ROZDZIAŁ 2
Kiedy tylko wyszedłem z domu, na podjazd wjechał Adam wraz ze swoim ojcem, Maxem. Wyglądało na to, że tato przyjaciela jest dla syna prywatnym szoferem - bo gdy tylko Adam musiał się gdzieś dostać, to jego ojciec był do dyspozycji. Max sam sobie szefował, więc zawsze znajdował chwilę wolnego czasu, aby gdzieś podrzucić syna - albo skądś go odebrać. Ojciec mojego przyjaciela założył kilka lat temu firmę zajmującą się medycznym transportem w jednej z pobliskich prywatnych klinik. Jego rodzinie powodziło się od tego momentu z roku na rok coraz lepiej.
- Dzień dobry - przywitałem się z mężczyzną, po czym usiadłem na tylnym siedzeniu niebieskiego mercedesa.
- Jak się masz, Aleks? Gotowy na zakupy? - w jego głosie pobrzmiewała ekscytacja.
W odpowiedzi pomachałem tylko kartą kredytową.
- Czy Jeff dał ci ją z własnej woli? - zażartował.
- Gdyby wiedział, że jestem w jej posiadaniu, to podejrzewam, że pojechałby z nami i pilnował, żebym nie zaszalał.
- Cały Jeff! - uśmiechnął się Max, po czym odpalił silnik samochodu. - Pasy zapięte, dzieci? - zapytał z ironią w głosie.
- Tato, nie mamy po pięć lat, okej? - odpowiedział Adam, jak zwykle zażenowany dziecinnymi tekstami ojca. W sumie rozumiałem go, bo u mnie w rodzinie było tak samo. Max i Jeff byli najlepszymi - jak siebie określali - ziomkami, więc nie zdziwiłoby mnie, gdyby swoje pomysły na próby rzucania młodzieżowym slangiem ćwiczyli najpierw na sobie, popijając przy tym piwo.
- Dobrze już, dobrze. Nie denerwuj się, bo ci wyskoczy syf na tej twojej gładkiej buźce.
- Możemy już jechać, tato? Nie musisz czasem za pół godziny wrócić do pracy?
Max postanowił nie drażnić się już z synem i ruszył w stronę galerii. Adam przez całą siedmiominutową drogę oczywiście opowiadał, jak idą przygotowania do imprezy. Uprzedził też ojca, aby nie dzwonili, kiedy wyjadą - bo jest na tyle odpowiedzialnym człowiekiem, że potrafi się zająć sobą i domem. Tego ostatniego jednak jego rodzice nie byli wcale tak bardzo pewni. Nie zdarzyło się nigdy, żeby po imprezie syna powstały jakieś szkody, ale - jak mówił jego ojciec - kiedyś musi być ten pierwszy raz. Z drugiej strony było o co się martwić, bo miała to być najważniejsza dotychczas impreza. Tylko raz kończyło się liceum i należało hucznie uczcić ten - jak to Adam nazywał - epicki moment.
Wysiedliśmy z Adamem przed głównym wejściem do galerii. Umówiliśmy się z jego ojcem, że odbierze nas za cztery godziny. W innej sytuacji to niewiele - ale z Adamem w galerii każda minuta wydawała się katorgą. Uwielbiał dbać o swój wygląd: różnego rodzaju maseczki na twarz, comiesięczna wizyta u fryzjera (żeby tylko przyciąć boki) czy częste wizyty w galerii handlowej w poszukiwaniu ciekawych ciuchów. Był po prostu metroseksualny. To, w jaki sposób jest ubrany i jak się prezentuje, miało dla niego ogromne znaczenie. Jednak dla mnie najważniejsze było podejście do naszej przyjaźni. Zawsze mogliśmy na siebie liczyć. A jeżeli któryś z nas potrzebował pomocy, to drugi nie wahał się ani chwili.
- Boże, cztery godziny to wcale nie jest mnóstwo czasu. Ale w końcu masz mnie, więc będziesz wyglądać jak pięćset dolców. Na więcej nie licz, bo nie można uczynić cudu w tak krótkim czasie. - Uśmiechnął się, po czym przyśpieszył kroku i pociągnął mnie w kierunku głównego wejścia do centrum handlowego.
- Bardzo śmieszne... Ale jeżeli już mi tak pomagasz, to może odwdzięczę się tym samym? - w tym momencie wpadłem na zabawny pomysł.
- Co masz na myśli? - skrzywił się, jakby właśnie zjadł cytrynę.
- No, wiesz: ty pomożesz znaleźć mi jakiś outfit na imprezę, a ja tobie. Co ty na to? Reflektujesz na moją wspaniałomyślną ofertę?
- Stary, bez urazy, ale to najważniejsza impreza w moim życiu. Gdyby to było Halloween, to jeszcze spoko. Ale jak wytłumaczę ludziom, że wyglądam jak dziecko z zaburzeniami psychicznymi, bo mam na sobie ciuchy idealne dla sześćdziesięciolatka? - odpowiedział, omiatając mnie spojrzeniem.
- Ej! Nie przesadzasz trochę? - popatrzyłem na przyjaciela z ukosa.
- Zupełnie nie przesadzam, człowieku.
Zaczęliśmy naszą przygodę w trzypiętrowej galerii. Jednak już po godzinie miałem dość. Kiedy tylko znajdowałem coś, co mi się podobało, Adam stwierdzał, że to się absolutnie nie nadaje. Koniec końców, po kolejnych dwóch godzinach, udaliśmy się do Mac'a na frytki i colę. Taka nasza mała tradycja. Miałem w końcu to, po co przyjechaliśmy - więc humor mi się poprawił na resztę dnia. Nagle przypomniałem sobie, że nie znalazłem jeszcze czegoś dla moich rodziców, którzy w dzień imprezy mieli obchodzić dwudziestopięciolecie małżeństwa. Od tygodni szukałem idealnego prezentu, bo nie chciałem tak po prostu wyskoczyć z kwiatami. Jednak do dzisiaj nie znalazłem niczego, co by mnie usatysfakcjonowało. Ale w końcu był obok mnie Adam. Skończyliśmy w pośpiechu obiad i ruszyliśmy na kolejną rundę po galerii. Po dwudziestu pięciu minutach nagle zatrzymałem się - bo stwierdziłem, że spoglądam na coś wyjątkowego.
- To jest to! - wskazałem na rzecz, która od razu rzuciła mi się w oczy.
- Jesteś pewny? W sumie fajne, ale nie będę się wtrącać, bo to prezent od ciebie. Na pewno im się spodoba - zapewnił mnie przyjaciel.
Wchodząc do sklepu, od razu poprosiłem ekspedientkę o eleganckie zapakowanie prezentu.
- Zapakować w papier? - zapytała, spoglądając na Adama. Była pewnie nieco starsza od nas. A na widok Adama totalnie mnie olała. Nie było dla niej ważne nawet to, że właśnie ja płaciłem za zakupy ze swoich oszczędności.
- Byłoby miło - odpowiedział Adam, puszczając jednocześnie do dziewczyny oko. Dało się zauważyć, jakie zrobiło to na niej wrażenie, co oczywiście podbudowało ego mojego przyjaciela.
- Ty to jesteś rozchwytywany. Dała ci swój numer? - zaczepiłem Adama.
- Mam na oku inną - rzucił, po czym lekko się uśmiechnął.
- Królowa Angela?
- Tak. W końcu może do czegoś dojdzie.
- Nadal nic? - byłem naprawdę w szoku. Adam nigdy nie potrzebował dużo czasu na zbajerowanie dziewczyny, by wskoczyła mu do łóżka.
- Zawsze cała akcja kończy się na całowaniu. Jak moja ręka schodzi poniżej jej talii, to...
- Nie chcę wiedzieć co! - przerwałem szybko. Mogę słuchać o wszystkim, tylko nie o życiu seksualnym swojego przyjaciela. Nie interesowało mnie aż do tego stopnia.
Staliśmy przed galerią, czekając na przybycie ojca Adama. Przesłał SMS, że musimy dać mu dwadzieścia minut, bo akurat wyskoczyło mu coś ważnego.
Siedząc na ławce, zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno powinienem porozmawiać z Anną. Mój towarzysz oczywiście zgadł o czym myślę, bo zaraz zapytał:
- Dumasz o tym, co jej powiedzieć?
- Główkuję, czy w ogóle cokolwiek mówić. Boję się jej reakcji.
- To może być ostatni moment na wyznanie prawdy. - Spoważniał, bo wiedział, jakie to dla mnie istotne.
- A co, jeżeli potem będzie jeszcze gorzej?
- Jeżeli nie spróbujesz, to nie będziesz wiedział. Nie chcesz chyba ciągle żyć ze świadomością, że może jednak coś by z tego wyszło?
- Bardziej się boję, że wszystko zniszczę. Wiesz, naszą przyjaźń... - dodałem niepewnie.
- Rozmawiacie ze sobą jak najlepsze psiapsiółki. Zaczyna to trochę wyglądać, jakby Anna odnalazła swojego najlepszego przyjaciela geja - skomentował Adam.
- Świetnie. Mam wrażenie, że wiele osób tak myśli. Ostatnio na korytarzu, podczas przerwy, podszedł do mnie Henry i zapytał, z kim idę do ciebie na imprezę.
- Ha, ha, ha... Nie gadaj, że zaprosił cię jako osobę towarzyszącą? - Adam zaczął rżeć tak głośno, że kilka osób odwróciło głowy w naszym kierunku.
- Odmówiłem. - Nie mogłem wytrzymać i zacząłem się śmiać razem z nim.
Nagle zza zakrętu wyłoniło się auto Maxa. Wstaliśmy roześmiani i wsiedliśmy do samochodu. Max tylko wymownie popatrzył na liczbę toreb, które Adam kładł na siedzeniu. Pojechaliśmy kupić kilka rzeczy dla mnie, ale mój przyjaciel nie próżnował i sobie kupił dwa razy więcej ciuchów niż ja.
- A co was tak rozbawiło, chłopaki? - spytał Max, kiedy zamknęliśmy za sobą drzwi.
- Aleks został zaproszony na randkę i odmówił! - szybko wyjaśnił Adam. - Bo ona to tak naprawdę on. Henry Jake to osoba, która postanowiła zaprosić naszego przystojniaka. - Nie mógł oczywiście zachować tego dla siebie. - Nikt nie lubi jego bujnych loków. Są megaodstraszające. - I wszyscy ponownie wybuchnęliśmy śmiechem.
Cała rodzina, z Adamem na czele, odznaczała się świetnym poczuciem humoru i żartowała z większości rzeczy.
- Zawieziemy teraz Aleksa do domu. Nie opłaca się nam jechać na zajęcia, bo się spóźniłeś, tato - poinformował Adam. Max tylko pokiwał głową.
Przez resztę drogi Adam po raz kolejny wysłuchiwał pouczeń swojego ojca o tym, że musi uważać na ludzi. I pilnować, żeby dom nie został zniszczony.
Sam zawsze się dziwiłem, skąd u jego rodziców takie podejście do tej kwestii. Bez problemów zgadzali się na jego pomysły. A odkąd sięgam pamięcią, każdy znajomy był u nich mile widziany. Może dlatego, że Adam jest jedynakiem. Z podsłuchanych rozmów moich rodziców wiem, że państwo Vansowie od wielu lat starali się o kolejne dziecko - lecz okazało się, że mama Adama nie może ponownie zajść w ciążę. Bycie jedynakiem wydaje się fajne, bo jest się kimś wyjątkowym i dostaje się większe prezenty - ale czy na pewno jest to lepsze?
Też nie mam rodzeństwa i gdyby nie mój przyjaciel, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie jestem osobą śmiałą, która niczego się nie wstydzi. Wręcz przeciwnie. Wolę pozostawać w cieniu. Jest mi z tym po prostu lepiej, ponieważ mam problem z nawiązywaniem nowych znajomości.
Przypomniał mi się pierwszy dzień szkoły. Pierwsza klasa, kiedy kompletnie nikogo nie znałem, oczywiście z wyjątkiem Adama. Bałem się, że dzieci będą się ze mnie śmiać, bo trzymam się na uboczu i nie mam super zabawek. Kiedy jednak rodzice przywieźli mnie na zajęcia, Adam wyrwał się mamie i podbiegł do mnie z uśmiechem.
- Usiądziemy razem w ławce? Chcesz? Będzie super! - cieszył się, wykrzykując kolejne słowa.
I w taki oto sposób cały stres nagle gdzieś uleciał, a pierwszy dzień w szkole okazał się naprawdę fajny. Co ja mówię - to był najlepszy pierwszy dzień, jaki mogłem sobie wyobrazić! A wszystko zawdzięczałem przyjacielowi.
- Halo, jesteśmy na miejscu! Ziemia do Aleksa! - usłyszałem głos Adama, który wyrwał mnie z rozmyślań.
Rzeczywiście, staliśmy przed moim domem. Kątem oka zauważyłem, jak Max patrzy na mnie we wstecznym lusterku.
- Wszystko w porządku, chłopie? Odpłynąłeś gdzieś.
- Tak, przepraszam. Zamyśliłem się. Dziękuję panu za podwiezienie.
- Nie ma za co! Jak zwykle polecam się na przyszłość.
- Na razie! Do później? - zapytał Adam.
- Pewnie, dzięki wielkie. - Wysiadłem z samochodu, zabierając ze sobą torby z zakupami. Mama musiała dostrzec mnie wcześniej z okna kuchni, bo kiedy wróciłem, czekała już na ganku.
- Jak zakupy? Nie byliście na zajęciach?
- Spokojnie, tato nie powinien dostać zawału. Mam przynajmniej taką nadzieję - zażartowałem. Wytłumaczyłem, że zakupy się przeciągnęły, Max się spóźnił i nie było sensu jechać już do szkoły.
- Pokazuj, co tam masz - poprosiła mama. Ale ja zrobiłem krok w tył, przypominając sobie, że w jednej z toreb znajduje się prezent z okazji ich rocznicy.
- Za chwilę ci pokażę, tylko muszę natychmiast do łazienki.
Nie zatrzymywała mnie, chociaż domyślała się, że coś kombinuję. Znała mnie przecież, a ja nigdy nie potrafiłem kłamać. Nie wiem, co musiałoby się stać, żebym był w stanie nabrać swoich rodziców. Potrafili rozgryźć mnie w ciągu kilku sekund. Dlatego robienie im jakichkolwiek psikusów podarowałem sobie już parę lat temu - po dziesiątej nieudanej próbie.
Wszedłem do pokoju i szybko zamknąłem za sobą drzwi. Wyciągnąłem z torby pięknie zapakowany przez ekspedientkę prezent i schowałem go do jednej ze skrzyń pod moim łóżkiem. Było to moje jedyne prywatne miejsce. Każdy wiedział, że nie można tam zaglądać bez mojej wiedzy. Wstałem i zabrałem resztę zakupów. Zszedłem ponownie na dół, żeby pokazać mamie, co pomógł mi kupić przyjaciel.