Zdążyć przed śmiercią - Justyna Jelińska

Kup ebooka

42.99 zł
37.40 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Dom Sta­ni­sława Rębi­cha, wie­czór

Migo­czące świa­tła radio­wozu roz­świe­tlały oko­licę tonącą z wolna w wie­czor­nej sza­rówce. Nie­bie­ska poświata odbi­jała się od okien i ścian sta­rego budynku. Powie­trze wypeł­niała mie­szanka typo­wych dla czerwca zapa­chów: jaśmi­now­ców, igli­wia z pobli­skiego lasu i wil­goci mgieł osa­dza­ją­cych się na łące pomię­dzy domem Jasz­czaka a dom­kiem Sta­ni­sława Rębi­cha. Kochała ten czas, gdzie dni wydłu­żały się do gra­nic moż­li­wo­ści, a wie­czory pach­niały jak ni­gdy w ciągu roku. Nocne ptaki zaczy­nały swoje kon­certy, prze­krzy­ku­jąc świersz­cze i recho­czące żaby. Gdy wytę­żyła słuch, roz­po­zna­wała kumaka, który wyda­wał dziwny, krótki dźwięk nie­po­dobny do innych dźwię­ków wyda­wa­nych przez żaby.

- Miećka, serio tam wla­złaś? - rzu­cił znu­dzo­nym gło­sem aspi­rant Antoni Wagner. Nieco za duży mun­dur smęt­nie wisiał na jego ciele, odbie­ra­jąc mu tym samym auto­ry­tet. Wiecz­nie zahu­kany i prze­stra­szony, robił wra­że­nie jedy­nie na miej­sco­wych pijacz­kach, któ­rzy - widząc mun­durowego - w eks­pre­so­wym na ich moż­li­wo­ści tem­pie cho­wali flaszki za pazu­chy lub ucie­kali, jeśli pozwa­lały im na to siły.

- No wla­złaś, wla­złaś. Kurde, a co innego mia­łam zro­bić? Instynkt zadzia­łał! Nic na to nie pora­dzę! Stało się i już, na kiego drą­żyć temat? - w ner­wach wyrzu­ciła ręce w górę, omal nie strą­ca­jąc jego czapki. Zro­bił krok w tył, na wypa­dek kolej­nej wylew­nej reak­cji lokal­nej skle­pi­karki.

Poli­cjant spoj­rzał na Mie­cię z ogrom­nym poli­to­wa­niem. Instynkt... Dobre sobie... Ta to zawsze sobie wymy­śli i na swoje prze­tłu­ma­czy, pomy­ślał i pokrę­cił głową. Zano­to­wał coś w małym koło­no­tat­niku, który miał w zwy­czaju nosić, po czym wró­cił do Mie­czy­sławy Zarzyc­kiej, by kon­ty­nu­ować roz­po­częty temat.

- A nie mogłaś naj­pierw zadzwo­nić na poli­cję, zamiast od razu wła­zić tam z bucio­rami? Myśl! Kobieto, prze­cież poza­cie­ra­li­ście ślady! Komen­dant to mnie za jaja powiesi! I jak bez­płodny zostanę, to już wiesz przez kogo! - jęk­nął.

- Sren­dant, nie komen­dant... - poiry­to­wa­nie się­gało zenitu. - Zresztą na co ci te jaja, jak z cie­bie picza jakich mało... Serio nic nie rozu­miesz, chło­pie? Na mózg ci się rzu­ciło? Gdy­bym tam nie weszła, nie wie­dzia­ła­bym, co się stało z Anką! A jeśli leża­łaby tam na pod­ło­dze, potrze­bu­jąc pil­nej pomocy? Pomy­śla­łeś o tym?

- Tylko nie picza! Jesz­cze słowo, Miećka, a wywalę ci man­dat za obrazę funk­cjo­na­riu­sza na służ­bie! - mun­du­rowy poczuł się nie­zwy­kle ura­żony nazwa­niem go w ten spo­sób. Cały aż się goto­wał ze zło­ści. Nawet nie zauwa­żył, że nie­świa­do­mie zaczął zaci­skać pię­ści. Strze­le­nie kostek otrzeź­wiło go na tyle, że roz­luź­nił uścisk.

- Pierdu, pierdu... - rzu­ciła swoje ulu­bione powie­dzonko.

- Antek, zano­tuj tam, że tłu­ma­czy­łem tej mojej, żeby nosa nie wsa­dzała w nie swoje sprawy! Nawet dobre argu­menty mia­łem, ale baba to zawsze wie lepiej! Prze­cież to, jak się uprze, to nie zmieni zda­nia za cho­lerę! - do roz­mowy włą­czył się zaafe­ro­wany Zarzycki. Pobyt tu uzna­wał za ogromną stratę czasu. Z utę­sk­nie­niem myślał o tym, że ten stra­cony czas mógłby spę­dzić o wiele przy­jem­niej, na przy­kład na wygod­nej kana­pie, oglą­da­jąc kanał spor­towy. Przez żonę te plany legły w gru­zach.

- Janusz, ty weź idź i sprawdź, czy cię tam za domem nie ma, co? Ty też musisz być prze­ciwko mnie... Kochany mężu­lek... - powie­działa do męża, popra­wia­jąc koń­ski ogon, i zwró­ciła się raz jesz­cze do mun­du­ro­wego: - Ja naprawdę nie chcia­łam spier­ni­czyć wam poten­cjal­nego miej­sca zbrodni. Ale wierz mi, za Anią wsko­czy­ła­bym w ogień. To był odruch. Weszłam tam, bo uzna­łam, że grozi jej nie­bez­pie­czeń­stwo. Tak postę­pują przy­ja­ciele. To ostat­nie zda­nie możesz nawet pod­kre­ślić, jak już zano­tu­jesz.

- Nie mnie będziesz się tłu­ma­czyć - wzru­szył ramio­nami i odszedł, zosta­wia­jąc Mie­czy­sławę przed domem.

Usia­dła na ławeczce przed cha­łupką Sta­ni­sława. Po gru­dnio­wych wyda­rze­niach star­szy pan prze­pi­sał swój dom Annie, która miała dojść do formy w tych czte­rech ścia­nach. Nie­stety, nie zdą­żyła, bo jakiś sza­le­niec ją upro­wa­dził.

Tuż obok cha­łu­piny powie­trze prze­ciął nie­to­perz, fru­nąc w zawrot­nym tem­pie. Jej oczy nie nadą­żały za ssa­kiem, który lawi­ro­wał w czerw­co­wej sza­rówce. Lubiła patrzeć na nie­to­perze, cho­ciaż matka zawsze stra­szyła ją, że one lubią zaplą­ty­wać się we włosy, i wtedy gryzą w głowę. Jako dziecko pani­ko­wała więc za każ­dym razem, gdy tylko nie­to­perze poja­wiły się w oko­licy. Teraz uwiel­biała je podzi­wiać, zazdrosz­cząc im tej nie­by­wa­łej swo­body i szyb­ko­ści, z jaką potra­fiły się poru­szać po wie­czor­nym nie­bie.

Była pewna, że z chwilą dorwa­nia seryj­nej mor­der­czyni Trze­bież znów będzie mogła ode­tchnąć pełną pier­sią i zacząć ponow­nie nor­mal­nie żyć. Tak jak wtedy, gdy wieś nie była ska­lana żadną obrzy­dliwą i krwawą zbrod­nią. Pierdu, pierdu - rzu­ciła w myślach, pod­pie­ra­jąc dłońmi głowę. Sap­nęła gło­śno, nieco znie­cier­pli­wiona. Nie lubiła cze­kać, a komen­danta wciąż nie było widać.

