Rozdział II
Musisz się tym zająć, Hanka!
Oznaczona numerem dziewiętnastym posesja przy ulicy Buczka to duża, pięciopiętrowa kamienica w pobliżu Placu Odrodzenia. Na parterze są dwa sklepy i piwiarnia, a od podwórza mieści się prywatna piekarnia. Frontowa klatka schodowa tej kamienicy ma szerokie schody z białego marmuru, tu i ówdzie nadgryzione zębem czasu. Drzwi prowadzące do mieszkań mają przemyślnie kute w mosiądzu klamki. Dzwoni się do mieszkań, podnosząc metalowy wieniec trzymany w pysku przez lwa. Sufity mieszkań, jak i klatki schodowej, zdobne są gipsowymi stiukami.
To wszystko świadczy, że dom ten budowano pod koniec dziewiętnastego wieku, w epoce panowania stylu zwanego secesją, a przeznaczono go na lokale dla bogatego kupiectwa i lepiej zarabiającej klasy urzędniczej.
Stosunkowo bez większego szwanku dom przetrwał burzę wojenną. Od czterdziestego piątego roku zapełnił się nowymi lokatorami - od parteru aż po dach. Tutaj właśnie, na czwartym piętrze, w mieszkaniu przerobionym później z pięciopokojowego lokalu, mieszkała w pokoju z kuchnią pani Wróblewska, wdowa pa aptekarzu, wraz z córką, Hanką.
Tutaj też do dużego mieszkania na pierwszym piętrze wprowadził się w dwa lata po wojnie inżynier Józef Legat. Najpierw pracował w jakiejś spółdzielni, a kiedy ruszyła odbudowa stoczni "Wulkan", tam się przeniósł. Inżynier był widocznie dobrym fachowcem i miał głowę na karku, bo szybko awansował i po paru latach został kierownikiem jednego z óddziałów produkcyjnych stoczni. Zarabiał dobrze, a nawet uchodził za bogatego człowieka. Przed czterema laty kupił sobie auto - czerwonego wartburga.
Legatowie mieli trójkę dzieci. Kiedy najmłodszy synek skończył siedem lat i poszedł do szkoły, Janina Legatowa wróciła do pracy. Podobnie jak jej matka, była ona nauczycielką. Wykładała matematykę w pobliskim liceum.
Zarówno Hanka, jak i cała jej paczka, skończyła wprawdzie inną szkołę, ale nietrudno o znajomość w jednej kamienicy, zwłaszcza przy chodzeniu tymi samymi schodami. Legatowie byli zresztą bardzo mili i gościnni. Kiedy przed paru laty kupili telewizor - bodaj pierwszy w całym domu - często zapraszali do siebie sąsiadów. Później, gdy na dachach szczecińskich kamienic pojawiło się coraz więcej anten telewizyjnych, te sąsiedzkie wizyty ustały. Z jednym wyjątkiem, bo Hankę nadal zapraszano do domu Legatów i chętnie korzystała z tych zaproszeń. Wydatek na telewizor, nawet kupiony na raty, przekraczał, zdaniem pani Wróblewskiej, jejmożliwości finansowe.
Łucja Rosińska, matka Legatowej, była nauczycielką w pobliskim Goleniowie, gdzie również mieszkała. W ubiegłym roku przeszła na emeryturę, ale mimo zaproszeń córki i zięcia wcale nie kwapiła się do tytułu i obowiązków babci. Nie chciała być, jak mawiała, na łaskawym chlebie córki. Wolała samodzielność. Pozostała więc nadal w swojej szkole w Goleniowie, a tylko ograniczyła ilość godzin pracy. Dlatego też częściej niż przedtem przyjeżdżała do Szczecina w odwiedziny do wnuków.
Tego dnia, w sobotę osiemnastego listopada, Łucja Rosińska nie miała wykładów w szkole, więc już rano zjawiła się w Szczecinie. Wiedziała, że w mieszkaniu nikogo nie ma. Oboje Legatowie w pracy, a dzieci w szkole. Stała sprzątaczka, Maria Popiela, przychodzi tylko dwa razy w tygodniu: we wtorki i piątki. Wobec tego Rosińska poszła do córki, do liceum.
Matka widziała się z córką w czasie pauzy, tuż przed godziną dziesiątą. Pani Janina dała mamie klucze i prosiła ją o załatwienie kilku sprawunków. Lekcje w tym dniu kończyła o drugiej, umówiła się więc z matką, że najpóźniej wróci do domu o pół do trzeciej. Po drodze miała wstąpić do świetlicy szkolnej po najmłodszego synka. Starsze dzieci kończyły zajęcia po drugiej. Zresztą każde z nich miało swoje klucze.
Kiedy zgodnie z umową Janina Legatowa dwadzieścia minut po drugiej otworzyła drzwi do swojego mieszkania, ujrzała straszny widok.
Oto w długim korytarzu, pod drzwiami łazienki, na posadzce leżała Łucja Rosińska. Głowę miała dziwnie podkurczoną. Na podłodze przy ciele wielka kałuża krwi.
Legatowa z przeraźliwym krzykiem wybiegła na klatkę schodową. Na alarm zbiegli się sąsiedzi. Ktoś zaopiekował się bliską omdlenia kobietą. Ktoś inny zadzwonił po milicję i pogotowie ratunkowe. Nie upłynęło i dziesięć minut, jak przed domem stanął milicyjny radiowóz. Po nim zjawiła się karetka pogotowia.
Niestety lekarz nie miał tu nic do roboty. Mógł stwierdzić jedynie zgon. Jego kolega-lekarz milicyjny, który zjawił się razem z ekipą śledczą, ustalił, że śmierć nastąpiła najwcześniej przed godziną jedenastą trzydzieści, a najpóźniej o trzynastej. Powodem śmierci był cios w tył czaszki, zadany jakimś ciężkim metalowym przedmiotem. Prawdopodobnie łomem lub kawałkiem rury. Przy tej sile uderzenia zgon musiał nastąpić bezpośrednio po ciosie. Napad zaskoczył ofiarę, bo nic nie świadczyło o tym, aby w przedpokoju rozegrała się walka między kobietą a jej mordercą.
Prawdopodobnie, tak ustaliły oględziny milicji, Rosińska przyszła do mieszkania nieco przed napadem. Świadczyły o tym paczki leżące w kuchni na stole i palto wiszące w przedpokoju na wieszaku. Bandyta zapewne zadzwonił i pod jakimś pretekstem wszedł do mieszkania. Korzystając z chwili nieuwagi, zadał morderczy cios, a potem splądrował cały lokal.
Mieszkanie przedstawiało opłakany widok. Jak gdyby szalał w nim huragan. Zawartość wszystkich szaf poniewierała się na podłodze. Nawet obrusy i ścierki, znajdujące się w szufladach dużego kredensu, wyrzucone zostały na posadzkę. Zamknięte na klucz szuflady biurka bandyta wyłamał siekierą, którą znalazł w kuchni. Zawartość szuflad także powędrowała na podłogę. Rabuś, rozwścieczony widocznie tym, że nie może znaleźć łupu, podarł i zniszczył część dokumentów, znajdujących się w biurku.
Nie darował też i książkom. W pokoju inżyniera Legata stały dwa duże regały wypełnione zarówno fachową literaturą, jak i beletrystyką. Teraz wszystkie te książki poniewierały się na wielkim stosie wysokości przeszło metra. Wiele z nich wyrwano z okładek. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że panoszył się tu nie tylko morderca i złodziej, ale również i wandal. Po co zbił lustro w toaletce i dlaczego cenny obraz Masłowskiego wyrwał ze złotych ram, aby rzucić płótno pod stół i rozbić oprawę?
Ochłonąwszy nieco ze strasznego przeżycia, Janina Legatowa zatelefonowała do męża. W kilkanaście minut potem inżynier przyjechał taksówką. Mógł do tragedii morderstwa dodać jeszcze i poważną stratę materialną. Oto przed tygodniem sprzedał swojego wartburga. Całe pieniądze - przeszło osiemdziesiąt tysięcy złotych - schował do jednej z książek stojących na półce. Tradycyjny męski schowek. Panie uważają, że ich skarby najbezpieczniejsze są w szafie, na półce pod bielizną. Toteż doświadczeni, złodzieje szukają gotówki i biżuterii tylko w tych dwóch miejscach - w książkach i pod bielizną. Rzadko kiedy spotyka ich zawód. Inżynier Legat miał właśnie kupić nowe auto. Uważał więc, że na kilka dni nie warto powierzać pieniędzy PKO. Teraz nie stanowiło to problemu. Pieniądze zniknęły razem z mordercą.
Napastnik nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Widocznie operował w rękawiczkach. Nikt też z mieszkańców dużej kamienicy nie spostrzegł nikogo obcego, kto by wchodził do domu. Milicja ustaliła jedynie, że pani Rosińska weszła do mieszkania po godzinie jedenastej. W tym bowiem czasie na schodach spotkała ją żona piekarza. Akurat schodziła z drugiego piętra do męża, do piekarni mieszczącej się w suterenie, i niosła mu dzbanek kawy. Jeden z pracowników piekarni potwierdził, że "szefowa" weszła do zakładu czterdzieści minut po jedenastej. Pamięta to dobrze, bo właśnie spojrzał na zegarek i przypomniał sobie, że rano go nie nakręcił.
Milicja próbowała również znaleźć jakiś ślad, pytając Legatów, kogo ewentualnie oni podejrzewają o zbrodnię i rabunek. Nie umieli odpowiedzieć. Wśród mieszkańców kamienicy wszyscy byli, jak to się mówi, "porządnymi ludźmi". Nic tu nigdy nie zginęło. Jedyna obca osoba w domu, Maria Popiela, sprzątała to mieszkanie od przeszło ośmiu lat. Nieraz na wierzchu leżały i pieniądze, i biżuteria. Nigdy nie zginął najmniejszy drobiazg.
Niemniej milicja natychmiast odszukała i przesłuchała Marię Popielę. Na wiadomość o wypadku biedna kobiecina aż się rozpłakała. Bardzo bowiem lubiła matkę swojej pani. Sprzątaczka miała niezbite alibi. Tego dnia pracowała od ósmej rano aż do trzeciej po południu w pewnym mieszkaniu przy ulicy Jagiellońskiej. Jak stwierdzili właściciele tego lokalu, w tym czasie Popiela ani na moment go nie opuściła. Milicja sprawdziła też, że Mieczysław Popiela, mąż sprzątaczki, zatrudniony jako hydraulik w Rejonie Administracji Domów, pracował w tym dniu normalnie. Od siódmej rano wymieniał pękniętą rurę w piwnicy domu przy ulicy Mazurskiej. Praca ta zajęła mu cały dzień.
Kto wiedział, że inżynier Legat sprzedał swój wóz i może w domu posiadać większą sumę gotówki?
Tu sprawa była zupełnie otwarta. Wprawdzie inżynier nie chwalił się tym, ale też nie ukrywał sprzedaży czerwonego wartburga. Poza tym wóz znikł z garażu znajdującego się na podwórku kamienicy. To musiało zauważyć wiele osób, zwłaszcza młodzież. A skoro wiedziały dzieci, wiedzieli i rodzice.
Ponadto inżynier Legat zwierzał się swoim przyjaciołom z zamiaru kupienia innego auta. Radził się ich, jaki wóz kupić w miejsce wartburga. Rozmowy z pewnym właścicielem samochodu renault były już dość daleko posunięte. Tak więc grono osób orientujących się w transakcji było spore i, co gorsza, trudne do ustalenia. Zdawało się zresztą, że ci ludzie są poza wszelkimi podejrzeniami.
A jednak fakty temu przeczyły. Morderca doskonale wiedział o gotówce, jaką inżynier rozporządzał po sprzedaży samochodu, i wyraźnie jej szukał. Świadczyło o tym przede wszystkim to, że z mieszkania nie wzięto żadnych innych cennych rzeczy, chociaż były tam i wartościowe srebra, i w szafie wisiało futro pani domu. Bandyta miał w ręku i rzucił na podłogę kupon angielskiego materiału, który niedawno inżynier kupił od znajomego marynarza. Zabił, bo wiedział że w mieszkaniu schowano gdzieś większą gotówkę. Szukał jej i znalazł. Nic innego poza pieniędzmi nie budziło jego zainteresowania.
Jedno było tylko zastanawiające. Mieszkanie, jak i inne w tej kamienicy, miało łańcuch. Trudno sobie wyobrazić, żeby Rosińska, osoba już starsza, otworzyła drzwi bez zachowania środków ostrożności i wpuściła napastnika do środka. Raczej najpierw założyłaby łańcuch i uchylając drzwi, prowadziła rozmowę przez szparę. Ale drzwi wejściowe nie nosiły żadnych śladów uszkodzeń. Świadczyło to, że matka pani domu wpuściła do mieszkania osobę sobie znaną lub taką, która musiała budzić jej zaufanie. Mógł to być na przykład listonosz albo inkasent elektrowni, a nawet...milicjant. Albo ktoś, kogo zmarła znała osobiście i do kogo miała pełne zaufanie.
Co do listonosza sprawdzono, że jak zwykle przyniósł on pocztę około godziny dziesiątej. Miał kilka listów poleconych, więc ustalenie godziny jego pobytu w kamienicy przy ulicy Buczka pod dziewiętnastym nie przedstawiało najmniejszych trudności. Również wyjaśniono, że doręczyciel listów normalnie obszedł cały swój rejon. A przecież spustoszenie w mieszkaniu było jednocześnie dowodem, że napastnik przebywał w nim co najmniej godzinę. I chyba bardzo musiał się śpieszyć, aby dokonać takiego pogromu. A więc, jeżeli nawet przyjąć, że Rosińska wpuściła go w kilka minut po przyjściu do mieszkania córki, to jest około godziny jedenastej minut trzydzieści, opuścił dom najwcześniej przed godziną pierwszą po południu. Tyle wolnego czasu listonosz nie mógłby wykroić z obchodu swojego rejonu, żeby milicja nie zdołała tego ustalić.
Inkasent z gazowni i elektrowni. Tu przede wszystkim nasuwało się pytanie, czy jego wizyta w listopadzie nie wzbudziłaby od razu nieufności pani Rosińskiej? W tej dzielnicy miasta kontrolowano liczniki w miesiące parzyste. Poza tym stwierdzono, że tego dnia inkasent pracował w zupełnie innej części miasta i wiele osób to poświadczyło. A więc i on odpadł.
Dozorcą domu była starsza już kobieta, zresztą wywiązująca się ze swoich funkcji lepiej niż niejeden młody mężczyzna. Czy dozorczyni byłaby zdolna do zadania tak piekielnie silnego ciosu? Nie ulega wątpliwości, że nie. Wszystko wskazywało, że zabójcą jest mężczyzna.
Milicja opuściła dom przy ulicy Buczka dopiero późnym wieczorem. Przesłuchiwano wszystkich lokatorów. Niektórych nawet dwukrotnie. Interesowano się stałymi bywalcami piwiarni i klientami obu sklepów - spożywczego i drogerii. Niemniej, po powrocie do Komendy Miasta, porucznik Roman Widerski musiał zameldować swojemu przełożonemu, że plon jego pracy równy jest zeru.
Wprawdzie Hanka, która swojej "paczce" zrelacjonowała przebieg zdarzeń tragicznego dnia, nie była przy rozmowie porucznika ze "starym", ale wysnuła trafnie wnioski, że milicja nie rozporządza żadnymi śladami, które pozwoliłyby na szybkie odnalezienie mordercy.
- Prędzej czy później będą go mieli - stwierdził Stach.
- Gdyby wziął z mieszkania coś poza pieniędzmi, to mógłby wpaść - zaoponował Zygmunt - ale skoro wziął jedynie forsę, to mu niczego nie dowiodą. Pieniądze są do siebie podobne. Gdyby nawet u faceta znaleźli osiemdziesiąt tysięcy złotych, to w jaki sposób udowodnią mu, że ta gotówka pochodzi z ulicy Buczka? Ten bandzior to cwaniak dużej klasy. Dlatego nie połakomił się ani na rzeczy kosztowne, ani na takie, które mogłyby go kiedyś zdemaskować.
- Łapią i cwaniaków. Większych od tego - Stach w przeciwieństwie do Zygmunta miał bardziej pozytywną opinię o pracy służby śledczej.
- Nie ich łapią, tylko oni sami dają się złapać. Każdy robi jakiś błąd i w rezultacie wpada. A ci, którzy nie popełniają błędów, chodzą na wolności.
- Bardzo mi żal pani Rosińskiej. Taka miła starsza pani. Że też musiało ją to spotkać. Kiedy dowiedziałam się o tym, nie mogłam powstrzymać łez. I pomyśleć, że mogłam przechodzić koło drzwi państwa Legatów wtedy, kiedy morderca popełniał swoją zbrodnię.
- Ty?! - wykrzyknęła Elżbieta.
- Miałam zdawać kolokwium o dwunastej, więc wyszłam z domu po jedenastej. A może nawet pół do dwunastej. Do Akademii mam zaledwie dziesięć minut drogi. Egzamin trwał niecałą godzinę. Około pierwszej byłam z powrotem.
- Nikogo nie widziałaś?
- O to samo wypytywała mnie milicja. Nic nadzwyczajnego nie zauważyłam. Nic też nie słyszałam przechodząc koło drzwi na pierwszym piętrze.
- Przecież kiedy tłukł lustro od toaletki, to narobił hałasu.
- Tego i tak nie byłoby słychać na klatce schodowej. U nas mieszkania mają grube ściany. Poza tym najpierw jest duży, długi przedpokój. Z niego wchodzi się do łazienki, tuż przy samym wejściu. Dalej, po lewej stronie, jest niewielki pokoik, zaś po prawej drugi, znacznie większy. Na drugim końcu korytarza drzwi na wprost wejścia prowadzą do dużego, przejściowego pokoju. Dopiero stamtąd wchodzi się do sypialni państwa Legatów, gdzie właśnie stoi toaletka. Ze schodów nie można usłyszeć, co dzieje się w sypialni, nawet głośnego brzęku szkła.
- A te książki, gdzie schowane były pieniądze?
- Inżynier ma swój gabinet w małym pokoju przy łazience. Tam pod ścianą znajdują się dwa regały. Poza tym stoi biurko, jakiś stoliczek i parę foteli.
- A telewizora nie potłukł?
- Nie.
- To jakiś oblatany gość - zauważył Mietek, który studiował na wydziale łączności Politechniki Szczecińskiej. - Wiedział, że lampa kineskopowa eksplodowałaby z hukiem armaty i mogłaby porządnie go pokaleczyć.
- Pamiętasz, Hanka - przypomniał Jaś - jak w ósmej klasie złapałaś złodzieja, który kradł palta w szatni?
- To nie ja złapałam, to woźna.
- Woźna złapała, ale ty poddałaś pomysł, żeby ukryć się w ramie wieszaka i umówiłaś się z woźną, w jaki sposób zasygnalizować, kiedy złodziej będzie wychodził z paltem. Jeżeli dobrze sobie przypominam, wisiałaś na tym wieszaku coś ze trzy godziny.
- Chyba nawet parę dni z rzędu - zauważyła Krysia. - Bardzo jej wtedy zazdrościłam, że ja muszę siedzieć na lekcjach, a ona nie.
- Tylko dwa dni czatowałam na złodzieja - sprostowała Hanka - i wcale nie po trzy godziny. Tam dyżurowały i inne dziewczynki z sąsiednich klas.
- Ale pomysł był twój. Temu nie zaprzeczysz.
- Pomysł był stosunkowo prosty. Ponieważ złodziej dostawał się do szatni tylko wtedy, kiedy nikogo tam nie było, należało urządzić zasadzkę tak, aby jej nie spostrzegł. Niewielka w tym moja zasługa.
- Ale gdybyś teraz wykryła mordercę pani Rosińskiej, to byłaby dopiero sensacja. Już widzę te tytuły w gazetach:
"Dzielna medyczka demaskuje mordercę". Albo: "Hanka Wróblewska, studentka medycyny, najlepszym detektywem Szczecina" - śmiał się Zygmunt.
- Musisz się tym zająć, Hanka! - stwierdził Mietek.
- Ja? Dlaczego? Przecież od wykrywania morderstw jest milicja - Hankę speszyły słowa Mietka.
- Koniecznie, Haniu - wszyscy poparli wnioskodawcę.
- Ale głupstwa mówicie.
- To nie są wcale głupstwa - przekonywał dziewczynę Mietek -masz przecież w tym kierunku zdolności. Najlepiej tego dowodzi historia ze złodziejem w szatni. Niby to było proste, ale nikt prócz ciebie nie wpadł na ten pomysł. Poza tym mieszkasz w domu, w którym popełniono przestępstwo. Znasz dobrze zarówno państwa Legatów, jak i pozostałych lokatorów kamienicy. Rozmawiając z nimi dowiesz się więcej, niż może dowiedzieć się milicja. Inaczej rozmawia się z milicją niż z przystojną córką sąsiadki.
- Dziękuję za przystojną. Cieszę się, że po piętnastu latach znajomości zdołałeś to w końcu zauważyć.
- Ty sobie kpisz, a ja mówię zupełnie poważnie.
- Też sobie wymyśliłeś. Nawet gdybym zgodziła się zająć tą sprawą, to niczego nie zrobię bez wiedzy i zgody milicji.
- Ależ nie musisz rozwiązywać tej zagadki bez zgody milicji. - Zygmunt również zapalił się do projektu Mietka. - Przeciwnie, idź jutro do komendy i zaproponuj im naszą pomoc.
- Naszą? - zdziwił się Jaś.
- Przecież w razie potrzeby wszyscy będziemy Hance pomagali - poważnie oświadczył Zygmunt.
- O tak - przytaknęła Elżbieta. - Gdyby potrzeba było kogoś śledzić, możesz, Haniu, na mnie liczyć.
- Zwłaszcza jeżeli to będzie jakiś przystojny chłopak dodał - Mietek.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.