Rozdział 3
Popołudnie spędziłem w mieszkaniu w dzielnicy Sarriá, gdzie malowałem jadalnię na jasnozielony kolor - bogacz z kiepskim gustem potrafi narobić wiele szkód.
Wychodząc z apartamentu, przeszło mi przez myśl, by zabrać ze sobą stojącą na komodzie butelkę, ale każdy syn alkoholika wie, że upijanie się trzy dni z rzędu to fatalny pomysł.
Bezskutecznie próbowałem skontaktować się z rodzicami, którzy byli w podróży rejsem po norweskich fiordach. W odpowiedzi dostałem SMS-a, że tego popołudnia płyną przez obszar bez zasięgu, a wi-fi na statku jest bardzo słabe. Umówiliśmy się na rozmowę o dziewiątej, gdy zacumują w Bergen.
Pozostała mi więc tylko jedna opcja: wrócić do mieszkania i odbyć z Anną jedną z najtrudniejszych rozmów w moim życiu.
Dotarłem na miejsce około siódmej wieczorem, trzymając pod pachą urnę z prochami wuja. Na stole w jadalni znalazłem kartkę: "Myślę, że lepiej będzie, jeśli damy sobie trochę czasu, zanim znów porozmawiamy. Jadę do rodziców".
W trudnych chwilach ludzie często szukają sposobów, by poradzić sobie z emocjami. Moim "lekarstwem" jest dopamina. Łatwiej mi znosić smutki, kiedy ćwiczę. Sześćdziesiąt podciągnięć i sto pompek to mój sprawdzony sposób na poprawę samopoczucia. Postanowiłem więc zebrać siły, przebrać się w strój sportowy i oddać się jedynej aktywności, która mogła przynieść mi ulgę.
Poszedłem do osiedlowego parku z przyrządami do kalisteniki i zacząłem energicznie ćwiczyć. Pozostali ćwiczący, głównie nastolatkowie słuchający głośnego reggaetonu z telefonów, przyglądali mi się ze zdziwieniem i niepokojem. Trudno pozostać niezauważonym, gdy jest się łysym, prawie dwumetrowym mężczyzną o masie osiemdziesięciu ośmiu kilogramów, z czego większą część stanowią mięśnie.
Endorfiny uwolnione podczas ćwiczeń sprawiły, że poczułem się trochę lepiej. Jednak, gdy wróciłem do domu i ponownie przeczytałem liścik od Anny, smutek powrócił.
Po prysznicu przygotowałem sobie litr koktajlu proteinowego z owocami i migdałami. Nie miałem ochoty gotować, a do rozmowy z rodzicami zostało niecałe pół godziny.
Usiadłem przy stole w jadalni i włączyłem laptopa, odsuwając na bok kartkę od Anny i urnę z prochami wuja. Według Wikipedii El Chaltén to miasteczko liczące dwa tysiące mieszkańców, założone w 1985 roku - tym samym, w którym przyszedłem na świat. Argentyna stworzyła je z niczego, aby zakończyć spór z Chile o suwerenność nad tym terenem. Zdjęcia ilustrujące artykuł nie przedstawiały nic nadzwyczajnego - niskie domy na jałowej ziemi, a w tle kilka ośnieżonych górskich szczytów. Przeszedłem do Map Google i włączyłem widok satelitarny. Na wschód od miasteczka rozciągała się brunatna równina, a na zachód - ogromna, biała przestrzeń.
El Chaltén, liczące zaledwie dwadzieścia lub trzydzieści przecznic, leżało u zbiegu dwóch rzek. Zaskakujące było to, że na każdej z ulic mapa pokazywała po kilka lokali gastronomicznych i noclegowych. Miasto sprawiało wrażenie, jakby miało więcej barów, restauracji i hoteli na metr kwadratowy niż Barcelona.
Wypiłem już połowę koktajlu, gdy odkryłem, że El Chaltén założono w samym sercu parku narodowego, co mocno ograniczało możliwości jego rozbudowy. Wysoka wartość ziemi, o której wspominał notariusz, zaczynała nabierać sensu.
Wśród dokumentów znalazłem adres działki, którą przepisał na mnie nieznany wuj: ulica San Martín bez numeru, między ulicami Huemul i Los Cóndores. Kwartał ten był położony przy głównej ulicy miasteczka. W jego lewej części stał jeden z największych budynków w El Chaltén. Google nie podawało, co to za obiekt, więc mogłem tylko zgadywać - szkoła albo wyjątkowo okazała rezydencja. Mój wzrok jednak szybko powędrował na drugą część parceli - pustą, jałową i wyglądającą jak samotna wyspa na oceanie barów i restauracji.
Patrząc na ten pusty prostokąt ziemi na końcu świata, dopiłem resztę mojego napoju.
Ile kosztował bilet do Argentyny? Szybko to sprawdziłem: osiemset euro w obie strony, bez jedzenia i bagażu. Krzykliwy czerwony baner reklamował wprawdzie ofertę za czterysta, ale tylko przy rezerwacji w ciągu sześciu godzin. Na koncie miałem tysiąc pięćset euro, z czego wkrótce potrącą mi trzysta euro tytułem składki na ubezpieczenie społeczne. Lepiej poczekać na wypłatę ośmiu tysięcy - minus wydatki i podatki - o których mówił mi notariusz.
Sygnał przychodzącego połączenia wideo wyrwał mnie z rozmyślań. Odebrałem. Na ekranie pojawiło się ucho matki i podwójny podbródek ojca.
- Odsuńcie trochę telefon, bo was nie widzę.
- A teraz?
- Lepiej. - Widziałem po jednym oku każdego z nich. - Jak tam w Norwegii? Zmarzliście?
- Ależ skąd. Mamy cudowną pogodę. Czasem kropi lekka mżawka - odpowiedziała moja matka.
- A jak kuchnia na statku?
- Ujdzie - mruknął ojciec. Matka pokręciła głową.
- Ci ludzie jedzą ziemniaki cały dzień! - zaprotestowała. - Ale cóż, na frykasy zostalibyśmy w domu.
Słysząc to ktoś mógłby pomyśleć, że moja matka jest świetną kucharką. I przeliczyłby się sromotnie. Biedaczka ma fobię na punkcie noży. Dosłownie. Nazywa się to aichmofobia i zawsze była jej wymówką, tłumaczącą brak kulinarnego talentu. W domu jadaliśmy dobrze, fakt, ale to zasługa ojca.
- Poznaliśmy bardzo sympatyczną parę z Sewilli, która też mieszka w Barcelonie - dodała matka. - A wczoraj jedliśmy kolację z kapitanem. Nie masz pojęcia, jaki to elegancki mężczyzna. Przystojniak, z klasą. W dodatku bardzo miły.
- Skąd wiesz, że miły, skoro nic nie mówił?! - oburzył się ojciec. - Facet nie znał ani słowa po hiszpańsku, kobieto.
- Za to ty norweski opanowałeś perfekcyjnie - wtrąciłem.
Ojciec uśmiechnął się, obnażając idealne, sztuczne uzębienie. Prawdziwe zęby stracił w wypadku samochodowym, jadąc z Barcelony do Bilbao, jeszcze przed moimi narodzinami.
Mama też się uśmiechała. Widać było, że są szczęśliwi. To był ich pierwszy wspólny wyjazd od dawna. Od miesiąca miodowego na Wyspach Kanaryjskich nie mieli zbyt wielu okazji do podróżowania, nie z braku pieniędzy, lecz czasu, którego wiecznie brakowało mojej matce, odnoszącej sukcesy pani architekt.
Ojciec miał go aż nadto. Po latach pracy w budowlance przeszedł na emeryturę w wieku sześćdziesięciu lat z powodu problemów z sercem.
Rzadko udawało mu się przekonać matkę, by nie odkładać wszystkiego na później. Ale gdy się uparł, ruszali w podróż, tak jak teraz, w rejs po krajach nordyckich.
Było mi przykro, że muszę poruszyć temat zmarłego wujka w trakcie ich urlopu.
- Słuchaj, tato, mam pytanie. Czy ty masz brata?
Zesztywniał. Gdyby nie poruszająca się matka, pomyślałbym, że połączenie się zawiesiło.
- Czemu pytasz o to teraz, synu?
- Przepraszam, że pytam w takiej chwili.
- Mam brata, ale od lat nie utrzymujemy kontaktu.
- Czy musimy o tym rozmawiać teraz, przez to urządzenie? - obruszyła się matka. - Nie możesz poczekać z tym do naszego powrotu, Juliánie?
- Nie, mamo. Właśnie zadzwonił do mnie notariusz z informacją, że Fernando Cucurell zmarł cztery miesiące temu, a ja jestem jego jedynym spadkobiercą.
Ojciec pogłaskał się ręką po łysej głowie i utkwił wzrok ponad telefonem. Domyśliłem się, że wyglądał przez okno kajuty.
- Uspokój się, kochanie - powiedziała do niego.
Zamilkliśmy na kilka sekund. Matka głaskała znieruchomiałego ojca po ramieniu, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Gdzie zmarł Fernando? - zapytał w końcu ojciec.
- W Barcelonie.
To wstrząsnęło nim jeszcze bardziej.
- Jak zmarł?
- Potrącił go samochód. Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałeś, tato?
- Ostatni raz widzieliśmy się przed twoimi narodzinami.
- Ale on wiedział o moim istnieniu. W 1992 roku, gdy miałem siedem lat, sporządził testament na moją rzecz.
- Bo ja mu powiedziałam - wtrąciła matka ku zaskoczeniu ojca.
- Wkrótce po twoim przyjściu na świat spotkałam go na spacerze. Byłam wtedy z tobą, spałeś w wózku. Powiedziałam mu, że został wujkiem.
Ojciec wciąż milczał.
- Nie rozmawialiśmy długo. On był z jakąś kobietą, a ja z koleżanką. Dałam mu nasz numer telefonu, ale nigdy nie zadzwonił.
- Nawet nie wiedziałem, że mieszkał w Barcelonie - wyszeptał ojciec łamiącym się głosem.
- Myślałeś, że przebywa w Patagonii?
- W Patagonii? O czym ty mówisz, Juliánie?
- Główna część spadku to działka w miasteczku El Chaltén na południu Argentyny. Akt własności pochodzi z 1988 roku.
Rodzice popatrzyli po sobie, jakbym przyznał się do adopcji zielonego psa.
- Czemu nigdy nie powiedziałeś mi o swoim bracie, tato? - zapytałem najuprzejmiej, jak umiałem.
- Synu, nie wydaje ci się, że to mało odpowiedni moment, aby zadawać ojcu takie pytania?
- To moment jak każdy inny. Jeśli przez trzydzieści pięć lat nie znaleźliście okazji, by mi o tym powiedzieć, to dlaczego nie teraz?
Ojciec otarł łzy z kącików oczu.
- Porozmawiamy o tym, gdy wrócimy do Barcelony. Dziękujemy, że nas powiadomiłeś. Zrobiłeś, co należało.
Zanim zdążyłem cokolwiek dodać, ojciec zakończył połączenie.