Wró­ciła myślami do ostat­nich wyda­rzeń. Zła­pa­nie Olgi Miel­carz nic nie zmie­niło, a jej przy­ja­ciółka była w ogrom­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. Wciąż miała nadzieję, że Ania żyje i nic złego się jej nie stało. Nagle przez myśl prze­szło jej coś jesz­cze. Klą­twa... Bez wąt­pie­nia nad tą pod­war­szaw­ską wsią wisiało cho­lerne fatum. Jakby ktoś rzu­cił zły czar na żyją­cych tu miesz­kań­ców. I cho­ciaż takie myśle­nie wyda­wało się zabawne, jej kom­plet­nie nie bawiło. Wręcz prze­ciw­nie, była zde­ner­wo­wana i zestre­so­wana. Ona, kobieta widząca wszystko w różo­wych bar­wach, mimo iż życie bole­śnie ją doświad­czyło, teraz czuła, że zawi­sły nad nią czarne chmury, z któ­rych lada moment mógł spaść ogromny deszcz, zale­wa­jąc jej życie niczym powódź.

Przed dom zaje­chał kolejny samo­chód. Z dużego gra­na­to­wego kombi wysiadł nie­zbyt zgrab­nie otyły komen­dant. Jego ogromny brzuch wyprze­dzał go o dobre dwie sekundy. Witold Dyrała miał bujny siwy wąs i ogromną łysinę, która się­gała nie­mal tyłu przy­pró­szo­nej siwi­zną głowy. Skrzy­wiła się na jego widok. Mun­du­rowy, opusz­cza­jąc pojazd, pod­cią­gnął spodnie pod­trzy­my­wane przez wysłu­żone szelki. Zasta­na­wiała się nad tym, jakim cudem te jesz­cze nie pękły od pod­trzy­my­wa­nia tak gigan­tycz­nego cię­żaru.

- A pani to...? - sap­nął zdy­szany, jakby skoń­czył tria­th­lon Iron­man. Ciężko posa­pu­jąc, wpra­wił wąsy w ruch. Przy­po­mi­nał jej morsa, który raź­nie par­ska przy wycho­dze­niu z zim­nej wody. Omal nie par­sk­nęła śmie­chem, gdy do głowy wpa­dło jej to porów­na­nie. Jak dobrze, że nie wie, o czym pomy­śla­łam. Też by mnie kre­tyn man­da­tem stra­szył! - popa­trzyła na niego, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

- Mie­czy­sława Zarzycka, wła­ści­cielka lokal­nego sklepu spo­żyw­czo-prze­my­sło­wego. Dzwo­ni­łam z infor­ma­cją, że Anna znik­nęła.

- A kon­ce­sję ważną ma? I co, pew­nie wcho­dziła pani do środka domu? - jego ton był nie­zwy­kle iry­tu­jący, prze­peł­niony wyż­szo­ścią i znu­dze­niem. I to pyta­nie o kon­ce­sję. Co go to, do cho­lery, obcho­dzi?! - aż krzyk­nęła w myślach, po czym spo­koj­nie pró­bo­wała skie­ro­wać roz­mowę na odpo­wied­nie tory, zosta­wia­jąc pode­ner­wo­wa­nie gdzieś obok.

- Nie dzwo­ni­łam w spra­wie kon­ce­sji, więc jeśli pan pozwoli, wró­cimy do tego innym razem, skoro to dla pana taki prio­ry­tet. A co do dru­giego pyta­nia, to tak. Wcho­dzi­łam. Skąd mia­łam wie­dzieć, że mam tego nie robić? Waż­niej­sze było nie­sie­nie pomocy, a nie myśle­nie o ewen­tu­al­nych śla­dach, które mogli­śmy zatrzeć. Pan by wtedy myślał o takich rze­czach?

- Pani Zarzycka, nie mówimy o tym, co ja bym zro­bił, a o tym, co pani zro­biła! Czy pani wie, że postą­piła pani nie­od­po­wie­dzial­nie?

Mie­cia popa­trzyła na komen­danta z ukosa. Nie miała poję­cia, jakim cudem ta roz­mowa scho­dziła na tak głu­pie i bez­sen­sowne tory. Myślała, że poli­cja jest od tego, by pomóc, a tym­cza­sem wszy­scy sku­pili się wyłącz­nie na wyty­ka­niu jej błę­dów, które nie­świa­do­mie popeł­niła, chcąc rato­wać przy­ja­ciółkę.

- Powta­rzam po raz kolejny... Zdro­wie Anny Jan­kow­skiej było dla mnie waż­niej­sze! - dobit­nie pod­kre­śliła ostatni wyraz.

Dyrała pokrę­cił głową, mru­cząc pod nosem: "I weź tu, czło­wieku, roz­ma­wiaj z mądrzej­szą od sie­bie", po czym raz jesz­cze ner­wowo popra­wił opa­da­jące spodnie, któ­rych szelki nie były w sta­nie utrzy­mać w ryzach. Wie­dział, że nie­długo przyj­dzie czas, kiedy trzeba będzie się z nimi poże­gnać, zmie­nia­jąc je na now­szy model. Dum­nym kro­kiem wszedł do domu, gdzie inni poli­cjanci uwi­jali się jak mrówki. Mie­czy­sława została pod cha­łu­piną. Nie lubiła takiego aro­ganc­kiego trak­to­wa­nia.

- Cham i pro­stak - syk­nęła, wpa­tru­jąc się w pusty dom Jasz­cza­ków.

Kto mógł to zro­bić Annie...? Dziew­czyna była już i tak wystar­cza­jąco doświad­czona przez życie. Po zamknię­ciu w aresz­cie agentki nie­ru­cho­mo­ści wszystko miało wró­cić na nor­malne tory. Tak przy­naj­mniej myślała... A jed­nak został ktoś jesz­cze. Ktoś, kto maczał w tym wszyst­kim palce i przy­pa­try­wał się całej sytu­acji z boku. Kim był pory­wacz? Czy miesz­kańcy byli bez­pieczni?

- Mówi­łem ci, Mie­ciu, żeby­śmy się nie wpie­przali. A ty jak zawsze musia­łaś być mądrzej­sza. I teraz co? Cią­gać nas po komi­sa­ria­tach będą. Nie wiem jak ty, ale ja mam i tak za dużo roboty, żeby się jesz­cze na poli­cji sta­wiać - Janusz prze­rwał żonie roz­my­śla­nia, sia­da­jąc tuż obok.

- A ja ci mówi­łam, żebyś spraw­dził, czy nie ma cię z tyłu domu.

- Spraw­dzi­łem! - żach­nął się.

- No i? - zer­k­nęła na niego pyta­jąco, lekko uno­sząc brew.

- No i mnie nie było.

- Och, jaka szkoda... To idź sprawdź raz jesz­cze i prze­stań mnie dener­wo­wać.

Janusz posłusz­nie, cho­ciaż nie­chęt­nie, wstał z ławki. Sytu­acja, w jakiej się zna­leźli, nie była mu na rękę. Od początku nie pałał sym­pa­tią do Jan­kow­skiej. Iry­to­wała go. Czuł, że przez nią wpa­kują się w jakieś tara­paty. I jakby prze­wi­dział przy­szłość! Kło­poty, tyle wynie­śli z tej dur­nej zna­jo­mo­ści. Teraz będą ich cią­gać na skła­da­nie kolej­nych zeznań. Niech to szlag! - pomy­ślał i udał się na tył budynku, zosta­wia­jąc żonę pogrą­żoną we wła­snych myślach.

Mie­czy­sława unio­sła się powoli z ławeczki, która koły­sała się nie­bez­piecz­nie pod­czas każ­dego ruchu. Wzięła głę­boki oddech, obcią­gnęła koszulkę, zakry­wa­jąc lędź­wie, i popra­wiła koń­ski ogon. Długa blond kitka opa­dła na kark i plecy, muska­jąc jej skórę. Ruszyła w kie­runku wej­ścia. Pew­nie prze­kro­czyła próg domu.

- Zwa­rio­wa­łaś? Po jaką cho­lerę się tu teraz pchasz? Nie widzisz, że mamy nie­zły roz­pier­nicz?! - syk­nął Antek, wycią­ga­jąc ją siłą na zewnątrz. Jego palce bole­śnie wpi­jały się w jej ramię.

- Te, Antek! Żebym ja cię zaraz nie wypro­wa­dziła! Ty mi man­dat wle­piać chcia­łeś, a ja mogę cię pocią­gnąć do odpo­wie­dzial­no­ści za szkody fizyczne! Na bank mi siniak jutro wyj­dzie! Więc nie fikaj, tylko pro­wadź mnie do komen­danta, i to migiem.

- I po jakie licho? Już wystar­cza­jąco pomo­głaś, dep­cząc to, co mogło zostać po śla­dach porwa­nia. Już raz wstydu się przez waszą dwójkę naja­dłem, kurna! Wię­cej nie zamie­rzam!

Wycią­gnęła palec wska­zu­jący w jego kie­runku, lecz on raz za razem uni­kał dźgnię­cia w piersi, robiąc małe kroczki w tył.

- Posłu­chaj no! Jeśli w tej chwili nie zawo­łasz tej pulch­nej, tur­la­ją­cej się kulki na dwóch nogach, zro­bię tu takie przed­sta­wie­nie, że wąsaty na bank ustawi cię jak trzeba i będziesz jak w zegarku cho­dził! - jej ton był tak sta­now­czy, że aspi­rant zaczął się nie­po­koić. Roz­glą­dał się dookoła i ukrad­kiem ocie­rał zro­szone potem czoło.

- Dobra, już dobra... Ale jak coś, to ja tu dziel­nie wal­czy­łem! Wiesz, żeby się chło­paki za bar­dzo nie śmiali... I tak mam już nie­źle prze­ry­pane, więc nie dokła­daj mi na szalę wię­cej opier­dolu... - szep­nął bła­gal­nie. Mie­czy­sława prych­nęła, lecz po chwili poki­wała głową.

- OK, jak lew wal­czy­łeś, niech ci będzie. A teraz idź, bo chyba przy­po­mnia­łam sobie coś waż­nego.

*

- Skąd wiesz? - te dwa słowa komen­dant wyrzu­cił z sie­bie w tem­pie, w jakim kara­bin maszy­nowy pozbywa się poci­sków z lufy. Wąs poru­szył się szybko, gdy wpra­wiał usta w ruch. Lekko obwi­słe policzki falo­wały, a twarz nabrała ostrego wyrazu.

- Mówiła mi zaraz po tym, jak doszła już do sie­bie po sytu­acji w domu Jasz­czaka. Może i w tym przy­padku użyto tego samego?

- Ale skąd ten ktoś wytrza­snął eter? - Dyrała podra­pał się po łysi­nie, która błysz­czała tak bar­dzo, jakby wysma­ro­wał skórę ole­jem. Mie­czy­sława skrzy­wiła się z lek­kim obrzy­dze­niem.

- Tego nie­stety nie wiem. Ale czuję, że nie jest tak łatwo go zdo­być. Może warto, żeby­ście zaczęli od tego? Wtedy Olga odu­rzyła ją w ten spo­sób. Może naśla­dowca zro­bił to samo?

Miała wielką nadzieję, że poli­cjanci wezmą pod uwagę tę poszlakę. Od cze­goś trzeba było zacząć, a wciąż odno­siła wra­że­nie, że mun­du­rowi błą­dzą jak dzieci we mgle. Byli tu już od kilku godzin, a nikt ani nie zna­lazł nic istot­nego, ani nie wpadł na żaden poten­cjalny trop.

- Naśla­dowca? Prze­stań teraz wymy­ślać, kobieto... - komen­dant skrzy­wił się, rzu­ca­jąc nie­wy­bredny komen­tarz.

- Bez takich komen­ta­rzy, dobra? Miło byłoby, gdyby ktoś wresz­cie rzu­cił zwy­kłe "dzięki" za to, że jako jedyna chcę pomóc! - skle­powa aż się zago­to­wała. Nikt tak nie wypro­wa­dzał jej z rów­no­wagi jak mun­du­rowy poznany na dzi­siej­szej akcji. Może cza­sem jesz­cze Janusz potra­fił ją ziry­to­wać, nato­miast to komen­dant powi­nien dostać medal za bycie wku­rza­ją­cym kre­ty­nem. Mie­cia w myślach sta­wiała go na podium, a oczami wyobraźni widziała, jak podest razem z masyw­nym cia­łem poli­cjanta zapada się pod zie­mię pod jego cię­ża­rem.

- A ty, Miećka, co, kry­mi­nalne zagadki z jajami?! - zare­cho­tał z daleka Kulas, lokalny ama­tor picia pod chmurką. Był szczu­płym i wyso­kim męż­czy­zną, któ­remu w jamie ust­nej pozo­stał jeden ząb do otwie­ra­nia bute­lek z piwem. Po Trze­bieży poru­szał się na sta­rym wysłu­żo­nym rowe­rze, który skrzy­piał przy każ­dym prze­je­cha­nym metrze. Musiała przy­znać, że ten facet rów­nież dzia­łał jej na nerwy. Jego ręce, choć porząd­nie wybru­dzone, nie pamię­tały, co to zna­czy ska­lać się pracą. Jedy­nym jego obo­wiąz­kiem było wle­wa­nie w sie­bie napo­jów wysko­ko­wych, które sma­ko­wały naj­le­piej, gdy były sta­wiane przez innych kole­gów sprzed sklepu. Sam nie sta­wiał pra­wie ni­gdy, zawsze liczył na towa­rzy­szy. Uwiel­biał też palić papie­rosy, naj­le­piej sma­ko­wały mu cudzesy wyże­brane od innych współ­uza­leż­nio­nych. Nie lubiła ludzi wiecz­nie żeru­ją­cych na innych. Są jak klesz­cze będące nosi­cie­lami bore­liozy, które - nie­wy­cią­gnięte w porę - wysy­sają krew, zatru­wa­jąc ją swo­imi tok­sy­nami.

- Z jajami to ty masz pro­blem, skoro Reńka cię kan­tem puściła, moczy­mordo ty! I jesz­cze słowo, a ostatni raz Trzy Wisienki pod skle­pem wypi­jesz! Już moja w tym głowa! Gwa­ran­tuję ci, pijaku jeden!

- A ten pija­czyna co tu robi, do jasnej cho­lery?! - huk­nął komen­dant, widząc nad­jeż­dża­ją­cego męż­czy­znę. - Jak tu pra­co­wać, kurna! Może zwo­ła­cie mi tu jesz­cze resztę wsi, kre­tyni?! Na pewno będzie się nam lepiej pro­wa­dzić śledz­two! Banda idio­tów, psia­mać! Jak ten chle­jus stąd nie znik­nie, zapo­mnij­cie o dodat­kach. Wszy­scy, bez wyjątku!

Dyrała odwró­cił się na pię­cie, zni­ka­jąc w domu Rębi­cha.

- Już to zała­twiam, sze­fie! - krzyk­nął Wagner w stronę masyw­nych ple­ców prze­ło­żo­nego, które na dobre scho­wały się w chatce. Szybko popra­wił za duży mun­dur, strzep­nął z niego nie­wi­doczne gołym okiem paproszki i dobiegł do pod­chmie­lo­nego rowe­rzy­sty. Z obrzy­dze­niem patrzył, jak ten z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wagę na roz­kle­ko­ta­nym jed­no­śla­dzie. - Kulas! Wypie­przaj mi stąd w pod­sko­kach, ale już! Tu trwa docho­dze­nie! Nie możesz tu się teraz pałę­tać!

- Jak was do tej psiarni bioro, kurna jego raz, to ja nie wim! W pod­sko­kach... Śle­pyś, kurwa, czy co? Przeca ja na rowe­rze jadę, kurza melo­dia... Pomy­lić rower z nogami to tylko głupi umi... - pró­bo­wał postu­kać się w głowę, ale sko­or­dy­no­wa­nie ruchów po alko­holu było nie­zwy­kle trudne. Rowe­rzy­sta zachwiał się nie­bez­piecz­nie, rower dono­śnie skrzyp­nął, a cykli­sta runął wprost w krzak buksz­panu. Krzyki i bluź­nier­stwa nio­sły się po oko­licy, zagłu­sza­jąc świersz­cze i żabi kon­cert.

- No to selek­cja natu­ralna chyba zadzia­łała... - skwi­to­wała Mie­cia i uśmiech­nęła się do Antka, który z nie­do­wie­rza­niem przy­pa­try­wał się całej sytu­acji. - Niech poleży, może wytrzeź­wieje... A! Ten eter sprawdź! To może być istotne. Ja odwa­lać za was roboty nie będę! Janusz, wra­camy do domu!

Odwró­ciła się na pię­cie, zosta­wia­jąc Wagnera z przy­głu­pim wyra­zem twa­rzy.

Rozdział drugi

Dom Mie­czy­sławy i Janu­sza, późny wie­czór

Sie­działa, obej­mu­jąc ulu­biony czer­wony kubek z gorą­cym napa­rem. Nie lubiła popi­jać zió­łek, ale stwier­dziła, że melisa będzie lep­szym i znacz­nie zdrow­szym dla wątroby roz­wią­za­niem niż domowy bim­ber. Wła­ści­wie to zapasy tego dru­giego stop­niały mocno po ostat­nim spo­tka­niu z Anią.

Anna... Wciąż wra­cała do niej w myślach niczym bume­rang. Miała ogromną nadzieję, że przy­ja­ciółka znaj­dzie się jak naj­szyb­ciej, cała i zdrowa. Nie chciała dopusz­czać do sie­bie innej myśli. Tak bar­dzo jej bra­ko­wało tej uśmiech­nię­tej i wraż­li­wej na wul­ga­ry­zmy dziew­czyny! Upiła spory łyk, parząc sobie usta i język, pod­czas gdy Patrick Swayze wyśpie­wy­wał z przy­ci­szo­nego radio­od­bior­nika swoje She's Like the Wind. Lubiła ten utwór, nieco melan­cho­lijny i do głębi poru­sza­jący.

- Aj, Miećka, jakaś ty łap­czywa... - syk­nęła do sie­bie, odsta­wia­jąc kubek na blat stołu. Janusz lubił żar­to­wać, że to nie kubek, a wia­dro. Z tym stwier­dze­niem abso­lut­nie się nie zga­dzała. Jego pojem­ność i wiel­kość były ide­alne. Wystar­czyło zro­bić jeden napój, by raczyć się nim przez dłuż­szy czas, bez bie­ga­nia do kuchni po wielką dolewkę.

Nie chciała sie­dzieć bez­czyn­nie, bowiem jej iry­ta­cja się­gała wtedy zenitu. Świa­do­mość tego, że ona sie­dzi sobie i duma, a Jan­kow­skiej w tym cza­sie ktoś może zro­bić krzywdę, spra­wiała, że tra­ciła dobry humor, który zazwy­czaj ni­gdy jej nie opusz­czał. Po raz kolejny pró­bo­wała zna­leźć jakiś drobny szcze­gół, który pomógłby w odna­le­zie­niu zagi­nio­nej dziew­czyny. Tak bar­dzo liczył się tu czas! Anka zagi­nęła mniej wię­cej przed połu­dniem. Zanim kto­kol­wiek zain­te­re­so­wał się sprawą, minęło dobrych kilka godzin, które stra­cili bez­pow­rot­nie. A te były nie­zwy­kle cenne. Musiała dzwo­nić na numer alar­mowy kilka razy, żeby poli­cja zain­te­re­so­wała się losem zagi­nio­nej. Zby­wano ją, odsy­łano na naj­bliż­szy poste­ru­nek i wma­wiano, że to żadne porwa­nie, a kole­żanka być może zaba­lo­wała i nie­ba­wem wróci. Na nic zdało się tłu­ma­cze­nie, próby opo­wie­dze­nia cho­ciaż kawałka histo­rii... Wszy­scy odpra­wiali ją z kwit­kiem. Gdyby chcieli jej wysłu­chać! Gdyby cho­ciaż jedna osoba pochy­liła się nad opo­wie­ścią o tym, co spo­tkało Ankę! Czy wtedy sie­działaby z nią w kuchni, popi­ja­jąc her­batę lub moc­niej­szy tru­nek, śmie­jąc się z całej tej kurio­zal­nej sytu­acji, w któ­rej znów się zna­la­zła?

Pogrą­żona we wła­snych myślach, nie zwró­ciła uwagi, że prze­stała być w pomiesz­cze­niu sama.

- I czemu ty nie śpisz, co? - Janusz wszedł bez­sze­lest­nie i sta­nął naprze­ciwko żony. Jego piżama w kratę opi­nała brzuch, który ostat­nio urósł nieco po czę­stym spo­ży­wa­niu piwa.

- Nie mogę spać. Cią­gle tylko myślę i myślę... A jeśli coś prze­oczy­li­śmy? Może gdyby ktoś wysłu­chał mnie wcze­śniej? Myślisz, że to mogłoby coś zmie­nić? Kurde, Janusz... Minęło tyle godzin! Prze­cież to istotne, każda minuta na wagę złota, a oni gówno zro­bili! Wku­rza mnie to! - czuła praw­dziwą wście­kłość połą­czoną z bez­rad­no­ścią. Emo­cje opa­no­wały całe jej ciało. Wie­działa, że złość nie polep­szy sytu­acji, tak jak sie­dze­nie z zało­żo­nymi rękami. Ale co mogła zro­bić? Nikt nie chciał jej słu­chać.

- Oj, nie gdy­baj, Miećka, nie gdy­baj... Lepiej ci będzie, jak zaczniesz się zadrę­czać? Tylko zezło­ścisz się bar­dziej i na mnie wyży­wać się będziesz... A wiesz, że tego nie lubię.

- Na kimś trzeba, mój drogi! - uśmiech­nęła się deli­kat­nie, jakby ciało i umysł celowo bro­niły się przed spon­ta­niczną chwilą rado­ści. Zapro­gra­mo­wane na smu­tek, nie chciały przez swoją zaporę prze­pu­ścić ani odro­biny szczę­ścia. Nie pozna­wała sie­bie. Każdy, kto ją znał, mógł powie­dzieć jedno: Mie­cia nie była teraz tą samą osobą. Znik­nęła spon­ta­niczna radość oraz uśmiech, ustę­pu­jąc miej­sca poiry­to­wa­niu, smut­kowi i zło­ści. Te zado­mo­wiły się, chcąc zostać w niej na dłu­żej.

Janusz poro­zu­mie­waw­czo poki­wał głową. Przy­wykł do tego, że jego żona lubiła sta­wiać na swoim i nie było takiej siły, która mogłaby to zmie­nić. Była zawzięta, acz­kol­wiek nie doty­czyło to każ­dej sytu­acji. Wiele prze­szła, cho­ciaż nie dawała tego po sobie poznać. Prawdę powie­dziaw­szy, to oboje mieli za sobą bar­dzo trudny czas. Śmierć dwóch córek, cho­roba nowo­two­rowa, alko­ho­lizm i depre­sja... Bole­sna mie­szanka, na którą nie byli gotowi. Ile czło­wiek jest w sta­nie znieść? Oni znie­śli ponad ludzką wytrzy­ma­łość. Ramię w ramię szli przez to, co pod nogi rzu­cał im los. Cza­sem dzi­wił się, że wyszli z tego bez szwanku jako rodzina. Wciąż byli razem, mimo że w pew­nym momen­cie chciał zre­zy­gno­wać. Wytrwał. Poka­zali losowi środ­kowy palec, wygry­wa­jąc swoją walkę. I choć byli po tym mocno pokie­re­szo­wani, szli do przodu z pod­nie­sioną wysoko głową.

- Nie siedź za długo, OK? Jutro będziesz jak zom­bie... - powie­dział pra­wie szep­tem. Spoj­rzała w jego ciemne oczy. Wzięła głę­boki oddech, który wpro­wa­dził w ruch jej dorodny biust. Mimo­wol­nie zer­k­nął w stronę oka­za­łego kobie­cego atry­butu. Przez myśl prze­szło mu jedno: z uwagi na obecne wyda­rze­nia nie pamię­tał, kiedy ostat­nio go doty­kał.

- Dopiję ziółka i przyjdę, obie­cuję. Janusz... Prze­pra­szam cię... - słowa z tru­dem wypły­nęły z jej ust. Rzadko prze­pra­szała. Nawet gdy wie­działa, że zro­biła coś źle, nie chciała przy­zna­wać się do błędu. Lubiła, gdy ostat­nie słowo nale­żało do niej, jed­nak nie było to słowo "prze­pra­szam". Zarzycki zawsze śmiał się, że to słowo nie wystę­puje w słow­niku Mieci.

- O wszy­scy święci! Oddaj­cie mi moją żonę! Miećka, ty i takie wiel­kie słowa? Może ty chora jesteś? Dzwo­nić po leka­rza? - mąż zaśmiał się dono­śnie.

- A spa­daj! Czło­wiek raz prze­prosi i wiel­kie mi mecyje! Jak­bym szmatę jakąś pod ręką miała, zaraz byś po tym pustym łbie dostał! - choć humor miała wyjąt­kowo kiep­ski, pozwo­liła sobie na drobny uśmiech, który na moment roz­świe­tlił jej twarz. Janusz odwza­jem­nił go i ode­tchnął po cichu z ulgą, czu­jąc, że tymi drob­nymi żar­tami udało mu się na moment roz­we­se­lić żonę. Nie chciał, by jej nastrój topił się w bez­na­dziei i sza­ro­ści z pro­stej przy­czyny: jej zły humor ude­rzał rów­nież w niego.

- Już nic nie mówię prze­cież. Prze­pro­siny przy­jęte, Mie­ciu. Tylko za co wła­ści­wie prze­pra­szasz? Bo to mnie tro­chę nur­tuje. Zwłasz­cza że rzadko to robisz, sama przy­znaj.

- Wiem... A prze­pra­szam za to, że po raz kolejny będziemy nieść brze­mię mojego wścib­stwa.

Janusz popa­trzył na nią z wyż­szo­ścią. Wresz­cie przy­znała mu rację! Jego żona po raz pierw­szy przy­znała mu tę cho­lerną rację! Miał ochotę rzu­cić się jej na szyję, ale męska duma pod­po­wia­dała mu, że musi tę radość zacho­wać dla sie­bie. Na pewno miał zamiar zapi­sać tę datę w kalen­da­rzu, by mogli dla żar­tów świę­to­wać mie­sięcz­nice i rocz­nice.

- No wiesz, Mie­ciu, mówi się trudno! Co się stało, to się nie odsta­nie. Poli­cja przy­je­chała, zro­bili swoje... Tego już nie cof­niemy! Dobrze, że w porę się opa­mię­ta­łaś i zosta­wiasz tę sprawę odpo­wied­nim służ­bom. Oni naj­le­piej będą wie­dzieć, co z tym wszyst­kim zro­bić. I wiesz? Jestem z cie­bie dumny! Moja żoneczka! Moja mądra żoneczka! - już nad­sta­wiał się do poca­łunku, gdy sta­now­czo powstrzy­mała go ręką, kła­dąc mu ją na zbli­ża­ją­cej się twa­rzy.

- Co ty mi tu pie­przysz? Zabie­raj tę pasz­czę... Nie powie­dzia­łam, że zosta­wiam to odpo­wied­nim służ­bom! Mia­łam na myśli to, że zamie­rzam odna­leźć Ankę, skoro poli­cjan­tom nie jest to na rękę! - z dumą oznaj­miła swoje plany, odsta­wia­jąc gło­śno kubek. Twarz męża poczer­wie­niała tak bar­dzo, jakby zaraz miał się zago­to­wać. Wyglą­dał jak postać z kre­skówki, któ­rej lada moment para pój­dzie uszami. Wście­kłość w jed­nej sekun­dzie wyparła wcze­śniej­szą dumę i radość.

- Trzy­maj­cie mnie, bo osza­leję z tą durną babą! - wrza­snął na odchodne, zosta­wia­jąc żonę samą.

- Ja cie­bie też kocham, Janusz... Ja cie­bie też... - uśmiech­nęła się pod nosem, dopi­ja­jąc zapa­rzoną melisę.

Rozdział trzeci

Gdzieś w trze­bie­żań­skiej głu­szy, tuż przed pół­nocą

Rozej­rzała się po ciem­nym pomiesz­cze­niu. Lampka naf­towa dawała nikłe, przy­dy­mione, acz cie­płe świa­tło pada­jące na nie­wielki kawa­łek ściany i uwal­niała zapach, który draż­nił noz­drza. Oprócz ciem­no­ści ota­czała ją prze­raź­liwa cisza, którą gdzieś za ścianą prze­ciął prze­raź­liwy odgłos ptaka. Przy­po­mi­nało to krzyk. Przej­mu­jący pisk brzmiący jak zawo­dzące nawo­ły­wa­nie "pójdź" o lekko opada­jącej tona­cji znała z wie­czor­nych posie­dzeń na ławeczce ze Sta­ni­sła­wem Rębi­chem.

