ZBROJA ŚWIATŁA - Ken Follett

Kup ebooka

55.00 zł
44.00 zł (42,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wcześniej Sal Clitheroe nigdy nie słyszała, żeby jej mąż krzyczał. Nie słyszała tego również nigdy potem, chyba że w snach.

Kiedy dotarła do Brook Field, było południe, na co wskazywała barwa światła słabo prześwitującego przez perłowoszare chmury, które zakrywały niebo. Błotniste czteroakrowe pole ograniczały z jednej strony rwący strumień, a z drugiej, od południa, niskie wzgórze. Dzień był chłodny i bezdeszczowy, wcześniej jednak padało przez cały tydzień, więc gdy szła przez kałuże, musiała uważać, by jej domowej roboty buty nie zostały w lepkim szlamie. Taka mozolna wędrówka mogłaby ją pozbawić sił, Sal była jednak silną dużą kobietą i nie męczyła się szybko.

Czterej mężczyźni pracujący na polu zbierali rzepy; pochylali się, podnosili gruzłowate brązowe bulwy i wrzucali je do szerokich, płytkich koszy zwanych korfami. Kiedy kosz był już pełny, robotnik niósł go do podnóża pagórka i wyrzucał rzepy na wielki czterokołowy wóz z dębowego drewna. Sal przypuszczała, że niedługo skończą, bo po tej stronie pola nie było już co zbierać i mężczyźni pracowali w pobliżu wzgórza.

Byli tak samo ubrani: w koszule bez kołnierzyków, spodnie za kolana uszyte przez ich żony z materiałów, które same utkały, oraz kamizelki kupione z drugiej ręki lub wyrzucone przez bogaczy. Ojciec Sal miał wyjątkowo elegancką, dwurzędową, w czerwono-brązowe prążki, z szamerowanymi brzegami, porzuconą przez jakiegoś dandysa z miasta. Właściwie nigdy jej nie zdejmował i w niej miał zostać pochowany.

Na nogach robotnicy mieli wielokrotnie naprawiane znoszone buty. Wszyscy nosili jakieś nakrycia głowy, ale każdy inne: czapkę z króliczego futra, słomiany kapelusz z szerokim rondem albo filcowy, a jeden miał trikorn, który niegdyś mógł należeć do oficera marynarki wojennej.

Sal od razu rozpoznała futrzaną czapkę męża, Harry'ego. Zrobiła ją sama ze skóry zdjętej z królika, którego schwytała, zabiła kamieniem i ugotowała z cebulą. Poznałaby jednak Harry'ego z daleka, nawet gdyby nie nosił tej czapki, po rudej brodzie.

Mimo że był chudy, miał zaskakująco dużo siły; ładował do swojego korfu tyle samo rzep co więksi od niego mężczyźni. Na sam widok jego smukłego twardego ciała poruszającego się po drugiej stronie błotnistego pola Sal poczuła, jak rozpala się w niej płomyk pożądania, zapowiedź czekającej przyjemności, niczym zapach drewna płonącego w kominku, obietnica ciepła w zimny dzień.

W miarę jak zbliżała się do pracujących mężczyzn, coraz wyraźniej słyszała ich głosy. Co kilka minut któryś coś wołał, inni odpowiadali i w końcu wybuchali śmiechem. Nie rozumiała jeszcze poszczególnych słów, ale domyślała się, o czym mówią. Zwykle były to obelgi wypowiadane z udawaną agresją, dobroduszne przytyki i rubasznie wulgarne uwagi, żarty urozmaicające nieco monotonię tej ciężkiej pracy.

Czwórce robotników przyglądał się piąty mężczyzna, który stał przy wozie i trzymał w dłoni krótki bat. Był lepiej ubrany od pozostałych - w niebieski kaftan i wypolerowane czarne buty do kolan. Nazywał się Will Riddick, miał trzydzieści lat i był najstarszym synem dziedzica Badford. Pole należało do jego ojca, podobnie jak koń i wóz. Will miał czarne gęste włosy, przycięte na wysokości podbródka, i wyglądał na niezadowolonego. Sal domyślała się dlaczego. Nadzorowanie zbioru rzepy nie należało do jego obowiązków, uważał wręcz, że uwłacza to jego godności. Zarządca dziedzica zachorował jednak i Will zapewne został zmuszony go zastąpić.

Obok Sal przez błotniste pole szedł bosy mały chłopiec, który z trudem dotrzymywał jej kroku. W końcu przystanęła, pochyliła się, podniosła go bez wysiłku i szła dalej, niosąc synka na rękach. Oparł głowę na jej ramieniu, a Sal przytuliła jego ciepłe szczupłe ciałko nieco mocniej, niż było to konieczne, po prostu dlatego, że bardzo go kochała.

Chciałaby mieć więcej dzieci, ale już dwa razy poroniła, a raz urodziła martwe niemowlę. Porzuciła więc nadzieję i tłumaczyła sobie, że są biedni i jedno dziecko im wystarczy. Pilnowała synka, prawdopodobnie za bardzo, ale wiedziała, że małe dzieci często padają ofiarą chorób czy wypadków, i pękłoby jej serce, gdyby go straciła.

Dała mu na imię Christopher, ale kiedy uczył się mówić, zniekształcał je i wymawiał jako Kit, więc tak go teraz nazywano. Był drobny jak na sześciolatka. Sal miała nadzieję, że będzie podobny do ojca: szczupły, ale silny. Na razie z pewnością odziedziczył po nim rude włosy.

Nadeszła już pora południowego posiłku, a Sal niosła kosz z serem i chlebem oraz trzy pomarszczone jabłka. W pewnej odległości za nią szła inna żona z tej samej wioski, Annie Mann, energiczna kobieta w tym samym wieku co Sal. Dwie kolejne zbliżały się do robotników z drugiej strony, schodząc ze zbocza; obie niosły kosze z jedzeniem i towarzyszyły im dzieci. Mężczyźni z ulgą przerwali pracę, wytarli ubłocone dłonie w spodnie i ruszyli w stronę strumienia, gdzie mogli usiąść na trawie.

Sal dotarła do ścieżki i ostrożnie postawiła Kita na ziemi.

Will Riddick wyjął z kieszeni kamizelki zegarek na łańcuszku i patrzył na niego, marszcząc brwi.

- Jeszcze nie ma południa! - zawołał. Sal była pewna, że kłamie, ale nikt inny nie miał zegarka. - Wracajcie do pracy!

Nie była zaskoczona. Will bywał naprawdę podły. Jego ojciec też potrafił traktować ludzi bardzo surowo, ale syn dziedzica był jeszcze gorszy.

- Jak dokończycie pracę, zjecie te swoje obiady - dodał, wypowiadając słowa "te swoje obiady" z nutą pogardy, jakby posiłki robotników były czymś obrzydliwym.

Sal pomyślała, że on zje we dworze rostbef z ziemniakami i pewnie popije dzbanem mocnego piwa.

Trzej robotnicy posłusznie wrócili do pracy, ale czwarty - Ike Clitheroe, siwobrody mężczyzna koło pięćdziesiątki - nie zrobił tego.

- Lepiej nie przeciążać wozu, panie Riddick - powiedział łagodnym tonem.

- Pozwól, że ja o tym zdecyduję.

- Bardzo przepraszam - nie poddawał się Ike. - Ale hamulec jest prawie całkiem zużyty.

- Ten cholerny wóz jest w porządku - odparł Will. - Po prostu chcecie wcześniej skończyć pracę. Jak zawsze.

- Powinien pan posłuchać mojego stryja Ike'a - wtrącił się bez wahania mąż Sal. - Inaczej może pan stracić wóz, konia i wszystkie te cholerne rzepy.

Pozostali mężczyźni parsknęli śmiechem. Żarty kosztem panów mogły się jednak źle skończyć.

Will gniewnie zmarszczył brwi.

- Zamknij tę swoją zuchwałą gębę, Harry Clitheroe.

Sal poczuła, jak mała rączka Kita wsuwa się w jej dłoń. Jego ojciec właśnie wdawał się w konflikt, a chłopczyk, choć był mały, nieomylnie wyczuwał niebezpieczeństwo.

Harry był uczciwym człowiekiem i pracowitym robotnikiem, ale też zuchwałym i uważał, że szlachta nie jest w niczym lepsza od niego. Sal kochała go za tę dumę i niezależne myślenie, lecz panowie tego nie znosili i często miał kłopoty z powodu niesubordynacji. Tym razem jednak wygłosił swoje zdanie, po czym w milczeniu wrócił do pracy.

Kobiety postawiły koszyki na brzegu strumienia. Sal i Annie poszły pomóc mężom przy zbieraniu rzep, podczas gdy dwie inne żony - starsze od nich - zostały przy posiłkach.

Praca szybko dobiegła końca.

W tym momencie było już oczywiste, że Will popełnił błąd, zostawiając wóz u podnóża zbocza. Powinien był postawić go pięćdziesiąt jardów dalej, by koń nabrał rozpędu przed wspinaczką na wzgórze. Zastanawiał się nad tym przez chwilę, po czym wydał polecenie:

- Popchnijcie wóz od tyłu, żeby koń się rozpędził. - Wskoczył na kozioł, machnął batem i zawołał: - Wio!

Siwa kobyła naparła na uprząż.

Czterej robotnicy ustawili się za wozem i zaczęli pchać. Ich stopy ślizgały się na wilgotnym podłożu. Mięśnie na ramionach Harry'ego dygotały z wysiłku. Sal, która nie była słabsza od nich, spróbowała im pomóc. Dołączył do nich także mały Kit, co mężczyźni skwitowali uśmiechami rozbawienia.

Koła obróciły się w miejscu, a kobyła z pochylonym łbem jeszcze mocniej naparła na uprząż; trzasnął bat i wóz ruszył z miejsca. Robotnicy zostali z tyłu i obserwowali, jak zwierzę wspina się w górę zbocza. Lecz po chwili zwolniło.

- Pchajcie dalej! - krzyknął Will przez ramię.

Dopadli wozu, przyłożyli dłonie do tylnej burty i napięli mięśnie. Wóz znów nabrał rozpędu. Przez kilka jardów kobyła utrzymywała tempo, napierając na skórzaną uprząż, nie była jednak w stanie uciągnąć tak wielkiego ciężaru. Zwolniła, a potem poślizgnęła się w grząskim błocie. Wydawało się, że odzyska równowagę, lecz straciła impet i wóz stanął w miejscu. Will smagał zwierzę batem, a Sal i mężczyźni wytężali wszystkie siły, ale nie mogli utrzymać pojazdu, gdy wysokie drewniane koła zaczęły się obracać do tyłu.

Gdy Will pociągnął za rączkę hamulca, rozległ się głośny trzask i Sal zobaczyła, jak od tylnego koła odrywają się dwie połówki pękniętej drewnianej płytki hamulcowej, a potem usłyszała głos Ike'a:

- Mówiłem gnojkowi, mówiłem.

Pchali najmocniej, jak potrafili, lecz wóz wciąż przesuwał się do tyłu. Sal ogarnęło straszne przeczucie nadciągającego niebezpieczeństwa. Pojazd nabierał prędkości.

- Pchajcie, leniwe świnie! - wrzasnął Will.

- Nie utrzymamy! - zawołał Ike i cofnął dłonie od tylnej burty.

Koń poślizgnął się ponownie i tym razem upadł; część skórzanej uprzęży pękła, zwierzę uderzyło o ziemię i ciągnięte przez wóz, zaczęło zjeżdżać ze wzgórza.

Will zeskoczył z kozła. Pojazd coraz szybciej toczył się w dół. Sal bez zastanowienia podniosła Kita jedną ręką i odskoczyła na bok.

- Wszyscy z drogi! - krzyknął Ike.

Mężczyźni rozpierzchli się na boki, gdy wóz gwałtownie skręcił, a po chwili przechylił się na bok i upadł. Sal zobaczyła, jak Harry wpada na stryja i obaj się przewracają. Ike stoczył się z drogi, lecz Harry upadł przy wozie i ten przygniótł krawędzią ciężkiej dębowej platformy jego nogę.

Wtedy właśnie Harry krzyknął.

Sal zamarła z przerażenia. Jej mąż był ranny, ciężko ranny. Przez moment wszyscy stali w bezruchu, zszokowani. Rzepy spadły z wozu i potoczyły się po ziemi; niektóre wpadły do strumienia.

- Sal! Sal! - zawołał chrapliwie Harry.

- Ściągnijmy to z niego! - krzyknęła.

Wszyscy rzucili się do wozu. Unieśli go nieco, ale wysokie koła utrudniały zadanie i Sal uświadomiła sobie, że muszą postawić pojazd w pionie, by uwolnić jej męża.

- Wsuńmy się pod niego! - zawołała i mężczyźni od razu zrozumieli, że to jedyne sensowne rozwiązanie.

Wóz był jednak ciężki, a w dodatku leżał na zboczu. Przez jedną straszliwą chwilę wydawało się, że przeważy i ponownie spadnie na nogę Harry'ego.

- No już, podnośmy wyżej! - zawołała Sal. - Wszyscy razem!

- W góóórę!

W końcu wóz przechylił się do pionu i uniesione dotąd dwa koła opadły z głuchym hukiem na ziemię.

Wtedy Sal zobaczyła nogę męża i zachłysnęła się z przerażenia: była roztrzaskana. Ze skóry wystawały kawałki popękanych kości, spodnie były przesiąknięte krwią. Harry miał zamknięte oczy i z jego na wpół otwartych ust wydobywał się okropny jęk. Sal usłyszała, jak Ike szepcze:

- Och, dobry Boże, oszczędź go.

Kit zaczął płakać.

Jego matka była bliska łez, ale się opanowała; musiała sprowadzić pomoc. Kto tu najszybciej biegał? Rozejrzała się dokoła i zatrzymała wzrok na Annie.

- Annie, biegnij pędem do wioski, do Aleca. - Alec Pollock był miejscowym cyrulikiem. - Powiedz mu, żeby poszedł do naszego domu. On będzie wiedział, co zrobić.

- Pilnuj moich dzieci - poprosiła Annie i poderwała się do biegu.

Sal uklękła w błocie obok męża. Harry otworzył oczy.

- Pomóż mi - powiedział. - Pomóż mi.

- Zaniosę cię do domu, kochany - odparła. Wsunęła ręce pod jego ciało, ale gdy próbowała je unieść, krzyknął. Cofnęła szybko ręce i szepnęła: - Jezu, pomóż mi.

Słyszała, jak Will mówi:

- Mężczyźni niech się zajmą wrzucaniem rzep z powrotem na wóz. No już, ruszać się.

- Niech ktoś zamknie mu gębę, zanim ja to zrobię - powiedziała cicho.

- Co z pana koniem, panie Riddick? - spytał Ike. - Może wstać? - Przeszedł na drugą stronę wozu, by przyjrzeć się klaczy, a jednocześnie by odciągnąć uwagę Willa od Harry'ego.

Dziękuję ci, sprytny stryju Ike, pomyślała Sal. Odwróciła się do męża Annie, Jimmy'ego Manna, który miał na głowie trikorn.

- Idź do składu drewna - powiedziała. - Poproś, żeby szybko zbili nosze z dwóch albo trzech szerokich desek, żebyśmy mogli ułożyć na nich Harry'ego.

- Już się robi - rzucił Jimmy.

- Pomóżcie mi podnieść konia na nogi! - zawołał Will.

- On już nie wstanie, panie Riddick - powiedział Ike.

Will milczał przez chwilę, po czym westchnął ciężko.

- Chyba masz rację - przyznał.

- Może przyniesie pan broń? - zasugerował Ike. - I skróci zwierzęciu cierpienia.

- Tak. - Will skinął głową, ale nie ruszał się z miejsca.

Sal uzmysłowiła sobie, że choć syn dziedzica z wyniosłością udaje obojętność, jest zszokowany.

- Proszę łyknąć sobie brandy, jeśli ma pan przy sobie butelkę - podsunął Ike.

- Dobry pomysł.

Kiedy Will pił, Ike dodał:

- Temu biedakowi z roztrzaskaną nogą też przydałoby się parę łyków. Ulżyłoby mu to trochę w bólu.

Syn dziedzica nie odpowiedział, ale chwilę później Ike wyszedł zza wozu ze srebrzystą piersiówką w dłoni, a Will ruszył szybko w przeciwnym kierunku.

- Dobra robota, Ike - mruknęła Sal.

Podał jej piersiówkę. Sal przystawiła ją do ust męża i przechyliła. Harry zakasłał, przełknął płyn i otworzył oczy. Gdy ponownie przechyliła butelkę, upił łapczywie kolejny łyk.

- Niech wypije jak najwięcej - powiedział Ike. - Nie wiem, co będzie musiał zrobić Alec.

Sal zastanawiała się przez moment, co stryj ma na myśli, i w końcu zrozumiała, że zdaniem Ike'a być może trzeba będzie uciąć Harry'emu nogę.

- O nie... - jęknęła. - Boże, proszę.

- Na razie daj mu tylko więcej brandy.

Alkohol sprawił, że na twarzy Harry'ego pojawiły się lekkie rumieńce.

- Boli, Sal, strasznie boli - odezwał się ledwie słyszalnym szeptem.

- Wezwaliśmy już cyrulika - odparła, bo nie wiedziała, co powiedzieć. Chciało jej się płakać z bezsilności.

Kiedy czekali na nosze, kobiety nakarmiły dzieci. Sal wyjęła z koszyka jabłka i dała Kitowi. Mężczyźni zaczęli zbierać rozrzucone rzepy i wkładać je na wóz. Wcześniej czy później i tak musieliby to zrobić.

Jimmy Mann wrócił z ciężkimi drewnianymi drzwiami, które opierał na ramieniu. Dysząc z wysiłku, z trudem położył je na ziemi, bo musiał je przecież nieść przez pół mili.

- To do tego nowego domu budowanego przy młynie - wyjaśnił. - Prosili, żeby ich nie zniszczyć. - Przesunął je tak, by leżały obok Harry'ego.

Trzeba było przenieść rannego na prowizoryczne nosze, a to musiało go zaboleć. Sal uklękła przy głowie męża. Ike chciał jej pomóc, lecz machnęła ręką. Wiedziała, że nikt inny nie będzie się starał tak bardzo jak ona zrobić tego jak najdelikatniej. Złapała Harry'ego za ramiona, tuż pod barkami, i zaczęła powoli przenosić górną część jego tułowia nad drzwi. Nie zareagował. Robiła to powoli, cal po calu, dopóki niemal cały tułów nie znalazł się na drzwiach. Potem czekało ją przesunięcie nóg. Stanęła nad mężem okrakiem, pochyliła się, złapała go za biodra i jednym szybkim ruchem przeniosła nogi na drzwi.

Harry krzyknął. Po jakimś czasie krzyk ucichł i zamienił się w szloch.

- Podnieśmy go - powiedziała. Uklękła przy jednym rogu drzwi, a trzej mężczyźni złapali pozostałe. - Powoli. Trzymajcie je równo.

Chwycili mocno za krawędzie i podnosili stopniowo drzwi, po czym równocześnie oparli je na ramionach.

- Gotowi? - spytała Sal. - Starajcie się iść równym krokiem. Raz, dwa, trzy, idziemy.

Ruszyli przez pole. Sal obejrzała się i zobaczyła, że Kit, choć oszołomiony i wystraszony, idzie tuż za nią i niesie koszyk. Dwoje małych dzieci Annie szło za ojcem, Jimmym, który podtrzymywał tylny lewy róg drzwi.

Badford było dużą wioską, miało tysiąc albo i więcej mieszkańców, a dom Sal stał jakąś milę od pola. Czekał ich powolny długi marsz, ale Sal znała drogę tak dobrze, że mogłaby ją zapewne przejść z zamkniętymi oczami. Mieszkała tu przez całe życie; jej rodzice leżeli na cmentarzu przy kościele Świętego Mateusza. Jedyną miejscowością, jaką odwiedziła do tej pory, było Kingsbridge; po raz ostatni była tam dziesięć lat temu. W ciągu jej życia Badford bardzo się zmieniło i już nie tak łatwo dało się przejść z jednego krańca wioski na drugi. Zmienił się sposób uprawy pól, pojawiły się liczne murki i żywopłoty. Teraz, niosąc Harry'ego, musieli raz po raz przechodzić przez furtki i kluczyć po ścieżkach między prywatnymi królestwami.

Dołączali do nich mężczyźni pracujący na innych polach, kobiety, które wychodziły z domów, by zobaczyć, co się dzieje, małe dzieci i psy. Szli za nimi i rozmawiali o biednym Harrym i jego strasznym wypadku.

Pokonując kolejne jardy i uginając się pod ciężarem męża i drzwi, Sal przypomniała sobie, jak jako pięciolatka - nazywana wtedy Sally - wyobrażała sobie krainę poza wioską jako wąski krąg ziemi, coś w rodzaju ogrodu otaczającego jej dom. Wydawało jej się, że cały świat jest niewiele większy od Badfordu. Kiedy po raz pierwszy pojechała z rodzicami do Kingsbridge, była oszołomiona: tysiące ludzi, zatłoczone ulice, stragany pełne jedzenia, ubrań i rzeczy, o których nigdy nie słyszała - po raz pierwszy widziała wtedy papugę, globus, książkę, w której można było pisać, srebrne naczynia. A potem katedra, niewyobrażalnie wysoka, dziwnie piękna, w środku chłodna i cicha, prawdziwy dom Boży.

Kit był teraz tylko odrobinę starszy niż Sal podczas tej zdumiewającej pierwszej podróży. Próbowała sobie wyobrazić, o czym syn myśli w tym momencie. Przypuszczała, że zawsze postrzegał ojca jako niezniszczalnego - jak większość chłopców - a teraz musiał pogodzić się z myślą, że Harry jest ciężko ranny i bezradny. Był pewnie przerażony i zdezorientowany. Potem będzie musiała się nim zająć, dodać mu otuchy.

W końcu zobaczyli jej dom, jeden z biedniejszych w wiosce, wzniesiony z torfu i splecionych gałęzi i witek. Otwory bez szkła były zakryte okiennicami.

- Kit, pobiegnij przodem i otwórz drzwi - poprosiła Sal.

Chłopiec posłusznie wysforował się, mogli więc od razu wnieść Harry'ego do środka. Tłum pozostał na zewnątrz i zaglądał do wnętrza.

Dom składał się tylko z jednej izby. Stały tu dwa łóżka, jedno wąskie i jedno szerokie, proste platformy z nielakierowanych desek, które Harry zbił gwoźdźmi. Na obu leżały sienniki.

- Połóżmy go na tym większym - powiedziała Sal.

Ostrożnie ułożyli na łóżku drzwi z Harrym.

Przez jakiś czas stali, rozcierając obolałe ramiona i rozciągając przygarbione plecy. Sal wpatrywała się w bladego jak ściana męża, który leżał, nie poruszając się, i ledwie oddychał.

- Panie, proszę, nie zabieraj mi go - wyszeptała.

Kit stanął przed nią i ściskał ją mocno, wtulając twarz w jej brzuch, który po jego narodzinach był miększy niż dawniej. Pogłaskała syna po głowie. Chciała powiedzieć mu coś pocieszającego, ale nic nie przychodziło jej na myśl. A prawda byłaby przerażająca.

Zauważyła, że mężczyźni rozglądają się po domu. Był dość biedny, ale ich domostwa nie wyglądały inaczej, bo wszyscy byli robotnikami rolnymi. Na środku izby stał kołowrotek Sal, wykonany z wielką starannością i precyzją, wypolerowany do połysku. Odziedziczyła go po matce. Obok leżała mała sterta szpul z gotową przędzą, które wkrótce miał zabrać sukiennik. Dzięki kołowrotkowi stać ich było na drobne luksusy: herbatę z cukrem, mleko dla Kita, mięso dwa razy w tygodniu.

- Biblia! - wykrzyknął Jimmy Mann, zauważywszy drugi kosztowny przedmiot w domu. Gruba księga oprawiona w skórę, na której widniały ślady wielu brudnych rąk, i spięta zaśniedziałą mosiężną klamrą, leżała na środku stołu.

- To Biblia mojego ojca - wyjaśniła Sal.

- Umiesz czytać?

- Nauczył mnie.

Byli pod wrażeniem. Sal przypuszczała, że żaden z nich nie potrafił przeczytać więcej niż kilka słów: własne imiona i nazwiska, być może ceny wypisane na bazarach i w tawernach.

- Mamy zsunąć Harry'ego z drzwi na materac? - spytał Jimmy.

- Byłoby mu wygodniej - odparła.

- A ja będę spokojniejszy, jeśli oddam te drzwi do składu drewna.

Sal przeszła na drugą stronę łóżka i uklękła na klepisku. Wyciągnęła ręce, by przytrzymać Harry'ego, kiedy zsunie się na siennik. Trzej mężczyźni złapali za drzwi z drugiej strony.

- Powoli, delikatnie - przestrzegała ich.

Mężczyźni unieśli nieco nosze po swojej stronie. Harry przesunął się o cal i jęknął.

- Jeszcze wyżej - poprosiła Sal. Tym razem jej mąż zsunął się na skraj drzwi. Sal przygotowała ręce na przejęcie go. - Jeszcze trochę. I odciągnijcie drzwi o cal albo dwa.

Kiedy Harry zaczął się ponownie przemieszczać, wsunęła pod jego ciało dłonie i przedramiona. Chciała w ten sposób dopilnować, by w jak najmniejszym stopniu zmienił pozycję. Wyglądało na to, że jej się udało, bo Harry nie wydał żadnego dźwięku. Przeszła jej jednak przez głowę myśl, że ta cisza może być złowieszcza.

Na samym końcu pociągnęli drzwi odrobinę za mocno i zmiażdżona noga rannego opadła ciężko na siennik. Znów krzyknął. Tym razem Sal przywitała ten dźwięk z ulgą, jako znak, że mąż wciąż żyje.

Chwilę później przyszła Annie Mann z cyrulikiem Alekiem. Najpierw sprawdziła, czy do domu Sal dotarły jej dzieci i czy nic im nie jest. Potem spojrzała na Harry'ego. Nie odezwała się ani słowem, ale Sal widziała, że jest zszokowana jego stanem.

Alec Pollock był schludnym mężczyzną, ubranym w kaftan i spodnie za kolana, stare, ale dobrze utrzymane. Wszystko, co wiedział o medycynie, przekazał mu ojciec, który też był cyrulikiem; również od niego Alec dostał ostre noże i inne narzędzia.

Przyniósł małą drewnianą skrzynkę z uchwytem i postawił ją na podłodze obok kominka. Potem spojrzał na Harry'ego.

Sal wpatrywała się w cyrulika, próbując wyczytać coś z jego twarzy, jej wyraz pozostawał jednak nieprzenikniony.

- Harry, słyszysz mnie? - spytał Alec. - Jak się czujesz?

Harry nie reagował.

Cyrulik spojrzał na zmiażdżoną nogę, przy której siennik nasiąkł krwią, i dotknął kości przebijających skórę. Harry krzyknął z bólu, ale nie tak przerażająco jak wcześniej, a potem znowu, gdy Alec dotknął rany. Gdy cyrulik złapał za kostkę Harry'ego i podniósł jego nogę, ten zawył z bólu.

- Jest źle, prawda? - odezwała się Sal.

Alec spojrzał na nią i zawahał się.

- Tak - odparł po chwili.

- Możesz coś zrobić?

- Nie mogę nastawić złamanych kości. Czasami jest to możliwe: jeśli złamała się tylko jedna kość i za bardzo się nie przemieściła, mogę ją nastawić i unieruchomić łupkami, żeby się zrosła. Ale Harry ma uszkodzone kolano i kilka paskudnie złamanych kości.

- Więc?

- Najgroźniejsze jest zakażenie, które może wdać się w ranę i doprowadzić do gnicia ciała. To może skończyć się śmiercią. Rozwiązaniem jest amputacja nogi.

- Nie - rzuciła Sal głosem drżącym z desperacji. - Nie, nie możesz odciąć mu nogi, dość się już nacierpiał.

- To może uratować mu życie.

- Musi być jakiś inny sposób - upierała się Sal.

- Mogę spróbować wyparzyć ranę - powiedział Alec z powątpiewaniem. - Ale jeśli to nie zadziała, pozostanie tylko amputacja.

- Spróbuj, proszę.

- Dobrze. - Pochylił się nad skrzynką i otworzył ją. - Sal, możesz rozpalić w palenisku? To musi być naprawdę gorące.

Zajęła się posłusznie rozpalaniem ognia.

Alec tymczasem wyjął ze skrzynki ceramiczną miskę i zakorkowaną butelkę.

- Pewnie nie masz brandy, co? - zwrócił się do Sal.

- Nie - odparła, po czym przypomniała sobie o piersiówce Willa. Na polu wsunęła ją pod sukienkę. - Mam - poprawiła się i ją wyjęła.

Cyrulik uniósł brwi.

- To własność Willa Riddicka - wyjaśniła Sal. - To przez tego przeklętego głupca doszło do wypadku. Szkoda, że to nie on był pod wozem.

Alec udał, że nie słyszał obelg pod adresem syna dziedzica.

- Niech Harry wypije jak najwięcej - nakazał. - Jeśli zemdleje, tym lepiej.

Sal usiadła na łóżku obok męża, podniosła jego głowę i powoli wlewała mu brandy do ust, podczas gdy Alec podgrzewał olej w misce.

Gdy piersiówka była całkiem pusta, olej już wrzał. Sal zrobiło się niedobrze na ten widok.

Cyrulik wsunął pod kolano Harry'ego szerokie, płytkie naczynie. Razem z żoną rannego jego poczynaniom przyglądała się przerażona publiczność: trzej robotnicy, Annie, dwoje jej dzieci i blady jak ściana Kit.

Kiedy nadszedł właściwy moment, Alec działał szybko i sprawnie. Za pomocą szczypców podniósł miskę znad ognia i wylał wrzący płyn na kolano rannego.

Harry wydał z siebie najgorszy ze wszystkich dotąd krzyk, a potem stracił przytomność.

Dzieci się rozpłakały.

Izbę wypełniła paskudna woń przypalanego ludzkiego ciała.

Alec poruszał na boki płytkim naczyniem pod nogą Harry'ego, gdzie spłynął gorący olej, i w ten sposób wyparzył ranę pod kolanem. Potem wysunął naczynie, zlał olej do butelki i zakorkował ją.

- Prześlę rachunek dziedzicowi - oznajmił.

- Mam nadzieję, że ci zapłaci - powiedziała Sal. - Ja nie mam z czego.

- Powinien. Jako dziedzic ma pewne obowiązki wobec swoich robotników, choć nie istnieje prawo, które by go do tego zmusiło. Tak czy inaczej, to sprawa między mną i nim, więc nie przejmuj się tym. Harry nie będzie chciał nic jeść, ale spróbuj go namówić, żeby jak najwięcej pił. Najlepiej herbatę. Może być też piwo albo woda. I pilnuj, żeby było mu ciepło. - Alec zaczął pakować swoje rzeczy do skrzynki.

- Mogę zrobić coś jeszcze? - spytała Sal.

Wzruszył ramionami.

- Módl się za niego.

Rozdział 2

Amos Barrowfield zrozumiał, że stało się coś niedobrego, gdy tylko wyjechał zza zakrętu i zobaczył Badford.

Owszem, na polach pracowali robotnicy, ale nie tylu, ilu się spodziewał. Droga prowadząca do wioski była niemal całkiem pusta, jechał nią tylko jeden wóz. Amos nie widział nawet psów.

Był sukiennikiem, handlował suknem. Właściwie sukiennikiem był jego ojciec, Obadiah, ale już dawno skończył pięćdziesiąt lat i często brakowało mu sił, więc to Amos podróżował po okolicy z jucznymi końmi, wiozącymi owczą strzyżę, i odwiedzał kolejne chaty.

Przemianą strzyży w tkaninę zajmowali się głównie mieszkańcy wsi, pracujący we własnych domach. Najpierw surową wełnę należało rozplątać i oczyścić, co nazywano zgrzebleniem lub gręplowaniem. Potem przędziono z niej długie nici i nawijano na szpule. Na koniec tkano na krosnach z tej przędzy materiał o szerokości jarda. Tkactwo było głównym przemysłem zachodniej Anglii, a Kingsbridge jego ośrodkiem.

Amos przypuszczał, że Adam i Ewa po zjedzeniu owocu z drzewa poznania sami wykonywali wszystkie te prace, by uszyć sobie ubrania i okryć nagość, choć w Biblii nie napisano zbyt wiele o gręplowaniu i przędzeniu ani o tym, jak Adam zbudował krosno.

Dotarłszy do pierwszych domów, Amos zorientował się, że wszyscy gdzieś zniknęli. Coś odciągnęło robotników rolnych od pracy, ale ludzie zajmujący się tkaniem powinni być w domach. Płacono im za tyle, ile zdołali wyprodukować, więc rzadko porzucali kołowrotki i krosna.

Najpierw udał się do domu zgrzeblarza, Micka Seabrooka. Mick trzymał w prawej dłoni wielką szczotkę z żelaznymi zębami, a w lewej drewniany klocek tych samych rozmiarów i rozczesywał mocnymi pociągnięciami znajdujący się między nimi kłąb surowej wełny. Kiedy gęstwina brudnego runa zmieszanego z błotem i kawałkami roślin zamieniała się w motek czystych prostych włókien, skręcał je w luźny powróz nazywany niedoprzędem.

- Słyszał pan o Harrym Clitheroe? - przywitał Amosa Mick.

- Nie. Dopiero przyjechałem do wioski. Nie byłem jeszcze u nikogo. A o co chodzi?

- Wóz z rzepą zmiażdżył mu nogę. Mówią, że już nigdy nie będzie mógł pracować.

- To straszne. Jak to się stało?

- Ludzie różnie opowiadają. Will Riddick twierdzi, że Harry się popisywał i próbował udowodnić, że sam przepcha załadowany wóz. Ale Ike Clitheroe mówi, że to była wina Willa, bo przeładował wóz.

- Sal będzie załamana - powiedział Amos. Znał rodzinę Clitheroe i uważał, że łączy ich prawdziwa miłość. Harry był twardym człowiekiem, zrobiłby jednak dla żony wszystko, a Sal wprawdzie trochę dyrygowała mężem, ale go uwielbiała. - Pójdę do nich.

Zapłacił Mickowi, dał mu nową porcję strzyży i zabrał worek gotowych niedoprzędów.

Wkrótce odkrył, gdzie podziała się większość mieszkańców wsi: wokół domu Clitheroe'ów zebrał się tłum ciekawskich.

Sal była prządką, lecz w odróżnieniu od Micka, nie mogła pracować dwanaście godzin dziennie, bo miała wiele innych obowiązków; szyła ubrania dla Harry'ego i Kita, uprawiała warzywa w ogródku, kupowała i przygotowywała jedzenie, prała, sprzątała i wykonywała wszystkie inne prace w domu. Amos żałował, że ta kobieta nie ma więcej czasu na przędzenie, bo stale brakowało mu przędzy.

Tłum rozstąpił się przed nim. Był tu dobrze znany i zapewniał wielu wieśniakom pracę nie tak ciężką jak na polu i lepiej płatną. Kilku mężczyzn pozdrowiło go serdecznie.

- Cyrulik właśnie wyszedł, panie Barrowfield - powiedział jeden z nich.

Amos wszedł do środka. Harry leżał na łóżku, blady i nieruchomy, z zamkniętymi oczami, i oddychał płytko. Wokół niego stało kilka osób. Gdy wzrok Amosa przywykł do półmroku, rozpoznał większość z nich.

- Co się stało? - zwrócił się do Sal.

Twarz kobiety wykrzywiał grymas rozgoryczenia i żalu.

- Will Riddick przeładował wóz i stracił nad nim panowanie. Mężczyźni próbowali go zatrzymać, ale przewrócił się i roztrzaskał Harry'emu nogę.

- Co powiedział Alec Pollock? - spytał Amos.

- Chciał uciąć nogę, ale namówiłam go, żeby spróbował najpierw wrzącego oleju. - Sal spojrzała na nieprzytomnego męża i dodała ze smutkiem: - Coś mi się wydaje, że nie pomogłoby mu ani jedno, ani drugie.

- Biedny Harry. - Amos westchnął.

- Myślę, że może się już przygotowywać do przejścia na drugą stronę. - Głos Sal załamał się nagle i zaczęła cicho szlochać.

- Nie płacz, mamo! - zawołało z przerażeniem w głosie dziecko, w którym Amos rozpoznał Kita.

Sal ucichła i zacisnęła dłoń na ramieniu syna.

- W porządku, Kit, nie będę płakać.

Przybity sceną rozpaczy w ponurym domu biednej rodziny, Amos nie wiedział, co powiedzieć. W końcu zdecydował się na coś przyziemnego:

- Nie będę ci zawracał głowy pracą w tym tygodniu, dam ci nową porcję wełny następnym razem.

- Och, proszę, niech pan tego nie robi. Potrzebuję pracy bardziej niż kiedykolwiek. Harry nie będzie przecież zarabiał na życie, więc ja muszę się tym zająć.

- Dziedzic powinien się tobą zająć - odezwał się ktoś i kiedy Amos spojrzał w stronę, z której dochodził głos, zobaczył Ike'a Clitheroe.

- Powinien - zgodził się z nim Jimmy Mann. - Ale to nie znaczy, że to zrobi.

Wielu właścicieli ziemskich czuło się odpowiedzialnych za wdowy i sieroty, nie było to jednak ich obowiązkiem, a Riddick był skąpy.

Sal wskazała na stertę szpulek przy kołowrotku.

- Prawie skończyłam porcję z zeszłego tygodnia - powiedziała. - Rozumiem, że zostaje pan w Badfordzie na noc?

- Tak.

- Dokończę dziś wieczorem i jutro oddam wszystko.

Amos wiedział, że w razie potrzeby kobieta będzie pracować nawet przez całą noc.

- Jeśli jesteś pewna...

- Całkowicie.

- W porządku.

Wyszedł na zewnątrz i zdjął worek z grzbietu konia. Teoretycznie prządka mogła przerobić funt wełny dziennie, ale mało która spędzała przy kołowrotku cały dzień; większość, podobnie jak Sal, łączyła tę pracę z innymi obowiązkami.

Wniósł worek do domu i położył go na podłodze przy kołowrotku. Potem spojrzał na Harry'ego. Ranny mężczyzna wciąż się nie poruszał. Wyglądał jak śmierć, ale Amos nigdy jeszcze nie widział umierającego człowieka, więc właściwie nie wiedział, czy z Harrym jest aż tak źle. Upomniał się w myślach, że nie powinien za bardzo popuszczać wodzy fantazji.

Wyszedł i pojechał do stojącego niedaleko budynku, stajni, którą przerobiono na warsztat na polecenie Rogera Riddicka, trzeciego - najmłodszego - syna dziedzica. Amos i Roger byli w tym samym wieku, mieli po dziewiętnaście lat, i kiedyś uczęszczali razem do gimnazjum w Kingsbridge. Roger był pilnym uczniem, nie interesowały go sport, picie ani dziewczyny, więc koledzy często go dręczyli, dopóki Amos nie stanął w jego obronie i od tej pory zostali przyjaciółmi.

Zapukał do drzwi i wszedł do środka. Roger kazał zamontować w budynku duże okna; pod jednym z nich stał warsztat. Na hakach wbitych w ścianę wisiały narzędzia, były tu też skrzynie i naczynia zawierające zwoje drutu, małe sztabki różnych metali, gwoździe, śruby i klej. Roger uwielbiał konstruować pomysłowe zabawki: mysz, która piszczała i ruszała ogonem, trumnę, w której trup siadał prosto, gdy otwierało się wieko. Wynalazł też maszynę, która przetykała rury, gdy zator znajdował się wiele jardów od wlotu, a nawet za zagięciami.

Roger przywitał przyjaciela szerokim uśmiechem i odłożył dłuto. Miał jasne włosy i różową skórę, co odróżniało go od czarnowłosego ojca i braci. Prawdopodobnie był podobny do matki, która umarła kilka lat wcześniej.

- W samą porę! - powiedział. - Właśnie miałem iść do domu na kolację. Zakładam, że do nas dołączysz?

- Miałem nadzieję, że mnie zaprosisz.

Gdy wyszli z warsztatu, Roger zamknął drzwi na klucz. W drodze do dworu Amos prowadził za sobą konie i rozmawiał z przyjacielem o Harrym Clitheroe.

- To ośli upór mojego brata doprowadził do tego wypadku - przyznał szczerze Roger.

Studiował w College'u Kingsbridge, założonym jeszcze w średniowieczu w Oksfordzie przez mnichów z Kingsbridge. Zaczął studia kilka tygodni temu i właśnie po raz pierwszy odwiedził dom. Amos też chętnie poszedłby na studia, lecz ojciec nalegał, by pracował w rodzinnym interesie. Miał nadzieję, że w kolejnych pokoleniach ta sytuacja się zmieni i że być może będzie miał syna, który wyjedzie do Oksfordu.

- Jak jest na uniwersytecie? - spytał.

- Fantastycznie - odparł Roger. - Świetnie się bawię, choć, niestety, przegrałem sporo pieniędzy w karty.

- Miałem na myśli naukę. - Amos uśmiechnął się.

- Och! W porządku. Na razie nic trudnego. Nie przepadam za teologią i retoryką. Lubię matematykę, ale wykładowcy matematyki mają obsesję na punkcie astronomii. Powinienem był wybrać Cambridge, tam podobno matematyka jest na wyższym poziomie.

- Będę o tym pamiętał, kiedy mój syn będzie w odpowiednim wieku.

- Myślisz o ożenku?

- Myślę nieustannie, ale w najbliższym czasie nie ma na to szans. Nie mam ani pensa, a ojciec nic mi nie da, dopóki nie skończę praktyki.

- I dobrze! Dzięki temu będziesz miał jeszcze czas trochę poszaleć.

Amos nie należał do ludzi, którzy lubią poszaleć, więc zmienił temat.

- Poproszę cię o nocleg na tę noc, jeśli to możliwe.

- Oczywiście. Ojciec ucieszy się z twojej wizyty. Synowie już go nudzą, a ciebie lubi mimo twoich poglądów, które uważa za radykalne. Uwielbia z tobą dyskutować.

- Nie jestem radykałem.

- Owszem, nie jesteś. Ojciec powinien porozmawiać z ludźmi, których poznałem w Oksfordzie. Ich poglądy chyba poparzyłyby mu uszy.

- Wyobrażam sobie. - Amos roześmiał się. Kiedy pomyślał o życiu przyjaciela, który czytał spokojnie książki i dyskutował o różnych ideach z inteligentnymi młodymi ludźmi, poczuł zazdrość.

Dotarli do dworu, eleganckiego czerwonego budynku w stylu jakobińskim, z oknami składającymi się z wielu małych szybek połączonych ołowiem. Zaprowadzili konie Amosa do stajni, by tam je napojono i oporządzono, po czym przeszli do domu.

Mieszkali w nim wyłącznie mężczyźni, nie było więc zbyt czysto. W powietrzu unosiła się woń typowa dla wiejskich podwórek. Amos dostrzegł ogon szczura, który na ich widok uciekł przez szparę pod drzwiami. Dotarli do jadalni jako pierwsi. Nad kominkiem wisiał portret zmarłej żony dziedzica, pociemniały ze starości i zakurzony, jakby nikt nie chciał na niego patrzeć.

Po chwili wszedł dziedzic, potężny mężczyzna koło pięćdziesiątki, o czerwonej twarzy, otyły, lecz wciąż żwawy.

- W sobotę w Kingsbridge organizują turniej bokserski - oznajmił z entuzjazmem. - Bestia z Bristolu wyzywa wszystkich chętnych i oferuje gwineę każdemu, kto ustoi w ringu przez piętnaście minut.

- Będziecie się świetnie bawić - powiedział Roger. Jego ojciec i bracia uwielbiali sporty, najbardziej walki bokserskie i wyścigi konne, zwłaszcza jeśli mogli obstawiać wyniki. - Ja wolę grać w karty. Mogę przynajmniej obliczyć, jakie mam szanse.

Wkrótce dołączył do nich George Riddick, średni syn dziedzica. Był olbrzymim mężczyzną z czarnymi włosami i ciemnymi oczami; wyglądał jak młodsza wersja ojca, tyle że miał przedziałek na środku głowy.

W końcu pojawił się i Will, a za nim kamerdyner, który niósł parujący kocioł z zupą. Zapach był tak smakowity, że Amosowi ślina napłynęła do ust.

Na kredensie leżała taca z szynką, serem i bochenkiem chleba. Kamerdyner nalał do kieliszków porto.

Amos zawsze witał się ze służbą, więc i teraz zwrócił się do kamerdynera:

- Witaj, Platts, jak się miewasz?

- Dobrze, panie Barrowfield - odparł Platts burkliwie. Najwyraźniej nie wszyscy służący odwzajemniali życzliwość Amosa.

Will ukroił sobie gruby plaster szynki i powiedział:

- Namiestnik zwołał milicję w Shiring.

Milicją nazywano zbrojne oddziały obrony terytorialnej. Poborowych wybierano w drodze losowania. Amosowi sprzyjało szczęście i jak dotąd omijało go to. Chociaż odkąd sięgał pamięcią, milicja nie prowadziła żadnych działań, zbierała się jedynie raz w roku na sześciotygodniowe szkolenie, podczas którego obozowała na wzgórzach na północ od Kingsbridge i uczyła się musztry oraz ładowania i strzelania z muszkietów. I nic nie wskazywało na to, żeby to się miało zmienić.

- Też o tym słyszałem - odparł dziedzic. - I nie dotyczy to tylko Shiring. W dziesięciu hrabstwach ogłoszono mobilizację.

Były to dość niepokojące wieści. Jakiego kryzysu spodziewał się rząd?

- Jestem porucznikiem, więc będę pomagał w mobilizacji - oznajmił Will. - Pewnie na jakiś czas zamieszkam w Kingsbridge.

Choć Amosowi udawało się do tej pory unikać powołania, mogło się zdarzyć, że tego zaciągu nie uniknie. Sam nie wiedział, co o tym sądzić. Nie chciał zostać żołnierzem, ale może było to lepsze niż niewolnicza praca u ojca.

- Kto jest dowódcą? - spytał dziedzic. - Ciągle zapominam...

- Pułkownik Henry Northwood - odpowiedział Will.

Henry, wicehrabia Northwood, był synem hrabiego Shiring. Dowodzenie milicją pozostawało tradycyjnym obowiązkiem spadkobierców tytułu hrabiowskiego.

- Najwyraźniej premier Pitt uważa, że sytuacja jest poważna. - Dziedzic pokiwał głową.

Przez jakiś czas jedli i pili w milczeniu, pogrążeni w rozmyślaniach. W końcu Roger odsunął od siebie talerz i odezwał się z powagą:

- Milicja ma dwa zadania: bronić kraju przed inwazją i tłumić rozruchy. Być może dojdzie do wojny z Francją... wcale bym się nie zdziwił... ale przygotowania do inwazji zajęłyby Francuzom kilka miesięcy, więc mielibyśmy mnóstwo czasu na zwoływanie milicji. Nie wydaje mi się więc, żeby chodziło o to. Co oznacza, że rząd obawia się rozruchów. Ciekawe dlaczego.

- Wiesz dlaczego - rzucił Will. - Minęło dopiero dziesięć lat od czasu, gdy Amerykanie obalili rządy króla i stworzyli republikę, i zaledwie trzy lata, odkąd paryski tłum zdobył Bastylię. A ostatnio ten francuski szatan Brissot powiedział: "Nie spoczniemy, dopóki cała Europa nie stanie w płomieniach". Rewolucja rozprzestrzenia się jak ospa.

- Moim zdanie nie ma powodów do paniki - powiedział Roger. - Właściwie co takiego zrobili rewolucjoniści? Zrównali na przykład w prawach protestantów. George, jako duchowny protestancki chyba to doceniasz, prawda?

- Zobaczymy, jak długo to potrwa - odpowiedział posępnie George, który był proboszczem w Badfordzie.

- Znieśli feudalizm - kontynuował Roger. - Odebrali królowi prawo do więzienia ludzi w Bastylii bez procesu i wprowadzili monarchię konstytucyjną, którą mamy też w Brytanii.

Wszystko, co mówił, teoretycznie było prawdą, Amos uważał jednak, że przyjaciel się myli. Z tego, co wiedział, w rewolucyjnej Francji wcale nie było prawdziwej wolności - ani wolności słowa, ani religii. Tak naprawdę Anglia była bardziej tolerancyjna.

- A co z wrześniowymi masakrami we Francji? - spytał gniewnym tonem Will, wyciągając palec w stronę najmłodszego brata. - Rewolucjoniści zabili tysiące ludzi. Bez żadnych dowodów, bez ławy przysięgłych, bez procesu. "Ty chyba też jesteś kontrrewolucjonistą. I ty też". Pif-paf i obaj nie żyją. Wśród ofiar były dzieci!

- Tragedia, przyznaję. - Roger skinął głową. - I skaza na reputacji Francji. Ale czy naprawdę sądzimy, że u nas wydarzy się to samo? Nasi rewolucjoniści nie szturmują więzień, piszą pamflety i listy do gazet.

- Tak to się właśnie zaczyna! - Will upił łyk porto.

- Ja winię za to metodystów - wtrącił George.

Roger parsknął śmiechem.

- A gdzież to metodyści ukrywają gilotyny? - rzucił.

George zignorował te słowa.

- W szkółkach niedzielnych uczą czytać biedne dzieci, a te, kiedy dorastają, czytają książkę Thomasa Paine'a, unoszą się gniewem i dołączają do klubu malkontentów. Rozruchy to, logicznie rzecz biorąc, następny etap.

Dziedzic spojrzał na Amosa.

- Nic dzisiaj nie mówisz - zauważył. - Zwykle bronisz nowych idei.

- Nie wiem zbyt wiele o nowych ideach - odparł Amos. - Przekonałem się, że warto słuchać ludzi, nawet tych niewykształconych i o wąskich horyzontach. Lepiej pracują, jeśli wiedzą, że obchodzi cię ich opinia. Więc jeśli jakaś część Anglików uważa, że parlament należy zmienić, to moim zdaniem powinniśmy wysłuchać, co mają do powiedzenia.

- Dobrze to ująłeś. - Roger pokiwał głową.

- Ale mam jeszcze sporo pracy - wytłumaczył się Amos i wstał od stołu. - Dziękuję za gościnę. Muszę zająć się swoimi obowiązkami, ale jeśli pan pozwoli, wrócę wieczorem.

- Oczywiście, oczywiście - odparł dziedzic.

Amos przez resztę dnia odwiedzał ludzi we wsi; odbierał od nich gotowy towar, płacił im i dawał nowy materiał do przeróbki. Potem, gdy zaszło już słońce, poszedł do domu Clitheroe'ów.

Już z daleka usłyszał muzykę, czterdzieści czy pięćdziesiąt osób śpiewających na cały głos. Clitheroe'owie byli metodystami, podobnie jak Amos, a metodyści nie używali podczas nabożeństw instrumentów muzycznych. Żeby nadrobić ich brak, bardzo się starali utrzymać równy rytm i często śpiewali na cztery głosy. W tej chwili wykonywali hymn Miłość Boża ponad wszelkie miłości, popularną kompozycję Charlesa Wesleya, brata twórcy ruchu metodystycznego. Amos przyspieszył kroku. Uwielbiał śpiew bez akompaniamentu i chciał się przyłączyć.

W Badfordzie mieszkała duża grupa metodystów, podobnie jak w Kingsbridge. Metodyzm był nowym nurtem religijnym w obrębie Kościoła anglikańskiego, choć coraz częściej mówiono o oderwaniu się od niego; większość metodystów nadal jednak przyjmowała komunię w Kościele anglikańskim.

Kiedy podszedł bliżej, zobaczył tłum ludzi otaczający dom Sal i Harry'ego. Kilka osób trzymało zapalone pochodnie i po ziemi niczym złe duchy tańczyły migotliwe cienie. Nieoficjalnym przywódcą metodystów był Brian Pikestaff, farmer gospodarujący na trzydziestu akrach ziemi. Ponieważ był właścicielem tego gruntu, dziedzic nie mógł mu zabronić organizowania modlitewnych spotkań metodystów w stodole. Gdyby był dzierżawcą, prawdopodobnie zostałby eksmitowany.

Gdy hymn dobiegł końca, Brian Pikestaff zaczął mówić o miłości łączącej Harry'ego, Sal i Kita. Podkreślał, że to prawdziwa miłość, na ile to możliwe wśród ludzi, i opowiadał o Bożej miłości, o której przed chwilą śpiewali. Zebrani zaczęli płakać.

Kiedy Brian skończył, Jimmy Mann zdjął trikorn i rozpoczął improwizowaną modlitwę, trzymając kapelusz w dłoni. Była to normalna praktyka wśród metodystów. Ludzie modlili się lub śpiewali hymny, gdy tylko czuli taką potrzebę. W teorii wszyscy byli równi wobec Boga, choć w praktyce rzadko się zdarzało, by głos zabierała kobieta.

Jimmy prosił Pana o zdrowie dla Harry'ego, by ten mógł nadal opiekować się rodziną. Jego modlitwa została jednak gwałtownie przerwana, gdy pojawił się George Riddick z lampą w ręce i krzyżem na piersiach. Był w kapłańskich szatach: sutannie, albie z szerokimi rękawami i czarnej kwadratowej czapce z ostrymi rogami.

- To skandal! - krzyknął.

Jimmy przerwał na moment, otworzył oczy, ale zaraz opuścił powieki i kontynuował:

- O Boże, Ojcze nasz, wysłuchaj naszej modlitwy, prosimy cię...

- Dość tego! - ryknął George i Jimmy musiał w końcu przestać.

- Dobry wieczór, pastorze Riddick - odezwał się przyjaznym tonem Brian Pikestaff. - Dołączysz do naszej modlitwy? Prosimy Boga o uleczenie naszego brata Harry'ego Clitheroe.

- To kapłan wzywa wiernych na modlitwę, a nie odwrotnie! - powiedział gniewnie George.

- Ale nie zrobiłeś tego, pastorze, prawda? - odparł Brian.

George wydawał się skonsternowany.

- Nie wezwałeś nas do modlitwy za Harry'ego - kontynuował Brian - który stoi teraz, jak mawiamy, na brzegu wielkiej mrocznej rzeki i czeka, aż Bóg zdecyduje, czy ma do niego dziś dołączyć. Gdybyś nas wezwał, pastorze, chętnie przyszlibyśmy do kościoła, żeby modlić się z tobą. Ale nie zrobiłeś tego, więc jesteśmy tutaj.

- Jesteście ciemnymi wieśniakami - prychnął George. - I dlatego Bóg powołuje kapłanów, którzy mają wami kierować.

- Ciemnymi wieśniakami?! - zawołała jakaś kobieta. Amos domyślił się, że to Annie Mann, jedna z prządek. - Nie jesteśmy aż tak ciemni, żeby przeładować wóz z rzepami.

Odpowiedział jej chór głosów poparcia i przytłumione śmiechy.

- Bóg uczynił was poddanymi tych, którzy są od was mądrzejsi, a waszym obowiązkiem jest słuchać władzy, a nie przeciwstawiać się jej.

Wśród zgromadzonych zapadła na chwilę cisza. Przerwał ją głośny, pełen cierpienia jęk dobiegający z wnętrza domu.

Amos podszedł do drzwi i wszedł do środka.

Sal i Kit klęczeli po drugiej stronie łóżka, z rękami złożonymi do modlitwy. Cyrulik, Alec Pollock, stał u wezgłowia i trzymał cierpiącego mężczyznę za nadgarstek.

- On odchodzi - powiedział Alec, gdy Harry jęknął ponownie. - Opuszcza nas.

- O Boże - wyszeptała Sal.

Kit rozpłakał się.

Amos stał w milczeniu w drzwiach i przyglądał się tej scenie.

- On odszedł, Sal - odezwał się cyrulik minutę później.

Sal objęła syna ramieniem i płakała razem z nim.

- Przynajmniej już nie cierpi - dodał Alec. - Jest już z Panem Jezusem.

- Amen - szepnął Amos.

Rozdział 3

Na terenach otaczających pałac biskupi, gdzie niegdyś - jak głosiły legendy Kingsbridge - mnisi uprawiali fasolę i kapustę, Arabella Latimer założyła ogród różany.

Jej rodzina była zaskoczona, bo Arabella nigdy dotąd nie przejawiała tego rodzaju zainteresowań. Wszystkie jej działania były nakierowane na męża, który był biskupem: zarządzanie jego gospodarstwem domowym, podejmowanie kolacjami kościelnych dostojników i innych ważnych przedstawicieli hrabstwa, pojawianie się u jego boku w kosztownych, choć skromnych szatach. Aż nagle pewnego dnia oznajmiła, że zamierza hodować róże.

Ten nowy pomysł przykuł uwagę wielu znanych dam. Może nie był szalenie modny, ale z pewnością dość popularny, a Arabella przeczytała o nim w "The Lady's Magazine" i postanowiła go zrealizować.

Elsie - jedyne dziecko Arabelli - przypuszczała, że jej zapał szybko osłabnie. Zakładała, że matka łatwo zmęczy się ciągłym schylaniem, okopywaniem, podlewaniem, nawożeniem i czyszczeniem wiecznie brudnych paznokci.

Biskup, Stephen Latimer, mruknął tylko:

- Po trzech dniach będzie miała dość, wspomnicie moje słowa. - Po czym wrócił do lektury "Critical Review".

I córka, i mąż się mylili.

Kiedy o wpół do dziewiątej rano Elsie wyszła na zewnątrz, by poszukać matki, znalazła ją w ogrodzie w towarzystwie głównego ogrodnika. Razem układali łajno ze stajni wokół łodyg roślin, nie przejmując się deszczem i śniegiem, który padał im na głowy.

- Zabezpieczam je przed mrozem - rzuciła przez ramię Arabella, dojrzawszy córkę, i kontynuowała pracę.

Rozbawiona Elsie zastanawiała się, czy matka kiedykolwiek wcześniej trzymała w ręce łopatę. Dziewczyna rozejrzała się po ogrodzie, do którego wchodziło się przez plecione łukowate przejście, porośnięte latem gęstwiną pnących róż. Prowadziło do kwadratowego klombu niskich krzewów różanych, które za kilka miesięcy pokryją się soczystą czerwienią kwiatów. Nieco dalej kratownica przymocowana do fragmentu zniszczonego muru - być może kiedyś otaczającego ogród przy kuchni - podtrzymywała pnącza, które przy ciepłej pogodzie rozrastały się tak szybko jak chwasty i zakwitały różnobarwnymi kwiatami, jakby aniołowie w niebie rozchlapywali przez nieuwagę farby.

Elsie od dawna wyczuwała, że życie matki jest przeraźliwie puste, choć wolałaby zapewne, żeby poszukała sobie sensowniejszego zajęcia niż uprawa kwiatów. No ale Elsie była idealistką ceniącą sobie wiedzę, czego nie dało się powiedzieć o jej matce. Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem*, mawiał ojciec, cytując Księgę Koheleta. Róże wniosły radość w życie Arabelli.

- Długo ci to jeszcze zajmie? - spytała Elsie; było zimno, a miała coś ważnego do powiedzenia.

- Już kończymy - odparła Arabella.

Miała trzydzieści osiem lat, znacznie mniej od męża, i wciąż zachwycała urodą. Była wysoka i zgrabna, miała jasnobrązowe gęste włosy o kasztanowym odcieniu. Jej nos pokrywały piegi, co większość ludzi uważała za niedoskonałość, choć u niej wyglądało to czarująco. Elsie różniła się od matki zarówno wyglądem, jak i charakterem. Miała ciemne włosy i orzechowe oczy, ale ludzie mówili, że ślicznie się uśmiecha.

Arabella oddała łopatę ogrodnikowi i obie wróciły do domu. Matka zdejmowała buty i pelerynę, podczas gdy córka wycierała ręcznikiem jej wilgotne włosy.

- Zamierzam spytać dziś tatę o szkółkę niedzielną - odezwała się dziewczyna.

To był jej wielki projekt. Z przerażeniem patrzyła na to, jak traktowane są dzieci w jej rodzinnym mieście. Niektóre zaczynały pracować w wieku zaledwie siedmiu lat - po czternaście godzin dziennie od poniedziałku do piątku i dwanaście godzin w sobotę. Większość nie umiała przeczytać ani napisać więcej niż kilka słów. Potrzebowały szkółki niedzielnej.

Biskup wiedział o tym, ale wydawało się, że wcale go to nie obchodzi. Elsie miała już jednak plan, jak zdobyć jego przychylność.

- Mam nadzieję, że jest w dobrym humorze - powiedziała matka.

- Poprzesz mnie, prawda?

- Oczywiście. Uważam, że to świetny pomysł.

Elsie chciała jednak czegoś więcej niż ogólnikowej deklaracji dobrej woli.

- Wiem, że masz pewne wątpliwości, ale... proszę, nie obraź się, że to powiem... zachowaj je dziś dla siebie, dobrze?

- Oczywiście, kochana - odparła Arabella. - Przecież nie jestem nietaktowna, wiesz o tym.

Elsie miała w tej kwestii inne zdanie, nie zamierzała jednak o tym mówić.

- Ojciec będzie miał różne zastrzeżenia, ale poradzę sobie z tym - powiedziała. - Chciałabym tylko, żebyś od czasu do czasu mnie poparła, mruknęła "Słusznie" albo "Dobry pomysł".

Arabella wydawała się bardziej rozbawiona niż zirytowana natarczywością córki.

- Kochanie, zrozumiałam, co masz na myśli, nie martw się. Jesteś jak aktorka, nie chcesz konstruktywnej krytyki, tylko aplauzu.

Dziewczyna wyczuła ironię ukrytą w słowach matki, udawała jednak, że niczego nie dostrzega.

- Dziękuję - rzuciła i skinęła głową.

Przeszły do salonu. Służba stała pod ścianą w szeregu, zgodnie z hierarchią: bliżej mężczyźni, kamerdyner, stajenny, lokaj, pucybut, dalej kobiety - gospodyni, kucharka, dwie pokojówki i pomoc kuchenna. Na stole ułożono porcelanową zastawę z modnym kwietnym wzorem nazywanym chinoiserie.

Przy krześle biskupa leżał egzemplarz "The Times" sprzed dwóch dni. Transport z Londynu do Bristolu płatnym głównym traktem trwał jeden dzień, kolejny dzień zajmowała jazda do Kingsbridge po żłobionych koleinami błotnistych wiejskich drogach. Starszym ludziom, takim jak biskup, takie tempo wydawało się wręcz oszałamiające, pamiętali bowiem czasy, gdy taka podróż trwała cały tydzień.

Gdy Stephen Latimer wszedł do jadalni, Elsie i Arabella odsunęły swoje krzesła, uklękły na dywanie, oparły łokcie na siedziskach i złożyły dłonie. Dzbanek z herbatą posykiwał cicho, gdy biskup odmawiał modlitwę, nabożnie, ale szybko, z myślą o czekającym na niego bekonie. Kiedy służący usłyszeli "Amen", przynieśli z kuchni jedzenie.

Elsie zjadła trochę chleba z masłem, napiła się herbaty i czekała na odpowiedni moment. Była spięta. Bardzo zależało jej na szkółce niedzielnej. Nie mogła pogodzić się z myślą, że tyle dzieci w Kingsbridge żyje w mroku niewiedzy. Dyskretnie przyglądała się ojcu, próbując odgadnąć, w jakim jest nastroju. Miał pięćdziesiąt pięć lat i rzednące siwe włosy. Kiedyś mógł się pochwalić imponującą sylwetką, był bowiem wysoki i barczysty - Elsie pamiętała to - zbyt jednak lubił dobre jedzenie, więc roztył się i przygarbił.

Kiedy napełnił brzuch i wypił herbatę, służąca, Mason, przyniosła dzbanek świeżego mleka, a Elsie, zanim ojciec zanim wziął do ręki "The Times", przeszła do działania. Skinęła dyskretnie głową, co było umówionym sygnałem, i Mason wiedziała, co ma zrobić.

- Chciałabym cię o coś spytać, ojcze - odezwała się Elsie. W rozmowie z ojcem najlepiej było przedstawiać sprawę jako prośbę o oświecenie; pastor uwielbiał wyjaśniać, a nie lubił, gdy ktoś mówił mu, co ma robić.

- Śmiało - odparł, uśmiechając się łagodnie.

- Nasze miasto ma wysoką pozycję w świecie nauki. Biblioteka twojej katedry przyciąga uczonych z całej zachodniej Europy. Nasze gimnazjum jest słynne w całym kraju. No a w Oksfordzie znajduje się College Kingsbridge, w którym studiowałeś.

- To prawda, kochanie, ale dobrze o tym wiem.

- I wciąż mamy powody do wstydu.

- Ależ skąd!

Elsie zawahała się, była jednak zbyt zdeterminowana, by się poddać.

- Mason, wejdź, proszę! - zawołała z bijącym sercem.

Służąca wprowadziła do jadalni brudnego chłopca w wieku dziesięciu, może jedenastu lat; bił od niego intensywny nieprzyjemny zapach. Co zaskakujące, dzieciak nie wydawał się onieśmielony tą sytuacją.

- Chciałabym, żebyś poznał Jimmy'ego Passfielda - zwróciła się Elsie do ojca.

- Obiecali mi parówkem z musztardom, a jeszczem jej nawet nie obaczył - powiedział chłopiec z arogancją godną księcia.

- Co to ma być, na miłość boską? - zdumiał się biskup.

Elsie modliła się w duchu, by nie wybuchnął gniewem.

- Ojcze, proszę, posłuchaj mnie przez chwilę. - Nie czekając na zgodę, odwróciła się do chłopca. - Umiesz czytać, Jimmy? - Wstrzymała oddech, bo wcale nie była pewna, czy jego odpowiedź przysłuży się sprawie.

- Nie muszem czytać - odparł chłopak wyzywającym tonem. - Wszystko wiem. Mogem wam powiedzieć, o której codziennie odjeżdżajom powozy bez patrzenia na te kartke przybitom w gosbodzie U Bella.

Biskup odchrząknął głośno, lecz Elsie to zignorowała i przeszła do kluczowego pytania:

- Znasz Jezusa Chrystusa?

- Znam wszystkich i wiem, że w Kingsbridge nie ma człowieka, co by się tak nazywał. Mogem przysiąc. - Chłopiec klasnął w dłonie i splunął do ognia w kominku.

Biskup zaniemówił ze zdumienia i właśnie na to liczyła Elsie.

- Jest taki flisak z Combe, co czasem do nas przypływa, nazywa się Jason Cryer - dodał Jimmy i pogroził Elsie palcem. - Na pewno przekręciłaś jego nazwisko.

- Chodzisz do kościoła? - spytała.

- Byłem raz, ale nie chcieli mi dać wina, to se poszedłem.

- Nie chcesz, żeby wybaczono ci twoje grzechy?

- Nigdym żadnych grzechów nie miał. - Jimmy był wyraźnie oburzony. - A ten świniak, co go ukradli pani Andrews z Well Street, to nie moja sprawka. Mnie tam nawet nie było.

- W porządku, w porządku, zrozumiałem - powiedział biskup. - Mason, zabierz tego chłopca.

- I daj mu kiełbaski - poprosiła służącą Elsie.

- Z musztardom - dorzucił Jimmy.

- Z musztardą - powtórzyła dziewczyna.

Mason i Jimmy wyszli.

Arabella klasnęła w dłonie i roześmiała się.

- Co za niezwykły urwis! Niczego się nie boi!

- On nie jest wyjątkiem, ojcze - powiedziała Elsie z powagą. - Połowa dzieci w Kingsbridge jest taka jak on. Nie chodzą do szkoły, a jeśli rodzice nie każą im iść do kościoła, nie mają pojęcia o chrześcijańskiej wierze.

Biskup wydawał się zszokowany.

- Uważasz, że mogę coś z tym zrobić? - spytał.

To był właśnie ten moment, na który czekała.

- Niektórzy mówią, że można by założyć szkółkę niedzielną.

Nie było to do końca prawdą. Szkółka niedzielna była wyłącznie pomysłem Elsie i choć kilka osób wspierało ten projekt, bez niej nie miałby szans na realizację. Nie chciała jednak ułatwiać ojcu odrzucenia jej pomysłu.

- Przecież mamy już w mieście szkoły - zauważył biskup. - Zdaje się, że pani Baines uczy przy Fish Street zdrowych chrześcijańskich zasad, choć mam pewne wątpliwości co do tej placówki w Loversfield, do której metodyści posyłają synów.

- Obie te szkoły pobierają czesne.

- A jak inaczej miałyby funkcjonować?

- Mnie chodzi o bezpłatną szkółkę niedzielną dla biednych dzieci.

- Rozumiem.

Elsie widziała, że jej ojciec obmyśla już kontrargumenty.

- A gdzie miałaby działać? - odezwał się po chwili.

- Na przykład w sali giełdy wełnianej. W niedziele i tak nikt z niej nie korzysta.

- Myślisz, że burmistrz wpuściłby tam dzieci biedoty? Połowa z nich nie jest nauczona czystości. Ba, nawet w katedrze widziałem, jak... Mniejsza z tym.

- Jestem pewna, że da się jakoś zapanować nad dziećmi. A jeśli nie będziemy mogli korzystać z siedziby giełdy, to są jeszcze inne możliwości.

- A kto zajmowałby się nauczaniem?

- Zgłosiło się już kilka osób. Na przykład Amos Barrowfield, który skończył gimnazjum.

- Wiedziałam, że Amos będzie miał z tym coś wspólnego - mruknęła Arabella.

Elsie zaczerwieniła się i udała, że nie słyszała matki.

Biskup zignorował uwagę żony i nie zauważył zakłopotania córki.

- Zdaje się, że młody Barrowfield jest metodystą - powiedział.

- Będzie nam patronował kanonik Midwinter.

- Kolejny metodysta, choć kanonik katedry.

- Poproszono mnie, żebym kierowała tym przedsięwzięciem.

- Żebyś nim kierowała? Jesteś jeszcze bardzo młoda.

- Mam dwadzieścia lat i dość wiedzy, by uczyć dzieci czytać.

- Nie podoba mi się to - oświadczył biskup zdecydowanym tonem.

Elsie nie była tym zaskoczona, choć stanowczość ojca trochę zbiła ją z tropu. Na szczęście spodziewając się takiego obrotu spraw, przygotowała coś, co mogło go skłonić do zmiany zdania.

- Dlaczego ci się to nie podoba? - spytała.

- Widzisz, moja droga, nie jest dobrze, gdy prości ludzie uczą się czytać i pisać. - Biskup mówił protekcjonalnym tonem doświadczonego życiem starca, który dzieli się swoją mądrością z naiwną młodzieżą. - Potem znajdują w książkach i gazetach idee i hasła, które nie do końca rozumieją. Robią się wtedy niezadowoleni z roli, którą przydzielił im w życiu Bóg. Nabijają sobie głowy głupimi koncepcjami równości i demokracji.

- Ale mogliby czytać Biblię.

- Jeszcze gorzej!

- Źle ją rozumieją i oskarżają Kościół o odstępstwa od Pisma Świętego. Stają się odszczepieńcami i chcą zakładać własne kościoły, jak prezbiterianie i kongregacjonaliści... i metodyści.

- Metodyści nie mają własnych kościołów.

- Daj im tylko trochę czasu.

Biskup świetnie sobie radził w tego rodzaju szermierce słownej: nauczył się tego w Oksfordzie. Elsie zwykle chętnie podejmowała takie wyzwanie, lecz ten projekt był dla niej zbyt ważny, by mogła ryzykować przegraną. Wcześniej umówiła się z kimś, kto mógł przekonać jej ojca do zmiany zdania, musiała więc podtrzymywać dyskusję do czasu, aż gość się pojawi.

- Nie uważasz, że lektura Biblii pomogłaby prostym ludziom odrzucić namowy fałszywych proroków? - spytała.

- Lepiej, żeby po prostu słuchali swoich kapłanów.

- Ale nie robią tego, więc to jedynie pobożne życzenie.

Arabella parsknęła śmiechem.

- Kłócicie się jak wigowie z torysami. Przecież nie rozmawiamy o rewolucji francuskiej! Chodzi o szkółkę niedzielną, o dzieci siedzące na podłodze, wypisujące swoje imiona na tabliczkach i śpiewające hymny.

Służąca wysunęła głowę zza drzwi.

- Przyszedł pan Shoveller, Wasza Ekscelencjo.

- Shoveller?

- Tkacz - wyjaśniła Elsie. - David Shoveller... nazywają go Spade**. Przyniósł materiał, którym mama i ja możemy być zainteresowane. - Odwróciła się do służącej. - Wprowadź go, Mason, i poczęstuj herbatą.

Tkacz plasował się w hierarchii społecznej o kilka stopni niżej niż rodzina biskupa, ale był uroczy i dobrze wychowany; nauczył się salonowej etykiety, by dotrzeć ze swoimi wyrobami do wyższych sfer. Wszedł do jadalni, niosąc belę materiału. Atrakcyjny na swój szczególny niepokorny sposób, z rozwichrzonymi włosami i ujmującym uśmiechem, zawsze nosił eleganckie stroje uszyte z tkanin, które wytwarzał.

Ukłonił się i powiedział:

- Nie miałem zamiaru przerywać państwu śniadania, Wasza Ekscelencjo.

Elsie widziała, że ojciec nie jest zbyt zadowolony, udawał jednak, że nic się nie stało.

- Proszę wejść, panie Shoveller, śmiało.

- Jest pan bardzo uprzejmy, Wasza Ekscelencjo. - Spade stanął tak, by wszyscy dobrze go widzieli, i odwinął kawałek tkaniny. - To właśnie chciała obejrzeć pani Latimer.

Elsie nie interesowała się szczególnie strojami - uważała je za coś zbyt błahego, podobnie jak róże matki - lecz nawet ona zachwyciła się cudownymi kolorami tkaniny, głęboką czerwienią i ciemną musztardową żółcią, ułożonymi w drobną kratę. Spade przeszedł wzdłuż stołu i podsunął materiał żonie biskupa, uważając, by jej nie dotknąć.

- Nie każdy może nosić takie kolory, ale do pani pasują wręcz idealnie - powiedział.

Arabella wstała i spojrzała na swoje odbicie w lustrze nad kominkiem.

- O tak! - Skinęła głową. - Chyba rzeczywiście dobrze w nich wyglądam.

- Ta tkanina to mieszanka jedwabiu i wełny merynosowej - wyjaśnił Shoveller. - Jest bardzo miękka... proszę tylko dotknąć. - Gdy Arabella posłusznie przesunęła dłonią po materiale, dodał: - Jest ciepła, a jednocześnie lekka. Idealna na wiosenny płaszcz albo pelerynę.

I pewnie bardzo droga, pomyślała Elsie. Jej ojciec był jednak bogaty i nie skąpił żonie pieniędzy.

Shoveller stanął za Arabellą i ułożył tkaninę na jej ramionach.Ta zebrała ją pod szyją i obróciła się na prawo, a potem na lewo, by zobaczyć się pod różnymi kątami.

Gdy Mason podała gościowi filiżankę herbaty, odłożył belę na krzesło, by Arabella mogła ją nadal oglądać, po czym usiadł przy stole.

- Rozmawialiśmy właśnie o pomyśle bezpłatnej szkółki niedzielnej dla dzieci biedoty - powiedziała Elsie.

- Przykro mi, że państwu przerwałem.

- Ależ nie ma za co przepraszać. Chętnie poznałabym pana opinię.

- Uważam, że to wspaniały pomysł.

- Mój ojciec obawia się, że dzieci przyswoiłyby sobie metodystyczną doktrynę, ponieważ naszym patronem ma być kanonik Charles, a nauczycielem Amos Barrowfield.

- Wasza Ekscelencja jest mądrym człowiekiem - powiedział Shoveller.

Miał popierać Elsie, a nie biskupa.

- Sam jestem metodystą, ale uważam, że dzieci należy uczyć podstawowych prawd wiary, a nie mącić im w głowach doktrynalnymi subtelnościami.

Wydawało się, że to całkiem dobry argument, Elsie widziała jednak, że ojciec pozostaje nieporuszony.

Tymczasem tkacz mówił dalej:

- Ale jeśli wszyscy nauczyciele zaangażowani w prowadzenie szkółki będą metodystami, Kościół anglikański będzie musiał otworzyć własną, żeby zapewnić alternatywę.

Zaskoczony biskup odchrząknął. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

- Jestem pewien, że wielu mieszkańców Kingsbridge byłoby zachwyconych, gdyby to sam biskup przedstawiał ich dzieciom opowieści biblijne - dodał Shoveller.

Elsie omal nie parsknęła śmiechem. Na twarzy jej ojca pojawił się grymas przerażenia; nie wyobrażał sobie opowiadania o Biblii brudnym dzieciom biedoty.

- Jeśli będę kierować tą szkołą, będę mogła dopilnować, by dzieci nauczano tylko tych elementów naszej wiary, które są wspólne dla Kościoła anglikańskiego i metodystycznych reformatorów - zaznaczyła.

- Och! W takim razie cofam wszystko, co mówiłem - powiedział tkacz. - I uważam, że będzie pani wspaniałą nauczycielką.

Biskup odetchnął z ulgą.

- Cóż, zakładaj tę swoją szkółkę niedzielną, skoro musisz. Ja muszę się zająć swoimi obowiązkami. - Wstał od stołu. - Do widzenia, panie Shoveller - pożegnał gościa i wyszedł z jadalni.

- Elsie, zaplanowałaś to? - spytała Arabella.

- Oczywiście - odparła dziewczyna. - I dziękuję, Davidzie. Byłeś świetny.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Tkacz odwrócił się do jej matki. - Pani Latimer, gdyby chciała pani płaszcz albo pelerynę z tej pięknej tkaniny, moja siostra chętnie je pani uszyje.

Kate Shoveller była utalentowaną krawcową i prowadziła z Rebeccą Liddle zakład przy High Street. Szyły modne stroje i świetnie prosperowały.

Elsie chciała wynagrodzić Davida za przysługę, którą jej wyświadczył, zwróciła się więc do matki:

- Powinnaś zamówić płaszcz, będzie ci w nim pięknie.

- Chyba tak zrobię. - Arabella skinęła głową. - Proszę powiedzieć siostrze, że wybiorę się do jej zakładu.

David Shoveller ukłonił się szarmancko.

- Będzie zaszczycona - powiedział.

* Koh 3,1.

** Spade (ang.) - szpadel; nawiązanie do nazwiska Shoveller, shovel (ang) - łopata.

Rozdział 4

W noc przed pogrzebem Sal nie mogła zasnąć; opłakiwała męża i martwiła się, jak utrzyma siebie i syna.

Ciało Harry'ego leżało w chłodnym kościele, owinięte całunem, a łóżko wydawało się bez niego nieprzyjemnie puste i drżała z zimna. Ostatni raz spała sama osiem lat temu, nim się pobrali.

Kit, leżący na drugim, wąskim, łóżku, oddychał głęboko i miarowo, co oznaczało, że spał. Przynajmniej w czasie snu mógł zapomnieć o utracie ojca.

Nękana słodko-gorzkimi wspomnieniami i niepokojem o przyszłość, Sal zapadała co jakiś czas w płytką drzemkę. Kiedy zobaczyła światło przebijające się wokół okiennic, wstała i rozpaliła ogień. Pracowała przy kołowrotku, a gdy obudził się Kit, zrobiła im śniadanie: chleb ze smalcem i herbatę. Wiedziała, że wkrótce nie będzie jej stać na herbatę.

Pogrzeb miał się odbyć po południu. Koszula Kita była przetarta i rozdarta tak mocno, że nie dało się jej już zszyć. Sal chciała, żeby wyglądał dziś dobrze, wzięła więc koszulę po mężu i usiadła, żeby uszyć z niej mniejszą dla syna.

Kiedy kończyła, usłyszała wystrzał. Domyśliła się, że to Will Riddick poluje na kuropatwy na Mill Field. To on był odpowiedzialny za śmierć Harry'ego, to przez niego groziła jej bieda. Czuła, jak wzbiera w niej gniew, i postanowiła załatwić to z synem dziedzica.

- Zostań tu i zamieć podłogę - nakazała Kitowi, wyszła z domu i poczuła poranny chłód.

Will był na polu ze swoim czarno-białym seterem. Kiedy zbliżała się do niego od tyłu, z pobliskiego lasu wyleciało stado ptaków, a on odwrócił się w tę stronę i oddał dwa strzały. Był dobrym strzelcem, więc na ziemię spadły dwa ptaki, szare z prążkowanymi skrzydłami, wielkości gołębi. Spomiędzy drzew wyszedł chudy mężczyzna o prostych włosach. Sal rozpoznała Plattsa, kamerdynera z dworu. Najwyraźniej naganiał Willowi ptaki.

Pies pobiegł do miejsca, gdzie spadły kuropatwy, i przyniósł jedną, a potem drugą.

- Jeszcze raz! - zawołał jego pan do Plattsa.

Sal, która prawie już dotarła do Willa, pomyślała, że nic nie zyska, ubliżając synowi dziedzica. Można ich było czasem przekonać, nakłonić do czegoś pochlebstwami, a nawet wzbudzić w nich poczucie wstydu, ale nie zastraszyć. Stawianie się im sprawiało, że robili się jeszcze bardziej uparci.

- Czego chcesz? - spytał Will obcesowo.

- Chcę wiedzieć, co zamierza pan dla mnie zrobić... - powiedziała. - Jaśnie panie - dodała odrobinę za późno.

Załadował ponownie broń.

- Dlaczego miałbym coś dla ciebie robić?

- Bo mój mąż pracował pod pańskim nadzorem. Bo przeładował pan wóz. Bo nie słuchał pan ostrzeżeń jego stryja, Ike'a. Bo zabił pan mojego męża.

Will poczerwieniał.

- To była wyłącznie jego wina.

- Niektórzy ludzie może uwierzą w to, co pan im opowiedział. - Starała się mówić łagodnym, rozsądnym tonem. - Ale pan zna prawdę. Był pan tam. Ja też.

Przybrał swobodną pozę i niby przypadkiem trzymał broń tak, jakby mierzył w Sal.

Była pewna, że robi to celowo, ale nie wierzyła, by pociągnął za spust. Trudno byłoby mu przekonać kogokolwiek, że postrzelił ją nieumyślnie zaledwie dwa dni po zabiciu jej męża.

- Pewnie chcesz dostać jakiś zasiłek - rzucił.

- Chcę tego, co mi pan odebrał: zarobków męża, czyli ośmiu szylingów tygodniowo.

Uśmiechnął się z udawanym rozbawieniem.

- Nie zmusisz mnie, żebym płacił ci osiem szylingów tygodniowo. Może znajdziesz sobie innego męża? - Mierząc ją pogardliwym spojrzeniem, zatrzymał wzrok na jej szarej sukni i butach domowej roboty. - Może znajdzie się ktoś, kto cię zechce.

Sal nie poczuła się urażona. Wiedziała, że podoba się mężczyznom. Nawet on nieraz spoglądał na nią pożądliwie. Nie wyobrażała sobie jednak ponownego zamążpójścia, lecz wiedziała, że nie jest to argument, po który teraz powinna sięgać.

- Jeśli do tego dojdzie, będzie pan mógł przestać mi płacić - odparła.

- W ogóle nie zamierzam tego robić.

Rozległ się trzepot skrzydeł i nad ziemię znów wzbiło się kilka ptaków. Will obrócił się w miejscu, strzelił i kolejne dwie kuropatwy runęły na ziemię. Pies przyniósł jedną, rzucił u stóp swego pana i pobiegł po drugą.

Will podniósł ptaka.

- Proszę - rzucił. - Weź sobie kuropatwę.

Na jasnoszarej piersi ptaka czerwieniła się plama krwi, ale zwierzę wciąż żyło. Sal miała ochotę je zabrać. Mogłaby przygotować dobry obiad dla siebie i syna.

- Jako rekompensatę za twojego męża, mniej więcej ta sama wartość - dodał syn dziedzica.

Zachłysnęła się tak, jakby uderzył ją w brzuch. Przez chwilę nie mogła złapać tchu. Jak śmiał powiedzieć, że jej mąż jest wart tyle co kuropatwa! Gotowała się ze złości i wiedziała, że jeśli tu zostanie, może powiedzieć coś głupiego. Dławiona wściekłością, odwróciła się i odeszła, zostawiając Willa z ptakiem w dłoni.

Maszerowała przez pole w stronę domu, lecz po chwili zmieniła zdanie: postanowiła udać się do dziedzica. Nie należał do świętych, ale nie był tak podły jak Will. A przecież ta rodzina musiała coś dla niej zrobić.

Mieszkańcom wioski nie wolno było korzystać z drzwi frontowych. Sal miała ochotę złamać tę zasadę, wiedziała bowiem, że jeśli wejdzie od tyłu, służący spytają dziedzica, czy chce z nią rozmawiać, a obawiała się, że ten może się na to nie zgodzić. Pozostawały jeszcze boczne drzwi, którymi wchodzili do dworu mieszkańcy wioski, gdy chcieli wnieść należne opłaty. Sal wiedziała, że jest za nimi wąski korytarz prowadzący do holu i gabinetu dziedzica.

Przeszła na bok budynku i nacisnęła klamkę; drzwi nie były zamknięte na klucz.

Weszła do środka.

W powietrzu unosił się zapach tytoniu, bo drzwi gabinetu stały otworem. Zajrzała do środka i zobaczyła dziedzica siedzącego przy biurku i zapisującego coś w księdze. Zapukała i nie czekała na odpowiedź.

- Przepraszam, że przeszkadzam, jaśnie panie...

Mężczyzna podniósł wzrok i wyjął fajkę z ust.

- Co ty tu robisz? - spytał z irytacją. - To nie jest dzień opłat.

- Boczne wejście było otwarte, a ja muszę z panem porozmawiać w ważnej sprawie. - Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

- Trzeba było skorzystać z wejścia dla służby. Za kogo ty się uważasz?

- Jaśnie panie, muszę wiedzieć, co pan dla mnie zrobi, skoro mój mąż nie żyje. Mam dziecko do wykarmienia i ubrania.

Wyraźnie się zawahał. Sal wiedziała, że dziedzic może się uchylić od odpowiedzialności, jeśli tylko zechce. Przypuszczała jednak, że ma wyrzuty sumienia. Oficjalnie z pewnością zaprzeczyłby, że jego syn jest winny śmierci Harry'ego. Nie był jednak tak podły jak Will. Sal widziała, jak na jego rumianej twarzy pojawia się wyraz niezdecydowania i wstydu. Mimo to po chwili odezwał się twardym tonem:

- Dlatego właśnie mamy zasiłek dla ubogich.

Właściciele i najemcy z wioski co roku wpłacali pewną kwotę na pomoc dla ubogich mieszkańców parafii. Funduszem zarządzał Kościół.

- Idź do proboszcza - powiedział dziedzic. - On się tym zajmuje.

- Proboszcz Riddick nienawidzi metodystów, jaśnie panie.

- Więc nie powinnaś być metodystką - odparł dziedzic z miną gracza, który wykłada właśnie kartę atutową.

- Zasiłek nie jest tylko dla ludzi, którzy zgadzają się z proboszczem.

- To Kościół anglikański daje pieniądze.

- Ale to nie są pieniądze Kościoła, prawda? Wpłacają je mieszkańcy parafii. Czyżby się mylili, wierząc, że Kościół będzie postępował sprawiedliwie?

Dziedzic wyraźnie tracił cierpliwość.

- Jesteś jedną z tych, którym się wydaje, że powinni pouczać lepszych od siebie, tak?

Straciła resztki nadziei. Spór z takimi ludźmi zawsze się tak kończył. Członkowie arystokracji i szlachta nieodmiennie mieli rację, nawet jeśli nie postępowali zgodnie z prawem, obietnicami czy logiką. Bo byli szlachetnie urodzeni. Tylko biedota musiała stosować się do reguł.

Sal nie miała siły na dalszą walkę. Wiedziała, że będzie musiała prosić o pomoc proboszcza Riddicka, a on zrobi wszystko, by jej nie udzielić.

Opuściła gabinet bez słowa. Wyszła bocznymi drzwiami i wróciła do domu przygnębiona i pozbawiona wszelkiej nadziei.

Dokończyła szyć koszulę Kita, potem zjedli na obiad chleb i ser, a gdy usłyszeli bicie dzwonu, poszli na mszę żałobną. Mały średniowieczny kościół Świętego Mateusza należałoby rozbudować, by pomieścił wiernych z rozrastającej się wioski, ale Riddickowie nie zamierzali wydawać na to pieniędzy. Gdy Sal i Kit weszli do świątyni, już było tłoczno.

Niektórzy z żałobników właściwie nie znali Harry'ego. Sal zastanawiała się, dlaczego poświęcili czas i tu przyszli, po chwili uświadomiła sobie jednak, że śmierć jej męża była wyjątkowa. Harry nie umarł z powodu choroby, starości czy wypadku, którego nie dało się uniknąć. Umarł przez głupotę i brutalność Willa Riddicka. Przychodząc na tę uroczystość, mieszkańcy wioski dawali jasno do zrozumienia, że życie jej męża było ważne, a jego śmierci nie można zlekceważyć.

Proboszcz Riddick najwyraźniej to zrozumiał. Gdy wszedł do kościoła okryty kapłańskimi szatami i spojrzał ze zdumieniem na tłum, na jego twarzy pojawił się wyraz złości. Przeszedł szybko do ołtarza i zaczął odprawiać mszę. Sal była pewna, że wolałby nie uczestniczyć w tym nabożeństwie, był jednak jedynym kapłanem w wiosce. Poza tym opłaty za chrzty, śluby i pogrzeby stanowiły znaczący dodatek do jego pensji.

Odprawiał liturgię tak szybko, że wierni zaczęli pomrukiwać z niezadowoleniem. Zignorował ich i szybko dobrnął do końca. Sal niewiele to obchodziło. Płacząc, myślała tylko o tym, że już nigdy nie zobaczy Harry'ego.

Stryj Ike zebrał wcześniej chętnych do niesienia trumny i wszyscy przeszli za nimi na cmentarz. Brian Pikestaff stanął obok Sal i objął jej drżące ramiona w geście pocieszenia.

Proboszcz odmówił ostatnią modlitwę i opuszczono ciało do grobu.

Po ceremonii podszedł do Sal. Pomyślała, że chce jej złożyć nieszczere kondolencje, ale się myliła.

- Ojciec mówił mi o twojej wizycie. Przyjdę do ciebie później - powiedział i pospiesznie się oddalił.

Dopiero wtedy Brian Pikestaff wygłosił krótką mowę. Wyrażał się o Harrym z sympatią i szacunkiem, a zebrani wokół grobu reagowali na jego słowa, kiwając głowami. Odmówił modlitwę, po czym wszyscy odśpiewali pieśń Love's Redeeming Work is Done.

Sal uścisnęła dłonie kilkorga przyjaciół i przyjaciółek, podziękowała im za przybycie, po czym wzięła Kita za rękę i szybko odeszła.

Krótko po tym, jak wróciła do domu, pojawił się tam Brian. Przyniósł pióro i fiolkę z atramentem.

- Pomyślałem, że chciałabyś wpisać Harry'ego do swojej Biblii - powiedział. - Nie będę ci przeszkadzał. Oddasz mi pióro i atrament przy okazji.

Sal lepiej radziła sobie z czytaniem niż z pisaniem, potrafiła jednak zapisywać daty i kopiować nawet dłuższe teksty. W Biblii zapisano już imię i nazwisko Harry'ego z datą ich ślubu. Kiedy usiadła przy stole przed grubą księgą, z piórem w dłoni, przypomniała sobie ten dzień sprzed ośmiu lat. Tak się wtedy cieszyła, że wychodzi za niego za mąż. Miała na sobie nową sukienkę, tę samą, którą włożyła dzisiaj. Kiedy wypowiadała słowa "póki śmierć nas nie rozłączy", nie przypuszczała, że ten dzień nastąpi tak szybko. Na chwilę owładnął nią niczym niepowstrzymywany smutek i nawet się przed tym nie broniła.

Potem otarła łzy i zapisała, powoli i starannie:

Harold Clitheroe, zmarł 4 grudnia 1792 roku.

Chętnie dodałaby coś o tym, jak zginął, nie wiedziała jednak, jak napisać przygnieciony wozem przez głupotę syna dziedzica, a poza tym chyba rozsądniej było nie utrwalać takich rzeczy.

Życie wróciło do normy, Sal siedziała przy kołowrotku i pracowała w świetle wpadającym przez otwarte okno. Syn jak zwykle usiadł przy niej i podawał jej luźne włókna wełny; wkładała je do otworu, jednocześnie kręcąc kołem wprawiającym w ruch wrzeciono, dzięki czemu wełna zamieniała się w mocną przędzę. Kit wydawał się zamyślony.

- Dlaczego musimy umrzeć, zanim pójdziemy do nieba? - spytał ją w którymś momencie.

Kiedyś Sal zadawała sobie podobne pytania, choć chyba robiła to w późniejszym wieku, kiedy miała raczej dwanaście, a nie sześć lat. Szybko zrozumiała wtedy, że rzadko można znaleźć wyjaśnienie trudniejszych aspektów religii, i przestała zaprzątać sobie tym głowę. Przeczuwała jednak, że Kit będzie wytrwalszy.

- Nie wiem dlaczego, przykro mi - odparła. - Nikt nie wie. To tajemnica.

- Nikt nie idzie do nieba bez umierania?

Miała już powiedzieć, że nikt, lecz coś jej się przypomniało.

- Tak, był taki człowiek. Nazywał się Eliasz.

- I nie zakopali go na cmentarzu przy kościele?

- Nie. - Sal była pewna, że w czasach starotestamentalnych proroków kościoły jeszcze nie istniały, ale postanowiła nie wyprowadzać syna z błędu.

- Jak się dostał do nieba? - chciał wiedzieć chłopiec.

- Uniósł go tam wicher. - Uprzedzając następne, nieuniknione pytanie, dodała: - Nie wiem dlaczego.

Kit milczał tak długo, że Sal przypuszczała, że rozmyśla o ojcu, który był już w niebie, z Bogiem i aniołami.

- Dlaczego potrzebujesz takiego dużego koła? - zapytał nagle.

To potrafiła mu wytłumaczyć.

- Koło jest znacznie większe niż wrzeciono, którym obraca, widzisz?

- Tak.

- Więc kiedy koło obraca się tylko raz, wrzeciono robi to aż pięć razy. Czyli porusza się znacznie szybciej.

- Ale mogłabyś po prostu obracać wrzecionem.

- I tak właśnie robiono, zanim wynaleziono duże koło. Bo trudno obracać wrzecionem szybciej. Człowiek szybko się wtedy męczy. A dużym kołem możesz obracać przez cały dzień.

Pogrążony w myślach Kit wpatrywał się w urządzenie. Był wyjątkowym chłopcem. Sal wiedziała, że każda matka myśli tak o swoim dziecku, zwłaszcza jeśli ma tylko jedno; mimo to uważała, że jej syn jest inny niż dzieci, które znała. Była pewna, że kiedy dorośnie, będzie w stanie zajmować się czymś lepszym niż ciężka praca fizyczna. Nie chciała, by żył tak jak teraz, w lepiance bez komina.

Kiedyś miała aspiracje. Uwielbiała ciotkę Sarę, starszą siostrę matki. Sara opuściła wioskę i przeniosła się do Kingsbridge. Sprzedawała tam na ulicy teksty ballad i śpiewała je, żeby zachęcić klientów. Poślubiła mężczyznę, który drukował ballady, i nauczyła się liczyć, by prowadzić mu buchalterię. Przez jakiś czas odwiedzała wioskę parę razy w roku, elegancko wystrojona, wytworna, pewna siebie. Przywoziła hojne podarunki: jedwab na suknię, żywego kurczaka czy szklaną misę. Mówiła o rzeczach, o których czytała w gazetach: o amerykańskiej wojnie o niepodległość, o kapitanie Cooku, który dopłynął do Australii, o wyborze dwudziestoczteroletniego Williama Pitta na premiera. Sal chciała być taka jak ciotka Sara. Ale kiedy zakochała się w Harrym, jej życie ułożyło się całkiem inaczej.

Nie miała pojęcia, jak potoczą się losy Kita, wiedziała jednak, od czego powinien zacząć: od edukacji. Nauczyła go rozpoznawać litery i cyfry, potrafił już nawet napisać patykiem na ziemi swoje imię. Lecz przecież sama niewiele umiała, więc co mogła mu przekazać?

W wiosce działała szkoła prowadzona przez proboszcza - Riddickowie kontrolowali tu niemal wszystko. Nauka kosztowała pens dziennie. Sal posyłała do niej syna, gdy tylko mogła sobie na to pozwolić, co nie zdarzało się często, a teraz, po śmierci Harry'ego, będzie jeszcze trudniej. Zależało jej na tym, by Kit był szczęśliwy, tylko nie wiedziała, co może w tym celu zrobić.

- Poczytamy? - zaproponował chłopiec.

- Dobry pomysł. Przynieś książkę.

Wziął ze stołu Biblię i położył ją na podłodze, by oboje dobrze ją widzieli.

- O czym poczytamy? - spytał.

- Może o tym chłopcu, który zabił olbrzyma.

Sal podniosła ciężki tom i znalazła rozdział siedemnasty Pierwszej Księgi Samuela.

Kit próbował czytać, matka musiała mu jednak pomagać przy imionach i wielu trudniejszych słowach. Gdy zapytał, co znaczy sześć łokci i jedna piędź, wyjaśniła, że Goliat miał ponad dziewięć stóp wzrostu. Kiedy oboje zmagali się ze słowem nagolenice, do domu wszedł bez pukania proboszcz.

Kit przestał czytać, a Sal wstała.

- Co wy tu robicie? - spytał proboszcz. - Czytacie?

- Historię o Dawidzie i Goliacie, pastorze - odparła Sal.

- Hm... Wy, metodyści, chcecie sami czytać Pismo Święte. Lepiej posłuchalibyście swojego kapłana.

Wiedziała, że nie jest to dobry moment, by wdawać się z nim w dyskusje.

- To jedyna książka, jaką mamy, ojcze, a nie sądzę, by Słowo Boże mogło zaszkodzić dziecku. Przepraszam, jeśli źle postąpiłam.

- No dobrze, nie po to tu przyszedłem. - Rozejrzał się, szukając czegoś, na czym mógłby usiąść. W domu nie było żadnych krzeseł, więc przyciągnął sobie stołek z trzema nogami. - Chcesz, żeby Kościół wypłacał ci zasiłek dla biednych.

Sal nie próbowała tłumaczyć, że nie są to pieniądze Kościoła. Musiała zachować pokorę, bo inaczej proboszcz mógł jej odmówić jakiejkolwiek pomocy. Gdyby to zrobił, nie miałaby się do kogo odwołać ani podważyć jego decyzji.

- Tak, proszę, ojcze - powiedziała, opuściwszy wzrok.

- Ile płacisz czynszu?

- Sześć pensów tygodniowo.

- Parafia to opłaci.

Jasne, myślisz przede wszystkim o tym, żeby właściciel nie był stratny, pomyślała Sal. Poczuła jednak ulgę, wiedząc, że Kit i ona będą mieli dach nad głową.

- Ale całkiem nieźle zarabiasz jako prządka - zauważył proboszcz.

- Amos Barrowfield płaci szylinga za funt wełnianej nici, więc jeśli będę pracować całymi dniami i przez prawie całą jedną noc, mogę uprząść trzy funty tygodniowo.

- Dostajesz więc trzy szylingi, czyli prawie połowę płacy robotnika rolnego.

- Trzy ósme, ojcze - uściśliła Sal. Na tego rodzaju zaokrąglenia nie można sobie pozwolić, gdy liczy się każdy pens.

- Hm... chyba już czas, żeby twój syn zaczął pracować.

- Ma dopiero sześć lat! - rzuciła oburzona.

- Ale wkrótce skończy siedem. Większość dzieci zaczyna w tym wieku pracować.

- Skończy siedem lat dopiero w marcu.

- Dwudziestego piątego marca. Sprawdziłem tę datę w księgach parafialnych. To już niedługo.

Do marca zostały jeszcze ponad trzy miesiące, a dla sześcioletniego dziecka to naprawdę długi czas.

- Zresztą jaką pracę mógłby wykonywać? - spytała. - Jest zima. O tej porze roku nikt nie potrzebuje dodatkowych pracowników.

- Potrzebujemy we dworze chłopca do czyszczenia butów.

Więc tak wyglądał jego plan.

- Co musiałby robić Kit?

- Nauczyć się pastować i czyścić do połysku buty. I wykonywać inne drobne prace: ostrzyć noże, przynosić drewno na opał, opróżniać i myć nocniki...

Sal spojrzał na syna, który przysłuchiwał się tej rozmowie z szeroko otwartymi oczami. Był tak mały i bezbronny, że chciało jej się płakać. Ale proboszcz miał rację: zbliżał się czas, kiedy będzie musiał podjąć jakąś pracę.

- Nauczy się przy okazji, jak należy się zachowywać w domu dziedzica - dodał proboszcz. - Może dzięki temu nie będzie tak bezczelny jak jego ojciec.

Sal postanowiła zignorować te oszczercze słowa.

- Ile będzie zarabiał?

- Szylinga tygodniowo... całkiem sporo jak na dziecko.

Sal wiedziała, że to prawda.

- No i będzie dostawał jedzenie i ubranie. - Spojrzał na połatane rajtuzy i za duży kaftan chłopca. - Nie może tak wyglądać.

Kit nieco poweselał na wzmiankę o nowych ubraniach.

- I będzie spał w dworze, oczywiście - dorzucił proboszcz.

Sal była przerażona tą perspektywą, choć właściwie nie powinna się dziwić: większość służących mieszkała na terenie posiadłości Riddicków. Oznaczało to jednak, że zostanie sama. Jakże samotne stanie się jej życie.

Oczy Kita na wieść, że będzie musiał zamieszkać we dworze, wypełniły się łzami.

- Przestań się mazać, chłopcze, i ciesz się, że będziesz miał ciepły kąt i dość jedzenia. Wielu chłopców w twoim wieku pracuje w kopalniach.

Sal musiała przyznać, że to też jest prawdą.

- Ja chcę być z mamą - powiedział Kit, pochlipując.

- Ja też chciałbym być ze swoją mamą, ale już od dawna nie żyje - odparował proboszcz. - Będziesz miał wolne niedzielne popołudnia i wtedy będziesz mógł widywać się z matką.

Chłopiec zaczął płakać jeszcze gwałtowniej.

- Dopiero co stracił ojca, a teraz czuje się tak, jakby tracił matkę - powiedziała Sal cichym głosem.

- Wcale jej nie traci i przekona się o tym w najbliższą niedzielę, kiedy do ciebie przyjdzie.

- Chce pan go zabrać już dziś? - spytała zaskoczona.

- Nie ma sensu odkładać tego na później. Im szybciej zacznie, tym szybciej do tego przywyknie. Ale jeśli twoja sytuacja nie wygląda tak źle, jak udajesz...

- Zgoda - rzuciła Sal.

- Więc zabieram go teraz.

- Ucieknę! - zawołał wyzywającym tonem Kit.

Proboszcz wzruszył ramionami.

- Wtedy zostaniesz schwytany, przyprowadzony do dworu i wychłostany.

- To znowu ucieknę!

- I znów przyprowadzimy cię z powrotem. Ale przypuszczam, że pierwsza chłosta wystarczy.

- No już, Kit, przestań płakać - powiedziała Sal stanowczym tonem, choć sama z trudem powstrzymywała łzy. - Twój ojciec odszedł, więc musisz zostać mężczyzną wcześniej, niż przypuszczaliśmy. Jeśli będziesz się dobrze zachowywał, dostaniesz ładne ubrania i codziennie będziesz jadł obiad i kolację.

- Dziedzic będzie odejmował od jego zarobków trzy pensy tygodniowo za jedzenie i picie, a dodatkowo przez pierwsze czterdzieści tygodni sześć pensów tygodniowo za ubrania.

- Ale to znaczy, że będzie dostawał tylko trzy pensy tygodniowo! - obliczyła szybko Sal.

- I tyle na początku będzie warta jego praca.

- A ile dostanę z zasiłku dla ubogich?

- Nic - odparł proboszcz z udawanym oburzeniem.

- Więc z czego mam żyć?

- Możesz tkać codziennie, skoro nie będziesz się musiała zajmować mężem i synem. W ten sposób podwoisz swoje zarobki. Będziesz miała sześć szylingów tygodniowo, do wydania tylko na siebie.

Wiedziała, że musiałaby tkać dwanaście godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, żeby tyle zarobić. Ogródek warzywny zarośnie chwastami, będzie nosiła przetarte stare ubrania i żywiła się chlebem z serem, ale przeżyje. I Kit także.

- Chodź ze mną, chłopcze - nakazał proboszcz, wstając.

- Do zobaczenia w niedzielę, Kit, opowiesz mi wtedy o wszystkim - powiedziała Sal. - Daj mi buziaka na pożegnanie.

Chłopiec nie przestawał płakać, gdy matka ściskała go mocno i całowała.

- Módl się, a Jezus będzie cię miał w swojej opiece - powiedziała i wysunęła się z jego objęć.

Proboszcz ujął mocno dłoń chłopca i wyszli z domu.

- Bądź grzeczny, Kit! - zawołała Sal.

Potem usiadła i rozpłakała się.

*

Kiedy szli przez wioskę, pastor Riddick trzymał Kita za rękę. Nie był to dodający otuchy przyjazny uścisk - miał tylko powstrzymać chłopca przed ucieczką. Tyle że on wcale nie zamierzał uciekać. Przestroga proboszcza przed chłostą skutecznie go od tego odstraszyła.

Właściwie Kit bał się teraz wszystkiego. Bał się, bo nie miał ojca, bał się, bo opuścił matkę, bał się proboszcza, złośliwego Willa i wszechpotężnego dziedzica.

Kiedy truchtał u boku pastora, co jakiś czas podrywając się do biegu, by dotrzymać mu kroku, mieszkańcy wioski spoglądali na niego z zaciekawieniem, zwłaszcza jego przyjaciele i ich rodzice. Nikt się jednak nie odezwał, nikt też nie ośmielił się wypytywać proboszcza o chłopca.

Jeszcze bardziej przeraził się, gdy znaleźli się blisko dworu. Był to największy budynek w wiosce - większy od kościoła - wzniesiony z takiego samego żółtawego kamienia. Chłopiec widział dwór wielokrotnie, ale teraz patrzył na niego z innej perspektywy. Pośrodku fasady znajdowały się drzwi frontowe ze schodami i gankiem. Kit naliczył jedenaście okien, po dwa po obu stronach drzwi, pięć na piętrze i dwa na poddaszu. Kiedy podeszli jeszcze bliżej, po małych okienkach na samym dole zorientował się, że w domu jest też suterena.

Nie miał pojęcia, co może się kryć we wnętrzu tak wielkiego budynku. Margaret Pikestaff mówiła mu kiedyś, że wszystko jest tam zrobione ze złota, nawet krzesła, Kit przypuszczał jednak, że to niemożliwe, bo tyle złota może być tylko w niebie.

Kościół był duży, bo w czasie nabożeństw musieli się w nim zmieścić wszyscy mieszkańcy wioski, ale tu mieszkali tylko dziedzic, jego trzej synowie i kilkoro służących. Co robili z taką wielką przestrzenią? Dom Kita składał się z jednej izby przeznaczonej dla trojga ludzi. Dwór wydał mu się tajemniczy i złowieszczy.

Proboszcz poprowadził go po paru stopniach schodów do dużych drzwi.

- Ty nigdy nie będziesz tędy wchodził - powiedział na progu. - Chyba że z dziedzicem albo którymś z nas, jego synów. Dla ciebie i innych służących są tylne drzwi.

A więc jestem jednym ze służących, pomyślał chłopiec. Tym, który będzie czyścił i pastował do połysku buty. Szkoda, że nie wiem, jak to się robi. Ciekawe, co robią inni służący. I czy uciekali, a potem przyprowadzano ich tu z powrotem i chłostano.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, proboszcz wypuścił jego dłoń.

Sam hol we dworze, ze ścianami pokrytymi ciemnym drewnem, okazał się większy niż cały dom Kita. Było tu czworo drzwi i szerokie schody prowadzące na piętro. Znad kominka spoglądał złowrogo na chłopca łeb jelenia; zwierzę nie poruszało się jednak, chłopiec był więc pewien, że nie żyje. Było tu dość ciemno, a w powietrzu unosiła się nieprzyjemna woń, której nie potrafił nazwać.

Otworzyły się jedne z czworga drzwi i do holu wszedł Will Riddick.

Dostrzegł chłopca, który próbował się ukryć za pastorem, i zmarszczył gniewnie brwi.

- To chyba nie jest dzieciak Clitheroe'ów, co, George?

- Owszem, to on - odparł proboszcz.

- Po co go tutaj przyprowadziłeś, do diabła?

- Uspokój się, Will. Potrzebujemy pucybuta.

- Dlaczego właśnie on?

- Bo jest wolny, a jego matka potrzebuje pieniędzy.

- Nie chcę tego cholernego szczeniaka w naszym domu.

Z ust matki Kita nigdy nie padły takie słowa jak "do diabła" czy "cholerny" i bardzo nie lubiła, gdy używał ich tata, co nie zdarzało się często.

- Nie wygłupiaj się - rzucił pastor. - Temu dzieciakowi niczego nie brakuje.

Will zaczerwienił się ze złości.

- Myślisz, że to przeze mnie zginął jego ojciec, wiem o tym.

- Nigdy tego nie powiedziałem.

- Przyprowadziłeś tego dzieciaka, żeby był dla mnie nieustającym wyrzutem.

Chłopiec nie wiedział, co oznacza słowo "wyrzut", ale domyślał się, że Will nie chce, by przypominano mu, co zrobił. A przecież to właśnie przez niego doszło do wypadku, nawet dziecko to rozumiało.

Kit zawsze chciał mieć brata, z którym mógłby się bawić, i dotąd nie przypuszczał, że bracia mogą się tak kłócić.

- Tak czy inaczej, to ojciec postanowił zatrudnić tego chłopca - oznajmił proboszcz.

- W takim razie porozmawiam z ojcem - oświadczył Will. - Odeśle chłopaka do matki.

Jego brat wzruszył ramionami.

- Możesz próbować. Mało mnie to obchodzi.

Kit całym sercem pragnął, by odesłano go do mamy.

Will zniknął za innymi drzwiami niż te, przez które tu wszedł. Chłopiec zastanawiał się, czy kiedyś będzie wiedział, jak poruszać się po domu z tyloma pomieszczeniami. Lecz po chwili jego umysł zajęło coś ważniejszego.

- Zostanę odesłany do domu? - spytał z nadzieją.

- Nie - odparł pastor. - Dziedzic rzadko zmienia zdanie i nie zrobi tego teraz tylko dlatego, że rani to uczucia mojego brata.

Kit popadł w czarną rozpacz.

- Musisz poznać nazwy poszczególnych pomieszczeń - powiedział proboszcz. Otworzył najbliższe drzwi. - To jest salon albo bawialnia. Wejdź i zobacz.

Chłopiec przestąpił nerwowo próg i rozejrzał się. Zdawało mu się, że w tym jednym pomieszczeniu jest więcej mebli i ozdób niż w całej wiosce. Były tu dywany, krzesła, kilka małych stolików, zasłony, poduszki, obrazy i wiele dekoracji. Stał tu też fortepian, znacznie większy od jedynego takiego instrumentu, który Kit widział do tej pory w domu Pikestaffa. Nie dostrzegł jednak niczego, co mogłoby służyć do zabawy.

Wciąż próbował ogarnąć to wszystko wzrokiem i myślami, gdy pastor wciągnął go z powrotem do holu i zamknął drzwi.

Przeszli do następnego pomieszczenia.

- Jadalnia.

Ten pokój urządzony był z nieco mniejszym przepychem. Centralne miejsce zajmował stół otoczony krzesłami, a pod ścianami stało kilka kredensów. Wisiały tu obrazy przedstawiające mężczyzn i kobiety. Kita zaintrygował zwisający z sufitu dziwny przedmiot przypominający pajęczynę. Umieszczono w nim mnóstwo świec, chłopiec pomyślał więc, że to podręczny magazyn na świece, z którego w razie potrzeby można było wyjąć jedną i zapalić.

- Pokój bilardowy - oznajmił proboszcz, gdy przeszli do trzeciego pomieszczenia.

Stał tu nieco inny stół, z podniesionymi krawędziami i blatem z zielonego sukna, na którym leżały kule w różnych kolorach. Kit nigdy dotąd nie słyszał słowa "bilard" i nie miał pojęcia, do czego może służyć ten pokój.

- Gabinet - rzucił pastor przy drzwiach czwartego pomieszczenia, ale ich nie otworzył.

To właśnie tutaj wszedł przed chwilą Will. Kit słyszał dobiegające stamtąd podniesione głosy.

- Kłócą się o ciebie - poinformował go proboszcz.

Chłopiec nie rozumiał, co mówią spierający się mężczyźni.

Na końcu holu znajdowały się zielone drzwi, których wcześniej nie zauważył. Syn dziedzica przeprowadził go za nie do części domu, która znacząco różniła się od tego, co widział tu dotąd Kit. Na ścianach nie wisiały obrazy, podłóg nie pokrywały dywany, a drewniane elementy wymagały malowania. Zeszli schodami do sutereny i po chwili znaleźli się w pokoju, w którym przy stole siedziało dwóch mężczyzn i dwie kobiety; jedli kolację. Na widok pastora wszyscy wstali.

- To jest nasz nowy pucybut - oznajmił proboszcz. - Kit Clitheroe.

Spojrzeli na chłopca z zainteresowaniem. Starszy z mężczyzn przełknął jedzenie, które miał w ustach.

- Syn człowieka, który...? - zaczął.

- Tak - odparł syn dziedzica, po czym zwrócił się do Kita: - To jest Platts, kamerdyner. Będziesz mówił do niego "panie Platts" i robił wszystko, co ci każe.

Kamerdyner miał duży nos pokryty siatką cienkich czerwonych żyłek.

- Obok niego stoi Cecil, lokaj - dodał proboszcz.

Cecil był całkiem młody i miał na szyi guz. Kit wiedział, że takie guzy nazywają karbunkułami. Następnie pastor wskazał kobietę w średnim wieku, o okrągłej twarzy.

- Pani Jackson jest kucharką, a Fanny pokojówką.

Fanny miała jakieś dwanaście, może trzynaście lat. Była pryszczatą chudą dziewczyną i wydawała się niemal równie przerażona jak Kit.

- Zakładam, że nauczysz go wszystkiego, Platts - powiedział syn dziedzica. - Jego ojciec był bezczelny i nieposłuszny, więc jeśli się okaże, że ten mały jest taki sam, będziesz musiał sprawić mu porządne lanie.

- Tak jest, ojcze, zrobię to - obiecał kamerdyner.

Kit starał się nie płakać, ale łzy same napłynęły mu do oczu i potoczyły się po policzkach.

- Będzie potrzebował ubrań - zauważyła kucharka. - Wygląda jak strach na wróble.

- Mamy gdzieś skrzynię z ubraniami dla dzieci - powiedział Platts. - Prawdopodobnie należały kiedyś do dziedzica i jego synów. Jeśli ojciec pozwoli, sprawdzimy, czy nie ma tam czegoś, co pasowałoby na chłopca.

- Jak najbardziej - odparł pastor. - Zostawiam to tobie. - To powiedziawszy, wyszedł.

Kiedy proboszcz wyszedł, Kit patrzył na służących, zastanawiając się, co powinien zrobić lub powiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy, stał więc i milczał.

- Nie przejmuj się, młody człowieku, rzadko spuszczamy tu komuś lanie - uspokoił go po chwili Cecil. - Lepiej coś zjedz. Usiądź obok Fanny i poczęstuj się wieprzowiną w cieście przygotowaną przez panią Jackson.

Kit przeszedł na koniec stołu i usiadł na ławce obok pokojówki. Dostał talerz, nóż z widelcem i kawałek placka stojącego na środku stołu.

- Dziękuję pani - powiedział. Był zbyt zdenerwowany, by jeść, ale oczekiwali tego od niego, więc odkroił mały kawałek i włożył go do ust. Nigdy nie jadł czegoś podobnego i był zdumiony, że jedzenie może być tak pyszne.

Po chwili musieli przerwać posiłek, bo odwiedził ich Roger, najmłodszy syn dziedzica.

- Jest tutaj? - spytał, wchodząc do jadalni.

Wszyscy wstali, więc chłopiec również to zrobił.

- Dobry wieczór, paniczu - przywitał Platts młodzieńca.

- Ach, jesteś tu. - Roger spojrzał na Kita. - Widzę, że dostałeś kawałek placka z mięsem, więc chyba nie jest tak źle.

- Dziękuję, paniczu - odparł niepewnym głosem chłopiec.

- Posłuchaj mnie, Kit. Wiem, że trudno opuszczać rodzinny dom, ale musisz być dzielny. Spróbujesz?

- Tak, paniczu.

Roger odwrócił się do kamerdynera.

- Traktuj go łagodnie, Platts - rzucił. - Wiesz, przez co ostatnio przeszedł.

- Tak jest, paniczu, wszyscy wiemy.

Roger spojrzał na pozostałych służących.

- Liczę na was wszystkich. Okażcie mu trochę współczucia, przynajmniej na początku.

Kit nie znał słowa "współczucie", ale przypuszczał, że oznacza coś w rodzaju litości.

- Proszę się nie obawiać, paniczu, okażemy - zapewnił Cecil.

- Świetnie. Dziękuję wam.

Gdy syn dziedzica skinął głową i wyszedł, wszyscy usiedli.

Kit uznał, że Roger jest cudownym człowiekiem.

Kiedy skończyli jeść, pani Jackson zrobiła herbatę i chłopiec dostał filiżankę z dużą porcją mleka i kawałkiem cukru, co również było cudowne.

W końcu Platts wstał.

- Dziękujemy, pani Jackson - powiedział.

Pozostała trójka służących powtórzyła za nim jednym głosem:

- Dziękujemy, pani Jackson.

Kit domyślił się, że powinien zrobić to samo, więc również podziękował kucharce.

- Dobry chłopak. - Cecil skinął głową. - Chodź, pokażę ci, jak czyścić buty.

Rozdział 5

Późnym popołudniem Amos Barrowfield pracował w wyziębionym magazynie na tyłach rodzinnego domu w pobliżu katedry w Kingsbridge. Szykował się do porannego wyjazdu; przygotowywał ładunki dla jucznych koni, które karmiono właśnie w przylegającej do magazynu stajni.

Spieszył się, bo miał nadzieję, że później spotka się z dziewczyną.

Wiązał worki tak, żeby o świcie można je było szybko załadować na końskie grzbiety. Potem uświadomił sobie, że ma za mało przędzy, co krzyżowało mu nieco plany. Ojciec powinien był kupić wystarczający zapas na giełdzie wełnianej w Kingsbridge przy High Street.

Zirytowany, opuścił magazyn, przeciął dziedziniec i wszedł do domu. Była to okazała stara rezydencja, choć jej stan pozostawiał wiele do życzenia: w dachu brakowało dachówek, a na piętrze stało przy schodach wiadro, do którego spływała woda z dziury. Wzniesiona z żółtawego kamienia budowla miała podziemia, w których mieściły się kuchnia, parter, piętro i wysoki strych. Rodzina Barrowfieldów składała się tylko z trzech osób, ale niemal cały parter zajmowały pomieszczenia związane z firmą, a poza tym w domu spało też kilkoro służących.

Z holu z podłogą wyłożoną czarno-białym marmurem Amos przeszedł szybko do gabinetu, który miał drugie drzwi od frontu domu. Na dużym stole pośrodku pomieszczenia leżały bele kilku rodzajów tkanin, które sprzedawali: miękka flanela, gęsto tkana gabardyna, popelina na płaszcze i karazja dla żeglarzy. Obadiah Barrowfield miał imponującą wiedzę o tradycyjnych rodzajach wełny i typach splotu, ale nie chciał rozszerzać asortymentu. Amos uważał, że można by dobrze zarobić na małych partiach luksusowych materiałów - mieszanek jedwabiu, angory i wełny merynosowej - lecz ojciec wolał trzymać się wąskiej specjalizacji.

Siedział właśnie przy biurku i przeglądał grubą księgę, obok której stała lampa ze świecą. Amos zdawał sobie sprawę, że jeśli chodzi o wygląd fizyczny, są swoimi przeciwieństwami: ojciec był niski i łysy, a on wysoki i miał gęste falowane włosy. Obadiah miał okrągłą twarz i płaski nos, natomiast twarz Amosa, z wydatnym podbródkiem, była pociągła. Obaj nosili ubrania z drogich tkanin, reklamując w ten sposób własne wyroby, lecz Amos był schludny i wymuskany, podczas gdy chusta pod szyją jego ojca była rozwiązana, kamizelka rozpięta, a pończochy pomarszczone.

- Nie ma przędzy - oznajmił Amos od progu. - O czym zapewne doskonale wiesz.

Obadiah podniósł wzrok, zirytowany, że ktoś mu przeszkadza. Jego syn przygotował się wewnętrznie na kłótnię, mając świadomość, że w ostatnim roku ojciec zrobił się wyjątkowo drażliwy.

- Nic na to nie poradzę - powiedział starszy mężczyzna. - Nie mogłem kupić choćby odrobiny po rozsądnej cenie. Na ostatniej aukcji sukiennik z hrabstwa York wykupił wszystko po wygórowanych cenach.

- Więc co mam powiedzieć tkaczom i tkaczkom?

Obadiah westchnął z udręczeniem.

- Powiedz im, żeby sobie zrobili tydzień wolnego - odparł.

- I pozwolili, żeby ich dzieci głodowały?

- Nie prowadzę interesu po to, żeby karmić czyjeś dzieci.

Na tym właśnie polegała największa różnica między ojcem i synem. Amos uważał, że ma obowiązki wobec ludzi, którzy zarabiali dzięki niemu na życie. Obadiah nie podzielał tego zdania. Syn nie chciał jednak po raz kolejny wchodzić w ten spór, więc sięgnął po całkiem inny argument.

- Jeśli dostaną pracę od kogoś innego, wezmą ją - powiedział.

- Niech biorą.

Amos pomyślał, że to już nie tylko drażliwość ojca; odniósł wrażenie, że nie obchodzi go firma, którą prowadził od tylu lat. Co się z nim działo?

- Wtedy być może już do nas nie wrócą - dodał. - Nie będziemy mieli czego sprzedawać.

- Więc czego ode mnie oczekujesz? - Obadiah z irytacją podniósł głos.

- Nie wiem. Ty tu jesteś właścicielem, o czym stale mi przypominasz.

- Jakoś musisz sobie poradzić z tym problemem.

- Nie płacisz mi za prowadzenie firmy. Właściwie w ogóle mi nie płacisz.

- Jesteś terminatorem! I będziesz nim, dopóki nie skończysz dwudziestu jeden lat. To normalna praktyka.

- Nie, wcale nie. - Amosa zaczęła ogarniać złość. - Większość terminatorów otrzymuje jakąś pensję, choćby małą. Ja nie dostaję nic.

Obadiah dyszał ciężko, zmęczony, jakby kłótnia z synem wymagała od niego wysiłku.

- Nie musisz płacić za jedzenie, ubranie czy dach nad głową, więc po co ci pieniądze? - spytał.

Amos chciał mieć za co zaprosić gdzieś dziewczynę, ale nie powiedział o tym.

- Żebym się nie czuł jak dziecko - rzucił.

- To jedyny powód, który przychodzi ci do głowy?

- Skończyłem dziewiętnaście lat i wykonuję większość pracy w firmie. Mam prawo do pensji.

- Nie jesteś jeszcze mężczyzną, więc to ja będę podejmował decyzje.

- Tak, ty podejmujesz decyzje. I dlatego nie mamy przędzy.

Syn wyszedł z gabinetu zdenerwowany i zdumiony. Ojciec nie chciał słuchać głosu rozsądku. Czy to z wiekiem stał się taki zgryźliwy i skąpy? Ale przecież miał dopiero pięćdziesiąt lat. A może chodziło o coś innego?

Amos rzeczywiście czuł się jak dziecko, gdy nie miał pieniędzy. A jeśli dziewczyna poczuje pragnienie i poprosi go o kufel piwa w tawernie? Albo sam zechce kupić dla niej pomarańczę na straganie? Spotkania w mieście były pierwszym etapem konkurów dla przyzwoitych dziewcząt z Kingsbridge, a Amosa te nieprzyzwoite raczej nie interesowały. Znał opowieści o Belli Lovegood, która naprawdę nazywała się Betty Larchwood i nie cieszyła się najlepszą opinią. Kilku chłopców w jego wieku twierdziło, że ją chędożyli, i niektórzy z nich może mówili prawdę. Amos nie chciałby się z nią spotykać, nawet gdyby miał pieniądze. Bella go nie pociągała, raczej było mu jej żal.

A co by było, gdyby zaangażował się poważniej w związek z dziewczyną i chciał ją zabrać na spektakl do teatru w Kingsbridge albo na bal w Assembly Rooms? Czym zapłaciłby za bilety?

Wrócił do magazynu i dokończył szybko pakowanie. Wciąż martwiła go myśl, że ojciec tak nierozważnie zaniedbał zakup przędzy. Czyżby całkowicie tracił kontrolę nad firmą?

Amos był głodny, a że nie miał czasu usiąść do stołu z rodzicami, poszedł do kuchni. Zastał tam matkę; siedziała przy piecu, w niebieskiej sukience z miękkiej owczej wełny, materiału, który wytwarzał jeden z tkaczy z Badfordu. Gawędziła z kucharką, Ellen, opierającą się o kuchenny stół. Matka poklepała go czule po ramieniu, a Ellen uśmiechnęła się serdecznie; obie rozpieszczały Amosa przez większość jego życia.

Ukroił sobie kilka plastrów szynki i kawałek chleba i zjadł na stojąco, popijając słabym piwem z beczki.

- Spotykałaś się z ojcem przed ślubem? - spytał matkę po kilku kęsach.

Uśmiechnęła się nieśmiało. Przez moment Amos miał wrażenie, że jej siwe włosy stały się ciemne i lśniące, zmarszczki zniknęły i znów jest piękną młodą kobietą.

- Oczywiście - odparła.

- Dokąd chodziliście? Co robiliście?

- Nic szczególnego. Ubieraliśmy się odświętnie i spacerowaliśmy po mieście, oglądaliśmy wystawy sklepowe, rozmawialiśmy ze znajomymi w naszym wieku. Wydaje się, że to okropnie nudne, prawda? Ale byłam podekscytowana, bo naprawdę lubiłam twojego ojca.

- Kupował ci coś?

- Rzadko. Kiedyś kupił mi na targu niebieską wstążkę do włosów. Wciąż ją mam, w kasetce z biżuterią.

- Więc miał pieniądze.

- Oczywiście. Miał dwadzieścia osiem lat i dobrze zarabiał.

- Byłaś pierwszą dziewczyną, z którą się spotykał?

- Amos! - oburzyła się Ellen. - Pytasz o takie rzeczy własną matkę?

- Przepraszam - rzucił skruszonym tonem. - Nie pomyślałem. Wybacz mi, mamo.

- Nic się nie stało.

- Muszę się spieszyć.

- Idziesz na spotkanie metodystów?

- Tak.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej