Wprowadzenie
Zaczęło się od tego, że komórka w kształcie
kijanki dotarła do nieprzezroczystej krawędzi komórki jajowej i wbiła
się do środka. Zapłodniona komórka jajowa podzieliła się na dwie i stała
się zarodkiem. Te dwie komórki podzieliły się na cztery, cztery na osiem
i tak dalej, aż nastąpiło coś niesamowitego: zamiast pozostawać nadal
takie same, komórki zaczęły pełnić różne funkcje.
Niektóre komórki zostały wysłane na zewnątrz, żeby stworzyć skórę. Inne
rozpoczęły produkcję hormonów, które sprawiają, że jesteśmy śpiący,
głodni lub zdenerwowani. Jeszcze inne stały się komórkami mięśniowymi,
które pozwalają na poruszanie kośćmi rosnącego szkieletu.
Narząd definiujący naszą osobowość - ten, który sprawia, że my to my - z początku w zarodku był tylko grupą komórek mniej więcej wielkości czubka
ołówka. Na etapie wczesnego rozwoju w ciągu zaledwie kilku dni komórki
te uformowały się w kształt długiej rurki. Jeden jej koniec rozciągnął
się w rdzeń kręgowy, a drugi stał się właśnie tym mózgiem, którego
używasz dziś, żeby przeczytać niniejsze słowa.
W mózgu, w części tuż nad gałkami ocznymi, wykształciły się neurony,
które pomagają nam kontrolować impulsy, czyli panować nad naszym
zachowaniem. Neurony po jego bokach nauczyły się rozumieć język i muzykę. Te znajdujące się wyżej, bliżej czubka głowy, stały się
specjalistami od matematyki i oceniania. Leżąca pod nimi jeszcze inna
grupa neuronów skupiła się na informacjach wizualnych dostarczanych z tyłu gałek ocznych.
Voila! I oto jesteś w posiadaniu najbardziej złożonej maszyny, jaką
zna ludzkość. Twój mózg ma ponad osiemdziesiąt sześć miliardów neuronów
- więcej niż mózg jakiegokolwiek innego zwierzęcia na Ziemi. Jest
większego rozmiaru niż mózgi wszystkich innych naczelnych i zawiera
więcej danych niż najnowocześniejszy smartfon. Pewne części naszego
mózgu są tak złożone, że w pełni rozwijają się, dopiero gdy mamy
dwadzieścia parę lat1.
A jednak.
Nasz mózg ma piętę achillesową. Te same cząsteczki, które sprawiają, że
mózg działa, mogą też zawładnąć naszą osobowością i zniszczyć naszą
zdolność do myślenia. Nasz temperament, nasze wspomnienia i relacja z rzeczywistością mogą zostać zagarnięte przez cząsteczki miliardy razy
mniejsze niż mózg. Opowieści o wojnach partyzanckich fascynowały ludzi
od tysiącleci, lecz niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że nasz
mózg każdego dnia zaangażowany jest w podobne konflikty. Cały czas
żyjemy na krawędzi, walcząc z cząsteczkami, które mogą zepchnąć nasz
umysł w przepaść.
"Cząsteczka" to trudne słowo o prostym znaczeniu: to grupa połączonych
ze sobą atomów. Pewnie znasz już atomy, choćby atomy tlenu, węgla czy
wodoru. Kiedy atomy są ze sobą połączone, taką strukturę nazywamy
cząsteczką.
Cząsteczka wody zawiera dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu, więc nazywa
się H2O. Tiamina - której cząsteczki też będą ważne w tej
książce - również składa się z atomów wodoru i tlenu, ale zawiera także
atomy węgla i azotu. Kwas deoksyrybonukleinowy (DNA) to wielka, liniowa
cząsteczka zbudowana z tych samych atomów co tiamina z dodatkiem
fosforu.
Wszystkie te cząsteczki są tak małe, że nie da się ich zobaczyć przy
użyciu tradycyjnych mikroskopów. Szklanka wody zawiera kwadrylion
cząsteczek wody - ponad bilion razy więcej, niż wynosi liczba ludzi na
świecie. Ziarenko piasku zawiera więcej cząsteczek, niż jest owadów na
Ziemi. Nawet DNA, największa cząsteczka w ludzkim ciele, jest tak małe,
że naukowcy mogą sobie bezpośrednio zwizualizować jego strukturę tylko
dzięki specjalistycznemu mikroskopowi - a nauczyli się to robić dopiero
w 2012 roku2.
Rozmiar cząsteczek nic nam jednak nie mówi o ich zdolności do
przejmowania umysłu. Ta książka jest o cząsteczkowych draniach, miliony
razy mniejszych niż sam mózg, a mimo to przejawiających wyjątkowy talent
do hakowania jego funkcji. Naukowcy napisali całe tomiszcza o każdej z tych cząsteczek, lecz ja wolę myśleć o nich jako o zwyczajnych:
mutantach, rebeliantach, intruzach i dezerterach.
Mutanci to zmienione sekwencje DNA. Jeśli pomyślimy o DNA jako o czymś w rodzaju olbrzymiego, trójwymiarowego kodu komputerowego, mutacje to
drobne pomyłki, które prowadzą do autodestrukcji programu. Jak
zobaczycie w pierwszym rozdziale tej książki, mutanci mogą wywoływać
prowadzące do śmierci zaburzenia funkcji poznawczych i to z pokolenia na
pokolenie w danej rodzinie. Wyrok, który wydają na te rodziny, już
niemal możemy złagodzić dzięki niesamowitym odkryciom w dziedzinie
neurologii.
Rebelianci to zdziwaczałe białka. W normalnych warunkach białka są
niezwykle utalentowanymi cząsteczkami, które przenoszą polecenia
wydawane przez nasze DNA. Wracając do metafory DNA jako kodu
komputerowego: białka to ludzie i infrastruktura, czyli to, co sprawia,
że kod żyje - jak maszyniści, którzy prowadzą pociągi zgodnie z rozkładem jazdy wygenerowanym przez algorytm. Lecz białka mogą się też
zbuntować przeciwko nam, zaatakować nasz mózg i doprowadzić do szybkiego
i dramatycznego zniszczenia. Krnąbrne białka wywołują halucynacje,
wybuchy złości i mogą nas pchnąć w otchłań otępienia - więcej o tym w drugiej części tej książki.
I wreszcie mamy też tak zwane małe cząsteczki, o wiele drobniejsze niż
DNA i białka. Mogą one wkraść się nieproszone do naszego mózgu albo może
ich tam nie być, kiedy ich potrzebujemy. Wracając do naszej analogii
kolejowej: możemy myśleć o małych cząsteczkach jako o przeszkodach na
torach (to właśnie intruzi) lub o paliwie, które jest niezbędne, by
pociąg w ogóle ruszył (te nazywam dezerterami). Jak dowiecie się z ostatniej części tej książki, ci mali intruzi i dezerterzy mogą
wywoływać u nas napady wściekłości, zmienić nas w notorycznych kłamców
lub doprowadzić do stanu kompletnej dezorientacji.
Fascynujące postacie i zagadkowe sprawy opisane na kartach tej książki
nie należą wyłącznie do działu naukowych ciekawostek. Przedstawione tu
opowieści dają zarys najdalej wysuniętych ekscytujących granic
dzisiejszej neurologii poznawczej. Badając cząsteczki, które usiłują
zawładnąć naszym mózgiem, możemy lepiej zrozumieć, jak w przyszłości
leczyć chorobę Alzheimera i inne powszechnie występujące choroby mózgu.
Leczenie raka przeszło w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat prawdziwą
rewolucję, ponieważ naukowcy zidentyfikowali cząsteczki wywołujące
choroby onkologiczne i opracowali rozwiązania na poziomie molekularnym.
Również w neurologii na poziomie molekularnym możemy znaleźć odpowiedzi
na wiele zaburzeń naszego mózgu. Naukowcy, którzy rozwiązali tajemnice
przedstawione na następnych stronach tej książki, sprawili, że
neurologia może pójść taką samą drogą jak onkologia. Ci akademicy i lekarze - czasami dziwaczni, często niedoceniani i zawsze niezwykle
oddani swojej sztuce - doprowadzili neurologię do punktu, w którym
znajdujemy się dzisiaj: na próg przełomu molekularnego.
* * *
Mój romans z cząsteczkami rozpoczął się jeszcze w college'u, kiedy
bawiłam się pipetkami i probówkami, żeby zrozumieć, jak bakterie szyją
sobie zbroję, która chroni je przed antybiotykami. Pracowałam w tętniącym życiem laboratorium zastawionym rzędami czarnych stołów.
Drewniane biurka studentów zarzucone były artykułami naukowymi,
podręcznikami i rozpadającymi się kubkami po kawie. Tylko przyczepione
do korkowych tablic rodzinne zdjęcia przypominały nam o świecie
zewnętrznym.
Nasz zespół żył zachwytem nad drobiazgami. W jednym końcu sali bystra
dziewczyna z Queens odkryła, w jaki sposób wyspecjalizowane cząsteczki
pomagają bakteriom dzielić się na pół i jeszcze przy tym nie wybuchnąć3. W drugim kącie nieśmiała i uparta kobieta odtworzyła w probówce wyszukany kompleks cząsteczek4. Kilka biurek
dalej młody ojciec z Singapuru zrozumiał wreszcie, jak bakterie tworzą
cząsteczki, które sprawiają, że są one bardziej odporne na antybiotyki5.
Potem poszłam na studia medyczne i zrobiłam specjalizację z neurologii.
Zostałam lekarzem od otępienia, osobą przerażoną i zafascynowaną zarazem
tym, jak choroba Alzheimera i inne typy otępienia mogą zmieniać
osobowość człowieka. Dziś przez większość dnia patrzę, jak moi pacjenci
powoli znikają na oczach zrozpaczonych mężów, żon, dzieci, a bywa, że i rodziców. Rozmawiam z osobami, które widzą nieistniejących ludzi i zwierzęta. Budzą się w środku nocy i pytają swoich partnerów: "Dlaczego
ten mężczyzna siedzi na naszym łóżku?" albo "Dlaczego ten królik się na
ciebie gapi?". Przeprowadzam wywiady z małżonkami, którzy przez całe
dziesięciolecia byli troskliwymi, kochającymi partnerami, po czym w wyniku otępienia wplątują się w romanse albo rozbierają się na oczach
obcych ludzi. Jestem w pewnym sensie ich przewodniczką na ścieżce do
nicości.
Tak jak w przypadku powoli tonących statków pojawiają się też momenty,
gdy pacjenci i ich osobowość wyskakują nagle na powierzchnię i przez
chwilę widać jeszcze to utracone życie. Opiekun takiego pacjenta
opowiada mi potem, jak jego podopieczny ogromnie ucieszył się na wieść o narodzinach wnuka, choć chwilę później zupełnie zapomniał, że jest z tym
dzieckiem jakkolwiek spokrewniony. Małżonkowie opowiadają mi o tych
chwilach, gdy ich partnerzy nagle przejawiają współczucie i troskę - o tej nieoczekiwanej zamianie ról, gdy raptem to podopieczny opiekuje się
opiekunem. W końcu jednak wielu moich pacjentów po prostu odchodzi,
zabierają ich choroba Alzheimera lub inne zaburzenia funkcji
poznawczych, wszystkie bez wyjątku wywołane przez zabójcze cząsteczki,
przed którymi nie potrafimy się jeszcze bronić.
Codziennie widzę obracające się w proch umysły, lecz rola pojedynczej
cząsteczki jest w mojej pracy nadal równie ważna jak wtedy, gdy w college'u całymi dniami przesiadywałam w laboratorium. Większości moich
pacjentów nie da się wyleczyć właśnie dlatego, że nie mamy dla ich
chorób rozwiązania molekularnego. Nawet w przypadku najpowszechniejszych
poznawczych zmór wciąż jeszcze nie osiągnęliśmy tego, co onkolodzy
wywalczyli dla swoich pacjentów już ćwierć wieku temu.
Ta książka opowiada o ludziach, których życie zostało wywrócone do góry
nogami przez molekularnych mutantów, rebeliantów, intruzów i dezerterów.
Opisuje zwycięstwa i porażki naukowców i lekarzy, którzy poświęcili się
odkrywaniu sekretów zagrażających mózgowi cząsteczek. Są to opowieści o chaosie - niewyobrażalnych zmianach osobowości, utracie pamięci, śmierci
i cierpieniu. Chcę przez nie pokazać to, co wie każdy neurolog, a o czym
bohaterowie tych opowieści przekonali się na własnej skórze: wszyscy
balansujemy na krawędzi, bo nasz mózg znajduje się zaledwie o cząsteczkę
od szaleństwa.
Część pierwsza
MUTANCI DNA
DNA miało w świecie naukowym dość trudne
początki.
Historia tego odkrycia zaczyna się w połowie XIX wieku, kiedy to
szwajcarski lekarz Friedrich Miescher zaszył się w laboratorium,
uświadomiwszy sobie, że nie słyszy już nawet swoich pacjentów. Miescher
był badaczem tak zapalonym, że gdy skończył mu się sprzęt laboratoryjny,
ponoć używał domowej porcelany, a narzeczona musiała czekać na niego pod
ołtarzem, aż dokończy eksperyment (ale i tak za niego wyszła).
Zafascynowany składem chemicznym ropy Miescher zbierał bandaże z pobliskiego szpitala i zdrapywał ich białą zawartość do zlewek, które
przechowywał w laboratorium. Źródła historyczne sugerują, że było mu
wszystko jedno, skąd pochodzą substraty do badań. Narzekał jedynie, że
mimo usilnych starań nie udaje mu się zdobyć więcej świeżej ropy6.
Badając te śmierdzące próbki, Miescher natrafił na coś, czego się tam
nie spodziewał: poza cząsteczkami, które zostały opisane już wcześniej
przez naukowców, komórki w ropie zawierały też podłużny materiał
obfitujący w atomy fosforu. Miescher nigdy o czymś takim nie czytał. Nie
był pewien, co ten materiał właściwie tam robi. Wydawało mu się - i jak
się później okazało, miał rację - że odkrył właśnie coś nowego.
Jeszcze tego samego roku Miescher opublikował opis tajemniczej
substancji w czasopiśmie naukowym. Jego tekst był suchy, rozwlekły -
ciągnął się na dwadzieścia stron - i zebrał więcej szyderczych uwag niż
pochwał7. Niektórzy naukowcy uważali, że tajemnicze cząsteczki
to po prostu jakieś zanieczyszczenia, które przypadkiem dostały się do
próbek podczas eksperymentów. Inni podejrzewali wręcz Mieschera o jakieś
bardziej nikczemne zamiary i kwestionowali jego rzetelność naukową.
Nawet ci, którzy zaufali jego opisowi, nie wierzyli, że odkrył
cząsteczkę przenoszącą cechy z pokolenia na pokolenie. W tym czasie sam
Miescher zresztą uważał, że cząsteczka ta jest pod względem chemicznym
zbyt prosta, by mogła zawierać instrukcje budowania i funkcjonowania
wszystkich żywych istot zamieszkujących naszą planetę.
Wyizolowane przez Mieschera cząsteczki wkrótce potem znane już były jako
kwas deoksyrybonukleinowy, w skrócie DNA, lecz nadal niewielu rozumiało,
że mają one jakiś związek z dziedzicznością1. I tak
wszyscy niemal zupełnie zapomnieli o DNA na następne osiemdziesiąt lat.
Naukowcy skupili się na białkach, różnorodnych i zaskakująco efektywnych
cząsteczkach, które wykonują ciężką pracę podtrzymywania życia komórki.
Wówczas wydawało się wręcz oczywiste, że tak niesamowicie uzdolniona
cząsteczka jak białko musi być substancją odpowiedzialną za przenoszenie
cech w kolejnych pokoleniach. Białka to rzecz kluczowa, myślano; reszta
to tylko jakieś tam paproszki.
Narracja ta zmieniła się dopiero w 1944 roku dzięki doktorowi Oswaldowi
Avery'emu. Avery był zbliżającym się do emerytury kanadyjskim
bakteriologiem o wąskim podbródku i szerokim czole, które wyglądało,
jakby góra jego czaszki musiała się rozciągnąć, żeby pomieścić bryłę
mózgu8. Ubierał się nijako, był niewolnikiem własnych
przyzwyczajeń i pracował głównie w skromnej kuchni Instytutu
Rockefellera w Nowym Jorku przerobionej na laboratorium.
Podobnie jak Miescher Avery studiował medycynę i też porzucił praktykę
kliniczną - Avery'ego do tej decyzji pchnęło poczucie bezradności, które
towarzyszyło mu podczas leczenia pacjentów duszących się w wyniku chorób
płuc. Skupiając się na badaniach, miał nadzieję lepiej zrozumieć dziwne
zachowania jednej z najbardziej powszechnych zmór atakujących nasze
płuca - bakterii o nazwie pneumokok, czyli dwoinki zapalenia płuc9.
Pewien poprzednik Avery'ego odkrył, że pneumokoki mają niesamowitą
zdolność uczenia się nowych sztuczek. W rękach naukowca niegroźny szczep
bakterii mógł stać się zjadliwy, jeśli wymieszało się go z pozostałościami zniszczonych zjadliwych bakterii. To trochę tak, jakby
nauczyć się grać na gitarze równie dobrze co Jimi Hendrix, szwendając
się w okolicy jego grobu. Jednocześnie Avery uświadomił sobie, że jest w tym pewne podobieństwo do tego, jak rodzice przekazują swoje cechy
dzieciom.
Avery chciał zrozumieć, jak to się dzieje, że bakterie mogą przejmować
nowe cechy ze środowiska - jak mogą się zmieniać z nieszkodliwych w zjadliwe. Żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie, wyhodował w dwóch
kolbach bakterie: w jednej - zjadliwą populację pneumokoków; w drugiej -
nieszkodliwą odmianę tej samej bakterii. Zaczął od przetestowania teorii
swojego poprzednika, czyli od zabicia zjadliwych bakterii i udowodnienia, że coś w ich pozostałościach sprawia, że niezjadliwe
bakterie uczą się zjadliwości. Potem drogą eliminacji próbował ustalić,
jaka cząsteczka umożliwia ten fenomen.
Żeby sprawdzić, czy w tym eksperymencie ważną rolę odgrywają białka,
Avery dodał substancję chemiczną, która zniszczyła białka zjadliwych
bakterii. Ze zdziwieniem stwierdził jednak, że ten krok nie miał
specjalnego wpływu na wynik eksperymentu. Nieszkodliwe bakterie nadal
stawały się zjadliwe. Wbrew temu, co wówczas sądzono, białka nie okazały
się więc najważniejszymi cząsteczkami odpowiedzialnymi za dziedziczenie.
Wtedy Avery spróbował zniszczyć DNA w pozostałościach zjadliwych
bakterii. Jak w linii produkcyjnej, w której brakuje jakiegoś elementu,
wszystko nagle przestało działać. Niegroźne bakterie nie potrafiły już
podchwycić nowej umiejętności ze środowiska. Eksperyment Avery'ego
pokazał po raz pierwszy, że to DNA jest tą długo poszukiwaną cząsteczką,
która przekazuje cechy dziedziczne. Minął niemal wiek od chwili, gdy
odkryto DNA, nim naukowcy w końcu zrozumieli, że to właśnie jest
cząsteczka, która sprawia, że dzieci są podobne do rodziców.
Dziś wiemy, że pełna kopia naszego DNA znajduje się w niemal każdej
komórce naszego ciała - przy czym wyjątek stanowią tu krwinki czerwone,
które umierają, nie replikując się, oraz plemniki i komórki jajowe,
które zawierają tylko połowę informacji genetycznej. Oprócz tych
wyjątków w innych komórkach nasze DNA podzielone jest na czterdzieści
sześć elementów nazywanych chromosomami, a każdy z nich zbudowany jest z milionów nukleotydów.
Jeśli całą sekwencję ludzkiego DNA porównamy do książki, to chromosomy
są rozdziałami, a nukleotydy literami. Zamiast dwudziestu sześciu liter
- jak w alfabecie angielskim, ludzkie DNA ma tylko cztery rodzaje
nukleotydów zawierających: adeninę, tyminę, guaninę i cytozynę, bardzo
praktycznie oznaczane skrótami A, T, G i C. Zważywszy na tak skromny
materiał budulcowy, trudno się dziwić, że Miescher powątpiewał w to, że
DNA jest cząsteczką dziedziczenia. Jak to możliwe, że substancja o tak
niewielu elementach może zakodować dość informacji, by odpowiadać za
niesamowitą różnorodność wśród ludzi, roślin i zwierząt żyjących na
Ziemi?
Miescher nie wiedział jednak - tego dowiedzieliśmy się dopiero jakiś
wiek później - że sekwencja ludzkiego DNA w każdej naszej komórce składa
się z ciągu niemal trzech miliardów nukleotydów. Gdyby tę upakowaną
ciasno w naszych komórkach sekwencję rozciągnąć, mogłaby dosięgnąć do
Słońca i z powrotem kilka razy. Ludzie różnią się od siebie - mimo
zaledwie czterech cząsteczek budulcowych DNA - dlatego że nukleotydy
układają się w kod tak gargantuiczny, że liczba miejsc, w których
sekwencja u jednej osoby może się różnić od sekwencji u innej, jest
właściwie niemal nieskończona.
W większości wypadków wariacje DNA nie mają szkodliwych skutków. Być
może w jakimś miejscu kodu DNA masz nukleotyd A, podczas gdy twój sąsiad
ma w tym samym miejscu T, ale żadne z was nie będzie odczuwało z tego
powodu negatywnych konsekwencji. Potrafimy wytrzymać zaskakująco dużo
mutacji i nic nam nie jest.
Czasami jednak zmiana nawet jednego nukleotydu, szczególnie w ważnych
częściach naszego DNA, może się okazać zabójcza. Dla rodzin, które
mimowolnie przekazują te niebezpieczne mutacje, DNA może być źródłem
wielowiekowych tortur - przez rozbudowaną sieć krewnych ciągnie się
wtedy nić, z której szyje się katastrofa. DNA - zwykle źródło
niesamowitej siły - może się stać przyczyną destrukcji.
Szkodliwe mutacje DNA mogą zniszczyć dowolną część organizmu, ale
nigdzie ich efekty nie są tak uderzające jak w mózgu. W innych narządach
mutacje DNA potrafią wywoływać ból, zniekształcenie, a nawet śmierć, ale
nie wywracają do góry nogami naszej osobowości, tego, co określa nas
jako jednostkę. Mutacje DNA w mózgu mogą pozbawić nas empatii, pamięci,
języka i innych kluczowych dla naszej tożsamości elementów. Mutacje mogą
stworzyć osobę zupełnie niepodobną do tej, którą znali dotąd najbliżsi.
Nasze zrozumienie genetyki jest już na tyle rozległe, że czasami
identyfikujemy osoby, u których rozwiną się choroby mózgu, zanim nawet
pojawią się ich objawy. Przewidujemy przyszłość w sposób, który nigdy
wcześniej nie był możliwy. W niektórych przypadkach wiedza pozwala
naukowcom interweniować na tyle wcześnie, że ludzie nie padają ofiarami
klątw wplecionych w ich DNA. Pacjenci niegdyś nieuleczalnie chorzy teraz
mogą zostać uratowani.
Od tego więc zaczynamy - od cząsteczki, która już w chwili naszych
narodzin decyduje o tym, że my to my, i od naukowców, którzy usiłują
dociec, jak chronić nasz mózg przed naszym własnym DNA.
Termin deoksyryboza odnosi się do chemicznej struktury DNA. Od innej cząsteczki cukru, rybozy, deoksyryboza różni się tym, że zawiera o jeden atom tlenu mniej. Termin nukleinowy dotyczy jądra komórkowego, łac. nucleus, gdzie znajduje się DNA. [wróć]
ROZDZIAŁ 1
W zawieszeniu
W poczekalni kliniki zajmującej się
pacjentami z chorobą Huntingtona wiły się kończyny. Palce się zaciskały.
Nogi, które miały spoczywać na tkaninie siedziska, unosiły się i wyginały w powietrzu. Krzesła stukały o podłogę.
Amelia Ellman siedziała nieruchomo, tylko stopy drżały jej z niepokoju10. Nie przyszła do kliniki, żeby lekarz zbadał jej objawy.
Mięśnie i umysł działały u niej nadal równie dobrze jak u każdej innej
dwudziestosześciolatki. Amelia przyszła tu, żeby się dowiedzieć, jakie
są wyniki badań genetycznych, którym ją poddano - by poznać swoją
przyszłość odczytaną z kawałka papieru przysłanego z laboratorium, gdzie
przeanalizowano jej DNA.
W poprzednim roku matka Amelii umarła na chorobę Huntingtona. Jej
odchodzenie było powolnym, trwającym całe dziesięć lat koszmarem.
Kobieta zachowywała się nieracjonalnie, była niepoczytalna i umęczona
mimowolnymi ruchami kończyn - z ich powodu wyglądała jak ciągle rażona
prądem.
W tym samym czasie ruchy Amelii stawały się natomiast coraz bardziej
precyzyjne. Amelia została akrobatką powietrzną, dokładność ruchów
pozwalała jej śmigać na wysokościach, jakby kpiła sobie z grawitacji.
Potrafiła z gracją baleriny wirować zawieszona trzy metry nad ziemią na
dwóch pasach jedwabiu przyczepionych gdzieś pod sufitem. Umiała huśtać
się na wielkiej, wirującej wysoko pętli.
W poczekalni sufit był niski, a gesty większości czekających gwałtowne i nieopanowane. Amelia miała się zaraz dowiedzieć, czy będzie musiała
zamienić karierę gimnastyczki na okowy wózków i łóżek szpitalnych. Od
lat wiedziała, że występuje u niej pięćdziesięcioprocentowe ryzyko
odziedziczenia genu wywołującego chorobę Huntingtona. Wyniki testów
genetycznych miały w jednej chwili zmienić tę sytuację.
Prawdopodobieństwo, że umrze podobnie jak matka, okaże się stuprocentowe
lub zerowe. W bezbarwnym gabinecie kryjącym się za recepcją kliniki
zostanie uwolniona od niepewności.
Amelia nie czekała sama. Na krześle obok siedziała jej babcia,
pielęgniarka - osoba silna, a zarazem nostalgicznie usposobiona,
rodzinna kronikarka z determinacją zapychająca kolejne albumy lśniącymi
fotkami, które często maskowały rzeczywistość. To ona zadzwoniła do
wnuczki z domu opieki, kiedy zmarła matka Amelii. Przekazała jej tę
wiadomość bardzo delikatnie, wiedząc, że obie czują przedziwną
mieszaninę rozpaczy i ulgi.
Rok później babcia z wnuczką weszły do budynku z cegły stojącego na rogu
uliczki, naprzeciwko sklepu z antykami i hipsterskiej kawiarni. Wjechały
windą na czwarte piętro i weszły do poczekalni pełnej najgorszych
scenariuszy. Amelia podała w recepcji swoje nazwisko.
Wkrótce wezwano je do gabinetu. Amelia i jej babcia wstały bez słowa,
minęły recepcję i weszły do środka.
* * *
Amelia już na długo przedtem wmówiła sobie, że tego dnia w gabinecie
usłyszy wyrok. "Zawsze miałam w życiu pecha", myślała. Uważała, że ma za
sobą jedynie serię błędów i katastrof. Jej rodzice rozwiedli się, gdy
miała trzy lata. Po separacji matka imała się rozmaitych słabo płatnych
prac. Jadły to, co akurat przeceniono w lokalnym sklepie spożywczym, i często nosiły ubrania otrzymane w punkcie pomocy społecznej.
W podstawówce Amelia żyła od jednej wizyty dziadków do następnej. Ich
przybycie zawsze obwieszczał ryk motocykla dziadka. Babcia wpadała do
środka z naręczem zdjęć krewnych, z którymi Amelia nigdy się już nie
widywała. To jej dziadkowie łatali dziury w budżecie matki, dorzucając
ze swoich skromnych oszczędności, co mogli, aż w końcu i oni zaczęli
tonąć w długach.
Kiedy Amelia miała dwanaście lat, zalegały z czynszem za całe miesiące.
W końcu właściciel domu zapukał i przepraszając, poprosił, żeby się
wyprowadziły. Wylądowały w przyczepie na kempingu tak oddalonym od
szkoły, że Amelia musiała wstawać o czwartej, żeby trzema autobusami
dojechać na lekcje. W ten sam sposób wykończona wracała do domu tuż
przed porą spania, by następnego dnia też zerwać się nad ranem. Kiedy
pewnego wieczoru kemping został obrabowany, Amelia i jej matka znów się
przeprowadziły, tym razem do malutkiego mieszkania. Dziewczynka zaczęła
się zastanawiać, jak długo w ogóle będą miały gdzie mieszkać. Na to
pytanie szybko otrzymała prostą odpowiedź: z mieszkania wyprowadziły się
do motelu.
Mniej więcej w tym samym czasie Amelia zauważyła, że ciało matki się
zmienia. Jej ręce wiły się bez żadnego wzoru i powtarzalności, jakby jej
ruchy kontrolował pijany marionetkarz. Jej dłonie waliły w krzesła i stoły, powoli przesuwały meble po pokoju. Amelia przyzwyczajała się do
charakterystycznej sekwencji dźwięków: drapnięcie, przekleństwo,
uderzenie, przekleństwo, pisk, przekleństwo. Gotowanie zmieniło się w kakofonię sztućców i garnków. Niekiedy ruchy były już tak gwałtowne, że
matka lądowała na ziemi. Wpatrywała się w sufit, gdy córka przykucała i czule brała ją za ręce, żeby pomóc jej wstać.
Amelia zupełnie nie rozumiała, skąd się biorą te ruchy, ale matka
zaczęła się domyślać, co się dzieje: została adoptowana zaraz po
narodzinach, a o jej biologicznej matce niewiele było wiadomo poza tym,
że miała chorobę Huntingtona. Matka Amelii, tak jak Amelia, żyła więc
obciążona ryzykiem tej dziedzicznej choroby.
Stan matki pogarszał się. Córka była właściwie zdana na siebie. Sięgnęła
po alkohol i leki na receptę. Noce spędzała na kanapach znajomych albo
na chodnikach, to na haju, to w dołku. Wyrzucono ją z liceum.
Po czym nagle, pewnego dnia, gdy miała szesnaście lat, obudziła się w motelowym pokoju z makijażem rozmazanym po nocy, której - jak wielu
innych - nawet nie pamiętała. Spojrzała na matkę, która siedziała przy
kuchennym blacie, paliła papierosa i przez telefon błagała właśnie
kolejnego krewnego, żeby wysłał im jakieś pieniądze.
Zastanowiła się nad tym, co widzi - aż nadto już znajomym obrazkiem. W chwili przebłysku instynktu samozachowawczego wymknęła się na balkon.
Krążąc w tę i z powrotem po betonowej podłodze, szukała na komórce
telefonu do pomocy społecznej.
Kiedy w drzwiach ich pokoju stanął pracownik socjalny, matka Amelii
wpadła w szał. Błagała, żeby nie odbierać jej córki, i obiecywała, że
zrobi wszystko, czego tylko zażąda nieproszony gość. Lecz ich lokum było
w takim stanie, a raport, który złożyła Amelia przez telefon - i którego
treści jej matka nigdy nie poznała - tak niepokojący, że pracownik
socjalny się nie ugiął. Pakując swoje rzeczy do worka na śmieci, Amelia
rozglądała się po swoim jednopokojowym domu i usiłowała oszacować
sytuację. Kilka minut później patrzyła, jak motel znika w oddali za
tylną szybą samochodu pracownika socjalnego.
Przez następny rok mieszkała w schronisku dla bezdomnych dzieci.
Chodziła na spotkania Anonimowych Alkoholików i Anonimowych Narkomanów,
aż w końcu zaczęła wierzyć, że zdoła się oprzeć uzależnieniu. Udało jej
się znaleźć zatrudnienie w sklepie Hello Kitty w pobliskim centrum
handlowym, potem jeszcze jedną dorywczą pracę.
Siedemnastoletnia Amelia była czysta i zarabiała na siebie. Pewnego dnia
wsiadła do autobusu, by po raz pierwszy od roku pojechać na drugi koniec
miasta i odwiedzić matkę. Zapukała do drzwi, z których obłaziła farba,
ale nikt jej nie otworzył. Już miała sobie pójść, kiedy zobaczyła, że
ścieżką idzie jakaś chuda kobieta i dziwnie się zatacza. Spod za dużych
szortów wyłaniały się żylaste uda. Kościste dłonie łączyły się
cieniutkimi nadgarstkami z rękoma jak patyki wystającymi z rękawów.
Odziane w stopy sandały waliły w ziemię przy każdym kroku.
Na szczęście kobieta miała czarną torebkę na długim pasku, którą
dziewczyna dobrze znała. Torebka huśtała się zamaszyście, gdy kobieta
stawiała nieporadne kroki, usiłując dotrzeć do drzwi, pod którymi stała
Amelia. Potem było rozpoznanie, uścisk i szok - gdy Amelia poczuła, jak
bardzo matka schudła w czasie rozłąki.
Amelia została opiekunką matki. Z własnych oszczędności spłaciła zaległe
dwa tysiące dolarów za pokój w motelu. W budynku obok znalazła
jednopokojowe mieszkanie i przeniosła tam dobytek matki. Przyniosła też
swoje rzeczy - ubrania i różne praktyczne przedmioty nagromadzone przez
ten rok, który minął od chwili, gdy pod czujnym okiem pracownika
socjalnego spakowała cały swój majątek do jednego worka na śmieci.
Ścięła matce włosy, które były już tak brudne i skołtunione, że
chrzęściły, gdy sunęła przez nie nożyczkami. Nauczyła się kąpać matkę -
sadzać ją na toalecie, rozbierać, a potem ostrożnie doprowadzać do
wanny. Nauczyła się odpowiadać na coraz bardziej nieustępliwe prośby
matki, jak choćby tę, żeby wycierać uszy natychmiast po wyjęciu jej z wanny. "Au, au, au" - jęczała matka, jakby nawet najdelikatniejszy dotyk
był bolesny.
Kupiła materac i położyła go na podłodze, żeby matka miała na czym
leżeć, bo przez raptowne ruchy często bez ostrzeżenia spadała z kanapy.
Każdego ranka przed wyjściem do pracy wystawiała puszkę coca-coli ze
słomką, żeby matka miała co pić. "Przysuń bliżej" - rozkazywała
niezadowolona kobieta. A kiedy Amelia wykonywała rozkaz, dodawała
łagodniejszym tonem: "Chcę być zawsze z tobą. Nie oddawaj mnie do domu
opieki".
Tak upłynęły im prawie dwa lata. Amelia coraz bardziej martwiła się tym,
że matka jest cały dzień sama, gdy ona wychodzi do pracy. "Tylko czekać
na wypadek", myślała. Obdzwoniła kilka domów opieki, ale wszyscy mówili
jej to samo: nie może zmusić matki do przeprowadzki, jeśli nie ma dowodu
na jakieś bezpośrednie zagrożenie.
Niedługo potem ryzyko stało się jednak ewidentne. Matce wypadł z rozdygotanej ręki zapalony papieros, zapłonęły ubrania. Amelia była
wtedy w pracy. Nim dotarła do szpitala, część skóry matki - którą
poznała tak dobrze, godzinami kąpiąc ją i ubierając - była już czarna i pokryta pęcherzami. "Chcę wrócić do domu!" - krzyczała matka, ale mimo
głębokiego poczucia winy Amelia wytłumaczyła jej, że nie może spełnić
tej prośby. Po wyjściu ze szpitala matka trafiła prosto do domu opieki.
Miała czterdzieści jeden lat.
W ciągu następnego roku kobietę pochłonął wyimaginowany wszechświat.
Była przekonana, że jest właścicielką sklepów Walmarta i że nadal
mieszka z córką. "A oto mój mąż", mówiła do pracowników domu opieki,
wskazując pustą przestrzeń. W wolnych chwilach Amelia usiłowała zabierać
matkę na spacery. Godzinami odgrywała rolę tłumacza, by z postękiwań
matki wywnioskować, co mają robić zajmujący się nią ludzie. Czasem
wyglądało to tak, jakby były dwiema ostatnimi osobami, które mówią
jakimś wymierającym językiem.
W końcu jednak już nawet Amelia nie potrafiła zrozumieć dźwięków
wydawanych przez matkę. Bez kontroli nad ruchami matka nie miała jak się
komunikować - powiedzieć, że jest głodna lub zmęczona, poprosić o zmianę
kanału w telewizji. Jej gardło nie otwierało się już i nie zamykało w normalnych odstępach. Woda, sok i jedzenie trafiały do płuc. Pojawiły
się napady kaszlu, potem zapalenie płuc.
Matka Amelii zmarła latem 2017 roku. Amelia zakryła oczy dłońmi i zapłakała - nie nad samą śmiercią, której wtedy się już spodziewała, ale
nad tragedią tego upadku. Łkała na myśl o nieodwołalności tego
wszystkiego, na myśl o tym, że nigdy tak naprawdę nie poznała matki.
Przez telefon opracowywały z babcią logistykę śmierci. Pieniądze, które
matka otrzymała od rządu, spokojnie pokryły koszty domu opieki. W chwili
jej śmierci zostało z tego trzysta dolarów. Po rozmowie z babcią Amelia
zadzwoniła do domu pogrzebowego i zamówiła kremację ciała matki - usługa
miała kosztować dokładnie trzysta dolarów. W ten sposób, umierając,
matka rozwiązała kwestię swoich finansów.
Ogarnięta tym samym lękiem, który kiedyś powodował jej matką - a teraz
wiedziała już, że lęk sam w sobie może stanowić zapowiedź innych objawów
choroby Huntingtona - Amelia znów postanowiła zmienić bieg swego życia.
Chciała wiedzieć, czy odziedziczyła po matce tę genetyczną mutację.
Jeśli tak, przygotuje umysł i mięśnie, by były tak silne, jak tylko się
da, gdy w końcu choroba zaatakuje. Będzie podróżować, zobaczy świat,
póki jeszcze może rozmawiać z nieznajomymi i wsiadać do autobusów. Być
może, myślała, zdecyduje się na adopcję.
Pewnego poranka, krążąc po swoim mieszkaniu, Amelia rozmawiała przez
telefon z pielęgniarką z kliniki zajmującej się pacjentami z chorobą
Huntingtona. Opisała jej, co się działo z matką przed śmiercią, i wyjaśniła, dlaczego chce być przebadana na obecność genu, który ją
prześladuje. Poszła do kliniki, porozmawiała z psychiatrą, neurologiem i doradcą genetycznym. Splunęła w plastikową rurkę i patrzyła, jak jej
ślina jest pakowana do koperty, w której trafi do znajdującego się w innym stanie laboratorium. Wiedziała, że tam zadecyduje się jej
przyszłość.
Kilka tygodni później Amelia przekroczyła z babcią próg małego gabinetu
w klinice. Usiadły na przypadkowych krzesłach. Lekarski werdykt padł bez
zbędnego wstępu. "Masz to" - usłyszała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Suzana Herculano-Houzel, The Remarkable, Yet Not Extraordinary, Human Brain as a Scaled-up Primate Brain and Its Associated Cost, "Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America" 109, Supplement I (2012), s. 10661-10668. [wróć]
Francesco Gentile, Manola Moretti, Tania Limongi, Andrea Falqui, Giovanni Bertoni, Alice Scarpellini, Stefania Santoriello, Luca Maragliano, Remo Proietti Zaccaria i Enzo di Fabrizio, Direct Imaging of DNA Fibers: The Visage of Double Helix, "Nano Letters" 12 (2012), s. 6453-6458. [wróć]
Tania J. Lupoli, Tohru Taniguchi, Tsung-Shing Wang, Deborah L. Perlstein, Suzanne Walker i Daniel E. Kahne, Studying a Cell Division Amidase Using Defined Peptidoglycan Substrates, "Journal of the American Chemical Society" 131, nr 51 (2009), s. 18230-18231. [wróć]
Christine L. Hagan, Seokhee Kim i Daniel Kahne, Reconstitution of Outer Membrane Protein Assembly from Purified Components, "Science" 328, nr 5980 (2010), s. 890-892. [wróć]
Shu-Sin Chng, Mingyu Xue, Ronald A. Garner, Hiroshi Kadokura, Dana Boyd, Jonathan Beckwith i Daniel Kahne, Disulfide Rearrangement Triggered by Translocon Assembly Controls Lipopolysaccharide Export, "Science" 337, nr 6102 (2012), s. 1665-1668. [wróć]
Sophie Juliane Veigl, Oren Harman i Ehud Lamm, Friedrich Miescher's Discovery in the Historiography of Genetics: From Contamination to Confusion, from Nuclein to DNA, "Journal of the History of Biology" 53, nr 3 (2020), s. 451-484. [wróć]
Friedrich Miescher, Über die chemische Zusammensetzung der Eiterzellen, [w:] Medicinisch-chemische Untersuchungen, red. Felix Hoppe-Seyler, Verlag von August Hirschwald, Berlin 1871, s. 441-460. [wróć]
Rene J. Dubos, The Professor, the Institute, and DNA, Rockefeller University Press, New York 1976. [wróć]
Nicholas Russell, Oswald Avery and the Origin of Molecular Biology, "British Journal for the History of Science" 21, nr 4 (1988), s. 393-400. [wróć]
Wszystkie informacje na temat "Amelii Ellman" pochodzą z moich wywiadów z pacjentką. [wróć]