To była pójdźka. Według wielu, zapo­wiedź rychłej śmierci. Prze­łknęła gło­śno ślinę, sta­ra­jąc się nie myśleć o tym, czy zwy­kły nocny ptak wła­śnie dawał jej do zro­zu­mie­nia, że nie­ba­wem jej żywot dobie­gnie końca.

- Halo?! Czy ktoś mnie sły­szy?! - z jej gar­dła wydo­był się skrze­czący głos, który odbił się echem od suro­wych drew­nia­nych belek przy­pró­szo­nych gdzie­nie­gdzie zie­lo­nym mchem. Czuła chłód i cha­rak­te­ry­styczny aro­mat wil­goci. Dreszcz prze­szył jej drobne ciało. Gdzie ja jestem...? - pomy­ślała, a oczy zaszły jej łzami.

Pró­bo­wała się poru­szyć, lecz każda próba spa­liła na panewce. Zwią­zane ręce spo­czy­wały na skrę­po­wa­nych nogach. Choćby wykrze­sała z sie­bie wszyst­kie siły, jakie tylko miała, nie była w sta­nie się uwol­nić. Sznury bole­śnie wpi­jały się w skórę. Przez jej umysł prze­bie­gły migawki nie­daw­nych wyda­rzeń z domu Jasz­czaka. Ner­wowo prze­łknęła ślinę. Wszyst­kie wspo­mnie­nia wró­ciły ze zdwo­joną siłą. Tam też ją zwią­zano i chciano ode­brać życie. Czy tu cze­kało ją to samo? Kolejny raz? Wyda­wało jej się, że praw­do­po­do­bień­stwo zosta­nia tra­fio­nym pio­ru­nem jest o wiele więk­sze niż bycie dwu­krot­nie porwaną, i to w tak krót­kim odstę­pie czasu.

Wzdry­gnęła się na samą myśl. Mimo­wol­nie wzrok powę­dro­wał do pra­wej dłoni. Z tru­dem patrzyła na puste miej­sce po ser­decz­nym palcu. Wszyst­kie migawki bólu i okro­pieństw powró­ciły rów­nie mocno jak przed momen­tem, a łzy jedna po dru­giej spły­wały po brud­nych policz­kach. Pochy­liła się do przodu na tyle, na ile pozwa­lały jej sznury, i gorzko zapła­kała.

- Nie becz! Nie zno­szę, gdy baby wyją... Słaba płeć... - ktoś wszedł do pomiesz­cze­nia. Głos znie­kształ­cał modu­la­tor wmon­to­wany w maskę.

- Więc mnie wypuść! - zaję­czała żało­śnie, pocią­ga­jąc nosem. Nie zwa­żała nawet na to, że nazwał ją słabą. Była sil­niej­sza niż nie­je­den męż­czy­zna! Żyła po tym wszyst­kim, co zgo­to­wała jej Olga Miel­carz. Teraz była tutaj i chciała wal­czyć, by móc się wydo­stać. Nie była słaba... Mylił się. Jestem silna... - powta­rzała jak man­trę, by dodać sobie otu­chy i powstrzy­mać lecące łzy.

Tajem­ni­czy czło­wiek w masce z zakrwa­wioną czaszką sta­nął naprze­ciwko niej. Unio­sła zapła­kaną twarz i przyj­rzała się sto­ją­cemu męż­czyź­nie. Miał musku­larną syl­wetkę. Rękawy czar­nej koszulki pod­wi­nięte do łokci odsła­niały wyta­tu­owane przed­ra­miona. Masywne dło­nie zakry­wały czarne nitry­lowe ręka­wiczki. Wyspor­to­wane ciało ryso­wało się pod war­stwą czar­nych ubrań. Wie­działa, że jej sytu­acja jest nie do pozaz­drosz­cze­nia. Miała do czy­nie­nia z sil­nym męż­czy­zną. Bicepsy i maska były widoczne nawet w tak kiep­skim i przy­ćmio­nym świe­tle, jakie rzu­cała mizerna lampka na naftę. Powoli ruszył za jej plecy. Zlał ją pot. Oddy­chała ciężko i tak szybko, jakby wła­śnie prze­bie­gła mara­ton. Pochy­lił się ku niej, a maska sma­gnęła odsło­nięte ucho. Zadrżała i zdu­siła krzyk. Nie­przy­jemne mro­wie­nie czuła od samej szyi aż po uda.

- Ni­gdy w życiu. Zabawa dopiero się zaczyna... - zaśmiał się zło­wrogo, roz­pi­na­jąc deli­kat­nie guzik w jej porwa­nej i pobru­dzo­nej koszuli.

Rozdział czwarty

Sklep spo­żyw­czo-prze­my­słowy, ranek

W skle­pie pano­wała błoga cisza i spo­kój. Raban, jaki był tu kil­ka­na­ście minut wcze­śniej, ucichł. Pierwsi stali klienci, obwie­szeni siat­kami wypeł­nio­nymi pach­ną­cym, świe­żym pie­czy­wem, dorod­nymi pomi­do­rami mali­no­wymi i soczy­stą wędliną, którą będą pała­szo­wać na śnia­da­nie, zdą­żyli opu­ścić budy­nek. Janusz mógł spo­koj­nie pogrą­żyć się w myślach, które galo­po­wały w jego gło­wie niczym tysiące koni na roz­grza­nej od pie­ką­cego słońca pre­rii. I cho­ciaż wyglą­dał na oazę spo­koju, w środku cały buzo­wał. Żona potra­fiła sku­tecz­nie wypro­wa­dzić go z rów­no­wagi. Gdyby orga­ni­zo­wano kon­kurs na dener­wo­wa­nie mężów, Mie­czy­sława wygra­łaby go w przed­bie­gach. Była w tym świetna. Wczo­raj i dziś znów mógł się o tym prze­ko­nać.

Drzwi zaskrzy­piały i otwo­rzyły się z gło­śnym zgrzyt­nię­ciem. Cho­lera, znowu zapo­mnia­łem je naoli­wić... - pomy­ślał, pod­no­sząc się z krze­sła.

- Dzień dobry, Janu­szu! Ty dzi­siaj na ran­nej straży? Co to za zmiany? - Zdzi­sław Wali­góra, wcho­dząc do sklepu, musiał pochy­lić głowę. Był uśmiech­nię­tym, bar­dzo wyso­kim i szczu­płym męż­czy­zną zbli­ża­ją­cym się do sześć­dzie­siątki. Mimo upływu lat jego włosy wciąż miały kolor blond, a oczy były nie­bie­skie. Pod­szedł do lady i uści­snął wycią­gniętą dłoń sprze­dawcy. Uścisk ten był silny, praw­dzi­wie męski. Jakby męż­czyźni pró­bo­wali nim wywal­czyć swoje tery­to­ria.

- Ano widzisz... Moja sobie upie­przyła w gło­wie, że będzie bawić się w kry­mi­nalne zagadki Trze­bieży - zakpił, wykrzy­wia­jąc cien­kie usta w czymś, co miało przy­po­mi­nać uśmiech, a było jedy­nie jego marną imi­ta­cją. Złość i poiry­to­wa­nie wciąż w nim sie­działy, wypeł­nia­jąc każdą komórkę ciała.

- Że co? - zaśmiał się szcze­rze blon­dyn, patrząc wycze­ku­jąco na sprze­dawcę. Wie­dział, że skle­powa miała różne dziwne pomy­sły, ale ten wyjąt­kowo go roz­ba­wił i zacie­ka­wił do tego stop­nia, że zakup pod­sta­wo­wych arty­ku­łów spo­żyw­czych zosta­wił na póź­niej.

- A to, co sły­sza­łeś. Pew­nie pamię­tasz tę czar­nulkę, co to ją chcieli zaciu­kać w domu Jasz­czaka. Ta, co jej Sta­siek dom oddał, żeby doszła do sie­bie... Anka Jan­kow­ska, koja­rzysz, nie?

- Pew­nie, że koja­rzę! Ta mądrala bie­gała czę­sto ulicą Wiśniową i zwra­cała mi uwagę, że Kajtka za krótko na łań­cu­chu trzy­mam. Raz to nawet coś o poli­cji wspo­mi­nała! Nie wiem, po jaką cho­lerę te miesz­czu­chy wsa­dzają nos w nie swoje sprawy. Kaj­tuś całe życie tak stał i nikomu to nie prze­szka­dzało, tylko nagle paniusi coś nie w smak było! Psia jego mać...

Pies Wali­góry był oty­łym, wyso­kim kun­dlem się­ga­ją­cym czło­wie­kowi do pasa. Brak ruchu i cią­głe wyrzu­ca­nie resz­tek z obiadu spra­wiły, że pies z tru­dem stał na czte­rech łapach. Przy­po­mi­nał baryłkę na wyso­kich nogach. Za to uja­dał jak żaden inny pies we wsi. Sły­chać go było w naj­dal­szych zaka­mar­kach Trze­bieży. Potra­fił szcze­kać całą noc, co zupeł­nie nie prze­szka­dzało Zdzi­sła­wowi. Od lat spał ze sto­pe­rami, któ­rych nie zmie­niał zbyt czę­sto.

Janusz poki­wał głową i podra­pał się po zaro­ście, który ostat­nio dziel­nie zapusz­czał dla tajem­ni­czej klientki poja­wia­ją­cej się czę­sto w skle­pie żony. Zadzi­wiała go. Piękna bru­netka powie­działa mu, że broda zła­go­dzi­łaby jego ostre rysy twa­rzy. Te słowa połech­tały jego ego tak bar­dzo, że od tam­tego momentu poże­gnał się z maszynką i z namasz­cze­niem sma­ro­wał spe­cjal­nymi olej­kami jesz­cze marną brodę. Nawet każ­dego dnia ukła­dał swoje nie­sforne brą­zowe włosy, żeby tylko usły­szeć kolejny mile łech­ta­jący go kom­ple­ment pada­jący z jej ust, ide­al­nie pod­kre­ślo­nych czer­woną szminką. Wyglą­dała jak bogini. Krę­ciła go... Była prze­ci­wień­stwem żony, więc to dodat­kowo na niego dzia­łało.

- Ta mądrala, jak ją traf­nie nazwa­łeś, znik­nęła. Ktoś ją upro­wa­dził, bo nie ma po niej ani śladu, za to w domu został jakiś dziwny list. Wykle­janka, że nie oszuka prze­zna­cze­nia, czy jakoś tak. I ta moja durna baba sobie wymy­śliła, że na wła­sną rękę odnaj­dzie tę całą Jan­kow­ską. Już w dupie jej się prze­wraca, daję słowo, Zdzi­chu... Dość mam tej mojej kobity i tych jej wspa­nia­łych pomy­słów, bo na dupie jak każda inna nie usią­dzie, tylko ją swę­dzi, i nos w nie swoje sprawy wsa­dza. Już raz pró­bo­wała pomóc... Wszy­scy wiemy, jak to się skoń­czyło! - trza­snął pię­ścią w ladę, uru­cha­mia­jąc szu­fladkę w kasie fiskal­nej, która otwo­rzyła się z łosko­tem, uka­zu­jąc w peł­nej kra­sie poranny utarg. Ten był dziś cał­kiem nie­zły, bo oprócz sta­łej klien­teli na zakupy zatrzy­mało się sporo prze­jezd­nych spie­szą­cych się do pracy.

- Mie­cia to silna babka, obaj o tym wiemy. Jak coś zapla­nuje, to nie ma zmi­łuj... - odparł Wali­góra, pochy­la­jąc się nad chłod­nią ze sma­ko­wi­cie wyglą­da­ją­cymi wędli­nami. Były tak soczy­ste, że naj­chęt­niej kupiłby wszyst­kie. - Trzy­dzie­ści deko tej kra­kow­skiej byś mi ciach­nął. A, i pyta­nie mam... Coś wege będziesz miał? Bo goście do mnie przy­jeż­dżają i ktoś ponoć mię­cha nie jada, tylko jakieś roślinne rze­czy imi­tu­jące mięso.

Janusz par­sk­nął i ruszył ku lodówce, wycią­ga­jąc napo­częty kawał wędliny. Uru­cho­mił maszynę do kro­je­nia, a jej dźwięk wypeł­nił pomiesz­cze­nie. Jed­no­stajny rytm nie dzia­łał na niego kojąco.

- Wege? Tutaj? Żebym wszystko na śmiet­nik póź­niej wyrzu­cał? Nie ma i nie będzie... A co do Miećki, silna jest i głu­pia jak but z mojej lewej nogi! Mało to pro­ble­mów czło­wiek ma? Musi pchać się jesz­cze tam? A jak jej się coś sta­nie? Nie myśli, durne bab­sko! Za grosz rozumu, kurna mać - złość aż z niego kipiała. Ner­wowo wstu­ki­wał kod na kra­kow­ską, a kasa fiskalna wyplu­wała z sie­bie kawa­łek wydru­ko­wa­nego para­gonu. - Podać coś jesz­cze?

- Setuchnę czy­stej i pięć kaj­ze­rek. A! I pętko tam­tej kieł­basy! Jak ona się nazy­wała... - wska­zał pal­cem na swoj­skie wyroby.

- Brocka.

- To daj mi jej w tę i z powro­tem. I pamię­taj, ty się, Janusz, tak nie ner­wi­cuj, bo zaraz ci para uszami pój­dzie. Ciśnie­nie ci sko­czy i po erkę trza będzie dzwo­nić. Może i głu­pio, że pcha się tam, gdzie nie trzeba, ale... Postaw się przez moment na jej miej­scu i posta­raj się ją zro­zu­mieć. Pomyśl o tym, co może być dla niej ważne. Nie szu­kał­byś przy­ja­ciela?

Zarzycki się­gnął po kieł­basę i na moment się zamy­ślił. Czy szu­kałby przy­ja­ciela? Nie miał poję­cia...

- Tak się składa, że nie mam przy­ja­ciela - odparł z mocną nutą żalu w gło­sie, paku­jąc spra­wunki do folio­wej torby. Nie myślał o tym w takich kate­go­riach. Był zły na Mie­cię i nawet przez myśl mu nie prze­szło, że coś może być dla niej waż­niej­sze od rodziny.

- Więc tym bar­dziej daj jej odna­leźć przy­ja­ciółkę. Bo tylko ona wie, jakie to dla niej istotne. My jeste­śmy w tym za malutcy... Bo nie wiemy, czym jest przy­jaźń. Nie jesteś nią, żeby czuć teraz jej prio­ry­tety. Zer­k­nij no, Janusz, ile tam wyszło? Ja to wiesz, że z licze­niem na bakier.

- Trzy­dzie­ści pięć zło­tych.

Klient się­gnął do sfa­ty­go­wa­nej port­mo­netki. Grze­bał w niej dłuż­szą chwilę, wyłu­sku­jąc ze środka drob­niaki i pognie­ciony bank­not. Wrzu­cił należ­ność na bilow­nicę. Sprze­dawca spraw­nym ruchem zgar­nął pie­nią­dze, pie­czo­ło­wi­cie pro­stu­jąc pomięte dwa­dzie­ścia zło­tych i ukła­da­jąc je w odpo­wied­niej prze­gródce kasy fiskal­nej. Wali­góra uśmiech­nął się pod nosem, ode­brał para­gon i zabie­ra­jąc z lady zakupy, raz jesz­cze spoj­rzał na Zarzyc­kiego.

- Wspie­raj ją. Takich kobiet na świe­cie to ze świecą szu­kać.

- Jak tak dalej pój­dzie, to z grom­nicą... - rzu­cił za wycho­dzą­cym Zdzi­sła­wem, który pochy­lał głowę w drzwiach.

- Janusz, ty tam już nie mądra­luj! Zabrak­nie jej, to zoba­czysz, jak będziesz lamen­to­wał! - odkrzyk­nął i ruszył na zewnątrz, robiąc miej­sce kolej­nemu klien­towi.

Tajem­ni­cza klientka weszła do środka, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha. Drzwi do sklepu pozo­stały otwarte na oścież. Na widok kobiety Janusz wypiął dum­nie pierś, niczym kogu­cik pil­nu­jący snu­ją­cych się w obej­ściu kurek. Dobrze, że żona go teraz nie widziała... Dostałby burę jak ni­gdy wcze­śniej!

- Dzień dobry! Wresz­cie dowie­dzia­łam się, z kim mam tę nie­by­wałą przy­jem­ność uci­nać poga­wędki! - uśmiech­nęła się sze­roko, trze­po­cząc dłu­gimi i gęstymi rzę­sami. Krwi­sta czer­wień szminki pod­biła biel jej rów­nych zębów. Do twa­rzy było jej w tym odcie­niu pomadki. Mało któ­rej kobie­cie paso­wała taka krwi­sta czer­wień.

- A pani wciąż skrywa się za maską nie­zna­jo­mej! I biję się każ­dego dnia z myślami, zada­jąc sobie pyta­nie, jak ma na imię ta piękna kobieta!

- Fak­tycz­nie! - zaśmiała się, przy­ty­ka­jąc smu­kłą dłoń do nie­wiel­kiego biu­stu okry­tego gra­na­tową koszulą zapiętą pod samą szyję. - Gabriela, bar­dzo mi miło!

Wycią­gnęła rękę, która przed chwilą spo­czy­wała na klatce pier­sio­wej. Janusz ocho­czo wytarł swoją dłoń w spodnie, by odwza­jem­nić uścisk. Gabriela... Radość go roz­pie­rała! Wresz­cie kobieta ze sklepu prze­stała być tajem­ni­czą nie­zna­jomą. Zyskała imię, które ide­al­nie do niej paso­wało. Miał ochotę je wykrzy­czeć. Był tak zaafe­ro­wany, że nie zauwa­żył, iż w skle­pie poja­wił się ktoś jesz­cze.

- Zatem co podać, Gabry­siu? - jego głos był aż nazbyt miły, świer­go­lił niczym sło­wik.

- Wyślij chłopa na moment do sklepu, a już maślane oczy do pierw­szej lep­szej będzie robił! Janusz! Na zaple­cze, ale już! - wark­nęła nie­zbyt uprzej­mie Mie­czy­sława, szybko zaj­mu­jąc miej­sce za ladą.

- Co ty wyga­du­jesz! Obsłu­guję prze­cież, nie widzisz? - pró­bo­wał posta­wić się żonie, lecz gdy ta na niego spoj­rzała, od razu poczuł się mały jak robak. Sku­lił się, bo zaczy­nał odczu­wać nie­zręcz­ność tego spo­tka­nia.

- Dokoń­czę. Idź poli­czyć towar, trzeba zaopa­trze­nie zro­bić! A nie flir­to­wać - wzrok powę­dro­wał na kobietę w gra­na­to­wej koszuli. Była piękna, Mie­cia musiała to przy­znać. Ide­alna figura pod­kre­ślona ołów­kową spód­nicą, szpilki na nie­bo­tycz­nie wyso­kim obca­sie wysmu­klały opa­lone, gła­dziut­kie łydki. Twarz w kształ­cie serca nosiła per­fek­cyjny maki­jaż, jakby kobieta przed momen­tem wyszła od uta­len­to­wa­nej maki­jażystki. Brą­zowe, grube loki spięła z jed­nej strony wsuwką, reszta zaś opa­dała kaskadą na ramiona i plecy. Pie­przona bogini - sap­nęła w myślach.

- To może ja już pójdę? - kobieta wyraź­nie zmie­szana zro­biła krok w tył. Nawet na moment nie stra­ciła na ele­gan­cji.

- A co, już zaku­pów nie potrze­buje? Czy przy­szła tylko wyry­wać cudzych mężów? - Mie­cia wypięła dorodny biust, który matka zapi­sała jej w genach. Nie raz śmiała się, że gdy Bóg roz­da­wał różne dary i umie­jęt­no­ści, ona utknęła w kolejce po cycki. Począt­kowo ten żart bawił Janu­sza, teraz tylko pry­chał poiry­to­wany, sły­sząc go tysięczny raz w swoim życiu.

- Potrze­buję. Oczy­wi­ście, że potrze­buję. Ale nie odpo­wiada mi obsługa. Jest pani nie­miła i nie­uprzejma. Odstra­sza pani poten­cjal­nych klien­tów.

- Za to pani przy­mila się aż za bar­dzo. Podać coś czy się żegnamy? Szybka decy­zja - była sta­now­cza i nie­ugięta. Jej miła zazwy­czaj twarz była mocno ścią­gnięta, a sze­roki uśmiech ustą­pił nie­przy­jem­nemu gry­ma­sowi. Była wście­kła. Gdy ona potrze­bo­wała wspar­cia w związku z upro­wa­dze­niem Anny, Janusz bawił się w naj­lep­sze w trze­bie­żań­skiego ado­nisa. Już wie­działa, dla­czego mąż tak chęt­nie chciał ją dziś zastą­pić. Bez żad­nego "ale" wziął jej zmianę, mimo że zazwy­czaj krę­cił na to nosem. Teraz wszystko było jasne jak słońce. Cze­kał na tę lafi­ryndę o figu­rze tak ide­al­nej, że mogła jedy­nie o takiej poma­rzyć. Odży­wia­jąc się liściem sałaty i powie­trzem, nie wyglą­da­łaby nawet w poło­wie tak dobrze jak ta kobieta. Tym bar­dziej zain­te­re­so­wa­nie męża bolało... Gdy stały tak naprze­ciwko sie­bie, widziała w sobie jedy­nie man­ka­menty, na które wcze­śniej nie zwró­ci­łaby uwagi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki