Zbyt wiele i nigdy dość. Jak moja rodzina stworzyła najniebezpieczniejszego człowieka na świecie - Mary L. Trump

Kup ebooka

29.99 zł
26.99 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Mojej córce Avary

i

mojemu Tacie

 
 

Dusza ta pełna jest w cieniu, grzech łatwo się w niej rodzi.

Winnym nie ten, kto grzeszy, lecz kto ciemność roztacza.

 

Victor Hugo, Nędznicy[1]

 
 
 
OD AUTORKI

Spora część tej książki bazuje na moich własnych wspomnieniach. Opisując wydarzenia, w których nie uczestniczyłam, odwołuję się do rozmów i wywiadów z członkami mojej rodziny, przyjaciółmi rodziny, sąsiadami i znajomymi. Odtworzyłam niektóre dialogi. Korzystałam z tego, co sama zapamiętałam, oraz z relacji świadków. Rekonstruując te rozmowy, starałam się przede wszystkim oddać ich sens, a nie dosłowne cytaty. Sięgałam również do dokumentów prawnych, wyciągów bankowych, zeznań podatkowych, prywatnych dzienników, dokumentów rodzinnych, korespondencji tradycyjnej i e-mailowej, SMS-ów, zdjęć i innych danych.

Przedstawiając tło wydarzeń, korzystałam z "New York Timesa", szczególnie z artykułu śledczego autorstwa Davida Barstowa, Susanne Craig i Russa Buettnera, który opublikowano 2 października 2018 roku; z "Washington Post", "Vanity Fair" i "Politico"; ze strony internetowej muzeum TWA oraz z książki Normana Peale'a Moc pozytywnego myślenia. Informacje o Steeplechase Park czerpałam głównie ze strony internetowej Coney Island History Project, z "Brooklyn Paper" oraz artykułu Dany Schulz opublikowanego 14 maja 2018 roku na stronie 6sqft.com. Za uwagi o "epizodycznym człowieku" dziękuję Danowi P. McAdamsowi. Opisując historię rodziny Trumpów oraz jej interesy i domniemane przestępstwa, posiłkowałam się danymi z artykułów dziennikarzy. To m.in.: nieżyjący już Wayne Barrett oraz David Corn, Michael D'Antonio, David Cay Johnston, Tim O'Brien, Charles P. Pierce i Adam Serwer - jestem im wszystkim bardzo wdzięczna. Dziękuję również Gwendzie Blair, Michaelowi Kranishowi i Marcowi Fisherowi - dodam tylko, że mój tato zmarł w wieku czterdziestu dwóch, a nie czterdziestu trzech lat.

 
 
 
PROLOG

Zawsze lubiłam swoje nazwisko. Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku uczestniczyłam w obozach żeglarskich dla dzieci, wszyscy mówili do mnie po prostu "Trump"[2]. Napawało mnie to dumą. Jednak nie ze względu na władzę i bogactwo kojarzone z tym nazwiskiem (w tamtych czasach moją rodzinę znano jedynie na Brooklynie i w Queens), lecz dlatego, że coś w jego brzmieniu pasowało do mnie, twardej sześciolatki, która niczego się nie bała. W latach osiemdziesiątych, gdy byłam już na studiach, a wuj Donald zaczął oznaczać wszystkie swoje budynki na Manhattanie, moje odczucia wobec nazwiska Trump nieco się skomplikowały.

Trzydzieści lat później, 4 kwietnia 2017 roku, siedziałam w wagonie pociągu Amtrak zmierzającym do Waszyngtonu, gdzie miałam wziąć udział w rodzinnej kolacji zorganizowanej w Białym Domu. Dziesięć dni wcześniej dostałam e-mailowe zaproszenie na imprezę urodzinową mojej ciotki Maryanne, która dobiegała osiemdziesiątki, oraz ciotki Elizabeth, która kończyła siedemdziesiąt pięć lat. Ich młodszy brat Donald od stycznia urzędował w Gabinecie Owalnym.

Kiedy już wysiadłam na dworcu Union Station i omiotłam spojrzeniem charakterystyczny kopulasty sufit oraz czarno-białą marmurową podłogę, w drodze do wyjścia minęłam stoisko ulicznego handlarza, który sprzedawał zawieszone na sztaludze przypinki: moje nazwisko w czerwonym kółku przekreślone czerwonym paskiem i wkomponowane w napisy typu "DEPORTOWAĆ TRUMPA", "WYRZUCIĆ TRUMPA", "TRUMP TO SZARLATAN". Założyłam ciemne okulary i przyspieszyłam kroku.

Pojechałam taksówką do hotelu Trump International, w którym na tę jedną noc zgromadziła się moja rodzina. Zameldowałam się i przeszłam przez atrium, spoglądając na szklany sufit i błękitne niebo. Trzywarstwowe żyrandole zawieszone na głównej belce połączonych ze sobą łukowatych dźwigarów rzucały łagodne, miłe dla oka światło. Po jednej stronie sali znajdowały się ustawione w małych skupiskach fotele, sofy i kozetki - błękitne, jasnoniebieskie i kremowe - po drugiej stoliki i krzesła otaczające duży bar, gdzie później miałam się spotkać z bratem. Nie byłam tu nigdy wcześniej i sądziłam, że wystrój hotelu będzie krzykliwy i prostacki. Myliłam się.

Mój pokój również był gustownie urządzony. Wszędzie jednak widniało moje nazwisko umieszczone niemal na każdym przedmiocie: szampon TRUMP, odżywka TRUMP, kapcie TRUMP, czepek pod prysznic TRUMP, pasta do butów TRUMP, zestaw do szycia TRUMP, szlafrok TRUMP. Otworzyłam lodówkę, sięgnęłam po buteleczkę białego wina TRUMP i wlałam je do mojego Trumpowego gardła, by mogło przeniknąć do mojego Trumpowego krwiobiegu i dotrzeć do ośrodka przyjemności w moim Trumpowym mózgu.

Godzinę później spotkałam się z bratem Frederickiem Cristem Trumpem III, którego od dzieciństwa nazywałam po prostu Fritzem, oraz z jego żoną Lisą. Wkrótce dołączyli do nas pozostali uczestnicy przyjęcia: ciotka Maryanne, najstarsza spośród pięciorga dzieci Freda i Mary Trumpów i poważana sędzia federalnego sądu apelacyjnego; wuj Robert z dziewczyną, ulubieniec rodziny, który przez krótki czas był jednym z pracowników Donalda w Atlantic City, nim odszedł stamtąd w wyniku konfliktu na początku lat dziewięćdziesiątych; ciotka Elizabeth, środkowe dziecko Trumpów, oraz jej mąż Jim; kuzyn David Desmond (jedyne dziecko Maryanne i najstarszy wnuk Trumpów) z żoną; oraz kilkoro spośród najbliższych przyjaciół moich ciotek. Jedynym członkiem rodzeństwa, który nie mógł wziąć udziału w uroczystości, był mój ojciec Frederick Crist Trump Jr. Najstarszy syn Trumpów, nazywany przez wszystkim Freddym, zmarł ponad trzydzieści pięć lat wcześniej.

Gdy w końcu wszyscy byliśmy już razem, zameldowaliśmy się u agentów ochrony Białego Domu i wsiedliśmy do dwóch białych rządowych furgonetek niczym uniwersytecka drużyna lacrosse. Niektórzy spośród starszych członków rodziny mieli problemy z wejściem na strome stopnie. Nikt nie mógł się wygodnie usadowić na kanapach samochodu. Zastanawiałam się, dlaczego Biały Dom nie zechciał przysłać po moje ciotki choćby jednej limuzyny.

Gdy dziesięć minut później przystanęliśmy na podjeździe przy South Lawn (Południowy Trawnik), z budki strażniczej wyszło dwóch pracowników ochrony, którzy obejrzeli podwozie furgonetek i dopiero wtedy pozwolili nam przejechać przez frontową bramę. Po krótkiej przejażdżce zatrzymaliśmy się przy małym budynku ochrony przylegającym do Wschodniego Skrzydła i wysiedliśmy. Wchodziliśmy do środka jedno po drugim, w miarę jak wyczytywano nasze nazwiska, oddawano nasze torebki oraz telefony. Przeszliśmy przez bramkę z wykrywaczem metali.

Gdy byliśmy już we wnętrzu Białego Domu, szliśmy parami i trójkami przez długie korytarze obok okien wychodzących na ogrody i trawniki oraz obok naturalnej wielkości portretów byłych pierwszych dam. Zatrzymałam się przed portretem Hillary Clinton i stałam w bezruchu przez minutę. Zastanawiałam się ponownie, jak mogło do tego dojść.

Do niedawna nie miałam najmniejszego powodu, by przypuszczać, że kiedykolwiek odwiedzę Biały Dom, a już na pewno nie w takich okolicznościach. Sytuacja wydawała się po prostu surrealistyczna. Rozejrzałam się dokoła. Biały Dom był elegancki, okazały i majestatyczny, a ja miałam za chwilę po raz pierwszy od ośmiu lat spotkać się z wujem, człowiekiem, który tu mieszkał.

Wyszliśmy z cienistego korytarza na portyk okalający Ogród Różany i przystanęliśmy przed Gabinetem Owalnym. Przez drzwi balkonowe mogliśmy zobaczyć, że spotkanie wciąż trwa. Wiceprezydent Mike Pence stał z boku, ale spiker izby Paul Ryan, senator Chuck Schumer oraz kilkunastu kongresmenów i polityków zebrało się wokół Donalda, który siedział za biurkiem Resolute[3].

Ten obraz przywiódł mi na myśl jeden z ulubionych wybiegów biznesowych mojego dziadka: zawsze starał się, by petenci przychodzili do niego albo do biura na Brooklynie, albo do domu w Queens i stali przed jego obliczem, podczas gdy on siedział. Późną jesienią 1985 roku, dwanaście miesięcy po tym, jak zrobiłam sobie przerwę w nauce na Tufts University, stanęłam przed nim i poprosiłam o pozwolenie na powrót na uczelnię. Podniósł na mnie wzrok i oznajmił:

- To głupie. Po co chcesz to robić? Idź do jakiejś szkoły zawodowej i zostań recepcjonistką.

- Bo chcę zdobyć dyplom.

Powiedziałam to chyba z nutą irytacji, bo dziadek zmrużył oczy i patrzył na mnie przez moment tak, jakby chciał ocenić mnie na nowo. Wykrzywił jednak usta w pogardliwym uśmieszku, a potem się roześmiał. - To paskudne - stwierdził.

Kilka minut później spotkanie dobiegło końca.

 

Gabinet Owalny był mniejszy, a zarazem mniej kameralny, niż sobie wyobrażałam. Kuzyn Eric i jego żona Lara, której nigdy wcześniej nie spotkałam, stali tuż przy drzwiach, przywitałam ich więc, mówiąc: - Cześć, Eric. Jestem twoją kuzynką Mary.

- Oczywiście wiem, kim jesteś - odparł.

- Cóż, minęło sporo czasu - zauważyłam. - Kiedy się ostatnio widzieliśmy, chodziłeś chyba jeszcze do szkoły średniej.

- Pewnie tak - przyznał, wzruszając ramionami. Odszedł wraz z Larą, nie przedstawiwszy nas sobie. Rozejrzałam się dokoła. W międzyczasie dołączyli do nas Melania, Ivanka, Jared i Donny. Wszyscy stali obok Donalda, który nadal siedział za biurkiem. Mike Pence wciąż czaił się pod drugiej stronie pokoju z niewyraźnym uśmiechem na twarzy, niczym przyzwoitka, której wszyscy starają się unikać.

Przez chwilę wpatrywałam się w niego, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, lecz on ani razu nie spojrzał w moją stronę.

- Proszę wszystkich o uwagę - przemówiła donośnym, pogodnym głosem fotografka z Białego Domu, drobna młoda kobieta w ciemnym spodnium. - Zbierzmy się wszyscy w jednym miejscu, żebym mogła zrobić zdjęcie, zanim przejdziemy na górę.

Kazała nam otoczyć Donalda, który wciąż nie wstał zza biurka.

Kobieta podniosła aparat:

- Trzy, dwa, jeden, uśmiech - powiedziała.

Kiedy już sesja zdjęciowa dobiegła końca, Donald wreszcie wstał i wskazał na oprawioną czarno-białą fotografię mojego dziadka ustawioną na stole obok jego biurka.

- Maryanne, czy to zdjęcie taty nie jest doskonałe?

Taka sama fotografia stała na stoliku w bibliotece w domu moich dziadków. Przedstawiała dziadka jako młodego jeszcze mężczyznę o rzedniejących, ciemnych włosach, wąsach i władczym spojrzeniu, które nie traciło swej mocy do czasu, gdy górę wzięła starcza demencja. Wszyscy widzieliśmy fotografię tysiące razy.

- Może powinieneś mieć też zdjęcie mamy - zasugerowała Maryanne.

- Świetny pomysł - odparł Donald, jakby nigdy wcześniej nawet nie przeszło mu to przez myśl. - Niech ktoś dostarczy mi zdjęcie mamy.

Spędziliśmy w Gabinecie Owalnym jeszcze kilka minut, zasiadając po kolei za biurkiem Resolute. Mój brat zrobił mi zdjęcie, a gdy je później oglądałam, zauważyłam wizerunek mojego dziadka unoszący się za mną niczym duch.

Przewodnik po Białym Domu dołączył do nas przed Gabinetem Owalnym, razem poszliśmy do rezydencji prezydenta na piętrze, rozpoczynając zwiedzanie budowli, po którym miała się odbyć rodzinna kolacja. Najpierw przeszliśmy do Sypialni Lincolna, gdzie ze zdumieniem ujrzałam nadjedzone jabłko leżące na stoliku nocnym. Gdy przewodnik opowiadał nam, co się działo tutaj na przestrzeni lat, Donald co jakiś czas komentował: - To miejsce nie wyglądało lepiej od czasów, gdy mieszkał tu George Washington.

Przewodnik był zbyt uprzejmy, by zauważyć głośno, że budynek oddano do użytku dopiero po śmierci Washingtona. Cała grupa ruszyła potem w głąb korytarza, w stronę Pokoju Traktatowego i jadalni.

Donald stał przy drzwiach i witał wchodzących. Dotarłam do niego jako jeden z ostatnich gości. Wcześniej nie miałam jeszcze okazji zamienić z nim choćby słowa, więc na mój widok wyraźnie się zdziwił, wskazał na mnie palcem i powiedział:

- Szczególnie zależało mi na tym, żebyś właśnie ty się tutaj pojawiła.

Często wygłaszał tego rodzaju uwagi, by zaskarbić sobie sympatię ludzi, i zawsze potrafił zręcznie dopasować komentarz do sytuacji, co było tym bardziej imponujące, że nie mówił wcale prawdy, o czym dobrze wiedziałam. Rozłożył szeroko ramiona i po raz pierwszy w życiu mnie uściskał.

Gdy weszłam do jadalni, od razu oczarowała mnie uroda tego miejsca: ciemne, idealnie wypolerowane drewno, olśniewająca oprawa, pięknie kaligrafowane litery na kartach z nazwiskami i jadłospisach (sałatka z sałaty lodowej, purée ziemniaczane - podstawowe dania w domu rodzinnym Trumpów - i stek z polędwicy wołowej). Zwróciłam również uwagę na rozmieszczenie gości. W mojej rodzinie zawsze można było ocenić czyjąś pozycję po miejscu, jakie mu przyznano. Nigdy się tym nie przejmowałam; wszyscy ludzie, których towarzystwo mi odpowiadało - mój brat i jego żona, pasierbica Maryanne i jej mąż - siedzieli obok mnie.

Każdy z kelnerów trzymał po butelce białego i czerwonego wina. Prawdziwego wina, a nie produktu TRUMP. Byłam tym zaskoczona. Nigdy dotąd nie widziałam, by podczas naszych rodzinnych spotkań serwowano alkohol. W domu dziadków podawano jedynie colę i sok jabłkowy.

Mniej więcej w połowie posiłku do jadalni wszedł Jared.

- Och, spójrzcie, Jared wrócił z podróży na Bliski Wschód - powiedziała Ivanka, klaszcząc w dłonie, jakbyśmy nie widzieli go przed momentem w Gabinecie Owalnym. Jared podszedł do swojej żony, pocałował ją zdawkowo w policzek, po czym pochylił się do Donalda siedzącego obok Ivanki. Przez kilka minut rozmawiali przyciszonymi głosami. Potem Jared wyszedł, nie przywitawszy się z nikim, nawet z moimi ciotkami. Kiedy opuszczał salę, Donny wyskoczył z krzesła i popędził za nim niczym podekscytowany szczeniak.

Gdy podawano deser, Robert wstał ze swojego miejsca i podniósł kieliszek z winem.

- To ogromny zaszczyt być tutaj z prezydentem Stanów Zjednoczonych - przemówił. - Dziękuję panu, panie prezydencie, że pozwolił nam pan świętować tutaj urodziny naszych sióstr.

Powróciłam myślami do dnia, w którym rodzina świętowała po raz ostatni Dzień Ojca w Peter Luger Steak House na Brooklynie. Wtedy, podobnie jak teraz, Donald i Rob siedzieli obok siebie, a ja dokładnie naprzeciwko nich. Nagle, bez żadnych wstępów i wyjaśnień, Donald odwrócił się do Roba i zagadnął: - Spójrz.

Odsłonił zęby i wskazał na nie palcem.

- Co? - zdziwił się Rob.

Donald tylko odciągnął wargi jeszcze mocniej i jeszcze wyraźniej na nie wskazał.

Robert zaczął się nerwowo wiercić na krześle. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale przyglądałam się tej scenie z rozbawieniem, sącząc colę.

- Spójrz! - powtórzył Donald przez zaciśnięte zęby. - Co ty na to?

- Ale o czym ty mówisz? - Robert nie potrafił dłużej ukryć zakłopotania. Rozejrzał się dyskretnie dokoła, sprawdzając, czy nikt na niego nie patrzy, po czym wyszeptał: - Mam coś między zębami?

Przed chwilą wszyscy raczyli się kremem szpinakowym, który podano w miskach rozstawionych na całym stole, więc Rob rzeczywiście mógł mieć taki problem.

Donald rozluźnił wargi i opuścił rękę. Pogardliwy wyraz jego twarzy stanowił wyczerpujące podsumowanie całej ich rozmowy.

- Wybieliłem zęby. Co o tym sądzisz? - spytał wtedy cierpkim tonem.

Po krótkiej przemowie Roba Donald rzucił mu to samo lekceważące spojrzenie, jakie widziałam u Petera Lugera niemal dwadzieścia lat wcześniej. Potem, trzymając w dłoni szklankę coli bez cukru, Donald wygłosił jakieś zdawkowe uwagi o urodzinach moich ciotek, a następnie wskazał na swoją synową.

- Spójrzcie tylko na Larę - powiedział. - Nawet nie wiedziałem dobrze, kim ona jest, do cholery, naprawdę, ale potem wygłosiła świetne przemówienie na moim wiecu w Georgii.

W tym czasie Lara i Eric byli małżeństwem już od prawie ośmiu lat, więc Donald prawdopodobnie spotkał ją przynajmniej podczas ich ślubu. Wyglądało to jednak tak, jakby nie wiedział, kim właściwie jest, dopóki nie powiedziała w trakcie kampanii wyborczej czegoś miłego na jego temat. Jak zwykle w przypadku Donalda sama opowieść była istotniejsza od prawdy, z którą rozmijał się bez najmniejszych skrupułów, szczególnie jeśli kłamstwo upiększało opowieść.

Gdy nadeszła jej kolej, Maryanne powiedziała:

- Chciałabym podziękować wam wszystkim, że zechcieliście tu przyjechać i uczcić nasze urodziny. Przebyliśmy długą drogę od tamtego wieczora, gdy Freddy wysypał miskę tłuczonych ziemniaków na głowę Donalda, który rzeczywiście był wtedy nieznośny.

Wszyscy, którzy znali legendarną już historię o tłuczonych ziemniakach, parsknęli śmiechem - wszyscy prócz Donalda, który siedział z rękami skrzyżowanymi na piersiach i pochmurną miną. Jak zawsze, gdy Maryanne wspominała o tym incydencie. Denerwowało go to, jakby wciąż był tym siedmioletnim chłopcem. Najwyraźniej nadal czuł upokorzenie sprzed wielu lat.

Mój kuzyn Donny, który wrócił już z pościgu za Jaredem, nieoczekiwanie podniósł się z krzesła, by coś powiedzieć. Zamiast wznieść toast na cześć naszych ciotek, wygłosił coś w rodzaju przemówienia wyborczego:

- W listopadzie zeszłego roku naród amerykański zobaczył coś wyjątkowego i zagłosował na prezydenta, który go rozumie. Naród amerykański przekonał się, jaką jesteśmy wspaniałą rodziną, i utożsamił się z naszymi wartościami.

Zerknęłam na mojego brata i przewróciłam oczami.

Przywołałam gestem jednego z kelnerów.

- Mogę dostać jeszcze trochę wina? - poprosiłam.

Wrócił wkrótce z dwiema butelkami i spytał, czy wolę czerwone czy białe.

- Tak, poproszę - odparłam.

Gdy tylko skończyliśmy deser, wszyscy wstali. Minęły zaledwie dwie godziny, odkąd weszliśmy do Gabinetu Owalnego, lecz posiłek dobiegł już końca, a my mieliśmy wyjść. W sumie przebywaliśmy w Białym Domu mniej więcej dwa razy dłużej niż kiedykolwiek spędziliśmy w domu moich dziadków z okazji Święta Dziękczynienia czy Bożego Narodzenia, ale i tak przebywaliśmy z Donaldem krócej niż Kid Rock, Sarah Palin czy Ted Nugent dwa tygodnie później.

Ktoś zaproponował, by każdy z nas zrobił sobie oddzielne zdjęcie z Donaldem (choć nie z jubilatkami). Gdy nadeszła moja kolej, Donald uśmiechnął się do aparatu i podniósł oba kciuki, widziałam jednak zmęczenie ukryte za tym uśmiechem. Wyglądało na to, że zachowywanie idyllicznych pozorów mocno dawało mu się we znaki.

- Nie pozwól, żeby cię stłamsili - powiedziałam do niego, gdy mój brat robił nam zdjęcie.

Działo się to krótko po tym, jak pierwszy doradca Donalda do spraw bezpieczeństwa narodowego został zwolniony w atmosferze skandalu, a na wizerunku prezydentury pojawiły się pierwsze rysy.

Donald wysunął żuchwę do przodu i zacisnął zęby. Przez moment wyglądał wtedy jak duch mojej babki.

- Nie dopadną mnie - oznajmił z mocą.

 

Kiedy 16 czerwca 2015 roku Donald ogłosił, że zamierza kandydować na prezydenta, nie potraktowałam serio tej deklaracji. Nie sądziłam, by on sam traktował ją poważnie. Chciał po prostu zareklamować za darmo swoją markę. Robił już wcześniej podobne rzeczy. Kiedy jego notowania zaczęły rosnąć i gdy być może otrzymał od Władimira Putina zawoalowaną wiadomość, że Rosja zrobi wszystko, by wybory przebiegły po jego myśli, perspektywa zwycięstwa okazała się dla niego naprawdę kusząca.

- Przecież on jest błaznem - powiedziała moja ciotka Maryanne podczas jednego ze wspólnych lunchów. - Nigdy do tego nie dojdzie.

Zgadzałam się z nią.

Rozmawiałyśmy o tym, jak reputacja wyblakłej gwiazdy reality show i nieudolnego biznesmena przekreśli jego szanse na wygraną.

- Czy ktokolwiek w ogóle wierzy w te bzdury, że sam doszedł do wszystkiego? Co w ogóle osiągnął dzięki własnej pracy? - pytałam.

- Cóż - odpowiedziała Maryanne tonem równie oschłym jak piaski Sahary. - Doprowadził do bankructwa pięć banków.

Gdy Donald zajął się problemem nadużywania opioidów i wykorzystał tragiczną historię alkoholizmu mojego ojca, by uwiarygodnić swoje działania skierowane przeciwko uzależnieniom, obie byłyśmy wściekłe.

- Wykorzystuje pamięć o twoim ojcu dla celów politycznych - stwierdziła Maryanne. - A to grzech, tym bardziej że to właśnie Freddy powinien być gwiazdą tej rodziny.

Myślałyśmy, że jawnie rasistowska postawa, której Donald dał wyraz w przemówieniu wyborczym, doprowadzi go do klęski. Zostałyśmy jednak pozbawione złudzeń, gdy Jerry Falwell Jr oraz inni biali ewangelicy zaczęli go popierać. Maryanne, żarliwa katoliczka od całych pięćdziesięciu lat, kiedy to się nawróciła, była oburzona.

- Co się z nimi stało, do cholery? - pytała. - Donald chodzi do kościoła tylko wtedy, gdy są tam kamery. To się po prostu w głowie nie mieści. On nie ma żadnych zasad. Żadnych!

Żadna z wypowiedzi Donalda wygłoszonych podczas kampanii - od dyskredytujących uwag o sekretarz stanu Hillary Clinton, prawdopodobnie najbardziej kompetentnej kandydatce na prezydenta w historii naszego kraju, którą nazywał "paskudną kobietą", po drwiny z Serge'a Kovaleskiego, niepełnosprawnego dziennikarza "New York Timesa" - nie odbiegała od tego, czego się po nim spodziewałam. Właściwie przypominały mi wszystkie rodzinne posiłki, w których uczestniczyłam i podczas których Donald mówił o kobietach "grube fleje" lub o mężczyznach, zwykle bardziej utalentowanych lub potężniejszych od niego: "frajerzy". Zwykle budziło to rozbawienie mojego dziadka, Maryanne, Elizabeth i Roberta, którzy dzielnie mu sekundowali. Tego rodzaju dehumanizacja Bogu ducha winnych ludzi była czymś powszechnym przy stole Trumpa. Zdumiewał mnie jedynie fakt, że wciąż uchodziło mu to na sucho.

Potem otrzymał partyjną nominację. Okazało się, że rzeczy, które moim zdaniem dyskwalifikowały go jako kandydata na prezydenta, tylko wzmacniały jego pozycję. Nadal nieszczególnie się tym martwiłam - byłam przekonana, że przegra - lecz sama świadomość, że podejmuje taką próbę, była niepokojąca.

Późnym latem 2016 roku zastanawiałam się, czy nie powiedzieć głośno, dlaczego Donald zupełnie nie nadaje się na to stanowisko. Do tego czasu miał już za sobą krajową konwencję Partii Republikańskiej, z której wyszedł praktycznie bez szwanku, bez większego echa przeszedł również jego apel do "zwolenników Drugiej Poprawki", by powstrzymali Hillary Clinton. Wydawało się, że nie zaszkodził mu nawet atak na Khizra i Ghazalę Khanów, rodziców kapitana armii USA Humayuna Khana, który zginął w Iraku. Kiedy po ujawnieniu taśmy Access Hollywood większość republikańskich wyborców wciąż popierała Donalda, wiedziałam już, że podjęłam właściwą decyzję.

Zaczęłam odnosić wrażenie, że oglądam po raz wtóry moją rodzinę z Donaldem w roli głównej. Tyle że odgrywaną na wielką skalę. Podczas kampanii Donald teoretycznie stosował się do standardów, których rzeczywiście trzymał się zawsze mój ojciec. Tak naprawdę jednak uchodziły mu na sucho, a nawet przynosiły korzyść coraz bardziej rażące, nieodpowiedzialne i podłe postępki. "To nie może się dziać naprawdę, nie po raz kolejny" - myślałam. Ale tak właśnie było.

Uwadze mediów uchodził jakoś fakt, że żaden z członków rodziny Donalda, prócz jego dzieci, zięcia i obecnej żony, nie wsparł go ani słowem podczas kampanii prezydenckiej. Maryanne powiedziała mi, że ma szczęście, bo jako sędzia federalny musiała zachować całkowity obiektywizm. Była prawdopodobnie jedyną osobą w całym kraju, która ze względu na bliskie pokrewieństwo z Donaldem oraz swoją pozycję zawodową mogłaby wpłynąć na wynik wyborów, gdyby tylko zechciała przyznać otwarcie, że jej brat nie nadaje się na prezydenta. Miała jednak własne sekrety, które wolała zachować na zawsze dla siebie, nie byłam więc do końca zaskoczona, gdy po wyborach zdradziła mi, że głosowała na Donalda ze względu na "rodzinną lojalność".

Dorastając w rodzinie Trumpów, szczególnie jako dziecko Freddy'ego, musiałam stawiać czoła różnym wyzwaniom. Pod pewnymi względami byłam wyjątkowo uprzywilejowana. Uczęszczałam do świetnych prywatnych szkół i przez większość życia mogłam korzystać z dobrego ubezpieczenia medycznego. Z drugiej jednak strony wszyscy doświadczaliśmy pewnego poczucia braku - wszyscy prócz Donalda. Po śmierci mojego dziadka w 1999 roku dowiedziałam się, że linia mojego ojca została wymazana z testamentu, jakby najstarszy syn Freda Trumpa nigdy nie istniał, co doprowadziło do procesu sądowego. Ostatecznie doszłam do wniosku, że gdybym wypowiedziała się publicznie na temat mojego wuja, zostałabym przedstawiona jako zawiedziona, wydziedziczona bratanica, która chce wyrównać stare rachunki lub szuka łatwych pieniędzy.

 

Aby zrozumieć, co doprowadziło Donalda - i nas wszystkich - do tego miejsca, musimy zacząć od mojego dziadka i jego potrzeby uznania. To właśnie ta potrzeba stała się przyczyną, dla której Donald nabrał nieuzasadnionej wiary w swoją wielkość i wyjątkowość skrywającej w istocie jego patologiczne słabości i kompleksy.

Dorastając, Donald początkowo był zmuszony stać się własnym cheerleaderem, by przekonać swego ojca, że jest lepszym i pewniejszym siebie synem niż Freddy. Potem zachowywał się w ten sam sposób, bo wymagał tego od niego Fred. W końcu zaczął wtapiać się w tę przerysowaną autoreklamę, choć paradoksalnie w głębi duszy podejrzewał, że nikt mu nie wierzy. Do czasu, gdy podjął decyzję o starcie w wyborach prezydenckich, reagował na wszelkie próby uderzenia w jego ego z nieskrywaną złością. Tak naprawdę skrywał swoje lęki i słabości tak skutecznie, że nie musiał się przed nikim przyznawać do ich istnienia. I nigdy tego nie zrobił.

W latach siedemdziesiątych, gdy mój dziadek już od dłuższego czasu faworyzował Donalda, nowojorskie media przejęły pałeczkę i zaczęły umacniać niczym nieuzasadnione przekonanie o wyjątkowych talentach mojego wuja. W latach osiemdziesiątych dołączyły do mediów banki, które zaczęły finansować jego przedsięwzięcia. Ich gotowość (a potem konieczność) potwierdzania coraz mniej realnych twierdzeń o różnego rodzaju sukcesach Donalda wynikała z nadziei na odzyskanie poniesionych kosztów.

Po dziesięciu chudych latach, podczas których Donald musiał przełykać gorycz kolejnych porażek i bankructw, firmując swoją twarzą serię nieudanych produktów - od steków po wódkę - dostał jeszcze jedną szansę od producenta telewizyjnego Marka Burnetta. W programie telewizyjnym The Apprentice wykorzystano wizerunek Donalda jako zuchwałego biznesmena i człowieka sukcesu, czyli mit stworzony przed pięćdziesięciu laty przez mojego dziadka. Mit ten, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu i niezliczonym dowodom przeczącym jego prawdziwości, przetrwał w niemal niezmienionej postaci do nowego tysiąclecia. Nim w 2015 roku Donald ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich jako kandydat z ramienia Partii Republikańskiej, znacząca część narodu amerykańskiego wierzyła w ten mit.

Po dziś dzień kłamstwa, przeinaczenia i zmyślenia, które tworzą wizerunek mojego wuja, są powielane przez Partię Republikańską i białych protestantów. Ludzie przekonani o własnej nieomylności, tacy jak lider senackiej większości Mitch McConnell, czy wierni wyznawcy, tacy jak członek Izby Reprezentantów Kevin McCarthy, sekretarz stanu Mike Pompeo oraz prokurator generalny William Barr, oraz wielu, wielu innych ludzi, zbyt licznych, by wymieniać ich tu z nazwiska, przyczyniają się świadomie lub nie do umacniania tego fałszywego wyobrażenia.

 

Wszyscy członkowie rodzeństwa Trumpów zostali w taki czy inny sposób okaleczeni przez mojego dziadka, który był socjopatą, i choroby mojej babki, zarówno te fizyczne, jak i psychiczne. Wuj Donald i mój ojciec Freddy wycierpieli najwięcej. By stworzyć kompletny obraz Donalda, jego psychopatologii oraz znaczenia jego dysfunkcyjnego zachowania, musimy poznać całą historię rodziny.

Od trzech lat obserwuję, jak niezliczeni eksperci, psychologowie i dziennikarze raz po raz stawiają błędne diagnozy, używając określeń w rodzaju "złośliwy narcyzm" czy "narcystyczne zaburzenie osobowości", próbując w ten sposób zrozumieć dziwaczne, a czasami autodestrukcyjne zachowanie Donalda. Owszem, mogę śmiało nazwać go narcyzem - spełnia wszystkie dziewięć kryteriów wymienionych w Diagnostycznym i statystycznym podręczniku zaburzeń psychicznych (DSM-5) - lecz takie rozpoznanie to tylko część prawdy.

Otrzymałam tytuł doktora psychologii klinicznej w Instytucie Dernera, a prowadząc badania do pracy doktorskiej, przez rok pracowałam w izbie przyjęć Manhattan Psychiatric Center, placówki państwowej, gdzie diagnozowaliśmy, ocenialiśmy stan i leczyliśmy wielu ciężko chorych pacjentów. Przez kilka lat nie tylko pracowałam jako adiunkt i uczyłam na kursach z psychologii (obejmowały takie tematy, jak: trauma, psychopatologia i psychologia rozwojowa), ale też prowadziłam terapię i badania psychologiczne pacjentów w specjalistycznym ośrodku dla osób uzależnionych.

Te doświadczenia uświadamiały mi wielokrotnie, że diagnoza nie istnieje w próżni. Czy Donald ma jakieś inne objawy, o których nie wiemy? Czy cierpi na jakieś inne zaburzenia, które w równym albo i większym stopniu tłumaczą jego zachowanie? Być może można równie śmiało dowodzić, że Donald spełnia wszystkie kryteria właściwe osobowości dyssocjalnej. To zaburzenie w swej najostrzejszej postaci uważane jest za socjopatię, ale może się również odnosić do chronicznej przestępczości, arogancji i lekceważenia praw innych ludzi. Czy towarzyszą temu jeszcze jakieś choroby współistniejące? Prawdopodobnie. Donald może również spełniać niektóre kryteria osobowości zależnej, która objawia się między innymi niezdolnością do podejmowania decyzji lub przyjmowania odpowiedzialności, lękiem przed samotnością i podejmowaniem drastycznych nawet działań zmierzających do zdobycia uznania i wsparcia innych ludzi. Czy istnieją jeszcze jakieś czynniki, które należałoby wziąć pod uwagę? Zdecydowanie. Donald może od dawna cierpieć na niezdiagnozowane trudności z uczeniem się, które przez dziesięciolecia wpływały na jego umiejętność przetwarzania i analizy informacji. Poza tym Donald podobno wypija dziennie co najmniej tuzin coli bez cukru i bardzo mało śpi. Czy cierpi na zaburzenia snu wywołane szkodliwymi substancjami, w tym wypadku kofeiną? Fatalnie się odżywia i nie ćwiczy, co może prowadzić do powstawania lub nasilania się innych zaburzeń.

Prawda jest taka, że objawy chorobowe Donalda są tak złożone, a jego zachowanie tak często niewytłumaczalne, że postawienie trafnej i wyczerpującej diagnozy wymagałoby przeprowadzenia całego zestawu badań psychologicznych i neuropsychologicznych, którym nigdy się nie podda. W tym momencie nie możemy ocenić, jak funkcjonuje na co dzień, bo jako lokator Zachodniego Skrzydła został praktycznie zinstytucjonalizowany. Właściwie Donald był odcięty od świata przez większość swojego dorosłego życia, trudno więc powiedzieć, jak - i czy w ogóle - poradziłby sobie sam w realnym świecie.

 

Pod koniec przyjęcia urodzinowego moich ciotek w 2017 roku, gdy ustawialiśmy się do zdjęć, widziałam, że Donald doświadcza długotrwałego stresu, z jakim nie miał do czynienia nigdy wcześniej. W miarę jak w ciągu ostatnich trzech lat przytłaczały go coraz liczniejsze obowiązki i problemy, rosła rozbieżność między poziomem fachowości niezbędnym do rządzenia krajem. Niekompetencja Donalda w niespotykanym dotąd stopniu ujawniała iluzoryczną naturę jego rzekomego geniuszu.

Do tej pory wielu z nas - choć w żadnym wypadku nie wszyscy - nie doświadczyło najgorszych skutków tych zaburzeń dzięki stabilnej gospodarce i brakowi poważnych kryzysów. Jednak pandemia COVID-19, prawdopodobieństwo kryzysu gospodarczego, podziały społeczne biegnące wzdłuż linii sporów politycznych i pogłębiające się dzięki talentowi Donalda do dzielenia ludzi oraz wyniszczająca niepewność co do przyszłych losów naszego kraju stworzyły idealne warunki dla katastrof. Nikt chyba nie może w takiej sytuacji radzić sobie gorzej niż mój wuj. Przeciwdziałanie takim katastrofom wymagałoby odwagi, siły charakteru, szacunku i pokory wobec ekspertów, przyjęcia odpowiedzialności oraz wprowadzenia odpowiednich korekt po uprzednim przyznaniu się do popełnionych błędów. Donald potrafił jednak doskonale kontrolować trudne sytuacje za pomocą kłamstw, wykrętów i zatajeń. Praktycznie zatracił tę umiejętność w obliczu tragedii, którym musimy obecnie stawiać czoła. Skandaliczny i być może świadomie nieudolny sposób, w jaki radzi sobie z obecnym kryzysem, sprawił, że jego działania podlegają ścisłej kontroli, co z kolei budzi w nim jeszcze większą agresję i chęć odwetu. Dlatego skąpi tak bardzo potrzebnych funduszy, środków ochrony osobistej i respiratorów opłacanych z publicznych pieniędzy tym stanom, których gubernatorzy nie wchodzą mu w tyłek wystarczająco głęboko.

W filmie z 1994 roku opartym na powieści Mary Wollstonecraft Shelley potwór Frankensteina mówi: "Wiem, że dla współczucia jednej istoty ludzkiej pojednałbym się ze wszystkimi innymi. Mam w sobie miłość, której tobie podobni nie potrafiliby sobie wyobrazić, i gniew, w który podobni tobie nie byliby w stanie uwierzyć. Jeśli nie zaspokoję jednego z tych uczuć, poddam się drugiemu". Nawiązując do tego cytatu, Charles P. Pierce pisał w "Esquire": "[Donald] nie zadręcza się wątpliwościami dotyczącymi tego, co tworzy wokół siebie. Jest dumny ze swojego potwora. Chlubi się jego gniewem i jego destrukcyjnymi czynami, nie mogąc wyobrazić sobie jego miłości, wierzy całym sercem w jego wściekłość. Jest Frankensteinem bez sumienia".

Ten opis pasowałby bardziej do ojca Donalda, Freda, z jedną istotną różnicą: potwór Freda - jedyne dziecko, które się dla niego liczyło - stał się niezdolny do miłości właśnie ze względu na to, jak traktował go ojciec. Ostatecznie Donald nie doświadczał miłości, choć rozpaczliwie jej pragnął. Gniew i wściekłość, które mogły rozrastać się bez przeszkód, w końcu przyćmiły wszystko inne.

 

Gdy Rhona Graff, wieloletnia asystentka Donalda, przysłała mnie i mojej córce zaproszenie na wieczór wyborczy Donalda w Nowym Jorku, odrzuciłam je. Nie byłabym w stanie ukryć radości przy ogłoszeniu zwycięstwa Clinton, a nie chciałam być niegrzeczna. O piątej następnego ranka, zaledwie kilka godzin po tym, jak ogłoszono zdumiewające wyniki wyborów, chodziłam po swoim mieszkaniu równie zdenerwowana jak wielu innych ludzi. Miałam jednak bardziej osobiste powody: czułam, że 62 miliony 979 tysięcy 636 wyborców postanowiło zamienić ten kraj w wersję makro mojej przerażająco dysfunkcyjnej rodziny.

W ciągu kilku miesięcy od wyborów zaczęłam kompulsywnie oglądać wiadomości i sprawdzać swoje konto na Twitterze. Byłam rozbita i niezdolna skupić się na czymkolwiek innym. Choć nic z tego, co robił Donald, nie było dla mnie zaskoczeniem, tempo i zakres działań, którymi przenosił swe najgorsze popędy na cały kraj - od kłamstw o liczebności publiki podczas inauguracji i narzekań na złe traktowanie, poprzez redukcję działań na rzecz ochrony środowiska i ataki na Affordable Care Act (czyli tzw. Obamacare) odbierające dostęp do taniej opieki zdrowotnej milionom ludzi, po rasistowskie rozporządzenie 13769 skierowane przeciw muzułmanom - po prostu mnie przytłoczyły. Niewinne na pozór drobiazgi (takie jak widok twarzy Donalda czy dźwięk mojego nazwiska wiele razy dziennie) przenosiły mnie do czasów, gdy mój ojciec marniał i umierał w obliczu okrucieństwa i pogardy ze strony mojego dziadka. Straciłam ojca, gdy miał zaledwie czterdzieści dwa lata, a ja szesnaście. Przerażenie, jakie budziło we mnie okrucieństwo Donalda, wzmagał jeszcze fakt, że to, co robił, było teraz elementem oficjalnej polityki USA i wpływało na losy milionów ludzi.

Atmosfera podziałów stworzona przez mojego dziadka w rodzinie Trumpów to środowisko, w którym Donald porusza się z ogromną swobodą. Tworzenie podziałów to również zabieg, z którego wciąż czerpie korzyści. Kosztem innych. Te działania niszczą mój kraj, tak jak niszczyły mojego ojca. Zmieniają nas, w niczym jednocześnie nie szkodząc Donaldowi. Sprawiają, że coraz trudniej przychodzi nam traktować innych z dobrocią lub wierzyć w przebaczenie, bo Donald nigdy nie potrafił zrozumieć takich ideałów. Jego administracja i partia zostały podporządkowane polityce pretensji i roszczeń. Co gorsza, Donald, który nie ma pojęcia o historii, zasadach konstytucyjnych, geopolityce czy dyplomacji (ani tak naprawdę o niczym innym) i nigdy nie musiał się wykazywać wiedzą na takie tematy, ocenia wszystkie sojusze naszego kraju i wszystkie nasze programy społeczne wyłącznie przez pryzmat pieniędzy, jak nauczył go ojciec. Koszty i zyski związane z rządzeniem analizuje się wyłącznie w kategoriach finansowych, jakby Departament Skarbu USA był jego prywatną świnką skarbonką. W jego postrzeganiu świata każdy wydany dolar to osobista strata, a każdy oszczędzony - to osobisty zysk. Jedna osoba żyjąca w nieprzyzwoitym bogactwie i przepychu, korzystająca z wszelkich mechanizmów i przywilejów władzy czerpie korzyści wyłącznie dla siebie i, warunkowo, dla swej najbliższej rodziny, swych znajomych i pochlebców. Reszta ma cierpieć ciągły niedostatek, dokładnie tak, jak działo się to w naszej rodzinie rządzonej przez dziadka.

To zadziwiające, że pomimo tak ogromnego zainteresowania mediów i tak licznych materiałów na temat Donalda, które ukazywały się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, on sam nie stał się nigdy celem dokładniejszych badań. Choć nigdy nie brakowało żartów ani komentarzy dotyczących jego wad i dziwnego zachowania, mało kto próbował zrozumieć nie tylko to, dlaczego stał się tym, kim jest, ale i dlaczego wciąż utrzymuje się na powierzchni, mimo że popełnia błąd za błędem.

W pewnym sensie Donald zawsze był oddzielony od swoich ograniczeń czy potrzeby samodzielnego dążenia do celów i odnoszenia sukcesów. Nigdy nie wymagano od niego uczciwej pracy, a bez względu na to, jak bardzo zawodził, zawsze wynagradzano go w trudny do pojęcia sposób. Nadal jest chroniony przed własnymi porażkami w Białym Domu, gdzie grupa klakierów wychwala każdą jego wypowiedź lub kryje jego karygodne zaniedbania, normalizując je do tego stopnia, że niemal całkiem zobojętnieliśmy na coraz bardziej rażące naruszenia. Teraz jednak stawka jest nieporównanie wyższa; mówimy tu dosłownie o sprawie życia i śmierci. W odróżnieniu od wcześniejszych okresów z życia Donalda teraz - gdy zagraża nam wszystkim - nie można już kryć czy ignorować jego wad i słabości.

Choć moje ciotki i moi wujowie będą odmiennego zdania, nie piszę tej książki dla zarobku czy z chęci zemsty. Gdyby rzeczywiście kierowała mną któraś z tych pobudek, napisałabym o naszej rodzinie wiele lat temu, gdy nikt jeszcze nie mógł przypuszczać, że Donald wymieni swoją reputację nieudolnego biznesmena, który doprowadził do licznych bankructw, oraz nieistotnego gospodarza reality show na miejsce w Białym Domu. Napisałabym ją, kiedy byłoby to znacznie bezpieczniejsze, bo mój wuj nie miałby dostatecznej władzy i środków, by grozić swoim krytykom i demaskatorom. Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat zmusiły mnie do działania. Po prostu nie mogę już dłużej milczeć. Nim ta książka wyjdzie, życie setek tysięcy Amerykanów zostanie złożone na ołtarzu pychy i celowej ignorancji Donalda. Jeśli wybiorą go na drugą kadencję, będzie to koniec amerykańskiej demokracji.

Nikt nie wie lepiej, jak Donald stał się tym, kim jest, niż jego własna rodzina. Niestety, niemal wszyscy jej członkowie zachowują milczenie, czy to ze strachu, czy przez lojalność. Mnie nic nie powstrzymuje. Prócz relacji z pierwszej ręki, które przekazuję jako córka mego ojca i jedyna bratanica mojego wuja, mogę również przedstawić swoje racje z perspektywy doświadczonego psychologa klinicznego. Zbyt wiele i nigdy dość to opowieść o najbardziej rozpoznawalnej i najpotężniejszej rodzinie na świecie. I jestem jedynym jej członkiem gotowym przedstawić tę opowieść.

Mam nadzieję, że dzięki tej książce przestanie się mówić o "strategiach" i "programach" Donalda, jakby rzeczywiście działał według jakichś konkretnych zasad czy koncepcji. Nie działa. Ego Donalda było i jest kruchą, marną barierą między nim samym a realnym światem. Dzięki pieniądzom i władzy swego ojca nigdy nie musiał pokonywać tej granicy sam. Donald zawsze musiał utrwalać fikcję, którą stworzył mój dziadek - że jest silny, inteligentny i wyjątkowy - gdyż stawienie czoła prawdzie byłoby dla niego zbyt przerażające, by nawet brać taką ewentualność pod uwagę.

Donald, realizując wolę mego dziadka przy współudziale lub milczącej bierności pozostałych członków rodziny, zniszczył mojego ojca. Nie mogę pozwolić, by zniszczył też mój kraj.

CZĘŚĆ I
OKRUCIEŃSTWO JEST CELEM[4]
 
 
Rozdział I
DOM

- Tato, mama krwawi!

Mieszkali w "Domu" - tak właśnie, ze szczególnym szacunkiem nazywano rezydencję moich dziadków - niespełna rok, wciąż więc wydawał im się obcy, szczególnie w środku nocy. Gdy dwunastoletnia Maryanne znalazła w jednej z łazienek na piętrze (wcale nie głównej, ale tej w głębi korytarza, którą dzieliła z siostrą) leżącą na podłodze nieprzytomną matkę, już czuła się zdezorientowana. To, co zobaczyła, jeszcze spotęgowało jej przerażenie. Na całej podłodze były plamy krwi. Maryanne, choć zwykle wolała nie przeszkadzać ojcu, popędziła na drugą stronę domu do jego sypialni, by go obudzić.

Fred zerwał się z łóżka i przyszedł szybko do łazienki, gdzie znalazł zakrwawioną, nieprzytomną żonę. Wrócił biegiem do sypialni i zadzwonił po pomoc.

Już wtedy był bogatym człowiekiem o licznych koneksjach. Nic dziwnego, że w szpitalu Jamaica natychmiast połączono go z kimś, kto mógł wysłać do "Domu" karetkę i dopilnować, by w izbie przyjęć czekali najlepsi lekarze. Fred przez telefon szczegółowo wyjaśnił, co się stało. Maryanne słyszała, jak wypowiada słowo "menstruacja", nieznany jej wyraz, który w jego ustach brzmiał wyjątkowo dziwnie.

Wkrótce po przybyciu do szpitala Mary przeszła operację usunięcia macicy. Lekarze odkryli, że po narodzinach Roberta, dziewięć miesięcy wcześniej, doszło do poważnych komplikacji: wdało się zakażenie, które doprowadziło do kolejnych powikłań.

Siedząc w bibliotece obok stolika, na którym stał telefon (ten pokój miał się stać później jego ulubionym miejscem w całym "Domu"), Fred rozmawiał przez chwilę z jednym z lekarzy Mary. Odłożywszy słuchawkę, przywołał do siebie Maryanne.

- Powiedzieli mi, że twoja matka nie doczeka rana - powiedział do córki.

Chwilę później, gdy wybierał się do szpitala, dodał:

- Idź jutro do szkoły. Zadzwonię, jeśli coś się zmieni.

Maryanne zrozumiała, co tak naprawdę oznaczają słowa ojca: "Zadzwonię, jeśli twoja matka umrze".

Maryanne spędziła tę noc, płacząc samotnie w swoim pokoju, podczas gdy jej młodsze rodzeństwo spokojnie spało nieświadome rozgrywającej się obok tragedii. Nazajutrz poszła do szkoły pełna najgorszych przeczuć. Doktor James Dixon, dyrektor Kew-Forest, prywatnej szkoły, do której zaczęła chodzić, gdy jej ojciec dołączył do zarządu, wywołał ją z lekcji.

- Telefon do ciebie. Odbierzesz w moim gabinecie.

Maryanne była przekonana, że jej matka nie żyje. Przechodząc do gabinetu dyrektora, czuła się tak, jakby wstępowała na szafot. W tym momencie myślała tylko o tym, że przyjdzie jej opiekować się czwórką dzieci.

Gdy podniosła słuchawkę, ojciec powiedział tylko:

- Wyjdzie z tego.

W ciągu następnego tygodnia Mary przeszła dwie kolejne operacje, ale otarła się o śmierć. Znajomości Freda, dzięki którym mogła liczyć na opiekę najlepszych lekarzy, najprawdopodobniej uratowały jej życie. Czekała ją jednak jeszcze długa i trudna rekonwalescencja.

Przez następne pół roku Mary wielokrotnie wracała do szpitala. Powikłania były poważne i długotrwałe. Jednym z nich była osteoporoza, do której doszło w wyniku nagłej utraty estrogenów. Ten żeński hormon wytwarzany jest przez jajniki, które Mary usunięto wraz z macicą, co w owym czasie stanowiło powszechną, choć niepotrzebną procedurę medyczną. W rezultacie często cierpiała na przewlekły i ostry ból, który wywoływały pęknięcia coraz słabszych kości.

 

Jeśli dopisze nam szczęście, jako małe dzieci mamy przynajmniej jednego emocjonalnie dostępnego rodzica, który stale spełnia nasze potrzeby i zaspokaja nasze pragnienia, gdy domagamy się uwagi. Przytulanie i pocieszanie, uznawanie naszych uczuć, łagodzenie napięć i smutków to czynniki, które stanowią o zdrowym rozwoju małych dzieci. Tego rodzaju uwaga tworzy poczucie bezpieczeństwa, które w konsekwencji pozwala nam poznawać otaczający nas świat bez przesadnego strachu lub nieopanowanego lęku, wiemy bowiem, że zawsze możemy liczyć na wsparcie przynajmniej jednego z opiekunów.

Mirroring (odzwierciedlanie), czyli proces, w którym czujny rodzic odbiera, analizuje, a potem przekazuje dziecku na powrót jego uczucia, to kolejny kluczowy element rozwoju młodego człowieka. Bez tego rodzaju relacji dzieci nie otrzymują ważnych informacji o tym, jak działa ich umysł, jak zrozumieć świat. O ile bezpieczne przywiązanie do głównego opiekuna może prowadzić na wyższe poziomy inteligencji emocjonalnej, o tyle mirroring jest podstawą empatii.

Mary i Fred od samego początku byli problematycznymi rodzicami. Moja babcia rzadko rozmawiała ze mną o swoich rodzicach czy dzieciństwie, mogę więc tylko snuć przypuszczenia na ten temat. Wiem jednak, że była najmłodszym z dziesięciorga dzieci. Dorastała w trudnym środowisku na początku drugiej dekady ubiegłego stulecia. Czy to ze względu na to, że nie zaspokajano należycie jej potrzeb, gdy sama była mała, czy też z jakiegoś innego powodu należała do tego rodzaju matek, które szukają otuchy u dzieci, zamiast same im ją dawać. Opiekowała się nimi wtedy, gdy było to dla niej wygodne, a nie w chwilach, gdy tego potrzebowały. Często rozchwiana emocjonalnie i zaborcza, skłonna do użalania się nad sobą i robienia z siebie męczennicy, nierzadko stawiała siebie na pierwszym miejscu. Szczególnie w odniesieniu do swoich synów zachowywała się tak, jakby nie mogła dla nich nic zrobić.

Gdy była w szpitalu, nieobecność fizyczna i emocjonalna tworzyła próżnię w życiu jej dzieci. Choć z pewnością było to trudne doświadczenie dla Maryanne, Freddy'ego i Elizabeth, ta trójka była już wystarczająco dojrzała, by zrozumieć, co się dzieje. Mogli też - oczywiście do pewnego stopnia - sami zatroszczyć się o siebie. W największym stopniu nieobecność matki dotknęła Donalda i Roberta, którzy mieli wówczas odpowiednio dwa i pół roku oraz dziewięć miesięcy. Cierpieli najmocniej, tym bardziej że nikt nie mógł wypełnić tej pustki. Gosposia mieszkająca z nimi na stałe była z pewnością przytłoczona ogromną ilością pracy. Babcia ze strony ojca, która również mieszkała w pobliżu, przygotowywała posiłki, ale była równie małomówna i oschła jak jej syn. Gdy Maryanne nie przebywała w szkole, znaczna część obowiązków związanych z opieką nad młodszym rodzeństwem spadała właśnie na nią. (Od Freddy'ego, jako od chłopca, nie wymagano pomocy w takich obowiązkach). Kąpała je i kładła do łóżka, ale jako dwunastolatka nie mogła zrobić wiele więcej. Pięcioro dzieci zostało więc praktycznie bez matki.

O ile Mary domagała się i pragnęła wielu rzeczy, o tyle Fred zachowywał się tak, jakby nie miał żadnych potrzeb emocjonalnych. Socjopatia nie jest może zjawiskiem powszechnym, ale nie jest też wyjątkowo rzadka, dotyka bowiem aż trzech procent społeczeństwa. Siedemdziesiąt pięć procent osób, u których zdiagnozowano to zaburzenie, stanowią mężczyźni. Do objawów socjopatii zaliczają się między innymi: brak empatii, skłonność do kłamstw, obojętność wobec rozróżnienia między dobrem i złem, agresywne zachowanie i brak zainteresowania innymi. Socjopatia jednego z rodziców - szczególnie jeśli w pobliżu nie ma nikogo, kto łagodziłby skutki takiego zachowania - niemal zawsze oznacza, że dzieci będą miały poważne problemy ze zrozumieniem samych siebie, z regulowaniem własnych emocji i funkcjonowaniem w świecie. Moja babcia nie miała odpowiednich warunków, by radzić sobie z problemami wywołanymi nieczułością Freda, jego obojętnością i przemocą. Brak prawdziwie ludzkich uczuć ze strony Freda, jego surowość w roli męża i ojca, a także seksistowskie przekonanie o niższości kobiet sprawiały zapewne, że Mary czuła się opuszczona i bezradna.

Ponieważ ze względu na kłopoty zdrowotne była fizycznie i emocjonalnie nieobecna, Fred stał się z konieczności jedynym dostępnym rodzicem. Błędem byłoby jednak nazywanie go opiekunem. Uważał, że zajmowanie się młodszymi dziećmi nie należy do jego obowiązków, i trzymał się sztywno dwunastogodzinnego dnia pracy (a pracował przez sześć dni w tygodniu) w Trump Management, jakby jego dzieci mogły się same troszczyć o siebie. Skupiał się na tym, co było ważne dla niego: na odnoszącej coraz większe sukcesy firmie budującej wówczas Shore Haven i Beach Haven, dwie duże inwestycje na Brooklynie, najistotniejsze jak dotąd w jego biznesie.

I znów można śmiało stwierdzić, że brak zainteresowania ze strony Freda w sposób szczególny dotknął Donalda i Roberta. Wszelkiego rodzaju zachowania przejawiane przez małe dzieci są formą zachowania przywiązaniowego, czyli poszukiwania pozytywnej, kojącej relacji z opiekunem - uśmiech dziecka ma wywołać uśmiech rodzica, łzy mają go skłonić, by dziecko przytulił. Nawet w normalnych okolicznościach Fred uważałby takie zachowania jedynie za powód do irytacji, a przecież Donald i Robert prawdopodobnie mieli większe potrzeby emocjonalne niż zwykłe dzieci - tęsknili za matką i boleśnie przeżywali jej nieobecność. Jednak im bardziej cierpieli, tym mocniej byli odrzucani przez ojca. Drażniły go wymagania, które przed nim stawiano, a złość wywołana przez zachowanie dzieci potęgowała niebezpieczne napięcie w domu Trumpów. Postępując w sposób, który teoretycznie powinien skłaniać rodziców do ciepłych, wyciszających reakcji, chłopcy jedynie denerwowali Freda, i to w sytuacji, gdy szczególnie go potrzebowali. W oczach Roberta i Donalda potrzeba bliskości stała się tym samym, co upokorzenie, rozpacz i beznadzieja. Ponieważ Fred nie chciał, by przeszkadzano mu w domu, dążył do tego, by jego dzieci nauczyły się, że nie powinny mieć żadnych potrzeb, szczególnie emocjonalnych.

Rodzicielskie zachowania Freda pogłębiły tylko negatywne skutki nieobecności Mary. W rezultacie dzieci Trumpów zostały odizolowane nie tylko od świata zewnętrznego, ale i od siebie nawzajem. Od tamtego czasu rodzeństwu coraz trudniej przychodziło odczuwanie solidarności z innymi czy znalezienie zrozumienia dla drugiej osoby. To jeden z powodów, dla których bracia i siostry Freddy'ego ostatecznie zawiedli go w chwili próby. Stając po jego stronie czy też pomagając mu w jakikolwiek sposób, naraziliby się na gniew ojca.

Gdy Mary zachorowała, a Donald został nagle odcięty od najważniejszego źródła pocieszenia i cieplejszych ludzkich uczuć, nikt nie pomógł mu się odnaleźć w nowej sytuacji. Jedyną osobą, do której mógł się zwrócić, był Fred. Tyle że potrzeby Donalda, zaspokajane tylko częściowo przed chorobą matki, ojca nie interesowały w ogóle. Fakt, że Fred, który powinien dodawać synowi otuchy, w rzeczywistości był tylko źródłem strachu i poczucia odrzucenia, postawił Donalda w bardzo trudnej sytuacji - stał się całkowicie zależny od ojca, który jednocześnie budził w nim przerażenie.

Znęcanie się nad dziećmi to w pewnym sensie wrzucenie ich w sytuację, gdy doświadczają "zbyt wiele" lub "nie dość". Donald doświadczył bezpośrednio tego drugiego, ponieważ w kluczowym momencie rozwoju doszło do zerwania więzi z matką, co musiało być dla chłopca głęboko traumatycznym przeżyciem. Nagle okazało się, że nikt nie zaspokaja jego potrzeb, nikt nie koi jego lęków i tęsknot. Porzucony przez matkę na co najmniej rok trafił pod opiekę ojca, który nie tylko nie dbał o jego potrzeby, ale i nie zapewniał mu poczucia miłości czy nawet elementarnego bezpieczeństwa, a także nie odpowiadał na jego sygnały ani nie budował jego poczucia wartości. Donald doświadczał braków, które okaleczyły go na całe życie. Cechy charakteru, które są skutkiem tej traumy - przejawy narcyzmu, zastraszanie, przekonanie o własnej wyższości - w końcu przykuły uwagę mojego dziadka, ale nie skłoniły go wcale do działań, które złagodziłyby te negatywne cechy charakteru. W późniejszym okresie Donald stał się pośrednią ofiarą "nadmiaru" obecnego w zachowaniu dziadka - widział, co spotykało Freddy'ego, gdy ten doświadczał zbyt dużej uwagi, zbyt wielkich oczekiwań i, co najistotniejsze, zbyt wielu upokorzeń.

Od samego początku egocentryzm Freda wypaczał to, co powinno być dla niego ważne. Opieka nad dziećmi w jego wykonaniu była odbiciem jego własnych potrzeb, a nie potrzeb dzieci. Pojęcie miłości nie miało dla niego żadnego znaczenia, nie umiał wczuć się w trudne położenie innych (to jedna z cech definiujących socjopatę). Oczekiwał posłuszeństwa, niczego więcej. Dzieci nie robią takich rozróżnień, wierzyły więc, że tata je kocha lub że mogą sobie jakoś zasłużyć na jego miłość. Wiedziały jednak, być może tylko podświadomie, że "miłość" ich ojca, jakkolwiek się przejawiała, jest całkowicie interesowna i uzależniona od tego, czy spełnią postawione im warunki.

Maryanne, Elizabeth i Robert w mniejszym lub większym stopniu doświadczali takiego samego traktowania jak Donald, bo Freda nie interesowało żadne z dzieci. Skupiał się na najstarszym synu tylko dlatego, że ten miał przejąć po nim schedę.

Żeby radzić sobie jakoś w tej sytuacji, Donald zaczął tworzyć potężne - choć prymitywne - mechanizmy obronne naznaczone wrogością wobec innych oraz pozorną obojętnością na nieobecność matki i nieczułość ojca. Z czasem ta obojętność stała się dla niego czymś w rodzaju wyuczonej bezradności, bo choć oddzielała go od najgorszych przejawów cierpienia, jednocześnie utrudniała mu w ogromnym stopniu (a na dłuższą metę zapewne i uniemożliwiała) zaspokajanie jakichkolwiek potrzeb emocjonalnych. Aż nazbyt dobrze nauczył się udawać, że wcale nie ma emocji. W ich miejsce pojawiły się urazy; zaczął też przejawiać zachowania - w tym zastraszanie, okazywanie braku szacunku i agresja - które pozwalały mu przetrwać w trudnej chwili, lecz na dłuższą metę okazywały się problematyczne. Gdyby w odpowiednim czasie mógł liczyć na opiekę i uwagę, można by zneutralizować te problemy. Niestety dla samego Donalda (oraz dla wszystkich innych mieszkańców naszej planety), te negatywne zachowania okrzepły i zamieniły się w cechy charakteru za sprawą Freda, który w końcu zaczął zwracać uwagę na swojego głośnego i trudnego drugiego syna. Tyle że Fred Trump doceniał, wzmacniał i promował u Donalda właśnie te reakcje, które czyniły zeń człowieka odpychającego i które po części były skutkiem przemocowego zachowania jego samego.

 

Mary nigdy nie wróciła do pełni zdrowia. Zawsze była nerwowa, a po pobycie w szpitalu zaczęła na dodatek cierpieć na bezsenność. Starsze dzieci widywały ją o różnych porach dnia i nocy, gdy snuła się po domu niczym upiór. Pewnego razu Freddy zastał ją w środku nocy na szczycie drabiny, gdy malowała sufit w holu. Rankiem znajdowano ją czasem nieprzytomną w najdziwniejszych miejscach: kilka razy musiała po takich akcjach pójść do szpitala. Jej zachowanie stało się częścią życia "Domu". Mary wyleczyła urazy fizyczne, nie otrzymała jednak żadnej pomocy psychologicznej, choć właśnie to mogłoby jej pomóc w rozwiązaniu problemów, które skłaniały ją do niebezpiecznych zachowań.

Fred nie był świadom żadnego z tych problemów - nie licząc fizycznych obrażeń jego żony. Nigdy też nie przyjąłby do wiadomości, że to jego osobliwy sposób traktowania dzieci wywarł na nie szkodliwy wpływ, nawet jeśli sam dostrzegał skutki tego wychowania. Zapamiętał zapewne, że nawet jego pieniądze i władza nie mogły zapobiec kryzysowi zdrowotnemu żony, który niemal doprowadził do jej śmierci. Ostatecznie jednak była to jedynie niewielka skaza na jego wizerunku. Kiedy Mary zaczęła wracać do zdrowia, a inwestycje mieszkaniowe Shore Haven i Beach Haven, które okazały się ogromnym sukcesem, były już niemal gotowe, wszystko znów wydawało się układać po myśli Freda.

 

Kiedy ośmioletni Freddy Trump spytał, dlaczego jego ciężarna matka jest taka gruba, rozmowy przy stole nagle ucichły. Był rok 1948, a rodzina Trumpów, złożona teraz z czworga dzieci - dziesięcioletnich Maryanne i Freddy'ego, pięcioletniej Elizabeth i półtorarocznego Donalda - za kilka tygodni miała się przeprowadzić do domu z dwudziestoma trzema pokojami, który Fred właśnie budował. Usłyszawszy pytanie Freddy'ego, Mary wbiła wzrok w swój talerz, a matka Freda, również Elizabeth, która odwiedzała ich niemal codziennie, zamarła w bezruchu.

W domu moich dziadków obowiązywała surowa etykieta, a pewnych rzeczy Fred po prostu nie tolerował. "Zdejmij łokcie ze stołu, to nie stajnia" - powtarzano wielokrotnie, a Fred, trzymając nóż w dłoni, stukał jego trzonkiem w przedramię winowajcy. (Gdy Fritz, David i ja zajęliśmy miejsce dzieci przy stole, zwyczaj ten przejęli Rob i Donald, realizując go z nadmiernym moim zdaniem zapałem). Uważano również, że dzieci nie powinny poruszać w rozmowie pewnych tematów, szczególnie przy swoim ojcu lub babce. Kiedy Freddy chciał się dowiedzieć, jak dziecko znalazło się w brzuchu mamy, Fred i jego matka wstali jednocześnie ze swoich miejsc i bez słowa odeszli od stołu. Fred nie był pruderyjny, ale Elizabeth, surowa, oschła kobieta, hołdująca wiktoriańskim obyczajom, z pewnością mogła za taką uchodzić.

Pomimo skostniałych poglądów dotyczących tradycyjnych ról płci, wiele lat wcześniej zrobiła wyjątek dla swojego syna - kilka lat po nagłej śmierci męża Elizabeth została partnerem biznesowym piętnastoletniego wówczas Freda.

Stało się to możliwe po części dlatego, że jej mąż, Friedrich Trump, drobny przedsiębiorca, zostawił jej majątek, który w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze byłby wart około 300 tysięcy dolarów.

Friedrich, urodzony w Kallstadt, małej miejscowości w zachodnich Niemczech, wyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1885 roku, gdy skończył osiemnaście lat. Uniknął w ten sposób obowiązkowej służby wojskowej. Większość pieniędzy zarobił później jako właściciel restauracji i burdeli w Kolumbii Brytyjskiej. Znalazł się na terytorium Jukonu dość wcześnie, by zarobić na gorączce złota, która wygasła na przełomie wieków.

W 1901 roku, podczas odwiedzin u rodziny w Niemczech, Friedrich poznał i poślubił Elizabeth Christ, drobną blondynkę młodszą od niego o prawie dwanaście lat. Przywiózł wybrankę do Nowego Jorku, ale miesiąc po narodzinach ich pierwszej córki, której dali na imię Elizabeth, wyjechali ponownie do Niemiec, zamierzając osiedlić się tam na stałe. Jednak ze względu na okoliczności, w jakich Friedrich po raz pierwszy opuścił ojczyznę, niemieckie władze nie pozwoliły mu zostać w kraju. W lipcu 1905 roku Friedrich, jego żona - wtedy w czwartym miesiącu ciąży z drugim dzieckiem - oraz ich dwuletnia córka wrócili do Stanów Zjednoczonych. W tym samym 1905 roku urodził się ich syn Frederick, a dwa lata później John. Ostatecznie osiedli w Woodhaven w Queens, gdzie dorastało troje ich dzieci. W domu, w którym mówiło się po niemiecku.

Gdy Friedrich zmarł na hiszpankę, głową rodziny został dwunastoletni Fred. Mimo majątku, jaki zostawił jej mąż, Elizabeth z trudem wiązała koniec z końcem. Epidemia grypy, zabijając ponad 50 milionów ludzi, zdestabilizowała gospodarkę, która w innych okolicznościach rozkwitałaby zapewne dzięki wojnie światowej. Fred, który wciąż uczęszczał do szkoły średniej, imał się różnych prac dorywczych, by wesprzeć finansowo matkę. Zaczął się też uczyć rzemiosła budowlanego. Odkąd sięgał pamięcią, marzył o tym, by zostać budowniczym. Korzystał z każdej okazji, by uczyć się tego fachu, zaintrygowany wszelkimi jego aspektami. Już jako uczeń drugiej klasy, wspierany przez matkę, zaczął budować i sprzedawać garaże w swojej okolicy. Przekonał się, że jest w tym dobry, i od tamtej pory nie miał już żadnych innych zainteresowań - naprawdę żadnych. Dwa lata po tym, jak Fred skończył szkołę średnią, Elizabeth założyła firmę E. Trump i Syn. Dostrzegła uzdolnienia syna i zakładając firmę, dzięki której mogła prowadzić transakcje finansowe w imieniu niepełnoletniego dziecka - na początku XX wieku pełnoletność osiągało się w wieku dwudziestu jeden lat - starała się go wspierać. Firma i rodzina doskonale prosperowały.

Pewnego razu, gdy Fred miał dwadzieścia pięć lat, wybrał się na potańcówkę, na której poznał pochodzącą ze Szkocji Mary Anne MacLeod. Jak głosi rodzinna legenda, po powrocie do domu oznajmił matce, że spotkał dziewczynę, z którą zamierza się ożenić.

Mary urodziła się jako najmłodsza z dziesięciorga dzieci w 1912 roku w Tong, wiosce na wyspie Lewis należącej do Hebrydów Zewnętrznych i położonej w odległości około sześćdziesięciu kilometrów od północno-zachodnich wybrzeży Szkocji. Jej dzieciństwo upłynęło pod znakiem dwóch globalnych tragedii, czyli pierwszej wojny światowej i epidemii hiszpanki. Ta ostatnia plaga w znaczący sposób wpłynęła również na losy jej przyszłego męża. W czasie wojny zginęła spora część męskiej populacji Lewis, a za sprawą okrutnego zrządzenia losu dwa miesiące po podpisaniu rozejmu w listopadzie 1918 roku statek transportujący żołnierzy wracających na wyspę rozbił się na przybrzeżnych skałach wczesnym rankiem 1 stycznia 1919 roku. Ponad dwustu (z dwustu osiemdziesięciu) żołnierzy przebywających na pokładzie zmarło w lodowatych wodach morza w odległości zaledwie kilometra od bezpiecznej przystani Stornoway Harbour. Tym samym zginęła kolejna znacząca część dorosłej męskiej populacji wyspy. Marzące o zamążpójściu młode kobiety z Lewis musiały szukać szczęścia gdzie indziej.

Mary, jedną z sześciu córek, namówiono, by wybrała się do Ameryki, gdzie szanse na udane zamążpójście i szczęśliwe życie były znacznie większe.

Na początku maja 1930 roku, wpisując się w typowy mechanizm migracji łańcuchowej, Mary weszła na pokład RMS "Transylvania", by dołączyć do swoich dwóch sióstr, które już wcześniej osiedliły się w Stanach Zjednoczonych. Choć była tylko zwykłą służącą, jako biała anglosaska kobieta bez trudu przekroczyłaby amerykańską granicę, nawet gdyby obowiązywało wówczas drakońskie prawo imigracyjne wprowadzone niemal dziewięćdziesiąt lat później przez jej syna Donalda.

Na dzień przed przybyciem do Nowego Jorku Mary skończyła osiemnaście lat, a wkrótce potem poznała Freda.

Fred i Mary pobrali się w styczniową sobotę 1936 roku. Po przyjęciu weselnym, zorganizowanym w hotelu Carlyle na Manhattanie, pojechali w jednodniową podróż poślubną do Atlantic City. W poniedziałek rano Fred był już z powrotem w swoim brooklyńskim biurze.

Młode małżeństwo wprowadziło się do swojego pierwszego domu przy Wareham Road, niedaleko od domu przy Devonshire Road, który Fred dzielił do tej pory z matką. W tych pierwszych latach Mary wciąż była oszołomiona niezwykłą odmianą losu, zarówno finansową, jak i społeczną. Zamiast pracować jako gosposia, sama korzystała z usług gosposi; zamiast walczyć o utrzymanie, była panią domu. Dysponując wolnym czasem i pieniędzmi, które mogła wydawać na zakupy, nigdy nie wracała do przeszłości. To może tłumaczyć, dlaczego tak łatwo przychodziło jej osądzać tych, którzy mieli podobne pochodzenie. Tworzyli z Fredem tradycyjną rodzinę, w której mąż i żona mają ściśle określone role. Fred kierował swoją firmą, spędzając na Brooklynie dziesięć, czasami dwanaście godzin dziennie sześć dni w tygodniu. Ona prowadziła dom, lecz to on w nim rządził - a także, przynajmniej początkowo, jego matka. Elizabeth była onieśmielającą teściową, która w pierwszych latach małżeństwa syna wyraźnie dała Mary do zrozumienia, kto dyryguje rodziną. Podczas wizyt w domu Freda Elizabeth nosiła białe rękawiczki i informowała Mary, czego oczekuje się od niej jako gospodyni, co zapewne przybierało czasem postać niezbyt subtelnych drwin i aluzji do przeszłości synowej.

Mimo nękania ze strony teściowej, pierwsze lata były dla Freda i Mary czasem wielkich możliwości i niespożytej energii. Fred gwizdał wesoło, wychodząc rano do pracy. Gwizdał też, gdy wracał do domu i przechodził do swojego pokoju, by włożyć czystą koszulę przed kolacją.

Mary i Fred nie zastanawiali się wspólnie nad imionami dla dzieci. Gdy urodziło się im pierwsze dziecko - córka - nazwali ją po prostu Maryanne, łącząc pierwsze i drugie imię Mary. Pierwszy syn urodził się półtora roku później, 14 października 1938 roku, i otrzymał imię po ojcu - z jedną drobną zmianą: drugie imię Freda seniora brzmiało Christ, podobnie jak panieńskie nazwisko jego matki; jego syn miał się nazywać Frederick Crist. Wszyscy - prócz ojca - mówili do niego Freddy.

Wydaje się, że Fred zaplanował przyszłość swojego syna, nim ten przyszedł na świat. Choć później chłopiec miał odczuć brzemię oczekiwań ojca, początkowo Freddy korzystał ze swojego statusu w sposób niedostępny dla Maryanne i pozostałych dzieci. Zajmował przecież szczególne miejsce w planach ojca - za jego pośrednictwem imperium Trumpów miało się rozrastać i prosperować po wsze czasy.

Minęło trzy i pół roku, nim Mary urodziła następne dziecko. Niedługo przed narodzinami Elizabeth Fred wyjechał na dłuższy czas, by pracować w Virginia Beach. Napływający do kraju po służbie wojskowej żołnierze potrzebowali mieszkań. To była okazja, którą Fred postanowił wykorzystać, by budować domy dla pracowników marynarki wojennej i ich rodzin. Miał wcześniej dość czasu, by doskonalić umiejętności i wyrobić sobie odpowiednią reputację, dzięki której zdobywał zlecenia. Podczas gdy inni zdrowi mężczyźni zaciągali się do wojska, on postanowił zrezygnować z tego zaszczytu, idąc tym samym w ślady ojca.

Dzięki rosnącemu doświadczeniu w prowadzeniu inwestycji budowlanych, a także wrodzonemu talentowi do wykorzystywania lokalnych mediów, Fred poznał ustosunkowanych polityków. Nauczył się od nich, jak w odpowiednim momencie domagać się przysług oraz, co najważniejsze, jak sięgać po rządowe pieniądze. Pracując w Virginia Beach, Fred przekonał się, że o wiele łatwiej jest budować imperium przy wsparciu rządu. Korzystał wtedy z funduszy hojnie udzielanych przez Federal Housing Administration (FHA). Ta agencja rządowa powołana do życia w 1934 roku przez prezydenta Franklina D. Roosevelta wyraźnie odeszła od swoich pierwotnych założeń, zanim jeszcze Fred zaczął korzystać z jej szczodrości. Początkowo głównym celem FHA było zapewnienie wystarczającej liczby niedrogich mieszkań dla stale rosnącej populacji Amerykanów. Wydaje się jednak, że po drugiej wojnie światowej agencja w równym stopniu troszczyła się o pomnażanie majątku deweloperów, takich jak Fred Trump.

Inwestycja w Wirginii była również okazją do uzupełnienia wiedzy i doświadczenia w zakresie projektów, które zaczął realizować później na Brooklynie: chodzi o budowanie dużych osiedli najszybciej, najsprawniej i najtaniej, jak to możliwe, przy zachowaniu standardów, które byłyby wciąż atrakcyjne dla potencjalnych kupców. Gdy ciągłe podróże między domem a miejscem pracy zaczęły mu ciążyć, Fred przeniósł całą rodzinę do Virginia Beach. W tym czasie Elizabeth była jeszcze małym dzieckiem.

Z punktu widzenia Mary Anne codzienność w Virginia Beach nie różniła się szczególnie od tej w Jamaica Estates, nie licząc oczywiście nowego i nieznanego otoczenia. Fred wciąż całymi dniami pracował, zostawiając ją z trójką małych dzieci. Ich życie towarzyskie kręciło się wokół ludzi, z którymi Fred pracował lub z usług których korzystał. W 1944 roku, gdy skończyły się fundusze FHA, z których finansowano przedsięwzięcia Freda, rodzina wróciła do Nowego Jorku.

Po powrocie do Jamaica Estates Mary poroniła, co poważnie odbiło się na jej zdrowiu i skończyło kilkumiesięczną rekonwalescencją. Lekarze ostrzegali ją przed następnymi ciążami, lecz rok później znów spodziewała się dziecka. Poronienie sprawiło, że najmłodsze i najstarsze dzieci dzieliła duża różnica wieku. Pośrodku tej luki znalazła się Elizabeth, niemal cztery lata starsza i tyleż młodsza od najbliższego jej wiekowo rodzeństwa. Maryanne i Freddy byli tak wiele lat starsi od najmłodszych dzieci, że można by ich zaliczyć niemal do różnych pokoleń.

Donald, czwarte dziecko i drugi syn Trumpów, urodził się w 1946 roku, gdy Fred zaczął planować budowę nowego rodzinnego domu. Kupił działkę o powierzchni dwóch tysięcy metrów kwadratowych położoną dokładnie za domem przy Wareham Road. Działka ze wzgórza miała widok na Midland Parkway, szeroką, obsadzoną drzewami arterię przecinającą całą okolicę. Na wieść o czekającej je przeprowadzce dzieci żartowały, że nie będą musiały wynajmować firmy przewozowej - mogły po prostu stoczyć swoje rzeczy ze zbocza.

Dom o powierzchni około czterystu metrów kwadratowych wyglądał imponująco na tle otaczających go budynków. Nadal jednak nie dorównywał wielu rezydencjom wzniesionym na wzgórzach w północnej części dzielnicy. Położony na szczycie wzniesienia po południu "Dom" rzucał cień na szerokie kamienne schody prowadzące od ulicy do drzwi frontowych, z których korzystaliśmy tylko przy specjalnych okazjach. Figurki czarnoskórych dżokejów, rasistowska pamiątka epoki praw Jima Crowa, najpierw zostały przemalowane na różowo, a potem zastąpiono je kwiatami. Fałszywy herb umieszczony na frontonie nad drzwiami pozostał na swoim miejscu.

Choć Queens stało się w końcu jednym z najbardziej zróżnicowanych rasowo miejsc na ziemi, w latach czterdziestych ubiegłego wieku, gdy mój dziadek kupił tam ziemię i wzniósł na niej imponujący ceglany dom w stylu kolonialnym z sześćdziesięcioma kolumnami, dziewięćdziesiąt pięć procent mieszkańców dzielnicy stanowili biali. Odsetek ten był jeszcze wyższy w zamieszkanej przez wyższą klasę średnią Jamaica Estates. Gdy w latach pięćdziesiątych wprowadziła się tam pierwsza rodzina o włoskich korzeniach, Fred był oburzony.

W 1947 roku Fred rozpoczął największe w swej dotychczasowej karierze przedsięwzięcie: Shore Haven, osiedle mieszkaniowe w Bensonhurst na Brooklynie. To trzydzieści dwie pięciopiętrowe kamienice i centrum handlowe na powierzchni ponad dwustu hektarów. Wartość umowy wynosiła dziewięć ówczesnych milionów dolarów, które FHA miała wypłacić bezpośrednio Fredowi (później Donald miał w podobny sposób zarobić na ulgach podatkowych od państwa i miasta). Warto przypomnieć, że Fred wcześniej nazwał ludzi wynajmujących 2201 mieszkań na osiedlach "moralnie zepsutymi", co miało zapewne oznaczać, że uczciwi ludzie mieszkają wyłącznie w domach jednorodzinnych, bo przecież w takich inwestycjach początkowo się specjalizował. Jednak dziewięć milionów dolarów może skłonić do zmiany zdania. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy stało się jasne, że jego fortuna będzie tylko rosła, Fred ustanowił wraz ze swą matką fundusze powiernicze dla dzieci, by chronić pieniądze przed opodatkowaniem.

Choć w domu i biurze Fred był autokratą rządzącym żelazną ręką, opanował jednocześnie do perfekcji sztukę wkradania się w łaski potężniejszych i lepiej ustosunkowanych ludzi. Nie wiem, jak zdobył tę umiejętność, ale przekazał ją później Donaldowi. Z czasem nawiązał znajomości z liderami brooklińskiej Partii Demokratycznej, najważniejszymi politykami stanu Nowy Jork i rządu federalnego (wielu z nich było ważnymi graczami w branży nieruchomości). Jeśli zdobywanie funduszy wymagało całowania po rękach miejscowych politykierów, którzy trzymali rękę na pieniądzach FHA, to Fred gotów był to robić. Wstąpił do luksusowego klubu plażowego na południowym wybrzeżu Long Island, a później do North Hills Country Club. Uważał bowiem, że to świetne miejsca do zawierania znajomości i wspólnej zabawy z ustosunkowanymi ludźmi, którzy mają wpływ na podział rządowych funduszy. Podobnie postępował Donald w latach siedemdziesiątych w Le Club w Nowym Jorku i w klubach golfowych w całym kraju.

Mówiono też, że - podobnie jak później Donald w odniesieniu do Trump Tower i kasyn w Atlantic City - Fred współpracował dyskretnie z mafią, by mieć spokój. Gdy dostał zielone światło na budowę kolejnego osiedla - Beach Haven, kompleksu składającego się z dwudziestu trzech budynków na szesnastu hektarach, na których miał zarobić szesnaście milionów dolarów z funduszy FHA - stało się jasne, że obrana strategia inwestowania (budowanie za pieniądze podatników) to strzał w dziesiątkę.

Choć Fred wznosił swoje imperium na fundamencie rządowych pieniędzy, nie lubił płacić podatków i gotów był zrobić wszystko, by tego uniknąć. Nawet w okresie największego rozwoju firmy nie wydawał choćby centa, którego nie musiał wydać, i nigdy nie zaciągał długów. Tej ostatniej zasady nie nauczył jednak swoich synów. Wychowany w czasach ciągłego niedostatku, co było konsekwencją pierwszej wojny światowej i Wielkiego Kryzysu, które ukształtowały jego mentalność, Fred zarządzał swoimi nieruchomościami z pełną swobodą jako ich jedyny właściciel. Zyski z czynszów, które generowała jego firma, były ogromne. Biorąc pod uwagę wartość majątku, Fred - uważany przez własne dzieci za wyjątkowego skąpca - wiódł stosunkowo skromną egzystencję. Pomimo lekcji gry na pianinie i prywatnych letnich obozów - zdaniem Freda niezbędnych elementów rodzinnego życia człowieka o jego statusie - dwoje jego najstarszych dzieci dorastało w poczuciu, że są "białą biedotą". Maryanne i Freddy chodzili na piechotę do oddalonej piętnaście minut marszu szkoły prywatnej nr 131. Gdy chciały wybrać się do miasta, tak mieszkańcy zewnętrznych dzielnic Nowego Jorku nazywają Manhattan, jechały metrem ze stacji przy 169 Ulicy. Oczywiście wcale nie były biedne - i poza krótkim okresem po śmierci ojca Fred również nigdy nie był biedny.

Dysponując tak wielkim majątkiem, Fred mógł mieszkać praktycznie wszędzie, ale większość dorosłego życia spędził w odległości niewymagającej nawet dwudziestu minut jazdy od miejsca, w którym się wychował. Nie licząc kilku weekendów, które spędził na Kubie z Mary w pierwszych latach małżeństwa, nigdy nie wyjeżdżał z kraju. Po ukończeniu projektu w Wirginii rzadko nawet opuszczał Nowy Jork.

Jego biznesowe imperium, choć wielkie i lukratywne, było równie prowincjonalne. W sumie wszedł w posiadanie około pięćdziesięciu budynków, wszystkie były jednak stosunkowo niskie i pełniły tylko funkcje użytkowe. Jego posiadłości mieściły się niemal wyłącznie na Brooklynie i w Queens. Blichtr, splendor i różnorodność Manhattanu były mu równie obce, jakby znajdowały się na innym kontynencie. W tych początkowych latach były dla niego również nieosiągalne.

Gdy rodzina przeprowadzała się do "Domu", wszyscy w okolicy wiedzieli już, kim jest Fred Trump, a Mary wcieliła się w rolę żony bogatego, wpływowego biznesmena. Zaangażowała się w działalność charytatywną, między innymi w Służbie Pomocniczej Kobiet w Jamaica Hospital i w żłobku dzielnicowym, organizowała uroczyste lunche i uczestniczyła w zbiórkach pieniędzy.

Choć Mary i Fred Trumpowie odnieśli ogromny sukces, nie mogli poradzić sobie z rozdźwiękiem między ich aspiracjami a nawykami. W przypadku Mary wynikało to prawdopodobnie z trudnego dzieciństwa naznaczonego niedostatkiem, jeśli nie prawdziwą biedą. W przypadku Freda była to forma ostrożności, której nauczył się po nagłym odejściu ojca i w zetknięciu ze wszechobecnością śmierci podczas pierwszej wojny światowej oraz epidemii hiszpanki. Doskonale pamiętał trudności finansowe, z jakimi wtedy musiała się borykać jego rodzina. Mimo że Trump Management co roku przynosił milionowe zyski, Fred wciąż nie potrafił pozostawić na ziemi leżącego gwoździa, szukał też oszczędności wszędzie tam, gdzie tylko było to możliwe. Mary z kolei bez problemów odnalazła się w nowej roli i chętnie korzystała z profitów, choćby takich jak pomoc gosposi. Jednak większość życia nadal spędzała w "Domu", szyjąc, gotując i piorąc. Wyglądało to tak, jakby żadne z nich nie umiało do końca pogodzić tego, co mogli mieć, z tym, na co gotowi byli sobie pozwolić.

Choć oszczędny, Fred nie był ani skromny, ani pokorny. Na początku kariery podawał się za młodszego, niż był w rzeczywistości, by ludzie uważali, że jest nad wiek rozwinięty. Lubił zwracać na siebie uwagę otoczenia i chętnie sięgał po hiperbole - wszystko było "wspaniałe", "fantastyczne" i "perfekcyjne". Zasypywał lokalne gazety informacjami o ukończonych budowach i udzielał licznych wywiadów, w których wychwalał zalety swoich nieruchomości. Oblepiał zachodni Brooklyn ogłoszeniami i wynajmował barkę z reklamami, która pływała tuż przy brzegu. Nigdy jednak nie był w tym tak dobry jak wiele lat później Donald. Radził sobie w interakcjach z pojedynczymi osobami, umiał też zabiegać o przysługi u ludzi, którzy stali wyżej od niego w hierarchii politycznej, lecz wygłaszanie przemówień przed dużymi zgromadzeniami lub umiejętne sterowanie wywiadami telewizyjnymi wykraczało poza jego możliwości. Przemawiania uczył się na szkoleniu Dale'a Carnegie'a, ale był w tym tak kiepski, że nawet jego posłuszne zazwyczaj dzieci kpiły z jego nieporadności. Tak jak niektórzy utalentowani mówcy ze względu na swój wygląd nadają się tylko do radia, tak Fred dysponował pewnością siebie na poziomie, który pozwalał mu skutecznie działać w zaciszu czterech ścian i w mediach drukowanych. Ten fakt w istotnym stopniu zdecydował później o tym, że wspierał drugiego syna kosztem pierwszego.

Kiedy Fred usłyszał w latach pięćdziesiątych o Normanie Vincencie Peale'u, ogromnie przypadło mu do gustu płytkie przesłanie kaznodziei o samowystarczalności. Peale, pastor Marble Collegiate Church w centrum Manhattanu, bardzo lubił odnoszących sukcesy biznesmenów. "Powołaniem kupca nie jest zarabianie pieniędzy" - pisał. "Powołaniem kupca jest służenie ludziom". Peale był szarlatanem, ale szarlatanem, który kierował potężnym i bogatym kościołem i który potrafił sprzedać swoją naukę. Fred nie był zapalonym czytelnikiem, ale po prostu nie mógł nie słyszeć o niezwykle popularnym bestsellerze Peale'a Moc pozytywnego myślenia. Sam tytuł wzbudził entuzjazm Freda, który postanowił wstąpić do Marble Collegiate Church, choć ani on, ani jego rodzina nie uczestniczyli zbyt często w nabożeństwach.

Fred miał już pozytywne podejście i niezachwianą wiarę w siebie. Potrafił być poważny i oficjalny, ale nawet wtedy, gdy lekceważąco traktował przyjaciół swoich dzieci, którzy go w ogóle nie interesowali, potrafił łatwo przywołać uśmiech na twarz. Nawet wtedy, gdy mówił komuś, że jest paskudny. Po prostu zwykle był w dobrym nastroju. I miał ku temu powody - kontrolował wszystkie elementy swojego świata. Wyłączając śmierć ojca, jego życie układało się całkiem gładko, także dzięki wsparciu rodziny i współpracowników. Od samego początku, kiedy to zajął się budowaniem garaży, odnosił niemal wyłącznie sukcesy i stale piął się w górę. Pracował ciężko, ale w odróżnieniu od większości innych ciężko pracujących mógł liczyć na rządowe dofinansowanie, niemal nieograniczoną pomoc wysoko postawionych znajomych oraz wyjątkowe szczęście. Fred nie musiał czytać Mocy pozytywnego myślenia, by przyjąć dla własnych celów najbardziej powierzchowne i wyrachowane założenia nauk Peale'a.

Jeszcze przed nastaniem teologii sukcesu, doktryna Peale'a głosiła, że potrzeba jedynie pewności siebie, by rozwijać się pomyślnie w taki sposób, w jaki chce tego Bóg. "Po prostu nie pozwolisz kłopotom zniszczyć twojego szczęścia. Możesz zostać pokonany tylko wtedy, kiedy sam tego chcesz" - pisał Peale. Te słowa potwierdzały to, czego Fred się domyślał już wcześniej - był bogaty, bo na to zasługiwał. "Uwierz w siebie! Uwierz w swoje możliwości! (...) Poczucie własnej niższości i niezdatności przeszkadza w spełnieniu twoich nadziei, zaś wiara w siebie prowadzi do samorealizacji i sukcesu". Fred nigdy nie wątpił we własne siły, nigdy też nie dopuszczał do siebie myśli o porażce. Jak pisał w innym miejscu Peale: "Przykra jest świadomość, że tak wielu nieszczęśników jest krępowanych i dręczonych przez chorobę zwaną powszechnie kompleksem niższości"[5].

Teologia sukcesu Peale'a w istocie dopełniała mentalność niedostatku, w której ciągle tkwił Fred. W jego pojmowaniu nie mieściła się zasada: "im więcej masz, tym więcej możesz dać", lecz jedynie: "im więcej masz, tym więcej masz". Wartość finansowa przekładała się bezpośrednio na poczucie własnej wartości, człowiek był wart tyle, ile jego majątek. Im więcej miał Fred Trump, tym był lepszy. Jego logika zakładała, że gdyby dał coś komuś, ta osoba stałaby się warta więcej niż on. Właśnie takie podejście do świata przekazał później Donaldowi.

 

[...]

Tytuł oryginału: TOO MUCH AND NEVER ENOUGH: How My Family Created

the World's Most Dangerous Man

Redakcja: Małgorzata Skowrońska

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Elżbieta Wastkowska na podstawie projektu Jackie Seow

Zdjęcie na okładce: ? Contrasto, Archivio GBB/East News

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? 2020 by Compson Enterprises LCC.

First published by Simon & Schuster.

Copyright ? Agora SA, 2020

Copyright ? for Polish translation by Janusz Ochab, 2020

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2020

 

ISBN: 978-83-268-3381-6

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej