Rozdział 4
Dowiedziawszy się, że planowane spotkanie się nie odbędzie, Rozie, wykazując się właściwym dla siebie praktycyzmem, wykorzystała wolną chwilę, by zgodnie z sugestią sir Simona odwiedzić Royal Collection Trust. Dzień był słoneczny i pomyślała, że trochę ruchu dobrze jej zrobi. Poza tym miło będzie odhaczyć sprawę obrazu królowej z listy zadań.
Wyszła boczną bramą niedaleko biura i żwawym krokiem przemierzyła plac z pylącego się różowego asfaltu. Po drodze wyminęła czarną taksówkę i paru turystów na wypożyczonych rowerach miejskich. Powietrze było ciepłe, na błękitnym niebie unosiły się blade obłoczki. Rozie poszła wzdłuż Green Park, minęła Clarence House - wysoką białą kamienicę, w której zatrzymywał się książę Karol podczas pobytów w Londynie. Tuż za nią znajdował się cel jej wyprawy - pałac św. Jakuba.
Ten kompleks budynków reprezentował zupełnie inny styl architektoniczny - wzniesiony przez Tudorów przysadzisty gmach z czerwonej cegły był znacznie starszy od otaczających go budowli. Sir Simon, będący pasjonatem historii, opowiadał Rozie różne anegdotki związane z tym miejscem. Jej ulubiona dotyczyła księcia Jakuba, syna Karola I Stuarta, który został tu uwięziony przez Olivera Cromwella. Chłopiec uciekł, posłużywszy się sprytnym fortelem - wykorzystał zabawę w chowanego, w którą grał ze swoimi strażnikami. Za każdym razem młody książę chował się coraz skuteczniej. Wreszcie pewnego dnia użył podwędzonego wcześniej klucza, otworzył nim bramę ogrodową i dał drapaka. Zanim zorientowano się, że czmychnął, był już daleko - w połowie długości Westminsteru. Zbiegł aż do Francji. Zdaniem sir Simona to właśnie z pałacu św. Jakuba poprowadzono Karola I Stuarta na szafot w Whitehall, przy czym zawsze podkreślał, będąc niepoprawnym romantykiem starej daty, że ubrano go w trzy koszule, aby nie trząsł się z zimna, a tym samym nie sprawiał wrażenia, że się boi.
Rozie znalazła wejście dla personelu wiodące do budynku przy Stable Yard. Próbowała rozgryźć pewien problem, który od dawna nie dawał jej spokoju. Wszyscy nowo mianowani ambasadorowie, z niewiadomych dla niej powodów, byli nadal nominalnie przydzielani "dworowi św. Jakuba". Przy bramie pokazała przepustkę pracownikowi ochrony, w obecności beznamiętnie spoglądającego w dal gwardzisty wystrojonego w szkarłatną tunikę, z bermycą na głowie. Następnie poprowadzono ją przez labirynt korytarzy do biura na pierwszym piętrze, gdzie powitał ją, nie kryjąc zdziwienia, Neil Hudson, obecny kustosz zbiorów królewskich.
- Cóż cię sprowadza w moje skromne progi, kapitan Oshodi? - spytał z uśmiechem. - A tak nawiasem mówiąc, to przecież mogłem się pofatygować do ciebie, to ta sama droga.
Rozie rozejrzała się. Nie było aż tak źle, przynajmniej jak na standardy jaskiniowe. Z dwu okien rozciągał się widok na szeroką ulicę łączącą się z Picadilly, niedaleko stąd mieściły się luksusowy dom towarowy Fortnum & Mason oraz hotel Ritz. Jedna z obitych boazerią ścian od sufitu do podłogi obwieszona była niewielkimi, lecz bezcennymi dziełami sztuki. Pozostałe ściany kryły się za rzędami książek. Blat biurka z orzecha, tak olbrzymiego, że sprawiało wrażenie, jak gdyby tworzyły je dwa zestawione razem ogromne stoły, zasłany był dokumentami, przyciskami do papieru, posążkami z brązu i fotografiami w srebrnych ramkach. Nigdzie nie mogąc dopatrzyć się komputera, Rozie doszła do wniosku, że Neil Hudson chował go do szuflady, gdy przyjmował gości. No bo przecież chyba nie pisał gęsim piórem. Inna sprawa, że żółta kamizelka gospodarza i półdługie falujące włosy pozwalały się domyślać, że nie miałby nic przeciwko takim skojarzeniom.
- Chcę prześledzić drogę, jaką przebył pewien obraz - wyjaśniła. - Z prywatnych zbiorów Jej Wysokości. Wiemy, gdzie się znajduje, ale nie mamy pojęcia, jak tam trafił. Jakiś czas temu zaginął.
- Przestań! - Hudson uniósł dłoń. - Ani słowa więcej. Mogę ci zagwarantować, że nic takiego się nie wydarzyło. My w królewskich zbiorach nie gubimy żadnych eksponatów, to się po prostu nie zdarza.
- Wydaje mi się, że jednak się zdarza - odparła stanowczo Rozie, spoglądając mężczyźnie w oczy. - Czasami.
- Bardzo rzadko. Praktycznie nigdy. Insynuacja, że dopuściliśmy do czegoś takiego, jest krzywdząca.
- Super. W takim razie będziesz mi w stanie wytłumaczyć, co się stało.
Rozie podzieliła się z nim informacjami, jakie dotychczas zdobyła. Kustosz zbiorów królewskich przysłuchiwał się jej, od czasu do czasu bez większego przekonania kiwając głową.
- Lata dziewięćdziesiąte? Powinno obejść się bez problemów. Akta archiwalne z tego okresu są stosunkowo kompletne. Ale jeśli obraz... jak by to ująć, zapodział się o wiele wcześniej, musimy pamiętać, że wówczas pracowaliśmy w mniej systematyczny sposób, zwłaszcza w odniesieniu do prywatnej kolekcji Jej Wysokości. Jednak jakoś nie mogę sobie wyobrazić, by wypożyczyła komuś takie malowidło. Jeśli chodzi o eksponaty ze zbiorów Korony, udostępniamy je na okrągło, o ile rzecz jasna ich stan pozwala na bezpieczny transport. W przypadku tak drobnego i prywatnego dzieła... - Zmarszczył nos i dodał: - Poza tym komu mogło zależeć na wypożyczeniu akurat tego obrazu? Oczywiście, możesz sprawdzić.
Zawołał asystentkę, która powiodła Rozie znowu przez gąszcz korytarzy robiących dość przygnębiające wrażenie. Wchodziły po schodach, to znów schodziły. Minęły szereg rzęsiście oświetlonych pracowni, w otwartych drzwiach mignęli pogrążeni w pracy konserwatorzy dzieł sztuki. Wreszcie dotarły do zagraconego pokoju parę budynków dalej. Nie otwierało się tam okno, a lampy sufitowe nieustannie mrugały. Pod trzema ścianami stały przeszklone gabloty, w których zgromadzono pudła z aktami sięgającymi 1952 roku. Komputer na biurku pod brudnym oknem dawał dostęp do bazy danych uwzględniającej wszystkie materiały poddane digitalizacji.
- Nie będę pani przeszkadzać - powiedziała asystentka, gdy już wytłumaczyła Rozie, co gdzie jest. - Nie ma konieczności używania rękawiczek. Akta z dwudziestego wieku nie są uważane za takie ważne. Tylko przed wyjściem proszę odłożyć wszystko na miejsce i zgasić światło. Powodzenia.
Rozie podziękowała. Powodzenia jej jednak brakowało, przynajmniej na początku. Po godzinie drobiazgowego szperania wśród akt znalazła tylko krótką wzmiankę w jednym z rejestrów. Było to potwierdzenie odbioru: "Obraz olejny: Jacht Jej Wysokości podczas obchodów sto dwudziestej piątej rocznicy regat Royal Hobart, 1963 r., ozdobna rama, 38 x 53 cm, pędzla Vernona Hookera; pozyskany w 1964 r.". Żadnej informacji o tym, jakoby obraz opuścił pałac, choć z akt wynikało, że do roku 2000 zdążył zwiedzić każdy możliwy magazyn i każdą bazę danych.
Przed wyjściem postanowiła jeszcze raz zdjąć z półki segregator i zerknąć na rejestr z 1964 roku. Czyżby coś pominęła? Przygotowała telefon, chcąc zrobić zdjęcie interesującej ją strony. I w tym momencie jej uwagę przykuło słowo nabazgrane ołówkiem na marginesie. Widziała je już wcześniej, ale uznała, że odnosi się do rzeźby skatalogowanej pod obrazem Hookera. Teraz jednak zrozumiała, że równie dobrze notatka mogła mieć związek z malunkiem. Było to pojedyncze słowo, napisane pod kątem w stosunku do reszty tekstu na stronie, przez co trudno było je odcyfrować. Przyjrzała mu się, mrużąc oczy.
RUPIEĆ
Naprawdę było tu napisane "rupieć"? Niemożliwe. Ale kiedy przypomniała sobie zdjęcia przedstawiające dzieło Hookera, pomyślała, że w sumie czemu nie? Czy archiwiści mieli w zwyczaju dzielić się swoimi przemyśleniami na temat nowych nabytków, wypisując je na marginesach akt? Czy ktoś napisał to słowo z zamiarem wygumkowania go potem?
Spojrzała jeszcze raz na stronę. Między pierwszymi literami a ostatnimi dwiema był odstęp. Chwileczkę - te dwie ostatnie to wcale nie litery, tylko cyfry. Osiem i jakaś druga. Może 82? Albo 86? A w poprzedzającym liczbę słowie teraz dopatrzyła się litery "f" albo "g". Zatem nie mogło to być słowo "rupieć". Może "rep" - i coś dalej? Nie mogła go rozczytać.
Przypilnowała, żeby zdjęcie było dobrze oświetlone, tak by potem na spokojnie przy biurku mogła się temu dopiskowi dobrze przyjrzeć.
W porze lunchu jej myśli powędrowały w zupełnie innym kierunku, gdy przypomniała sobie uwagę rzuconą mimochodem przez sir Simona.
Wybierała akurat jedzenie w stołówce dla personelu. Nawiasem mówiąc, nie była to zwyczajna stołówka. Oprócz lady do wydawania posiłków składała się z dwu sal jadalnych o ścianach wyłożonych boazerią. Zdobiły je dzieła Starych Mistrzów ze Zbiorów Królewskich, a porządku strzegł posąg Birmańczyka, jednego z ukochanych koni królowej, będącego darem od Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej.
Zdaniem sir Simona do niedawna pracownicy dworu jadali w osobnych pomieszczeniach w zależności od miejsca zajmowanego w hierarchii. Za to teraz wszyscy byli zmuszeni jadać razem, i Rozie bardzo to odpowiadało. Nigdy nie wiadomo, na kogo się wpadnie podczas lunchu. W stołówce panowała swobodna atmosfera, a jedzenie było przepyszne. Zresztą czego innego oczekiwać po kucharzach regularnie gotujących dla najwyższych dostojników w państwie?
Ale dzisiaj było inaczej. W zewnętrznej jadalni przy stołach, na których jak zawsze czekały nieskazitelnie białe lniane serwety i srebrne sztućce, ludzie siedzieli w dwu- i trzyosobowych grupkach, prowadząc ożywione rozmowy. Potrawy na tacy Rozie, jakością nieustępujące tym serwowanym w dobrych restauracjach, wyglądały równie apetycznie jak zawsze, jednak atmosfera na sali była napięta. Czyżby powodem było niedawne referendum brexitowe? Z podsłuchanych rozmów wysokich rangą pracowników dworskich Rozie wiedziała, że głosowanie podzieliło opinię publiczną i spowodowało, że do głosu doszły ukryte wcześniej antagonizmy. Jesteś nacjonalistą czy Europejczykiem? Udzieliłeś poparcia Wspólnocie Narodów czy raczej Niemcom i Francji? Rozie uważała, że jedno nie wyklucza drugiego. Zresztą zaledwie parę miesięcy wcześniej wszyscy tak sądzili. A teraz nagle trzeba opowiadać się po jednej ze stron. Nawet jeśli nie była pewna istoty tej zmiany, Rozie wyczuwała wyraźnie, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy, odkąd rozpoczęła pracę w biurze królowej, nastroje się zmieniły.
Jej uwagę przykuła para siedząca w odległym końcu sali: młoda kobieta i jej starsza koleżanka pogrążone w rozmowie. Od razu rozpoznała tę pierwszą z rozpuszczonymi płomiennie rudymi włosami sięgającymi połowy pleców, które upodobniały ją do postaci z malarstwa prerafaelitów. Mary van Renen była jedną z asystentek sir Jamesa Ellingtona. Rozie skinęła jej głową na powitanie i ruszyła do ich stolika, żeby się przysiąść. Dopiero gdy podeszła bliżej, zauważyła, że Mary ma zaczerwienione od płaczu oczy i niewyraźną minę.
- Oj, przepraszam. Może lepiej usiądę gdzie indziej?
- Ależ nie. Siadaj - zaprosiła Mary, gestem wskazując miejsce naprzeciw siebie. - Proszę.
Przywołała na usta uśmiech, ale wydał się wysilony. Prawie nie tknęła pieczonego kurczaka na talerzu, podczas gdy jej towarzyszka - dość sztywna i o ostrych rysach twarzy - niemal już uporała się ze swoim.
- Przyda mi się pomoc - oświadczyła starsza kobieta, gdy Rozie zajęła miejsce. Sprawiała wrażenie, jak gdyby kiepski stan Mary nie robił na niej większego wrażenia. - Właśnie próbuję wytłumaczyć tej młodej damie, że zachowuje się jak głuptaska.
Rozie posłała swojej koleżance pytające spojrzenie.
- To Cynthia Harris. - Mary przedstawiła starszą kobietę. - A to kapitan Oshodi. Asystentka osobistego sekretarza królowej.
- Rozie - powiedziała Rozie, wyciągając rękę.
- Domyśliłam się, że to ty - odparła Cynthia Harris, ukazując w uśmiechu szereg pozbawionych połysku nierównych zębów. Zajęta nakładaniem na widelec kawałków marchewki i ziemniaka, zignorowała jej gest. Rozie zabrała rękę. - Widziałam cię już tu i ówdzie - ciągnęła Cynthia. - Ależ nam się trafiła gratka, Mary, że dosiadła się do nas jedna z szych.
- Żadna ze mnie szycha - zaprotestowała Rozie.
- Szycha, szycha. Pracujesz w Kancelarii Królowej. To sam szczyt świecznika. Jesteśmy zaszczycone, że poświęcasz nam czas, nieprawdaż, Mary?
Rozie nie potrafiła stwierdzić, czy kobieta żartuje, czy nie. Mary, którą znała całkiem nieźle, bo dziewczyna często wpadała z różnymi sprawunkami dla sir Jamesa, siedziała bez słowa, ponuro spoglądając w swój talerz. I dopiero wtedy Rozie przypomniała sobie, co sir Simon powiedział dziś na temat jednej z sekretarek.
- Tylko nie mów, że rzuciłaś robotę. To ty złożyłaś wypowiedzenie?
Mary, nie patrząc na Rozie, skinęła głową. Na nietknięte ziemniaki kapnęło kilka łez.
- W każdym razie twierdzi, że zamierza to zrobić - uściśliła siedząca obok niej Cynthia. - Niemądre dziecko. Po cóż zaraz histeryzować?
Rozie, która z natury obdarzała nowo poznane osoby sporym kredytem zaufania, przyjrzała się uważnie starszej kobiecie. Cynthia Harris była chuda jak miotła, proste, niemal białe włosy miała ścięte na boba, a nieduże ciemne oczy nadawały jej wygląd dociekliwego ptaka. Ubrana była w uniform charakterystyczny dla pokojówki: w śnieżnobiałą sukienkę i granatowy sweterek. Sprawiała wrażenie wysportowanej i żylastej, choć starszej od kobiet, które zazwyczaj wykonywały taką pracę. Rozie dawała jej co najmniej sześćdziesiąt pięć lat, choć możliwe, że miała po prostu przedwcześnie postarzałą twarz. Policzki były zapadnięte, wokół ust i między oczami skórę żłobiły głębokie zmarszczki. Na przypominającym ptasi dziób nosie widać było niewielką różową plamę w miejscu, gdzie popękały żyłki. Podczas gdy pokojówka spokojnie pochłaniała pozostałe marchewki, Rozie starała się odczytać wyraz jej twarzy. Czy za tą miną krył się spokój? A może poczucie triumfu? Przygana? W pewnym momencie Cynthia uniosła wzrok znad talerza i wbiła w nią spojrzenie. Rozie zorientowała się wtedy, że gapi się na kobietę od dłuższej chwili, i szybko przeniosła wzrok na Mary.
- Naprawdę chcesz odejść? - spytała.
Młodsza kobieta potwierdziła skinieniem głowy.
- Muszę. Nie dam rady już dłużej.
- Cóż za wymysły! - Cynthia Harris zaśmiała się krótko.
- Nie czuję się bezpiecznie.
- Powinno ci schlebiać, że tu pracujesz.
- Dlaczego nie czujesz się bezpiecznie? - podchwyciła Rozie.
W końcu Mary spojrzała na nią.
- Ktoś... mnie obserwuje. Jakiś mężczyzna. Wysyła mi dziwne wiadomości.
- Nie wiesz tego na pewno - stwierdziła szyderczo Cynthia.
- Widziałam go pod moim domem.
- Wiesz, kto to? - zainteresowała się Rozie.
- Wiadomości podpisane są imieniem, którego nie kojarzę. Twierdzi, że poznaliśmy się na Tinderze i że odrzuciłam jego zaloty.
- Było tak? To znaczy poznaliście się?
- Raczej nie. Przeanalizowałam poznanych w ten sposób facetów. Paru było trochę dziwnych. Ale wątpię, żeby któryś z nich... - Mary nie dokończyła.
Rozie w milczeniu przetrawiła rewelację, że jej koleżanka z pracy ma konto na Tinderze. Mary van Renen - nieśmiała, metodyczna, staroświecka - zawsze robiła na niej wrażenie dziewczyny, której na rękę będzie życie singla albo stworzy związek z jakimś delikatnym, znanym jej od lat chłopakiem. No ale przynajmniej Mary szukała miłości. Rozie praktycznie nie miała czasu na taki luksus.
- A co napisał?
- To bez znaczenia - odparła Mary. Wydawała się teraz tak przygnębiona, że Rozie wolała nie ciągnąć jej za język.
- Ale przecież nie wiesz, że to on wystawał pod twoim domem, zgadza się? - spytała pokojówka. - Może to po prostu przypadkowy przechodzień, który przystanął na chwilę, żeby porozmawiać przez telefon.
- Nie trzymał telefonu.
- Ludzie teraz często korzystają ze słuchawek dousznych - upierała się Cynthia Harris. - A może ten facet tylko na kogoś czekał.
- Widziałam go w tym samym miejscu już trzy razy - powiedziała Mary, zamykając oczy. - Co najmniej.
- Tak ci się w każdym razie wydaje. - Pokojówka przewróciła oczami. Po chwili popatrzyła na Rozie i ze wzruszeniem ramion dodała: - Nawet jeśli to był on, na policji powiedzieli ci, że to jeszcze niczego nie dowodzi.
- Poszłaś na policję?
Mary przytaknęła.
- Policjant wyjaśnił, że dopóki nie przedstawię więcej dowodów, mają związane ręce. Oni chyba uznali, że coś sobie uroiłam. Ale potem... Potem zdarzyło się to z moim rowerem.
Rozie widziała, jak dziewczyna wyłamuje sobie palce, próbując się uspokoić. Ramiona jej drżały. Było jasne, że Mary jest bardzo roztrzęsiona, możliwe, że doznała traumy. Rozie nie mogła pojąć, dlaczego Cynthia Harris konsekwentnie stara się zbagatelizować jej stan i nie okazuje żadnego współczucia.
- Co się stało z twoim rowerem? - zainteresowała się Rozie.
Żeby w ogóle odpowiedzieć, Mary musiała wziąć głęboki, uspokajający oddech. Zamknęła oczy i powiedziała cicho:
- Zostawił kartkę przylepioną do siodełka. Napisał, że lubi je, bo dotykałam go swoją... - Mary miała minę, jakby zbierało jej się na wymioty. - Nie dam rady tego powiedzieć. Gdzie dotykałam... To część roweru, na której siadam. I jeszcze napisał, że lubi na mnie patrzeć. - Otworzyła oczy. - Codziennie dojeżdżam do pracy na rowerze. Ale dłużej już nie mogę. Mama powiedziała, żebym wracała do domu. I właśnie tam się wybieram. Tak szybko, jak to możliwe.
- Och, Mary, tak mi przykro. Czy o tym też zawiadomiłaś policję?
Potrząsnęła zdecydowanie głową.
- Nie potrafiłam. - Znowu zalała się łzami. - Za każdym razem, gdy o tym mówię, muszę przeżywać to na nowo. Po prostu...
Rozie wyciągnęła rękę, ostrożnie dotknęła dłoni dziewczyny i delikatnie ją ścisnęła.
Cynthia Harris syknęła z dezaprobatą. Spoglądała teraz z oburzeniem na dziewczynę.
- Pożałujesz tego. Jakiś durny liścik przyczepiony do roweru! Jasne, zwolnij się! Leć do mamusi, a sir Jamesa zostaw na lodzie. Wy, dziewczyny, wszystkie jesteście takie same. Jedna nieudana randka i spójrz tylko na siebie, zamieniłaś się w żałosnego mazgaja. Zastanów się, przez co musiała przejść w życiu królowa. A gdzie twoja lojalność?
- Po prostu... nie mogę. Przepraszam.
Mary pospiesznie sięgnęła po torebkę powieszoną na oparciu krzesła. Wstała i chwiejnym krokiem skierowała się do drzwi.
- Cóż.
Rozie przeniosła spojrzenie na starszą kobietę, na której ustach zjawił się osobliwy uśmieszek. Pokojówka wzruszyła ramionami, jakby chciała ją za coś przeprosić.
- Tak jak mówiłam: żadnego kręgosłupa moralnego. O, te wyglądają smakowicie.
Wyjęła winogrono z miski stojącej obok jej talerza i wrzuciła sobie do ust.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej