Prolog
Prolog
Od dłuższego czasu wpatrywał się w ślady, które zostawiała idąca przed
nim osoba. Wreszcie podniósł głowę i spojrzał na prześwit, wyłaniający
się między dwiema leśnymi ścianami. Widział stąd tylko niewielki pas
górskiego wzniesienia. Spojrzał w prawo. Tam teren zmieniał się w strome
kamienne zbocza, po których przedzierały się chyba tylko uciekające
przed kimś zwierzęta.
Wyprawa miała być przyjemnością, ale według niego stawała się nie do
wytrzymania. Czuł zmęczenie. Niestety, wiele wskazywało na to, że mieli
jeszcze sporo do przejścia. Otaksował wzrokiem wysokie wzniesienie.
Coraz bardziej mu się to nie podobało. Ta godzina, to miejsce. Do tego
wszystkiego, co widział i co czuł, dochodziły wspomnienia z dzieciństwa.
Mama opowiadała mu niestworzone rzeczy o tym miejscu, o Grabinie i pobliskich górach. Najbardziej bał się wzniesienia noszącego nazwę Żmij;
przez całe życie będzie się mu kojarzyło z tymi ohydnymi, oślizgłymi
stworzeniami, które w jego koszmarach wpełzały po kryjomu do ciemnego
domu. Wielokrotnie budził się w nocy, zapalał lampę w swoim pokoju
dziecinnym i zaglądał pod łóżko. Bał się, że żmije z opowieści przenikną
do mieszkania, wsuną się bezszelestnie pod kołdrę i go ukąszą.
Od tamtej pory Góry Sowie wzbudzały w nim strach. Bał się tych lasów.
Bał się tych gór, urwisk, skał. I wiele w tym było winy matek, które
straszyły dzieci, zmyślając historie o Babie-Jadze porywającej
niegrzeczne dzieci. I chociaż zdawał sobie sprawę, że to bzdury, do dziś
tkwiła w nim jakaś cząstka irracjonalnego strachu, niedającego się tak
po prostu wyrzucić z pamięci. Bo dzieci chłoną straszne historie, które
w ich małych umysłach kiełkują, pęcznieją, rozrastają się. I zostają, bo
takie jest prawo dziecięcego umysłu, że to, co nie zostało powiedziane,
należało sobie dopowiedzieć.
- Daleko jeszcze? - zapytał po raz kolejny, patrząc na horyzont, który z trudem przebijał się między drzewami.
- Parę minut. Nie będziesz żałował i jeszcze mi podziękujesz -
odpowiedziała jego dziewczyna Natalia, która szła przed nim. - Tylko nie
wiem jak - dodała.
Była w dobrej formie. Dużo trenowała i miała zdecydowanie lepszą
kondycję, bo na co dzień jeździła na rowerze i biegała. Pełna sił i energii, ciągle gdzieś znikała. Spotykała się ze znajomymi. Dla niej
taki marsz nie był niczym wyjątkowym. Dla niego wręcz przeciwnie. Nie
pamiętał, by ostatnio wyszedł dalej niż do sklepu. I dlatego zmusiła go
do wyjścia z domu, gdzieś dalej. Zgodził się, bo w pewnym momencie jej
namowy stały się wręcz nieznośne. Któregoś dnia podeszła, zamknęła mu
laptop i powiedziała stanowczo:
- Dość tego siedzenia. Zapuszczasz tu korzenie. Chodźmy gdzieś,
gdziekolwiek, bo zaraz oszaleję. Tyle razy ci mówiłam, żebyśmy gdzieś
pojechali, spędzili razem czas, poszli wreszcie w góry. To będzie coś
wyjątkowego. No, dawaj - rzekła, wyciągając jego ubrania z szafy - to
ostatnia szansa. Potem ma się ocieplić. Zwijaj się. Mam fajny pomysł.
Nie pożałujesz.
Chciał, by się od niego odczepiła. Pragnął chwili spokoju, ale zamierzał
jej też pokazać, że ma jeszcze w sobie trochę tego młodzieńczego
szaleństwa - i dlatego się zgodził.
Przeszli kolejne kilkadziesiąt metrów. Ich stopy wbijały się w głębokie
zaspy, dziurawiąc idealnie płaską powierzchnię warstwy śniegu.
W oddali widział przebijające się cienkie nitki pomarańczowych promieni
słońca, ale ich niknąca siła podpowiadała, że za kilkanaście minut
zacznie zmierzchać, a potem nastanie surowy i chłodny mrok, który
uniemożliwi im zjazd. A wtedy będą musieli zejść pieszo jakimś szlakiem.
Grabina, znajdująca się w środkowej części Gór Sowich, wznosiła się nad
doliną na wysokość niespełna tysiąca metrów. Porośnięta była gęstym
lasem, który zimową porą tworzył z daleka złudzenie igieł powbijanych w górę ze śnieżnobiałego styropianu.
Wyobraził sobie ich samych idących po białym szczycie, tak jakby byli
malutkimi postaciami na makiecie, która kształtem przypominała nieco
zdeformowany stożek, z jednej strony bardziej spadzisty, z drugiej zaś,
właśnie w tym miejscu, po którym szli, nieco łagodniejszy, choć wcale
niełatwy do przebycia.
Analizował, co ich czeka. I wciąż miał wątpliwości, czy była to
odpowiednia pora na zjazd. Nie potrafił sobie tego dobrze wyobrazić.
Zastanawiające, że nikt tędy nie jeździł. Ale Natalia uwielbiała nowe
wyzwania, normalną konsekwencją jej niepohamowanego apetytu na życie
było więc to, że chciała się tutaj wybrać. Gorzej, że z nim. Jeśli w okolicy istniała trasa, po której nikt nie biegał, musiała tam pójść.
Jeśli gdzieś w pobliżu znajdował się zbiornik wodny, musiała się tam
wykąpać. Chociażby tylko po to, by zakosztować czegoś nowego. Z Grabiną
było podobnie; to góra, po której spacerowali turyści, choć oczywiście
nie o tej porze, nie po takich zaspach. Natalii to jednak wcale nie
przeszkadzało. Powiedziała, że jej koleżanka już tędy zjeżdżała i że oni
też powinni.
- Tam - wskazała ręką w lewą stronę i uśmiechnęła się tajemniczo - jest
nasz cel. Jeszcze dosłownie parę minut, a potem będzie niezła jazda.
Popatrzył na nią przenikliwie, ale nie odwzajemnił uśmiechu, bo nie
potrafił dzielić tej radości.
Po kilkunastu minutach monotonnego marszu, urozmaiconego tylko
rytmicznym chrzęstem zmrożonego śniegu, dotarli na szczyt. Roztaczał się
stąd widok na okolicę - niewielkie, niemal mikroskopijne domy
przysłonięte jasną smugą prószącego śniegu, dymiące kominy, ledwie
dostrzegalne światła.
Dziewczyna zatrzymała się, rozejrzała, zamknęła na moment oczy, po czym
wzięła głęboki wdech. Miał wrażenie, że dotarcie tutaj sprawiło jej dużo
radości.
To był jej świat. Świat ruchu i ciągłego działania. Ale mimo tak
odmiennych charakterów, dobrze się dogadywali. Ona żyła swoimi
zajęciami, on się poświęcał pracy, programowaniu. W wolnym czasie grał
na komputerze, bo stanowiło to świetną odskocznię i dobry relaks. Nic
innego tak skutecznie nie resetowało umysłu. Niestety, Natalia nie
potrafiła tego pojąć, nie rozumiała jego świata. Podobnie jak on nie
rozumiał jej świata i jej potrzeb.
Popatrzył w tym samym kierunku co ona. Ocenił, że jeśli za moment nie
ruszą, widoczność będzie już słaba, a nim dotrą na dół, zrobi się
ciemno. Bo zima bywa zdradliwa, czasami aż za bardzo. I właśnie tego bał
się najbardziej.
Spojrzała na niego zadziornie, a jej spojrzenie, miał wrażenie, mówiło:
"Jestem podniecona na samą myśl o tym, co za chwilę nas czeka. Za moment
w moich żyłach popłynie czysta adrenalina".
Machnął ręką. Chciał już mieć to za sobą, zjechać czym prędzej i wrócić
do domu, usiąść w wygodnym fotelu i włączyć laptop. Zdjęli plecaki,
wyjęli buty narciarskie. Przebrała się szybciej i sprawniej. Naciągnęła
gogle, po czym krzyknęła głośno:
- Jedź za mną!
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła przed siebie, w dół, między drzewami
i skałami. Koniec trasy znajdował się za wieloma zakrętami i wyrastającymi pojedynczo drzewami, które należało umiejętnie omijać, by
nie skończyć z twarzą w śniegu i ze złamanymi kończynami.
Patrzył, jak jej sylwetka znika w dole. Zaraz potem wbił wzrok w dal.
Fakt, pomyślał, niezłe widoki. Żył w tej okolicy od dwudziestu pięciu
lat i nigdy nie widział kotliny z tej perspektywy. A było co oglądać.
Kiedyś zobaczył te miejsca, korzystając z Google Earth. I chociaż
przyglądał się tym samym miejscowościom, dolinom, wzniesieniom,
załamaniom terenu, to na żywo widoki zwalały z nóg. Wszystkie doznania
stawały się znacznie intensywniejsze dzięki temperaturze, zapachom. Czuł
to naprawdę.
Sycił się jeszcze przez chwilę tym widokiem, wziął głęboki wdech jak
przed trudnym egzaminem, po czym ruszył po śladach Natalii.
Wiatr, którego nie było wcześniej czuć, teraz smagał jego zmarznięte
policzki. Wykonywał skręty, choć nie miał w tym wprawy. Od lat nie
jeździł na nartach, a tutaj został rzucony na głęboką wodę. Trasa nie
była łatwa. Drzewa i krzaki uniemożliwiały szybki zjazd. Przyhamował
trochę, bo bał się, że za moment straci kontrolę nad nartami. Natalia
znajdowała się daleko przed nim, widział w oddali jej niewielką postać;
pojawiała się i znikała. Miał wrażenie, że usłyszał jej krzyk - może
radości, może ekscytacji. Nie potrafił ocenić.
Chociaż zjazd wydał mu się trudny, musiał przyznać, że to faktycznie
dobra zabawa. Kurczę, może to nie był zły pomysł. Może za jakiś czas to
powtórzą. Tylko w lepszych warunkach i na innej górze. Ta jest zbyt
niebezpieczna. Odpowiedni byłby Rymarz.
Z zamyślenia wyrwał go nagły nieprzyjemny zgrzyt. Najechał na kamień. Od
razu przyhamował.
Przykucnął. Chciał sprawdzić, czy nie zniszczył nart. Wszystko było w porządku, choć na jednej z nich dostrzegł długą rysę. Natalia jakoś
ominęła przeszkodę. Albo miała szczęście, albo ją w porę dostrzegła.
Popatrzył w górę na grafitowe niebo. Niedobrze, zaraz się ściemni.
Korzystając z okazji, wyciągnął telefon. Na ekranie widniały wiadomości
od kumpli z pracy, z którymi często umawiał się na nocne granie. Mike
wspomniał, że znalazł nowy unikatowy miecz. Co za cholerny farciarz,
powiedział do siebie. Ten to zawsze ma najlepszy drop i ekwipunek dla
swojej postaci. Johanes, tak naprawdę Janek, wspominał o komplecie
rzadkich pierścieni, które wydropił z bossa. Dzięki nim będzie miał
silniejszą postać i łatwiej ubiją moby. Pozazdrościł im.
Popatrzył przed siebie, ale nigdzie nie widział Natalii. Pewnie nawet
nie zwróciła uwagi, że się zatrzymał. Musiała mocno przyspieszyć. Albo
zbyt długo czytał wiadomości. Schował telefon, założył gogle i ruszył
przed siebie.
Widoczność stawała się coraz bardziej ograniczona. Mogli uzgodnić, że
będą jechali obok siebie. W miarę możliwości oczywiście.
W pewnym momencie dostrzegł dziwne ślady na śniegu. Zatrzymał się i patrzył na nie. Miał wrażenie, jakby też się tutaj przed momentem
zatrzymała. Może chciała coś ominąć. Ale co? Nie widział żadnej
przeszkody, więc po co zahamowała?
Zdjął czapkę. Poczuł podmuch wiatru, który przeciskał się między
drzewami z jednostajnym świstem. Niczego więcej nie słyszał.
Ślady, które miał przed oczami, wiły się w miejscu, a potem skręcały
prostopadle. Nie w dół, jak prowadziła zaśnieżona trasa, lecz w bok, pod
kątem.
- Natalia! - krzyknął. Dźwięk rozszedł się po okolicy. Odpowiedziało mu
tylko echo. Jego głos był pusty, pusty i głuchy jak to miejsce.
Brak odpowiedzi.
Popatrzył na komórkę. Żadnego nieodebranego połączenia. Zresztą niby
kiedy miałaby do niego zadzwonić? Wybrał numer i czekał. Brak sygnału.
Odpiął narty i zdjął buty narciarskie, włożył wyjęte z plecaka górskie
obuwie i ruszył jej śladem.
Wszedł w gąszcz drzew i niższych krzaków. Gałęzie smagały go po
rozpalonych do czerwoności policzkach. Przyspieszył, choć nie było to
łatwe.
Wciąż się nie odzywała. Dlaczego? Dlaczego skręciła? Chciała się przed
nim schować? Czy to jakiś rodzaj gry, zabawy? Znów kierowała nią
ciekawość, której nigdy nie rozumiał i nie był w stanie ogarnąć?
Pytania, które sobie zadawał, niestety nie rodziły odpowiedzi, a mimo to
wciąż ich szukał i nie ustawał w domysłach.
- Nataliaaaaa! - krzyknął najgłośniej, jak potrafił, bo tylko to mógł
teraz zrobić. Zadzwonił ponownie, bo była to namiastka nadziei, która
zawsze tliła się w takich sytuacjach. Znów brak sygnału. Cisza.
Ruszył przed siebie, wpatrując się w ekran, ale zaraz potem w oczy
rzuciło mu się coś dziwnego. Inne ślady, duże, znacznie cięższej osoby.
Spotkała kogoś? Może jakiegoś swojego kumpla albo - nie daj Boże -
swojego pierwszego chłopaka, z którym chodziła w liceum. Odgonił od
siebie tę myśl. Więc kto to był?
Przyspieszył. W gąszczu drzew widział coraz mniej. To go martwiło.
Stanął. Popatrzył za siebie. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, ale
nikogo nie dostrzegł.
Kiedy ruszył naprzód, usłyszał szept. Cichy, lekki, aksamitny szept. Tak
nierealny, że nawet nie potrafił ustalić, skąd dochodził. A mimo to
wiedział, że się nie przesłyszał.
Może ten głos to był tylko szum wiatru? - pomyślał. Może to tylko
jakieś... No właśnie, co? Ocknij się, człowieku, zmobilizował sam siebie.
I nagle rozległ się głos:
- Mar...cii...
Nasłuchiwał, ale nic więcej nie usłyszał. Nie potrafił ocenić ani
kierunku, ani odległości od miejsca, z którego dobiegał ten głos.
Akustyka była tu złudna.
Po kilkunastu metrach przystanął. Na jasnym tle, może jakiejś małej łące
albo polanie, dostrzegł ciemny punkt. Wyglądał jak worek. A może to
zwykły konar? Biegnij, mobilizował się w myślach, stawiając coraz
większe kroki. Idąc, nie odrywał wzroku od tego ciemnego kształtu. Miał
już pewność, że to nie kawałek drewna, jak jeszcze przed chwilą sądził.
Serce waliło mu jak młotem. A może to młot walił w jego serce, w sam
środek, w najczulszy i najtkliwszy punkt.
- Na...talia? To ty? - zapytał, choć wiedział, że to ona. Powiedział to
odruchowo, by się na moment oszukać.
Dziewczyna leżała bez ruchu. Już nie krzyczała. Dyszała tylko ciężko.
Jakby nie miała sił.
I nagle poczuł absurd całej sytuacji, tak irracjonalny, że aż niemal
niemożliwy, jakby to się w ogóle nie działo albo jakby śnił.
Leżała, trzęsła się, dygotała. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła.
Czuł, jak zalewa go fala gorąca, a w żyłach ścina się krew. Ciało
zupełnie przestało go słuchać. Układ nerwowy szalał. Nie wierzył, że to
się dzieje naprawdę. Zbliżył się do niej. Leżała półprzytomna, mamrocząc
coś pod nosem. Przysunął się. Twarz miała całą we krwi, a z przymkniętych oczu płynęły łzy.
Oberwała w głowę. Bardzo mocno. Miała zmiażdżony nos. Policzki. Usta.
Brodę. Ktoś dosłownie zmasakrował jej twarz. Głowę opierała o niski
pień. Chciał zrozumieć, co się tutaj wydarzyło. Nie wiedział, co
powinien zrobić. Jak ją ratować. Nic mu nie przychodziło go głowy.
- Boże, co ci się sta... stało?
Popatrzył na Natalię. I w tej samej chwili ich spojrzenia się spotkały.
Jej oczy wyrażały potworny ból, niewyobrażalną mękę. Ale i coś jeszcze,
coś, czego nie potrafił rozpoznać.
Ledwie poruszając zmiażdżonymi ustami, wyszeptała:
- Prze...pra...szzz...
Zamilkła. Objął jej głowę. Z potylicy sączyła się krew.
Oddychała ciężko, coraz ciężej. Próbował ją jakoś ocucić, ale czuł, że
jej ciało stawia opór. Oddech stawał się coraz cichszy, a głowa opadła
bezładnie.
I wtedy wrzasnął z całych sił. Tak głośno, jak tylko pozwoliło mu
zmęczone gardło.
W oddali usłyszał kroki. Cisza. I znów kroki. Coś przystanęło na chwilę,
po czym zaczęło się zbliżać w jego kierunku.
Nie wiedział, co ma robić. Nie wiedział, co było prawdą, a co ułudą.
Wciąż miał nadzieję, że Natalia się zaraz obudzi, powie: "Dałeś się
nabrać!". I że ta krew jest sztuczna, a wszystko było po to, by zrobić
mu na złość; że to tylko taki żart, który będą wspominać przez następne
tygodnie. Uśmiechnął się pod nosem, a potem zaczął się śmiać.
Uklęknął, rechocząc bez opamiętania.
Nawet nie wiedział, kiedy poczuł czyjąś obecność. To coś stanęło za jego
plecami. Ale on nawet nie miał siły, by się obrócić. Nim zdążył
cokolwiek zrobić, otrzymał silny cios w tył głowy, który obezwładnił
jego ciało. Przeszywający ból rozprzestrzenił się błyskawicznie po
kręgosłupie, a chwilę potem trafił do nóg.
Ciało runęło. Upadł blisko niej. Po paru sekundach poczuł w rękach
mrowienie, a zaraz potem całkowity bezwład.
Leżał, tracąc oddech, świadomość. A w miarę utraty świadomości świat
stawał się coraz jaśniejszy.
Niepotrzebne im już były światła, by dotarli na dół. Przecież jest tak
jasno...
Cholera, a tak się martwiłem, że zapadła ciemność... Zupełnie
niepotrzebnie. Świat jest taki jasny, powiedział do siebie.
I właśnie wtedy zobaczył, a może tylko mu się to przyśniło, że ciemny i mroźny wieczór zamienił się w pogodny dzień, który nabrał ciepłych barw.
Znów wszystko stało się przyjemne.
Nim zamknął oczy, na tle kołyszących się drzew dostrzegł wielką
sylwetkę, która ściskała w ręku jakieś narzędzie.
Odchodziła spokojnym krokiem w głąb lasu, pozostawiając po sobie
wgłębienia w gładkiej powierzchni śniegu.
Rozdział 1
1
- Wobec tego jaki ma pan pomysł? Co mam zrobić? Stać tu do usranej
śmierci? Wezwać kierownika?
Młody mężczyzna przełknął głośno ślinę i zrobił się jeszcze bardziej
czerwony. System odmówił posłuszeństwa. Nie lubił, gdy działo się to
przy gościach, zwłaszcza nerwowych. A ten mu na takiego wyglądał.
- Bardzo mi przykro. Nie wiem, jak mam to jeszcze panu wytłumaczyć.
- W dupę ptasznika, nie chodzi o wyjaśnienie - rzekł wściekły gość -
lecz o to, jak zostałem potraktowany. I nie chcę, żeby mi pan powtórzył
po raz dziesiąty. Samo mówienie słowa "przepraszam" nic nie da. Nie
przyjechałem tu, by teraz słuchać tego skomlenia.
- Proszę zrozumieć, że to nie...
Gość nie dał mu dokończyć.
- To nie pana wina, że mój pokój został przydzielony innej osobie.
Nauczyłem się już tego na pamięć.
Recepcjonista w czarnym garniturze przetarł czoło. Głowił się, jak
wybrnąć z patowej sytuacji. Mógł jedynie wypowiedzieć tę samą formułę:
- Naprawdę bardzo mi przykro. Błąd w systemie. Komputer przydzielił ten
sam pokój dwóm osobom. Zwykła pomyłka techniczna. Postaram się wyjaśnić
z informatykiem, jak mogło do tego dojść. Nigdy jeszcze nie zdarzyła nam
się taka sytuacja. Dbamy o to, by nic takiego nie miało miejsca.
- To coś słabo dbacie. Mój kalkulator z komunii jest bardziej niezawodny
od waszych systemów. Zależało mi na tym pokoju - dodał. Mówił szybko,
wypowiadając słowa jak automat. - I na tarasie. A pan mi teraz
wyjeżdżasz z czymś takim? To jakaś kpina? Jakaś farsa, w dupę alpaki?
Recepcjonista nie wiedział, co powiedzieć. Wyczerpał wyuczony pakiet
uprzejmości. Popatrzył na gościa, który nie chciał przyjąć do wiadomości
tak prostych faktów. Przecież to nie on się pomylił, lecz system.
- Nie wiem, co jeszcze mogę zrobić w tej sprawie. Może jednak zgodzi się
pan na inny pokój, podobny. Proszę chwilę poczekać.
- Nie chcę innego. Chcę ten. Ale skoro nie ma, to trudno. Jak rozumiem,
wpłata zostanie bezzwłocznie zwrócona na moje konto?
- Jak pan sobie życzy. Mogę wypłacić w gotówce albo otrzyma pan zwrot na
konto. Musi pan tylko wypełnić formularz.
Gość obrócił się nerwowo wokół własnej osi, patrząc na średniego
standardu wyposażenie hotelu. Na ścianach wisiały stare pocztówki i czarno-białe zdjęcia. Pewnie przedwojenne, ale nawet z daleka było
widać, że to reprinty. Jak nic wydrukowane z Internetu. Mimo
historycznego akcentu, próby połączenia tradycyjnego i nowoczesnego
wystroju, nie było tu ładnie. Po prostu coś nie zagrało, a spomiędzy
tych niedopasowanych ze sobą elementów wylewał się kicz.
- Czy mogę znaleźć w okolicy hotel z podobnym widokiem? - Gość nie
ustępował. - Oczywiście mówię o Nowej Rudzie.
- Zaraz, sekundę - głos recepcjonisty się zmienił - proszę poczekać.
Właśnie pojawił się komunikat w systemie, że zwolnił się pokój obok, z tym samym widokiem, z takim samym tarasem...
Gość potrząsnął głową. Wyglądał na zdezorientowanego. Zdziwiło go, że
rzeczywistością nie kierował zdrowy rozsądek, a jakiś program. Gorzej,
że i on popełniał błędy, a człowiek nie miał odwagi ich naprawiać. Jakby
całkowicie zaprzedał swoją duszę diabłu technologii.
- Jak to możliwe?
- Sam nie wiem, ale ktoś właśnie wycofał rezerwację. Przed momentem
pojawiło się powiadomienie, że pokój się zwolnił. A więc z radością mogę
oznajmić, że otrzyma pan pokój. Bliźniaczy, obok. Czyli taki sam.
- Rozumiem, że wobec tego cała ta niepotrzebna szopka...
- Zgadza się. Jeszcze raz w imieniu hotelu "Dwór Staropolski"
przepraszam za zamieszanie. Dopełnijmy formalności, dobrze? Czy mógłbym
prosić o pana dowód?
Mężczyzna sięgnął po portfel i wyciągnął plastikową kartę z szeregiem
cyfr, na który od paru lat nie lubił spoglądać. PESEL. Wciąż się czuł
jak nastolatek, tyle tylko, że dobiegał już prawie czterdziestki i nawet
nie wiedział, kiedy te lata minęły. Za kilka miesięcy ma urodziny.
Koledzy z komendy nie dadzą mu żyć. Będzie musiał zorganizować huczną
imprezę. Nie opędzi się od tych skretyniałych samców, marzących tylko o tym, by się nawalić jak dzikie osły. Poza jednym, który w czasie imprezy
zamiast wódki będzie popijał koktajl białkowy, naprężając masywne
bicepsy. Miał na myśli kolegę z wydziału, Dominika Rudzkiego; ten wolne
chwile spędzał na treningach.
- Macie tu siłownię? - Uznał, że dobrym lekiem na poprawę samopoczucia
będzie przerzucanie ciężarów. Skoro Rudzkiemu pomagało, to może jemu też
nie zaszkodzi.
Recepcjonista skinął głową.
- W dodatku z dobrym sprzętem. Wszystko w cenie doby hotelowej.
Krauze już chciał coś powiedzieć, ale poczuł wibrację w kieszeni, a sekundę potem usłyszał motyw filmowy z drugiej części Terminatora. Nie
sięgnął po komórkę, nie chciał wiedzieć, kto dzwoni. Pewnie ktoś z komendy. Zignorował to. Wpatrywał się w recepcjonistę, który nerwowo
klikał w klawiaturę. Co za czasy, demony aplikacji rządzą
rzeczywistością, powiedział do siebie, po czym zaczął bębnić nerwowo
portfelem o blat recepcji. Kiedyś, by podnieść sobie ciśnienie,
wystarczyło komuś przywalić, a teraz człowiek podniecał się na widok
migających ikon w aplikacjach.
- Dziękuję - powiedział recepcjonista, oddając mu dowód. Czy jeśli
chodzi o czas pobytu, pana rezerwacja ulega jakiejś zmianie?
- Zostanę dwa, góra trzy dni - odpowiedział rzeczowo. - Myślę, że tyle
mi wystarczy. Lubię spacerować. Mam ochotę poznać okolicę. Zajmuję się
fotografią. Kiedyś moje zdjęcie wygrało w konkursie "National
Geographic", wie pan? Wydrukowali je w gazecie.
Recepcjonista nie zareagował. Nie wiedział. Nie mógł wiedzieć, bo Krauze
to wymyślił. Celowo robił sobie jaja, zmyślając wiele rzeczy na
poczekaniu.
- Trzy dni - powtórzył pod nosem. - Zaznaczę tak w systemie. No dobrze,
zdaje się, że to wszystko. Wskażę panu drogę.
Mężczyzna wyszedł zza lady. Udali się do windy i wjechali na trzecie
piętro. Przeszli do końca korytarza wyłożonego dywanem w kolorze bordo.
Krauze szedł jako drugi. Wyczuł woń perfum. Jean-Paul Gaultier. Ciekawy
zapach, choć zdecydowanie nie dla niego. Za delikatny i za słodki.
Kiedyś kupił butelkę, ale oddał swojemu przyjacielowi Igorowi. Po jakimś
czasie zorientował się, że Igor też ich nie używa. Gdy był u niego i musiał skorzystać z toalety, zobaczył, że perfumy stały przy klozecie
obok odświeżaczy powietrza. Przynajmniej do czegoś się przydały.
- Oto pana karta magnetyczna do drzwi - powiedział młody człowiek i przyłożył ją do czujnika. Drzwi się otworzyły. Pokój z wnęką kuchenną
oraz oddzielną łazienką - całość była wielkości mieszkania ubogiego
kawalera, ale to mu wystarczyło.
Krauze podrapał się po głowie. Zastanawiał się, jak się ma teraz
zachować. Setki razy widział w filmach, że w takich sytuacjach należało
dać napiwek za fatygę. Ale ten facet wcale się nie fatygował. Nawet nie
tknął jego torby, w której miał najważniejsze rzeczy. Broń, kosmetyki,
parę ubrań na zmianę oraz laptop. Może i dobrze, że nie ruszał,
pomyślał. Torby dużo ważyły. Broń, druga zapasowa, amunicja - to kawał
ciężkiego metalu, więc ten leszcz złamałby się wpół.
- A pralnia?
- Przy recepcji znajduje się tabliczka informacyjna.
- Nie obchodzi mnie tabliczka, ale pralnia.
Mężczyzna prychnął głupkowato. To już nie było wyuczone zachowanie z poradnika dla pracowników hotelu.
- Jest na niej informacja, że pralnia oraz siłownia znajdują się
niedaleko recepcji. Przejście do baru jest po lewej, na wprost od pralni
i suszarni, a na prawo od siłowni, o którą wcześniej pan pytał.
- Pralka na monety?
- Tak.
- Wobec tego - zrobił sztuczny uśmiech, zarezerwowany dla takich gości
jak on - dziękuję za pomoc i wskazanie pokoju. Od tej pory będę sobie
radził sam.
Recepcjonista ukłonił się i zamknął za sobą drzwi.
Krauze położył torbę na łóżku i zaczął wypakowywać rzeczy. Nie przyniósł
jeszcze wszystkiego. W aucie, które stało na parkingu, znajdował się
futerał z bronią. Myśliwski sztucer Mauser M12 do polowania na sarny,
dziki i jelenie. Ewentualnie na ludzi. Jego żona nawet nie wiedziała, że
ma takie cacko. Trzymał je schowane w piwnicy, podobnie jak dubeltówkę,
gazy łzawiące, kubotany, paralizatory oraz spory zapas amunicji. Nawet
Igor nie widział jego arsenału. Zawsze żartował, że gdyby kiedyś doszło
do wojny domowej, a oddziały partyzantów dotarły do Kłodzka i próbowały
wywlec wszystkich cywilów na ulicę, jego mieszkanie nie byłoby łatwym
bastionem do zdobycia. Jedzenia wystarczyłoby im na wiele tygodni. Broni
na wiele dni zaciętych walk.
Podszedł do stojącego na parkingu zabytkowego czerwonego jaguara, jego
oczka w głowie. Wyjął czarny futerał, a potem wrócił do pokoju. Na
wszelki wypadek przygotował kolejną wymówkę, że jest wędkarzem i przyjechał tu na pstrągi. Futerał do złudzenia przypominał te, które
można było kupić w sklepie wędkarskim. Wędkarz i fotograf. Dobrze
brzmiało, choć nie miało nic wspólnego z prawdą.
Trzymając w ręku myśliwską broń, od razu poczuł się bezpieczniej. Nawet
nie wiedział, czy wniesienie jej do hotelu było zgodne z regulaminem.
Ale miał to gdzieś.
Wyszedł na taras i spojrzał w dal, na pasmo królujących nad doliną
kilkusetmetrowych wzniesień, u podnóża których znajdowały się nieduże
miasto, Nowa Ruda, oraz zatopione w popołudniowej mgle niewielkie wsie.
Popatrzył na szare kamienice. I w tej samej chwili poczuł metaliczny
posmak w ustach. Nie wiedział, czy to smog, ale z pewnością nie było to
coś, co chciał mieć na języku.
Przyglądał się przez dłuższą chwilę miejscu, do którego musiał
przyjechać. Polecenie służbowe, nie mógł więc odmówić. Oczywiście w grę
wchodziły dojazdy, w końcu z Kłodzka do Nowej Rudy jest rzut beretem.
Rozmyślał przez jakiś czas, jak będzie dla niego lepiej. Znał siebie i wiedział, że jeśli się tym zajmie, cały świat odpłynie. Ale Ola znała go
jeszcze lepiej. Nie chciała, by wracał do domu w nocy, z teczkami akt
morderstwa, które mógłby zobaczyć ich syn Marcel. Już parę razy
podejrzał makabryczne zdjęcia, a potem opowiadał o tym kolegom. Nie
chciała, by to się powtórzyło.
Uznali więc, że powinien skoncentrować się na pracy i nie wracać do domu
na noc. Ola ucałowała go i zapewniła, że się wszystkim zajmie. Mówiąc
to, miała na myśli Marcela, z którym mieli sporo problemów, głównie
szkolnych. Zażartowała, że gdyby nie dała sobie rady, odeśle go do
chrzestnego, do Igora.
Zamknął drzwi tarasowe, zrobił kilkadziesiąt pompek, a potem wziął
prysznic. Gdy wyszedł, popatrzył na swoje odbicie w lustrze. Przez
dłuższą chwilę gapił się na szczupłą, wysportowaną sylwetkę biegacza
krótkodystansowego. Przeczesał odruchowo blond włosy, posmarował twarz
kremem do rąk, resztę wtarł w palce i wierzch dłoni.
Po kąpieli wypakował resztę rzeczy, zaparzył kawę i ze szklanką w ręku
ponownie wyszedł na taras. W oddali znajdował się budynek szkoły,
najprawdopodobniej podstawowej. Ocenił to po wzroście uczniów, którzy z zacięciem biegali za piłką. Wykłócali się o każdy strzał, gol, spalony.
Dawno nie widział u nikogo takiego zaangażowania. Dzieci w tym wieku,
zwłaszcza na boisku, robiły wszystko na sto procent, jak nikt inny.
Gwizdek świszczał nieprzerwanie, przecinając jednolity szum miasta.
Nauczyciel krzyczał, co parę chwil ich rozdzielał, przywoływał do
porządku, coś objaśniał, jednej bądź drugiej stronie pokazywał żółtą
kartkę.
Popatrzył na zegarek. Czas mijał. Niestety, za szybko. Pora na robotę.
To ona go tu ściągnęła. Nim tu przyjechał, przeczytał akta całej sprawy.
A to i tak, jak sądził, nie było wszystko. Pewnie sporo się dowie od
tutejszego komendanta.
Rozdział 2
2
- Myślałem, że przyjedzie cały wydział kryminalny, a tu tylko pan -
powiedział zaskoczony mężczyzna z czarnymi okularami na nosie.
Krauze przyjrzał się niewielkiemu gabinetowi, pośrodku którego siedział
niepozorny facet w średnim wieku. Nie wyglądał na policjanta. Tym
bardziej na komendanta. Przypominał raczej bankiera, który nie dostał
się do wymarzonej pracy w dużym mieście i nie dane mu było siedzieć po
kilkanaście godzin na dobę w wysokim przeszklonym wieżowcu, gdzie mógł
analizować wskaźniki kredytów hipotecznych. O ile cokolwiek takiego
istniało.
- Otrzymaliśmy w tej sprawie odpowiedź komendanta z Kłodzka. Powiedział,
że przyślą kogoś do pomocy.
Krauze aż się skrzywił i zrobił minę, jakby usłyszał, że ktoś rysuje
lakier jego ukochanego jaguara. Zmarszczył brwi. Nie było wątpliwości,
co ma na myśli. Prychnął zaczepnie:
- No? Że niby co powiedział?
- Że wyśle do pomocy wydział kryminalny z komendy kłodzkiej. Sądziłem,
że wpadnie tu dziesięciu facetów w kominiarkach i zrobią porządek -
rzekł pompatycznie. Pewnie spodziewał się widowiskowych fajerwerków.
Krauze wyczuł, że gość zażartował, próbując zyskać jego sympatię.
Niestety, stało się inaczej.
- No i jestem.
- Tylko pan? Serio?
- Komendancie, nie zaczynajmy od wydumanych uprzejmości, z których
bardzo blisko jest do trzepnięcia się po mordzie. Wydział kryminalny to
ja. Skończ, człowieku, pieprzyć farmazony, bo zaraz zadzwonię do
przełożonych i powiem, że tutejszy komendant to skończony palant, który
utrudnia prowadzenie śledztwa. I zostaniesz sam w tej swojej mysiej
norze, a z tej twojej mieściny, której nie potrafisz ogarnąć swoimi
upośledzonymi ogarami, nadal będzie się wylewać zło, wypełzną na wierzch
ludzkie robaki. I pożrą nie tylko zwykłych ludzi, ale i was. Nie mówiąc
już o tym, że zostaniesz publicznie zlinczowany za to, że nie panujesz
nad miastem. To co? Dogadamy się czy będziemy sobie skakać do gardeł?
Tylko pamiętaj, ja wysoko skaczę - powiedział, poprawiając czapkę z daszkiem.
Jacek Rak przytaknął, robiąc minę stosowną do tego, co usłyszał. Nic nie
powiedział. Krauze odczekał chwilę, uznając, że wyjaśnili, co trzeba, a potem przeszedł do konkretów:
- Doskonale. Ile masz psów?
- Pyta pan o funkcjonariuszy czy o prawdziwe psy, bo już nie rozumiem...
- A niby o kogo, do cholery?
- Jeśli chodzi o funkcjonariuszy, to w sumie sześciu. Psa prawdziwego
mieliśmy, ale rok temu byliśmy zmuszeni go uśpić.
- Sześciu? I sami nie potraficie zamknąć sprawy, która ewidentnie
wygląda na taką do rozwiązania w trzy dni? Góra cztery, wliczając czas
na jedzenie i dłubanie w nosie.
- Próbujemy od prawie czterech tygodni. Utknęliśmy w miejscu. Skończyły
nam się możliwości.
- A daleko dotarliście?
- Nie umiem ocenić. Od czego chce pan zacząć?
- Najlepiej od porządnej kawy - rzekł Krauze, rozsiadając się wygodnie
na krześle. Komendant skinął głową, dając znać, że rozumie aluzję, i wyszedł.
Krauze przesiadł się z niewygodnego krzesła na fotel komendanta i zaczął
mu grzebać w biurku. Po chwili zorientował się, że akta sprawy leżą na
samym wierzchu, przykryte paroma stronami wydruków z ankietami, które
musieli wypełnić funkcjonariusze. To jest właśnie to, co zabija ducha
policji, czyli papierologia, produkowane na potęgę dokumenty, pomyślał.
Było tego zdecydowanie za dużo - za dużo certyfikatów, za dużo norm,
celów, priorytetów, kontroli, audytów, wszelkich działań mających na
celu znormalizowanie każdego aspektu ich pracy. Przy tym wszystkim
gubiła się sama idea i czas na działanie w terenie. Niestety, inne
instytucje i urzędy też się z tym borykały.
Teczka była gruba. Znajdowały się w niej zeznania rodziców, rodzeństwa
oraz znajomych zamordowanej pary, raporty z sekcji zwłok, odciski
palców, opinie biegłych, zeznania innych przesłuchiwanych osób, notatki
policjantów, którzy poszukiwali zaginionych, nim po dwóch dniach
odnaleźli ich ciała.
Przesiadł się na swoje miejsce. Musiał zweryfikować dane. Zamordowana to
Natalia Jasińska, lat dwadzieścia cztery, zamieszkała w Nowej Rudzie
przy ulicy Lipowej, urodzona w tejże miejscowości, absolwentka
tutejszego liceum ogólnokształcącego. Nie miała rodzeństwa. Rodzice
scharakteryzowali ją jako bardzo temperamentną dziewczynę. Taką, która
lubiła spędzać czas poza domem. Była bardzo aktywna fizycznie, uprawiała
różne sporty. Parę lat temu pracowała dorywczo w tutejszym sklepie
odzieżowym. Niekarana. Nienotowana. Nie miała wrogów, nikt jej nie
prześladował.
Marcin Derczyński, jej chłopak, lat dwadzieścia pięć, zamieszkały w Nowej Rudzie również przy ulicy Lipowej, niedoszły absolwent uczelni
informatycznej. Nie ukończył studiów, ponieważ bardzo szybko podjął
pracę w założonej przez siebie firmie. Zajmował się programowaniem.
Działalność zlikwidował po pół roku, gdy został zatrudniony w firmie
De-Inst z siedzibą we Wrocławiu. Pracował z domu, jak wynikało z zebranych przez policję informacji. Od czterech lat mieszkał z Natalią w wynajmowanym niedużym mieszkaniu. Niekarany. Nienotowany.
Popatrzył na zdjęcie młodego mężczyzny. Ciemne, krótkie włosy. Spokojna,
niegroźna twarz z łagodnie zarysowaną linią ust oraz delikatnym, niemal
niewidocznym zarostem.
Obojgu zadano bardzo silne uderzenia w głowę. Natalia miała zmasakrowaną
twarz - pogruchotane kości nosa, wbite policzki, złamane zęby. Przyczyną
śmierci obojga były urazy wewnątrzczaszkowe. Przybyli na miejsce zbrodni
medycy oraz policjanci zgodnie stwierdzili, że dawno nie widzieli tak
makabrycznego widoku. W ciemnym zagajniku, otoczonym ze wszystkich stron
śnieżnymi zaspami, leżały dwa zmasakrowane ciała. To była scena jak z horroru, a widok takiej ilości zaschniętej krwi, która zdążyła
zbrązowieć i stać się ciemną plamą na białej polanie, nawet policjantów
wprawił w osłupienie.
Dwa ciała. Dwie młode osoby, które wspięły się na szczyt pobliskiego
wzniesienia, by zjechać na nartach. Policjanci przeszukali górę, samo
miejsce zbrodni i sąsiednie stoki oraz lasy dosłownie metr po metrze.
Pracowali prawie całą dobę. Nie znaleziono niczego poza niewyraźnymi
śladami w śniegu.
Krauze cofnął się o kilka stron. Popatrzył na raport z sekcji zwłok.
Interesowało go narzędzie zbrodni. Patolog uznał, że ciosy zadano
młotkiem albo obuchem niedużej siekiery. U dziewczyny naliczono
kilkanaście uderzeń. Część twarzy była istną miazgą.
Jej chłopaka potraktowano łagodniej. Otrzymał jeden bardzo silny cios,
który lekarz medycyny sądowej uznał za śmiertelny.
Policjanci nigdzie nie znaleźli narzędzia zbrodni. Do tej pory nie
zgłosił się żaden świadek zabójstwa, do policjantów nie napłynęły żadne
- oficjalne ani anonimowe - informacje, mające na celu wskazanie
świadków, a tym bardziej sprawcy.
Noworudzka policja przez następne dni patrolowała ulice, poszukiwała -
według wstępnie zarysowanego profilu zabójcy - podejrzanego mężczyzny w średnim wieku. Technikom udało się zabezpieczyć jedynie niewyraźny ślad
podeszwy butów. Krauze popatrzył na zdjęcie. Bardzo duży. To jedyna
rzecz dająca im namiastkę obrazu sprawcy. Nic więcej. Żadnych śladów
biologicznych czy osmologicznych, żadnych linii papilarnych. Od momentu
śmierci do momentu znalezienia zwłok minęły ponad dwie doby. W tym
czasie spadły trzy centymetry śniegu, co tylko utrudniło pracę oraz
odkrycie innych ewentualnych śladów. Policjanci sprawdzili wszystkich
mieszkańców miasta i okolicy z kartoteką kryminalną, odwiedzili speluny,
knajpy, meliny, bary, przetrząsnęli każdy porzucony budynek, w którym
mieszkali bezdomni i w którym doszło do cięższych przestępstw. Porównali
to morderstwo z innymi rozwiązanymi i nierozwiązanymi sprawami w rejonie, ale trudno było znaleźć jakiś punkt styczny. Wielokrotnie
przesłuchano rodziny obu ofiar oraz bliskich, których udało się
namierzyć. Policjanci sprawdzili komputery zamordowanych.
Nikt ich nie straszył, nikt im nie groził. Nie mieli żadnych długów.
Uchodzili raczej za miłe i pogodne osoby, chociaż Marcina postrzegano
jako zamkniętego w sobie, małomównego, trochę wycofanego. Każdą chwilę
spędzał przy komputerze. A mimo to stanowili zgraną parę. Co do tego
rodzina była zgodna.
- Za moment będzie kawa. I co, podkomisarzu? - zapytał komendant,
wchodząc do pokoju.
- Moje małe uznanie, sporo zrobiliście - powiedział, nie do końca
przekonany, czy powinien prawić mu komplementy. Zwłaszcza po tym, jak
wyglądało ich przywitanie. No ale stało się. Powiedział to na głos i może był to błąd, bo lepiej zachowywać dystans, trzymać ludzi krótko i nie dawać żadnych taryf ulgowych. Tak jak to miał w zwyczaju.
- Miło to usłyszeć od policjanta z Kłodzka. Prawie cztery tygodnie -
rzekł komendant, po czym głośno westchnął. - Tak, cztery tygodnie
nieprzespanych nocy, poszukiwań, wielu narad, wielu przesłuchań. Aż
wreszcie po miesiącu - Rak upił łyk czarnej jak smoła kawy - zjawił się
pan. Niestety sam. Dlatego mam pewne obawy, czy jedna osoba...
- Też mam pewne obawy - przerwał mu - jednak nie w tym sęk, że jestem
sam. Bo tu nie chodzi o liczbę śledczych.
- A o co?
Krauze nie odpowiedział. Milczał, wpatrując się w akta. Liczba
stworzonych na potrzeby śledztwa dokumentów wręcz go przerażała. Znaczną
część z nich znał. Ale chodziło o coś jeszcze. Będzie musiał porozmawiać
z tyloma osobami. Czekało go ponowne sprawdzenie wielu drobiazgów,
przeszukanie bazy danych, przeanalizowanie innych spraw - rozwiązanych i nierozwiązanych, a potem zajrzenie pod każdy kamień w tym mieście.
Trzeba będzie zajrzeć w przeszłość obu rodzin. Znaleźć jakiś niepasujący
element ich poukładanego życia.
Tak, niepasujący element poukładanego życia, powtórzył w myślach. Na tym
polegało szukanie motywu zbrodni - momentu pęknięcia w dotychczasowym
życiu wielu ludzi. Czasami było to o jedno słowo za dużo, które zrodziło
lawinę niespodziewanej agresji. Impuls zmuszający kogoś do sięgnięcia po
broń. Lub po zwykłe narzędzie, coś, co akurat było pod ręką. Czasami był
to przypadek; pojawienie się w niewłaściwym miejscu lub czasie. Innym
znów razem, przeciwnie - morderstwo planowane tygodniami. Bez względu na
rodzaj zbrodni śledczy badali każdy jej aspekt, porównywali jedną
zbrodnię z innymi, by sprawdzić, czy mieli już z czymś podobnym do
czynienia.
Jak było w tym przypadku? Śledczy uznali, że tę sprawę należało
potraktować indywidualnie.
Spojrzał w dokumenty, potem jeszcze raz na zdjęcia obu ofiar.
Zastanawiał się, z jakiego typu zbrodnią miał do czynienia. Z kim lub
czym przyjdzie mu się zmierzyć? Czy to będzie walka na czas,
przebiegłość, siłę? Niezależnie od odpowiedzi podejrzewał, że czeka go
prawdziwe wyzwanie, choć w tej samej chwili przypomniał sobie, co
niedawno powiedział - że rezerwuje hotel na trzy dni. Uznał wtedy, że
tyle czasu mu wystarczy na rozwiązanie sprawy. Grubość akt podpowiadała
mu nieśmiało, że może się pomylił.
No i dochodził do tego jeszcze jeden aspekt. Nigdy wcześniej nie
pracował w innym mieście z obcymi ludźmi, których nie znał. Nie miał
pojęcia, jakie mieli doświadczenie i umiejętności, czy może na nich
liczyć, ale wiedział, że to na nim skupi się cała uwaga. Cokolwiek
zrobi, to będzie jego decyzja, a więc i odpowiedzialność. I czuł się
poniekąd jak ktoś, kto weźmie na barki cały tutejszy światek
przestępczy, pozna mordę każdego kryminalisty, wdepnie w każde
śmierdzące gówno, byle tylko poruszyć to miasto.
Byle zmusić je do mówienia.
Za wszelką cenę.
Ale nie odpuści. Był człowiekiem, który nigdy nie odpuszcza. Walczy do
upadłego. Aż się wykończy psychicznie lub fizycznie. I to nie kwestia
chęci podciągnięcia statystyk policyjnych. On sam nazywał to uporem.
Chwycił akta sprawy, po czym wyszedł bez słowa z komisariatu.
Rozdział 3
3
Wycisnął z blistra trzy tabletki na nadciśnienie i popił kilkoma łykami
mocnej kawy z papierowego kubka, którą kupił na stacji benzynowej, gdy
wracał z komisariatu. Była tak niedobra, że aż nim zatrzęsło z obrzydzenia. Omal nie zwymiotował.
Objechał już drugi raz centrum miasta, przyglądając się przechodniom.
Wszyscy ubrani jednakowo, w całą paletę odcieni szarości, popiołu. Każdy
gdzieś się spieszył. Mieli srogie, zmęczone miny. Jakby codzienność była
obowiązkiem, na który nie mieli ochoty. Jakby życie pełne uśmiechu i radości zostawili za sobą kilkanaście lat temu, a teraz z nieskrywanym
smutkiem dopełniali formalności, by przygotować się na nieuchronną
starość.
Zaparkował i podszedł do odnowionego budynku ratusza. Ładny, zauważył,
ale bez tej nowej żółtej elewacji wyglądałby znacznie lepiej.
Uruchomił w telefonie mapę okolicy oraz samego miasta. Nowa Ruda
otoczona była wzniesieniami, lasami, kopalniami, żwirowniami, fabrykami.
Niektóre były opuszczone, inne wciąż działały.
Ciekawe miejsce, uznał, mimo iż pora roku nie sprzyjała temu, by
dostrzec walory miasta. Był tutaj kilka razy, ostatnio parę lat temu,
zupełnie przypadkiem, gdy jechał z rodziną na wycieczkę.
Nowa Ruda, niewielkie miasto, z dziesiątkami poprzyklejanych do siebie
kamienic, ze starymi poniemieckimi willami, kilkoma kościołami,
poprzecinana wąskimi, krętymi drogami.
A mimo to miasto cierpiało na jakiś kompleks, wciąż tkwiło w głębokiej
nieśmiałości, która sprawiała, że nie potrafiło wyeksponować swoich
zalet, przekuć ich w atrakcje turystyczne, powalczyć z innymi
miejscowościami, pokazać się z innej, lepszej strony.
Popatrzył na kolorowe elewacje kamienic. Fiolety, róże, zielenie,
żółcie. Kuszące szyldy nad sklepami. Wszystko tanio, wszystko wysokiej
jakości. Wszystko na miarę naszych potrzeb.
Na odnowionym Rynku nikogo nie było. Nikt nie siedział na nowych
ławkach. Ludzie pędzili przed siebie, wciskając ręce głęboko w kieszenie
kurtek.
Odnalazł zeznania rodziców dziewczyny. Przekartkował je, przegryzając
przy tym baton proteinowy, aż wreszcie znalazł odpowiedni fragment.
Oboje twierdzili, że Natalia była otwartą, beztroską dziewczyną.
Zarażała wszystkich swoją energią. Ciągle coś robiła, nie potrafiła
usiedzieć w miejscu. W ostatnim czasie szukała lepszej pracy. Jej
marzeniem była wyprowadzka do dużego miasta, najlepiej do Wrocławia.
Chciała - jak mówiła matka - pracować w salonie odzieżowym jakiejś
znanej marki. A potem awansować na menedżera. Wspominała również o pracy
w salonie sprzedaży drogich samochodów. Miała ambicje. Chciała zostać
kimś więcej niż podrzędną sprzedawczynią w nieznanym nikomu sklepiku.
Podobnie mówiła o niej mama Marcina, choć nie znała jej tak dobrze.
Sięgnął po kolejne dokumenty. Przejrzał je.
Wczytał się w informacje o chłopaku, właściwie młodym mężczyźnie.
Doczytał do końca dokument, a potem sprawdził adres matki zamordowanego.
Mieszkała w jednej z kamienic przy ulicy Kościelnej.
- Zwykle nie wierzę w przypadki, wie pan, ale mam przeczucie, że zginęli
przypadkowo. Sądzę, że spotkali na swojej drodze jakiegoś psychopatę,
wariata, który ich... Wie pan - powiedziała ściszonym głosem, robiąc gest
pod brodą, by nie powiedzieć na głos czegoś, co i tak nie chciało
przejść jej przez gardło, po czym zaczęła pociągać nosem.
- Oni nie mogli zginąć przypadkowo, chociaż chciałbym w to wierzyć -
powiedział i popatrzył na swoją rozmówczynię. Ubrana w fioletowy sweter
i spodnie z kancikiem. Za jej plecami znajdował się współczesny rodzaj
meblościanki. Podejrzewał, że wielu mieszkańców kamienicy miało podobne.
W kącie grał stary telewizor, z którego zwisała biała cerata. Na niej
stały jajko wielkanocne oraz baranek cukrowy owinięty przezroczystą
folią. Na ścianie wisiały zdjęcia w ramkach. Na każdym z nich obraz
kochającej się rodziny. Niepełnej. Marcin, jego młodszy brat oraz ich
matka. Nie mieli ojca. Zmarł, gdy chłopcy byli mali. Wiedział to z dokumentów. Zapewne Julian, młodszy brat, nawet go nie pamiętał. Krauze
też nie znał swojego ojca, więc domyślał się, co musieli czuć.
- Więc co? Więc to nie był psychopata?
- Nie słyszałem jeszcze o takim przypadku, żeby ktoś zamordował dwie
osoby w lesie w tak dobrze schowanym miejscu i jeszcze w takich
okolicznościach. Brzmi to nieprawdopodobnie. I to jest nieprawdopodobne.
- Tak nam sugerowali policjanci.
- Nie mieli podstaw, by tak twierdzić.
- Ale powiedzieli.
- Wprowadzili więc panią w błąd.
Kobieta się obruszyła. Pewnie miała już wszystko poukładane w głowie.
Przepracowane. Możliwe, że zaakceptowała tę wersję. I łatwiej było jej
to wszystko znieść.
Trudno, pomyślał, musi ją zburzyć i za jakiś czas zbudować nową wersję
wydarzeń.
- A pan co? Jest pan lepszym policjantem od nich? Oni pracują w pocie
czoła, jeżdżą, pilnują miasta. Pan nawet nie ma munduru. Ma pan jakieś
prawo, by tak mówić? Ma pan jakieś dowody? Jakiś trop? Jakieś tam, te
całe... odciski palców?
Jeśli Krauze nie był czegoś pewien, starał się nie odpowiadać na
pytania. Wielu pewnie uznawało to za arogancję, ale on miał pragmatyczne
podejście do rozmowy. Studził ludzkie zapały. Mówił to, co musiał, lub
to, co wiedział. A czasami po prostu prowokował, by złamać czyjeś
milczenie.
- Od dawna mieszka pani w Nowej Rudzie?
- Od urodzenia.
- Czyli na pewno zna pani wielu mieszkańców tego miasta.
- Za dużo powiedziane, ale faktycznie mam jakiś obraz ludzi, którzy tu
mieszkają.
- To może będzie mogła mi pani pomóc w ustaleniu tego, czy kiedykolwiek
została tutaj popełniona podobna zbrodnia?
- Nie, nigdy. Może kiedyś, w latach siedemdziesiątych, może
osiemdziesiątych. Jak w wielu takich miastach w Polsce. Było tu jak na
Dzikim Zachodzie. Wie pan, kopalnie, fabryki, kamieniołomy. Dawniej to
był przemysłowy region. Pracowało tu mnóstwo ludzi, zwykłych, prostych
mężczyzn. Wyżywali się na sobie. Tu i w okolicach. Ale w ostatnim
czasie... czy ja wiem? Niczego takiego nie kojarzę.
To, co powiedziała, zgadzało się z dokumentacją przygotowaną przez
policjantów. Sprawdzili i porównali popełnione w poprzednich latach
zbrodnie. Łącznie siedem morderstw, w tym pięć w gronie rodziny.
Wszystkie podczas libacji. Każdy ze sprawców odsiadywał wyrok w którymś
z dolnośląskich zakładów karnych. Dwa pozostałe nie były podobne do tego
pod żadnym względem. Zasztyletowanie młodej osoby pod dyskoteką w roku
dwutysięcznym. Trzy lata później drugie - śmierć w wyniku bójki między
dwoma skłóconymi przedsiębiorcami. Niemal każda ich rozmowa kończyła się
awanturą. Podczas jednej z nich doszło do rękoczynów. Właściciel zakładu
mechanicznego chwycił to, co miał pod ręką, i uderzył kluczem francuskim
swojego kontrahenta w głowę. Mężczyzna poniósł śmierć na miejscu.
Sprawca przyznał się do winy, odsiaduje dwudziestopięcioletni wyrok.
Mimo to w Nowej Rudzie i okolicy, wbrew temu, co powiedziała, nie było
jak na Dzikim Zachodzie. Statystyki nie wyglądały aż tak niepokojąco, a to, co działo się kiedyś, przed laty, nie było wyjątkowe. Nie dało się
więc tego morderstwa zestawić i porównać z innymi, na co miał twarde
dowody, a teraz też potwierdzenie kolejnej osoby. Trzeba je traktować
raczej jako osobne wydarzenie, niepowiązane z innymi.
- Czym się zajmował Marcin, gdy nie pracował?
Kobieta popatrzyła na zdjęcie swojego syna i skrzywiła się gorzko, jak
osoba, która wciąż nie pogodziła się z tym, co się stało. Nie dziwił się
jej. Nad takim okrucieństwem nie dało się przejść do porządku dziennego.
To nie była śmierć spowodowana długą chorobą, do której w jakimś stopniu
można się przygotować, tylko brutalne odebranie życia za pomocą
najprostszego narzędzia. Pospolitość tego czynu mroziła i przerażała
jednocześnie. A przecież ludzie często wyobrażają sobie śmierć jako coś
wzniosłego, majestatycznego. Śmierć traktowana jest niczym ukoronowanie
życia, jak coś, co przychodzi wraz z późną starością. Nie wcześniej.
Ludzie wolą i chcą wyobrażać sobie śmierć jako zjawisko z pogranicza
metafizycznej estetyki. Chcą wyobrażać sobie osoby zmarłe jako dostojne
i dlatego, pomyślał ze smutkiem, tak dbają, by nieboszczyk wyglądał w trumnie elegancko, często o wiele piękniej niż za życia; stąd potrzeba
przystrajania świątyni kwiatami, wieńcami. Stąd dbałość o każdy detal
ceremonii pogrzebowej.
Śmierć ma wymiar elegancji i ciszy.
Tak też pewnie Wiesława Derczyńska chciała zapamiętać swojego syna, tak
też chciała to postrzegać. Krauze nie mógł jej tego odebrać.
Przynajmniej nie teraz, podczas ich pierwszego spotkania.
- Lubił książki i filmy, ale nie miał na nie czasu. Jego życiem był
komputer, ma pan rację. Poświęcał mu dużo uwagi, bo udało mu się
osiągnąć to, co udaje się dziś niewielu, połączyć pracę i zainteresowania. Zawsze lubił grzebać w komputerach. Całymi dniami
mógłby się tym bawić. Ale wcale nie miałam mu tego za złe. Marcin miał z tego pieniądze. Widzi pan, on naprawdę nikomu nic złego nie robił. O nie. Proszę mi wierzyć na słowo. Jestem jego matką, więc wiem.
- Może posiadał jakieś nielegalne dane? Może komuś coś wykradł? Słyszała
pani o hakerach?
- Marcin taki nie był. Pracował legalnie.
Guzik to znaczy, powiedział do siebie.
- Nie chciałem, by pani tak pomyślała. Nie oceniam go. Rozważam różne
opcje. Wierzę, że rozmowa z panią ma kluczowe znaczenie. Zapewne znała
go pani najlepiej. - Uznał, że były to słowa, jakie chciałaby usłyszeć
każda matka, i że w ten sposób na pewno przeciągnie ją na swoją stronę.
- Może i tak było - rzekła po namyśle. - Natalia nie znała go tak jak
ja, byli ze sobą tylko od czterech czy pięciu lat. Któż inny zna tak
dobrze syna jak matka. Co nie oznacza, panie policjancie, że wiem, co
się wydarzyło tam na górze. Bo nie wiem. Na razie nikt nie wie. Po co
oni tam poszli? Mało innych gór? Grabina to zdradliwe miejsce. Nasi
miejscowi policjanci powiedzieli, że padli ofiarą szaleńca. Tyle się
mówi w mediach o takich. Słyszał pan o tym potworze w Las Vegas, który
wyszedł na balkon hotelu i zaczął strzelać do ludzi parę lat temu,
zabijając kilkadziesiąt osób? Albo te przypadki, co się wysadzają w powietrze w miejscach publicznych? Albo wjeżdżają ciężarówką w tłum
ludzi? Tak się człowiek nie zachowuje. Tak się zachowuje bestia. Dzika,
bezlitosna. I wiem, że właśnie taka zabiła mojego syna.
Krauze nieznacznie przytaknął. Wczuł się w rytm rozmowy, ale nie
odpowiedział, bo nie było takiej potrzeby. Rozumiał, dlaczego to
powiedziała.
- Czy ich związek był udany?
- Co ma pan na myśli?
- Mam na myśli kłótnie, awantury. Sprzeczali się o coś?
- Nie, raczej nic z tych rzeczy. Byli w siebie zapatrzeni. Poznali się w liceum, ale dopiero po szkole zaczęli ze sobą chodzić. Spędzali razem
dużo czasu. A czy się o coś kłócili? Raczej nie, może o to, że Natalia
bardzo chciała stąd wyjechać. Wkurzało ją, że Marcin trzyma się tego
miejsca. Pragnęła czegoś więcej. Dla niej to miejsce nic nie znaczyło.
Nie znosiła Nowej Rudy. A dla Marcinka było wszystkim. Sprzeczali się o to.
- Może wie pani coś o innych osobach, z którymi mogli być skłóceni?
- Nic nie wiem na ten temat. Już to mówiłam policji.
- I to się zgadza - potwierdził. - Ale muszę mieć pełny obraz całego
zdarzenia. Może przypomniało się pani coś, co wymaga doprecyzowania.
Czasami tak jest, że ludzie sobie coś przypominają, ale nie chcą iść na
policję, bo mają mylne poczucie, że to i tak nie ma żadnego znaczenia.
Dlatego z panią rozmawiam. Upewniam się, że od chwili złożenia zeznań
niczego więcej nie chce pani dodać.
Wiesława Derczyńska namyślała się, ale był to inny rodzaj zamyślenia niż
ten, który zapowiadałby odpowiedź na jego pytanie.
- Rozmawiałam o tym z moim młodszym synem, z sąsiadkami, przegadałam to
chyba z każdym, z kim mogłam. Próbowałam zrozumieć, co się stało.
Próbowałam sobie wyjaśnić, dlaczego mój syn zginął. I nie potrafię
odpowiedzieć na to pytanie. Czuję, jakby Bóg chciał mnie ukarać, zemścić
się za coś...
- Za co?
- No właśnie. Niech mi pan powie, za co? Nie mogę tego zrozumieć ani
pojąć. Niczego złego w życiu nie zrobiłam. Nikogo nie skrzywdziłam. I dlatego jestem przekonana, że mój syn zginął przez przypadek. Każdego
dnia ludzie na świecie giną przez przypadek, proszę pana.
Rozdział 4
4
Dokumenty nie odsłaniały wszystkich kart przeszłości. Na razie były
jedynym nośnikiem informacji o morderstwie, jakim dysponował. Musiał
wyjść poza nie, sięgnąć głębiej.
Zjadł sezamka, potem zapalił papierosa i popatrzył na niski budynek
szkoły pokryty starym tynkiem. Na frontowej ścianie budynku znajdowały
się długie rzędy okien. Odrapane ściany sprawiały wrażenie, jakby
któregoś dnia doliną przechadzał się potężny potwór i szarpał pazurami
wszystko, co spotkał na swojej drodze. Wokół terenu szkolnego stały
maszyny budowlane. Trwał tu remont, ale nigdzie nie widział robotników.
Maszyny nie pracowały. Przykryto je folią. Obok leżały worki z cementem
- pokarmem, którego domagał się obiekt. Jednak nikt nie chciał zaspokoić
jego głodu.
Dziesięć minut później we wnętrzu budynku rozległ się dzwonek, a zaraz
po nim ze środka wybiegł tłum nastolatków. Zacierali ręce z zimna i szli
przed siebie. Wszyscy podobni, choć każdy starał się czymś wyróżniać,
jakby pragnął stworzyć nowy styl. Masa niemal jednakowych twarzy -
ostrzyżonych na młodych gniewnych, naśladujących styl, który podsuwała
im współczesna popkultura. Dziewczyny ze zbyt grubą warstwą pudru, która
miała przysłonić trądzik. Większość zawzięcie szukała czegoś w telefonie. Młodzi udawali ważnych i zajętych. Odpisywali sobie na
wiadomości. Zatapiali się w zalewie graficznych treści, dodawali nowe
zdjęcia na kanały społecznościowe. Nagrywali filmiki na TikToka.
Przesyłali sobie linki do, ich zdaniem, śmiesznych filmów, wysyłali nowe
memy o nauczycielach, nerdach, śmiesznych kotach.
Krauze pstryknął w dal niedopalonym papierosem, splunął najdalej jak
potrafił, przeczesał opadające blond włosy, wyciągnął z kieszeni zdjęcie
i zaczął przypatrywać się młodym osobom. Nie miał pamięci
fotograficznej, ale i tak jedno spojrzenie na czyjąś twarz pozwalało mu
ją zapamiętać na długie tygodnie. Tu miał trudniejsze zadanie. Masa
wylewała się bez końca.
Wreszcie dostrzegł poszukiwaną twarz. Chłopak dopiero przed chwilą
wyszedł z budynku. Krauze zerknął szybko na telefon. Dwa nieodebrane
połączenia. Jedno od Oli, drugie od Igora. Kolega miał teraz robotę przy
włamaniu do biura w jednej z kłodzkich spółdzielni mieszkaniowych. Już
drugim. Wraz z technikami próbował ustalić, kto i dlaczego się tam
włamał. Może to tylko zwykły rabunek? Ale po co, skoro w takich
miejscach nie trzyma się gotówki. Wartościowe były co najwyżej komputery
oraz sprzęt biurowy. Chyba że ktoś chciał zatuszować jakąś aferę. Na
razie było za wcześnie, by wydawać opinię.
Nie spuszczał wzroku z wyrośniętego nastolatka. Chłopak miał na sobie
ocieplaną kurtkę dżinsową z jasnym futerkiem przy kołnierzu oraz czarne
spodnie. Zamiast plecaka torba na ramieniu, na której widniały
nabazgrolone podpisy kolegów. Kadr jak ze starych teledysków rockowych.
- Julian? - zapytał, zachodząc mu drogę.
Chłopak zatrzymał się i popatrzył groźnie na intruza.
- Kim pan jest?
- Policjantem. Jak widać.
- No właśnie nie widać. Wygląda pan jak nauczyciel WF-u. Będzie pan
zastępował tego frajera, który nas tak męczy?
- Jestem z policji. Wtapiam się w tłum i, jak widzisz, robię to
zajebiście dobrze.
- O co chodzi? - zapytał chłopak, wyciągając słuchawkę z ucha.
- Chcę porozmawiać o Marcinie. Prowadzę śledztwo w tej sprawie.
Młody przyjrzał mu się badawczo. Krauze zdawał sobie sprawę, że nie
przypomina typowego śledczego z filmów, które pełniły służebną rolę w kształtowaniu wizerunku policjantów. Bo w nich policjant z kryminalnego
wyglądał jak masywny wielkolud z nieprzyjemnym wyrazem twarzy i przewieszoną na szyi odznaką w czarnym futerale.
- Ile można o tym mówić? Naprawdę nie macie dość? - zapytał, po czym
popatrzył porozumiewawczo na mijających go kolegów. Odmachnął im.
- Kilka metrów stąd mam samochód. Albo pogadamy tam, albo na
komisariacie. Wybieraj.
Młody popatrzył groźniej, ale na Krauzem nie zrobiło to żadnego
wrażenia.
- A czy przypadkiem nie jest tak, że powinien mi pan pokazać jakąś
odznakę? Albo powinienem dostać wezwanie na przesłuchanie? Mieliśmy
kiedyś o tym lekcję. Mówili, żeby nie ufać obcym. A poza tym wiem, jakie
mam prawa. I jakie prawa mają policjanci.
Krauze pokazał mu na odczepnego legitymację.
- Możesz dostać wezwanie. Ale możemy po prostu pogadać i mieć to z głowy. Chcę porozmawiać o twoim bracie. Przyjechałem z Kłodzka, by zająć
się śledztwem. Jeśli mam się teraz srać z zawiadomieniami, to w życiu
nie złapiemy mordercy, który wciąż jest na wolności. Za dużo już
straciliśmy czasu. Jak chcesz, możesz się do tego dołożyć. Nie ma
sprawy. Będziesz to miał na sumieniu.
- Więc nie jest pan stąd? - zapytał i pociągnął nosem. Zadrżał z zimna.
Krauze skinął nieznacznie głową.
- Jak pan chce, ale tylko chwilę. Matka będzie się niecierpliwić. Czeka
na mnie w domu, obiecałem, że się nie spóźnię. Jeśli się nie zjawię,
dostanie zawału. I tak cud, że nie odprowadza mnie do szkoły.
Rozdział 5
5
- Musi pan zrozumieć. Ona wpadła w paranoję. Po tym, co się stało, po
tym, jak zobaczyła Marcina w kostnicy, chyba każdy na jej miejscu
popadłby w taki stan. Dlatego teraz na mnie chucha. Boi się o mnie. Pyta
o każdą pierdołę. Wysyła esemesy co dwie, trzy godziny. Muszę jej
odpisywać, że wszystko okej.
- Źle to zniosła - odparł Krauze i spojrzał w skromne menu obleczone w elegancką oprawę, która wyglądała, jakby grafik przez całe życie
zajmował się projektowaniem okładek prac dyplomowych. A lokal do
eleganckich nie należał. Krauze zamówił sobie kawę, młodemu colę.
- Mało powiedziane. Cały czas to płacze, to się śmieje, potem znów wpada
w jakąś zadumę. I tak ciągle. Bierze leki na uspokojenie. Męczy mnie to,
bo nie wiem, jak się zachowywać. Wie pan, z jednej strony ją rozumiem,
bo sam czuję się podle. I sam się boję. Ktoś zamordował mojego brata. To
straszne, to wszystko jest takie podłe, tak niezrozumiałe, niepojęte,
ale... ona przegina. Nie umie się opamiętać. Czasami mam jej zwyczajnie
dość. Ale to matka, więc muszę znosić jej fochy i dziwne zachowania.
- Jaki był twój brat? - zapytał, uznając, że przyszedł czas na konkrety.
- Spokojny, małomówny. Ale inteligentny. Inteligentniejszy ode mnie. Z matmy, fizyki, informatyki miał zawsze same szóstki. Gdyby taki nie był,
pewnie by go nie wzięli do roboty w tej firmie informatycznej.
- Czym się zajmował? - drążył, choć już sporo na ten temat wiedział.
- Mało się na tym znam. Ja raczej jestem humem. W sensie bliżej mi do
polskiego niż matmy. Mówił mi, co tam robił, ale niewiele rozumiałem.
Ogólnie wiem, że programował. I testował jakieś aplikacje, systemy.
Chyba tak miał nawet wpisane.
- Co wpisane?
- Programista. Widziałem kiedyś jego umowę o pracę. Leżała obok innych
dokumentów.
- Przecież mieszkał z Natalią.
- Tak, ale część rzeczy miał u nas. Dokumenty, jakieś stare świadectwa,
sporo ubrań, w których już nie chodził. Nie dbał o to. Siedział całymi
dniami przy komputerze. Czai pan? To nie był typ porządnego chłopaka,
który ma wszystko na swoim miejscu... Marcin po prostu taki był. Myślami
zawsze nie tam gdzie inni. Gdy się wyprowadził, zabrał tylko część
swoich rzeczy. To, czego potrzebował.
- A jak traktował związek? Nazwałbyś go udanym?
Julian zastanawiał się nad odpowiedzią. Patrzył na Krauzego tak, jakby
rozmawiał z nauczycielem. Głos mu się lekko trząsł, a jednocześnie
sprawiał wrażenie, jakby chciał się komuś wygadać. Może do tej pory nie
miał takiej możliwości.
- Byli ze sobą jakieś pięć lat, mniej więcej. Więc myślę, że poważnie.
Chociaż w ostatnich tygodniach kłócili się. I to ostro.
- O co?
- Nie wiem. Napisał mi na Messengerze, że mają, jak to nazywał, ciche
dni. Nie powiedział, co się stało. Ale ogólnie chyba ją kochał, choć
miałem wrażenie, że często bywał na nią zły.
- Za co?
Julek zaczął się bawić palcami, kilka razy strzelił kośćmi.
- Jak by to powiedzieć - przerwał, by odnaleźć odpowiednie słowa - może
za to, że musiał jej poświęcać czas. Za to, że była, jaka była.
- Czyli jaka?
- Wymagająca. Ciągle chciała coś robić, wyjeżdżać, coś kupować, marzyła
o dużym, nowoczesnym mieszkaniu. Chciała mieć jakiś dobry, luksusowy
samochód. Marcin nieźle zarabiał w tej firmie, więc gdyby się sprężyli,
toby pewnie dostali kredyt. I na mieszkanie, i na samochód, no i w ogóle
na jej zachcianki. Rozumie pan? Różniły ich cele. On prawie na nic nie
wydawał, tylko pomagał nam finansowo, płacił za wiele rzeczy, dawał na
jedzenie, rachunki. A ona chciała zostać panią świata. Widać to było
zwłaszcza w ostatnim czasie.
- Czekaj, czekaj, mówisz, że się wkurzał, bo musiał jej poświęcać czas?
- Tak jakby. On miał dwadzieścia pięć lat, ale był niedojrzały, rozumie
pan? Nie miał poczucia, że jest dorosły, że trzeba odejść od komputera i zająć się bliskimi. Zrobić coś więcej. Przecież nie na tym to polega, by
dawać mamie co miesiąc tysiąc, dwa czy nawet więcej. On żył kompem.
Mógłby spędzać przy nim dużo czasu, nawet cały dzień. Zajmował się nim
od kiedy pamiętam. Potem stało się to jego pracą. Był szczęśliwy, bo
miał wreszcie usprawiedliwienie, by nie odchodzić od klawiatury. No a ona była jego kompletnym przeciwieństwem. Wściekała się, że wydawał na
nas tyle kasy, że kupował mamie meble, zafundował jej kilka wyjazdów do
sanatorium, dawał kasę na lekarzy, leki... A Natalia chciała te pieniądze
mieć dla siebie. Nie wiem, czy potrafię to lepiej wyjaśnić. Kiedy teraz
patrzę na to wszystko, wydaje mi się, że była zachłanna.
- A więc Natalia miała do niego pretensje i o to, jak żył, i o te
wszystkie jej niezrealizowane marzenia? Samochód, własne mieszkanie?
- Tak. A do tego ona była inna. Poza tym wszystkim musiała się jeszcze
wyszaleć. A to koleżanki, a to jakieś dyskoteki. Lubiła to. Żyła w ciągłym biegu. Narty, jogging czy coś innego. Była pod tym względem dość
wymagająca. Złościł się na nią, że tyle od niego chciała. Moim zdaniem
powinna mieć chłopaka... jakiegoś, bo ja wiem, może sportowca, kogoś
bardziej przebojowego, a nie takiego, jak to się mówi, no life'a. Mam
wrażenie, że zaczynało jej to ciążyć. Męczyć. Czai pan?
- Czaję. O coś jeszcze się kłócili?
- Raczej tylko o sposób, w jaki żyli. No i o to, że bardzo chciała się
stąd wyprowadzić. A on nie. Ich związek na tym cierpiał. Czułem to.
Czułem, że między nimi coraz częściej zgrzytało. I że coraz więcej ich
różniło.
- Więc co chciała robić?
- Wyrwać się stąd. Jak większość osób. Ale brat trwał przy swoim. Dobrze
mu tu było. No i miał nas pod ręką.
Krauze potaknął, przykładając rękę do kieszeni, bo poczuł wibrację, a zaraz potem usłyszał muzykę z Terminatora.
- Często się widywaliście?
- Średnio. Zwykle wpadali w co którąś niedzielę na obiad. Wie pan, on
miał swoją pracę, ja szkołę. Ale gadaliśmy przez telefon, czasami
wysyłał mi jakieś śmieszne rzeczy. Rozmawialiśmy więcej przez komórkę
niż w realu.
- A z nią?
- Rzadko. Między nami było parę lat różnicy.
- To nie ma znaczenia. Albo się człowiek lubi, albo nie. Co ma do tego
wiek?
Młody wzruszył ramionami.
- Pisała ci kiedykolwiek o tych kłótniach?
- Nie. O tym wiedziałem tylko od Marcina, ale niechętnie o tym
wspominał. Nie radził sobie z takimi rzeczami. To był mózg komputerowy,
z ludźmi kiepsko mu szło. A Natalia pisała do mnie co jakiś czas: "Co
tam, młody?". Taka luźna gadka, nic poważnego. Zwykle odpisywałem, że u mnie wszystko okej, i rozmowa się ucinała. Podtrzymywaliśmy relacje.
Jako takie.
- A propos, co się stało z ich komputerami?
Julianowi nieznacznie stężała twarz, jakby stał się czujny.
- Chciałem się nimi zająć. Jakiś czas temu poprosiłem jednego z policjantów, aby udostępnił mi ich laptopy. Chciałem się zalogować na
Facebooka i napisać informację, że nie żyją. A potem usunąć konta ich
obojga.
- Nie rozumiem. Ktoś mógłby jeszcze nie wiedzieć o ich śmierci?
- To nie tak. Tutaj każdy wie, że nie żyją, ale pewnie mieli znajomych w innych miastach, miejscowościach. Przecież każdy ma. Uważałem, że
powinienem to zrobić. Czai pan? Chciałem opublikować na ich kontach coś...
jak klepsydry, bo tak się robi, pewnie pan wie. Bo jacyś znajomi z daleka wciąż mogą do nich pisać. A to przypał. Skąd jakiś znajomy, który
wyjechał do Anglii czy Niemiec, ma wiedzieć, że mój brat nie żyje? Albo
ona? Niedługo Natalia będzie miała urodziny. I co? Ktoś jej wpisze na
tablicy na fejsie "Sto lat, spełnienia marzeń"? A ona prawie od miesiąca
nie żyje. Megaprzypał. Potem ktoś to polajkuje i zrobi się straszny
kwas. Wtopa nie z tej ziemi. Chciałem tego uniknąć, rozumie pan.
- I zająłeś się tym?
Młody pokręcił głową. Grzywka opadła mu na oczy.
- Nie dali mi ich. Sprzęt został zarekwirowany. Nie wiem, czy policja
już go sprawdziła, ale chyba nie, skoro go nie dostaliśmy.
Krauze przypomniał sobie, że w aktach była o tym wzmianka, ale nie
widział ekspertyzy w sprawie komputerów. Albo ją przeoczył.
- Poczekaj sekundę - powiedział i oddalił się na odpowiednią odległość.
Wybrał numer komendanta. Rak odebrał po paru sygnałach.
- Słucham?
- Tu podkomisarz Krauze. Po pierwsze, wyświetlił się panu mój numer,
więc proszę go sobie zapisać, bo pewnie często będę do pana dzwonił, a po drugie - powiedział, nie czekając aż tamten przytaknie - gdzie są
komputery Natalii i Marcina?
- U nas.
- Co się teraz z nimi dzieje?
- Leżą w magazynie.
- Bo?
- Bo na razie toczy się śledztwo.
- Są wam potrzebne?
- Raczej nie.
- To czemu ich nie zwróciliście rodzinie?
- Jakieś dwa dni temu, panie podkomisarzu, wysłaliśmy informację, że
mogą je odebrać.
- To jakoś dziwne, że list priorytetowy z Nowej Rudy do Nowej Rudy idzie
tak długo.
- Wysłaliśmy zwykłym poleconym.
- Co?
- Cięcia kosztów, musi pan zrozumieć. Walczę o każdą złotówkę.
- A nie mogliście im ich po prostu zawieźć albo zadzwonić, że mogą po
nie przyjść? - zahuczał wściekle.
- Procedura. Muszę mieć papier.
- No to było im podsunąć pod nos do podpisania protokół
zdawczo-odbiorczy, do jasnej kurwy. Przez takie pieprzenie się wszystko
w tym kraju trwa, jakbyśmy zatrzymali się w dziewiętnastym wieku.
- Będziemy teraz o tym rozmawiać? O procedurach i pieprzeniu się?
- Co ustalił informatyk?
- Żaden informatyk. Oddałem je do aspiranta Kowalewicza. Parę lat temu
chodził do studium informatycznego.
- Czego się dowiedział?
- Sprawdzał zawartość komputera głównie pod kątem nielegalnych treści.
Aplikacje, filmy, muzyka, zdjęcia, tego typu rzeczy.
- I natrafił na coś?
- Nie. Mieli zainstalowane legalne oprogramowanie, legalne gry, to
znaczy Marcin, mnóstwo plików, tysiące wręcz. Nie dało się tego
wszystkiego sprawdzić. Ale wykluczyliśmy motyw o charakterze
informatycznym, więc po całym dniu ślęczenia nad laptopem kazałem mu to
zostawić.
- A co niby oznacza "motyw informatyczny"? Jak mam rozszyfrować ten
arcymądrze brzmiący bełkot?
- No wie pan...
- No nie wiem.
- Jakieś zachowania hakerskie.
- I ten cały Kowalewicz po studium informatycznym ustalił, że do niczego
takiego nie doszło?
- Nie jest.
- Co nie jest?
- Absolwentem. Nie ukończył studium.
Kurwa mać, zaklął w myślach Krauze. Zacisnął z nerwów szczęki tak mocno,
że aż go zabolały zęby.
- Może miał chociaż jakąś pornografię?
- Nic z tych rzeczy.
- Więc co?
- Derczyński był informatykiem. To zrozumiałe, że miał w komputerze dużo
rzeczy. Takich, których my kompletnie nie ogarniamy.
- Więc znajdę kogoś, kto je ogarnie. Przyjadę po komputery. Po oba.
- Będą na pana czekały na komisariacie.