Zdarzyło się dwa razy - Franck Thilliez

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9

Leżący w zachod­nim skrzy­dle, nie­wi­doczny z pomiesz­czeń oddziału ratun­ko­wego miesz­czą­cego się po prze­ciw­nej stro­nie, insty­tut medy­cyny sądo­wej zaj­mo­wał pomiesz­cze­nia daw­nej kost­nicy, powsta­łej w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dzie­wią­tym roku wraz ze szpi­ta­lem. Oddział tana­to­lo­gii zaj­mo­wał się sek­cjami zwłok, bada­niami żywych pacjen­tów - zwłasz­cza ofiar prze­mocy fizycz­nej i wypad­ków - oraz odbie­ra­niem zwłok ze wszyst­kich miejsc pod­le­ga­ją­cych miej­sco­wej żan­dar­me­rii. Jeśli śmierć była wyni­kiem prze­stęp­stwa bądź budziła podej­rze­nia wyma­ga­jące otwar­cia postę­po­wa­nia sądo­wego, dwaj pra­cu­jący w nim leka­rze for­mu­ło­wali też zastrze­że­nia medyczno-prawne na kar­tach zgonu.

Pau­lowi towa­rzy­szył David Esqu­imet, chło­pak Louise. Trzy­dzie­sto­pię­cio­letni kie­row­nik kost­nicy wraz z innym pra­cow­ni­kiem przy­wieźli ciało leżące na brzegu. Esqu­imet pro­wa­dził jeden z dwóch zakła­dów pogrze­bo­wych w Sagas i regu­lar­nie współ­pra­co­wał z żan­dar­me­rią. Jego ojciec osiem­na­ście lat wcze­śniej zor­ga­ni­zo­wał pochó­wek żony Paula, zmar­łej na stward­nie­nie roz­siane. David pchnął meta­lowe drzwi.

- To paskudne, co przy­tra­fiło się tej kobie­cie. Czło­wiek zawsze myśli, że takie rze­czy dzieją się gdzie indziej. Zwy­rod­nialcy są wszę­dzie.

Paul szedł przed sie­bie w mil­cze­niu. Od popo­łu­dnia nie wypo­wie­dział ani słowa, ogra­ni­czył się do uru­cho­mie­nia pro­ce­dur. Roz­my­ślał o obec­no­ści Gabriela Moscato na miej­scu zbrodni i jego dziw­nym zacho­wa­niu. Był zbity z tropu, gdy ujrzał go łysego, z pobruż­dżoną twa­rzą, w tak cięż­kim sta­nie - w dniu, w któ­rym z nieba spadł grad mar­twych pta­ków, a Sagas stało się świad­kiem hanieb­nej zbrodni.

Wzdłuż wybe­to­no­wa­nego kory­ta­rza cią­gnęły się rury, prze­wody i kanały tech­no­lo­giczne. Blask okra­to­wa­nych żaró­wek prze­bi­jał mrok i wydo­by­wał zeń stare szafki szpi­talne na kół­kach oraz wózki inwa­lidz­kie, któ­rych nie wyrzu­cono na złom. Brak per­so­nelu, niski budżet. Z tru­dem leczono żywych, nic dziw­nego, że zmar­łymi nikt się nie przej­mo­wał.

Weszli do pro­sek­to­rium. Zimno jak w psiarni. Paul zasu­nął zamek kurtki. Jedyny nowy ele­ment wystroju sta­no­wiły płytki z two­rzywa sztucz­nego na pod­ło­dze. Lampa bez­cie­niowa pamię­tała lata osiem­dzie­siąte, reszta wypo­sa­że­nia była jesz­cze star­sza: pożół­kłe kafelki, popę­kany zlew, sta­ro­świec­kie igłowe wagi pro­sek­to­ryjne. Mimo ciem­nego otworu w sufi­cie, peł­nią­cego funk­cję wen­ty­la­cji, w powie­trzu i tak wisiał ciężki trupi odór.

Na miej­scu była już Louise: foto­gra­fo­wała zwłoki i czu­wała nad tym, by próbki zostały pra­wi­dłowo pobrane. Spoj­rzała prze­lot­nie na ojca, a następ­nie na męż­czy­znę, z któ­rym spo­ty­kała się od trzech mie­sięcy. Lekarz medy­cyny sądo­wej Alfred Andrieux oglą­dał w świe­tle lampy zdję­cia rent­ge­now­skie. Miał sie­dem­dzie­siąt lat, zda­wał się zro­śnięty ze szpi­ta­lem i wciąż odma­wiał przej­ścia na eme­ry­turę. Swoją drogą, nikt go nie wyrzu­cał. Kto zgo­dziłby się zająć jego miej­sce w tej dziu­rze? Jak czę­sto mawiał: "Pew­nego dnia prze­pro­wa­dzę sek­cję sam na sobie".

David Esqu­imet pod­szedł do blatu, by przy­go­to­wać sprzęt. Z powodu braku per­so­nelu regu­lar­nie asy­sto­wał leka­rzowi, a sam Andrieux, prawdę mówiąc, coraz mniej zwra­cał uwagę na regu­la­min. W małych mia­stach każdy orze, jak może i naj­czę­ściej odcho­dzi się od zbyt ogra­ni­cza­ją­cych pro­to­ko­łów.

Paul pró­bo­wał przy­cią­gnąć wzrok córki. Chciał się dowie­dzieć, czy roz­po­znała Julie Moscato. Louise wzru­szyła ramio­nami. Pod­szedł do nagiego ciała, leżą­cego pła­sko na sta­lo­wym bla­cie z rękami wzdłuż tuło­wia i roz­sze­rzo­nymi nogami. Andrieux ogo­lił kobie­cie czaszkę, czy­niąc ją w ten spo­sób jesz­cze bar­dziej ano­ni­mową. Usi­ło­wał zmyć krew z pokie­re­szo­wa­nej twa­rzy. Żan­darm przyj­rzał się uszom pozba­wio­nym biżu­te­rii, spoj­rzał na sze­roko otwarte, wytrzesz­czone, zamglone nie­bie­skie oko, po czym jego wzrok prze­su­nął się w stronę brzu­cha, w któ­rym znaj­do­wały się dwa otwory o śred­nicy euro­cen­tówki.

- Kiedy w naszej oko­licy mie­li­śmy po raz ostatni do czy­nie­nia z praw­dzi­wym mor­der­stwem? - zapy­tał Andrieux. - No wiesz, ta histo­ria z gościem, który przy­ła­pał w swoim łóżku żonę ze szwa­grem i zma­sa­kro­wał ich odłam­kiem szkła z butelki pastisu... Kiedy to było?

- Ze dwa lata temu. Może trzy - odparł Paul.

Andrieux ski­nął głową.

- Tak, no wła­śnie. Czas tak szybko leci. Dobrze, wróćmy do naszej sprawy... Razem z twoją córką pobra­li­śmy dwa­dzie­ścia cztery zeskro­biny z miejsc moż­li­wego kon­taktu ze sprawcą, czyli z wewnętrz­nej i zewnętrz­nej powierzchni obu rąk, spod paznokci lewej ręki, bo praw­do­po­dob­nie podra­pała napast­nika, z szyi, na któ­rej widać ślady dusze­nia, z oko­lic ust, odbytu i pochwy. Do badań tok­sy­ko­lo­gicz­nych pobra­li­śmy próbki ciała szkli­stego, paznokci i kosmyk wło­sów. Zabez­pie­czy­li­śmy też mate­riał z oko­lic ran postrza­ło­wych.

- Majtki i skar­petki, które były w ustach, rów­nież zostały zabez­pie­czone - uści­śliła Louise.

- Z tym że na skar­pe­tach pra­wie nie było śliny - dodał pato­log. - A prze­cież z tka­niną w ustach powinna była się mocno śli­nić.

Paul znowu spoj­rzał na ofiarę, zauwa­żył pie­przyk na lewej piersi i drugi w pobliżu pępka. Za małe, by trak­to­wać je jako zna­czące. Przy­po­mniał sobie, że po zagi­nię­ciu Julie Moscato jej rodzice nie wspo­mi­nali, żeby miała jakieś znaki szcze­gólne. Żad­nych zna­mion, blizn czy tatu­aży. Julie nie prze­szła żad­nej ope­ra­cji, była w szpi­talu tylko raz czy dwa z powodu upadku z roweru. Popa­trzył na Louise.

- Pie­przyki. Zro­bi­łaś zdję­cia?

Ski­nęła głową. Pato­log wska­zał na dwa tatu­aże na lewym ramie­niu denatki. Przed­sta­wiały róż­no­ko­lo­rową matrioszkę oraz czarno-czer­wo­nego dia­bła z rogami kozła, kłami i roz­wi­dlo­nym języ­kiem. Stary męż­czy­zna przy­wo­łał Esqu­imeta i we dwóch odwró­cili ciało. Śro­dek ple­ców zaj­mo­wał wyta­tu­owany kow­boj o ostrych rysach, dłu­gich krę­co­nych wło­sach i w kape­lu­szu na gło­wie. W każ­dej dłoni trzy­mał broń wyce­lo­waną w obser­wa­tora. Louise sfo­to­gra­fo­wała rysu­nek. Po odwró­ce­niu zwłok z powro­tem na plecy Andrieux roz­sze­rzył szczęki kobiety i odcią­gnął opuch­niętą dolną wargę.

- Nie­które zęby oca­lałe pod­czas ude­rze­nia są luźne, zauwa­ży­łem też tak zwaną próch­nicę Lowen­thala. Widzia­łem ją już u hero­ini­stów. Ta kobieta brała nar­ko­tyki, ale moim zda­niem rzu­ciła już dość dawno, może nawet kilka lat temu.

- Dla­czego?

- Bada­nie nie wyka­zało żad­nych śla­dów po wkłu­ciu. Żyły hero­ini­stów są popa­lone, wysta­jące. Tutaj żyły są sine, ale to nie jest świeża sprawa. Jeśli rzu­ciła sto­sun­kowo nie­dawno, tok­sy­ko­log będzie w sta­nie okre­ślić czas na pod­sta­wie ana­lizy wło­sów.

Prze­su­nął się lekko, zgar­biony. Drżała mu jedna ręka. Jakie to szczę­ście, że jego pacjenci są mar­twi, pomy­ślał Paul.

- Zba­da­li­śmy i obfo­to­gra­fo­wa­li­śmy rany postrza­łowe, w sumie dwie. Rany pene­tru­jące bez per­fo­ra­cji. Strzały padły z bli­ska, więk­szość pro­chu i gazów spa­li­no­wych pochło­nęła odzież. Ślady po dusze­niu, rany na dło­niach świad­czące o tym, że ofiara się bro­niła, widoczne uszko­dze­nia narzą­dów płcio­wych pocho­dzące sprzed zgonu, zwa­żyw­szy na obfite krwa­wie­nie. Liczne zła­ma­nia kości twa­rzy widoczne na zdję­ciu rent­ge­now­skim są pośmiertne.

- Zgwał­cił ją, zabił i oszpe­cił nie do pozna­nia. Chciał, żeby nie można jej było ziden­ty­fi­ko­wać.

- Albo był wście­kły. Na pod­sta­wie róż­nych pomia­rów i braku zesztyw­nie­nia pośmiert­nego sza­cuję, że śmierć nastą­piła ostat­niej nocy mię­dzy pół­nocą a czwartą nad ranem.

- Naszym zda­niem została zabita dokład­nie w poło­wie tego czasu, o dru­giej - uści­ślił Paul. - Sądzimy, że to odgłos strza­łów prze­stra­szył szpaki, które zerwały się i zde­rzały ze sobą. Zresztą jeden z nich spadł na udo ofiary.

Pato­log ski­nął głową.

- Brzmi sen­sow­nie. Poza tym ciało nie było prze­no­szone. Blade plamy na karku, ple­cach i tyl­nej czę­ści ud odpo­wia­dają pozy­cji, w jakiej została zna­le­ziona. Okej, zapi­szę to wszystko w rapor­cie. Przejdźmy do poważ­nych spraw. - Nie miał na nosie maseczki, ale dał znak Louise, by wło­żyła swoją. - Będzie śmier­dzieć jak w lodówce, którą na kilka mie­sięcy zosta­wi­łaś wyłą­czoną z kon­taktu. Oddy­chaj przez usta, to ci pomoże.

Z pomocą Esqu­imeta przy­stą­pił do bada­nia wewnętrz­nego. Paul nacią­gnął maseczkę pod same oczy i patrzył na córkę z pew­nym nie­po­ko­jem. Widział, że się opiera, sta­wia czoło okrut­nej rze­czy­wi­sto­ści. Chciała brać udział w sek­cji, choć mogli się tym zająć Mar­tini czy Bru­net. Po co sobie fun­do­wać takie wido­wi­sko? Uwa­żał, że cała sytu­acja jest nie­sto­sowna: ojciec, córka i jej chło­pak razem oglą­da­jący śmierć w jej naj­gor­szej postaci, gdy tym­cza­sem inni poszli do restau­ra­cji albo na krę­gle. Jakież piękne spo­tka­nie rodzinne!

Pato­log naci­nał, odci­nał, ważył. Wyjął dwa poci­ski i wło­żył je do tore­bek na dowody. Następ­nie pobrał z pochwy próbki spermy, oświad­czył obo­jęt­nym gło­sem, że do sto­sunku doszło za życia ofiary i że zwa­żyw­szy na pewne obra­że­nia wewnętrzne, do pochwy bez wąt­pie­nia wpro­wa­dzono jeden lub wię­cej przed­mio­tów, w tym z całą pew­no­ścią gałąź, na co wska­zują drobne kawałki kory. Napast­nik nie zatrosz­czył się o usu­nię­cie wła­snych śla­dów bio­lo­gicz­nych. Zabra­kło mu zdro­wego roz­sądku czy po pro­stu ni­gdy nie miał do czy­nie­nia z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści? Może wie­dział, że bada­nia utkną w mar­twym punk­cie?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

Posępny hotel Fala­ise leżał w wąskim, ska­li­stym leju doliny Arve, trzy kilo­me­try na wschód od Sagas. Za liczą­cym czter­dzie­ści sześć pokoi ośrod­kiem wzno­siła się wapienna ściana o wyso­ko­ści stu dzie­się­ciu metrów, która nawet latem w trzech czwar­tych pozo­sta­wała w cie­niu, poro­śnięta wątłą roślin­no­ścią i zasło­nięta od słońca przez białe i szare szczyty Alp Sabaudz­kich. Pano­wał tam wieczny chłód, nie­siony przez prąd lodo­wa­tego powie­trza zstę­pu­jący z ośnie­żo­nych szczy­tów - szcze­gól­nie dotkli­wie dało się to odczuć w kwiet­niu dwa tysiące ósmego roku, kiedy wio­sna spóź­niała się z nadej­ściem.

Zbli­żała się dwu­dzie­sta trze­cia trzy­dzie­ści, kiedy porucz­nik Gabriel Moscato poja­wił się w zapy­zia­łej recep­cji o ścia­nach obi­tych szorstką brą­zową wykła­dziną. Kolek­cja świąt­ków usta­wiona na pół­kach nada­wała temu miej­scu wygląd nie­zbyt god­nego pole­ce­nia sta­rego zajazdu. Żan­darm znał wła­ści­ciela dwu­gwiazd­ko­wego przy­bytku: Romu­ald Tan­chon przez dwa lata z rzędu zatrud­niał tu latem jego córkę i przy­jął ją na staż.

Męż­czyźni uści­snęli sobie ręce. Gospo­darz nie widział Gabriela już od jakie­goś czasu. Potężny funk­cjo­na­riusz żan­dar­me­rii - Moscato miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu - wyglą­dał, jakby posta­rzał się o dzie­sięć lat. Od jak dawna nie spał?

- Przy­kro mi z powodu pań­skiej córki - powie­dział Romu­ald Tan­chon. - Mam głę­boką nadzieję, że ją pan odnaj­dzie.

Już od mie­siąca Gabriel Moscato cier­pli­wie wysłu­chi­wał takich słów w Sagas, trzy­na­sto­ty­sięcz­nym mia­steczku wci­śnię­tym mię­dzy góry przez jakie­goś fun­da­tora, w każ­dym zaułku, w każ­dym skle­pie, do któ­rego wszedł. Miał tego dość, ale z grzecz­no­ści zmu­sił się, by ski­nąć głową. Osta­tecz­nie jego roz­mówcy chcieli mu tylko oka­zać współ­czu­cie.

- Odwie­dzam miej­sca noc­le­gowe dla przy­jezd­nych w oko­licy Sagas. Pro­szę wła­ści­cieli o uży­cze­nie mi do wglądu listy klien­tów, któ­rzy się u nich zatrzy­mali w okre­sie zagi­nię­cia mojej córki. Jeżeli odma­wiają, co potra­fię zro­zu­mieć, zapra­szam ich na poste­ru­nek, ale wiąże się to z wie­loma pro­ce­du­rami i kom­pli­ka­cjami. Jeśli się zga­dzają, zała­twiamy sprawę po cichu na miej­scu i wszy­scy na tym zyskują.

Romu­ald Tan­chon wyjął segre­ga­tor z komody znaj­du­ją­cej się za ladą.

- Zapo­mnijmy o pouf­no­ści. Jeśli tylko mogę pomóc...

Poło­żył segre­ga­tor przed Gabrie­lem, a sam wystu­kał coś na kla­wia­tu­rze kom­pu­tera.

- Mamy dwa tysiące ósmy rok, a ja wciąż nie zdo­ła­łem w pełni przejść na sys­tem infor­ma­tyczny. Na­dal zapi­suję rezer­wa­cje odręcz­nie, w sta­rym, dobrym reje­strze. Mam w nim wszystko: nazwi­sko, imię, datę przy­jazdu i wyjazdu, spo­sób płat­no­ści.

Zdjął ze ściany jeden z nie­licz­nych klu­czy. Więk­szość przy­jezd­nych przy­by­wała do Sagas, by odwie­dzić więź­niów w poło­żo­nym na pery­fe­riach mia­sta zakła­dzie kar­nym, w któ­rym w kosz­mar­nych warun­kach gniły ponad dwa tysiące osób. Tury­styka tutaj nie ist­niała. Zamiast ośrod­ków nar­ciar­skich w Sagas znaj­do­wały się wię­zie­nie, szpi­tal, sąd rejo­nowy i poste­ru­nek żan­dar­me­rii.

- Będę w recep­cji do pół­nocy - dodał Tan­chon. - Może pan zająć pokój dwa­dzie­ścia dzie­więć na tak długo, jak będzie potrzeba. Jeżeli mnie nie będzie, pro­szę przed wyjaz­dem wrzu­cić klucz do koszyka i zosta­wić segre­ga­tor na ladzie.

- Dzię­kuję, Romu­al­dzie.

Na ustach wła­ści­ciela pod gęstym czar­nym wąsem z lekko już widoczną siwi­zną - czter­dziestka nikogo nie oszczę­dza - na chwilę poja­wił się gry­mas nie­po­koju.

- Przy­naj­mniej tyle mogę zro­bić. Bar­dzo lubię Julie. Coś takiego ni­gdy nie powinno się zda­rzyć. Niech pan zła­pie tego dra­nia. - Wska­zał pal­cem na drzwi za swo­imi ple­cami. - Gdyby mnie pan potrze­bo­wał, pro­szę dzwo­nić.

Gabriel wszedł na dru­gie pię­tro. Pach­niało poli­tu­ro­wa­nym drew­nem i wil­go­cią. Nawet spe­cja­li­sta od psy­cho­lo­gii pozy­tyw­nej, nocu­jąc w takim miej­scu, dostałby depre­sji. Za oknem pokoju numer dwa­dzie­ścia dzie­więć w odle­gło­ści zale­d­wie dwu­dzie­stu metrów znaj­do­wała się urwi­sta ściana. Gabriel spoj­rzał w górę, ale nie zoba­czył ani jed­nej gwiazdy. Tylko nie­prze­nik­niony czarny mur, zza któ­rego sły­szał krzyki swo­jej córki.

Trzy­dzie­ści dwa dni pie­kła i cią­gle nic. Tam­tego popo­łu­dnia Julie nie wró­ciła do domu. Naza­jutrz, dzie­wią­tego marca rano, na skraju modrze­wio­wego lasu pora­sta­ją­cego gór­ski stok zna­le­ziono jej rower MTB. Julie tre­no­wała trzy razy w tygo­dniu, przy­go­to­wy­wała się do zawo­dów w Cha­mo­nix, które miały się odbyć w lipcu. Według eks­per­tów dziew­czyna miała gwał­tow­nie wyha­mo­wać po zjeź­dzie na zbo­czu mię­dzy Sagas a Albion, w odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu metrów od żwi­ro­wego par­kingu. Jej rower stał oparty o drzewo, powy­żej było widać ślady hamo­wa­nia.

Owczarki bel­gij­skie z psiej jed­nostki stra­ciły trop na wyso­ko­ści par­kingu. Julie, córka żan­darma i pie­lę­gniarki domo­wej. Pro­sta góralka, miło­śniczka sza­chów, przy­rody i kina, zawsze z apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym lub kamerą cyfrową w ręku. Śmi­głowce oraz dzie­siątki pie­szych funk­cjo­na­riu­szy zlu­stro­wały las, strome zbo­cza i pła­sko­wyże. Płe­two­nur­ko­wie prze­szu­kali dno rzeki, prze­szkody, karpy, pniaki, żela­stwo - wszystko, na czym mogły się zatrzy­mać uno­szone z prą­dem zwłoki.

Poza poszu­ki­wa­niami w tere­nie powo­łano grupę żan­dar­mów - nale­żał do niej Gabriel - która prze­słu­chi­wała przy­ja­ciół Julie i kole­gów z klasy. Odtwa­rzali jej roz­kład zajęć z tam­tego dnia, gro­ma­dzili nagra­nia z moni­to­ringu, linijka po linijce ana­li­zo­wali wykaz połą­czeń z jej tele­fonu. Wie­czo­rami w wol­nym cza­sie Gabriel na wła­sną rękę odwie­dzał pen­sjo­naty, zajazdy i hotele. Prze­py­ty­wał gospo­da­rzy albo pro­sił ich o listy gości, które prze­pi­sy­wał do swo­jego notesu. Pory­wacz - o ile to było porwa­nie - mógł pocho­dzić stąd, miesz­kać gdzieś w lesie albo na hali, ale mógł też być podróż­nym szu­ka­ją­cym oka­zji. Nie można było pomi­jać żad­nego tropu.

W pokoju numer dwa­dzie­ścia dzie­więć pano­wały spar­tań­skie warunki. Jedno krze­sło, brak stołu, tele­fon połą­czony z cen­tralą, ciemne zasłony, żenu­jąca łazienka z muszlą klo­ze­tową przy samym prysz­nicu. Nie widział tele­wi­zora, ale maleńka lodówka była sowi­cie zaopa­trzona w alko­hol. Julie w tym ośrodku przy­go­to­wy­wała śnia­da­nia, odku­rzała tę starą wykła­dzinę. Gabriel wyobra­ził ją sobie, jak skła­dała bie­li­znę poście­lową i ręcz­niki. Nie była to naj­lep­sza robota na świe­cie, ale pozwa­lała zaro­bić na kie­szon­kowe i zakup kamery. Którą skąd­inąd zare­kwi­ro­wano przed dwoma tygo­dniami jako dowód w spra­wie. W urzą­dze­niu nie było karty pamięci, ale to nie Gabriel ją wyjął. To pew­nie mało istotne, Julie mogła zgu­bić kartę albo ją wyrzu­cić, bo była uszko­dzona. Tak czy ina­czej, bra­ko­wało jej, i ten fakt nale­żało przy­naj­mniej odno­to­wać. W spra­wach o zagi­nię­cie każde odchy­le­nie od normy może się stać polem do inter­pre­ta­cji. Każda hipo­teza skła­nia do sta­wia­nia kolej­nej, pochła­nia czas, środki i zasoby ludz­kie.

Gabriel Moscato zacią­gnął zasłony, usiadł na łóżku i z ulgą zdjął buty. Mały palec u jego pra­wej stopy krwa­wił - to sku­tek pie­szego prze­mie­rza­nia Sagas. Wysłał do żony ese­mesa, żeby ją poin­for­mo­wać, że wróci późno. Wie­dział, że - otu­ma­niona anty­de­pre­san­tami - i tak go nie prze­czyta. Pożą­dli­wie spoj­rzał na barek, ale uznał, że tego wie­czoru lepiej będzie nie pić. Wyczer­pany, poma­so­wał gałki oczne, a następ­nie otwo­rzył spis gości na pią­tym marca, trzy dni przed tra­ge­dią. Skru­pu­lat­nie prze­pi­sy­wał wszyst­kie dane doty­czące następ­nych sie­dem­dzie­się­ciu dwóch godzin: spraw­dzi w kar­to­te­kach i jeśli okaże się to konieczne, skon­tak­tuje się z wybra­nymi oso­bami. Mrów­cza, nie­wdzięczna praca - ale trzeba było przez to przejść.

- Znajdę cię, Julie. Przy­się­gam, że cię znajdę.

Gdzie jest jego córka? Skąd to gwał­towne hamo­wa­nie na zbo­czu, pięć­dzie­siąt metrów przed par­kin­giem? Czyżby spo­tkała jakie­goś zna­jo­mego? Czy ktoś przy­wią­zał do jej zwłok balast i wrzu­cił je do jeziora? A może prze­trzy­muje ją w ciem­nej piw­nicy setki kilo­me­trów stąd? Gabriel znał mro­żące krew w żyłach sta­ty­styki zagi­nięć. Upły­wa­jący czas działa zabój­czo, łamie wolę i pozba­wia nadziei nawet naj­tward­szych. Moż­liwe, że po upły­wie kilku mie­sięcy czy lat jego córka będzie już tylko imie­niem wykrzy­cza­nym w sercu gór.

Gdy zapi­sał czar­nym macz­kiem trzy strony, zmo­gło go zmę­cze­nie. Na próżno się opie­rał, wresz­cie wycią­gnął się na narzu­cie łóżka. A potem pła­kał, tak jak robił to pra­wie każ­dego wie­czoru - cza­sem przy­tu­lony do żony, innym razem sku­lony w jakimś kącie.

Czy tyle samo czasu poświę­camy na myśle­nie o naszych dzie­ciach, kiedy są one z nami? Czy kochamy je tak samo jak wtedy, gdy ich zabrak­nie? Gabriel nie wie­dział, jego wcze­śniej­sze życie już nie ist­niało. A przy­szłe miało być jedną wielką gehenną. Nie­za­leż­nie od wyniku poszu­ki­wań ich życie na zawsze pozo­sta­nie zmie­nione, zła­mane, wysu­szone od nad­miaru wyla­nych łez. Roz­my­śla­jąc o smut­nych minio­nych dniach, zamknął oczy. Otwo­rzył je, obu­dzony głu­chym dźwię­kiem. Coś ude­rzyło o szybę.

Wstał nie­pew­nie, krę­ciło mu się w gło­wie. Powlókł się do uchy­lo­nych prze­szklo­nych drzwi. Co się z nim dzieje? Nic nie rozu­mie­jąc, prze­szedł przez nie - zgod­nie z wszelką logiką na dru­gim pię­trze nie powinno być drzwi wycho­dzą­cych na zewnątrz - i zna­lazł się za hote­lem, na pozio­mie par­kingu.

Nagle poczuł prze­szy­wa­jący ból w lewym ramie­niu. Ptak, który w niego ude­rzył, leżał roz­trza­skany na asfal­cie z pół­otwar­tym żół­tym dzio­bem. Gabriel nie poj­mo­wał tego, co widzi. Kawa­łek dalej zoba­czył innego ptaka, który wyglą­dał jak nędzny worek z piór.

Wtem roz­le­gły się kolejne ude­rze­nia o bla­chę samo­cho­dów i dachówki. Opa­tu­leni w szla­froki ludzie wyska­ki­wali z pokoi i pod­no­sili ku niebu zaspane obli­cza. Z ciem­no­ści dzie­siąt­kami wyla­ty­wały czarne zwarte poci­ski i roz­bi­jały się pośród odgło­sów miaż­dżo­nego ciała. Oszo­ło­miony Gabriel wyco­fał się do pokoju, a w jego uszach roz­brzmie­wał głos sąsiada: "Widział pan? Widział pan? To apo­ka­lipsa!". Tak, Gabriel widział. Oczy­wi­ście, że widział. Deszcz mar­twych pta­ków.

2

Inten­sywny sen minio­nej nocy spra­wił, że Gabriel długo nie mógł się dobu­dzić. Uniósł powieki. W ustach czuł nie­przy­jemny smak jak po prze­pi­ciu. Jego paty­ko­wate ciało leżało w poprzek łóżka w roz­grze­ba­nej pościeli, na brzu­chu, z roz­krzy­żo­wa­nymi ramio­nami. Obli­zał usta i z tru­dem odwró­cił głowę. Radio­bu­dzik po jego lewej ręce wska­zy­wał jede­na­stą jede­na­ście.

Jęk­nął w poduszkę wciąż prze­siąk­niętą opa­rami kosz­maru. Te mar­twe ptaki spa­da­jące z nieba, roz­bi­ja­jące się na beto­nie i maskach samo­cho­dów... Zadrżał na tę myśl. Od czasu zagi­nię­cia Julie miał sza­le­nie mocne, reali­styczne sny. Wstał i poczuł, że ma ciężką głowę, jakby spły­nęła do niej krew z całego ciała.

Musiało upły­nąć jakieś dwa­dzie­ścia sekund, zanim sobie przy­po­mniał, gdzie jest. Hotel. Pokój dwa­dzie­ścia dzie­więć, spis gości. O szyby stu­kał drobny deszcz zapo­wia­da­jący kiep­ski dzień. Rozej­rzał się dookoła. Nie zna­lazł ani swo­jego tele­fonu, ani segre­ga­tora, ani notesu. Na pod­ło­dze leżała torba z męskimi rze­czami, które do niego nie nale­żały. Przez opar­cie krze­sła prze­wie­szona była skó­rzana kurtka, a na szafce noc­nej zauwa­żył oku­lary w czar­nej opra­wie. Gdzie poło­żył ciem­no­gra­na­tową parkę? Dla­czego miej­sce solid­nych skó­rza­nych kow­bo­jek zajęły woj­skowe glany?

Na zewnątrz roz­legł się war­kot sil­nika. Gabriel pod­szedł do okna i z prze­ra­że­niem stwier­dził, że jego kosz­marny sen był jawą. Asfalt usiany był dzie­siąt­kami, a może nawet set­kami mar­twych pta­ków. Podob­nie jak w nocy pchnął bal­ko­nowe drzwi - które, swoją drogą, wciąż były uchy­lone - i schy­lił się, by czub­kiem palca dotknąć ptaka leżą­cego naj­bli­żej. Maleń­kie ciało było lodo­wate, oczy zaszły sza­rawą błoną. Pełen nie­do­wie­rza­nia wstał.

I w tej samej chwili uświa­do­mił sobie, że znaj­duje się na par­te­rze, dwa pię­tra niżej niż poprzed­niego dnia. Przez drzwi, które wła­śnie prze­kro­czył, do pokoju można było się dostać bez­po­śred­nio, z pomi­nię­ciem recep­cji, jak w mote­lach. Rzu­cił się do szafki noc­nej, na któ­rej leżał klucz z dużym bre­lo­kiem. Na wierz­chu bia­łej kuli wid­niał numer sie­dem.

Okej, okej, bez pośpie­chu, pomyśl. Naj­wy­raź­niej był w cudzym pokoju. Zasnął u sie­bie, pod nume­rem dwa­dzie­ścia dzie­więć, a obu­dził się w pokoju obcego czło­wieka. Może luna­ty­ko­wał? W sta­nie zamro­cze­nia był świad­kiem nie­zro­zu­mia­łej heka­tomby - wido­wi­ska rodem z fil­mów Hitch­cocka - a potem znowu zasnął.

Spraw­dził zawar­tość barku: nie­tknięta. Czyli nie pił. A może dał w pal­nik w swoim pokoju, a potem błą­dził kory­ta­rzami i otwo­rzył pierw­sze lep­sze drzwi? Ni­gdy niczego podob­nego nie prze­żył, ale od wielu dni kole­dzy mówili mu, żeby zwol­nił. Zagi­nię­cie córki, prze­pra­co­wa­nie, brak snu mogły spo­wo­do­wać zwar­cie w jego mózgu - ale jedno było pewne: musiało ist­nieć jakieś racjo­nalne wytłu­ma­cze­nie tej sytu­acji.

Zamy­ślony, boso wszedł na dru­gie pię­tro. Jeśli on spę­dził część nocy pod sió­demką, to gdzie się podziewa osob­nik, który powi­nien tam być? Dla­czego kow­boj porzu­cił swoje rze­czy? Znaj­du­jące się na końcu kory­ta­rza drzwi z nume­rem dwa­dzie­ścia dzie­więć były zamknięte na klucz. Zapu­kał. Nic. Zapo­wia­dał się kolejny trudny dzień.

Wró­cił do pokoju na dole i wybrał numer part­nera, z któ­rym pra­co­wał od zawsze. Włą­czyła się poczta gło­sowa. Nagrał wia­do­mość: "Tak, Paul, to ja. Nie uwie­rzysz. Przy­sną­łem w hotelu Fala­ise, a w nocy spadł deszcz mar­twych pta­ków. Sypały się z nieba set­kami jak grad! W każ­dym razie za jakieś pół godziny powi­nie­nem być na poste­runku. Jeśli uda mi się odzy­skać rze­czy. Wszystko ci wyja­śnię. Tschüss, tschüss".

Zaraz potem zadzwo­nił do żony. Auto­mat odpo­wie­dział mu, że numer nie ist­nieje. Spró­bo­wał jesz­cze raz, uważ­nie wci­ska­jąc wła­ściwe kla­wi­sze. Sku­tek był taki sam.

- Co jest, kurwa?

Ruszył kory­ta­rzem w stronę recep­cji, gdzie kobieta, na oko czter­dzie­sto­let­nia, roz­ma­wiała przez tele­fon. Roz­łą­czyła się i nie omiesz­kała zer­k­nąć na jego bose stopy.

- Nie tylko u nas był deszcz pta­ków - powie­działa, cią­gle jesz­cze spa­ni­ko­wana. - Spa­dały wszę­dzie dookoła hotelu aż do wia­duktu przy wjeź­dzie do Sagas. Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łam. Musiały przy­le­cieć z kolo­nii.

- Jakiej kolo­nii?

- Na pewno ją pan zauwa­żył, jadąc tu wczo­raj. Nie? Kolo­nia szpa­ków sta­cjo­nu­jąca nad brze­gami Arve. - Na widok wytrzesz­czo­nych oczu Gabriela pośpie­szyła z wyja­śnie­niami: - Spe­cja­li­ści twier­dzą, że około sied­miu­set osob­ni­ków przy­le­ciało tu z Europy Pół­noc­nej w dro­dze do Hisz­pa­nii. Trzy dni temu zro­biły sobie prze­rwę w Sagas. Lecące stado układa się na nie­bie w nie­sa­mo­wite kształty, a jego śpiew sły­chać w pro­mie­niu kil­ku­set metrów. Jeśli pan wyj­dzie i dobrze się wsłu­cha, sam pan usły­szy. - Zauwa­żyła, że Gabriel nie rozu­mie, ale nie nale­gała. - W czym mogę panu pomóc? Zatrza­snął pan pokój, a klucz został w środku?

- Nie, nie o to cho­dzi. Wczo­raj wie­czo­rem, około godziny... nie wiem już, w każ­dym razie późno, pan Tan­chon dał mi klucz do pokoju dwa­dzie­ścia dzie­więć. A obu­dzi­łem się w sió­demce z nie­swo­imi rze­czami. Pomy­śla­łem, że może luna­ty­ko­wa­łem czy coś w tym stylu.

Kobieta odwró­ciła się w stronę tablicy z klu­czami i zdjęła jeden z nich.

- To zna­czy, że nie­świa­do­mie zszedł pan z dru­giego pię­tra na par­ter z rękami wycią­gnię­tymi przed sie­bie jak zom­bie? I wszedł pan do innego pokoju?

- Nie widzę innego wyja­śnie­nia.

- A gdzie w takim razie jest klient spod sió­demki? W dwu­dzie­st­ce­dzie­wiątce?

- Moż­liwe.

- Nie­moż­liwe, ponie­waż klucz jest tutaj. Chyba że go oddał, a ja nie zwró­ci­łam uwagi. Prze­pra­szam, ale ta histo­ria z pta­kami mną wstrzą­snęła.

Gabriel był coraz bar­dziej zagu­biony. Nie zapa­mię­tał na przy­kład, że świątki na półce są takie brzyd­kie i że jest ich tak dużo. Miał pew­ność, że ni­gdy nie widział tego tan­det­nego zegara z obrazu Salva­dora Dalego Trwa­łość pamięci, który spły­wał z naroż­nika lady jak roz­to­piony ser. Moni­tor kom­pu­tera był jakby więk­szy i nie tak masywny jak poprzed­niego dnia.

Te szcze­góły spra­wiły, że poczuł się nie­swojo. Wszystko wyda­wało mu się zna­jome, a zara­zem inne, jakby stą­pał po gra­nicy mię­dzy dwoma świa­tami. Kobieta poło­żyła przed nim klucz od pokoju dwa­dzie­ścia dzie­więć i wystu­kała coś na kla­wia­tu­rze. Zer­k­nęła na ekran, a potem popa­trzyła pyta­jąco na Gabriela.

- Nie, nie, zde­cy­do­wa­nie coś tu nie gra, jak mówią. Pokój, w któ­rym się pan obu­dził, został zare­zer­wo­wany na jedną noc przez nie­ja­kiego Wal­tera Guf­fina, który jesz­cze się nie wymel­do­wał. To zna­czy, że albo jesz­cze jest w hotelu, albo wyszedł zoba­czyć, co się dzieje z pta­kami, ale wróci. Nie mam za to rezer­wa­cji pokoju, za który pan, jak twier­dzi, zapła­cił.

Gabriel prze­bie­rał pal­cami stóp na zim­nej posadzce. Chciał już tylko jed­nego: jak naj­szyb­ciej opu­ścić to pie­kielne miej­sce i wró­cić na poste­ru­nek. Za nim cze­kała w kolejce jakaś klientka. Młoda, ciem­no­włosa, cała w tatu­ażach. Na pewno przy­je­chała odwie­dzić któ­re­goś z więź­niów.

- Bo pan Tan­chon nie wpi­sał mnie do reje­stru ani do kom­pu­tera. Po pro­stu wypo­ży­czył mi pokój dwa­dzie­ścia dzie­więć na kilka godzin. Mia­łem odło­żyć klucz do koszyka, ale zasną­łem.

- Wypo­ży­czyć pokój? Romu­ald? Łatwiej namó­wiłby pan wega­nina do zje­dze­nia antry­kotu.

- Pro­szę pani, nie będziemy prze­cież dys­ku­to­wać o tym przez cały dzień. Niech mi pani da ten klucz, zabiorę swoje rze­czy. Za pięć minut go pani oddam.

Czter­dzie­sto­latka nie­chęt­nie podała mu klucz i zwró­ciła się do kobiety, która zaczy­nała się już nie­cier­pli­wić. Gabriel cały w ner­wach wszedł na górę. Co ona opo­wiada? "Wega­nina"? Ten hotel zaraz przy­prawi go o sza­leń­stwo.

Otwo­rzył drzwi i wszedł do pokoju dwa­dzie­ścia dzie­więć. Pusto, zaście­lone łóżko, zacią­gnięte zasłony. Pach­niało deter­gen­tami i odświe­ża­czem powie­trza. Pod­szedł do okna. Urwi­sko. W dole czarne i czer­wone plamy po mar­twych pta­kach. Wczo­raj, zanim poło­żył się spać, znaj­do­wał się dokład­nie w tym miej­scu, był tego pewien. Usiadł na mate­racu ze spi­sem gości i skru­pu­lat­nie prze­pi­sy­wał ich dane do notesu.

Rzu­cił okiem na łóżko, zaj­rzał do szu­flady w szafce noc­nej, na wypa­dek gdyby sprzą­taczka wło­żyła tam jego rze­czy. Gdzie ten cho­lerny notat­nik? Gdzie jego mun­dur? Co zro­bili z jego kow­boj­kami? Gdy wszedł do łazienki, ujrzał w lustrze swoje odbi­cie i zdę­biał. To nie był on.

3

Stał bez ruchu przed lustrem, wpa­tru­jąc się w swo­jego dublera. Nie, to był on - ale inny on. Głowa ogo­lona na zero, szpa­ko­wata bródka, kurze łapki w kąci­kach oczu i trzy poprzeczne zmarszczki prze­ci­na­jące czoło. Przy­ło­żył dło­nie do policz­ków, jego palce zsu­nęły się na pod­bró­dek, gdzie skóra lekko zwi­sała aż do szyi pokry­tej rzad­kim srebr­no­sza­rym zaro­stem. To był on, ale o wiele star­szy.

Poczuł, że ugi­nają się pod nim nogi, i przy­trzy­mał się umy­walki, by nie upaść. Ni­gdy nie widział gra­na­to­wego weł­nia­nego swe­tra, który miał na sobie. Jego dżinsy miały inny krój. Ciało było szczu­plej­sze, smu­klej­sze, miał wysta­jące oboj­czyki i widoczne ścię­gna na szyi. Oszo­ło­miony, zro­bił kilka kro­ków w tył i w absur­dal­nym odru­chu zaczął szu­kać swo­ich wło­sów w koszu na śmieci i odpły­wie prysz­nica. Gdzie ogo­lił głowę? Dla­czego? Co się stało z jego cia­łem?

Nie mógł się powstrzy­mać i znowu pod­szedł do lustra. Zaczął nacią­gać skórę, by pozbyć się zmarsz­czek. Oczy w kształ­cie mig­da­łów, bla­do­ró­żowe usta nale­żały do niego. Nie śnił. To było zbyt reali­styczne, miał pełną świa­do­mość wszyst­kiego. Był w pełni obu­dzony, a męż­czy­zna, któ­remu patrzył w oczy, to był on.

Prze­ra­ża­jące. Uniósł dolną kra­wędź swe­tra, spoj­rzał na swój brzuch z lekko nacią­gniętą skórą i na wysta­jące kości bio­drowe. Wła­sna ana­to­mia budziła w nim prze­strach. Zauwa­żył, że na szyi ma sznu­rek, na któ­rym wisiał klucz o skom­pli­ko­wa­nym ząb­ko­wa­niu. Dotknął go, usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, z jakich powo­dów nosi ten przed­miot na piersi. Na próżno. W panice wró­cił na kory­tarz i zacze­pił męż­czy­znę pcha­ją­cego wózek obła­do­wany pra­niem.

- Czy sprzą­tał pan pokój numer dwa­dzie­ścia dzie­więć? Był tam notes, tele­fon komór­kowy, służ­bowa kurtka w bar­wach żan­dar­me­rii z moimi papie­rami w środku.

Męż­czy­zna wyglą­dał na zbi­tego z tropu. Około czter­dziestki, łysy, z czo­łem pła­skim jak dno garnka. Jego ręce rug­by­sty były wyjąt­kowo owło­sione. Miał na sobie biały T-shirt z rysun­kiem czer­wono-bia­łej gitary elek­trycz­nej. Spoj­rzał na swo­jego roz­mówcę, odsła­nia­jąc sie­ka­cze.

- Co pan tu odsta­wia?

- A czy my się znamy?

Facet, wzro­stem równy Gabrie­lowi, ale potęż­niej­szy, spoj­rzał na jego bose stopy, a potem znowu na twarz. Jego oczy były jak czarne chmury na burzo­wym nie­bie. W końcu odwró­cił głowę i popa­trzył na swój gra­fik dyżu­rów.

- Tak, zna­li­śmy się. Zadzi­wiasz mnie. I nie, nie byłem w pokoju numer dwa­dzie­ścia dzie­więć, tej nocy nie był zajęty.

Pochy­lił się i odszedł ze swoim wóz­kiem, po czym znik­nął za jaki­miś drzwiami. Nie spoj­rzał wię­cej na Gabriela i nie powie­dział już ani jed­nego słowa. Skąd to chmurne spoj­rze­nie i pełen pre­ten­sji ton? Powie­dział: "Zna­li­śmy się". W cza­sie prze­szłym.

Gabriel zszedł do pokoju, w któ­rym się obu­dził, żeby prze­szu­kać spor­tową torbę. Majtki, skar­petki, jed­no­lity nie­bie­ski T-shirt, kosme­tyczka i wię­cej nic. W jed­nej z kie­szeni skó­rza­nej kurtki znaj­do­wała się zapal­niczka z wygra­we­ro­waną głową wilka, w innej - bre­lok z guzi­kiem i przy­cze­pio­nymi trzema klu­czami, w tym jed­nym od samo­chodu. Nie­miecka marka. Schy­lił się do butów. Czter­dzie­ści cztery, pra­wie jego roz­miar: nosił czter­dzie­ści trzy. Drżącą ręką się­gnął po oku­lary. Paso­wały dosko­nale, ale nie miały żad­nego wpływu na jego wzrok. Widział czy­sto zarówno w nich, jak i bez nich.

To wszystko nie miało żad­nego sensu. Musiał usiąść. Zaraz się obu­dzi i uciek­nie z tego dłu­giego, obłęd­nego tunelu. Krą­żył po nim jak w naj­gor­szych hor­ro­rach. W rze­czy­wi­sto­ści nie było żad­nego desz­czu pta­ków. Może nawet jego córka nie zagi­nęła. Czeka na niego w domu. Zagrają razem w sza­chy albo pójdą pojeź­dzić na rowe­rze po gór­skich ścież­kach i lasach.

Spró­bo­wał jesz­cze raz zadzwo­nić do Paula, a potem do żony - na próżno. "Nie ma takiego numeru". Jasne. To było w pakie­cie z obłę­dem. Dal­sze prze­mie­rza­nie tych kory­ta­rzy na bosaka nie wcho­dziło w grę. Wło­żył wycią­gniętą z torby parę skar­pet i ohydne, ale wygodne buty. Ciężka skó­rzana kurtka z baran­ko­wym koł­nie­rzem była odro­binę za duża, ale uznał, że jest okej. Odda te ciu­chy wła­ści­cie­lowi, kiedy lepiej roze­zna się w sytu­acji.

Minutę póź­niej podrep­tał do recep­cji ze ści­śnię­tym gar­dłem i dwoma klu­czami w dłoni.

- Zna­lazł pan w końcu swoje rze­czy? - zapy­tała kobieta.

- Czy Wal­ter Guf­fin na­dal się nie poja­wił?

- Nie.

- Muszę poroz­ma­wiać z Romu­al­dem Tan­cho­nem.

- Przy­kro mi, wyje­chał na cały dzień do Lyonu na spo­tka­nie w spra­wie plat­formy do rezer­wa­cji online. Musimy się otwo­rzyć na inną klien­telę oprócz rodzin osa­dzo­nych. Wiem, Sagas to paskudne mia­sto, ale oko­lice są ładne. Poza tym ośrodki nar...

- Pro­szę pani - prze­rwał jej - nazy­wam się Gabriel Moscato i jestem porucz­ni­kiem żan­dar­me­rii w Sagas. Znam pana Tan­chona, moja córka pra­co­wała w tym ośrodku w cza­sie waka­cji w ubie­głym roku i dwa lata temu. Przy­je­cha­łem tu wczo­raj wie­czo­rem, wzią­łem spis gości i...

- Gabriel Moscato? To pan jest ojcem tej dziew­czyny, któ­rej ni­gdy nie odna­le­ziono?

- Zmo­bi­li­zo­wa­li­śmy wszyst­kie siły, poszu­ki­wa­nia trwają. Minął dopiero mie­siąc, znaj­dziemy ją.

Kobieta pokrę­ciła głową i popa­trzyła na niego zdzi­wiona.

- Mie­siąc? Ale... Jaki dzień dziś mamy pana zda­niem?

Zasta­no­wił się.

- Dzie­wiąty, może dzie­siąty. Tak, dzie­siąty kwiet­nia. Jest czwar­tek, dzie­siąty kwiet­nia.

- Dzie­siąty kwiet­nia. A któ­rego roku?

- Dwa tysiące ósmego.

Przy­glą­dała mu się przez dłuż­szy czas bez mru­gnię­cia. Wresz­cie odpo­wie­działa - gło­sem, który zazgrzy­tał mu w uszach twardo jak dia­ment.

- Ale dziś jest szó­sty listo­pada dwa tysiące dwu­dzie­stego roku. Od zagi­nię­cia pań­skiej córki minęło dwa­na­ście lat.

4

Aby nie roz­jeż­dżać mar­twych pta­ków, jechał wolno sla­lo­mem, ale i tak nie był w sta­nie ich omi­nąć. Pod wiszą­cym nisko nie­bem w kolo­rze cementu zapar­ko­wał samo­chód żan­dar­me­rii przed mię­dzyg­minną oczysz­czal­nią ście­ków, na roz­le­głym ziem­nym placu, z któ­rego w dole widać było zabu­do­wa­nia zakładu uty­li­za­cji odpa­dów. Hałdy w kolo­rze brązu, ochry i sza­ro­ści, przy­po­mi­na­jące gigan­tyczne sutki, zasła­niały rzędy sosen i olch na brzegu Arve. Ze szczy­tów na ostat­nim pla­nie zstę­po­wały chmury, wpeł­za­jąc gru­bymi lśnią­cymi wstę­gami mię­dzy gór­skie ściany. Wyda­wało się, że niebo jest w zasięgu ręki, co burzyło nadzieję na ładną pogodę. W Sagas słońce potra­fiło nie świe­cić przez kilka tygo­dni. Miesz­kańcy nazy­wali ten prze­dłu­ża­jący się brak świa­tła "czarną śmier­cią". Czarna śmierć pod­ko­py­wała morale i dra­stycz­nie pod­no­siła wskaź­nik samo­bójstw w doli­nie, zwłasz­cza jesie­nią. Potwier­dzały to ofi­cjalne sta­ty­styki.

Kapi­tan Paul Lacroix wysiadł z samo­chodu w towa­rzy­stwie Louise, o ćwierć wieku młod­szej od niego żan­darmki. Rozej­rzeli się po oko­licy i zoba­czyli zatrzę­sie­nie mar­twych pta­ków.

- Orni­to­lo­dzy twier­dzą, że kolo­nia wystra­szyła się cze­goś w środku nocy - wyja­śnił Paul. - Jeśli im wie­rzyć, te ptaki w ciem­no­ści pra­wie wcale nie widzą. Podobno setki tysięcy spa­ni­ko­wa­nych osob­ni­ków zry­wały się z gałęzi i zde­rzały ze sobą w powie­trzu na powierzchni wielu hek­ta­rów. Zezna­nia róż­nych świad­ków wska­zują, że stało się to mię­dzy drugą dzie­sięć a drugą dwa­dzie­ścia.

Pode­szli do cho­rą­żego Mar­ti­niego, zastępcy szefa grupy. Męż­czy­zna cze­kał na nich z rękami zaple­cio­nymi na piersi i dygo­tał. Z czubka nosa kapała mu woda. Listo­pa­dowy wiatr i deszcz chło­stały twa­rze i prze­ni­kały przez war­stwy ubrań. Uści­snęli sobie dło­nie, po czym Ben­ja­min Mar­tini - przy­po­mi­na­jący Toma Hanksa czter­dzie­sto­dwu­la­tek o potar­ga­nych krę­co­nych wło­sach - wska­zał na zaro­śla.

- Tam zna­leźli ciało. Chodź­cie za mną.

Miał bez­barwny głos i wosko­watą cerę, jak więk­szość miesz­kań­ców doliny. Trójka żan­dar­mów omi­nęła hałdy i powol­nym tem­pem kapi­tana, który uty­kał na prawą nogę, ruszyła mię­dzy drzewa. Męż­czy­zna roz­ło­żył chu­s­teczkę higie­niczną i podał Louise.

- Szpa­cze gówno na lewym łok­ciu.

- No nie... A to świ­nia!

Patrzył, jak kobieta z obrzy­dze­niem wyciera biały kleks.

- Jesteś pewna, że dasz radę? Wiesz, że mogę ci oszczę­dzić dal­szego ciągu?

Louise zwi­nęła chu­s­teczkę w kulkę i wsu­nęła ją do kie­szeni kurtki.

- Podobno jak przez to przejdę, będę ochrzczona.

Młoda kobieta wyprze­dziła go mar­szo­wym kro­kiem. Spo­so­bem poru­sza­nia się, wypro­sto­waną postawą i unie­sio­nym dum­nie pod­bród­kiem chciała poka­zać, jak bar­dzo jest zde­ter­mi­no­wana. Korzy­sta­jąc z chwili samot­no­ści, Paul roz­ma­so­wał sobie kolano. Kiedy w powie­trzu była wil­goć - czyli pra­wie zawsze - cho­ler­nie bolały go stawy.

Mar­tini podał im latek­sowe ręka­wiczki.

- Zwłoki zauwa­żyła około dzie­wią­tej dzie­sięć nie­jaka Isa­belle Davi­gny, kaja­karka. Pocho­dzi z Albion. Spły­wała Arve i foto­gra­fo­wała mar­twe ptaki na brze­gach. Kiedy zoba­czyła ciało, od razu zadzwo­niła na poste­ru­nek. Bru­net, Tar­dieu i ja przy­je­cha­li­śmy około dzie­sią­tej dwa­dzie­ścia i od razu zadzwo­ni­li­śmy do cie­bie.

Paul zauwa­żył kajak leżący na brzegu kawa­łek dalej.

- Gdzie jest Isa­belle Davi­gny?

- Zaczęła wymio­to­wać do wody, naprawdę była w kiep­skim sta­nie. Tar­dieu zabrał ją na poste­ru­nek.

Z wyście­ła­nej sosno­wymi igłami ziemi weszli na kamie­ni­sty lewy brzeg Arve. Tu i ówdzie leżały mar­twe szpaki i Paul miał wra­że­nie, jakby zna­lazł się w sce­ne­rii z filmu postapo. Pod­niósł wzrok. Trzy­sta metrów nad nimi, tuż pod war­stwą chmur, niebo pokry­wały strasz­liwe figury geo­me­tryczne. Jakby jakaś nie­wi­dzialna pasz­cza wydmu­chi­wała gigan­tyczne obłoki czar­nego pia­sku, które następ­nie wpa­dały w wir. Mimo noc­nej masa­kry szpaki znowu tań­czyły swój nie­sa­mo­wity balet.

Paul uważ­nie rozej­rzał się dookoła. Rzeka była w tym miej­scu sze­roka i rwąca, a woda miała zimny, nie­bie­ski odcień. Bystry nurt przy­cią­gał wielu kaja­ka­rzy. Nad Arve bez trudu można było się dostać pie­szo - albo od strony zakładu, albo drogą gminną, która przez kilka kilo­me­trów wio­dła wzdłuż brzegu. Ruszyli w kie­runku Bru­neta. Żan­darm foto­gra­fo­wał zwłoki tele­fo­nem komór­ko­wym i czu­wał nad tym, by nikt się do nich nie zbli­żał.

Jede­na­sta dzie­więt­na­ście. Zadzwo­nił tele­fon Paula. Nie­znany numer. Odrzu­cił połą­cze­nie, szybko wyłą­cza­jąc nie­sto­sowną melo­dię I Will Survive, i sta­nął w odle­gło­ści prze­pi­so­wego kroku od ofiary. Louise trzy­mała się na dystans.

Kapi­tan przy­kuc­nął. Oto jeden z tych dni, o któ­rych długo będzie się mówić w Sagas. Grad szpa­ków. I bru­talne mor­der­stwo, któ­rego ofiarę porzu­cono na wpół nagą na brzegu rzeki. Wspa­niały kąsek dla Cha­mar­la­ine'a, lokal­nego dzien­ni­ka­rza, który zaraz się tu pojawi ze swoim note­sem. W małych mia­stach infor­ma­cje szybko się roz­cho­dzą.

Przy­glą­dał się zwło­kom, usi­łu­jąc zacho­wać zimną krew. Pro­wa­dził z Mar­ti­nim wiele postę­po­wań w spra­wie samo­bójstw i tajem­ni­czych zgo­nów - ale ni­gdy nie były to sprawy kry­mi­nalne. Uspo­koił oddech, uru­cho­mił w smart­fo­nie funk­cję nagry­wa­nia i przy­stą­pił do wstęp­nych usta­leń. Oglę­dziny miej­sca zbrodni miał prze­pro­wa­dzić jesz­cze raz w obec­no­ści tech­ni­ków, ale uznał, że ważne są wra­że­nia, jakie odniósł na gorąco, w pierw­szym zetknię­ciu z ofiarą.

- Godzina oglę­dzin: jede­na­sta dwa­dzie­ścia dwie, szó­sty listo­pada dwa tysiące dwu­dzie­stego roku. Ciało kobiety rasy bia­łej, wiek nie­moż­liwy do okre­śle­nia, ale powie­dział­bym, że mię­dzy trzy­dzie­stym a czter­dzie­stym rokiem życia, zostało zna­le­zione przez Isa­belle Davi­gny z Albion pod­czas wycieczki kaja­kiem. W powie­trzu wil­goć, rano mżyło. Ofiara leży na ple­cach na lewym brzegu rzeki Arve, w osi pół­noc-połu­dnie, na wyso­ko­ści sta­cji uzdat­nia­nia wody i bystrzyn, dwa kilo­me­try na połu­dnie od mia­sta. - Pochy­lił się niżej nad zwło­kami. - Prawe ramię wykrę­cone na wyso­ko­ści barku pod kątem ponad dzie­więć­dzie­się­ciu stopni w sto­sunku do tuło­wia. Na czę­ści pra­wego uda leży szpak, widać krwawy ślad powstały wsku­tek ude­rze­nia. Praw­do­po­dob­nie zgon nastą­pił więc przed desz­czem pta­ków, który miał miej­sce tej nocy. - Odsu­nął się o krok. - Tro­chę krwi na lewej dłoni, na wyso­ko­ści paznokci. Włosy ciemny blond, jakieś trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów dłu­go­ści. Rysy nie do roz­po­zna­nia z powodu wybro­czyn. Na pierw­szy rzut oka widać, że prawy łuk brwiowy jest roz­bity, kości policz­kowe praw­do­po­dob­nie są poła­mane i stąd pocho­dzi opu­chli­zna. Nos rów­nież zła­many. Zwa­żyw­szy na obra­że­nia, moż­liwe, że ude­rzano ją w twarz dużym oto­cza­kiem lub innym kamie­niem, któ­rych dookoła jest pełno. W ustach czarna tka­nina użyta jako kne­bel. Praw­do­po­dob­nie są to skar­petki, tym bar­dziej że ofiara ma bose stopy.

Zer­k­nął na Louise. Dziew­czyna mru­gnęła na znak, że wszystko w porządku. Stała obok i zapi­sy­wała w note­sie każde jego słowo. Mówił dalej:

- W bez­po­śred­nim pobliżu ciała nie ma śla­dów jej butów. Liczne ska­le­cze­nia na sto­pach. Prawa stopa usta­wiona pod nie­na­tu­ral­nym kątem do nogi, być może kobieta zła­mała sobie kostkę. Dżinsy i majtki opusz­czone poni­żej kolan. Siniaki w gór­nej czę­ści ud po wewnętrz­nej stro­nie i... ekhm, moż­liwe krwa­wie­nie z waginy.

Wci­snął guzik i zro­bił prze­rwę. Dziew­czyna na pewno została zgwał­cona, a następ­nie zma­sa­kro­wana. Spró­bo­wał nie dopusz­czać do sie­bie tych czar­nych myśli, zro­bił wdech i mówił dalej:

- Ubrana w kurtkę zapiętą pod szyję na suwak. Mate­riał kurtki prze­dziu­ra­wiony w co naj­mniej dwóch miej­scach, uszko­dze­nia typowe dla broni pal­nej. Cze­kamy na tech­ni­ków i zakład pogrze­bowy, by roze­brać ciało na miej­scu i doko­nać oglę­dzin przed odjaz­dem do kost­nicy.

Wyłą­czył nagry­wa­nie i przez chwilę trwał bez ruchu nad biedną dziew­czyną, porzu­coną na brzegu rzeki jak zwy­kły śmieć. Jaka bestia mogła ją tak spo­nie­wie­rać, zamor­do­wać z takim okru­cień­stwem? Wstał z gry­ma­sem na ustach, ciężko opie­ra­jąc dło­nie na udach. Miał pięć­dzie­siąt dwa lata, a czuł się, jakby go zamu­ro­wano w ciele starca. Odwró­cił się w stronę Mar­ti­niego, który roz­ma­wiał przez tele­fon, a potem Louise.

- A jeśli to strzały prze­stra­szyły w nocy kolo­nię pta­ków? Prze­ra­żone hukiem szpaki zry­wają się z drzew. Zde­rzają się ze sobą, a jeden z nich spada na świeże zwłoki.

Louise nie odpo­wie­działa. Oczami wiel­kimi jak bilar­dowe kule wpa­try­wała się w szybko poru­sza­jący się dłu­go­pis, któ­rym robiła notatki.

- Nagry­wa­łem - wes­tchnął Paul. - Nie musia­łaś zapi­sy­wać.

Dziew­czyna scho­wała sprzęt do kie­szeni i znowu zain­te­re­so­wała się tru­pem.

- Tak, to bar­dzo moż­liwe - odparła. - W takiej sytu­acji zna­li­by­śmy dokładną godzinę zabój­stwa.

- Druga w nocy, z dokład­no­ścią do kilku minut. Zoba­czymy, co powie pato­log, ale wydaje mi się, że to sen­sowna hipo­teza. A ty co powiesz?

- Sprawca wepchnął jej skar­petki do ust, żeby nie mogła krzy­czeć. Na pewno została zgwał­cona i zamor­do­wana tutaj, na miej­scu.

- Dla­czego tak uwa­żasz?

- Ma opusz­czone spodnie. Poza tym to jest świet­nie osło­nięte miej­sce. Jasne, górą bie­gnie droga, ale po zacho­dzie słońca nie da się tu nikogo zoba­czyć. Nie ma oświe­tle­nia ani żad­nych budyn­ków dookoła. Szum wody zagłu­sza głos tłu­miony przez kne­bel. Zresztą o dru­giej w nocy mogła sobie krzy­czeć do woli, w oko­licy i tak nie ma żad­nych ludzi.

- A bose stopy? Jak to wyja­śnisz?

- Nie mam poję­cia. Stan jej stóp wska­zuje na to, że szła, a może nawet bie­gła bez butów. Może ktoś ją prze­trzy­my­wał w bagaż­niku samo­chodu albo w kam­pe­rze i udało jej się uciec. Ska­le­czyła się, ale szła dalej. Czy chciała wsko­czyć do Arve, żeby uciec przed napast­ni­kiem? Bo nie bar­dzo widzę, dokąd mogłaby pójść. Zwich­nęła kostkę: zwa­żyw­szy na kąt usta­wie­nia stopy, uraz jest poważny. I od razu upa­dła, w tym miej­scu. A potem nastą­pił dal­szy ciąg. Ta dzika bestia ją dopa­dła.

Taki sce­na­riusz był praw­do­po­dobny. W jaki spo­sób ofiara zna­la­zła się w oko­licy? Skąd się tu wzięła? Przy­wie­ziono ją samo­cho­dem, jak suge­ro­wała Louise?

- Abs­tra­hu­jąc od pta­ków, dziwna sprawa z tymi skar­pet­kami w ustach - dodała młoda kobieta.

- Hm?

- Skoro bie­gła boso, to zna­czy, że napast­nik miał jej skar­petki przy sobie. Kto spa­ce­ruje ze skar­pet­kami ofiary? Nie brzmi to zbyt logicz­nie. Tak mi się przy­naj­mniej zdaje.

- Wiesz, sprawy kry­mi­nalne są logiczne tylko w tele­wi­zji. Poza tym może jed­nak ucie­kała w skar­pet­kach? Skar­petki jakoś szcze­gól­nie nie chro­nią. Podob­nie z twoim wnio­skiem, jakoby do napa­ści sek­su­al­nej doszło tutaj: moż­liwe, że została zgwał­cona gdzie indziej, a sprawca prze­niósł zwłoki w to miej­sce i dopiero wtedy zsu­nął z niej spodnie. Albo jesz­cze ina­czej: zgwał­cił ją już mar­twą.

- Okropny jesteś.

- Tak, jestem okropny. Ni­gdy nie należy wycią­gać pochop­nych wnio­sków. Dla­tego w moim spra­woz­da­niu poprze­sta­łem na fak­tach.

- Dzię­kuję za nauki, kapi­ta­nie - odparła oschle.

Paul odwró­cił się w stronę grupy.

- Zawia­do­mię zastępcę pro­ku­ra­tora. W ciągu naj­bliż­szych godzin i dni będziemy mieli kupę roboty. To ozna­cza, że jeste­ście dys­po­zy­cyjni w week­endy i nikt się nie urywa w ciągu dnia, żeby ode­brać dzie­ciaki ze szkoły. Nie chcę, żeby ludzie znowu uznali żan­dar­mów z Sagas za nie­po­waż­nych. Ben­ja­min, prze­ka­żesz resz­cie?

Męż­czy­zna w mil­cze­niu ski­nął głową. W oczach Bru­neta, który robił zdję­cia, Paul zauwa­żył błysk pod­nie­ce­nia. Młody żan­darm nawet się uśmiech­nął.

- Uwa­żasz, że to miła odskocz­nia od codzien­no­ści, co? - wark­nął Paul. - To jest mar­twa dziew­czyna, a nie jakaś pie­przona roz­rywka. Zako­no­tuj to sobie we łbie i prze­stań się śmiać.

Bru­net się zaczer­wie­nił i spu­ścił głowę. Był jed­nym z począt­ku­ją­cych żan­dar­mów w samo­dziel­nej bry­ga­dzie tery­to­rial­nej w Sagas, zło­żo­nej z trzy­dzie­stu czte­rech osób - w tym trzech tech­ni­ków - i obej­mu­ją­cej zasię­giem obszar ponad dwu­dzie­stu tysięcy hek­ta­rów, podzie­lony na osiem gmin. Ze względu na liczne szczyty o wyso­ko­ści powy­żej tysiąca ośmiu­set metrów jed­nostka nosiła nazwę bry­gady gór­skiej i była upo­waż­niona mię­dzy innymi do pro­wa­dze­nia spraw kry­mi­nal­nych. I oto pod kie­row­nic­twem Paula miało ruszyć dro­bia­zgowe śledz­two. A on by­naj­mniej się z tego nie cie­szył.

- Zanim poja­wią się tech­nicy, spraw­dzimy oko­lice. Byłoby dobrze, gdy­by­śmy zna­leźli łuski i kamień, któ­rym napast­nik zma­sa­kro­wał twarz ofiary.

Zadzwo­nił do pro­ku­ra­tora, a następ­nie odsłu­chał wia­do­mość gło­sową, która kilka minut wcze­śniej przy­szła na jego pocztę gło­sową.

"Tak, Paul, to ja. Nie uwie­rzysz. Przy­sną­łem w hotelu Fala­ise, a w nocy spadł deszcz mar­twych pta­ków. Sypały się z nieba set­kami jak grad! W każ­dym razie za jakieś pół godziny powi­nie­nem być na poste­runku. Jeśli uda mi się odzy­skać rze­czy. Wszystko ci wyja­śnię. Tschüss, tschüss".

Paul myślał, że to jakaś pomyłka, do chwili gdy usły­szał ostat­nie słowa. Odsłu­chał jesz­cze raz. Ten głos, ta into­na­cja. I to "tschüss, tschüss". Tylko jedna osoba uży­wała takiego pozdro­wie­nia: Gabriel Moscato. Ale to było ponad dwa­na­ście lat temu.

Blady, wyłą­czył nagra­nie. Ten tele­fon w jed­nej chwili przy­wo­łał naj­gor­sze wspo­mnie­nia z jego życia. Uty­ka­jąc jak inwa­lida wojenny, wró­cił nad rzekę.

- Mia­łeś dziwną minę, jak roz­ma­wia­łeś przez tele­fon - zauwa­żyła Louise. - Co się dzieje?

Nagle Paul innym wzro­kiem popa­trzył na pokie­re­szo­waną twarz, blond włosy roz­sy­pane na kamie­niach i udrę­czone ciało. A jeśli... Czy to mogła być ona? Julie Moscato? Pokrę­cił głową i spoj­rzał na Louise.

- To był duch. Roz­ma­wia­łem z duchem.

5

Rozpacz­li­wie prze­trzą­sał zaka­marki swo­jej pamięci, ale nic się nie poja­wiało. Nic po dzie­sią­tym kwiet­nia dwa tysiące ósmego roku. A prze­cież gdyby prze­żył choć jedne uro­dziny, jedną gwiazdkę bez córki, jak mógłby o tym zapo­mnieć? Dla­czego jesz­cze nie zna­lazł Julie? Co przy­nio­sło śledz­two? I co robił przez te wszyst­kie lata?

Kart­ko­wał gazetę w hote­lo­wym lobby, pochła­niał arty­kuł za arty­kułem. Był oszo­ło­miony. Obcy na wła­snej pla­ne­cie. W jego gło­wie na topie był Obama, wciąż sły­szał jego prze­mó­wie­nie trans­mi­to­wane przez wszyst­kie tele­wi­zje świata, jego: Yes we can. Kim więc jest ten pyzaty olbrzym w jaskra­wo­czer­wo­nym kra­wa­cie, o wło­sach w kolo­rze siana? Dla­czego ogła­szają piątą rocz­nicę zama­chów, do któ­rych doszło w Paryżu w dwa tysiące pięt­na­stym roku? Czym są Uber i Deli­ve­roo? Opi­sy­wany świat nie był jego świa­tem. Ta enig­ma­tyczna tech­no­lo­gia, nie­zro­zu­miałe słowa, foto­gra­fie nie­zna­jo­mych osób...

Gabriel raz po raz powta­rzał datę publi­ka­cji gazety. Szó­sty listo­pada dwa tysiące dwa­dzie­ścia. Nie­moż­liwe. "To pan jest ojcem tej dziew­czyny, któ­rej ni­gdy nie odna­le­ziono?" Kłam­stwa! Julie zagi­nęła dopiero przed mie­sią­cem. Siły żan­dar­me­rii pro­wa­dzą wytę­żone poszu­ki­wa­nia. Przy­wiozą ją z powro­tem do Sagas i wszystko wróci na swoje miej­sce.

Dzie­siąty kwiet­nia dwa tysiące osiem, dzie­siąty kwiet­nia dwa tysiące osiem, dzie­siąty kwiet­nia dwa tysiące osiem... Może zwa­rio­wał. Może cała ta maska­rada była wytwo­rem jego umy­słu, kosz­ma­rem tak dopra­co­wa­nym, że choć zda­wał sobie z niego sprawę, nie potra­fił uciec. Prze­pa­lił mu się mózg.

Wyszedł z hotelu z oczami utkwio­nymi w roz­płasz­czo­nych na beto­nie pie­rza­stych kul­kach. Ruszył przed sie­bie - bez papie­rów, bez wspo­mnień, w ciu­chach Wal­tera Guf­fina. Przy­cho­dziły mu do głowy różne dzia­do­stwa: amne­zja albo, co gor­sza, alzhe­imer. Wyobra­ził sobie, że z tą spa­praną pamię­cią zbiegł ze szpi­tala, schro­nił się w tym mizer­nym hotelu, a wszy­scy go szu­kają. Zde­cy­do­wa­nie musi wró­cić do domu. Poroz­ma­wiać z żoną. Zro­zu­mieć, co się z nim stało.

Pogrze­bał w kie­szeni bluzy i wci­snął guzik na pude­łeczku dołą­czo­nym do klu­czy. Zamru­gały świa­tła i roz­legł się poje­dyn­czy dźwięk. Znał ten model mer­ce­desa z początku pierw­szej dekady dwu­dzie­stego wieku - był to jeden z naj­czę­ściej kra­dzio­nych wozów - ale więk­szość marek dookoła nic mu nie mówiła. Nie było już saxo, peu­ge­otów 206, gol­fów. Same dziwne modele o kształ­tach jak z kloc­ków Lego, w żywych kolo­rach, z dzi­wacz­nymi tabli­cami reje­stra­cyj­nymi.

Mimo obrzy­dze­nia chwy­cił za ogon dwa ptaki, które upa­dły na maskę mer­ce­desa, i poło­żył je na ziemi. W miej­scach ude­rzeń bla­cha była wgnie­ciona. Zaj­rzał do bagaż­nika: pusto. Usiadł za kie­row­nicą i spoj­rzał na swoje odbi­cie w lusterku. Wciąż był w cięż­kim szoku. Zmarszczki, sre­brzy­sty zarost na policz­kach. W jed­nej chwili się posta­rzał. O dwa­na­ście lat. Jakby odbył bru­talną podróż w cza­sie, jak Marty McFly w Powro­cie do przy­szło­ści.

Sie­dząc w samo­cho­dzie, usi­ło­wał chwy­cić się jakie­goś wspo­mnie­nia: z nadzieją na déja vu popa­trzył na fotele. Na próżno. Odwią­zał sznu­rek, który miał na szyi, przyj­rzał się klu­czowi. Co to za klucz? Od drzwi wej­ścio­wych? Od jakiejś skrzynki?

W schowku zna­lazł latarkę, żarówki i paczkę papie­ro­sów. Wyjął jed­nego, pową­chał i w zamy­śle­niu wetknął sobie w usta. Wypluł go z obrzy­dze­niem, ale tytoń pozo­sta­wił na jego języku zna­jomy smak. To zna­czy, że palił. Od kiedy?

Włą­czył sil­nik i skie­ro­wał się do wyjazdu z par­kingu - nie był w sta­nie omi­jać chru­pią­cych pod kołami samo­chodu pta­sich tru­cheł - a zna­la­zł­szy się na dro­dze pro­wa­dzą­cej wąską doliną, ruszył pro­sto na połu­dnie. Spoj­rzał na tonące w chmu­rach czarne szczyty i strome zbo­cza. Nic się nie zmie­niło, urwi­ska i lasy odpo­wia­dały obra­zom zgro­ma­dzo­nym w jego pamięci. Roz­po­znał zapa­chy sosen i wil­got­nej gleby: to go uspo­ko­iło.

Gdy uje­chał kilo­metr, jego oczom uka­zał się nie­sa­mo­wity widok pta­ków tań­czą­cych na nie­bie. A więc to jest ta słynna kolo­nia szpa­ków! No, teraz już tro­chę pomniej­szona. Przy­glą­dał się figu­rom, w jakie ukła­dały się zwie­rzęta - cza­sem zwar­tym, cza­sem roz­cią­gnię­tym - w pew­nym momen­cie miał wra­że­nie, że widzi pul­su­jące serce.

I wtedy tra­fił na posu­wa­jący się wolno trzy­dzie­sto­me­trowy sznur samo­cho­dów. Zro­zu­miał, co się dzieje: poni­żej, na brzegu Arve, dostrzegł grupkę gesty­ku­lu­ją­cych ludzi w mun­du­rach. Żan­darmi. Z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wał, nie był w sta­nie ich roz­po­znać. Chłopcy roz­ło­żyli biały namiot, by ukryć coś przed wzro­kiem cie­kaw­skich. Zwa­żyw­szy na zasto­so­wane środki, musiało cho­dzić o zwłoki. Trup w Sagas.

Gabriel mocno zaci­snął dło­nie na kie­row­nicy. Od razu wyobra­ził sobie Julie leżącą na antra­cy­to­wych oto­cza­kach, z obrzmiałą białą twa­rzą jak u topielca. Wresz­cie ją zna­leźli. Mar­twą. Jego córkę. Wci­snął klak­son, nie­bez­piecz­nie wyprze­dził kilka samo­cho­dów, po czym gwał­tow­nie skrę­cił, ocie­ra­jąc się o barierki. Ale musiał wie­dzieć.

Droga wiła się stro­mym zbo­czem. Dalej maja­czył cień Sagas, jakby osa­dzo­nego w skal­nym gnieź­dzie. Beto­nowe gminne mia­sto, niecka zanie­czysz­czona przez nie­prze­rwany ruch cię­ża­ró­wek na auto­stra­dzie A40. Miesz­kańcy sąsied­nich miej­sco­wo­ści - oraz eskor­to­wani przez żan­dar­mów więź­nio­wie - przy­jeż­dżali tam jedy­nie do leka­rza lub do pracy. Szpi­tal, ostat­nia oznaka cywi­li­za­cji przed Lyonem, był obok zakładu kar­nego naj­więk­szym pra­co­dawcą w doli­nie.

Skrę­cił w pierw­szy zjazd z ronda, na któ­rym stał drew­niany posąg niedź­wie­dzia - mimo że żad­nego niedź­wie­dzia ni­gdy w oko­licy nie było, o czym Gabriel dosko­nale wie­dział - wje­chał na kamienny wia­dukt i ruszył w kie­runku, z któ­rego przy­je­chał, jed­nak dru­gim brze­giem Arve, drogą gminną pro­wa­dzącą do zakładu uty­li­za­cji odpa­dów. Rów­nież tutaj leżało mnó­stwo mar­twych pta­ków, a setki tysięcy żywych wiro­wały nad jego głową, wyda­jąc z sie­bie ostre piski przy­po­mi­na­jące odgłos, jaki powstaje przy pocie­ra­niu o sie­bie dwóch kawał­ków szkła. Gło­śno, ze wszyst­kich sił pomo­dlił się, by ciało wyrzu­cone przez rzekę nie nale­żało do jego córki.

6

Zoba­czył co naj­mniej cztery samo­chody żan­dar­me­rii, nie licząc zgrab­nych fur­go­ne­tek tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki. Prze­je­chał przez otwartą bramę i zapar­ko­wał obok nich. Wiel­kimi susami wbiegł mię­dzy kolo­rowe hałdy i jego serce zaczęło walić jak sza­lone. Szybko się zmę­czył i zaczął dyszeć, tak że musiał zwol­nić. Dwa tysiące dwu­dzie­sty... Kurwa, pięć­dzie­siąt pięć lat!

Spo­mię­dzy drzew wyszła kor­pu­lentna kobieta na krót­kich nogach i bojo­wym kro­kiem ruszyła w jego stronę.

- Żan­dar­me­ria Naro­dowa. Prze­pra­szam pana, ale tutaj nie można wcho­dzić. Jest pan na tere­nie...

Nie dokoń­czyła zda­nia, tylko schy­liła głowę, nagle poj­mu­jąc zna­cze­nie słowa "duch", któ­rego wcze­śniej użył jej ojciec.

- Gabriel?

- Nie­moż­liwe... Louise? Louise Lacroix?

Nie była już upartą sie­dem­na­sto­let­nią lice­alistką, bun­tow­niczką z roz­czo­chra­nymi wło­sami i wyzy­wa­ją­cym maki­ja­żem, ale kobietą z dłu­gim war­ko­czem i peł­nymi policz­kami, ubraną w mun­dur żan­dar­me­rii ze spodniami wpusz­czo­nymi w solidne wypa­sto­wane glany. Louise została żan­darmką? Gabriel nie mógł w to uwie­rzyć. Począt­kowo wyglą­dała na tak samo zszo­ko­waną jak on, ale po chwili się pozbie­rała.

- Co ty tu robisz? - zapy­tała zde­cy­do­wa­nie nie­przy­ja­znym tonem.

Gabriel nie wie­dział, co powie­dzieć. W jego umy­śle nakła­dały się na sie­bie dwie Louise. Wycią­gnął szyję. Mię­dzy drze­wami poja­wiały się i zni­kały nie­bie­skie kurtki żan­dar­mów.

- Jecha­łem drogą i zoba­czy­łem mun­dury. Co się dzieje?

Louise, która stała z rękami w kie­sze­niach, wsu­nęła brodę za koł­nierz kurtki.

- Nie jestem upo­waż­niona do udzie­la­nia infor­ma­cji.

- Nie jesteś upo­waż­niona? Żar­tu­jesz?

- Jeśli chcesz się spo­tkać z moim ojcem, wybra­łeś nie naj­lep­szy moment. Wierz mi, nie jest w nastroju. Ptaki, zwłoki i dzien­ni­karz, który nie chce się odcze­pić. Nie mogę cię prze­pu­ścić. Przyjdź póź­niej na poste­ru­nek.

- Louise, nie kpij sobie ze mnie. To Julie? To jej ciało?

Ponie­waż nie odpo­wie­działa, posta­no­wił iść dalej. Spró­bo­wała zagro­dzić mu drogę, ale odsu­nął ją sta­now­czym gestem. Za szpa­le­rem jodeł było widać wię­cej: kamie­ni­ste brzegi, czarno-czer­wone plamy po roz­trza­ska­nych szpa­kach, szybki nurt rzeki, led­wie widoczny we mgle wia­dukt, a powy­żej stado pta­ków. Po pra­wej, w pobliżu namiotu, uwi­jała się grupka ludzi. Z miej­sca, w któ­rym stał, widział leżący na ziemi kształt. Goście w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach roze­brali ciało i wsu­nęli jego dło­nie do prze­zro­czy­stych tore­bek. Kiedy Gabriel zauwa­żył jaskra­wo­białe kobiece piersi, zro­biło mu się nie­do­brze.

Po oży­wio­nej wymia­nie zdań z Louise Paul Lacroix roz­pro­sto­wał potężne ciel­sko i ruszył jej z odsie­czą. Potężny ojciec drob­nej córki. Zanim Gabriel zoba­czył jego twarz, zauwa­żył, że Paul kro­czy jak kukła. Każde nowe spo­strze­że­nie było dla niego jak cios pię­ścią w twarz. Dawny kolega, szczu­pły czter­dzie­sto­la­tek o pro­filu wycio­sa­nym z naj­lep­szej skały, poru­szał się teraz z wdzię­kiem brną­cego w mule bul­do­żera. Jego nie­gdyś czarne, krę­cone włosy były teraz szare, rzad­kie i led­wie pofa­lo­wane. Mimo pago­nów na mun­du­rze świad­czą­cych o awan­sie do szarży kapi­tana była to popsuta wer­sja Paula, z któ­rym roz­stał się prze­cież poprzed­niego dnia. Jak można się do tego stop­nia zmie­nić w ciągu dwu­na­stu lat?

- Co ty tu robisz?

Taka sama nie­chęć jak u jego córki. Gabriel przyj­rzał się zwró­co­nym w jego stronę twa­rzom żan­dar­mów, któ­rzy nagle umil­kli. Wszy­scy mło­dzi, o wro­gich spoj­rze­niach. Poza cho­rą­żym Mar­ti­nim nie roz­po­znał nikogo. Gdzie się podziali jego kole­dzy, Solenne i reszta?

- Nie mów mi, że to ona. Nie mów, że to moja córka.

Paul otak­so­wał go wzro­kiem, jakby on także zoba­czył w nim innego czło­wieka. Naj­lepsi kole­dzy, wycho­wani na jed­nej ulicy, razem w gim­na­zjum i liceum. Zaprzy­jaź­nili się, przez dwa­dzie­ścia lat dzie­ląc jeden pokój i dwa razy w tygo­dniu cho­dząc na kawę do lokal­nej kafejki. Teraz jed­nak stali naprze­ciwko sie­bie jak obcy ludzie.

- Nie wia­domo. Rysy twa­rzy są nie­roz­po­zna­walne, poza tym... w ciągu dwu­na­stu lat czło­wiek się zmie­nia. W tej chwili wiemy tylko, że cho­dzi o kobietę około trzy­dziestki, która wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa została zgwał­cona. Wię­cej nie mogę ci powie­dzieć. W kost­nicy pobiorę próbki DNA i od razu prze­ślę je do naszego labo­ra­to­rium.

- Chcę zoba­czyć ciało.

- Nie.

- Paul, słu­chaj, stało się coś nie­zro­zu­mia­łego. Wczo­raj prze­glą­da­li­śmy razem fak­tury za tele­fon Julie, prze­słu­chi­wa­li­śmy ludzi. Wie­czo­rem posze­dłem do hotelu Fala­ise, żeby zoba­czyć spis gości. Psia­krew, powiedz mi, że pamię­tasz!

- Nie, nie bar­dzo. I to na pewno nie było wczo­raj. Ani w zeszłym roku. Ani nawet pięć lat temu.

- Dla mnie to było wczo­raj! W nocy na moich oczach te ptaki spa­dają na par­king, na samo­chody, jakieś sza­leń­stwo. Wszy­scy wycho­dzą ze swo­ich pokoi. Potem czarna dziura. A rano budzę się łysy z gębą pięć­dzie­się­cio­latka. Ktoś mi mówi, że jest dwa tysiące dwu­dzie­sty rok. Twoja córka posta­rzała się o dwa­na­ście lat, ty rów­nież. Nic z tego nie rozu­miem, wierz mi, to jest dla mnie kurew­sko trudny dzień. Więc pozwól mi zoba­czyć to ciało.

Paul ski­nął w stronę dwójki żan­dar­mów.

- Tego pana nie powinno tutaj być. Odpro­wadź­cie go do jego auta.

Gabriel usi­ło­wał przejść mimo to. Kiedy jeden z funk­cjo­na­riu­szy chciał go zła­pać za nad­gar­stek, ode­pchnął go ze zło­ścią.

- Pro­szę mnie nie doty­kać. Jestem człon­kiem tej bry­gady. Tak samo, kurwa, jak pan!

Pod­bie­gli inni męż­czyźni i zdo­łali go okieł­znać. Gabriel nie miał już sił, by się wyry­wać: ener­gia uszła z niego jak powie­trze z dziu­ra­wej opony. Paul sta­nął przed nim, tak że ich twa­rze dzie­liło dzie­sięć cen­ty­me­trów.

- Nie wiem, co wcią­ga­łeś albo piłeś, ale nie zmu­szaj mnie do zasto­so­wa­nia pro­ce­dur. Nie jesteś tu już mile widziany. Wynoś się z tego mia­sta.

Odwró­cił się na pię­cie i pod­szedł do zwłok. Gabriela odpro­wa­dzono na par­king i dopil­no­wano, by wsiadł do samo­chodu. Nie pozwo­lili mu podejść do miej­sca zbrodni, wygo­nili go: jego, kolegę z bry­gady. Gabriel widział nie­na­wiść w oczach Paula, wyrzut w spoj­rze­niu Louise. Co się wyda­rzyło? A przede wszyst­kim - kiedy?

Gdy wjeż­dżał mer­ce­de­sem na most, trzę­sły mu się ręce, a pod czaszką pul­so­wała krew. Utwo­rzony przez kolo­nię pta­ków gigan­tyczny kształt na nie­bie, czarny jak otchłań, roz­sze­rzał się i kur­czył. Gabrie­lowi zakrę­ciło się od tego w gło­wie. Za ron­dem minął maga­zyny i prze­je­chał jesz­cze dwa kilo­me­try. Jego mózg wypeł­niało brzę­cze­nie owa­dów. Zamknął oczy, otwo­rzył je, zoba­czył jadący z naprze­ciwka samo­chód i szybko skrę­cił kie­row­nicą. Zapar­ko­wał na pobo­czu i gwał­tow­nie otwo­rzył drzwi. Prze­szedł po tra­wie jakieś dzie­sięć metrów, zata­cza­jąc się, trzy­ma­jąc dło­nie przy szyi, jakby chciał roz­wią­zać nie­wi­doczny sza­lik.

Zatrzy­mał się jakiś samo­chód.

- Coś nie tak? - zapy­tał kie­rowca, pod­bie­ga­jąc do niego.

Gabriel chwy­cił go za ramię.

- Szpi­tal... Niech mnie pan zawie­zie do szpi­tala.

7

Czeka­jąc na rezo­nans magne­tyczny na oddziale neu­ro­lo­gicz­nym, na dru­gim pię­trze szpi­tala w Sagas, Gabriel uświa­do­mił sobie, że nie ma obrączki z bia­łego złota, którą od dwu­dzie­stego pią­tego roku życia nosił na palcu ser­decz­nym. Zna­la­zł­szy się w tubie, spa­ni­ko­wał i trzeba było kilku podejść, zanim udało się zro­bić zdję­cia jego mózgu. Po ósmej wie­czo­rem, po nie­koń­czą­cej się serii badań, umiesz­czono go wresz­cie w spo­koj­nej sali i zaser­wo­wano posi­łek na bazie nie­moż­li­wych do ziden­ty­fi­ko­wa­nia warzyw.

Nikt jesz­cze nie przy­szedł, żeby z nim poroz­ma­wiać: naj­pierw bada­nia. Pro­wa­dzono go z jed­nej pra­cowni do dru­giej. Z jego doku­men­ta­cji medycz­nej wyni­kało, że raz leczył się w szpi­talu Lille w związku z dys­ko­pa­tią. Lille? Co on robił na pół­nocy? Nic poza matką nie łączyło go z tym regio­nem. Co cie­kawe, stra­cił wspo­mnie­nia z dwu­na­stu lat, ale potra­fił wyre­cy­to­wać z pamięci numer swo­jego ubez­pie­cze­nia. Sys­tem Ameli obsłu­gu­jący ubez­pie­cze­nia zdro­wotne prze­cho­wy­wał jego dane. A zatem w roku dwa tysiące dwu­dzie­stym Gabriel Moscato ist­niał.

Umiesz­czono go na oddziale opieki krót­ko­ter­mi­no­wej. Usiadł na łóżku i obej­rzał prawe przed­ra­mię, prze­su­nął dło­nią po bia­łych śla­dach. Według jed­nej z pie­lę­gnia­rek była to pozo­sta­łość po lase­ro­wym usu­nię­ciu tatu­ażu. Przy­glą­da­jąc się uważ­nie, mógł jesz­cze odróż­nić litery, które ukła­dały się w słowo "Julie". Wydzia­rał sobie imię córki, a potem je wyma­zał. Chwy­cił się obu­rącz za głowę. Wario­wał od tej nie­wie­dzy.

Wybrał numer tele­fonu sta­cjo­nar­nego matki. Czuł potrzebę kon­taktu z rodziną. Ode­brał jakiś nie­zna­jomy, który wyja­śnił mu, że przed czte­rema laty odku­pił dom i jeśli dobrze pamięta, poprzed­nia wła­ści­cielka mieszka w jakimś domu seniora, nie wie­dział jed­nak gdzie.

Odło­żył słu­chawkę: nagle stała się ciężka jak z oło­wiu. Matka musiała mieć osiem­dzie­siąt jeden lat. Po śmierci ojca Gabriela nie chciała opu­ścić swo­jego domku na pery­fe­riach Douai. "Umrę tutaj", powta­rzała. Dla­czego musiała zmie­nić zda­nie? Z powodu pogor­sze­nia stanu zdro­wia? Czy w ogóle jesz­cze żyje? Czy może Gabriel już prze­żył jej śmierć i będzie musiał się z nią skon­fron­to­wać po raz drugi?

Przez dłuż­szy czas trwał w bez­ru­chu. Oczami duszy widział matkę w swoim domu w Albion, w pokoju gościn­nym. Przy­je­chała z pół­nocy Fran­cji ze sta­rymi tor­bami, by ich wes­przeć po zagi­nię­ciu Julie. Pomo­gła Corinne nie popaść w cał­ko­witą roz­pacz, pod­czas gdy on poru­szał niebo i zie­mię, by odna­leźć córkę. To było dwa tygo­dnie temu. Nie, dwa­na­ście lat temu.

Powlókł się do okna. Na zewnątrz świa­tła Sagas migo­tały jak zmę­czone gwiazdy. Patrząc na zachód, na pod­sta­wie linii pro­stych i roz­miesz­cze­nia lamp można było roz­po­znać zabu­do­wa­nia zakładu kar­nego z wie­życz­kami straż­ni­czymi, w któ­rych czu­wały uzbro­jone cie­nie. Inne świa­tła lśniły na gór­skich zbo­czach jak zagu­bione w prze­strzeni bursz­ty­nowe punk­ciki.

Jeden z tych punk­tów, na samej górze, to był jego dom. Dom, w któ­rym uro­dziła się i wycho­wała Julie. W któ­rym od sie­dem­na­stu lat - nie, teraz już od dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu - miesz­kał z Corinne. Doliny nikt nie lubił, ale tak naprawdę nikt się z niej nie wypro­wa­dzał. Reszta świata była za daleko. Ludzie kisili się i sta­rzeli, uwię­zieni w obję­ciach jej sza­rych ścian. "Wynoś się z tego mia­sta", wark­nął na niego Paul. Ostry głos kolegi wciąż roz­brzmie­wał w uszach Gabriela.

Weszła pie­lę­gniarka, żeby spraw­dzić, czy wszystko z nim w porządku. Tak, na zewnątrz wszystko było w porządku. Ale w środku pano­wało spu­sto­sze­nie jak po przej­ściu hura­ganu. W jego gło­wie raz po raz wyświe­tlał się obraz zwłok leżą­cych na brzegu w oto­cze­niu mar­twych pta­ków, obraz bia­łych piersi, które mogły być pier­siami jego córki. Cier­piał na myśl, że jego córka może mieć dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, że mogła prze­żyć dwa­na­ście dłu­gich lat bez niego i matki. Jeśli to było jej ciało, to gdzie się podzie­wała przez cały ten czas? Przez co prze­szła? A jeżeli to zwłoki nie­zna­jo­mej kobiety, to gdzie jest jego córka?

Gabriel podra­pał się po nie­ist­nie­ją­cym tatu­ażu. Julie, choć nie­obecna, była tu, wyryta w jego skó­rze. Wyobra­ził sobie, jak wcho­dzi do gabi­netu spe­cja­li­sty i prosi o wywa­bie­nie imie­nia córki. Czło­wiek usuwa tatu­aże, żeby zane­go­wać, zapo­mnieć, posta­wić krzy­żyk na prze­szło­ści - wtedy, gdy ogień, który pchnął go do wysta­wie­nia się na ból wbi­ja­nej pod skórę igły z tuszem, ucichł.

8

Auten­tycz­nie się ucie­szył, kiedy przy­szedł neu­ro­log. Dok­tor Zulan, dry­blas około czter­dziestki w oku­la­rach w drew­nia­nej opra­wie, usiadł na skraju jego łóżka. Prze­kart­ko­wał doku­men­ta­cję przy­piętą do barierki, po czym prze­niósł wzrok na pacjenta.

- Jak się pan czuje?

- Staro.

Lekarz prze­lot­nie się uśmiech­nął.

- Kar­dio­log widział pana wyniki. EKG, echo serca i ogólne para­me­try są w nor­mie, od tej strony wszystko jest w porządku. Jeśli cho­dzi o bada­nia neu­ro­lo­giczne, rów­nież nie widzę żad­nych nie­pra­wi­dło­wo­ści. Na pod­sta­wie obja­wów, które pan opi­sał na izbie przy­jęć, od razu pomy­śla­łem o AIT, prze­mi­ja­ją­cym ataku nie­do­krwien­nym. To coś w rodzaju mikro­udaru, któ­rego przy­czyną jest nagłe zatrzy­ma­nie krą­że­nia w jakiejś czę­ści mózgu. W zależ­no­ści od tego, w któ­rej czę­ści mózgu doszło do AIT, może się on obja­wiać para­li­żem koń­czyny, zabu­rze­niami widze­nia, rów­no­wagi albo, jak w pań­skim przy­padku, amne­zją. Dla­tego zle­ci­łem rezo­nans. Ale niczego nie zna­la­złem, co jest raczej pocie­sza­jące, ponie­waż AIT czę­sto jest zwia­stu­nem udaru. Pozo­stają zatem dwa tropy... - Zulan szybko zer­k­nął na tele­fon komór­kowy, który trzy­mał w dłoni, i wró­cił do pacjenta. - Pierw­szy to udar amne­styczny, czyli cało­ściowa amne­zja, która może wyma­zać wspo­mnie­nia z okresu wielu mie­sięcy czy nawet lat. Może się przy­da­rzyć każ­demu i w każ­dym momen­cie, nie mamy na to nauko­wego wyja­śnie­nia. Najczę­ściej dotyka osoby powy­żej pięć­dzie­sią­tego roku życia, a więc jest pan dobrym kan­dy­da­tem. Zasad­ni­czo taka utrata pamięci trwa od czte­rech do ośmiu godzin. W tym okre­sie pacjent jest zdez­o­rien­to­wany i z tru­dem przy­swaja nowe wspo­mnie­nia. W kółko powta­rza te same pyta­nia: Kim jesteś? Kim ja jestem?

- To nie mój przy­pa­dek. Mogę panu dokład­nie opi­sać prze­bieg tego dnia od samego rana. Pro­ble­mem nie jest to, co było póź­niej, ale to, co się zda­rzyło przed­tem.

- I dla­tego skła­niam się ku dru­giej hipo­te­zie. I nie­stety nie jest ona naj­ra­do­śniej­sza.

- Dok­to­rze, pro­szę...

- Zdzi­wiło mnie to pana nie­wia­ry­godne wra­że­nie cią­gło­ści cza­so­wej. Odle­gła prze­szłość wyska­kuje nagle, jakby dopiero co się wyda­rzyła. Gdyby popy­tać przy­pad­ko­wych ludzi, nikt nie będzie umiał powie­dzieć, co robił przed dwoma tygo­dniami, a co dopiero dwa­na­ście lat temu! A jed­nak w obu wypad­kach więk­szość rze­czy znaj­duje się tutaj, jest prze­cho­wy­wana w któ­rejś czę­ści mózgu. Wspo­mnie­nia mogą być tro­chę poszat­ko­wane albo już nie do końca odpo­wia­dać rze­czywistości, ale gdzieś są, roz­pro­szone, przy­cza­jone, cze­kają na oży­wie­nie. Tylko albo nie wiemy, jak je odna­leźć, albo nie czu­jemy takiej potrzeby, ponie­waż są bez­u­ży­teczne, nie­cie­kawe. - Zauwa­żył, że Gabriel wpa­truje się w jego nowo­cze­sny tele­fon, więc scho­wał go do kie­szeni. - U pana powstał mecha­nizm, który usta­no­wił pomost pomię­dzy pana życiem z kwiet­nia dwa tysiące ósmego roku a dzi­siej­szym, zasła­nia­jąc przy tym wszyst­kie zda­rze­nia, zara­zem oso­bi­ste, jak i seman­tyczne, które roze­grały się w ciągu ostat­nich dwu­na­stu lat.

- Seman­tyczne?

- Mam na myśli zapa­mię­ty­wa­nie infor­ma­cji pocho­dzą­cych ze świata zewnętrz­nego. Pamięta pan Sar­kozy'ego, ale nie Macrona. Nazwa Czar­no­byl coś panu mówi, ale nie wie pan nic o kata­stro­fie nukle­ar­nej, do któ­rej doszło w Japo­nii. Nie pamięta pan też, że nie żyją Michael Jack­son i Whit­ney Houston.

Każde słowo neu­ro­loga brzmiało dla Gabriela jak atak. Sie­dział bez ruchu, nie był w sta­nie zoba­czyć dna tej prze­pa­ści.

- Innymi słowy, utknął pan w tym hote­lo­wym pokoju, w któ­rym zasnął pan w noc z dzie­wią­tego na dzie­sią­tego kwiet­nia dwa tysiące ósmego roku. Został pan uwię­ziony w prze­szło­ści.

- Jak to moż­liwe? I dla­czego mi się to przy­tra­fiło?

- Jak dla mnie wszystko wska­zuje na to, że cierpi pan na zabu­rze­nie, które w naszym żar­go­nie nazy­wamy aty­pową amne­zją psy­cho­genną. Jest nie­sły­cha­nie rzadka, pew­nie rów­nie rzadka jak deszcz mar­twych szpa­ków, a jed­nak się zda­rza. Ude­rza w oba rodzaje pamięci, o któ­rych panu mówi­łem. Jak więk­szość pozo­sta­łych amne­zji oszczę­dza pamięć pro­ce­du­ralną, czyli ruchową: jeżeli na przy­kład w ciągu ostat­nich dwu­na­stu lat nauczył się pan jeź­dzić na rowe­rze albo pły­wać, to pan tego nie zapo­mni. Ni­gdy nie spo­tka­łem się z tą jakże spek­ta­ku­larną odmianą amne­zji, ale przy­padki podobne do pań­skiego ist­nieją. - Wyjął z kie­szeni kilka zło­żo­nych kar­tek i podał Gabrie­lowi. - Wydru­ko­wa­łem panu kilka arty­ku­łów z sieci.

- Z jakiej sieci?

- Prze­pra­szam, z inter­netu. To prawda, w dwa tysiące ósmym inter­net nie był jesz­cze aż takim cen­trum świata. Dziś w sieci jest wszystko i wszystko jest ze sobą połą­czone. Tele­fony, kom­pu­tery, tele­wi­zory. Ludzie na ulicy wyglą­dają, jakby mówili do sie­bie, ale to dla­tego, że roz­ma­wiają przez słu­chawki połą­czone z tele­fo­nem. Można wręcz powie­dzieć, że nasz świat stresz­czają teraz cztery litery: GAFA. Google, Apple, Face­book i Ama­zon.

Ama­zon. Nazwa nie­wiele Gabrie­lowi mówiła. Prze­lot­nie zer­k­nął na kartki. Neu­ro­log kon­ty­nu­ował:

- W dwa tysiące pięt­na­stym roku Naomi Jacobs, lat trzy­dzie­ści dwa, obu­dziła się pew­nego ranka w skó­rze pięt­na­sto­latki. Zapo­mniała sie­dem­na­ście lat swo­jego życia.

- Sie­dem­na­ście lat!

- W swo­jej gło­wie cho­dziła jesz­cze do liceum, miesz­kała z rodzi­cami. Stu­dium opu­bli­ko­wane we wrze­śniu dwa tysiące sie­dem­na­stego opi­suje pięć­dzie­siąt trzy przy­padki prze­ba­dane na prze­strzeni pra­wie dwu­dzie­stu lat w lon­dyń­skim Saint Tho­mas Hospi­tal. Ludzi, u któ­rych, tak jak u pana, doszło do pomi­nię­cia całego wycinka ich życia. Nie ist­nieje medyczne wytłu­ma­cze­nie tego zja­wi­ska, jest ono czy­sto psy­chiczne: jest to spo­sób na ucieczkę od jakichś nie­moż­li­wych do znie­sie­nia fak­tów, od trau­ma­tycz­nych zda­rzeń. Od cze­goś nie­sły­cha­nie bole­snego, co w okre­ślo­nym momen­cie pań­skiego życia skło­niło pana umysł do zatrza­śnię­cia drzwi, żeby pana ochro­nić.

Zdjął oku­lary i prze­tarł szkła ście­reczką. Z wyglądu przy­po­mi­nał Gabrie­lowi dok­tora Gre­ena z Urgen­ces: nie prze­pu­ścił ani jed­nego odcinka tego serialu.

- Pie­lę­gniarki opo­wie­działy mi o pań­skiej córce. Skoń­czy­łem stu­dia w Lyonie, ale o spra­wie było bar­dzo gło­śno w mediach. Julie Moscato, zagi­niona w Sagas. Przy­kro mi, że muszę o tym wspo­mnieć, ale myślę, że może ist­nieć jakiś zwią­zek... Zda­rze­nie, które wywo­łało amne­zję, może być powią­zane z tą tra­ge­dią, która wtedy panem wstrzą­snęła. Ale to oczy­wi­ście tylko jedna z wielu hipo­tez.

Mimo prze­ra­ża­ją­cej otchłani, która zda­wała się otwie­rać pod jego sto­pami, Gabriel widział maleń­kie świa­tełko w tunelu: nie cierpi na żadną cho­robę neu­ro­de­ge­ne­ra­cyjną ani nie zwa­rio­wał. Jego przy­pa­dłość ma swoją nazwę.

- Kiedy odzy­skam pamięć?

- Co do tego nie ma reguły i wolę być z panem szczery: rów­nie dobrze może to potrwać mie­siące, jak i lata. Nie­któ­rzy z opi­sa­nych cho­rych nie zdo­łali odzy­skać wspo­mnień. To naprawdę zależy od przy­padku, od kon­tek­stu, od głę­bo­ko­ści traumy. Musi pan jed­nak wie­dzieć, że hip­noza się tu nie spraw­dziła, nie ist­nieje też żadne lecze­nie far­ma­ko­lo­giczne. Nie­któ­rzy zale­cają psy­cho­te­ra­pię. Oso­bi­ście nie uwa­żam, żeby to mogło pomóc.

- Potrafi pan pod­nieść na duchu.

- Naj­waż­niej­sze są pana więzi z oto­cze­niem. Pana bli­scy i przy­ja­ciele są gwa­ran­tami pań­skiej pamięci. Byli przy panu przez te dwa­na­ście lat. Niech pan z nimi roz­ma­wia, słu­cha ich. Odpo­wie­dzi, któ­rych będą udzie­lać na pań­skie pyta­nia, mogą oży­wić wspo­mnie­nia i pomóc panu iść naprzód. Czy zdą­żył pan kogoś powia­do­mić?

- Jesz­cze nie. Moja matka nie mieszka już tam, gdzie powinna, do żony nie jestem w sta­nie się dodzwo­nić. Mój kolega, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, nie wyglą­dał na zachwy­co­nego moim wido­kiem. To wszystko stało się tak szybko...

- Tak czy owak, nie ma powodu, żeby pana prze­trzy­my­wać w szpi­talu, jutro zosta­nie pan wypi­sany. Dam panu jed­nak zwol­nie­nie z pracy. Zgod­nie z tym, co zgło­sił pan moim kole­gom, jest pan żan­dar­mem, lepiej więc będzie, jeśli weź­mie pan tydzień wol­nego i oszczę­dzi sobie dodat­ko­wego stresu. Czy ma pan dokąd pójść?

Wpa­tru­jąc się w pustkę, Gabriel dotknął palca ser­decz­nego lewej ręki.

- Tak, do sie­bie. Miesz­kam w Sagas.

- Mieszka pan w Sagas, a spał pan w hotelu?

- Tak, bo...

Zamie­rzał powie­dzieć, że spraw­dzał spis gości, ale zmie­nił zda­nie. Neu­ro­log miał rację: po co wró­cił do hotelu Fala­ise ponad dwa­na­ście lat po zagi­nię­ciu Julie? Co robił w tym ponu­rym miej­scu? W następ­stwie jakiego dra­matu po prze­bu­dze­niu nie pamię­tał całego wycinka swo­jego życia? O jakim trau­ma­tycz­nym zda­rze­niu mówił lekarz?

Wstał z łóżka i ruszył w stronę krze­sła, na któ­rym leżały jego ubra­nia.

- Nie zostanę tu i nie będę spo­koj­nie cze­kał na wschód słońca. Wra­cam do domu.

Zulan rów­nież wstał.

- Wiem, co pan czuje, ale odra­dzam. Ma pan za sobą bar­dzo wyczer­pu­jący dzień, uto­czy­li­śmy panu dużo krwi do badań. Byłoby lepiej, gdyby spę­dził pan spo­kojną noc pod obser­wa­cją i...

Gabriel pod­szedł do niego ze swe­trem w ręku.

- Nie rozu­mie pan, dok­to­rze. Jestem zamknięty w ciele innym niż to, które zna­łem. Dwa­na­ście lat mojego życia wypa­ro­wało. Mówią mi, że moja córka nie została odna­le­ziona, a prze­cież jestem jed­nym z żan­dar­mów zaan­ga­żo­wa­nych w śledz­two. Szlag mnie trafi, jeśli zostanę w tym pokoju choćby godzinę dłu­żej. Muszę zna­leźć odpo­wie­dzi.