyma­gają wyjąt­ko­wych środ­ków. Jeśli uzna­cie, że potrze­bu­je­cie tych środ­ków, jeśli skon­tak­tu­je­cie się z Ojiro i wyda­cie mu roz­kazy, nie­mal na pewno was posłu­cha. Jeśli zaś będzie­cie uni­kać tych środ­ków, a wasze metody zawiodą, OS podej­mie nie­zbędne kroki na wła­sną rękę. Jest jed­nym orga­nem Pasieki, a pre­zy­dent jest dru­gim. Nie uwa­żaj­cie się za głowę albo za serce.

Cie­ka­wość przy­wo­łała uśmiech na twarz Ance­leta.

- A gdzie, waszym zda­niem, są głowa i serce? - zapy­tał pre­zy­dent.

- Głowa to gło­su­jący człon­ko­wie - odpo­wie­dział natych­miast Pro­spero. - A serce to Komi­tet Olim­pij­ski.

- Zatem dopóki ludzie i Duch Olim­pij­ski żyją, litera prawa może się bujać? - Ance­let zachi­cho­tał. Spra­wiał wra­że­nie, że śmieje się głów­nie z samego sie­bie. - Nie żar­tuję z was. Macie rację. Mogę prze­grać. Wojna może być nie­unik­niona, zgod­nie z oba­wami Mycro­fta. Cie­szę się, że Pasieka ma drugą siłę, nie­za­leżną ode mnie, która może jej bro­nić. Rozu­miem też, dla­czego jeste­ście ostrożni. Macie wszel­kie powody, by wąt­pić w moją przy­dat­ność do tego urzędu, moją lojal­ność wobec Pasieki, a nawet w uczci­wość wybo­rów prze­pro­wa­dzo­nych w takich warun­kach. Ze swej strony mogę powie­dzieć tylko tyle, że wam ufam, Ockha­mie... Pro­spero - popra­wił się pośpiesz­nie. - Ufam wam bez zastrze­żeń, ale w tej chwili moje zaufa­nie ma czy­sto inte­lek­tu­alny cha­rak­ter. Opiera się na tym, jak Mycroft opi­sy­wało was i wasze dawne uczynki. By dojść do oso­bi­stego zaufa­nia, potrzeba będzie czasu i wza­jem­nych kon­tak­tów.

Pro­spero uspo­koił się, choć tylko odro­binę. Widziało się to w pozy­cji jego ramion i krę­go­słupa. Ze świeżo zasia­nego ziarna opty­mi­zmu wyrósł pierw­szy, deli­katny listek.

- Byłe pre­zy­dent Gany­mede miało wyłączne prawo wyda­wa­nia roz­ka­zów OS, ale przed każ­dym ata­kiem kon­sul­to­wało się z dyrek­to­rem naczel­nym Hotaką And? Mit­su­bi­shim oraz pre­mie­rem Casi­mi­rem Per­rym.

- Dla­czego?

- Od samego początku, na pod­sta­wie kon­wen­cji, a nie prawa, dyrek­tor naczelny Pasieki Mit­su­bi­shi było infor­mo­wane o poczy­na­niach OS przez przed­sta­wi­ciela Huma­ni­stów wyda­ją­cego roz­kazy tej insty­tu­cji. Co wię­cej, OS słu­żyło rów­nież inte­re­som Mit­su­bi­shian.

- Dla­czego?

Tym razem to Pro­spero zmarsz­czył czarne brwi.

- Być może dla­tego, że per­so­nel cen­trum, które stwo­rzyło Sieć Trans­portu, skła­dał się czę­ściowo z Mit­su­bi­shian. Albo dla­tego, że pierwsi współ­dy­rek­to­rzy tego cen­trum, Orion Saneer i Tung­sten Weeks­bo­oth, uwa­żali, że korzyst­nie będzie zawrzeć dłu­go­trwały sojusz z Pasieką Mit­su­bi­shi. A może dla­tego, że w cza­sach, gdy two­rzono sys­tem, pre­zy­dent Olim­pij­czy­ków Ade­line Dembélé chciało włą­czyć do niego Mit­su­bi­shian z jakichś powo­dów zapo­mnia­nych przez histo­rię. OS celowo pro­wa­dzi bar­dzo nie­wiele zapi­sków, więc wiele szcze­gó­łów zagi­nęło.

Zasta­na­wiam się, jak czuje się ktoś, kto dźwiga grze­chy nie ojca, lecz nie­malże zapo­mnia­nego pół­ro­dzica. Przed zało­że­niem two­jej dyna­stii szla­chetny król, jakiś twój pra­dzia­dek od strony matki, ze sta­now­czo zbyt wie­loma "pra" doda­nymi z przodu, był mor­dercą. Nim twoi przod­ko­wie zdo­byli małą for­tunę, z któ­rej ty uczy­ni­łeś wielką, kupili sobie bilet do Nowego Świata, ogra­bia­jąc trupy. Przed pre­zy­den­tem Huma­ni­stów był pre­zy­dent Olim­pij­czy­ków, któ­rego następcy połą­czyli się z Wiel­kim Nie­ustan­nym Przy­ję­ciem, żeby stwo­rzyć Pasiekę Huma­ni­stów, i to pre­zy­dent Olim­pij­czy­ków ścią­gnął na oba wasze domy klą­twę OS.

- Czy wła­śnie dla­tego, gdy basz w każ­dym poko­le­niu przyj­muje nowych człon­ków, zawsze wywo­dzą się oni z mit­su­bi­shiań­skich baszów?

- Taka jest zasada - potwier­dził Pro­spero. - Mał­żon­ków i współ­ba­szow­ców wywo­dzą­cych się z zewnątrz musi zaak­cep­to­wać prze­wod­ni­czący i muszą oni wywo­dzić się z Pasieki Huma­ni­stów albo Mit­su­bi­shi, ewen­tu­al­nie Euro­pej­czy­ków, ale to wymaga spe­cjal­nych pozwo­leń oraz spraw­dze­nia.

Ance­let ski­nął głową.

- W jaki spo­sób wcią­gnięto w to Europę?

- To było w roku dwa tysiące trzy­sta trzy­dzie­stym trze­cim. Mam wra­że­nie, że była to kon­ce­sja przy­znana Euro­pej­czy­kom w zamian za to, że Unia Euro­pej­ska nie zaka­zała naby­wa­nia ziemi nale­żą­cej do Euro­pej­czy­ków nie-Euro­pej­czy­kom, podob­nie jak Pasieka Mit­su­bi­shi zaka­zuje jej sprze­daży nie-Mit­su­bi­shianom. Wtedy... czy jest z tym jakiś pro­blem?

Gdy Ance­let usły­szał wzmiankę o sprze­daży ziemi, wzdry­gnął się, jakby ugryzł go giez. Zauwa­ży­łem, że się­gnął odru­chowo do kon­soli, którą miałby pod ręką, gdy­by­śmy prze­by­wali w mrocz­nym azylu o ścia­nach peł­nych ekra­nów, jakim było Biuro Cen­zora w Roma­no­vie. Tam wła­śnie on, ja, Jung Su-Hyeon, który nie był jesz­cze cen­zo­rem, oraz Toshi Mit­su­bi­shi, która jesz­cze nie dopu­ściła się zdrady, raz po raz spraw­dza­li­śmy wszyst­kie liczby doty­czące sprze­daży ziemi, aż do roku 2330, gdzie nasze rów­na­nia o węchu czul­szym niż węch świń szu­ka­ją­cych tru­fli wyczuły węzły napię­cia, prze­rzuty kon­flik­tów wywo­ła­nych przez Połą­cze­nie Pasieki Gor­dian z Pasieką Auxi­lio. Jed­nakże te liczby i ten azyl nale­żały teraz do Su-Hyeona, nie do Ance­leta. To okrutne, gdy żyjący mistrz musi prze­ka­zać swe instru­menty jed­nemu z uczniów, mimo że żaden z nich dotąd go nie prze­ści­gnął.

- Czy jest z tym jakiś pro­blem? - powtó­rzył Pro­spero.

- Tak, ale nie jest nowy - odparł Ance­let ze szcze­ro­ścią, która mnie zasko­czyła. - Ja i moi współ­pra­cow­nicy... - jego wargi zadrżały, gdy powró­ciło wciąż nowe wspo­mnie­nie zakrwa­wio­nych zwłok Kohaku Mar­diego - ...już od dawna spo­dzie­wa­li­śmy się, że poli­tyka zagar­nia­nia ziemi przez Mit­su­bi­shi dopro­wa­dzi do kry­zysu eko­no­micz­nego. A może nawet nie tylko eko­no­micz­nego. To cie­kawe... zoba­czyć, jak dawno inni prze­wi­dy­wali to samo nie­bez­pie­czeń­stwo.

Pro­spero przyj­rzał się z uwagą swemu nowemu dowódcy. Po latach obco­wa­nia ze złotą fasadą Gany­mede'a nie był przy­zwy­cza­jony do szcze­ro­ści.

- Naj­waż­niej­szym celem OS - zaczął z namy­słem - jest zapo­bie­ga­nie wiel­kim kon­flik­tom, takim jak obecny. Oso­bi­ście ni­gdy nie zaj­mo­wa­łem się wybo­rem celów ani śle­dze­niem tren­dów, ale opie­ra­jąc się na tym, co usły­sza­łem od Eureki, jestem prze­ko­nany, że sta­ra­li­śmy się powstrzy­mać ten kry­zys już od dość dawna.

Ance­let ski­nął głową.

- To prawda. Widzia­łom liczby. To prawda. Dobrze się spi­sa­li­ście.

- Dzię­kuję, członku pre­zy­den­cie.

Przez chwilę zasta­na­wia­łem się, czy Pro­spero w pełni rozu­mie wagę tego kom­ple­mentu, wypo­wie­dzia­nego przez jedy­nego czło­wieka, który potra­fił doj­rzeć fale wywo­łane przez wyda­rze­nia z prze­szło­ści być może nawet lepiej niż skon­fi­gu­ro­wani. Nie­ważne. Pochwa­lił go jego pre­zy­dent. Radość włócz­nika, który otrzy­mał pochwałę z ust Ateny, nie zależy od tego, czy ten włócz­nik w pełni rozu­mie bie­głość, z jaką bogini posłu­guje się pewną metodą.

- Nie twier­dzę, że popie­ram wasz sys­tem - cią­gnął Ance­let - ale zro­bi­li­ście za jego pomocą wiele dobrego. Naprawdę bar­dzo wiele. A jeśli cho­dzi o ten sta­tut OS, swoją drogą, będę musiało go prze­czy­tać, czy wspo­mina się w nim o soju­szach z Europą i Mit­su­bi­shi?

- Nie. - Pro­spero potrzą­snął głową, aż jego okowy zadźwię­czały. - Nie ma żad­nych fizycz­nych zapi­sków doty­czą­cych poro­zu­mie­nia z Euro­pej­czy­kami ani z Mit­su­bi­shi.

- Nawet suge­stii? - Ance­let zaczął zada­wać pyta­nie, nim jesz­cze ostat­nia sylaba wypły­nęła z ust Pro­spera. - A co z zasadą zabra­nia­jącą zabi­ja­nia człon­ków Unii Euro­pej­skiej i Pasieki Mit­su­bi­shi. Czy kie­dy­kol­wiek ją zapi­sano?

- Nie. To było ustne poro­zu­mie­nie zawarte przez poprzed­nich pre­zy­den­tów. Jeśli posta­no­wi­cie uży­wać OS, będzie­cie musieli zde­cy­do­wać, czy chce­cie kon­ty­nu­ować tę poli­tykę.

- A co z Uto­pia­nami? - wtrą­ci­łem gło­sem prze­ni­kli­wym z wysiłku, z jakim sta­ra­łem się uwol­nić od łasko­czą­cych widm. - Czy zasadę zaka­zu­jącą zabi­ja­nia Uto­pian przy­ję­li­ście pod czy­imś naci­skiem?

Wię­zień nie odpo­wia­dał, dopóki jego pre­zy­dent nie ski­nął głową.

- Zabi­ja­nia Uto­pian zabra­niał prze­pis mówiący, że nie wolno wybie­rać celów, któ­rych eli­mi­na­cja dopro­wa­dzi­łaby do śledz­twa mogą­cego nas zde­ma­sko­wać. - Uniósł skute nad­garstki, by świa­tło padło na lśniący żel Can­nera. - Wie­cie dla­czego.

Pre­zy­dent Ance­let sie­dział bez ruchu, pogrą­żony w mil­cze­niu. Jego wzrok nie kie­ro­wał się na ściany wię­zie­nia, lecz ku kró­le­stwu myśli.

- W takim razie z praw­nego punktu widze­nia OS popeł­niło wszyst­kie swe zabój­stwa na bez­po­średni roz­kaz rządu Huma­ni­stów. Żadna inna osoba ni­gdy nie pod­jęła takiej decy­zji. Zga­dza się?

- Pra­wie, członku pre­zy­den­cie.

- Pra­wie?

Pro­spero Saneer zaczerp­nął tchu.

- Jako OS posia­dam upraw­nie­nia do wyko­rzy­sta­nia dostęp­nych mi środ­ków celem zapo­bie­że­nia nad­uży­ciom tych środ­ków przez kogoś innego. Innymi słowy mia­łom obo­wią­zek ska­zać na śmierć każ­dego, czy to członka OS, czy kogoś z zewnątrz, kto spró­buje nad­użyć środ­ków, któ­rych uży­wamy do zabi­ja­nia, ukraść je bądź zasto­so­wać nie­zgod­nie z prze­zna­cze­niem.

- I sko­rzy­sta­li­ście z tych upraw­nień?

- Zabi­li­śmy swych baszro­dzi­ców. - Pro­spero prze­rwał, ale spoj­rze­nie pre­zy­denta żądało dal­szych wyja­śnień. - Pięć lat temu. Moją matkę Osten Saneer, jede­na­stego OS; mojego ojca; a także Sni­pe­rów, Type­rów i Weeks­bo­othów, któ­rzy, zamiast wyko­ny­wać pole­ce­nia rządu, pla­no­wali sami wybie­rać cele, kie­ru­jąc się wła­snym wyobra­że­niem na temat tego, co byłoby naj­lep­sze dla Huma­ni­stów. My, młod­sze poko­le­nie, zaaran­żo­wa­li­śmy zato­nię­cie tra­twy. Cato wszystko zapla­no­wało, a ja, Ojiro, Thisbe i Lesley wyko­na­li­śmy wła­ściwą robotę, ale wszy­scy się na to zgo­dzi­li­śmy i wszy­scy bra­li­śmy w tym udział. - Zmarsz­czył brwi na widok cie­nia lito­ści, który poja­wił się na twa­rzy Ance­leta. - Pla­no­wali zdradę, członku pre­zy­den­cie. Byłe pre­zy­dent Gany­mede pochwa­liło naszą decy­zję, gdy mu o tym opo­wie­dzia­łom.

Cóż za abso­lutny spo­kój. Coś w moim wnę­trzu, jakaś dawna część mojej oso­bo­wo­ści zazdro­ściła mu. Zazdro­ściła, Czy­tel­niku. No wiesz, nie udało mi się popeł­nić ojco­bój­stwa. Ani mat­ko­bój­stwa. Dopu­ści­łem się wielu baszro­bójstw, mor­du­jąc kolejno człon­ków przy­bra­nej rodziny, ale opatrz­ność zabrała moich bio­lo­gicz­nych rodzi­ców, nim zdą­ży­łem popeł­nić ten jeden czyn tak strasz­liwy, że moi przod­ko­wie uwa­żali go za dowód świad­czący, że wszech­świat potrze­buje Furii i wiecz­nych mąk. Pro­spero miał wiel­kie szczę­ście, że dano mu szansę przej­ścia osta­tecz­nej próby: miłość, natura i wycho­wa­nie po jed­nej stro­nie, po dru­giej zaś wyłącz­nie lojal­ność. Myślę, że bar­dziej dzi­kie stwo­rze­nie, jakim ongiś byłem, mia­łoby siłę potrzebną, by zabić rodzi­ców, któ­rzy dali mi życie, ale ni­gdy nie będę miał pew­no­ści. Nie mogę też pocie­szać się myślą, że przy­naj­mniej ich śmierć nie powięk­szyła listy moich występ­ków. Nie zdo­ła­łem ura­to­wać Brid­gera i w związku z tym mam na rękach krew wszyst­kich ludzi, któ­rzy kie­dy­kol­wiek umarli, od moich rodzi­ców aż po kro­ma­nioń­czyka, który pierw­szy zaostrzył kamień. Furie świet­nie o tym wie­dzą.

Pre­zy­dent Ance­let odchy­lił się z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Jego dredy zastu­kały o opar­cie krze­sła z nie­tłu­ką­cej pianki.

- Przy­naj­mniej nie zdo­łają was oskar­żyć o hipo­kry­zję.

- Mogą mnie oskar­żać, o co tylko zechcą, członku pre­zy­den­cie - skwi­to­wał Pro­spero. - Do was należy decy­zja, czy te fakty bądź jakie­kol­wiek inne zostaną ujaw­nione publicz­nie pod­czas mojego pro­cesu. Chyba że woli­cie, by pro­cesu nie było.

- Dla­tego dali­ście się aresz­to­wać, prawda? Chce­cie sta­nąć przed sądem.

- Uzna­łom, że ujaw­nie­nie całej prawdy to jedyny spo­sób na uspo­ko­je­nie pozo­sta­łych Pasiek, a przy­naj­mniej zapew­nie­nie, że jeśli posta­no­wią nas znisz­czyć, to z powodu prawdy, a nie para­noi. Może się jed­nak oka­zać, że pro­ces nie będzie konieczny. Nie spo­dzie­wa­łom się, że po upadku Gany­mede'a przyj­dzie nam z pomocą stra­teg waszego kali­bru.

Były cen­zor ski­nął z namy­słem głową.

- Tak z cie­ka­wo­ści, jak mogli­by­ście w bie­żą­cej chwili unik­nąć pro­cesu?

- Poprzez ucieczkę, oka­le­cze­nie albo śmierć. Wszystko to można zor­ga­ni­zo­wać. Na­dal mamy Ojiro.

Ance­let się wzdry­gnął. Myślę, że to był pierw­szy raz, gdy ktoś zapro­po­no­wał, że umrze dla niego.

- Nie. Pro­ces się odbę­dzie. - Jego ton nagle prze­szedł ze swo­bod­nego w roz­ka­zu­jący. - Powo­ła­cie się na terra ignota.

Ockham Pro­spero Saneer nie boi się potwo­rów, czy to zbu­do­wa­nych z ciała, czy ze słów, ale ja tak. Terra ignota, nie­zba­dana zie­mia naszego mło­dego prawa. Pań­stwa geo­gra­ficzne miały 3934 lata, od Ham­mu­ra­biego aż po Wiel­kie Zerwa­nie Wię­zów, na stwo­rze­nie map swo­ich praw, nato­miast prawa Pasiek przy­szły na świat poprzez poród poślad­kowy pośród cha­osu i pośpie­chu wojny. Unia Euro­pej­ska musiała tylko po raz kolejny wpro­wa­dzić zmiany do kon­sty­tu­cji, a tra­dy­cja głosi, że Masoni nie zmie­nili ani jed­nej litery w swoim pra­wie od chwili, gdy powstały pierw­sze prawa, ale normy prawne pozo­sta­łych Pasiek skle­cono w pośpie­chu, łącząc ele­menty regu­la­mi­nów kor­po­ra­cji i klu­bów, zasad życia rodzin­nego, zwy­cza­jów, lite­ra­tur oraz, tak jest, pozo­sta­ło­ści praw państw geo­gra­ficz­nych. Nowo naro­dzone Pasieki szybko nauczyły się radzić sobie z prze­stęp­stwami doty­czą­cymi dwóch z nich, co jed­nak może począć nasze młode prawo, jeśli człon­ko­wie dwóch Pasiek zła­mią prawo trze­ciej w domu nale­żą­cym do członka czwar­tej? Albo gdy bestia taka jak ja zamor­duje w krwa­wym szale człon­ków wszyst­kich Sied­miu, a w dodatku Bez­pa­sie­ko­wych? Jeśli prawo Gor­dian mówi, że wszyst­kie dane muszą być dostępne dla nauki, a Kuzyni zmu­szają ich do ukry­wa­nia pocho­dze­nia utaj­nio­nych geno­ty­pów? Czy jeśli Mit­su­bi­shia­nie uwa­żają zabój­stwo w obro­nie wła­snej za czyn uspra­wiedliwiony, to Uto­pia­nie, zrów­nu­jący książ­ko­bój­stwo z zabój­stwem, mogą na nich wymóc unie­win­nie­nie kogoś, kto prze­lał krew w obro­nie nie ludz­kiego życia, lecz ręko­pisu? W przy­padku zwy­czaj­nych prze­stępstw Pasieka, do któ­rej nale­żał winny, płaci odszko­do­wa­nie Pasiece ofiary, a następ­nie obie wymie­rzają karę bądź wypła­cają rekom­pen­satę zgod­nie z wła­snymi pra­wami. Gdy pre­fe­ren­cje Pasiek są nie­kom­pa­ty­bilne, sprawę czę­sto roz­strzyga wymiana przy­sług: ja każę swoim człon­kom pła­cić karę za dys­ku­to­wa­nie o waszym Impe­ra­tor Desti­na­tus, jeśli ty narzu­cisz moje modo mundo swoim człon­kom, któ­rzy zabiją Uto­pia­nina. Nie­mniej, podob­nie jak mie­sza­jące się ze sobą geny zawsze znaj­dują wciąż nowe spo­soby, by uczy­nić gatu­nek dziw­niej­szym, kon­tak­tu­jący się ze sobą człon­ko­wie róż­nych Pasiek cią­gle wpa­dają na nowe pomy­sły pozwa­la­jące im omi­jać prawo. Dla­tego stwo­rzono konieczne i uczciwe poję­cie terra ignota. Zro­bi­łem to, ale sam nie wiem, czy mój czyn był prze­stęp­stwem. Uzbrój się po zęby przed tą próbą, młody mul­ti­praw­niku, albo­wiem na dzi­kim pogra­ni­czu prawa żyją smoki.

- Terra ignota w spra­wie o mor­der­stwo?! - sprze­ci­wi­łem się bli­skim krzyku gło­sem. Ota­cza­jące mnie widma poru­szyły się pełne obu­rze­nia.

Zasłu­ży­łem na zło­wro­gie spoj­rze­nia, jakimi obaj mnie obrzu­cili.

Pre­zy­dent ode­zwał się pierw­szy.

- OS wyko­ny­wało pole­ce­nia legal­nego rządu Huma­ni­stów, wydane zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi pra­wami. OS służy Huma­ni­stom, huma­ni­styczny rząd służy człon­kom Pasieki, a Pasieki zawie­rają umowy z Roma­novą, naka­zu­jące im pra­co­wać dla dobra wszyst­kich Pasiek oraz rodzaju ludz­kiego. Nie potra­fię okre­ślić ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią, czy auto­ry­zo­wane przez Pasieki zabój­stwa były bądź powinny być nie­le­galne. Wy rów­nież tego nie potra­fi­cie.

Pro­spero przy­glą­dał się z zado­wo­le­niem, jak te słowa prawdy wypły­wają z ust jego nowego dowódcy.

- Ależ, cen­zo­rze! - zawo­ła­łem. - Nawet w cza­sach państw geo­gra­ficz­nych zabój­stwa poli­tyczne były...

- I gdy­by­śmy na­dal żyli w tych ciem­nych wie­kach, mogłoby to mieć jakieś zna­cze­nie - wark­nął Ance­let. Zbyt mu się śpie­szyło, by skar­cić mnie za to, że wymsknął mi się jego dawny tytuł. - Pań­stwo miało prawo zabi­jać, by bro­nić swego suwe­ren­nego tery­to­rium. Potra­fi­cie okre­ślić, gdzie się znaj­duje suwe­renne tery­to­rium Pasieki, Mycrof­cie? Wie­cie, jakie są gra­nice jej prawa do samo­obrony?

Gdy­bym był bar­dziej ustę­pliwą duszą, mądre słowa Ance­leta wystar­czy­łyby, żeby uci­szyć krnąbr­nego ucznia. Tak się jed­nak nie stało. W moim umy­śle poja­wiło się nagle Wiel­kie Widmo Tho­masa Hob­besa, to samo, które maja­czyło nad Europą w ponu­rych dzie­się­cio­le­ciach po roku 1651, gdy wszyst­kie świa­tła rozumu zjed­no­czyły się w walce o stwo­rze­nie jakiejś inte­lek­tu­al­nej broni, która zdo­ła­łaby prze­bić pan­cerz logiki i zabić prze­ra­ża­ją­cego Lewia­tana. Być może żaden inny umysł w dzie­jach nie zdo­łał połą­czyć wszyst­kich włóczni filo­zo­fii w jedną, skie­ro­waną prze­ciwko niemu falangę. Jedy­nie Bestia z Mal­mes­bury - tytuł Hob­besa budzący grozę w takim samym stop­niu, jak tytuł Patriar­chy wywo­łuje sza­cu­nek - wyko­rzy­stała wszyst­kie moż­li­wo­ści Rozumu, by przed­sta­wić por­trety Natury, Boga i Czło­wieka tak dosko­nałe, że nie spo­sób było skry­ty­ko­wać ani jed­nego pocią­gnię­cia pędz­lem, a zara­zem tak odra­ża­jące, że ten, kto je poznał, nie mógł już dłu­żej sza­no­wać ludz­ko­ści. Dla­tego zde­spe­ro­wani czy­tel­nicy Hob­besa zakrzyk­nęli chó­rem: "Nie jeste­śmy bestiami! Strach i nie­na­wiść nie wła­dają nami aż w takim stop­niu! Ludz­kość jest spra­wie­dliwa! Szla­chetna! Dobra!". Nie byli jed­nak w sta­nie tego udo­wod­nić, nie potra­fili pod­wa­żyć bez­błęd­nej wizji ludz­kiego zła przed­sta­wio­nej przez Hob­besa. Wszy­scy konni i wszy­scy dwo­rza­nie byli bez­bronni wobec infek­cji, jaką był Hob­bes. Dopiero po dwu­dzie­stu latach John Locke zapre­zen­to­wał swą tabula rasa, jedyną moż­liwą odtrutkę. A choć jego dzieła znaj­dują się na liście naszych lek­tur, Lewia­tan powraca od czasu do czasu, gdy jakiś nowy, strasz­liwy czyn ludz­ko­ści przy­po­mina nam, jak dobrze hob­be­sow­ska wizja zim­nej, agre­syw­nej wojny wszyst­kich ze wszyst­kimi opi­suje stan ludz­ko­ści. Jej naturę. Czy my, żyjący w roku 2454, z naszym bli­skim uto­pii świa­tem opie­ra­ją­cym się na dwóch tysią­cach taj­nych ofiar OS, możemy twier­dzić, że pod­stawą naszego życia nie jest mor­der­stwo? Znowu ujrza­łem ten cień, przy­wo­łany przez słowa Ance­leta o tym, że pań­stwo ma prawo zabi­jać w obro­nie wła­snej. Z moich ust wydo­stały się nagle słowa Hob­besa, któ­rych mimo wszel­kich wysił­ków nie potra­fię zapo­mnieć ani pod­wa­żyć.

- Hob­bes mówi, że pra­gnie­nia czło­wieka i inne jego uczu­cia same przez się nie są grze­chem i nie są rów­nież grze­chem dzia­ła­nia, jakie wypły­wają z tych uczuć, póki czło­wiek nie zna prawa, które ich zaka­zuje, a także, że naj­wyż­szym upraw­nie­niem przy­ro­dzo­nym jest bro­nić samego sie­bie wszel­kimi środ­kami, jakie są moż­liwe1. - Zadrża­łem, czu­jąc na sobie spoj­rze­nia ich obu. - To zna­czy, że prawo natury samo w sobie nie potę­pia OS. Czy zatem może to zro­bić Roma­nova?

Zło­wrogi wyraz twa­rzy byłego cen­zora kazał mi zadać sobie pyta­nie, czy on rów­nież pozo­staje pod wpły­wem Madame do tego stop­nia, że wyczuwa już cień bestii, jaką był Hob­bes. Ance­let ponow­nie zwró­cił się w stronę więź­nia.

- Sta­nie­cie przed sądem, Pro­spero. Na począ­tek wy sami. Jeste­ście jądrem tej sprawy i w ten spo­sób unik­niemy kło­po­tli­wej sytu­acji, jaką byłoby posta­wie­nie w stan oskar­że­nia byłej głowy pań­stwa. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści waszych współ­ba­szow­ców nie poja­wią się też pyta­nia doty­czące waszej poczy­tal­no­ści. Wasza terra ignota sta­nie się pre­ce­den­sem.

Pro­spero Saneer zaczerp­nął głę­boko tchu.

- Czy naprawdę liczy­cie na to, że mnie unie­win­nią?

- To pro­blem na póź­niej. W krót­kim ter­mi­nie pety­cja do Senatu o terra ignota zmusi Roma­novę do przy­zna­nia, że nie spo­sób stwier­dzić, czy to, co robiło OS, powinno być uznane za prze­stęp­stwo. Kiedy ludzie wie­rzą, że stoją po wła­ści­wej stro­nie, są gotowi wal­czyć zębami i pazu­rami, ale nikt nie chce pod­pa­lać świata z powodu nie­pew­nej sprawy. Gdy tylko Senat ofi­cjal­nie przy­zna wam terra ignota, tłumy się uspo­koją.

- To... powinno się udać. - To, co sły­szało się w gło­sie Pro­spera, było nie tyle entu­zja­zmem, ile czymś bar­dziej waż­kim, prze­po­joną wdzięcz­no­ścią ulgą, jaką mógłby czuć rycerz skła­da­jący przy­sięgę wier­no­ści świeżo koro­no­wa­nemu księ­ciu, gdy się prze­ko­nał, że boskie prawo kró­lów przy­pa­dło wła­ści­wej oso­bie. - A co z tłu­mami zain­te­re­so­wa­nymi czymś innym niż OS?

- Macie na myśli Kuzy­now­skie Biuro Infor­ma­cji Zwrot­nej?

- Mam na myśli incy­dent z Per­rym i wami wszyst­kimi w tym bur­delu, w któ­rym ludzie bawią się w odgry­wa­nie ról płcio­wych. I o to, co mówi Ojiro o J.E.D.D. Maso­nie. Czy to prawda, że ist­nieje spi­sek mający na celu połą­cze­nie Pasiek?

Nowy pre­zy­dent spoj­rzał Pro­spe­rowi pro­sto w oczy.

- Nie wiem.

- Czy jeste­ście przy­go­to­wani, podob­nie jak Ojiro, na uży­cie wszyst­kich nie­zbęd­nych środ­ków do obrony Pasieki Huma­ni­stów, gdyby się oka­zało, że taki spi­sek ist­nieje?

- Nie spró­buję zabić J.E.D.D. Masona, jeśli o to pyta­cie.

- Zabić ponow­nie - popra­wi­łem go. Jego pomyłka była tak poważna, że uspra­wie­dli­wiało to prze­rwa­nie mu.

- Słu­cham?

- Zabić ponow­nie. ???? Jeho­vah zgi­nęło.

Wyro­bił się już we mnie odruch ata­ko­wa­nia kłam­stwa, które tak czę­sto powta­rzano w ostat­nich dniach. "Próba zabój­stwa", "nie­udany zamach" i tak dalej. Tylko nie­liczni chcieli uznać prawdę. Gość Naszego Stwórcy odszedł i powró­cił.

Pro­spero zmarsz­czył brwi.

- Myśla­łom, że J.E.D.D. Mason prze­żyło.

- Zostało wskrze­szone.

- Dość tego, Mycrof­cie - roz­ka­zał Ance­let. - Na tym spo­tka­niu roz­ma­wiamy o Pasiece Huma­ni­stów, nie o teo­riach czy teo­lo­gii. Jeśli zaś cho­dzi o Ojiro, gdy­bym mogło się z nim skon­tak­to­wać... - pre­zy­dent zer­k­nął zna­cząco na mnie - ...powie­dzia­ło­bym mu, że dopóki na pro­ce­sie Pro­spera nie uzna się tego za nie­le­galne, jestem gotowe odwo­łać się do śmier­cio­no­śnej siły i zro­bić uży­tek z moż­li­wo­ści OS, żeby bro­nić Huma­ni­stów, ale naj­pierw chcę spró­bo­wać innych metod. Jeśli Ojiro powstrzyma się od dzia­ła­nia, ale będzie do niego gotowe, gdyby zaszła taka potrzeba, uznam je za sojusz­nika. Jeśli jed­nak będzie pró­bo­wało pokrzy­żo­wać moje plany, pod­sy­cało wro­gość poprzez roz­po­wszech­nia­nie wystą­pień nawo­łu­ją­cego do wojny Tul­liusa Mar­diego, a zwłasz­cza jeśli ponow­nie spró­buje zama­chu na J.E.D.D. Masona, będę zmu­szone uznać je i całe OS za wro­gów.

Pro­spero ski­nął głową.

- To uży­teczna wia­do­mość. Mam nadzieję, że dotrze do Ojiro.

Ance­let odwza­jem­nił jego gest.

- Mam już wszystko, czego na razie potrze­buję. Senat zbiera się jutro. Jest jesz­cze czas, by zebrać głosy potrzebne do przy­zna­nia wam terra ignota.

Pre­zy­dent wstał i Pro­spero odru­chowo spró­bo­wał zro­bić to sam, zapo­mi­na­jąc na moment, że jest unie­ru­cho­miony na krze­śle.

- Czy trudno będzie uzy­skać potrzebną więk­szość? - zapy­tał.

Myślę, że tym razem uśmiech­nął się były Ano­nim.

- Nie mnie. Zosta­wię Mycro­fta na chwilę z wami. Na spółkę z nim napi­sze­cie raport o OS i wyda­rze­niach, które dopro­wa­dziły do jego zde­ma­sko­wa­nia. Będzie on potrzebny zarówno do książki Mycro­fta, jak i jako dowód pod­czas pro­cesu. Skup­cie się na wyda­rze­niach kilku ostat­nich tygo­dni, zaczy­na­jąc od listy Sied­miu i Dzie­się­ciu. Kiedy skoń­czy­cie, powiedz­cie straż­ni­kom, żeby mnie wezwali. Oso­bi­ście zabiorę Mycro­fta i raport. Jego tekst jest prze­zna­czony tylko dla moich oczu. Kiedy go prze­czy­tam, poin­stru­uję was, które infor­ma­cje podać do wia­do­mo­ści publicz­nej, a które muszą pozo­stać tajem­nicą. Kiedy będzie­cie już pewni, że wie­cie, co chcę zacho­wać w tajem­nicy, zawia­dom­cie poli­cję, że jeste­ście gotowi wygło­sić oświad­cze­nie. Do tej chwili nie powin­ni­ście nic mówić nikomu poza Mycro­ftem i mną.

- Tak jest, członku pre­zy­den­cie. - Prze­rwał na chwilę. - Te buty pasują do was.

Szok opóź­nił na moment uśmiech Ance­leta. To była naj­wyż­sza pochwała, jakiej mógłby udzie­lić Pro­spero.

- Dzię­kuję.

Nowe huma­ni­styczne buty pre­zy­denta rze­czy­wi­ście do niego paso­wały. Zdra­dzały też fakt, że już od dawna zasta­na­wiał się nad tym, jakie buty mógłby wybrać, gdyby wyrzekł się szarfy Bez­pa­sie­ko­wego i wybrał Huma­ni­stów zamiast Europy, z któ­rej wywo­dził się jego basz. Ich powierzch­nia była palimp­se­stem, matowy brąz sta­rego per­ga­minu pokry­wał pisany ręcz­nie tekst o antycz­nym wzo­rze liter, pod nim jed­nak dostrze­gało się inne słowa, spi­sane cia­sno w stylu pisma jesz­cze wcze­śniej­szego stu­le­cia, wybla­kłe, lecz na­dal czy­telne. Wokół pode­szew bie­gły brą­zowe i złote olim­pij­skie paski sym­bo­li­zu­jące jego medale w mate­ma­tyce i kra­so­mów­stwie. Pod nimi widziało się trój­ko­lo­rowy pas fran­cu­skiej grupy naro­do­wej. Pode­szwę pokry­wały gęsto sku­pione litery, jak w pra­sie dru­kar­skiej, umo­co­wane luźno, by przy każ­dym kroku prze­su­wały się cha­otycz­nie, pozo­sta­wia­jąc na ziemi odbi­cie wciąż innych pseu­do­słów.

Ance­let wezwał straż­ni­ków. Zmarsz­czył brwi, gdy zasuwy zaczęły stu­kać i zgrzy­tać.

- Dobrze was trak­tują, Pro­spero? - zapy­tał. - Nie prze­śla­dują was?

- Nawet w naj­mniej­szym stop­niu, Wasza Eks­ce­len­cjo. Ich uprzej­mość wydaje się wręcz podej­rzana.

- No cóż... pod­czas oblę­że­nia ludzie robią się ner­wowi.

- Oblę­że­nia?

Pro­spero go nie zro­zu­miał, ale ja tak. Kiedy przed godziną szli­śmy z auto­lotu na wię­zienny dzie­dzi­niec, po raz pierw­szy od pamięt­nego, fatal­nego dnia zna­la­złem się na wol­nym powie­trzu. W mediach widzia­łem tłumy, zamieszki, poli­cyjne kor­dony oraz huma­ni­styczne kluby i bary spor­towe oble­gane przez roz­ju­szone tłumy, ale tego typu obrazy nie mogą zastą­pić smaku i dotyku naszego nowego świata. Naj­pierw zauwa­ży­łem niebo. Dobrze znane smugi auto­lo­tów były za wolne i zbyt niskie. Przy­cią­gały uwagę. Nawet ja się prze­stra­szy­łem, nie z tego powodu, że Sieć Trans­portu zna­la­zła się w nie­pew­nych i bojaź­li­wych rękach, lecz po pro­stu dla­tego, że niebo się zmie­niło. Świat się zmie­nił. Kiedy lądo­wa­li­śmy, nie widzia­łem wokół wię­zie­nia ziemi, tylko tłum. Naj­bliż­sze sze­regi tło­czyły się gęsto jak fani pra­gnący zoba­czyć idola, naj­dal­sze zaś prze­ra­dzały się w morze namio­tów, krze­seł oraz ławe­czek z para­so­lami. W pierw­szej chwili instynk­tow­nie nazwa­łem zgro­ma­dzo­nych "tłusz­czą", byli jed­nak zbyt spo­kojni. Ance­let traf­nie nazwał to oblę­że­niem. Spo­kojna, cier­pliwa pozba­wiona celu siła cze­ka­jąca na kogoś, kto go jej wskaże. Przez cały wypeł­niony dez­orien­ta­cją tydzień, gdy wszy­scy chcieli dzia­łać, ale nikt nie miał planu, ci ludzie ocze­ki­wali tutaj w pobliżu ośrodka. Dzięki Ockha­mowi Sane­erowi staną się pierw­szymi, któ­rzy zaczną dzia­łać, gdy nadej­dzie czas. Nie widziało się wśród nich żad­nych stron, a jedy­nie sku­pi­ska, wokół któ­rych gro­ma­dziły się stroje typowe dla poszcze­gól­nych Pasiek. Nawet te plamy prze­cho­dziły jed­nak w sie­bie bez wyraź­nych gra­nic, jakby wszy­scy mieli opory przed wyja­wie­niem innym, jakiej spra­wie służą. Myślę zresztą, że sami tego nie wie­dzieli.

- Ance­let! To pre­zy­dent Ance­let!

Ani kamienne mury, ani bariery stwo­rzone przez naukę nie oprą się ata­kom dźwięku. Mimo że obaj z Pro­spe­rem znaj­do­wa­li­śmy się w samym sercu wię­zie­nia, usły­sze­li­śmy krzyk, jakim tłum przy­wi­tał nowego pre­zy­denta, gdy ten wyszedł przez bramę. Mógł sko­rzy­stać z lądo­wi­ska na dachu, ale posta­no­wił poka­zać się oble­ga­ją­cym na kilka minut, jakich potrze­bo­wali, by zro­bić mu tyle zdjęć, ilu wyma­gały jego cele. Następ­nie skrył się w auto­lo­cie i ule­ciał pod niebo. Wizyta pre­zy­denta w wię­zie­niu w Almo­loya de Juáres na szes­na­ście godzin zaćmiła w oczach świata wszyst­kie pozo­stałe wyda­rze­nia. Dla­czego tam pole­ciał? Co powie­dział Ockha­mowi Sane­erowi? Jaką rolę ode­gra w nad­cho­dzą­cych pro­ce­sach? Przez szes­na­ście godzin każdy poza Ance­le­tem mógł dzia­łać nie­po­strze­że­nie.

Frag­menty z Lewia­tana Tho­masa Hob­besa, prze­ło­żył Cze­sław Zna­mie­row­ski. [wróć]

Roz­dział trzeci. Czy to iskra?

Roz­dział trzeci

CZY TO ISKRA?

Napi­sane 11-13 lipca roku 2454 Wyda­rze­nia z 8-9 kwiet­nia Alek­san­dria itd.

Pomi­ną­łem dzie­sięć dni dzie­lą­cych kata­klizm od wizyty Ance­leta w wię­zie­niu. Były one pełne waż­nych wyda­rzeń: wybór Ance­leta na pre­zy­denta, kolejne aresz­to­wa­nia, licze­nie ofiar zama­chu, który prze­pro­wa­dził Perry-Kraye, kon­fe­ren­cje pra­sowe potwier­dza­jące fakty i obawy, o któ­rych wielu wie­działo już przed­tem. Cały świat wstrzy­mał oddech, zamarł w fał­szy­wym spo­koju, jak czę­sto robią kró­liki, liczące na to, że dra­pież­nik ich nie zauważy, jeśli nie będą się poru­szać. Firmy się zamy­kały, w mia­stach wpro­wa­dzano godzinę poli­cyjną, basze zosta­wały w domach, by raz po raz oglą­dać rela­cje przed­sta­wia­jące Sni­pera u Madame, pod­że­ga­jące do wojny apele Tul­liusa Mar­diego albo ostat­nie chwile Perry'ego-Kraye'a, gdy śmiał się jak sza­le­niec pośród pło­mieni w Bruk­seli, a także wyda­rze­nie, któ­rego nikt nie chciał zwać śmier­cią Jeho­vah. Zapa­mię­ta­łem z tych dni bar­dzo nie­wiele. Czy­tel­niku, jeśli kie­dy­kol­wiek widzia­łeś cmen­tarz, na któ­rym stu­le­cia zeu­so­wych burz wygła­dziły obli­cza rzeźb anio­łów i zama­zały nazwi­ska tych, któ­rych upa­mięt­niały, możesz sobie wyobra­zić, jak wygląda moja pamięć. Fakty, które w zdro­wych umy­słach zapi­sują się na stałe, u mnie zama­zują się szybko, ich kon­tury led­wie daje się wyma­cać na zwie­trza­łych kamie­niach. Tu i ówdzie widzi się pomniki wyko­nane z solid­niej­szego mate­riału, por­firu albo twar­dego wul­ka­nicz­nego bazaltu. Tam napisy można jesz­cze odczy­tać. Sie­dem dni trans­for­ma­cji to monu­ment umiesz­czony w samym środku cmen­tarza. Każde ogniwo łań­cu­cha, od kra­dzieży listy Sied­miu i Dzie­się­ciu Sugiy­amy, aż po ostatni czyn Brid­gera, wytra­wiło się na nim tak głę­boko, że wytrzyma cały eon walki z wia­trem i desz­czem. Nato­miast dzie­sięć następ­nych dni prze­ro­dziło się w nie­wy­raźną plamę. Były taką plamą nawet, gdy jesz­cze trwały. Mgiełka żałoby wysy­sała ze mnie siły niczym gorączka, bagno, gra­wi­ta­cja, sta­rość czy inne okowy, które każe nam nosić For­tuna, byśmy nie zapo­mnieli, że cie­le­sna siła jest czymś, co daje nam i odbiera, gdy tylko tego zapra­gnie. Nie pamię­tam nawet, która for­teca - Paryż? Alek­san­dria? - słu­żyła mi za wię­zienny azyl, ani czym się wtedy zaj­mo­wa­łem poza żałobą i słu­że­niem jako tłu­macz Wiel­kiemu Adre­sa­towi Zwoju, któ­rego mam szczę­ście zwać swoim Panem. Kon­takt z Rów­nym Mu Bogiem dodał Mu tyle wigoru, że musiał się od nowa uczyć, jak oddzie­lać od sie­bie poszcze­gólne języki, jak robią to ludzie. Mógł­bym spraw­dzić w źró­dłach, co się wyda­rzyło w ciągu owych dzie­się­ciu dni, ale kry­zys może w każ­dej chwili unie­moż­li­wić mi dal­sze pisa­nie i dla­tego naj­pierw zare­je­struję to, co pamię­tam, te nie­liczne, na­dal czy­telne inskryp­cje, zani­ka­jące już na tym cmen­tarzu, na któ­rym tylko dni trans­for­ma­cji zosta­wiły naprawdę nie­za­tarty ślad.

Kła­miesz. Zapo­mi­nasz, jak dobrze cię już pozna­łem, Mycrof­cie. Nie wmó­wisz mi, że tydzień trans­for­ma­cji jest tym, co zapa­mię­ta­łeś naj­le­piej.

Ach, znowu jesteś ze mną, dobry Czy­tel­niku? Mia­łem nadzieję, że się zja­wisz. Czuję się bar­dzo samotny, pra­cu­jąc nad tą kro­niką, która zgod­nie z naka­zem prawa musi pozo­stać ukryta przed oczami współ­cze­snych. Cie­szę się, że mam kogoś, z kim mogę się nią dzie­lić.

Tak, jestem z tobą, Mycrof­cie. Wró­ci­łem, by po raz kolejny wysta­wić na próbę swą cier­pli­wość. Nie nad­uży­waj jej. Nie zdo­łasz mnie nabrać. Naj­le­piej w two­jej pamięci zapi­sały się dwa tygo­dnie krwa­wego szału. Bar­dzo czę­sto czę­stowałeś mnie odra­ża­ją­cymi szcze­gó­łami, takimi jak łomot two­jego sady­stycz­nego serca czy smak krwi Apolla na twoim języku. Praw­dzi­wym cen­trum two­jej wypa­czo­nej pamięci są owe dwa strasz­liwe tygo­dnie, nie sie­dem dni skła­da­ją­cych się na twoją pierw­szą opo­wieść.

Mój nie­winny Panie, ten błąd jest kolej­nym dowo­dem Twej dobroci. Potwor­no­ści takie jak moje czyny są tak bar­dzo odda­lone od Two­jej wyobraźni, że wie­rzysz, iż podobne sprawy mogą się stać wspo­mnie­niami zapi­sa­nymi w pamięci jak zwy­czajne trudy i żale. Nie, Czy­tel­niku. Moje dwa tygo­dnie nie stały się tek­stem wyry­tym tak głę­boko, że oprze się ata­kom wia­tru i burz na pod­upa­dłym cmen­ta­rzu mojej pamięci. One są tą burzą.

- Ceza­rze, jestem Achil­les.

Chwili przy­by­cia Majora nie potra­fię zapo­mnieć. Po raz pierw­szy ujrza­łem czło­wieka, który wszedł do cyta­deli w Alek­san­drii, nie oka­zu­jąc drże­nia bojaźni, jakie jeste­śmy winni pomni­kom sta­ro­żyt­no­ści. Ich widok przy­po­mina nam gór­skie stoki, które oddały swe serca, by umoż­li­wić powsta­nie pię­trzą­cych się ku niebu kolumn, tysiące mar­twych dłoni, które obra­biały te skały, oraz wielki ludzki łań­cuch bie­gnący od głę­bo­kiej sta­ro­żyt­no­ści, poprzez nas aż po nie­na­ro­dzone jesz­cze poko­le­nia, które rów­nież przy­staną tu z bojaź­nią. Achil­les także zatrzy­mał się na progu MASONA, ale to był inny rodzaj bez­ru­chu - nie pełne czci drże­nie, lecz powolne, pełne namy­słu oglę­dziny, jakim pod­da­jemy zachody słońca, kwit­nące drzewa, roze­śmiane dzieci, wszel­kie ulotne chwile, które pra­gniemy zatrzy­mać na dłu­żej, zanim znikną. Zasta­na­wiam się, czy to Ilion nauczył go nie mylić cudów stwo­rzo­nych przez kró­lów z tym, co naprawdę wieczne, czy może zawsze znał tę róż­nicę z samej swej natury.

- Sły­sza­łom, że trzeba was nauczyć, jak pro­wa­dzić wojnę.

- Tak uważa Mycroft - odparł cesarz.

Pomimo ciem­nych ścian w kom­na­cie było jasno. Tron MASONA z krwa­wo­czer­wo­nego por­firu odbi­jał się w tafli wody ota­cza­ją­cej go sadzawki, kar­mio­nej stru­my­kami roz­ga­łę­zia­ją­cymi się na mar­mu­ro­wej posadzce niczym tysiąc rzek zmie­rza­ją­cych do oce­anu. Cor­nel MASON nie sie­dział jed­nak na tro­nie, lecz stał pod ścianą, wpa­tru­jąc się w rzeź­bioną sieć archa­icz­nych sym­boli, pokry­wa­jącą ściany kom­naty na podo­bień­stwo koro­nek. Choć stał na tej samej posadzce, co goście i straż­nicy, sama jego postawa była tak wład­cza, że mój umysł upar­cie twier­dzi, że trzy­mał w dłoni berło, mimo że jestem prze­ko­nany, iż w rze­czy­wi­sto­ści było to zwy­czajne jabłko.

- Myśli­cie, że Mycroft się myli? Że wojny nie będzie? - spy­tał Achil­les.

- Myślę, że albo będzie, albo nie będzie - odpo­wie­dział MASON, odwra­ca­jąc się. - Nie wie­rzę, by paro­wóz ludz­kiej cywi­li­za­cji poru­szał się tylko po jed­nym torze i by nie można było nim kie­ro­wać, nawet w chwili takiej jak ta. - Cesarz mówił powoli, tłoki jego umy­słu poru­szały się nie­ustan­nie, gdy przy­glą­dał się nie­wia­ry­god­nej oso­bie, o któ­rej tak wiele ode mnie sły­szał. - Ale wy się ze mną nie zga­dza­cie, jak sądzę?

Achil­les nie potrafi nadać swym błysz­czą­cym oczom łagod­nego wyrazu.

- Świa­tem ni­gdy nie kie­ro­wała wola ludzi, nawet kró­lów. Osą­dzam czło­wieka po tym, czy śmiało sta­wia czoło Losowi, czy wykręca się jak tchórz. Histo­ria rów­nież.

- Zatem uwa­ża­cie, że nie powin­ni­śmy pró­bo­wać powstrzy­mać wojny? - zapy­tał cezar.

- Z pew­no­ścią powin­ni­ście. Po pro­stu nie licz­cie na to, że się wam uda. Jest honor w obro­nie wła­ści­wej drogi, nawet jeśli wkro­czono już na nie­wła­ściwą. Wielu moich daw­nych przy­ja­ciół na­dal zwie się mądrymi, bo pró­bo­wali zawrzeć pokój z Troją. Prze­graj­cie z hono­rem, jak oni, ale potem bądź­cie gotowi do walki.

Cesarz zmarsz­czył brwi.

- Chcę to usły­szeć z waszych ust. Nie jeste­ście czło­wie­kiem zro­dzo­nym z ludz­kich rodzi­ców, lecz fik­cyj­nym Achil­le­sem, powo­ła­nym do życia boskim roz­ka­zem. Zga­dza się?

- Powo­ła­nym i przy­wró­co­nym zara­zem. - Heros odgar­nął grec­kie loki, opa­da­jące mu na kark niczym płatki hia­cyntu. - Widzie­li­ście w muze­ach zabytki z Troi i Myken. Ja rów­nież mia­łom teraz oka­zję je ujrzeć. Troja ist­niała naprawdę. Myślę, że byłom wów­czas praw­dzi­wym Achil­le­sem, ale duchy zapo­mi­nają. Potrze­bu­jemy przy­ja­ciół i potom­ków, by wspo­mi­nali nasze chwa­lebne czyny, wypo­wia­dali nasze imiona, modli­twami i ofia­rami przy­po­mi­nali nam, kim byli­śmy. Po trzech tysią­cach lat więk­szość moich współ­cze­snych utra­ciła nawet imiona, ponie­waż duchy zapo­mi­nają je, gdy histo­ria zapo­mina o nich. Pamię­tam sie­bie w pierw­szej kolej­no­ści takiego, jakim przed­sta­wił mnie Homer, bo takim znają mnie współ­cze­śni ludzie. Dla­tego powo­łano mnie do życia, a zara­zem przy­wró­cono, jako że ongiś cho­dzi­łom po Ziemi jako żywy czło­wiek, lecz ni­gdy dotąd jako ktoś znany z mitów i poezji.

MASON nie zadrżał.

- Ale w jakiś spo­sób wal­czy­li­ście rów­nież w woj­nach świa­to­wych?

- I tak, i nie. - Na tle sza­rego impe­rial­nego mar­muru zie­lony mun­dur polowy Majora upo­dab­niał go do cze­goś w rodzaju inwa­zyj­nego chwa­stu, jakby cier­pliwa Natura w końcu wtar­gnęła do kamien­nej cyta­deli i zako­rze­niła się w niej, zie­lona i żywotna, by przy­nieść wynio­słym wie­żom czło­wieka swą łagodną zagładę. - Młode Brid­ger, które uczy­niło mnie real­nym, patrzyło na histo­rię nie chro­no­lo­gicz­nie, lecz tema­tycz­nie. Wal­czy­łom w wiel­kiej woj­nie. Trzy­sta czy trzy tysiące lat temu, dla dziecka jedno i dru­gie to sta­ro­żyt­ność. Myślę, że kto jak kto, ale wy nie powin­ni­ście się uskar­żać na podobne ana­chro­ni­zmy, ceza­rze MASO­NIE.

Cezar mil­czał tylko przez chwilę.

- I wal­czy­li­ście też w przy­szłej woj­nie Apolla?

Achil­les naprę­żył mię­śnie.

- Macie na myśli Apolla Mojave? Wszyst­kie one były woj­nami boga o tym imie­niu.

MASON potrze­buje kilku głę­bo­kich odde­chów, żeby prze­tra­wić każde zda­nie, w któ­rym wspo­mina się o naszym utra­co­nym Apollu.

- Tak.

- W takim razie tak - odparł wete­ran. - Pamię­tam, że wal­czy­łom w przy­szłej wer­sji wojny, zro­dzo­nej w wyobraźni Apolla Mojave. Jed­nakże moje doświad­cze­nia z kie­ro­wa­niem olbrzy­mimi robo­tami i kon­tak­tami z kosmicz­nymi SI o boskich mocach nie zda­dzą się nam na wiele.

- Czy macie jakiś dowód na praw­dzi­wość swych słów?

- Mam Patro­klosa.

Podą­ża­jąc za spoj­rze­niem Achil­lesa, cesarz skie­ro­wał wzrok na jego kie­szeń. Wyj­rzał z niej Patro­klos Celu­jący, tak maleńki, że w porów­na­niu z nim sza­chowa bierka wyda­wa­łaby się potęż­nym mono­li­tem.

- To piękna kom­nata, ceza­rze! - zawo­łał sła­bym gło­si­kiem. - Sły­sza­łom pogło­ski, że zbu­do­wało ją Dedal, a następ­nie Masoni ukry­wali ją przez eony, nim w końcu prze­nie­śli tutaj. Dotąd w to nie wie­rzy­łom, ale teraz ujrza­łom ją na wła­sne oczy. Wszę­dzie pozna­ło­bym dzieło rąk Dedala. Czy wy rów­nież je pozna­je­cie, Majo­rze?

- Może­cie już nazy­wać mnie po imie­niu publicz­nie. - Szyb­ko­nogi Achil­les prze­su­nął pal­cem stopy wzdłuż kanału w mar­mu­ro­wej posadzce. W pły­ną­cej w nim wodzie odbi­jały się przed­sta­wione na sufi­cie gwiazdy, zwie­rzęta i bogo­wie sta­ro­żyt­nych gwiaz­do­zbio­rów ryso­wali się wyraź­nie na lazu­ro­wym tle. To nie było praw­dziwe niebo, lecz rysunki z żyłek złota, same gwiazdy były zaś ogniem. Tysiąc pło­my­ków, maleń­kich jak świece, kar­mio­nych pali­wem dopły­wa­ją­cym przez kana­liki ukryte w sufi­cie. - Tak, poznaję dzieło rąk Dedala - przy­znał heros. - Sądzi­cie, że roz­po­zna­jemy je dla­tego, że Masoni wyko­nali dobrą robotę, wier­nie trzy­ma­jąc się sta­ro­żyt­nych źró­deł, czy raczej dla­tego, że nasze wspo­mnie­nia opie­rają się na współ­cze­snych wyobra­że­niach sta­ro­żyt­nych kom­nat?

MASON pod­szedł do Achil­lesa. Od trzy­na­stu lat ani razu nie widzia­łem w oczach cesa­rza bły­sku zachwytu.

- Czy mogę się dokład­niej przyj­rzeć waszemu towa­rzy­szowi?

Ostroż­nie wycią­gnął prawą rękę.

- Trzeba dotknąć, żeby uwie­rzyć, rozu­miem. - Achil­les pomógł maleń­kiemu Patro­klo­sowi wejść na jego dłoń, po czym pod­su­nął go MASO­NOWI. - Tylko ostroż­nie. Dło­nie to nie­bez­pieczne miej­sca, gdy nasz świat jest mie­rzony w cen­ty­me­trach, a chyba nie muszę wam mówić, co zro­bię, jeśli coś się sta­nie Patro­klo­sowi.

Cezar poświę­cił na oglę­dziny wię­cej czasu niż więk­szość ludzi, był też mniej od nich ostrożny. Nie zna­czy to, że nie obcho­dził się z minia­tu­ro­wym czło­wie­kiem deli­kat­nie, ale ludzie z reguły doty­kają małych żoł­nie­rzy­ków z para­no­idal­nym lękiem, jakby byli moty­lami albo sko­rup­kami jaj. MASON trak­to­wał Porucz­nika raczej jak myszkę albo jasz­czurkę o dłu­gich koń­czy­nach. Spraw­dzał jego cię­żar i pod­su­wał mu koniu­szek palca, każąc mu go zła­pać albo oprzeć się o niego. Myślę, że tego rów­nież nauczył się od Apolla. W daw­nych latach uko­chany mło­dego cesa­rza poka­zy­wał mu wiele cudow­nych u-bestii i MASON był przy­zwy­cza­jony do doty­ka­nia stwo­rzeń, które nie powinny ist­nieć.

- Dzię­kuję - rzekł z uśmie­chem cezar. - Czy podzie­li­cie się ze mną chle­bem, kiedy będziemy roz­ma­wiać?

Nie musiał nawet wyko­ny­wać żad­nego gestu, by ściana kom­naty się roz­su­nęła, odsła­nia­jąc jadal­nię. Na stole stał skromny, letni obiad, a za zaj­mu­ją­cym całą ścianę oknem cią­gnęły się dachy i ulice Alek­san­drii. Bar­wione szkło wywo­ły­wało wra­że­nie, że zawsze trwa tu świt.

Sta­ro­żytny heros ucie­szył się, czu­jąc zapa­chy wina, mięsa, serów, owo­ców oraz moczo­nych w oli­wie pod­pło­my­ków.

- Chęt­nie. Dzię­kuję za ten gest.

Cesarz ruszył przo­dem.

- Mój tron jest star­szy niż wasz epos, Achil­le­sie. Prze­ko­na­cie się, że prze­trwało tu wiele zna­nych wam umie­jęt­no­ści i zwy­cza­jów.

Achil­les, król Myr­mi­do­nów, wszedł do środka. Drzwi nie były praw­dzi­wym łukiem, lecz jego pier­wotną wer­sją - pła­skie nad­proże z otwar­tym trój­ką­tem na górze - jakiej uży­wano w cza­sach, gdy Troja jesz­cze stała.

- Ale nie sztuka wojny.

- Nie. To ramię mojego Impe­rium spało zbyt długo.

Gdy obaj szli przede mną, uświa­do­mi­łem sobie nagle, jak mały jest Achil­les. Był niż­szy od Cor­nela MASONA nie tylko o głowę, lecz pra­wie o dwie. Nie powinno mnie to zaska­ki­wać. Stwo­rzono go z dzie­cię­cego ciała Brid­gera, podob­nie jak Patro­klosa stwo­rzono z pla­sti­ko­wej zabawki. Major jed­nak czuł się w tym ciele bar­dzo swo­bod­nie, a w moich oczach był tak wielki, że nie zauwa­ża­łem tego szcze­gółu, dopóki nie zoba­czy­łem herosa na tle nor­mal­nego męż­czy­zny. Zapy­ta­łem póź­niej Achil­lesa, czy minia­tu­rowe roz­miary mu nie prze­szka­dzają. Roze­śmiał się tylko i przy­po­mniał mi, jak małe są przed­mioty zacho­wane ze sta­ro­żyt­no­ści. Współ­cze­śni ludzie uro­śli bar­dzo na sku­tek dobro­bytu i wyda­wa­li­śmy mu się ocię­ża­łymi olbrzy­mami. Tylko on zacho­wał lekką budowę psa goń­czego, typową dla natu­ral­nych ludzi.

Cesarz usiadł na hono­ro­wym miej­scu i posta­wił Patro­klosa na stole mię­dzy daniami, dając mu kostkę twar­dego sera, na któ­rej mógł usiąść.

- Uwa­ża­cie, że wojna jest nie­unik­niona? - zapy­tał Achil­lesa.

- W prze­ciw­nym razie nie byłoby mnie tutaj.

Boski Achil­les uniósł kie­lich wina zmie­sza­nego pół na pół z wodą, ale skrzy­wił się, poczuw­szy efekt dodat­ko­wego roz­cień­cze­nia sła­bego współ­cze­snego wina.

MASON zła­mał chleb.

- Po czy­jej stro­nie się opo­wie­cie? Po mojej?

Żoł­nierz uniósł brwi.

- Nie tra­ci­cie czasu. To dobrze. Nie potra­fię wam odpo­wie­dzieć. Nawet jesz­cze nie wiemy, jakie będą strony.

- Moja będzie naj­lep­sza i naj­sil­niej­sza.

Achil­les wycią­gnął rękę i prze­rzu­cił kawałki mięsa, szu­ka­jąc naj­lep­szego.

- Oto prze­chwałka godna cesa­rza.

- To nie jest prze­chwałka. To fakt. Zaj­muję się gra­ni­cami impe­rium czło­wieka. Moim zada­niem jest ich sta­bi­li­za­cja, obrona i posze­rza­nie. Moi poprzed­nicy robili to, odkąd tylko ist­niało takie impe­rium. Jeśli wybuch­nie wojna, moim celem będzie ją zakoń­czyć, uży­wa­jąc wszel­kich środ­ków i zawie­ra­jąc wszel­kie soju­sze, jakie będą reko­men­do­wali moi doradcy. Jeśli opo­wie­cie się po mojej stro­nie, udzielę wam peł­nego zaufa­nia, oddam do dys­po­zy­cji wszel­kie zasoby i powie­rzę dowódz­two nad naj­więk­szą armią, jaką kie­dy­kol­wiek widziała Zie­mia. Udzielę swego wspar­cia i opieki każ­dej spra­wie, jaką wybie­rze­cie, a te, któ­rym będzie­cie się sprze­ci­wiać, zaata­kuję przy uży­ciu środ­ków, jakich żadna potęga dotąd nie zgro­ma­dziła. Jeśli jed­nak zosta­nie­cie mim wro­giem, być może uda się wam mnie poko­nać, ale z wiel­kim tru­dem, a straty w ludziach będą astro­no­miczne.

- Nie­zła łapówka.

- To nie jest ani łapówka, ani prze­chwałka. To fakt. Wyko­rzy­stam wszyst­kie swe zasoby do mak­si­mum. Jeśli będzie­cie ze mną, nie będę musiało tra­cić czasu na nie­uf­ność, zwąt­pie­nie, próby odgad­nię­cia waszych moty­wów, wyrzuty sumie­nia, biu­ro­kra­cję, wszyst­kie takie pro­blemy, jakie utrud­nią zada­nie innym. Widzi­cie, w jaki spo­sób wyko­rzy­stuję Mycro­fta.

Cesarz nie chciał łamać chleba z Mycro­ftem Can­ne­rem, ale wska­zał mi tabo­ret w kącie, żebym mógł chwilkę odpo­cząć.

W bystrych oczach Achil­lesa poja­wił się błysk.

- Zatem chce­cie uczy­nić mnie fami­lia­ri­sem?

- Tak, jeśli się zgo­dzi­cie. Wiem, że macie powody do nie­uf­no­ści wobec wład­ców, któ­rzy uwa­żają, że mają prawo wam roz­ka­zy­wać, ponie­waż rzą­dzą więk­szymi kró­le­stwami...

Achil­les, syn Peleusa, uniósł kie­lich na znak sza­cunku dla roz­trop­no­ści MASONA, który dostrzegł podo­bień­stwo mię­dzy sobą a Aga­mem­no­nem, a zara­zem nie wymie­nił imie­nia znie­na­wi­dzo­nego grec­kiego króla.

- ...ale w pozy­cji fami­lia­risa nie cho­dzi o roz­kazy, tylko o zaufa­nie - cią­gnął MASON. - Kiedy komuś ufam, prze­ka­zuję mu uła­mek abso­lut­nego obo­wiązku, który odzie­dzi­czy­łom po przod­kach z minio­nych epok, obo­wiązku, który przy­się­głom sta­wiać wyżej niż wszystko inne: przy­jaźń, miłość, życie i rodzinę. W zeszłym tygo­dniu moje jedyne dziecko umarło w moich rękach. Czu­łom woń jego krwi. Modli­łom się w duchu, po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów. I, choć to nie­wia­ry­godne, jakaś cudowna Moc usły­szała moją sza­loną, roz­pacz­liwą modli­twę i przy­wró­ciła życie mojemu dziecku. Owa Moc miała Swoje powody, ale to nie­ważne. Odpo­wie­działa na modli­twę ojca. Nie­mniej znisz­czy­ło­bym tę Moc i ura­to­wane przez Nią dziecko, gdyby obo­wią­zek tego ode mnie wyma­gał. Wszy­scy, z któ­rymi było­bym gotowe podzie­lić się owym obo­wiąz­kiem, powinni liczyć się z tym, że zginą, jeśli mnie zdra­dzą, jestem bowiem gotowe poświę­cić rze­czy cen­niej­sze niż wła­sne życie. - Oparł się wygod­nie. - Jak sądzę - pod­jął - wy rów­nież jeste­ście bar­dziej przy­zwy­cza­jeni do świata, w któ­rym za zdradę płaci się śmier­cią, a zdra­dzeni sami wywie­rają zemstę, niż do współ­cze­snej epoki, która każe nam cze­kać na obrót ocię­ża­łych kół biu­ro­kra­tycz­nego prawa. Być fami­lia­ri­sem zna­czy żyć, ufać i ryzy­ko­wać jak w cza­sach sta­ro­żyt­nych. Myślę, że w naszym świe­cie nie znaj­dzie­cie oferty bar­dziej wam odpo­wia­da­ją­cej. Jak brzmi wasza odpo­wiedź?

Achil­les przy­glą­dał się ceza­rowi z równą uwagą, z jaką tam­ten wpa­try­wał się w niego. Myślę, że wete­ran zauwa­żył w oczach Cor­nela MASONA jakiś dziwny wyraz. Ja rów­nież go dostrze­głem. Spoj­rze­nie cesa­rza wędro­wało po całym ciele Herosa, zamiast sku­pić się na jego twa­rzy. Zatrzy­my­wało się zwłasz­cza na tych frag­men­tach jego ciała, które wytarty mun­dur pozo­sta­wił odsło­nięte - szyi, nad­garst­kach, wło­sach i stward­nia­łych dło­niach. Ja rów­nież się w nie wpa­trzy­łem i mam wra­że­nie, że ule­głem tej samej ilu­zji, co cesarz. Obaj dopa­try­wa­li­śmy się zna­jo­mych cech w jego kościach policz­ko­wych, kształ­cie paznokci i brwiach. Achil­les wła­ści­wie nie przy­po­mina naszego Apolla, ale samot­ność każe nam nie­kiedy dopa­trzyć się podo­bień­stwa tam, gdzie go nie ma.

- Jestem wam wdzięczny za posi­łek i za szcze­rość. MASO­NIE - odparł Achil­les. - Dzię­kuję.

Cesarz zmarsz­czył brwi.

- Czy to zna­czy "nie"?

- To zna­czy "jesz­cze nie".

- Zamier­za­cie poroz­ma­wiać z każ­dym przy­wódcą oddziel­nie? - domy­ślił się natych­miast cezar. - Stra­ci­cie tylko czas.

W oczach herosa poja­wił się błysk.

- Nie zwy­kłem mar­no­wać godzin swego życia, MASO­NIE. Wiem, jak się czuje ten, komu nie została już ani jedna. Wy tego nie wie­cie. Jeśli poroz­ma­wiam z każ­dym z was, zanim podejmę decy­zję, dowiem się wielu rze­czy, któ­rych ni­gdy byście mi nie zdra­dzili, gdy­bym wybrało już stronę. Co wię­cej, w pew­nych spra­wach zamie­rzam pomóc wam wszyst­kim. Jeśli wszy­scy uczest­nicy wojny wyka­zują się pod­sta­wową kom­pe­ten­cją, jest to korzystne dla każ­dego z nich. Pomogę wam nie dopu­ścić, by ta wojna stała się głu­pia.

- Czyż wojna nie jest zawsze głu­pia? Czyż nie ozna­cza maso­wej utraty ludz­kiego życia oraz funk­cjo­nal­no­ści cywi­li­za­cji?

- Ozna­cza - zgo­dził się wete­ran. - Ale nie­które wojny są głup­sze od innych. Nie chcie­li­by­ście wojny na wyczer­pa­nie, głodu ani zarazy, czy nie­po­trzeb­nej śmierci cywi­lów.

- Kim są cywile, jeśli nie mamy żoł­nie­rzy?

- Celne pyta­nie. Powstrzy­ma­nie grup pół­cy­wi­lów przed masa­kro­wa­niem nie­przy­ja­ciel­skich pół­cy­wi­lów będzie nie­mal nie­moż­liwe, bio­rąc pod uwagę, że nie macie usta­lo­nej tra­dy­cji pła­ce­nia oku­pów i nie korzy­sta­cie z pracy przy­mu­so­wej, w związku z czym wyłącz­nie sumie­nie może powstrzy­mać wal­czą­cych przed zabi­ja­niem jeń­ców.

Cesarz zer­k­nął na mnie, ale się nie ode­zwał.

- W pierw­szej kolej­no­ści potrze­bu­je­cie jakie­goś planu, który pozwoli wam unik­nąć nie­po­trzeb­nych znisz­czeń. Nie chcie­li­by­ście przy­pad­kowo ska­zy­wać całych miast na klę­skę głodu. Nie chcie­li­by­ście zabi­jać wła­snych ludzi, ponie­waż nie potra­fi­cie ich odróż­nić od nie­przy­ja­ciela. Nie chcie­li­by­ście spa­lić Alek­san­drii jak ten, od kogo wywo­dzi się wasz tytuł.

Cezar się nie uśmiech­nął.

Ktoś zapu­kał do drzwi.

- Nova immi­nen­tia, Caesar. (Pilna wia­do­mość, ceza­rze).

- Wejdź­cie - odpo­wie­dział MASON w powszech­nie zro­zu­mia­łym języku angiel­skim. - Prze­każ­cie ją wszyst­kim.

Do kom­naty weszła nie­zwy­kła osoba: sławny mał­żo­nek Mar­tina, Xia­oliu Guild­bre­aker. Xia­oliu jest szczu­pły jak młode drzewko, a jego masoń­ski gar­ni­tur z przy­cią­ga­ją­cym uwagę bia­łym ręka­wem Ordo Vitae Dia­lo­go­rum zawsze jest wypra­so­wany tak sta­ran­nie, że Xia­oliu przy­po­mina raczej obe­lisk niż żywego czło­wieka. Jego długa, kobieca szyja dziw­nie kon­tra­stuje z sze­ro­kimi ramio­nami gar­ni­turu niczym lilia wyra­sta­jąca z poszar­pa­nych skał, a koń­czyny ma tak szczu­płe, że końce masoń­skiego cyr­kla i węgiel­nicy na jego opa­sce fami­lia­risa spo­ty­kają się po wewnętrz­nej stro­nie. Młody Xia­oliu wyka­zał się sporą odwagą, wdzie­wa­jąc tę opa­skę. Odwró­cił się ple­cami do swego mit­su­bi­shiań­skiego baszu i nara­ził na obe­lgi takie jak "intruz", "uwo­dzi­ciel" czy "przy­błęda", ponie­waż "sku­sił" Mar­tina Guild­bre­akera do zmie­sza­nia jego stu­pro­cen­towo masoń­skiego dzie­dzic­twa z dzie­dzic­twem nowi­cju­sza. Nie jest też łatwo o mał­żonka, który nie byłby zazdro­sny o nie­złomne odda­nie, jakie Mar­tin oka­zuje naszemu Panu. Jed­nakże w baszu Guild­bre­ake­rów nie­zwy­kło­ści nie budzą zdzi­wie­nia. Jakiż mał­żo­nek mógłby dorów­nać naszemu Mar­tinowi, zro­zu­mieć go i żyć według tych samych godzin, co on, gdyby, jak on, nie kochał Impe­rium ponad wszystko inne?

- W Ode­ssie wybu­chły masowe zamieszki - zamel­do­wał Xia­oliu. - Bur­mistrz i rada miej­ska wydali zarzą­dze­nie naka­zu­jące redy­stry­bu­cję nie­ru­cho­mo­ści, tak by uzgod­nić pro­cent ziemi posia­da­nej przez człon­ków każ­dej z Pasiek z ich liczeb­no­ścią wśród miesz­kań­ców mia­sta.

MASON zamknął oczy. Wszy­scy poczu­li­śmy, jak tru­ci­zna wojny prze­nika do rado­snej recy­ta­cji, którą sły­sze­li­śmy tak wiele razy: "Sze­ścio­pa­sie­kowy Sys­tem Trans­portu wita w [nazwa miej­sca], żeby otrzy­mać listę lokal­nych prze­pi­sów nie­zna­nych w waszym zwy­cza­jo­wym kodek­sie praw­nym, naci­śnij­cie "prawo"". Zarządy miast i bur­mi­strzo­wie zawsze mieli wła­dzę nad czymś wię­cej niż tylko wyso­kość budyn­ków czy uliczne stra­gany z żyw­no­ścią. Po pro­stu ufa­li­śmy sobie nawza­jem, że nie wyj­miemy tych sta­rych mie­czy ze szkla­nych gablot na ścia­nach. To wła­śnie się skoń­czyło.

- Jakie są pro­por­cje? - zapy­tał MASON.

- Wię­cej niż sie­dem­dzie­siąt pro­cent nie­ru­cho­mo­ści w Ode­ssie jest obec­nie wła­sno­ścią Mit­su­bi­shian. To bar­dzo mie­szane mia­sto. Zbli­żona liczba miesz­kań­ców ze wszyst­kich wiel­kich Pasiek plus bar­dzo liczna popu­la­cja Bril­li­stów.

- Do jakiej Pasieki należy bur­mistrz? - zapy­tał natych­miast Achil­les.

Xia­oliu nie musiał pytać, kim jest ten niski nie­zna­jomy, by wie­dzieć, że czło­wie­kowi sie­dzą­cemu za sto­łem cezara trzeba odpowie­dzieć.

- Jest Kuzy­nem. Wycho­wał się w euro­pej­skim baszu i należy do ukra­iń­skiej grupy naro­do­wej. Ma kon­takty z edu­ka­cjo­ni­stami. Jego obwiesz­cze­nie zawie­rało edu­ka­cjo­ni­styczne slo­gany zapo­ży­czone z prze­mó­wień Tul­liusa Mar­diego.

Dło­nie cezara zadrżały. Moje rów­nież. Te szyb­kie sygnały pole­ciły naszym soczew­kom wyświe­tlić prze­kaz z Ode­ssy. Natych­miast ujrze­li­śmy tłum roz­wście­czo­nych Mistu­bi­shian rzu­ca­ją­cych kamie­niami w białe jak kreda kolumny ode­skiego ratu­sza. Ich stroje two­rzyły gobe­lin kwit­ną­cej wio­sny kon­tra­stu­jący z kla­syczną fasadą. Ota­czał ich drugi, jesz­cze więk­szy tłum, krzy­czący i wyma­chu­jący pię­ściami. Achil­les rów­nież oglą­dał tę rela­cję, nie przez soczewki, lecz na ręcz­nym ekra­niku. Trzy­mał go ostroż­nie, jakby urzą­dze­nie było magicz­nym oknem wypo­ży­czo­nym od jakie­goś życz­li­wego boga.

- Czyżby się zaczęło? - zapy­tał cesarz. Jego powolny głos brzmiał jak zgrzyt kamieni umiesz­cza­nych przez mura­rza na prze­wi­dzia­nym dla nich miej­scu.

- Iskra, która da począ­tek woj­nie?

Wete­ran Achil­les przy­glą­dał się morzu twa­rzy, pod­czas gdy MASON i ja gapi­li­śmy się na nie jak anal­fa­beci. Nie­umie­jęt­ność czy­ta­nia nie musi doty­czyć pisma, Czy­tel­niku. Ance­let potrafi czy­tać liczby, rek­tor Faust sub­tel­no­ści twa­rzy i mowy, Madame rumieńce, Eureka Weeks­bo­oth swoje dzie­sięć miliar­dów świe­tli­stych kul, inni zaś odczy­tują kamie­nie, DNA, świa­tło gwiazd czy lot pta­ków. Dla nie­wta­jem­ni­czo­nych wszystko to są nie­czy­telne bazgroły. Myślę, że wszy­scy ludzie wście­kają się z powodu swych ogra­ni­czeń, gdy widzą, jak inni czy­tają coś, co dla nich jest nie­zro­zu­miałe. W nie­któ­rych epo­kach roz­wią­za­niem był ogień. Cza­row­nice i here­tyc­kich filo­zo­fów, któ­rzy zbyt wiele potra­fili wyczy­tać z gwiazd i ome­nów, palono jak zaka­żoną pościel. Ale w roz­sąd­niej­szych okre­sach wysoko ceniono takich pro­ro­ków.

- Może to iskra, a może nie - skwi­to­wał heros. - Przy­wódcy, któ­rzy szybko dzia­łają, mogą przez długi czas powstrzy­my­wać kata­strofę.

Cesarz zmarsz­czył brwi, jakby wpa­try­wał się w staw zbyt mętny, by mógł wnik­nąć wzro­kiem w jego głę­biny.

Wes­tchnie­nie Achil­lesa zabrzmiało nie­mal prze­pra­sza­jąco.

- Gdyby wie­dza o woj­nie była nauką ści­słą, nie potrze­bo­wa­li­by­ście mnie.

MASON zaczerp­nął tchu.

- Xia­oliu, zebra­li­ście wszyst­kie numery loka­li­za­to­rów moich pod­da­nych miesz­ka­ją­cych w tej czę­ści Ode­ssy?

- Sic, Caesar. (Tak, ceza­rze).

- Połącz­cie mnie.

Cesarz usiadł pro­sto. Uru­cho­mił się mikro­fon mający prze­ka­zać jego roz­kazy odle­głym uszom.

- Do tych Maso­nów, któ­rzy biorą udział w aktach prze­mocy w Ode­ssie. Zaprze­stań­cie tego natych­miast i opuść­cie obszar objęty zamiesz­kami. Swym zacho­wa­niem przy­no­si­cie hańbę naszemu Impe­rium i nara­ża­cie je na nie­bez­pie­czeń­stwo. Kon­flikt roz­strzy­gną moja wła­dza i prawo, nie pię­ści i kamie­nie.

Gdzieś na dru­gim końcu świata z Ode­ssy ula­tują przy­po­mi­na­jące fajer­werki świa­tełka. Widzą je tylko Sid­ney i Eureka ze swymi bystrymi, śle­pymi oczami skon­fi­gu­ro­wa­nych.

Znowu mylą ci się czasy, Mycrof­cie. W owej chwili auto­loty obser­wują inni skon­fi­gu­ro­wani. Epoka Saneer-Weeks­bo­othów dobie­gła końca.

Jakże cudowna musi być ludz­kość w Two­ich cza­sach, mój szla­chetny panie, jeśli wie­rzysz, że dzie­sięć dni wystar­czy, by wyszko­lić nowego demona, który będzie kie­ro­wał lotem ośmiu­set milio­nów auto­lo­tów jed­no­cze­śnie. Nie­stety, ludz­kie zwie­rzę nie osią­gnęło dotąd takiej dosko­na­ło­ści. Perry, jakże prze­bie­gły w swych machi­na­cjach, wyeli­mi­no­wał rezer­wową ekipę, a takie umie­jęt­no­ści nie przy­cho­dzą łatwo, nawet mon­stru­al­nym skon­fi­gu­ro­wa­nym. Sid­ney Koons po aresz­to­wa­niu na­dal obsłu­guje sys­tem, sie­dząc w samym sercu wiel­kiej sieci. Papa­de­lias strzeże go tak sta­ran­nie, jak jeź­dziec strzegłby konia, który go nie­sie. Jeśli zaś cho­dzi o Eurekę Weeks­bo­oth, która ucie­kła ze Sni­pe­rem, nikt ze skon­fi­gu­ro­wa­nych nie porzu­ciłby dobro­wol­nie czter­dzie­stu ze swych czter­dzie­stu pię­ciu zmy­słów.

- Czy macie dla mnie jesz­cze jakieś rady? - zapy­tał cezar.

Sławny wojow­nik ode­tchnął głę­boko.

- Nie­zbyt liczne.

- Dla­tego że nie jeste­ście jesz­cze pewni, czy będziemy po tej samej stro­nie?

Szyb­ko­nogi Achil­les uśmiech­nął się sze­roko.

- W rze­czy samej. W tej chwili jestem gotowe dzie­lić się tylko uni­wer­sal­nymi zasa­dami. Pew­nych błę­dów chcie­li­by­ście unik­nąć nawet u nie­przy­ja­ciół.

- Na przy­kład?

- Potrze­bu­je­cie żyw­no­ści.

- To oczy­wi­ste.

Wete­ran potrzą­snął głową.

- Potrze­bu­je­cie jej wię­cej, niż wam się zdaje. Przyj­mij­cie zało­że­nie, że wasza zdol­ność pro­duk­cyjna znik­nie natych­miast po roz­po­czę­ciu wojny. Pod­czas dni, które wam pozo­stały, zma­ga­zy­nuj­cie sto razy wię­cej żyw­no­ści niż zwy­kle. Stwórz­cie zapasy w każ­dym mie­ście, wystar­cza­jące, by wykar­mić wszyst­kich przez sześć mie­sięcy albo nawet dłu­żej. Przyj­mij­cie zało­że­nie, że więk­szość z nich zosta­nie znisz­czona albo skra­dziona. Trak­tuj­cie je nie tylko jako żyw­ność, lecz rów­nież jako walutę. Pamię­taj­cie, że mają słu­żyć nie wyłącz­nie do spo­ży­cia, ale też do han­dlu wymien­nego lub prze­kup­stwa. Przyj­mij­cie zało­że­nie, że macie naj­wy­żej połowę tego, czego potrze­bu­je­cie. A także, że wszyst­kie linie zaopa­trze­nia zostaną prze­rwane. Wyobraź­cie sobie, że przy­go­to­wu­je­cie się do dłu­giego oblę­że­nia, pod­czas któ­rego każde mia­sto na Ziemi będzie musiało wyży­wić się samo.

- Powie­dzie­li­by­ście coś takiego nie­przy­ja­cie­lowi? Głód czę­sto bywał klu­czem do zwy­cię­stwa.

- Lepiej, żeby prze­ciw­nik miał zapasy żyw­no­ści, które mogę ukraść, niż żeby­śmy obaj zgi­nęli z głodu.

Cezar ski­nął głową.

- Coś jesz­cze?

- Strzeż­cie zapa­sów żyw­no­ści. Gra­bieże zaczną się szybko.

- Nie mamy wiel­kich spi­chle­rzy, jak w daw­nych cza­sach. Więk­szość baszów kupuje dodat­kowo ryż, mąkę, śmie­tanę i tego rodzaju rze­czy, ale mogą się wykar­mić przez sześć mie­sięcy dzięki kilku wor­kom soli i sztucz­nych nawo­zów dla kadzi z algami, gene­ra­tora mięsa oraz kuchen­nego drzewa.

- Przyj­mij­cie zało­że­nie, że kuchenne drzewa spłoną, a nim jesz­cze to się sta­nie, ludzie będą się bali tej per­spek­tywy i zaczną gra­bić żyw­ność na wszelki wypa­dek. W moich cza­sach, gdy koń­czyły się nam zapasy, ata­ko­wa­li­śmy jakieś pobli­skie mia­steczko, łupi­li­śmy je i zabi­ja­li­śmy tych, któ­rych nie chciało się nam brać do nie­woli. Ta metoda na­dal pozo­staje sku­teczna. Nie chcie­li­by­ście, żeby wasi ludzie ją sto­so­wali.

- Co jesz­cze?

- Medy­cyna.

Kosala uśmiech­nęła się sze­roko.

- To mamy roz­pra­co­wane. Zgro­ma­dzi­li­śmy potrójne zapasy we wszyst­kich szpi­ta­lach na Ziemi, naszych i tych nie­licz­nych, któ­rymi kie­rują inne Pasieki.

Achil­les pokrę­cił głową.

- Potrójne to za mało. Wyobraź­cie sobie, ile naj­wię­cej może­cie potrze­bo­wać, i przyj­mij­cie zało­że­nie, że potrze­bu­je­cie dzie­sięć razy wię­cej. I medycy polowi. Wyszkol­cie sto tysięcy medy­ków polo­wych, a potem każ­cie im szko­lić następ­nych. Wasi leka­rze są wspa­niali, ale zanadto się uza­leż­nili od swo­ich cudow­nych maszyn. Macie tro­chę ludzi, któ­rzy znają dawną medy­cynę - sur­wi­wa­li­stów, ludzi, któ­rzy lubią pie­sze wycieczki, albo tych, któ­rzy zaj­mują się rekon­struk­cją histo­ryczną - wszy­scy oni wie­dzą, jak powstrzy­mać zagra­ża­jący życiu krwo­tok za pomocą dwóch paty­ków i kawałka worka. Potrze­bu­je­cie ich wię­cej. Jeśli nawet wyszko­li­cie wszyst­kich na Ziemi na polo­wych medy­ków, to i tak będzie za mało.

- Jeste­ście nie­za­chwia­nie prze­ko­nani, że doj­dzie do dzia­łań wojen­nych - stwier­dziła z wes­tchnie­niem prze­wod­ni­czący Kuzy­nów.

Mycrof­cie, skąd się tu wzięła Kosala? W któ­rej chwili zja­wiła się w sercu pałacu MASONA? Czy Masoni i Kuzyni naprawdę byli w owej chwili tak sobie bli­scy, że cezar zapro­siłby Kosalę na spo­tka­nie o klu­czo­wym zna­cze­niu?

Pałacu MASONA? Jeste­śmy w Casa­blance, Czy­tel­niku. W sto­licy Kuzy­nów. Jej wie­lo­po­zio­mowe, przy­po­mi­na­jące namioty dachy pię­trzą się nad nami w coraz to licz­niej­szych fał­dach niczym jakiś baj­kowy sta­tek - pół żaglo­wiec, pół ptak - koły­sząc się i roz­po­ście­ra­jąc coraz sze­rzej, gdy kar­mią je słońce i wiatr wie­jący od oce­anu. Spójrz, Kosala i Achil­les sie­dzą obok sie­bie w jej ogro­dzie na dachu, wpa­trzeni w cią­gle się zmie­nia­jące kolory na górze.

Nie, Mycrof­cie, jeste­śmy w Alek­san­drii, za salą tro­nową Dedala o pło­mien­nym dachu. Cezar i Achil­les dzielą się chle­bem, wymie­nia­jąc nie­wy­po­wie­dziane przy­sięgi gościn­no­ści i zaufa­nia. Czyż­byś o tym zapo­mniał?

W Alek­san­drii? Nie. Z pew­no­ścią pamię­tasz wojnę pustyn­nych wydm z mor­skimi falami, gdy lecie­li­śmy z Achil­le­sem z Alek­san­drii do Casa­blanki, a także to, że po nie­zwy­kłych pacy­ficz­nych wodach Cielo de Pájaros widok zna­jo­mego śród­ziem­no­mor­skiego błę­kitu przy­wo­łał łzy do oczu nie tylko moich, lecz rów­nież Wiel­kiego Żoł­nie­rza? A może to ja się mylę? Ostrze­ga­łem Cię, że moje wspo­mnie­nia czę­sto zmie­niają się w nie­wy­raźną plamę. Tam­tego dnia zabra­łem Achil­lesa kolejno do domów wszyst­kich przy­wód­ców. Wła­ści­wie to były dwa dni, trzy­dzie­sty pierw­szy marca i pierw­szy kwiet­nia. W takiej chwili nie­ła­two było namó­wić tych, któ­rzy rzą­dzą świa­tem, na coś, co brzmiało jak baśń: spo­tka­nie z Achil­le­sem. To Kosala roz­ma­wiała z nim o szpi­ta­lach i o żyw­no­ści też - a może to był cezar? Albo oboje? Wszyst­kie spo­tka­nia były pod wie­loma wzglę­dami podobne do sie­bie - pyta­nia, testy, cie­kaw­skie palce doty­ka­jące cier­pli­wego Patro­klosa. Wybacz, wyro­zu­miały Czy­tel­niku, ale wąt­pię, by nawet Achil­les dokład­nie zapa­mię­tał, który z potęż­nych zadał mu które pyta­nie. Nie­które mogła jed­nak zadać tylko jedna osoba:

- Achil­le­sie, czy przy­szło wam do głowy, że jeste­ście tu po to, by pomóc w zawar­ciu pokoju, a nie w pro­wa­dze­niu wojny?

Ten, który pusto­szył sze­regi nie­przy­ja­ciela, roze­śmiał się w głos.

Ale prze­wod­ni­czący Bryar Kosala tego nie zro­biła.

- Żadna osoba nie mogłaby mieć lep­szych szans od was. Gdy­by­ście na spółkę z Mycro­ftem prze­ko­nali wszyst­kich waż­nych przy­wód­ców do uzna­nia was za eks­perta, sta­li­by­ście się de facto naj­wyż­szym auto­ry­te­tem w spra­wie wojny. Mogli­by­ście wtedy wyko­rzy­stać swe wpływy, by wpro­wa­dzić nas na drogę wio­dącą ku poko­jowi. Wasz głos wywarłby wiel­kie wra­że­nie, więk­sze niż głos kogo­kol­wiek innego. - Tym razem jej wes­tchnie­nie było cich­sze. - Wiem, że wie­rzy­cie w los. Bio­rąc pod uwagę, za kogo się uwa­ża­cie, być może nie macie innego wyboru. Nie­mniej nawrót Losu nie musi ozna­czać powta­rza­nia tych samych błę­dów. Może być szansą zmiany, naucze­nia się cze­goś, zadość­uczy­nie­nia za popeł­nione wcze­śniej błędy. Odku­pie­nia. Nie musi­cie być emi­sa­riu­szem wojny. Może­cie przy­nieść pokój.

Wete­ran wpa­trzył się w widoczne mię­dzy chwiej­nymi namio­tami dachów fale tłu­kące o brzeg w tym miej­scu, gdzie Morze Śród­ziemne oraz ogromny Atlan­tyk spo­ty­kają się ze sobą, by mie­szać swe wody.

- Spo­dzie­wa­łom się, że będzie­cie wzy­wali do zawar­cia pokoju, ale sądzi­łom, że wasze słowa będą naiwne i tchórz­liwe. Nie są takie. Brzmią jak głos zdro­wego roz­sądku. W grun­cie rze­czy świat, jaki w nich przed­sta­wia­cie, ma wię­cej sensu od mojego, ponie­waż w waszym świe­cie wszyst­kie te powroty pro­wa­dzi­łyby do cze­goś, zamiast zmu­szać nas do nie­ustan­nego powta­rza­nia rzezi. Co wię­cej, macie wszel­kie powody, by wie­rzyć w ten świat, ponie­waż nikt poza mną i Mycro­ftem ni­gdy nie widział dowo­dów jego fał­szy­wo­ści. - Spoj­rzał jej pro­sto w oczy. - Zauwa­ży­łom, że uni­ka­li­ście słowa "karma".

- A wy uni­ka­cie odpo­wie­dzi na moje pyta­nie.

- Wybacz­cie, pani.

Skrzy­wiła się.

- Wiem, że mój zwią­zany z płcią kul­tu­rową fetysz stał się powszech­nie znany, ale uda­wa­nie archa­icz­nego szo­wi­ni­zmu nie jest sku­teczną drogą do prze­ko­na­nia mnie, że rze­czy­wi­ście jeste­ście tym, za kogo się poda­je­cie.

- Nie chcia­łom was ura­zić - zapew­nił pośpiesz­nie Achil­les. - To tylko przy­zwy­cza­je­nie. Przy­po­mi­na­cie mi Atenę i moją matkę.

Kosala zro­biła minę, jaka z pew­no­ścią ni­gdy się nie poja­wiła na obli­czu żad­nej z obu bogiń.

- Obie jed­no­cze­śnie?

Achil­les wzru­szył ramio­nami.

- To jedyne kobiety, jakie kie­dy­kol­wiek mówiły do mnie tak kom­pe­tent­nie i wład­czo. Nie wywo­dzę się z waszych cza­sów. Nie przy­wy­kłom do tego, że kobiety zasia­dają w radach i ukła­dają plany razem z męż­czy­znami, jak wy to robi­cie. W moim świe­cie tylko bogini albo kró­lowa mogłaby prze­ma­wiać takim tonem. Być może rów­nież Ama­zonka, ale z nimi spo­ty­ka­łom się raczej w bitwach niż na nara­dach.

- Myśla­łom, że spę­dzi­li­ście w naszym świe­cie z górą dzie­sięć lat.

Achil­les zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na miej­sce, gdzie sta­łem oparty o muskaną przez wiatr poręcz.

- Ukry­wa­łom się na śmiet­ni­sku w towa­rzy­stwie dru­żyny żoł­nie­rzy, samych męż­czyzn, oraz dziecka, a jedyni goście, jacy mnie odwie­dzali, Mycroft i Thisbe Saneer, nie dali mi zbyt wiel­kich szans na kon­takt z kobie­tami prze­obra­żo­nymi przez ostat­nie tysiąc­le­cia. Z nowo­cze­snymi przed­sta­wi­ciel­kami waszej płci spo­ty­ka­łom się tylko w mediach albo w książ­kach, ale wy rów­nież oglą­da­li­ście w mediach męż­czyzn podob­nych do mnie albo czy­ta­li­ście o nich. To nie to samo, co spo­tka­nie oso­bi­ste.

- Pew­nie macie rację.

Kosala raz jesz­cze przyj­rzała się Wiel­kiemu Żoł­nie­rzowi, jego twar­dym od cięż­kiej pracy ramio­nom i bar­kom, które obna­żył, by skóra mogła się nacie­szyć sło­nym doty­kiem jego dziadka, Starca Mor­skiego - boga, który albo strzegł boga­tych w ryby głę­bin od chwili powsta­nia Ziemi, albo ni­gdy nie ist­niał.

- Na­dal nie odpo­wie­dzie­li­ście na moje pyta­nie - nale­gała. - Czy pomo­że­cie mi zawrzeć pokój?

Ze wszyst­kich śmier­tel­nych naj­okrut­niej­szy, jak według Homera Aga­mem­non nazwał kie­dyś Achil­lesa, potrzą­snął głową.

- To się nie uda. Wojna wybuch­nie.

- A po niej nadej­dzie pokój. Wojny koń­czą się wtedy, gdy ktoś zapro­wa­dzi pokój. Zacznę nad tym pra­co­wać już teraz. Być może przez chwilę będzie trwała wojna, ale ważny jest pokój, który nasta­nie póź­niej.

- To zna­czy... - popa­trzył na nią ze zdzi­wie­niem - ...że nie będzie­cie pró­bo­wali powstrzy­mać wojny?

- Z pew­no­ścią będę pró­bo­wało, ale na tę kartę sta­wiam tylko część żeto­nów. Tak się przy tym szczę­śli­wie składa, że próby powstrzy­ma­nia wojny i przy­go­to­wa­nia do zawar­cia pokoju, który nasta­nie po niej, czę­sto wyma­gają tych samych dzia­łań. Wojny cią­gną się długo, kiedy nie ma chęt­nych do ich zakoń­cze­nia. Pod­czas tej wojny, już od chwili jej wybu­chu, będzie dzia­łał dobrze zor­ga­ni­zo­wany ruch pacy­fi­styczny, który pomoże ją zakoń­czyć na naj­lep­szych moż­li­wych warun­kach. Pomo­że­cie mi?

- W pracy dla pokoju? Pro­si­cie Achil­lesa o pomoc w zapro­wa­dze­niu pokoju na świe­cie? - Chi­chot zamarł w jego gar­dle. - Jeśli macie na myśli jakieś słu­żące zawar­ciu pokoju zada­nia, które tylko ja mogę wyko­nać, z chę­cią to dla was zro­bię. Po samym życiu pokój jest naj­cen­niej­szym darem, jakim mogą się cie­szyć śmier­tel­nicy. My dwaj świet­nie o tym wiemy. - Spoj­rzał z zasę­pioną miną na maleń­kiego Patro­klosa. - Ale nie zanie­dbam przy­go­to­wań do wojny dla pracy na rzecz pokoju. O tym dru­gim wie­cie wię­cej ode mnie. Pokój panuje na całym waszym świe­cie. Moje zada­nie polega na tym, czego nie potrafi zro­bić nikt inny. Muszę nauczyć wład­ców tego świata, jak mają zro­bić ze swych roz­gnie­wa­nych ludzi żoł­nie­rzy.

- Mnie rów­nież musi­cie tego nauczyć - stwier­dziła z wes­tchnie­niem prze­wod­ni­czący Kosala.

- Kuzy­nów? Nie - odparł pośpiesz­nie szyb­ko­nogi Achil­les. - Gdy zacznie się wojna, wy musi­cie stać z boku.

- Stać z boku? - powtó­rzyła Kosala, tak zimna, jak z pew­no­ścią były Ama­zonki. - Myśli­cie, że nie umiemy wal­czyć? Zamie­rzam zabie­gać o pokój wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami.

- Nie chcia­łom was ura­zić. Z pew­no­ścią umie­cie wal­czyć, lecz rów­nież potra­fi­cie nie wal­czyć lepiej niż kto­kol­wiek inny.

Zmarsz­czyła brwi.

- Słu­cham?

- Nie sfor­mu­ło­wa­łom tego dobrze. Cho­dziło mi o to, że żadna z pozo­sta­łych wiel­kich Pasiek nie może zacho­wać neu­tral­no­ści w tym kon­flik­cie. Uto­pii i Gor­dia­nom mogłoby się to udać, ale te Pasieki są maleń­kie i raczej nie zapew­nią nikomu azylu. Wy może­cie to zro­bić. Ze wszyst­kich wiel­kich Pasiek Kuzyni mają naj­więk­sze szanse unik­nię­cia udziału w kon­flik­cie. Jeśli uda się wam zacho­wać neu­tral­ność, część świata pozo­sta­nie odrębna, nie­na­ru­szalna, bez­pieczna. Będzie ist­niał ktoś zdolny do nego­cja­cji ze wszyst­kimi stro­nami. W daw­nych cza­sach taką rolę odgry­wali kapłani i kobiety. Tylko wy może­cie wstą­pić na tę wio­dącą ku poko­jowi drogę. To cenne.

Kosala skrzy­wiła się lekko. Wie­dzia­łem, że to ozna­cza, iż jest bli­ska łez.

- Nie wiem czy neu­tral­ność na­dal jest dla nas moż­liwa - przy­znała. - Kuzyni są teraz roz­gnie­wani, bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Doszło do podzia­łów wewnętrz­nych. Mani­pu­lo­wano nami, okła­mano nas i zdra­dzono, zamor­do­wano naszych bli­skich, a nasze naj­waż­niej­sze insty­tu­cje zatruli ci, któ­rym ufa­li­śmy. - Nie powie­działa "Vivien" ani "KBIZ", ale wil­goć w jej oczach świad­czyła, o czym myśli. - A wszystko to otwo­rzyło jesz­cze star­sze rany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki